[441]. Ciemno to widzę…Czyli jasno o czerwonym olbrzymie białym i czarnym karle). I…W końcu o końcu.

Aaale od początku. Na początku był śmiech os, podobno, czyli  ha ha! Os.A co jeśli zgaśnie nasza gwiazda, i nie chodzi o (urodzenie się pod) szczęśliwą, mniej lub bardziej, czy w ogóle, ale o przydziałową w gęstwinie przypadłą przypadkowi. Jasne! Jasne jak słońce. Tak? Czy oby na pewno? Czy wiesz, że słońce naprawdę jest innej barwy? I dlaczego widzimy je właśnie na żółto, skoro jest białe? A to dlatego, że w widmie słonecznym żółta barwa dominuje, ale przecież nie jest jedyna, bo jest i błękit, i to sporo, zieleń, czy czerwień. I te wszystkie barwy razem, nasz galaretowaty organ (mam na myśli mózg) interpretuje jako barwę białą. (Tak osoby zajmujące się fizyką powiedzą, że nie ma koloru białego tak samo jak czarnego).

Oczywiście, znaczy wiś jak słoń, nie (nie jak w składzie porcelany, czy jakoś nie w takt), jak słoń-ce. Czyli zaczynamy z wysokiego Ce. Jakie słońce jest każda osoba widzi, albo nie… Albo jakie może być. Czy może być, to znaczy, czy nam pasuje, czy nie i co psuje, wtedy jak takie właśnie będzie… Zapraszam do lektury! Na Jowisza! Zaczynamy, chociaż… Nie. Jowisza to zostawmy w spokoju, nie świętym, ale zawsze.Chociaż na chwil(k)ę.

[Wizja artystyczna Słońca jako czerwonego olbrzyma i pozbawionej atmosfery Ziemi.źródło].
Jedno z przysłów głosi, że  na słońce i na śmierć nigdy wprost patrzeć nie można. A no można, przynajmniej raz. Są wchody i zachody, przed tymi ostatnimi (nie mydlić: z ostatecznymi) dnia chwalić nie należy. Znaczy można, można się srodze zawieść. Zawieść na koniec galaktyki? Drogi mlecznej? Mlekiem i miodem płynącej? Co to, to nie.

 

 

Dobrze, zaczynamy.(Nie ma to jak źle zacząć… Ale cóż począć (wtedy)) Aż strach pomyśleć.

Z mgławic, gazu i pyłu. W miejscu nazywanym  (nie bez powodu cmentarzyskiem gwiazd) ma początek nasza opowieść. I tak ją będziemy wieść, aż dowieziemy do końca. Rodzi się nowa (jeszcze wtedy) gwiazda. Nikt nie wie na pewno, i bardzo dokładnie, ale ponad cztery i pół miliarda lat temu, czyli naprawdę dawno, przynajmniej dla homo przypadkiem sapię, sss wielka chmura gazu i pyłu poddana działaniom grawitacji, zaczęła gęstnieć, i gęstnieć, i gęstnieć. I zapadać się w sobie, i zapadać, i jeszcze głębiej i jeszcze gęściej i zaczęło uwalniać się przy tym sporo energii, a temperatura rosła i rosła i zaczęła się synteza wodoru w hel. I oto jest, narodziła się nowa gwiazda, i nie chodzi o celebrytę, tylko o (hello) gwiazdę. A materia zaczęła wokół niej krążyć i krążyć i… Tak powstało osiem planet, tak, te, które nazwy kojarzymy ze szkoły powszechnej.

Wiatr ten słoneczny, posprzątał to, co miał posprzątać, oczyścił to co miał oczyścić. I zostały takie bryły w tym i planety, które tańczyły łącząc się to oddzielając, łącząc to oddzielając… Młoda gwiazda Słońce wiruje baardzo szybko. Raz na dzień albo jeszcze szybciej, obraca się, i wyrzuca w kosmos wielkie ilości cząstek. Tak, tak wiele z nich trafiło w Ziemię, ale nie tylko. 

Słońce, ta przeciętna kula plazmy, przeciętna, bo przecież ani nie najmniejsza, ani największa, w wieku już co najmniej średnim, zbliża się do połowy swojego życia,  może pożreć ponad tysiąc Ziem, w jego środku panuje nieprzyjemny upał jakieś, dajmy na to szesnaście milionów stopni Celsiusza, kiedyś zniknie. Ale nie tak, na pstryk i znikł. Nie, nie to nie opowieść tego rodzaju. Nadal pracuje jak w ukropie przemieniając wodór w hel, statecznie, acz cholernie szybko. Jak, trudno powiedzieć, w przybliżeniu można najlepiej porównać tę sytuację do tego, że co sekundę na Słońcu następuje wybuch bomb atomowych, bomb więc liczba mnoga i to o nie byle jakiej sile.Takie o mocy dziewięciu miliardów megaton. Z czego do Ziemię  zasili jedna dwu miliardowa część tej właśnie energii. I taka sytuacja, czyli produkcja życiodajnego paliwa potrwa  wedle szacunków dwanaście miliardów lat. Dzisiaj świeci ono o trzydzieści procent jaśniej niż za czasów swojej młodości. I tak, z czasem będzie stawać się coraz jaśniejsze. A jego emisja energii będzie rosła, i rosła i… W tej chwili wiadomo, że około dwadzieścia procent globalnego ocieplenia powodowane jest przez nasze Słoneczko. A to nie koniec, a w zasadzie ciąg dalszy, bo za miliard lat, jakkolwiek surrealistycznie by to nie brzmiało, emisja energii słonecznej wzrośnie o dziesięć procent. Co będzie skutkowało podwyższeniem temperatury tu, na Ziemi,  o bagatela sześćdziesiąt stopni Celsjusza.  To spowoduje większe parowanie zbiorników wodnych, a unosząca się wilgoć, będzie ona  prowokowała do szczelniejszego otulania ciepłem, to powstawanie dodatniego sprzężenia zwrotnego popularnie nazywanego efektem cieplarnianym. To właśnie jego siła będzie początkiem końca życia na Ziemi, takiego jakie znamy, i jakie jest naszym udziałem, Twoim i moim. * A, to nie tylko działalność dwunożnych istot, aaaale nie tak szybko, tak sądzono jakiś czas, ale obalono ten mit. Nie chodzi tylko o oto, że Słońce jest głównym reaktorem zasilającym „naszą” planetę. I oddziaływanie takowe nie ulega wątpliwości, tak, masz rację Xpil. Aktywność gwiazdy czyni życie możliwym na Błękitnej Kropce. :-).

Poddano badaniu np aktywność plam na słońcu, a efekt cieplarniany. I tym sposobem „uniewinniono Słońce”. Członkinie i członkowie organizacji (IPCC) Intergovernmental Panel on Climate Change (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) opublikowali wyniki raportów, z których jasno (jak słońce) wynika, że rzeczona gwiazda nie ma większego wpływu na obecny wzrost temperatury na Ziemi. Co więcej, w ciągu ostatnich czterdziestu lat, aktywność słoneczna, uległa minimalnemu, ale jednak, zmniejszeniu.

 

Najpierw stanie się jasność, jasność tysiąc razy jaśniejsza od tej, którą znamy.  A nasza Błękitna Kropka, po prostu się roztopi…To znaczy ziemia zostanie spalona. Skały zaczną się topić. A ludzie trapić, jeśli będą, mieli okazję rzecz jasna! (sic!) Rzekłabym, że rzeki staną się lawą. No ale zaraz, zaraz i nie chodzi o bakterię wirusy, czy inne nicienie, które mogą przetrwać wystrzelenie w kosmos i wrócić, czy atak nuklearny. Możesz powiedzieć, że nasze Słoneczko jest oddalone trochę od Ziemi i zanim coś zacznie się dziać, a dziać się zacznie niewątpliwie…

No tak, jest i to nawet nie o trochę, ale o sto pięćdziesiąt milionów kilometrów, co zapewnia mieszkankom i mieszkańcom naszej planety optymalne warunki do życia. Fotosynteza, nie mydlić z wykonywaniem selfie w sejfie lub innej łazience, czy innym zdjęciem rentgenowskim. A one stanowią nie tylko cześć pożywienia dające kopa, czyli energię, ale np paliwa kopalne. A wykorzystywanie wiatraków, a wiatry… No, te słoneczne, nie chłodzi o niestrawność? Światło i ciepło pochodzą z samego środka, z brzucha słońca, wróć, z jego jądra. Można go przyrównać do baaardzo duuużego reaktora atomowego. Z trzech czwartych składa się on z wodoru, z blisko jednej trzeciej helu i ze śladowych ilości innych pierwiastków. To jest to miejsce gdzie wodór przeobraża się w hel. I nie ma to nic wspólnego z piekłem, co najwyżej, może z imaginacją, pewnym wyobrażeniem pełnego i pewnego, dla niektórych wizją. I ciepłem. Syntezą jądrową w wyniku której mamy energię (mam tę moc, maaam tę moooc, a nie, przepraszam kończę śpiewać). No dobrze wracając do tematu, i to nie muzycznego, można powiedzieć, że gdy gwiazda powstaje, taka świeża nie śmigana, to ma zapas paliwa,takiego wodoru, który tworzy gęste, gorące jądro. O. I to jest to, co zostanie spożytkowane, i to, z czego dostaniemy taki produkt jak energię. Ale co jeśli ta się skończy… Bo przecież proces syntezy nie może trwać w sposób ciągły, to znaczy bez końca, gwiazda kiedyś strawi wszystkie zapasy. I co? I Ziemia nie dostanie zasilenia?I co się wtedy stanie? Ale nie, nie tak szybko. Najpierw życie będzie schodziło do podziemi, by się schłodzić, by sobie nie zaszkodzić, by wyjść na powierzchnię wtedy, kiedy będzie zimniej,czyli w nocy, przynajmniej w niektóre. Ale Słońce nam urządzi niezłe grilowanko, a temperatura wciąż będzie rosła rosła i rosła, i zabraknie miejsc, w których będziemy mogli się schronić. I będzie jak na Wenus(to optymistyczna, początkowa, i krótkotrwała wersja). Jak na dzisiejszej Wenus. Za trzy miliardy lat jasność słońca i jego rozmiar wzrośnie do przynajmniej czterdziestu procent-a ono samo zmieni trzy czwarte swojego wodoru w hel wtedy to po oceanach nie będzie ani wspomnienia, a Ziemia, cóż, będzie przypominała pustynię. Jedną wielką. Ale spokojnie, spokojnie, to tylko początek. Gdzie tam do dziesięciu miliardów lat, kiedy to Słońce oszaleje, nie, nie oszaleje, taka jest kolej, jego kolej…

Wtedy to jeśli na Ziemi ostało by się jakieś inteligentne życie mogło by zobaczyć, gdyby posiadało jeszcze taką zdolność, na horyzoncie tylko Słońce, wielkiego olbrzyma. Ooogromnego potwora. Ale nie zobaczy, na Ziemi życie zaniknie i zniknie skutecznie, acz stopniowo, w ciągu miliarda lat. W tym czasie zabraknie wodoru. W jądrze Słońca, bo na Ziemi cóż, życia próżno szukać. Chociaż można. Pofantazjujmy jednak, że życie jeszcze istnieje, na tak zwanej Ziemi, i cóż wtedy by uczyniło? Życie, bo Słońce wiadomo, zacznie się zapadać, bo jego wewnętrzne ciśnienie nie będzie już w stanie równoważyć siły grawitacji. Synteza termojądrowa skończy się najpierw w jądrze, ale nie w otoczce, czyli czymś co okala jądro (jak sama nazwa wskazuje). I to właśnie energia tam rodząca przyczyni się do tego, że zewnętrzna część Słońca rozszerzy się. I tym sposobem  stanie się jeszcze jaśniejsze i większe gdyż będzie spalany wodór z jego zewnętrznej części. A jądro będzie się kurczyć i to coraz szybciej. Nachodzi mnie refleksja, że można tę sytuację przyrównać do takiego koksa, co pompuje sobie mięśnie, ale nie neurlonalia. Cóż, takie realia. Wtedy to powstanie coś co nazywamy czerwonym olbrzymem, czyli gwiazdą, która zużyła cały wodór z jądra. Zmieniając go, jak już było napisane, w hel, który jest i cięższy i bardziej gęsty (od swojego poprzednika).  I w takiej oto postaci będzie sobie egzystować, przez bagatela dwa miliardy lat. Nasze Słoneczko, nasz olbrzymek. Jej powierzchnia tak będzie rosnąć, bagatela do trzydziestu razy, nazwa subtelnie nawiązuje do tegoż, ale i stygnąć, i stygnąć i w skutek tego przybierać właśnie karmazynową barwę. Stanie się sto razy jaśniejsze. I tak w czasie gdy ono będzie rosnąć i rosnąć wodór z warstwy jaśniejszej przemieni się w hel. I tegoż ostatniego w jądrze będzie jeszcze więcej, i więcej i jądro będzie się konsekwentnie zapadać, a jego temperatura będzie rosła. Nie wiem, czy czerwone olbrzymy mogą się spalić ze wstydu, i czy mają ku temu powód… Ale Słońce będzie puchnąć, i puchnąć i puchnąć przez bardzo krótki okres dwóch miliardów lat. Do czasu gdy zainicjowany zostanie proces spalania (a jakże by inaczej helu). Tak, helu. Rozbłysk i początek, i synteza helu w węgiel i tlen. I przez kilkadziesiąt milionów lat Słońce zyska nowe życie, wieść je będzie statecznie, przez ten okres. Będzie co prawda bardziej gorące, naprawdę, ale trochę się skurczy. Trochę. Do czasu powtórnego zapadnięcia się i rozgrzania jądra Słońca. A to musi nastąpić gdy hel będzie spalany z warstwy zewnętrznej, a powstały wcześniej tlen i węgiel przedostaną się do środka. Trochę nad powierzchnią Słońca jeszcze dogorywa synteza wodoru w tlen, przecież proces nie ustaje jak na komendę. Wtedy to gwiazda, o której piszę, pożre Merkurego, Wenus. Gwiazda osiągnie granice swej stabilności. Jej wnętrze zacznie pulsować, a to dlatego, że jądro się kurczy- ciągle, jak wiemy, nieustannie, a zewnętrzna warstwa gwiazdy puchnie. To pulsowanie może trwać do tysiąca lat. Może krócej. Będzie się rozdymać i kurczyć na zmianę, co przykładowo czterysta lat, może mniej, może więcej. Nie będą to deliryczne drgawki, raczej można pokusić się o przyrównanie ich do pulsowanie serca, serca które zamiera. Ziemia wtopi się weń. Na pewno nie dożyjemy do tego momentu, o obserwacji z dalekich połaci kosmosu nie ma co liczyć, a jeśli już będzie to liczenie na marne, nie na klęskę. Ale to jedno wyjście. A jak jedno, to nie jedyne jest, jeszcze co najmniej drugie. I przy nim się zatrzymajmy. Tak Słoneczko nasze, pożre i Merkurego i Wenus, ale jest jeszcze, zapewne pamiętasz, wiatr słoneczny. Wiatr co rozgoni cenne skłębione zasłony, czy jakoś tak to leciało. W czyjeś piosence, a wiem, rozgoni, właśnie nie tyle rozgoni co wyrzuca materię z atmosfery Słońca. I ponieważ zewnętrzne jej części będą jeszcze luźniej związane niż w tej chwili owy wiatr będzie zawierał jeszcze więcej materii. A jeśli stanie się tak, że wskutek jego oddziaływania Słońce zrzuci masę o tak trzydzieści procent, to Gwiazda będzie słabiej oddziaływać na Błękitną Kropkę co pozwoli się niespiesznie oddalić na inną orbitę, tę dalej usytuowaną rzecz (sic!)jasna. Ale nie oznacza to, że Ziemia ocaleje wszak istnieją jeszcze pływy! Nastąpi spiralna wędrówka ku Słońcu. I tak może ulec stopniowemu stopnieniu. Grilowanko. Pisałam. Ale to nie jest jedyne wyjście, wejście na orbitę spiralną. Są w kosmosie takie planety, które przerwały śmierć gwiazdy macierzystej! I my o tym wiemy.(Przepadek  391 Pegaza. Jeden). Aby przerwać trzeba zrównoważyć siły. I Planeta i Gazowy Olbrzym pozbyły się masy.

Przecież za miliard lat będziemy musieli się przemeldować, np na Marsa. Trzeba wyprodukować tlen i ciśnienie takie, które utrzyma wodę na powierzchni, ale przecież to tylko przejściowe rozwiązane bo Słońce będzie rosnąć… I rosnąć. A my, uciekać i uciekać. Na księżyce Jowisza, Saturna byle dalej, i prędzej by zdążyć i się nie pogrążyć. I żyć z dala od czerwonego giganta. A może przesunąć całą planetę? Ściągnąć asteroidę, takiego konia pociągowego, która przesunie Ziemie dalej, i dalej i będzie bezpieczniej. Asteroida będzie nas mijać co sześć tysięcy lat, po cichutku, pomalutku, acz skutecznie.Może. Nie jet to pewne. Natomiast to co wiemy, że jako Czerwony Olbrzym Słońce będzie pulsować, i z czasem będzie to coraz słabsze oddziaływanie. Będzie szybko tracić na swojej mocy. A to będzie skutkować tym, że reakcje fuzji nie będą już tak wrażliwe na oddziaływanie temperatury. I będzie rozgrzane, ale też coraz mniejsze i mniejsze, i coraz bardziej niebieskie. W tej fazie nie ma już paliwa, więc zacznie się proces kurczenia. Z umierającego Słońca nie powstanie Super Nowa.  Dlatego, że Słońce dysponuje za małą masą, tak, za małą, by sama zrobiła wielkie buuum na całą galaktykę, ale to nie wszystko. To nie tylko kwestia tego, że musiało by przynajmniej być osiem razy bardziej masywne, ale Słońce nie krąży też wokół drugiej gwiazdy, a to jest potrzebne, by zabrać takiej masę, i w ten sposób przyczynić się do niestabliności i zrobić wielkie buuummmmmm. A więc? Co pozostaje zewnętrzna warstwa Słońca w ostatnim jego tchnieniu przemieni się w mgławicę, czyli świetlistą chmurę gazu. I w ten sposób przemieni się z Wielkiego czerwonego olbrzyma w białego karła. To znaczy, będzie wielkości Ziemi o połowie swojej dawnej masy. Nie będzie tak szczodrze obdarowywać energią, którą będzie dalej posiadało. I tak będzie sobie żyło na swojej słonecznej emeryturze uwalniając ją przez biliardy lat. Jest to możliwe dlatego, że przez lata swojej młodości gromadziło tę energię, którą teraz oddaje. Będzie chłodnieć i blednąć i zmieniać układ słoneczny. Miejsce, w którym do tej pory żyło.  Ono także zamarznie. A Ziemia? Najpierw przyfilowana potem zostanie poczęstowana lodem. I jeśli nie zmienimy orbity w czasie gdy Słońce będzie czerwonym karłem i tak zginiemy, to po co się przejmować zlodowaceniem? Na początku ok, można szukać schronienia w oceanach zasilając się jądrem, Ziemi, ale potem gdy źródełko wyschnie? My – o ile przeżyjemy i nie zginiemy od gorąca, pochłonie nas zimno. Kriokomora. Chyba, że.. Posiądziemy wiedzę o fuzji, która ma miejcie teraz w jądrze Słońca, wiemy już co nie co o rozbijaniu atomów. Czy będziemy potrafili tak ścisnąć i rozgrzać materię, co z koniecznością grawitacji? Na to pytanie jeszcze nie znamy odpowiedzi, wiemy natomiast, że Słońce przemieni się z białego w czarnego karła. Znikając z nieboskłonu. Ale trwać będzie jeszcze długo, zanim mgławica, która po nim zostanie poączy się z inną materią i urodzą się nowe gwiazdy.

I tak Układ Słoneczny, który znamy dziś umrze za pięć miliardów lat, ale powstanie całkiem nowy. Ileż to już Ziem, błękitnych kropek było przed nami? Olbrzymów Czerwonych? Białych i Czarnych Karłów?Żyć, marzeń, i snów, tych, których się nie ziściły także…

6 myśli na temat “[441]. Ciemno to widzę…Czyli jasno o czerwonym olbrzymie białym i czarnym karle). I…W końcu o końcu.

  1. „około dwadzieścia procent globalnego ocieplenia powodowane jest przez nasze Słoneczko” – tu się nie zgodzę. Według mojej wiedzy Słońce odpowiada za 100% jakiegokolwiek ocieplenia na naszej Planecie. Lokalnego czy globalnego, wsioryba.

    1. A właśnie. Dzięki za komentarz. Nie chodzi mi o dostawcę energii, bo w tym przypadku tak. No ale o efekt globalnego ocieplenia klimatu, tylko, że wtedy to też przestrzeliłam ale już doprecyzowałam intencję! Dziękuję!

  2. Jeszcze o ekspansji rasy w kosmos: idea jest przezacna, ale na przeszkodzie stoi krótki termin używalności pojedynczego egzemplarza Homo Sapiens (lub też, po dłuższym biegu, w moim przypadku Homo Zasapiens). Skoro na dotarcie do gwiazd potrzebujemy dziesiątek lat i tyle też wynosi średni oczekiwany czas do zezłomowania (przy założeniu regularnego serwisowania i nie nadużywania sprzętu poprzez zalewanie go C2H5OH i innymi chemikaliami), motywacja jest minimalna. A w zasadzie ujemna nawet, można by powiedzieć.

    My nie mrówki, żeby myśleć zbiorowo. No ale pewnie za miliard lat się to zmieni.

    1. Ten krótki okres cóż, stoi na przeszkodzie, o tyle, o ile nie wynajdziemy dobrego, tj. szybkiego środka transportu. Na co, przynajmniej na razie, się nie wznosi, tfu, nie zanosi… A próby, warte są śmiechu. I to przez łzy. Chociaż lepiej próbować…
      PS. Sposób życia mrówek, czy termitów, jest bardzo wnoszący, żeby nie napisać bardzo mądry.

      1. Wygląda na to, że prędkości światła nie przeskoczymy, z kolei tunele czasoprzestrzenne, chociaż teoretycznie możliwe, wymagają takich ilości energii, że trzebaby wrzucić do pieca całe galaktyki. Czyli jak się człowiek nie obejrzy tak dupa z tyłu. Co do termitów / mrówków / innych etceterów, bardzo polecam „Niezwyciężonego” Lema. Tam ten temat jest rozwinięty bardzo pomysłowo.

        1. Tak, teoretycznie, to tunele, o których wspominasz są możliwe, ja zostawiłabym też niedomkniętą furtkę co do tego, czego jeszcze nie wiemy. Poza tym, niektórzy mówią, że np po co taki Mars, jak można mieszkać na Wenus, to znaczy n a d Wenus…
          Ad vocem Lema, ostatnio gdy podczytywałam „Ruchome obrazki” T.P przyszła mi myśl do głowy, i nie chciała się odczepić, że S.L i T.P piszą podobnie…

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s