[576]. Ze szczętem!Czy chciałabyś /chciałbyś mieć trzydzieści dwa mózgi i dwa serca- po jednym z każdej strony?

Artykuł dedykuję wszystkim osobom, które honorowo oddają krew.

Równowaga w przyrodzie być musi. Również, a może przede wszystkim— w humorach, i nie chłodzi, o oziębłość (a przynajmniej nie tylko, i nie w takim znaczeniu, jak dzisiaj ją rozumiemy), czy inną ość, czy inną oś współ- i wespół rzędnych rządnych, ani nie z wypiekami na twarzy, czy w ekologicznej torbie prosto z piekarni, nie chodzi o nastroje, ale o średniowieczną koncepcje płynów ciała, które jeśli pozostawały w homeostazie- były gwarantem zdrowia…I dobrobytu. Szczęścia, zdrowia, piękna, pomyślności czy jakoś w ta… Ale od początku, aaaa, mooooże jednak nie… Na wznak nie. Określane również były jako podstawowe cztery soki. I tak, człowiek, pełnił rolę naczynia, li tylko. Wymieńmy dla porządku: żółć, czarna żółć, flegma i krew. I trzy z nich były usuwane poprzez fizjologiczne otwory znajdujące się w ciele, a jeśli chodzi o czwarty (także w kolejności tu wymieniony) trzeba było się wspomóc. Nie tylko Awicenna był urzeczony flebotomią, chociaż pierwsze źródła pisane pochodzą z Dalekiego Wschodu. Nie gardzili nią również Galen, czy Paraselsus. Wiem, wiem, że praktyki jakie panowie stosowali są raczej wątpliwe z dzisiejszego punktu widzenia (aż prosi się o dygresje) ale chodzi o naszkicowanie horyzontu czasowego. Dla przykładu: w grobowcu Userhata znaleziono malowidło, i to nie byle jakie, nie chodzi tylko o to, że liczyło sobie ponad trzy tysiące lat, ale zgadnijcie proszę co za scena tam była przedstawiona? Jeśli odpowiedziałaś, odpowiedziałeś, że przystawiania pijawek, masz rację. Tradycja to więc długa. Inną rzeczą jest kwestia, że ludzie znacznie częściej niż wpompowanie krwi do organizmu, się jej pozbawiali czyniąc to z pobudek zdrowotnych przede wszystkim, choć nie tylko. Nie wiadomo, kiedy, czy w II czy w III w.p.n.e żył Ninkandar, ale to co wiemy na pewno uraczył nas on heksametrem i to nie byle jakim spisał bowiem listę trucizn, ale i antidotów. Praktyka ta była mniej skomplikowana, przynajmniej na pierwszy rzut oka, niż przeprowadzenie pierwszej transfuzji krwi… (ale dziś nie o tym).

Jeszcze w XIX wieku, chociaż, ba jeszcze w XX wieku stosowano upuszczanie krwi. I nie chodzi o spuszczanie z tonu, albo o zachowanie zimnej, tylko o pijawkowy zawrót nie tylko głowy. Korona z zębów, nie spadła tym, co stosowali żelazne szczęki o stu trzydziestu zębach. Wtedy to, był najnowszy, i najbardziej donioślejszy wrzask …Przecież nie echoooo ocho och m[ł]odnych praktyk. Tyk, tyk tak tak ta trzymała się mocno, jak wspomniane uzębienie pijawki przez wiele, wiele (tysięcy) lat. Już ludzie zamieszkujący Babilon wspominali, o tym, że jest pewien robak, który chętnie żywi się krwią. Mało tego twierdzili, że owo stworzenie jest córką Guli (nie ma to jak protekcja! :)) czyli Bogini Uzdrawiania. A Dhanvantari hinduski Bóg Uzdrawiania przedstawiany jest bardzo często ze słojem… Tak… Pijawek. Choć ni to ślimak, ani gad, ani insekt. Zaliczamy ja do pierścienic, czyli o typu zwierząt, który liczy ponad piętnaście tysięcy gatunków wieloszczetów. Zatrzęsienie ze szczętem! Wystarczy tylko nadmienić, że liczba gatunków pijawki właściwej to bagatela sześćset pięćdziesiąt. Nie, nie zaliczamy do tego grona tylko tych, które żywią się tylko krwią ludzką, są takie, które egzystują blisko bydła, albo takie, które żyją tylko i wyłącznie na pustyni i zamieszkują w nozdrzach wielbłądów…. Co nie zmienia faktu, że pijawka o której tu mowa była remedium na wszelkie dolegliwości, w każdej ilości, im więcej chorób doskwierało osobie tym , tym więcej leczyła. Nie ważkie i nie ważne było, czy żyłę homo sapiens rozcinano rybimi zębami, zaostrzonymi kamiennymi narzędziami- najbardziej prostymi- czy w końcu nożem, jeśli się już pojawiły, czy lancetami…

[Jest wiele, wiele gatunków pijawek, na załączonym zdjęciu widnieje pijawka końska, Wikipedia,/domena publiczna].

Jest jedna, jedna różnica. Znacząca. Pijawka żywi się krwią płynącą w naczyniach włosowatych, a nie w żyłach. Do tego w pakiecie ma zastrzyk znieczulenia, wprost z natury. I zatrzymajmy się na chwilę, naczynia włosowate to cienkościenne naczynie krwionośne takie, które przewodzą krew lub też naczynia chłonne (które dla odmianę przewodzą limfę), zbudowane są ze śródbłonka, o średnicy od 7 do 15 μm. Naczynia włosowate są cieńsze od ludzkiego włosa, docierają do niemal każdej komórki ciała. Pijawki są często przystawiane jako ostatnia pijawka, deska, brzytwa (do wyboru) ratunku przy wypadkach losowych. Tam gdzie ręka lekarza/ lekarki jest mniej precyzyjna, ponieważ zajmuje się przede zszywaniem dużych naczyń krwionośnych, a tak, to można uratować naderwaną mocno małżowinę uszną, albo palec, albo… Utaczanie krwi w celach leczniczych, to bardzo szeroka definicja. Lepiej: czy rozmiar ma znaczenie? Tak. Jak widać na załączonym obrazku. Rozmiar szaleństwa również, nie tylko w XIX wieku. To czas określany jako okres pijawkowej manii. Praktyka ta stosowana była obecna w świadomości społecznej przez wiele, wiele tysięcy lat. Niezależnie od tego, z jakiego rodzaju chorobą zmagał się człowiek. Jest jeszcze jeden wymyk. Zauważ proszę, że praktyka, o której piszę poprzedzała na długo gałąź nauki jaką jest bakteriologia, czy chirurgia, taka jak dzisiaj ją rozumiemy, taką, która pozwala uratować życie, a nie szybko (nawet bardzo, chociaż również bardzo boleśnie- a czas jeśli chodzi jeszcze o odczuwanie bólu nie tylko istnienia) się z nim rozstać. Jeśli rozmiar ma znaczenie, to również z wyżej wspomnianego faktu, naczyń włosowatych, to czego nie dokona skalpel może może wyssać pijawka, i nie są to wyssane bajania z palca. Chociaż własnym nie ręczę… :-). Pod pijawkę nie położę, pod topór tym bardziej. O tym jak wspaniałym środkiem znieczulającym dysponuje niech świadczy fakt, że krew płynie, i płynie, i płynie, ale nie tylko wtedy, co jest rzeczą wiadomą, kiedy jest do nas przytulona, ale długo, dłuugo, długo potem jak już zmieni lokalizacje udając się do innej restauracji. Chcesz odpowiedzieć ile to może być mniej więcej ( podpowiem, że raczej więcej) czasu? _______ (Uwaga odpowiadam:) Do godziny, trzech? Nie do dziesięciu godzin od zakończenia posiłku. Związek, który zotaje wstrzymany nazwany został: calin, nazwa pochodzi nie od cali, ani scalać, ale od walijskiego znaczenia serca (calon) to on odpowiada za krzepnięcie i agregację,czy utworzenie skrzepu.

Haementeria ghilianii osiąga długość czterdziestu pięciu centymetrów… I dysponuje w wyposażeniu standardowym dziesięciocentymetrową trąbkę, którą wbić może w rzeczony palec. A mają gdzie ten płyn fizjologiczny pomieścić, bo przecież cóż, to co je wyróżnia to nie tylko bogate, liczne i ostre uzębienie, o którym już wspomniałam, nie tylko trzydzieści dwa mózgi, o czym nie zdążyłam nadmienić, dziewięć par jąder, ale również…. Dziesięć żołądków… Chociaż nie przytulają się do nas, czy do innego darmowego posiłku od razu, musi minąć trochę czasu zanim zanurzą swoje kły, czy wcześniej zaaplikują znieczulenie. To i tak, jeśli nie następuje to w warunkach laboratoryjnych, to podróżują na gapę, gdyż mija trochę czasu niż zauważymy takiego towarzysza.

[Czujność przede wszystkim, czyli ostatnie przygotowanie się na polowanie,czyhanie na śniadanie/ Wikipedia/ domena publiczna].

Dlaczego wspominałam, że praktyka przystawiania pijawek była mniej skomplikowana, ale tylko na pierwsze manienie, mrugnięcie oka? Po pierwsze dzisiaj dysponujemy większą wiedzą, np o konfliktach serologicznych, albo o grupach krwi, albo… Ale to nie było tak, że takie zwierzątko domowe można było sobie przystawić obojętnie gdzie… O nie, jeśli boli Cię głowa i nie możesz… Czy nie chcesz… To taką jedną sobie połóż między brwiami. A jeśli doskwiera Ci przeziębnie to tak, pod językiem. To samo jeśli chodzi o wrzody gardła. To, że każda osoba mogła sobie zafundować taką nieprzyjemność. To cóż, najchętniej zalecano sobą od czternastego do siedemdziesiątego roku życia, przy czym – jak wspomina Abu Ali Husain ebn Abdallah Ebn-e Sina osoby, które liczyły mniej niż czternaście wiosen, przysposabiano do tych praktyk wcześniej, tak więc stosowano tę praktykę również profilaktycznie. Popularna była ta praktyka nie tylko wśród żołnierzy, ale przede wszystkim mnichów, którzy udawali się do flebotomarii– to zapobiegało rozproszeniom i odegnanie się od uciech ciała. I tym samym przeciwdziałała zatruciu krwi (tak, przynajmniej ówcześnie sądzono). Z jednej strony tę praktykę stosowano również ku wzmocnieniu organizmu, praktyka oczyszczeń sięga średniowiecza, i nie chodzi tu (tylko o morowe powietrze) panowało przekonanie, że wzmacnia organizm, i tak było jeszcze w wieku XVI, czy bagatela jeszcze dwieście lat temu, z małym okładem (tyle, że nie z pijawek). Z drugiej strony warto się tym mnisim praktykom przyjrzeć oni nie tylko na czas upuszczania krwi udawali się na urlop, zwolnieni byli z wszystkich obowiązków, ale przysługiwała im specjalna dieta, która obfitowała w mięsa, ale również w celach stosowano ogrzanie podłogowe… No zapalano paleniska. Przynajmniej na czas gdy taki mnich oddawał się w uzbrojone w pijawki ręce balwierza — ponieważ, jak wiemy, mnisi nie mogli zajmować się medycyną. To Właście z cechu balwierzy wyodrębnił się potem następny, już bardziej kojarzony- cyrulicy. Pierwsza wzmianka o tych ostatnich 🙂 sięga roku 1312. Dlatego też golarze zajmowali się upuszczaniem krwi. Dopiero potem, nastąpił rozdział czynności. Dopóki nie istniał w powszechnej świadomości zawód felczera. Do tego przecież istniała walka o wpływy i władzę, również w tym środowisku. Jeśli chodzi o podania angielskie to wiemy, że nie tylko król Jerzy II zdecydował (w 1745 r) powołać dwie gildie i fryzierzy prócz wyrywania zębów, co dalej mogli czynić dbali o fryzury. (Można było decydować się na długie zawijanie do tyłu opadające uzębienie, albo na tupecik, no tupet to miał nie jeden władający brzytwą, tak, że żuchwa opadała, jeśli wyrywał nam zęby…) Wszelkie czynności były ujęte w dokumentach oficjalnych, np krwi nie można było wystawiać na widok publiczny, tak jak to czyniono np umieszczając wszelkie inne fiolki, czy słoje w gablotach, należało udać się nad rzekę i tam, po kryjomu ją wylać. Przeskok w czasie.

Lekarz w armii Napoleona (tego Napoleona) zyskał taką popularność, że ówczesny minister wojny musiał podjąć zabezpieczenia wykładu Broussaisa, był on nie lada popularny. Chociaż mówił o zagrożeniach jakie mogą być skutkiem stosowania takich praktyk, zalecał je wielu, wielu osobom, nie było to ważne, czy niemowlak, dla niego trzy wystarczą, czy płeć niewieścia, piętnaście, czy mężczyzna, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt pijawek. Dlatego lekarze francuscy tak potrzebowali tychże zwierząt… Powiedzmy sobie szczerze, że w 1833 roku zużyli ich 41,6 miliona sztuk. Nie tylko sprowadzali je z zagranicy, ale nie zapominajmy, że istniał taki zawód, uprawiany zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn, jak osoba poławiająca pijawki, tak po pierwsze. Płeć tu nie miała znaczenia, a status społeczny, trudniły się tym osoby doświadczające biedy. I tak: stanowiły żywą przynętę. A jak je usuwano? Przecież nie czekano, aż odpadną (wtedy jeśliby je użyć ponownie to stanowiłyby bardzo duże zagrożenie, dlatego, że mogły wywołać konflikt krwi). Używano soli czy też wrzącego popiołu. Ponieważ pijawki zaczęły wmierać, a przynajmniej ich populacja drastycznie się kurczyć to stosowano nieuczciwe praktyki, od przemytu (np z Węgier) aż po tłuczenie pijawek a ich ceny ponad poziomy wzlatywały. A kiedy upuszczaniu krwi poddawani byli możni no to cóż… Wspomnę tylko, że w czasach, niechlubnych, kiedy to obowiązywało niewolnictwo służącą za równowartość stu sześćdziesięciu pijawek.

Głosy krytyczne tu i ówdzie się przebijały, ale były niemrawe, i niby nie słyszalne. Nie chodzi bynajmniej o ceny, czy haniebne zestawienie, praktyki, niewolnictwo, ale o stosowanie pijawek w lecznictwie. I nie chodzi tu o to, że obecnie wyhodowanie jednej pijawki trwa dwa lata, że europejska jej odmiana jeśli żywi się krwią ludzką spożywa pokarm jeden raz na rok. I jest to jej ostatni posiłek. Musi zostać później unicestwiona, żeby nie przyssała się do kogoś innego. Sama potrafi zjeść pięć razy więcej niż sama waży, co wspominając ilość żołądków jaką dysponuje…

Zostawiając prasę naukową na boku, powrzucane zdanie o pijawkach nie jest ujmujące. Nie zachęcam do upuszczania sobie krwi, chociaż bardziej do spuszczania z tonu i pielęgnowania życzliwości. Obstawiam, a nie przysysam, że nikt z nas nie chciałby być obdarowany komplementem Ty pijawko. Nie wiem, czy jest to skuteczna, czy zła metoda, nie było moim celem jej promowanie, ale zwrócenie uwagi na fakt, że cóż, życie jest różnorodne.

#10minutDlaNauki5000lib.

[575]. Kufry, koty, kasyna.

Słowem wstępu.

Pamiętasz swoją drogę do pracy? Dobrze. Połykanie pośpiechu dużymi pęcherzami (centy)mery chodnika i zagryzanie czerstwą kawą, bo przecież nie śniadaniem z kwadratu? kwadratu pudełka. To może tak, czy pamiętasz swoją drogę powrotną? Od Wtedy do teraz, albo od przynajmniej do kiedy (kiedy jest spokojniej)? Jak często, albo jak szybko odpływasz? Do niezapłaconych rachunków, do tego, czy miał kto z czteronożnym wyjść na spacer? O niezapłaconych rachunkach i rachunku sumienia, który to może i coś zmienia. O rachubie czasu co rachuje nie tylko kości, ale i kalejdoskop zmarszczek rzeźbi.

Kto ma (auto)pilot, ten ma władzę…

Jak często zaczynasz wielbłądzić myślami uprawiając galopiadę stosowaną. (Zbyt często). To nic niezwykłego. To nie jest hipnotyczny trans. I nie wiedzieć kiedy znalazłaś/ znalazłeś się w domu, jeśli nie w kapciach to wygodnych butach, z ciepłym płynem w ulubionym kubku. To nie teleportacja, to stan podobny jaki jest udziałem ludzi pracujących przy taśmie w fabryce. Następuje zwolnienie blokady maszyny losującej i… Spuszczenie myśli na tryb autopilota. Chociaż często spotykamy się z koncepcją dzielenia czynności na nieświadome, albo świadome (mruganie,ruchy rzęsek, ruch ręką, nogą). To uproszczenie. Biegusiem mózg na skróty.

Możemy zgodzić się co do tego, że każda z percepcji, czy będzie ona świadoma, czy też nie wpływa na Twój sposób postrzegania, a więc i zachowania, myślenia. Bodziec w sieci neuronowej uruchamia coś na kształt skojarzeń. Taki proces nosi w języku angielskim nazwę priming, czyli torowania. Czworo badaczy: Lee Ross, Aaron Kay, Christisian Wheeler i John Bargh szesnaście lat temu przeprowadzili eksperyment. Osoby, które brały udział w badaniu podzielono na dwie grupy. Każdą z nich poproszono, by poprowadziła linię między opisem słownym, a obrazkiem.Różnica polegała na tym, że obrazki były inne, w jednym przypadku były to zwierzęta, w drugim atrybuty związane/ kojarzone z prowadzeniem biznesu np. drogie wieczne pióra. Dalsza część badania polegała na tym, że osoby przechodziły do innego pomieszczenia, wtedy każdej osobie była przyporządkowana druga. Stworzono parę. Powiedziano, że to drugi badany, lecz ukryto informację, że ten – wie, o eksperymencie, który się toczy znacznie więcej. Następnie przekazano informację, że wszyscy wezmą udział w grze, nagrodą będzie dziesięć dolarów. Duet miał do dyspozycji naczynie z dwiema kartkami. Na jednej z nich był napis oferta, na drugiej: decyzja. Mogli zadecydować, czy oni wyciągną któreś z nich, czy oddają pierwszeństwo osobie towarzyszącej. Był też ha, ha, ha, haczyk, ta osoba, która wylosowała kartkę z napisem oferta wygrywała szmal, ale to nie wszystko- również decyzję jak się podzieli z partnerem wygraną. Oczywiście ta osoba, do której skierowana została propozycja mogła odrzucić propozycję, albo ją przyjąć, jeśli decydowała się na pierwsze wyjście- pieniądze przepadały. Jest to bardzo popularna gra- eksperyment w psychologii. Zastanów się proszę, zanim przejdziesz do dalszej części tekstu, jaki próg procentowy kwoty musiał zostać spełniony bezwzględnie, żeby oferta nie została zignorowana?

uwaga: Promocja 20% zniżki na ulubione…

____________ (Miejsce na Twoją odpowiedź.)

Tak, jeśli odpowiedziałeś/ odpowiedziałaś, że to dwadzieścia procent, masz rację. Zaraz, możesz spytać, ale jaka była rzeczywista kolejność decyzyjności, kto dokonuje losowania. Większość osób biorących udział w eksperymencie nie zdecydowała się scedować tejże czynności na towarzysza/ lub towarzyszkę. I był jeszcze jeden haczyk, osoby nie badane nie wiedziały, że na obydwu kartkach, w rzeczywistości— widniał napis: „oferta”. Dobrze, ale jak ma się sytuacja w której to osoba podstawiona losuje… No cóż, wtedy to udawała ona, że wylosowała, kartkeluszkę z napisem decyzja. To gra znana pod nazwą ultimatum. Bardzo często pokazuje to w negocjacjach, że pieniądze tak naprawdę nie są najważniejsze. Wróćmy jednak do przywoływanego eksperymentu przeprowadzonego w 2003 roku- ściślej rzecz ujmując do pierwszej jego części. Pamiętasz, jaka była różnica między pierwszą, a drugą grupą? Jedna łączyła obrazki o treści neutralnej (np. wieloryby) druga: nacechowane ściśle osadzone w kontekście biznesowym. Pokusisz się o odpowiedź, jaki był procent dzielenia się dziesięcioma dolarami po równo w obu z przywoływanych grup? ___________(Miejsce na Twoją powiedź). Osoby, które łączyły obrazki o treści neutralnej z opisem zdecydowali się podzielić po pięć dolarów w dziewięćdziesięciu jeden procentach…. Czy zaskoczeniem będzie dla Ciebie, że ludzi skłonnych tak postąpić, a którzy łączyli opisy z obrazkami nacechowanymi biznesowo, czy też o skojarzeniach ekonomicznych było znacznie mniej? Tylko trzydzieści trzy procent… Tak, przeprowadzono wiele odmian tego ekspetymentu, m.in. zastąpiono obrazki innymi przedmiotami, i tu: były znaczące różnice. Jeśli trafiłaś do grupy, gdzie znajdował się neutralny przedmiot, nie nacechowany ekonomicznie ze władzą, czy ekonomią to w tym przypadku po równo podzielili się wszyscy, jeśli jednak było odwrotnie, to na taki podział zdecydowała się tylko połowa osób biorących udział w badaniu. Kiedy to osoby były wypytywane o to, dlaczego zdecydowały się na taki, a nie inny podział nagrody, żadna z nich nie skojarzyła rodzaju przedmiotu, ale za to mówiło się o tym jakie wrażenie wywarły na nich współposiadane osoby. Przeprowadzono naprawdę wiele odmian tego doświadczenia, np. przedstawiano nie do końca czytelną konwersacje dwóch osób, jedna z osób należąca do grupy nazwijmy ją w skrócie neutralnej postrzegła rozmowę jako próbę dojścia do konsensusu, druga z nich, której przestawiono intertekstualne obrazki, mówiła o twardych negocjacjach. Możemy więc mówić o tym, że w mózgach osób zaszedł proces torowania, tak jak w każdym ludzkim mózgu. Również Ty nie jesteś od tegoż procesu woln/y/a. Emocje, doznania, znaczenia, doświadczenia, budują naszą rzeczywistość. Przypasujemy znaczenie przedmiotom zależnie od tego, czy są one naszą własnością, czy kogoś innego. Torowanie najlepiej jest widoczne, gdy działamy w trybie bez refleksyjnym. Dlatego, że mózg homo spaniens nie lubi dwuznaczności. Dlatego, jeśli idziesz na spacer po lesie i nieopodal spostrzegasz podłużny kształt Twój osobisty, mózg najpierw przyjmie to jako potencjalne zagrożenie np. żmiję, potem dopiero odetchniesz z ulgą, oddychasz uff… To tylko patyk… Torowanie zachodzi w nieświadomości adaptacyjnej. Nie, nie jest możliwe torowanie samego siebie. Emocjonalna część mózgu jest starsza, a przez to bardziej rozwinięta i ona— także decyduje. Zwierzęta,które są wyposażone w mniejszą korę mózgową lub nie mają jej w standardzie,mają do „wyboru” jeden tryb. Tak. Jeśli myślisz o autopilocie masz rację. Reklamy, kasyna, aplikacje, to wszystko sprzyja torowaniu. Mózg emocjonalny ten —-nieświadomy także stwarza Ciebie, to kim jesteś, jak świadoma część Ciebie. To dzięki niej jesteśmy wyposażone i wyposażeni w przeczucia, uczucia i intuicje. Tyle, że one nie mogą być bezpośrednio zakotwiczone w świadomości, albo raczej jej przekazane. Doświadczania przemijają się w sugestie, i w takiej formie podróżują do świadomej części umysłu. W sytuacjach znanych skądinąd możemy na niej budować, na owej intuicji, za to na całkowicie nowych musimy skupić wolę istnienie i czynność. I wtedy mózg nam paruje, jeśli uczyłaś się jeździć na rowerze, albo pamiętasz swoje pierwsze lekcje jazdy, wiesz o czym piszę. Kasyno to jest jedno wielkie torowanie, nie ma tam konkurencji, to znaczy jest, ale nie względem tegoż procesu, on hula w całej okazałości. Nie ma zewnętrznych reklam, które chciałyby zawładnąć Twoją uwagą, proponowały by Ci coś, coś innego. Za to jest przyćmione światło. Gwar, skupienie, czy też dźwięki, te nieprzypadkowe, będące zapowiedzią zbliżającego się (wielkimi krokami) bogactwa…. Odgłosy sypiących się monet. Nie nie chodzi o obrazy, Oscara Claude ‘a Moneta. Chociaż impresjonizm jest w całej oka i za i złości okazałości. Chwilo trwaj! Zwłaszcza jak sypie się w trzos gros grosza. Będąc tam, nie koniecznie będąc w cugu, czy w cuglach grania, ale po prostu będąc, czy wiesz, czy możesz poznać, po zewnętrznych oznakach (taką jest np. światło) jaka jest pora dnia? Nie. I tak, nie jest to przypadek. Ponieważ gdyby było inaczej to mogło by wytrącić Cię z oddawania się (a przynajmniej swojego portfela) (nie) przyjemności grania. Nie ma zewnętrznego torowania, a procesy, które temu sprzyjają określenie pór dnia, są zminimalizowane, albo wykluczone. Reklam też nie ma, tych konkurencyjnych, nie dlatego, że zniknęłyby w powodzi świateł i neonów, ale dlatego, że mogłyby odciągnąć Cię od głównej czynności. Tak, reklamy sprzedające nam złudzenie komfortu także są rodzajem torowania. Tak jak zapowiedzi filmów, krótkie filmiki, mające za zadanie przyprowadzić Cię do kina na seans, a zapach świeżo wypiekanych bułek? Badań, którego sednem było zbadanie torowania jest naprawdę wiele, i nie ważne, czy chodzi o układanie słów, gdzie obok grupy kontrolnej, mamy osoby, które układają w rzędzie wyrazy związane ze starością, czy wspomniane n początku artykułu kufry/ aktówki, czy koty. Oczywiście możesz pocieszać się tym, że aby torowanie zaszło trzeba być tego procesu nieświadomym, ale ile razy tracisz uwagę, zwalniasz jej cugle? Może tu właśnie trzeba szukać nitki, która prowadzi nas do postulatu, bycia świadomym/ świadomą? Zachowania uważności? Podczas gdy sztuczna inteligencja, albo internet rzeczy, oczywistości wirtualnej tak wkracza w naszą niecodzienność? Drugi trop tutaj możemy przywołać nawyki, tak, rutynowo wykonywane czynności, czy wszelkie rytuały przejścia, którym nadajemy znaczenie, albo jesteśmy ich uczone, a magiczna liczba promocja 20%? Przepadek. Przypadek? Nie schłodzę, nie schodzę, tfu, nie sądzę!

#10minutDlaNauki5000lib to nowy cykl artykułów mający na celu przedstawienie pewnych idei, procesów, zachowań w lekki (nie lepki) sposób. Zapraszam do lek i tury, czyli czy tu, czy tam, czytania, komentowania i zastanawiania się.

[575]. Przepraszam za ust…

Trochę się pokróliczkowało, czy po pierwiastkowało czy… ha-ha…Świeży dopływ megabitów, nie chodzi o big beat, uff… Się urwał. Padł, i nie wstał, ni energetyka, ni, widoków, nawet na przeszłość… Błogiego blogu.

[za chwilę dalszy ciąg…]

Dlatego nie było przedwczoraj artykułu, a zapasy się skończyły. Na nic ostrzenie pixeli. I temperowanie temper i temperatur i innych koloratur, na przykład taki jaskiniowy rysunek znacie to malowidło z telewizorni… Za chwilę dalszy ciąg programu… Przeciąg. Przepraszam za usta -usta i i inne erki usterki.

Mogłabym wspomnieć: Okruch. Cytat, który gdzieś do mnie przyszedł

był

został:

Ludzie myślą, że żyją bardziej intensywnie niż zwierzęta, niż rośliny, a tym bardziej – niż rzeczy. Zwierzęta przeczuwają, że żyją bardziej intensywnie niż rośliny i rzeczy. Rośliny śnią, że żyją bardziej intensywnie niż rzeczy. A rzeczy trwają, i to trwanie jest bardziej życiem niż cokolwiek innego.

[Prawiek i inne czasy, Olga Tokarczuk].

A może to oko, które patrzy, oko, które patrzy i widzi, dotyk, który smakuje, czucie głębokie, to fizjologiczne, a nie mata- fizyczne. Ożywia? Jaki jest krajobraz, kształt i obraz, a może kraj, a może morze skraj z pracy Hansa Memlinga? (Portret mężczyzny z listem, ok 1495 r, olej na płótnie, Florencja) Czym nasiąka błękit? Albo… Albo ile odcieni smaku ma brąz połykany przez światło i głaskany przez dźwięk w filharmonii, albo operze… Gdy między szeptem dźwięku, a zamyśleniem zmyślenia myśli błądzi USZYty zmysł doświadczenia. Filozofia smaku. Smak ku…

[Lakme, Netrebko Garanca źródło].

[573]. Wolisz suszyć skarpety czy salceson? /Góry? To ważne jak cholera, ale oprócz tego jest jeszcze inne życie/.

Mazowiecka 3 w Warszawie, podróż do europejskiej metropolii, z czasów nasyconych smakami i zapachami, barwami, krokami, (nie mydlić z korkami i koszmarami), szumem nieskrępowanych rozmów nie tylko o literaturze w Małej Ziemiańskiej, albo prawdziwą aromatyczną kawą, taką, jaką chciałabyś/ chciałbyś być budzona/ budzony co dzień rano, z szykiem, smakiem i sznytem konfekcji z Małego (dlaczego małego) Paryża, a potem przyszedł czarny poniedziałek dwudziestego piątego września. Września 1939 roku pogrążył świat, który nie dane mi było posmakować, w czasie gdy na kamienicę przy wspomnianej ulicy spada bomba, ginie Babcia, rodzice półtorarocznej Haliny – ciągłość zostaje brutalnie przerwana, świat, pożoga, koszmar, bieda – wszystko ma jeden kolor. Gdzie popatrzysz tam rozpatrzysz rozpacz.

Czytaj Dalej „[573]. Wolisz suszyć skarpety czy salceson? /Góry? To ważne jak cholera, ale oprócz tego jest jeszcze inne życie/.”

[(15/30)+1]. Vet. Odwet.

[Odwet, Vincent V Severski, czarna owca, Warszawa, 2019, źródło zdj.].

Książki można wysłuchać jako audio lecz nie jak to ma miejsce w przypadku pierwszej części w interpretacji zespołu autorów, a w pana Krzysztofa Gosztyły.
Mniej jest odniesień do literatury szpiegowskiej (w tej części pojawia się odwołanie do Cmentarza w Pradze) i mniej do sztuki- niestety!- tak pojawiają się Ambasadorowie. (Moim zdaniem warto poznać historię obrazu, i oczywiście VII Symfonia).

Czytaj Dalej „[(15/30)+1]. Vet. Odwet.”

[572]. Chodźmy, nikt nie woła.

Miało być świetnie! A jak wyszło? Wyszło bo, bookiem. Po kolei, chociaż o chodzeniu będzie, albo raczej odchodzeniu od tematu. Bardzo dalekim, niech mi ktoś odpowie, czy długaśne dygresje są immanentną cechą wpisaną w formę jaką jest esej?

[Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne, Rebecca Solnit,
tłumaczenie Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak, Wyd: Karakter, 2019,źródło].


Plusy.
O Rousseau było, ale zaledwie kilka akapitów, naparstek.Szkoda,niewykorzystany potencjał (nie kinetyczny, i nie statyczny).
Ciekawostki są, ale w nikłej, naprawdę nikłej ilości, zdecydowanie za mało.
Okładka rzeczywiście ładna, minimalistyczna, zachęcająca do sięgnięcia po lekturę.

Na tym, plusy się kończą.

Jeśli ktoś lubi a’la-filozoficzne wywody, albo gustuje w opisach przyrodniczych Orzeszkowej, albo pamiętnikarskie wywody to proszę bardzo. O ile się orientuję, ale może jestem w błędzie, pozycja nie miała o tym być, a na pewno o chodzeniu nie będzie.Na bank nie jest. Przynajmniej dla mnie. De gustibus non disputandum est, de gustibus non disputandum.
Dla przykładu…

Na początku nasz szlak był dość prosty, wiódł płaskim drewnianym mostem przerzuconym nad strumieniem nawadniającym porośnięte bujną roślinnością brzegi po obu stronach, następnie wił się w górę przez okolone dębami pola kukurydziane Grega i MaLin. Stamtąd droga prowadziła nas przez rów melioracyjny i ogrodzenie oddzielające ich ziemię od rezerwatu Nambe, pierwsze z wielu ogrodzeń pod którymi przyszło nam się przeczołgiwać lub po których musieliśmy się wspinać, niekiedy wręcz zmuszeni byliśmy otwierać zadrutowane furtki , by móc alej przejść. Na terenie rezerwatu ominęliśmy wodospad Nambe, którego grzmot dobiegał gdzieś z głębi wąwozu, choć sam wodospad trudno było dostrzec. Jego niewidoczność przypadła mi do gustu, przypominała bowiem o tym, że nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej, na której podziwia się widoki, ani na terenie uświęconym typowo europejską tradycją przechadzek. Dobiegały nas jego odgłosy, gdy się doń zbliżaliśmy, a dotarłszy do wzniesienia, częściowo mogliśmy go dostrzec, o ile się wychyliliśmy, w całości i wyraźnie jednak zobaczyć go było można z naszego szlaku tylko przez krótką chwilę, z urwiska gwałtownie schodzącego w dół, ku głębokiemu żlebowi poniżej. Rzuciliśmy zatem jedynie okiem na bielejącą po brzegach pianę i nisko położone łożysko strumienia i udaliśmy się w dalszą drogę. Na pierwszym odcinku szlaku staraliśmy się dotrzymywać sobie kroku o poruszać się w równym tempie, dalej jednak przestał on już przypominać drogę, która wydawała nam się tak prosta, gdy Greg pokazywał nam ją na mapach topograficznych. Jemu do rozeznania się w terenie wystarczyły szlaki, rowy melioracyjne i porozrzucane punkty orientacyjne. <<Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś”— powtarzał za każdym razem, gdy ktoś zadawał mu pytanie o to, czy przypadkiem się nie zgubiliśmy. Doskonale bawiliśmy się ego poranka. Sue powiedziała, że spodziewała się raczej, że będziemy iść w ponurym milczeniu, tymczasem wszyscy przerzucali się opowieściami i wrażeniami. Pierwszą przekąską posililiśmy się pod przydrożną topolą nieopodal San Juan na terenie rezerwatu Nambe, przylegającego do gruntów Georga, następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska których pasły się bizony i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.

Po pierwsze: rozumiem, że dla Autorki jest to przeżycie, taka wędrówka szanuję, można było o tym w s p o m n i e ć, tyle, że krócej. Nie dowiedziałam się nic, poza tym, że nie dostrzegła ona wodospadu, i gdzie zjadła pierwszy posiłek, a miał to być rozdział o (zaraz zerknę to Wam napiszę)…
Czy domyślasz się o czym jest przytoczony przeze mnie fragment? Zaznaczę, że masz podpowiedź w tekście, zaraz… Zaraz, który to tekst sam sobie zaprzecza (nie jest to opis wycieczki, ale aspekty, które są opisane rodem z Orzeszkowej). Jeśli jednak nie jest to opis wycieczki krajoznawczej to dlaczego taki opis?

To tak jakby obiecać, że rozdział będzie traktował o żółwiach, a nie o różowych słoniach, i że słonie mają cztery nogi, długą i mocną trąbę, że dzięki dużym uszom, które mogą sięgać nawet półtora metra, tak, półtora metra mogą sobie regulować ciepłotę ciała, a raczej traktować je jako wahlarz, a złowię, no, jak żółwiem raczej są.
I tak, może mi się podobać – i wam, również opis słonia- nawet gdy przeczytam, że posiadają one dwadzieścia sześć zębów – dwanaście przedtrzonowców i i tyle samo zębów trzonowych. Co jednak dowiem się o żółwiach.- a nie, to jeszcze jest inaczej, bo tu jest jeszcze wiedza dotycząca słoni, ale co jeśli nie wspominać o nich, tylko mówić coś takiego, że są duże… I większe na żywo niż mnie się wydawało? No, a złowię, istnieją?

Tak, tak zanim pomyślisz, że nie będziesz zaznajamiał, zaznajamiała się z opinią kogoś, to pisze wachlarz przez „h” (użyte zostało specjalnie/ prawda, że razi- mnie również) dla porównania, w książce także wkradł się chochlik. (Zdarza się najlepszym- jak widać).

Kwestia druga:
Pozwól, że powtórzę: „(…)następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska, na których pasły się bizony, i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.
Pominę milczeniem (albo i nie) użycie przecinka przed spójnikiem i, bardzo chętnie zobaczę jak pasą się wolnostojące domy :-)… Wiem, wiem, nie jest to błąd ortograficzny. Wiem, każdemu może się zdarzyć.

Kwestia trzecia: gdzie jest opisywana rzetelna historia chodzenia? Nie dostrzegłam jej mimo prób. Dla mnie to przede wszystkim refleksje osobiste autorki, które może i czasami, acz bardzo rzadko okraszone są jakąś ciekawostką, ale raczej jest przedstawiony jej przedsmak i zamiast clou jak ma to miejsce np w dyskusji o dwunożności,która moim zdaniem wymagałaby rozwinięcia spokojnie można sobie darować opis autorki jak wyglądali badacze, z którymi rozmawiała (wygląd jednego przyrównany został do morsa, o ile dobrze pamiętam, mogę się mylić, bo to dla mnie nie było ważne. I co z tego jak ktoś wygląda, ważne co mówi- przynajmniej dla mnie, a następna kwestia chciałbyś, albo chciałabyś być przyrównana, nawet w dobrej wierze do morsa?), a może miał to być aspekt humorystyczny? Nie wiem. Oczywiście, że nie da się przedstawić na 448 stronach historii … A może jednak jest to możliwe?
I teraz napiszę coś bardzo ważnego, szanuję, że Wydawnictwo podjęło się wydania takiej pozycji, nie podzielam zachwytów nad nią, po raz kolejny przekonuję, się, że entuzjastyczne opinie to nie wszystko. Tak jak oczywiście opinie wypowiadające się bardziej surowo, albo uważane za takowe).
Może to nie książka dla mnie? Może zabłądziłam w swoich, osobistych oczekiwaniach? Może chodzi o to by się tej książce, a może z tą pozycją powłóczyć? Tak by usłyszeć wołanie, a może i (tytułowy) zew. „Zew włóczęgi”. Może.
Jednak zdania takie jak: „Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś” nie przekonują. Oczywiście umiem przeczytać metaforę oczekiwania, tyle, że jeśli umówię się z Tobą na spotkanie, i po godzinie nadal mnie nie ma, w określonym miejscu. A po półtorej gdy zadzwonisz, i odpowiem Ci Gdziekolwiek idę to już tam jestem” czy będzie to miało coś wspólnego z prawdą? Fajnie brzmi, ale powiedz tak swojemu szefowi albo zwierzchnicze, która na Ciebie czeka. Oczywiście, masz rację droga do pracy nie jest włóczęgą, bo nie może nią być ze swej istoty, ale przecież jeśli włóczę się po mieście to także mogę odkąś dojść- np idąc na spotkanie z Tobą.

Mam również wrażenie, że Autorka myli dwie kwestie: marszu z pielgrzymką, nie każdy marsz jest pielgrzymką, tak jak nie każda pielgrzymka marszem. To zbiory rozłączne i nie można- moim zdaniem traktować ich w sposób bliźniaczy jak czyni to Rebecca Solnit. (Z tą różnicą, że jedno z nich ma charakter świecki).

Dlaczego zdecydowałam się napisać tę opinię, nie dlatego, żeby Cię zniechęcić do lektury. Poważnie. Chciałabym podyskutować o tej książce, chciałabym, żeby ktoś, może Ty pokazał/ pokazała mi inną perspektywę, której może teraz nie dostrzegam…
A może warto sięgnąć po coś jeszcze?

I ostatnie dwie kwestie.
Pierwszą powtórzę, każdemu zdarzają się błędy. Dajmy sobie do nich prawo.

Druga: Wcale nie muszą podobać nam się te same książki, wtedy było by nudno.
Może dla Ciebie refleksje Autorki będą pomocne, a opisy przyrody kuszące? Może po prostu się różnimy? Może jednak warto się przemóc i jeszcze raz sięgnąć i przeczytać całą pozycję? A nie tylko około dwudziestu procent? Z chęcią poznam Twoje zdanie. Chciałabym się dowiedzieć również, czy jest to książka reprezentatywna dla Autorki? I tak, z chęcią porozmawiam o wyżej wymienionych kwestiach.

[571]. Dziewięćdziesiąta ósma.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…

Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.

Człowiek, wbrew pozorom, nie stwarza sobie celów. Narzuca mu je czas, w którym się urodził, może im służyć albo buntować się przeciw nim, ale przedmiot służby czy buntu jest dany z zewnątrz. Aby doświadczyć całkowitej wolności poszukiwania celów, musiałby być sam, a to się nie może udać, gdyż człowiek nie wychowany wśród ludzi nie może się stać człowiekiem.

[Solaris]

***
Nie żałuj, nigdy nie żałuj, że mogłeś coś zrobić w życiu, a tego nie zrobiłeś. Nie zrobiłeś, bo nie mogłeś. (…)
Był człowiekiem niewątpliwie wykształconym, ale inteligencję miał jak ogródek japoński – niby mostek, dróżki, wszystko piękne, ale bardzo ograniczone i do niczego.
[Szpital przemienienia].
***
Książką można czytelnikowi głowę, owszem przemeblować o tyle, o ile jakieś meble już w niej przed lekturą stały.
[Doskonała próżnia,Wielkość urojona].
***
…nie doceniłem głupoty panującej nam dziś mądrości. W naszej epoce – opakowań – liczy się etykieta, a nie zawartość…
[Dzienniki gwiazdowe].
Czytaj Dalej „[571]. Dziewięćdziesiąta ósma.”

[568]. Bez tytułów tylu, gdzieś z przodu, gdzieś z tyłu…A morze, może obłok obok o krok, o bok…?

Chodzi ze mną, za mną, chłodząc i rozgrzewając aparat gębowy:

[źródło]

Znaleźć człowieka, z którym można porozmawiać nie wysłuchując banałów, konowałów, idiotyzmów cwaniackich, łgarstw, fałszywych zapewnień, tanich sprośności lub specjalistycznych bełkotów „fachowca”, dla którego branżowe wykształcenie plus umiejętność trzymania widelca jest całą jego kulturą, kogoś bez płaskostopia mózgowego i bez lizusowskiej mentalności- to znaleźć skarb.

[Waldemar Łyskak- podobnież, ale nie wiem nic ponadto].
Czytaj Dalej „[568]. Bez tytułów tylu, gdzieś z przodu, gdzieś z tyłu…A morze, może obłok obok o krok, o bok…?”

[567]. (Nic pewnego.) O pejzażu nie wiem.

Nie mnóż bytów ponad potrzebę. Stara mantra. Mantra tra ta ta ta tam tu i tam cyt. Cyt. Cy ta tu tum polifonija melancholii myśli tłum kruszeje i pewność maleje lejąc się w perspektywę szkiców smaków Rembrandta czy innego co nużył nurzając palce w farbach i werniksach. Ten sam głos może głębszy, może cichszy. Może milczy. Licz zagadki nie zagaduj lecz zgaduj z pewnością ciekawości. Nie chodzi o to by iść stronę oszczędność poznawczej. Tylko szerszego spojrzenia. Nie mitologicznego, ale prostej kreski impresjonizm zamiast kubizmu. Kropla kropli. Zapamiętać nie zemleć. Uśmiecham się łagodnie. Godnie przez dystans bliskości i bliskość błogości. I ten grymas Caravaggia. Pergaminowe spojrzenia słów nie wejrzą we wrzące pragnienia. Nic (pewnego) nie wiem o pejzażu z którego woda żywa tryska strumykiem lewie.

[566].Sza! Ci.

Nie jest monolitem. Skałą niewzruszoną wysmaganą wiatrem i czasem i zmarszczkami wiatru. Świat pełen jest dźwięków, nie tylko klawiaturowego stukania, natarczywych ścierań nienawarstwiań silni! silnikowo- samochodowych dyskursów przejeżdżających w tę, czy w w tamten stronę, głośniej po deszczu, deszcz u szeleszczu to tu, to tam pogłębiając zieloność, barwność, kroków porozrzucanych na trawie, plaży, asfalcie, wodzie… Jest to od-głos przeczesywania włosów dłonią. Wiatr, struga dźwięków otacza nas, wchłaniamy ją przez skórę, uszy, zmarszczki, oczy. Jest pulsem, znakiem, marszczeniem i gładzeniem. Chodzeniem i staniem. Fakturą nie tylko faktograficzną myśli. Spojrzeniem na obrazy i obrazy flamandzkich mistrzów. Noszeniem cytatów Cummingsa, czy może Baczyńskiego (?) w kieszeniach na nie okazję. Rumieńców pytań, czy łypiącym okiem jezior…Jęzorem rzek, rzekłabym niezliczoności… Niezlicz…

Czytaj Dalej „[566].Sza! Ci.”