[520]. Najwyższa Miłość: „Po raz pierwszy mam wszystko gotowe”.

Zanim zaczniemy, oto artykuły, które mogły Ci umknąć, te z nich, które (luźno) powiązane z tematem dzisiejszego, a mogą Cię zainteresować. Jeśli nie czytałeś/ czytałaś: zapraszam:

Kto/ sia czytała nie jeden artykuł dotyczący muzyki na tymże blogu, wie dobrze, że nie potykam, nie przepadam za poznawaniem jakiegokolwiek gatunku od albumów, które ktoś/ia uznał/a za (jak to mawiają Rzymianki/ Rzymianie, ale tylko Te/Ci, z nich, którzy żyli w czasach starożytnych): Best of the best. Jestem zwolenniczką innego poznawania, np jazzu, który uchodzi za gatunek trudny w odbiorze. Dzisiaj wyjmiemy wyjątek, ale tylko dlatego, że jeśli jesteś stałym Czytaczem/ Czytaczką tego, co się tu wyprawia, to już zdążyłaś się przyzwyczaić, że jazz jest! A jeśli zamierzasz być (stałym Czytaczem/ Czytaczką tego, co się tu przy-wy-prawia) to może pora przyzwyczaić się do obecności muzyki (tak, wszelakiej)?

Jeśli chcesz poznać, kim był John Coltrane, musisz znać A Love Supreme.

[Elvin Jones- perskusista, muzyk, który brał udział w nagraniu rzeczonego albumu. (ur. 9 września 1928 w Pontiac, zm. 18 maja 2004 w Englewood w stanie New Jersey). Magazyn „Life” napisał o nim, że jest „najwspanialszym perkusistą rytmicznym świata”].

Osobiście wolę najpierw posłuchać nagrań, czy przeczytać książkę, nawet pomdytować, usiąść w nim/ niej, rozgościć się, wsiąść, wziąć na język, posmakować, ugryźć. jeśli atmosfera jest przyjezdna, przyjazna, dopiero potem dowiedzieć się o historii jego/jej powstania, ale jeśli chcesz, to zapraszam już teraz, ale później także! Do lektury-A jakże!. (A jeśli nie nawykłaś/nie nawykłeś do niesymetrycznych rwanych dźwięków, to nie zrażaj się proszę pierwszymi minutami nagrania). Przyjemności! No dobrze, żartowałam: it ‚s free (jazz) ofcourse!

Spokojnie, jeśli o tym jeszcze nie wiesz, napiszę: nic nie musisz, może tylko możesz, ale jeśli już możesz, to może… Wiem, wiem, zbyt gęsto mnożę może. Niewiele ponad pół godziny. Hipnotycznego oddechu. No nie wliczając początku. Mogłabym pisać o biedzie, której doświadczył John, o trudach, jego dzieciństwa, o amerykańskim śnie, który czasami był ekstazą, przeradzał się w synkopy koszmaru, narkotykowych (re)wizji i zwróceniu z tej drogi, ale dziś będzie o trochę ponad trzydziestu minutach, ta, tak, tych, które zmieniły oblicze jazzu,tego jazzu, który improwizacją, stoi, ba,ale nie jest to stanie na baczność, jeśli nie muzyki w ogóle. Nie, nie dlatego, przytaczam ów cytat, dlatego- a tak było, że wielokrotnie go słyszałam. Jeśli będziesz słuchał/a albumu to poza zachwytem/ nie zachwytem nad grą Coltrane, posłuchaj proszę co wyczynia Elvin Jones.

[A Love Supeme, John Coltranie: źródło].

Nawet jeśli, a nawet w szczególności gdy jazz nie jest (być może jeszcze) ulubionym gatunkiem muzyki, zachęcam, byś sięgnął, sięgnęła po tę płytę. Albo wystarczy teraz nacisnąć trójkącik. Koncepcja tego albumu wyróżnia się, nie jest to temat, spacer w dygresje i bieganie po improwizacjach, a potem spokojny powrót do tematu, i tak z większą, czy mniejszą częstotli-tkliwością, ale zanim przespacerujemy się delikatnie wspominając o kompozycji i innych pozycjach, a może i propozycjach, tak całkiem a, a psik, a propos, to wspomnę tylko o tym, w jaki sposób płyta została nagrana. To co zwraca uwagę, to tylko dwa mikrofony, to jednakże ma ten plus, że nie można zbytnio (jeśli w ogóle) kombinować przy remixach, udziwniać i przeinaczać. Przepraszam, ulepszać, dewiz(j)ą inżyniera dźwięku (którym podówczas był: Rudy Van Gelder) ograniczenie ingerencji do minimum. Zostając przy technikaliach płyta została zarejestrowana podczas jednej, kilkugodzinnej sesji, pewnego grudniowego wieczoru tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku. Od ósmej wieczorem, kiedy to miał pojawić się saksofonista, do północy.Dlaczego wieczorem? A bo, Rudy, nie, nie,nie był laryngologiem, jak Komeda np. a optometrystą, i popołudniami prowadził praktykę. No dobrze, dobrze, uwieczniając saksofon Johna już nie był czynnym lekarzem. Jednak nie zmienia to faktu, że był jedną ze sław władcą dźwięku, wdzięku, i wydźwięku. I jeśli ktoś/ia napisze mi, że ma to rozwiązek z tym, że do niego pielgrzymowali Ci, co byli sławni, to napiszę, że jego samego otaczał nimb chwały. A miejsce, w którym zwykł pracować, można by nazwać świątynią, z tego chociaż powodu, że w studio, nie można było spożywać, ani napojów, ani jedzenia, a w reżyserce: palić. Co mogło sprzyjać koncentracji, no chyba, że ktos/ia był/a jednak uzależnion/a od papierosów… Tak, owszem muzycy w powiększonym składzie wrócili do studia, nazajutrz, w czwartek, dziesiątego grudnia, ale nic z tego co zdecydowali się dograć, finalnie, nie znalazło się na czarnym krążku. Energia się wyczerpała? Nie, nie potrzeba było niczego -dawać do. Jedenaście nagrań? Nie, wystarczą cztery. No, nonet? A może sextet? Nie, wystarczą cztery osoby.

Free, nie był, jednym z głównych nurtów muzyki, którą nazywamy jazzem, to eksplozja niepokornych. Dziś uważany za trudny w odbiorze, i cha, ha, o O ty , nie- ty, cz[n]y. Czy jednak nie?Nie przystająca w jakimkolwiek aspekcie do promowanego wzorca. Zresztą dziś, tak się rozrósł był…

Cztery utwory, które tworzą suitę. Kompozycję, która wyłania się z jednego kawałka diamentu. Stanowiąca osobiste podziękowanie Johna za ocalenie z heroinowego widu, zwrócenie się ku Miłości, czy Absolutowi. Siedem lat nosił w sobie tę właśnie płytę. Nie tylko przyszedł z materiałem do studia, a zważywszy na to, że wcześniej znany był z tego, że niemiłosiernie przeciągał sesje, ale także wszyscy czterej muzycy nadawali na wspólnym flow. Oprócz Coltrane’a – grali również: Jimmy Garrison – na kontrabasie -wspomniany już- Elvin Jones – na perkusji i McCoy Tyner na pianie. Na tym albumie nie słychać szwów. Uff. Najważniejsza w życiu jest harmonia! Tyle, że tutaj ogień improwizacji czterech muzyków, łączy się z łagodnością wody. Statyczność styka z improwizacją ruchu. I tak naprawdę mieszają się gatunki, co do formy, to bliżej muzyki jak najbardziej klasycznej, można odnaleźć nieco rocka, bluesa, no i oczywiście jazzu, właśnie. A wszystko zaczyna się od brzmienia chińskiego go, go gongu. Miałam pokusę, by pisać o harmonii i innych takich breweriach, ale o tym, już starto nie jedną czcionkę, aż do końca inkaustu, nie zostawiając ani pixela haustu. Nic. Czerpali z niego – tegoż albumu- i Ci co chcieli oddawać religijne hołdy i Ci, co tańczyli w myśl hipisowskiej myśli.

A Tobie? Jak się (nie) podoba?

Żegnam się, startym, startym tym zawołaniem górskim: A hoooj! Następny artykuł, w czwartek! No chyba, że jakoś zderzy, zdarzy się inaczej, niech się darzy!

PS. Jeśli chcesz, przeczytaj jeszcze to.

grafika wykorzystana [źródło].


Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s