[325+2]. Do czytania nocą (2).

Nie da się chodzić w więcej niż jednej parze butów na raz.

***

Upał łupał  kawa i ciekawość, która przyjmuję formę [wś]ciekłą. Niedziela skrapla się piękną polszczyzną, barwą i fakturą, ruchem, dotykiem zastygłym na brzegu skóry.

***

Nie używa puncyn kształtując dzień.I po()wietrze wietrzę (wy)dźwięki…

 

[źródło nagrania]

Nie tylko dostrzeganie, i rozumienie jest skomplikowanym procesem, także patrzenie w przestrzenie. Przeczytajmy noc brajlem dotyk ku…

*miniaturka: wykonanie i pomysł własny.

Reklamy

[270+3]. Ważniejsze (od) pięćdziesiątki (a nawet od trzech), ech.[Seria: #pytaj_ni[c]k].

[Peter Brugel Starszy, The Peasant Dance,
około 1568 r  olej na dębie
Rozmiar Wysokość: 114 cm; Szerokość: 164 cm, Wiedeń, źródło zdjęcia Wikimedia].
Jest taka liczba, zapewne. Zapewne nie j e d n a. I nie jedyna. I podzielna i dzielna w inny sposób. Liczba Dunbara, czyli antropologa, który zajmował się badaniami nad zdolnościami naczelnych do zawierania i utrzymywania trwałych więzi społecznych.

 

T r w a ł yc h , to słowo klucz francuski wiolinowy, dowolny i (pod)ręczny, takich, w których osobniki znają się i pozostają ze sobą w relacjach,pielęgnują je,karmią, odżywiają, czyli rzeczywiście one są, a teraz jedno oko na Wasze media społecznościowe…  Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Dunbar po raz przedstawił hipotezę zgodnie z którą liczba owych relacji społecznych jest ograniczona zdolnościami poznawczymi. Według niego występuje zależność pomiędzy objętością kory nowej a liczbą relacji w typowej społeczności w przypadku trzydziestu ośmiu gatunków naczelnych. Pewnie wiesz, ale przypomnę dla porządku, że neocortex lub isocortex inaczej pisząc kora nowa, składa się z sześciu warstw odbiera  i przetwarza wrażeia zmysłowe, planach i wykoaniu ruchach wolicjonalnych oraz procesach poznawczych.

Czytaj Dalej „[270+3]. Ważniejsze (od) pięćdziesiątki (a nawet od trzech), ech.[Seria: #pytaj_ni[c]k].”

[421]…A morze (zupełnie inaczej).

Zmęczenie rozgaszcza się po zmarszczkach tka w tkankach wzór w mięśniach, myślach, gestach, słowach, czcionkach i jedynie oddech spokojny, głęboki i gładki. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. W dekadencjach definicji, melancholiach, rad_oś-ciach! Puzzle. Kontinuum. Pro_

ce

s.

A może cis, może des. Kołyska oddechu. Jego ciepła (u)lotność…

Zależy od nuty, która napiera na od_(ś)cisk. Fala nie jest morzem. Melodia jak(o) cał(ość)…. Wkładam w nią palce tak jak w zapach, obracam, biorę pod język niczym pastylkę. A może zupełnie inaczej. Przypływ, odpływ i na piasku wilgoć. Miejsca i miasta, i las.(ha)las Horyzont i  linia papilarna zamieszkałych zmierzchów i uf ów świt.Zachwytów. Książka meldunkowa zdarzeń i zderzeń. Za i mierzeń mierzwienia.

Cyt.

C

Ci

sza

Fala skondensowane morze. Taniec. Nić. I nic [poza (i krok) poza tym-rytm t(a)m, t(a)m] Całość fragment momentu. I jeszcze tu. I Tam. I jeszcze… W garstce spojrzenia. Lapidarna nieco niezdarnie (na)kreśl(ona) mapa papilarna do_znań i zdań i znań nań gramatyka spojrzenia i wrzenie wejrzeń gram.

 

 

 

(długo,długo nic, czy nić?)

***

[a potem znalazłam to: In the Mood for Love, Shigeru Umebayashi, źródło].

[420]. … I inne pieśni.

Lubię słowo: «Idąc». Czasami je przeglądam, dam, i oddam, dystans szans, czasami liżę, biorę na język, prze-gryz-gryz-am,przeżuwam i przeżywam, nie(z)byt mistycznie, chociaż stycznie jak najbardziej.l tak żeby puściło soki. Przerzucam między (palcami). Masuję. Mięśnie gramatyki ważą gram, gra znaczenie znacznie. Idąc. Idą, ale i idąc. Można robić przestrzeń, czas, dzień. Ruch. To właśnie jest u-szycie z ruch-uff. Z życia. Oddech (też wznosi i opada, (wz)nosi i (o)pada, wnosi… Rozkłada się u-chodzi z człowieka).  Rytm.Ryt. Rytuał. Plus Puls.Do-tyk. Styk. Kier♥unek. Tętno. Skurcz i rozkurcz, Kurs.

Lubię słowo: «Idąc» zagnieżdżenie się w czasie. Jest (w)zruszenie i po-ruszenie, a więc i tworzenie. Dostrzeganie widzenie i rozumienie. Dialog. Zmysłowość, inteligencja, intuicja, zamysł. Polifoniczność (muzyki). Pisanie i (u)słyszenie, nawet jak jest tak jak u  Cage’a. Rodzaj napięcia  wzruszeń, rytuałów, porządków.

Lubię słowo«Idąc» zawiera się w nim esencja i lekkość. Przepływ.Oś i ość. Całość. Za()chwyt.

 

 

Następny artykuł ukażę się w najbliższy poniedziałek. Do czytania i komentowania.

Georges de La Tour, The Penitent Magdalene, 1625-1650, Metropolitan Museum of Art, źródło Wikipedia].

[395+1]. Szybko, chociaż wolno- wolno odwrotnie.

Nie będę pisać,że najczęściej kierunek fusion kojarzy się z kuchnią, a jeśli już z muzyką to bardzo skomplikowaną, której smak dobrze jest znać w towarzystwie, ale najeść się tym nie sposób. I nie chłodzi o to, że najczęściej to kapusta, ziemniaki (nie, nie groch, ten to księżniczkom pod pierzyny, albo o ścianę) no i bombowy schabowy. Ale jeśli chciałbyś/ chciałabyś niezobowiązująco posłuchać jazzu i to z wyraźnie zaznaczoną gitarą (co solo to solo) to rekomenduję na jak najbardziej niedzielne popołudnie i wieczór, album z dziesięcioletnim już stażem.  Yellowjackets  i ich  Lifecycle. Chociaż skład zespołu się zmieniał trwa zmiennie, ale w sposób nieprzerwany od prawie czterech dekad. Zaczynając od R &B przez rock, do jazzu. Mam wrażenie, że dzisiaj, w Polsce, jest to formacja zapomniana, a niesłusznie. I tak uświadczymy tu: na saksofonach Boba Mintzera, na instrumentach klawiszowych Russella Ferrante’a, na basie Jimmy Haslip’a, na perkusji Marcusa Baylora. Dla tych, którzy uważają, że fusion jest jeśli nie niestrawny, to trudny do przyswojenia dla organizmu homo jak najbardziej sapiens. Skosztuj. Zwłaszcza, jeśli nie próbowałeś/ próbowałaś. Przekąska w niedzielne popołudnie.

[Yahoo, Yellowjackets – z albumu pt. Lifecycle, 2008 źródło nagrania].

 

 

[395]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Dziś lekkostrawne i krótko. Pod moje palce trafia pudełko. Okazuje się,że w nim, a jakże!- jest srebrny krążek nie jestem zdziwiona ani trochę gdyż stoję przed regałem z płytami. Ani tym, że materiał na nim (tym krążku oczywiście) jest sprzed lat trzynastu. Nie rozumiem tego pędu by słuchać nowości, nowości, aż tu nagle okazuje się, że to tylko to, czym się otaczamy to jakieś gorące, ba wrzące, które musisz, chcesz, konieczności.

Z drugiej strony, nie myślę, by zanurzanie się w klasyce było jedynym słusznym wyborem. Chcę powiedzieć, że zapominamy o tym co zostało nagrane, zapisane chociażby przed dekadą. Czas płynie wartko.

 

Przedstawiam bez dalszych wstępów i występów. Bohaterkę dzisiejszego artykułu:

Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette i Universal Syncopations. I chociaż album ten nie ma wysokich notacji. To moim zdaniem choćby dla przyjemności, czy zaznajomienia z gatunkiem można niezobowiązująco posłuchać. Nie wiem, czy jest to wystarczająca rekomendacja. Szczerością nie ma się co podpierać, ani pocieszać. Pora jednak się streszczać:

1 Bamboo Forest 4:38
2 Univoyage 10:54
3 Tramp Blues 5:19
4 Faith Run 4:58
5 Sun Flower 7:21
6 Miro Bop 4:03
7 Beethoven 7:19
8 Medium 5:10
9 Brazil Waves 4:26

Każda przygoda, czy to z muzyką, plastyką, akrobatyką, czy czytaniem (ze zrozumieniem) koniecznie musi mieć, nie nie punkt wywrotny, czy zwrotny, ale początek. Nie trzeba płyt ambitnych brać od razu na warsztat, z drugiej strony, dlaczego nie? Chodzi o przyjemność smakowania, a gustu, czy też umiejętności słuchania (w tym przypadku) nabiera się z czasem, wysłuchaną ciszą i wciskanym hałasem. Przeżeglować między dźwiękami dobrymi, między nietrafionymi w kontra i punkt. To truizm. Być mnożę, ale ważny. Przecież dopiero z hektolitrami wysłuchanej muzyki mamy szansę, się dowiedzieć, co jest ozdobnikiem, a co treścią, nie powinno nam to odbierać przyjemności z poszukiwań, a zaChwyt nie musi zawsze trzymać wysokiego C (albo w tym przypadku Z). Nie trzeba wymyślać koła, nawet krążka srebrnego. Oczywiście można się zachwycić wszystkim, albo prawie, gusta są różne, można się bez napinki i spinki nauczyć słuchać muzyki, a jazz nie jest (i nie musi być) skomplikowany, ani zbytnio prosty. Poznawanie czegoś też może być przyjemne. Truizm? Może być.

[Universal Syncopations, Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette,ECM, Oslo, 2003, źródło zdjęcia].
A jakie są Twoje płyty, którymi chciałabyś/ chciałbyś się podzielić? Cieszmy się dźwiękami. Splotami, tropmy radości. I żeby się nauczyć smakowania, poszukiwania i znajdowania.

 

 

 

[377]… By powrócić.

Zastanawiasz się może czym jest uroda?

Czym jest i jak sma(kuje) uroda chwili? Barwy, zapachy, smaki, faktury, spacery, wzory. Mozaiki, gesty i tiki. To wysłuchanie koncertu w filharmonii,  gdzie dźwięk ma nie tylko brzmienie, ale i smak, zapach i obraz, to fuzja, i przenikanie, synteza, trans-fuzja, podróż w czasie, nie tylko dlatego, że niektóre z nich potrafią opaść jak mgła tuż przed świtem. Kon-

tekst-

-Ty

Niektóre  z nich mogą unieść się jak pyłek, zawrócić

Twoją uwagę, rozbawić, połechtać, czy rozbabawić, a Ty jesteś na konkretnym krześle, czujesz ciężar swojego ciała, widzisz ludzi może niektórych zasłuchanych, i tych co grają, i tych co nie słuchają wcale. Otula Cię muzyka, którą możesz odbierać wieloma zmysłami, w antrakcie napić się kawy, pójść na spacer, albo spojrzeć w niebo. Gdzieś tam zobaczyć konfiturę pośpiechu, i zmęczenia, by znów powrócić… Żeglować od przestrzeni do przestrzeni. Przez muzykę, która nie poddaje się testamentom i lamentom, stworzona w konkretnym zdumieniu, czy rozpaczy, rozpatrzy, a może właśnie z pobudek grawitacyjno- praktyczno zobowiązaniowych (kolejny rachunek za prąd). I znów trzeba będzie zrobić zakupy, i stać nieserowych kork_ach!, odebrać dzieci ze szkoły i lekcje od życia….

…(być może, być mnożę) Twoje myśli. Kołyszą się od akordu do akordu.

 

Niezależnie po której stronie partytury siedzisz.

 

[Daniel Barenboim piano Manuel de Falla – Nights in Spanish Gardens, Chicago Symphony Orchestra, źródło nagrania].

[376].Gram gramatyki. Pro- (albo) -myk.



Jesteś w ciemnym pokoju. Tak ciemnym, że owa smolistość czerni razi w oczy. Oddychasz. Stoisz. Robisz krok, gołą stopą, czujesz chłód podłogi. Tniesz przestrzeń.Wnikasz w nią. Powoli. Bardzo powoli. I jest Ci przyjemnie.

Albo:

Spacerujesz brzegiem morza. Stajesz. Decydujesz się, wejść do wody. Widzisz jak ona obmywa Twoje stopy. Czujesz wilgoć i kształt, woda go  nie posiada, a fala i kropla jest  nim. Słyszysz morze. Jego zapach i chłodne powietrze, które wciągasz nozdrzami. Czujesz mokry piasek pod palcami. Wchodzisz. Jego drobinki zabierasz na stopach, głębiej. Pamiętasz to uczcie jakie daje opór wody?

Albo:

Jeszcze inaczej.

Album o którym dzisiaj mowa, rozpoczyna się… Ciszą. Medytacyjną, a potem lekko, niczym kręgi na powierzchni wody dźwięk się rozchodzi. Dwie ilustracje powyżej to niby skojarzenia. Dźwięk jest warstwowy o twardej, ale nie surowej fakturze, przynajmniej na początku. Pozwala zogniskować uwagę. Wchodzi spektrum bardzo dobrze dobranych instrumentów. Kwintesencją nie jest orkiestra, a nastrój.   Jeśli Ktoś/ia lubi odnajdzie tu bliźniaczą liczbę Garbarka, skojarzenie z norweskim saksofonistą jest jak najbardziej na miejscu. Jest to album jakby był wyjęty spod ucha Manfreda. Konceptuarium,fuzja, forma i faktura. Co więcej, album się nie zestarzał. Gdy włączysz przycisk play, daj się poprowadzić muzycznym pejzażom nad brzeg ciszy, by unieść się nad horyzontem zdarzeń, nie zderzeń, zapachów, barw, dotyków, ale nie zwierzeń.

 

Cisza.  Po(_)woli wynurzający się głos skrzypiec, delikatny wtór harfy i towarzyszące perkusyjne przeszkadzajki. Eksplozja smyków przejęta  przez czarnego olbrzyma i (wspomniany już) saksofon, i kręgi kolejnych interpertacji. Z każdym przesłuchaniem wchodzisz głębiej. I głębiej. I jest Ci spokojniej. Smak odprężenia i skupionej, a pozornie leniwej,ciekawości unosi się w powietrzu. Wdech. Zapominasz tylko dlatego żeby mieć powód by sobie przypomnieć. Album stanowi całość, tak bardzo, że nawet nie spostrzegasz, kiedy się kończy, co więcej nie widzisz, nie czujesz i nie dotykasz szwów, ani nawet pauz między utworami. (wy)Dźwięk wymyka się wyrazom, słowom, i gramatykom powszechnego znaczenia, znoszenia, czy zmęczenia. Radość dojrzała, dojrzała wielość odcieni nastrój uff. Strój. Stój. Rozciągnij myśli . Myśli Ci się, choć nie myli i nie mydli. Posłuchaj. Usłysz. Poczuj. Zasmakuj. Pobłądź. Pobądź. Żeby pobyć, czasami niegramatycznymi można „trzeba?” pobłądzić? Nawet (a może zwłaszcza) jeśli nie słuchasz zazwyczaj takiej muzyki, albo stronisz od świadomie wydawanych dźwięków. Spróbuj.

Może ktoś/ia powie, że jest to płyta inspirowana niemiecką wytwórnią, tym co się tam zdarza, moje doświadczenie jest takie gdy polecam ten album, gdy się go włączy natychmiast ludzie jej słuchający zapominają o skojarzeniach. Chciałam napisać, że jest to płyta ascetyczna, ale nie. Jest to miejsce, w którym łączą, przenikają się faktury. Miejsce muzyk eksperymentalnej, klasycznej, i jazzu. Jeśli ktoś/ia chce się wyciszyć przy muzyce, jeśli szukasz tego „czegoś”, jeśli chcesz poznać inny smak jazzu, jeśli myślisz, że muzyka jest nudna, i że wszystko już było, zapraszam Cię serdecznie do wysłuchania całości, albumu.

 

Oto trzecie nagranie (chociaż jestem przekonana, że w tym przypadku bardziej wspierające jest zaczynanie smakowania od początku, ale cóż):

 

[Sfera Szeptów, Alchemik, nagranie tytułowe, źródło nagrania]

Album do wielokrotnego słuchania. Może nie na akord (sic!) akordy tu są uważnie dograne dograne i spróbowane. Smacznego.

[(95+12)+1]. Elmo.

O czymś innym. Zmieniła się koncepcja. Teraz antykoncepcja? Jaaaaazu, nie. Znaczy, tak, jak najbardziej. Stałe Bywalczynie, Bywalcy zauważyły/li, że mniej jest muzyki na przykład takiego jaazzu przez wielkie, ogromne dży. Jestem zdania, a będzie to zdanie złożone, w mniej lub bardziej staranny kancik, chociaż nie wyprasowane, że muzyki jak wszystkiego trzeba nauczyć się słuchać, czuć i rozumieć. Zachęcam Cię do przysłuchania i przesłuchania albumu, który ma już swoje dziewięć lat, (Elmo). Dlaczego właśnie ta? Bo jest energetyczna, i na pograniczu gatunków (funku, soulu, jazzu, jazz-rocka, ecperimental) bo jest tu kilka nawiązań np do Johna, co prawda, to prawda John jeszcze raz tego nie zagrał, ale Fin, a i owszem. Dla osób, które lubią wyraźną linię gitary, nut[k]ę zadziornej radości. I szczyptę szerzę mam problem   z tym, które nagranie dać na przynętę, zachętę. Może nie potrzebnie zapytania mnożę, i niech będzie owe tytułowe. (Chociaż otwierające jest bardziej zakręcone), A może na chybił, (może) trafił?

 

[Iiro Rantala Trio Elmo, Rockadillo Records,data wydania 30.04.2008,żródło nagrania].

Dasz się skusić?

 Może ktoś mi powie, albo napisze, że nic nowego, że takie mariaże już były. Były, gdy ktoś/a już słyszała Iira Rantalę (czy solo, czy z zespołem) z pewnością rozpozna jego styl, ale nie wróży to powtarzalności, znużenia, czy znudzenia. Smacznego słuchania

[357].Nad Oceanem Spokojnym.



Nie jest to album, którego  się słucha łatwo, uchem nie wprawionym w histerię, histerorię, znaczy hidstorię jazzowe. Nie nawykłym do tego rodzaju narracji. I nie chłodzi wcale i o cal nie chodzi o to, że zachwyca jeśli nie zachwyca.  Słuchanie muzyki, poza oczywistą, a raczej nauszną, czy między-uszną przyjemnością, to także nauka tejże czynności. Materiał zarejestrowany na krążku przyciąga uwagę i jej nie puszcza. I choć dla świeżych adeptek/adeptów jazzu może odbiegać od wyobrażeń muzyki przyjemnej utożsamianej z prostą linią melodyczną i kojącym woalem wokalu, wchłanianym wraz z kawą w jakimś małym, może nadwiślańskim lokalu to…

 

Zaczynamy od peregrynacji w przeszłość,  wraz z hiszpańskimi  najeźdźcami.Nie wiedział żeglarz Vasco Nunez, że na cześć dokonanego odkrycia, ktoś będzie pisał nie tylko pieśni,ale i nuty jazzujące.Chociaż, mógł o tym marzyć, gdy nie dojadał i marzł.  Nie ma tu zbędnych znaków i nawiązań.  Instrument ten, czy ów, perkusesyjne czy śpiewy, nawiązują do przeszłości mieszkanek i mieszkańców Panamy, monolog w dialekcie Guna także nie jest przypadkiem. A i tytuł, chociażby nagrania otwierającego jest znamienny: Ponowne odkrycie Morza Południowego. A to wszystko podane w transfuzji, czy fuzji tradycji nowoczesności i przy doskonałym warsztacie muzyków biorących udział w zamieszaniu. A biorąc pod wgląd ich muzyczne biografie to zaiste fascynujące To album któremu przewodzi Panamczyk na cześć okrągłej rocznicy istnienia państwa, z którego pochodzi. (Wystarczy wspomnieć osoby, z którymi współpracować mu przyszło i od których się uczyć mógł:  Shorter,  DeJohnette, Sandoval Joe Lovano, o  Gillespiem nie wspominając). A może to przede wszystkim jest pewnego rodzaju podsumowanie działalności muzycznej Danilo Péreza? Jakkolwiek jest nie zamierzam się dłużej rozwodzić nad miksturą dźwięków. Można jej smak na języku. Choć opowieść i wieść nie jedna interludium wzięta jest na języki.

[źródło nagrania: Rediscovery of the South Sea, Danilo Perez].

 

Artysta: Danilo Pérez;
Album: Panama 500;
Rok ukazania się albumu : 2014;
Wytwórnia: Mack Avenue Records
Rodzaj muzyki: World Music, Contemporary Jazz,  Fusion
51:58 minut

Utwory:

01. Rediscovery of the South Sea
02. Panama 500
03. Reflections on the South Sea
04. Abita Yala (America)
05. Gratitude
06. The Canal Suite: Land of Hope
07. The Canal Suite: Premonition in Rhythm
08. The Canal Suite: Melting Pot (Chocolito)
09. The Expedition
10. Narration to Reflections on the South Sea
11. Panama Viejo
12. Celebration of Our Land

Muzycy:

Danilo Pérez – piano, cowbell
John Patitucci – electric bass (2); acoustic bass (3, 4, 9)
Ben Street – bass (1, 5, 8, 11)
Brian Blade – drums (2 – 4, 9)
Adam Cruz – drums (1, 5, 8, 11)
Alex Hargreaves – violin (1, 2, 8)
Rogério Boccato – percussion (2, 3, 8)
Milagros Blades – ripcador (1, 7), caja, pujador (7)
Sachi Patitucci – cello (3)
Román Díaz – percussion, chant (1)
Ricaurte Villareal – caja, güiro (1)
José Angel Colman – vocals in guna language (3)
Eulogio Olaideginia Benítez – gala bissu (4), gala ildi (12)
José Antonio Hayans – Gammuburwi (12)

[3+1].[76+1]. To jest świat.

[Bicycle Race, Queen, źródło nagrania].

„Ruch” -powtarzałem sobie. (…) Dopóty byłem w ruchu, dopóty byłem zdrowy.

[Lance Armstrong: Mój powrót do życia. Nie tylko o kolarstwie,  Sally Jenkins,Studio Emka, Warszawa, 2000r. s.108].

Sądził, ba, nie zawahał się o tym nawet napisać,a ja  (już daaawno wspomnieć) On w prasie a zważywszy na czasy, w których żył, i kim był,  i czym się parał, miał rzesze czytelników i czytelniczek. Ja skromnie na blogu. On: Napisał, że to najznakomitsza maszyna wieku XIX.Jedyne co uznawał, to właśnie rower. Może ze względu na klaustrofobię na którą cierpiał, czy też, na inne choroby towarzyszące? Od pary, paro i innych wozów wolał kółka dwa.  Kolej  na kolej to  o wiele za wiele. Określał tę ostatnią jako: latające więzienie, a to dlatego,  dzieli się z towarzystwem, które nie zawsze przystaje do naszego smaku. Osiem wiorst szybkości, narzędzie oswajania przestrzeni, i uniezależniającym  pośrednio również ekonomicznie również człowieka od niej.Oto można i podróżować tanio, i odwiedzać krewnych mieszających nawet poza miastem, dojeżdzać do pracy, zażywać ruchu na (jeszcze wtedy świeżym) powietrzu. Wybór, oto co się tli  nie tak znowu w oddali. Oddali nam konstruktorzy tegoż wehikułu wybór.

Rower cenili także państwo Curie, którzy zaraz po udzieleniu sobie ślubu w ogrodzie wyruszyli w podróż poślubną, takie to sprzęty dostali bowiem w prezencie, zażyczywszy sobie je wcześniej. Maria, jak już wiemy, była do bólu praktyczna, zawsze.

Nie chodzi, a nawet nie jeździ, o rozstrzygnięcie dylematu:  zapłacić za bilet uprawniający do podróżowania komunikacją (pod) miejską (a szykują się podwyżki)! Warto zauważyć, że kiedyś,  lokowano robotników blisko fabryk, a to rodziło problemy różnej natury. Nie tylko powstawania gett, podwyższenia opłat czynszowych, czy też problem z rozrastaniem się aglomeracji. Nie bez znaczenia był też fakt, że rower, w produkcji był stosunkowo tani, jak i w eksploatacji, co więcej nie trzeba było specjalnych uprawnień, do tego by nim kierować,a poza tym, można było się nim dzielić. Kto/sia z podwórka nie zna tego zawołania: Ej, daj się kolnąć.  I nie jeźdź, tu, znaczy nie chodzi tutaj o połączenia telefoniczne. Chociaż element wspólny jest, gdyby się tak zastanowić: dzwonek, który powinien był teraz dać znać, gdyż ponieważ, jak również ,i jak krzywo, biegniemy w dygresje. 

Rower miał i tę zaletę, że mógł być, przynajmniej ten wynaleziony w 1885, określany jako bezpieczny, mógł być używany powszechnie, a ten przymiotnik oznaczał, że mogły nim poruszać się także kobiety. (Ach te XIX wieczne suknie! I tutaj dojeżdżamy do wniosku wpływ dziejów na modę kobiecą (ale to całkowicie inny temat, więc czynimy objazd).

A trzy lata później pewien lekarz weterynarii wynalazł był doń oponę  (inna sprawa, ciekawe czynili wynalazki medycy, ale to na inny artykuł, znowu).  John Boyd Dunlop, poszedł (sic!) za radą kolegi po fachu, ponieważ lekarz zalecił jego dziewięcioletniemu synowi,dużo ruchu, i tak się składa, że rower byłby świetnym instrumentem do zastosowania gdyby nie to, że nie można zamortyzować wstrząsów… Kto by pomysłał, że tak dalekosiężne będą skutki tego zalecenia. Ba można by napisać więcej, kto by sięgając dalej, głębiej w historię, kto/sia by pomyśłał/a że, takie będą skutki wynalezienia przez barona Karla von Draisa drezyny! (1817 roku). A samo określenie rower pojawiło się… Nie tak znowu dawno bo w 1860 roku! Dla porównania uznawane już za legendarne siodełko Brooks B17 produkowane jest w niezmienionej formie od blisko stu dwudziestu lat. Taka mobilna mapa myśli.

 

 

[Rower, Lech Janerka, źródło nagrania].

Drzewiej, jak  był Wyścig Pokoju, to pustoszały ulice. Cicho wszędzie, głucho wszędzie co to będzie, co to będzie.Mało kto/sia pamięta, że jeszcze w 1931 trasa wyścigu Tour de France liczyła nawet 5000 kilometrów. Bagatela. Dzisiaj mamy wersję krótszą o 30 do 40% tego dystansu.  Największy sukces odniósł  we wspomnianej rywalizacji Zenon Jaskuła, zdobywca trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej (1993 roku).

John Urry w jednym ze swych artykułów, pisze o tym jak wynalezienie aut, podróżowanie właśnie tym środkiem lokomocji zmienia świat, przestrzeń i czas. I dziwi się, że u progu nowego wieku, nie ma zainteresowania socjologów i socjolożek rodzajami ruchu tak w mieście jak i na wsi. Ja jednak będę twierdził– pisał [wtrącenie 5000lib]- że: automobliność jest dla nowoczesności cechą równie konstytutywną co ogólniejsze procesy urbanizacji (w znaczeniu, w jakim rozumiał je w latach 20. XX e. Corbusier).  Do tego mówi o rodzajach czasu, przedefiniowaniu przestrzeni w XIX wieku, a przez to i funkcjonowanie społeczeństw(a). Można także żyć w samochodzie. I  to na różne sposoby. A gdyby tak zastanowić się jakie znaczenie miało a) wynalezienie roweru, b) jego upowszechnienie . Można by taką refleksję poczynić czytając refleksje Johna Urry’ego. * A jeśli czasu na tę akurat lekturę nie chce się poświęcać, może warto wsiąść na rower i obniżyć, tak przy okazji ryzyko chorób cywilizacyjnych? Już o tym wspominałam, że rower to instrument wskrzeszania czasu, ale i jego modelowania. I także uczestnictwa w wielu grupach społecznych. To nie tylko sposób na zgrabną sylwetkę i zdrowy styl życia. Rower, to jest świat. Jak śpiewa Lech Janerka. Tylko czyj świat? I kto do niego ma wstęp (wolny, szybki). I czy nie żyjemy równocześnie w kilku takich przecież inaczej odbieramy krajobrazy, dekoracje i ludzi poruszając się na dwóch nogach, a inaczej kółkach. A jeśli sprawę skomplikuję, i się spytam tak na koniec osoba poruszająca się za pomocą wózka (niekoniecznie z napędem elektrycznym) to po chodniku, czy po ścieżce rowerowej? A jak przestrzeń miejska jest zmieniona gdy posiada sieć dróg przeznaczonych dla rowerzystek i rowerzystów?

 

*John Urry (2000) Inhabiting the Car [w:] International Journal of Urban and Regional Research.

[353]. Pocztówka z przeszłości.

[Open piano, Wojciech Kamiński, Polish Jazz, źródło zdjęcia].
Bez zbędnych wy[s]tępów uff. Napiszę tylko, że pora odkurzyć linie na tym blogu, nawet ich pięć jeśli ktoś/ia ma chęć. Chili będzie o jazzie. I (co się przecież nie wywiolinuje, znaczy nie wyklucza) lekko i przyjemnie. Wyciągniemy z mroków i mroczków zapomnienia album Wojciecha Kamińskiego pianisty, aranżera, kompozytora. Jeśli ktoś/ia nie zapoznała się z jego twórczością to już (najwyższa pora). Zdaję sobie sprawę,że słuchanie jazzu, przez wielkie, albo największe z większych dży, stało się modne, i można zażywać tych [w]dzięków z różnych powodów,(bez) z racji wywodów. I gromko gombrowiczowsko zakrzyknąć donośnym szeptem: jazz dobrym jest, jak nie zachwyca jak zachwyca. Można też, po prostu bawić się słuchaniem muzyki, przypomnieć sobie lata minionych me_ lodię. Bo to takie sięgnięcie do przeszłości bez ości młodości. Czasami przywołani poszarpanego metrum.  – parzystego 2/4 (z wyjątkami), umiarkowanego tempo złożonego i  silnie synkopowanego rytmu (przecież to ragtime). Joplina twórczość zostaje przywołana nie tylko ze względu na nieśmiertelne The Entertainer. Zwróć proszę uwagę na skład zespołu. Nie mogę się zdecydować, które z nagrań tu zacytować, żeby zachęcić do posłuchania. Mam wrażenie, że albumu słuchać należy w całości, opowieści przechodzą od niechcenia jedna w drugą. Szybciej się kończą niż zaczynają. Może lepiej po prostu, po cichu włączyć play, w odtwarzaczu?

 

Nagrania:

1. Codzienny blues / The Daily Blues;
2. Deszczowy maj / A Rainy May
3. The Wika Rag;
4. The Entertainer;
5. Wchodź po trzech / Enter After „Three;
6. Autumn Leaves
7. Ruchome schody / Escalator
8. I Wish I Could Shimmy My Sister Kate
9. Blues dla dziewczyny / Blues For A Girl
10. Jazz Me Blues

Muzycy:
Wojciech Kamiński – piano
Zbigniew Jaremko – tenor saxophone
Henryk Majewski – trumpet
Janusz Zabiegliński – alto saxophone, clarinet
Władysław Halik – bass saxophone
Zbigniew Konopczyński – trombone
Marek Bliziński – guitar
Janusz Kozłowski – bass
Jerzy Bartz – drums.