(595+5). Grudzień (V).

Kiedy byłam mała, to tak, wierzyłam w świętego Mikołaja. I pamiętam ten czas, który chociaż krótszy, stawał się nadziejny, to znaczy, pełniejszy, o tę nadzieje, które kiełkują dobrocią, uśmiechem i dziecięcą ufnością karmione. Zapach, który się unosił, czy to pomarańcz, czy to ciastem, które rosło w piekarniku. A na opuszkach palców, zeschły klej od lepienia kolorowego łańcucha, na jeszcze wiecznie zielone drzewko.

Przez parę blizn, dorosłam, może nie tyle, że stałam się wyższa. Co to, to nie. Dzisiaj pytam siebie, co mogę zrobić, by tym, z którymi spędzam czas, było milej, cieplej, może spokojniej, jeśli nie radośniej, na co mnie stać, by i sobie dać. Może to być myśl, przekonanie, czas. Kropkę nad (zmarszczką) (dn)i.

[595+4]. Grudzień (IV).

Nie wierzę w jasnowidzenie, wolę widzenie jaśniej, wyraźniej. Nie znaczy, że prosta ot,co prostacko nie, chociaż może prościej, tam gdzie krzywiej rad nie rad rad o radośniej. Nie wierzę w prawo przyciągania,wolę przyjrzenie się całości i szczegółowi w tańcu grawitacyjnym. Po woli i powoli fizyka możliwości. Chodź, choć jest trudniej, może zacznie znacznie piękniej, zacnie. Surowe piękno kropli wody zanim ułoży się w kałużę mgnień, zaspokajanie pragnień i równań innych.

[596]. Cug smug.

Jakby świat skruszył, skurczył się na:tak, by na wznak, na jeden znak zmieścić go na łyżeczce do herbaty gorzkiej,której smak zostaje na wargach zmarszczką jedną drugą, pięćdziesiątą. Starość uśmiecha się refrenem bez powrotów- bez po bez uff. Bez wytchnień wiary. Ślad. Zaschły gdzieś na granicy szkicu, i to nie holenderscy mistrzowie szepczą. Milkną. W zgiełku za po mnie niu. Po mnie ile (nie) będzie słów, znaków, światów, które zatrą wrażenie istnienie i pamięć. Zamieć. Nie zna ciszy. Na ocenie przecięciu linii pięciu.

[Irfan- źródło]..

[595].Grudzień.

Nie zgorzknieje kwiat, który obraca się ku pieszym dniom ostatnio pierwszym pierwszo ostatnim. Kwiat nie Nijak człowiek niedostatki kryjąc po mankietach manier. Zmarszczką rozczepia myśl. Po schodach coraz trudniej skraca się krok, marszczy się rok. Sierp sierpnia tak daleko bliskością mgły, która zasypia skraje, kontury, i krajobrazy.

Czytaj Dalej „[595].Grudzień.”

[594].Drepcząc moknięciem.

Nie wierzę ryknął jeż w większą świadomość dotyczącą x y z i połowy alfa i betu tu i tam rozsypanego w wyrazy, czy frazy z niskiego czy (naj)[wyższego]/niższego Ce auto ra/ mo/mentu atramentem pozapisywane dreszczem tu i tu i jeszcze tam, i po i po między w zdrętwiałych od kroków miedz dziurawych kieszeni pełnych pustego brzęczenia miedziaków. To wiedz, że w nadmuchaniu wielkich słów. W nowomowę już nie wierzę- szepce drepcząc.

Czytaj Dalej „[594].Drepcząc moknięciem.”

[585]. Po winności. Powinności.

Oglądam film, który mnie wzrusza i zastanawia. I w pewien sposób głaszcze poczucie, że można dalej i pięknie. W tym miesiącu jednak na wznak podczytuję sobie pewne kwestie, i cóż, nie zgadzam się z tym co nadgryzam w przelocie, w ciągu przeciągu. Nie sądzę, że literatura ma pierwszeństwo w postrzeganiu, budowaniu, czy – tu najmniej- doświadczaniu świata. Jest pomocna, chociażby jako narzędzie komunikowania się, lecz jednym z, może być, ale wcale nie musi. Nie chodzi by wynosić ją na piedestał. Uszanować to co daje, i to co potrafimy, chcemy wziąć.

Czy Twoim zdaniem, literatura- dzisiaj ma powinności (nie chodzi, że jest konsumowana po/ przy winie- choć i tak być może? Może może.) Jeśli tak to jakie?

[584]. Rozmyślanie sabot.

Czasami soboty zdarzają się we wtorki po kolacji. Na strunacji argumentacji, i pomiędzy wierszami zdarzeń zderzeń rozmów marzeń. Spadają w niespiesznej rozmowie, nawet gdy się nie zgagasz zgadzasz. A może właśnie wtedy? Wylewa się kałuża niebieskiej farbki na zmęczone mięśnie. I zapach pomarańczowych słoneczników. Kiedy tworzysz przestrzeń, a nie rozpłaszczasz się na płaszczyźnie, nie chodzi o to, że zostajesz w samej bliźnie bielizny dryfując wprost na mielizny.

[583]. Klamka.

A jeśli stanowisz się nad stawianiem sensów gęstych wśród jesieni, kołysz się wśród cytatów dni, wśród stawy godzin między ciszami półek i półrozmów. Zamknij oczy, otwórz umysł, choćby uchyl skrzypiące drzwi, choćby chwyć za klamkę, tą, która jeszcze nie zapadła. Między krokiem, a odgłosem kroku.

Nie ma ciszy, ale przestrzeń. jest. I oto różnica.

[582].

Kołysze się w łupinie orzecha, który to podłóg woli i potrzeby morze może wziąć na plecy. Zagryza dniem. Popijając prognozą wpatrując się w obraz pewnego holenderskiego mistrza. Bynajmniej, nie rentgenowski. Wołam, wołam za Vincentem co zgubił (buty) farby i myśli, których miał dużo za dużo wiele za niewiele. Nie, nie był to ton butny… Piosenka raczej, albo refren, choćby refren. Cichaj zapachem bzu i agrestu przemiennym zadumami list opadem. Deszczem… W szklance wódki. Literatce z kanonu lektur polskich. Lek ów tur przeterminowany czek czekaniem. Wiek smutków i opisów przyrody metodami na nudności nud.

[581]. …(Nie mylić z imieniem sowy).

A jeśli najważniejsze rozmowy nie zostały wypowiedziane? Słowa zapomniane i cytaty zatopione w natarczywości hałaśliwych niuansów? Kapelusz spokojnie spocząwszy między uszami dziwi się światłom odpoczywającym na chropowatościach szarości chodnika. Świat nieuważny tak samo gna inaczej spoglądnąwszy ku przeszłości…