[572]. Chodźmy, nikt nie woła.

Miało być świetnie! A jak wyszło? Wyszło bo, bookiem. Po kolei, chociaż o chodzeniu będzie, albo raczej odchodzeniu od tematu. Bardzo dalekim, niech mi ktoś odpowie, czy długaśne dygresje są immanentną cechą wpisaną w formę jaką jest esej?

[Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne, Rebecca Solnit,
tłumaczenie Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak, Wyd: Karakter, 2019,źródło].


Plusy.
O Rousseau było, ale zaledwie kilka akapitów, naparstek.Szkoda,niewykorzystany potencjał (nie kinetyczny, i nie statyczny).
Ciekawostki są, ale w nikłej, naprawdę nikłej ilości, zdecydowanie za mało.
Okładka rzeczywiście ładna, minimalistyczna, zachęcająca do sięgnięcia po lekturę.

Na tym, plusy się kończą.

Jeśli ktoś lubi a’la-filozoficzne wywody, albo gustuje w opisach przyrodniczych Orzeszkowej, albo pamiętnikarskie wywody to proszę bardzo. O ile się orientuję, ale może jestem w błędzie, pozycja nie miała o tym być, a na pewno o chodzeniu nie będzie.Na bank nie jest. Przynajmniej dla mnie. De gustibus non disputandum est, de gustibus non disputandum.
Dla przykładu…

Na początku nasz szlak był dość prosty, wiódł płaskim drewnianym mostem przerzuconym nad strumieniem nawadniającym porośnięte bujną roślinnością brzegi po obu stronach, następnie wił się w górę przez okolone dębami pola kukurydziane Grega i MaLin. Stamtąd droga prowadziła nas przez rów melioracyjny i ogrodzenie oddzielające ich ziemię od rezerwatu Nambe, pierwsze z wielu ogrodzeń pod którymi przyszło nam się przeczołgiwać lub po których musieliśmy się wspinać, niekiedy wręcz zmuszeni byliśmy otwierać zadrutowane furtki , by móc alej przejść. Na terenie rezerwatu ominęliśmy wodospad Nambe, którego grzmot dobiegał gdzieś z głębi wąwozu, choć sam wodospad trudno było dostrzec. Jego niewidoczność przypadła mi do gustu, przypominała bowiem o tym, że nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej, na której podziwia się widoki, ani na terenie uświęconym typowo europejską tradycją przechadzek. Dobiegały nas jego odgłosy, gdy się doń zbliżaliśmy, a dotarłszy do wzniesienia, częściowo mogliśmy go dostrzec, o ile się wychyliliśmy, w całości i wyraźnie jednak zobaczyć go było można z naszego szlaku tylko przez krótką chwilę, z urwiska gwałtownie schodzącego w dół, ku głębokiemu żlebowi poniżej. Rzuciliśmy zatem jedynie okiem na bielejącą po brzegach pianę i nisko położone łożysko strumienia i udaliśmy się w dalszą drogę. Na pierwszym odcinku szlaku staraliśmy się dotrzymywać sobie kroku o poruszać się w równym tempie, dalej jednak przestał on już przypominać drogę, która wydawała nam się tak prosta, gdy Greg pokazywał nam ją na mapach topograficznych. Jemu do rozeznania się w terenie wystarczyły szlaki, rowy melioracyjne i porozrzucane punkty orientacyjne. <<Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś”— powtarzał za każdym razem, gdy ktoś zadawał mu pytanie o to, czy przypadkiem się nie zgubiliśmy. Doskonale bawiliśmy się ego poranka. Sue powiedziała, że spodziewała się raczej, że będziemy iść w ponurym milczeniu, tymczasem wszyscy przerzucali się opowieściami i wrażeniami. Pierwszą przekąską posililiśmy się pod przydrożną topolą nieopodal San Juan na terenie rezerwatu Nambe, przylegającego do gruntów Georga, następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska których pasły się bizony i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.

Po pierwsze: rozumiem, że dla Autorki jest to przeżycie, taka wędrówka szanuję, można było o tym w s p o m n i e ć, tyle, że krócej. Nie dowiedziałam się nic, poza tym, że nie dostrzegła ona wodospadu, i gdzie zjadła pierwszy posiłek, a miał to być rozdział o (zaraz zerknę to Wam napiszę)…
Czy domyślasz się o czym jest przytoczony przeze mnie fragment? Zaznaczę, że masz podpowiedź w tekście, zaraz… Zaraz, który to tekst sam sobie zaprzecza (nie jest to opis wycieczki, ale aspekty, które są opisane rodem z Orzeszkowej). Jeśli jednak nie jest to opis wycieczki krajoznawczej to dlaczego taki opis?

To tak jakby obiecać, że rozdział będzie traktował o żółwiach, a nie o różowych słoniach, i że słonie mają cztery nogi, długą i mocną trąbę, że dzięki dużym uszom, które mogą sięgać nawet półtora metra, tak, półtora metra mogą sobie regulować ciepłotę ciała, a raczej traktować je jako wahlarz, a złowię, no, jak żółwiem raczej są.
I tak, może mi się podobać – i wam, również opis słonia- nawet gdy przeczytam, że posiadają one dwadzieścia sześć zębów – dwanaście przedtrzonowców i i tyle samo zębów trzonowych. Co jednak dowiem się o żółwiach.- a nie, to jeszcze jest inaczej, bo tu jest jeszcze wiedza dotycząca słoni, ale co jeśli nie wspominać o nich, tylko mówić coś takiego, że są duże… I większe na żywo niż mnie się wydawało? No, a złowię, istnieją?

Tak, tak zanim pomyślisz, że nie będziesz zaznajamiał, zaznajamiała się z opinią kogoś, to pisze wachlarz przez „h” (użyte zostało specjalnie/ prawda, że razi- mnie również) dla porównania, w książce także wkradł się chochlik. (Zdarza się najlepszym- jak widać).

Kwestia druga:
Pozwól, że powtórzę: „(…)następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska, na których pasły się bizony, i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.
Pominę milczeniem (albo i nie) użycie przecinka przed spójnikiem i, bardzo chętnie zobaczę jak pasą się wolnostojące domy :-)… Wiem, wiem, nie jest to błąd ortograficzny. Wiem, każdemu może się zdarzyć.

Kwestia trzecia: gdzie jest opisywana rzetelna historia chodzenia? Nie dostrzegłam jej mimo prób. Dla mnie to przede wszystkim refleksje osobiste autorki, które może i czasami, acz bardzo rzadko okraszone są jakąś ciekawostką, ale raczej jest przedstawiony jej przedsmak i zamiast clou jak ma to miejsce np w dyskusji o dwunożności,która moim zdaniem wymagałaby rozwinięcia spokojnie można sobie darować opis autorki jak wyglądali badacze, z którymi rozmawiała (wygląd jednego przyrównany został do morsa, o ile dobrze pamiętam, mogę się mylić, bo to dla mnie nie było ważne. I co z tego jak ktoś wygląda, ważne co mówi- przynajmniej dla mnie, a następna kwestia chciałbyś, albo chciałabyś być przyrównana, nawet w dobrej wierze do morsa?), a może miał to być aspekt humorystyczny? Nie wiem. Oczywiście, że nie da się przedstawić na 448 stronach historii … A może jednak jest to możliwe?
I teraz napiszę coś bardzo ważnego, szanuję, że Wydawnictwo podjęło się wydania takiej pozycji, nie podzielam zachwytów nad nią, po raz kolejny przekonuję, się, że entuzjastyczne opinie to nie wszystko. Tak jak oczywiście opinie wypowiadające się bardziej surowo, albo uważane za takowe).
Może to nie książka dla mnie? Może zabłądziłam w swoich, osobistych oczekiwaniach? Może chodzi o to by się tej książce, a może z tą pozycją powłóczyć? Tak by usłyszeć wołanie, a może i (tytułowy) zew. „Zew włóczęgi”. Może.
Jednak zdania takie jak: „Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś” nie przekonują. Oczywiście umiem przeczytać metaforę oczekiwania, tyle, że jeśli umówię się z Tobą na spotkanie, i po godzinie nadal mnie nie ma, w określonym miejscu. A po półtorej gdy zadzwonisz, i odpowiem Ci Gdziekolwiek idę to już tam jestem” czy będzie to miało coś wspólnego z prawdą? Fajnie brzmi, ale powiedz tak swojemu szefowi albo zwierzchnicze, która na Ciebie czeka. Oczywiście, masz rację droga do pracy nie jest włóczęgą, bo nie może nią być ze swej istoty, ale przecież jeśli włóczę się po mieście to także mogę odkąś dojść- np idąc na spotkanie z Tobą.

Mam również wrażenie, że Autorka myli dwie kwestie: marszu z pielgrzymką, nie każdy marsz jest pielgrzymką, tak jak nie każda pielgrzymka marszem. To zbiory rozłączne i nie można- moim zdaniem traktować ich w sposób bliźniaczy jak czyni to Rebecca Solnit. (Z tą różnicą, że jedno z nich ma charakter świecki).

Dlaczego zdecydowałam się napisać tę opinię, nie dlatego, żeby Cię zniechęcić do lektury. Poważnie. Chciałabym podyskutować o tej książce, chciałabym, żeby ktoś, może Ty pokazał/ pokazała mi inną perspektywę, której może teraz nie dostrzegam…
A może warto sięgnąć po coś jeszcze?

I ostatnie dwie kwestie.
Pierwszą powtórzę, każdemu zdarzają się błędy. Dajmy sobie do nich prawo.

Druga: Wcale nie muszą podobać nam się te same książki, wtedy było by nudno.
Może dla Ciebie refleksje Autorki będą pomocne, a opisy przyrody kuszące? Może po prostu się różnimy? Może jednak warto się przemóc i jeszcze raz sięgnąć i przeczytać całą pozycję? A nie tylko około dwudziestu procent? Z chęcią poznam Twoje zdanie. Chciałabym się dowiedzieć również, czy jest to książka reprezentatywna dla Autorki? I tak, z chęcią porozmawiam o wyżej wymienionych kwestiach.

[571]. Dziewięćdziesiąta ósma.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…

Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.

Człowiek, wbrew pozorom, nie stwarza sobie celów. Narzuca mu je czas, w którym się urodził, może im służyć albo buntować się przeciw nim, ale przedmiot służby czy buntu jest dany z zewnątrz. Aby doświadczyć całkowitej wolności poszukiwania celów, musiałby być sam, a to się nie może udać, gdyż człowiek nie wychowany wśród ludzi nie może się stać człowiekiem.

[Solaris]

***
Nie żałuj, nigdy nie żałuj, że mogłeś coś zrobić w życiu, a tego nie zrobiłeś. Nie zrobiłeś, bo nie mogłeś. (…)
Był człowiekiem niewątpliwie wykształconym, ale inteligencję miał jak ogródek japoński – niby mostek, dróżki, wszystko piękne, ale bardzo ograniczone i do niczego.
[Szpital przemienienia].
***
Książką można czytelnikowi głowę, owszem przemeblować o tyle, o ile jakieś meble już w niej przed lekturą stały.
[Doskonała próżnia,Wielkość urojona].
***
…nie doceniłem głupoty panującej nam dziś mądrości. W naszej epoce – opakowań – liczy się etykieta, a nie zawartość…
[Dzienniki gwiazdowe].
Czytaj Dalej „[571]. Dziewięćdziesiąta ósma.”

[568]. Bez tytułów tylu, gdzieś z przodu, gdzieś z tyłu…A morze, może obłok obok o krok, o bok…?

Chodzi ze mną, za mną, chłodząc i rozgrzewając aparat gębowy:

[źródło]

Znaleźć człowieka, z którym można porozmawiać nie wysłuchując banałów, konowałów, idiotyzmów cwaniackich, łgarstw, fałszywych zapewnień, tanich sprośności lub specjalistycznych bełkotów „fachowca”, dla którego branżowe wykształcenie plus umiejętność trzymania widelca jest całą jego kulturą, kogoś bez płaskostopia mózgowego i bez lizusowskiej mentalności- to znaleźć skarb.

[Waldemar Łyskak- podobnież, ale nie wiem nic ponadto].
Czytaj Dalej „[568]. Bez tytułów tylu, gdzieś z przodu, gdzieś z tyłu…A morze, może obłok obok o krok, o bok…?”

[567]. (Nic pewnego.) O pejzażu nie wiem.

Nie mnóż bytów ponad potrzebę. Stara mantra. Mantra tra ta ta ta tam tu i tam cyt. Cyt. Cy ta tu tum polifonija melancholii myśli tłum kruszeje i pewność maleje lejąc się w perspektywę szkiców smaków Rembrandta czy innego co nużył nurzając palce w farbach i werniksach. Ten sam głos może głębszy, może cichszy. Może milczy. Licz zagadki nie zagaduj lecz zgaduj z pewnością ciekawości. Nie chodzi o to by iść stronę oszczędność poznawczej. Tylko szerszego spojrzenia. Nie mitologicznego, ale prostej kreski impresjonizm zamiast kubizmu. Kropla kropli. Zapamiętać nie zemleć. Uśmiecham się łagodnie. Godnie przez dystans bliskości i bliskość błogości. I ten grymas Caravaggia. Pergaminowe spojrzenia słów nie wejrzą we wrzące pragnienia. Nic (pewnego) nie wiem o pejzażu z którego woda żywa tryska strumykiem lewie.

[566].Sza! Ci.

Nie jest monolitem. Skałą niewzruszoną wysmaganą wiatrem i czasem i zmarszczkami wiatru. Świat pełen jest dźwięków, nie tylko klawiaturowego stukania, natarczywych ścierań nienawarstwiań silni! silnikowo- samochodowych dyskursów przejeżdżających w tę, czy w w tamten stronę, głośniej po deszczu, deszcz u szeleszczu to tu, to tam pogłębiając zieloność, barwność, kroków porozrzucanych na trawie, plaży, asfalcie, wodzie… Jest to od-głos przeczesywania włosów dłonią. Wiatr, struga dźwięków otacza nas, wchłaniamy ją przez skórę, uszy, zmarszczki, oczy. Jest pulsem, znakiem, marszczeniem i gładzeniem. Chodzeniem i staniem. Fakturą nie tylko faktograficzną myśli. Spojrzeniem na obrazy i obrazy flamandzkich mistrzów. Noszeniem cytatów Cummingsa, czy może Baczyńskiego (?) w kieszeniach na nie okazję. Rumieńców pytań, czy łypiącym okiem jezior…Jęzorem rzek, rzekłabym niezliczoności… Niezlicz…

Czytaj Dalej „[566].Sza! Ci.”

[565].

Trzy młode pieśni utknęły w gardle jak pofałdowana starością zasuszona śliwka. Drażniona czerstwym zapomnieniem napomnieniem rzeczy i oczywistości. Gdzież echa zaślubin Kadmosa i Harmonii w Tebach, albo Wyśpiewywanych pieśni? Sławiących piętno piękna pod postacią dobra. Tylko Platon ziewa- jak miał w zwyczaju- platonicznie i przemawiając wobec sztuki i prawdy.

Homeryckie piętno piękna wiersze dni tak dalekie w swej smukłości tak piekielne w smutku. Eros z ciałem syna swego Memnona, wybija się poprzez wieki, forma, która wędruje poprzez słowa. Ucho i oko. Harmonia kosmosu, czyli ziemi szumi spokojnie zielenią, brązem i światłem poprzez cztery pory roku. Rytm symetrii. Perykles sprzyja rzeźbiarzom i artystom sztuk innych. Sztuka grecka pieści oko i rozsądek, jak najbardziej zdrowy. Piękność, piękność idealna głos Fidiasza, Myrona i Praksytelesa w jeden pejzaż, horyzont, spojrzenie hymn splecoione.

Czytaj Dalej „[565].”

[563].

Trzy Prawa Lema powiadają, że: l) Nikt nic nie czyta; 2) Jeśli ktoś coś czyta, to nic nie rozumie; 3) Jeśli ktoś coś czyta i rozumie, to natychmiast zapomina.

[Stanisław Lem].

***

[źródło].

Zastanawiam się kiedy pierwszy, a kiedy ostatni raz spotkałam się ze sobą, niespiesznie i (nie)spodziewanie. W radości, w smutku, w przeżywaniu trudnych i przyjemnych emocji.

Czytaj Dalej „[563].”

[562]. Nad i. I(kropka).

Uruchomić w sobie życie, zanim zmarszczka czasu przejdzie w bruzdę wspomnienia. Proch zapomnienia, który nigdy nie wystrzeli zdaniem, obrazem, głosem, gestem. Zapamiętaniem w radości nie, rachunkiem z zapamiętania w zapamiętaniu. Prze-ni-coś-ć na każdy atom ciała nie błogo sławię bezruchu siedząc na brzegu ławki w dużym ciasnym mieście mieszcząc się na stylu dotyku przypominam (sobie), że przeciętny gatunek istnieje tylko chwilę, która potrzebna jest na zmrożenie (może trzeciego?) oka, około czterech milionów lat- ledwie mgnienie, a ludzkie życie, to z serii długich (i (nie koniecznie) szczęśliwych, albo nieszczęsnych) przebiegów składa się z 650 000… godzin.

Czytaj Dalej „[562]. Nad i. I(kropka).”

[561]. Taki mamy klimat.

słowa rozsypały się zawieszony na nitce ciętej cienkiej riposty. Waga ciężka, warga spierzchnięta upałem. Pestka grdyki. świat się tłoczy dalej, prędzej gęściej zatacza koła pięćdziesiąt lat po tym jak podeszwa jednego z dwunożnych potrąciły pył księżycowy. Nadal jesteśmy na brzegach mapy goniąc Ultima Thule, i tyle. Oddech po gwiezdnym szurnięciu, wielkim szurnięciu dla Dwunożnych, które zasypane będzie hieroglifami dat.

Czytaj Dalej „[561]. Taki mamy klimat.”