(532). Szcze(lina) ledwie (albo dwie).

Szczelina. Nitka. Obręb, Obiecana, nie do końca obmacana Ziemia Niczyja. Mapa drgań, ruchu, czyli życia.

Nierówność, dziurka od filiżanki i ucho od klucza. Albo na od_wrót— przez którą zerkamy na świat i na świt. (O tym, dlaczego rozcięcie papierem boli. Już wspominałam, i nie będę się tarzać, a tym bardziej -czkawka- wspomnienie po rybich przodkach i przodkiniach i pozdrowienia Praprababci Ewolucji, po powtarzać nie ma co się, macać), chociaż drażnienie to także ruch. I konsekwencja.


Konik morski, czyż nie ładny? [Schemat przedstawiający lokalizację hipokampu w ludzkim mózgu- źródło fotografii].

***

Czytaj Dalej „(532). Szcze(lina) ledwie (albo dwie).”
Obszar gwiazdotwórczy LH 95 w Wielkim Obłoku Magellana.

[523]. Och, ach! Co za pech? Nie,nie tylko zza pach…

No, nie da się ukryć, choć niektórzy/ niektóre próbują! Tego, o czym dzisiaj, nie można dotknąć, ba nie można nawet zobaczyć. A jednak pełni bardzo ważną rolę w naszym życiu. Tak Twoim też. Zapraszam do lektury, sprawa (nie) prusta, nie Prousta, usta usta? – nie,nie Prusa, przynajmniej, najmniej, tu i teraz, ale ciekawa, w artykule nie tylko o efekcie Prousta.

Na początek: Garść liczb.

Zacznijmy jednak od pytania: czy dziesięć tysięcy to dużo? Czy mało? Możesz powiedzieć, zależy czego, na jak długo i na jaki procent… No właśnie. 🙂 Receptory wewnątrz nosa pozwalają rozpoznać nie dziesięć tysięcy nut zapach(tych -i)owych,- jak do nie tak dawna sądzono, ale i z zapamiętaniem powtarzano, teraz wiemy, że ta liczba jest większa, znacznie: ba! Bilion! Mała różnica, prawda? Zanim zaczniemy się ekscytować liczbami, które-jednak, tak, są ważne, nadmienię, że trwa dyskusja o jej liczbie w odniesieniu do zapachów, jednak przeważają zwolenniczki/zwolennicy hipotezy, że tak naprawdę można wyróżnić ich aż siedem podstawowych zapachów: miętowy,kwiatowy, stęchły,ostry,ale też zgniły, kamforowy (np. zapach przeciw molom) i eteryczny. Wszystkie pozostałe które możemy wywąchać to miały być- wedle tej hipotezy, odmianą wyliczonych powyżej, to tak jak teoria barw podstawowych. Są trzy podstawowe- resztę można uzyskać mieszając pigmenty: czerwony, niebieski i żółty. Tyle podstaw.

Aby mieć przykrości za sobą, jak najprędzej, ekspresowo nadmienię, że te z nut, które są nieprzyjemne dla ludzkiego nosa mają swoją nazwę, tak lubujemy się w ich nadawaniu! To dlaczegóż nie z tej okazji? Wydzielanie potu o uporczywej woni: określamy jako bromhydrozę, albo po polsku,  nie z udając Greka/ Greczynki określenie jest mniej poetyckie i znaczy ni mniej, ni więcej tylko, tak zgadłyście, zgadliście: cuchnący pot. I tak zaczynamy z klucza znanego. Jednak, czy wiesz jak pachnie obrzydzenie, albo strach? No właśnie, to, że poszczególne części ciała człowieka mają swój indywidualny zapach, nie, nie, tylko włosy, dłonie, stopy, czy genitalia, ale także twarze- że każda z nich pachnie nie tylko z różną intensywnością, to wiemy, ale z fakt, że człowiek podświadomie może rozpoznać, czy jego towarzysz/ka czegoś się boi, albo czy jest (nie)szczęśliwy tylko po zapachu, to już może być novum. Zwłaszcza jeśli ktoś/ia jest osobą , z którą jesteśmy w bliskiej relacji. Nie powinno to dziwić, mimo wytężonych zabiegów kosmetycznych, to właśnie zapach towarzyszy nam od narodzin do śmierci. Nie, nie zawsze śmierdzi. (O zgrozo! O lotosie, O Losie!). Chociaż korzystając z komunikacji miejskiej w lecie, można sądzić inaczej. I tu nie trzeba zabliźniania się, niekoniecznie, z bliźnimi… Tu wim, to wiem, i Tuwim o tym też wiedział. Przekład? Przykład proszę Cię bardzo: interluda

[Śmierdziel, Tuwim, wykonanie Turnau,źródło].

Nawiążę jeszcze raz do liczb: w identyfikację zapachów zaangażowane jest do sześciu milionów receptorów węchowych. Czy to dużo? Odpowiedź może Cię nie usatysfakcjonować: To zależy- do czego tę liczbę porównamy, to na przykład: czterdzieści cztery razy mniej niż ma to miejsce u psów. Zresztą nie są one wyjątkiem. Obecnie mamy zimę, która jak co roku zaskoczy drogowców/drogowczynie, ale za kilka miesięcy staniemy się mobilnym posiłkiem dla komarzyc. Czy to się Tobie podoba, czy raczej wręcz przeciw-nie. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego niektórzy/ niektóre z nas są częściej kąsane/ kąsani od innych? Komarzyce należą do tych owadów, które mają węch i nie zawahają się go użyć są… Tak, na przykład dlatego, że potrafią one wyczuć zapach posiłku z bagatela odległości trzydziestu metrów. Mało? Proszę, próbuj odczytać tekst, pisany standardową czcionką, albo ręcznym pismem, z tej odległości. Zwłaszcza, jeśli masz wiele bodźców, np w bibliotece-chociaż to nie przebodźcowane miejsca, raczej ciche, no dobrze to spróbuj wyczuć swojego przyjaciela/ przyjaciółkę z tej właśnie odległości… A powinno to być, chociaż w teorii- jak przeczytamy później- łatwiejsze, bo Każdy/ Każda z nas ma swój naturalny (powtórzę to jeszcze nie raz) zapach, dlatego też samice komarów potrafią sobie wybrać z menu, i dlatego też ci/te z nas,którzy są częściej posiłkiem, dla tychże owadów, cóż, mogą powiedzieć, jestem bardziej atrakcyjny/atrakcyjna. A przynajmniej: Mój zapach jest bardziej słodki. Jednakże nie tylko chodzi o liczbę receptorów, to nie, nie, zapachy mamy w nosie, ale one tworzą się zupełnie gdzieś indziej— tak, właśnie tam: w mózgu. Nie tylko zresztą o receptory ich ilość biega: Człowiek posiada około czterystu czynnych genów, których zadaniem jest kodowanie receptorów węchowych. Dużo? Tak? Myszy w standardowym wyposażeniu mają ich około tysiąca trzystu, tak tu.

Dlaczego zmysł powonienia jest dla nas tak ważny (o czym możemy się dowiedzieć z artykułu) a jednocześnie tak niedoceniany? Tak, dziś (także) o tym. Zapraszam nie tylko do lektury, ale również, a może przede wszystkim? – do zastanowienia.

Czytaj Dalej „[523]. Och, ach! Co za pech? Nie,nie tylko zza pach…”

[515]. O jak o… No wiesz, co mam na myśli…

Aż zabrakło mi tchu, żeby [do]kończyć tytuł.Normanie się zakorkowałam.

No dobrze, nie tylko na myśli. Tutaj daję swój upust mojej fascynacji tej, która rośnie, powraca i tętni, nie tylko w te dni, ale i tamte.Zmierzajmy ku meritum.

Czytaj Dalej „[515]. O jak o… No wiesz, co mam na myśli…”

[513]. Te(r)mit i orzech włoski, i kalafior, i o wiele więcej, czyli o udawaniu Greka?

Czy nie jest zdumiewającym fakt, że jak pijesz kawę, herbatę lub zupełnie innym płynem nawilżasz usta i przełyk, to,że czujesz, i temperaturę filiżanki, i jej ciężar, i odczucie chłodu lub ciepła danego płynu w ustach, smak, zapachy, i to tylko część bogactwa, które możesz nazwać i odczuć. Nazwać i zapamiętać.To, że potrafisz usytuować położenie filiżanki względem swojego ciała. Trafić do ust nawet z zamkniętymi oczami, to, i jeszcze tryliard miliardów kwestii, potrzebnych i zbędnych.

Czy nie jest zdumiewającym fakt, że udaje Ci się nalać do czajnika właśnie tyle wody, żeby starczyło akurat tyle ile potrzeba by napełnić dwa kubki? Czy nie jest fascynujące, że my, jako ludzie nie tyle potrafimy – przy odpowiednim nakładzie sił i środków- wylądować na księżycu, ale badać funkcjonowania swojego własnego mózgu? Oczywiście relatywnie bardzo niewiele o nim wiemy. Najmniej z całego kosmosu spraw, i rzeczywistości robimy trzy kroki na przód, nawet jeśli równocześnie zrobimy dwa w tył, to i tak bilans wychodzi (sic!) in plus. Bogactwo, wrzenie i puls świata. Na wyciągnięcie ręki, albo i nie. Możesz ją trzymać w…

Czytaj Dalej „[513]. Te(r)mit i orzech włoski, i kalafior, i o wiele więcej, czyli o udawaniu Greka?”

[Kości twarzoczaszki człowieka strony lewej z widoczną otwartą od strony bocznej zatoką szczękową.

[507]. Ku pokrzepieniu (nie tylko) serc: „Muzeum figur woskowych”, czyli: mam to w… Nosie (niestety!) (#szczelin w szczegółach dalszy ciąg).

[Kości twarzoczaszki człowieka strony lewej z widoczną otwartą od strony bocznej zatoką szczękową.
[Kości twarzoczaszki człowieka strony lewej z widoczną otwartą od strony bocznej zatoką szczękową.Henry Vandyke Carter – Henry Gray (1918) Anatomy of the Human Body ,źródło].
 

 

Tekst ten dedykuję wszystkim niezmiernie… Pociągającym… Czyli zasmarkanym! Kichajcie na wszystko i czytajcie, teraz i wszędzie:  niech Wam czcionka lepką,  lekką będzie.

 

 

Jeśli miałbyś w domu czworonoga, to zauważyłbyś że pies lub kot przeziębia się rzadziej (i to o wiele!) niż dwunożn-y/a Pan/i -a -kontynuuję swą wypowiedź -większość ludzi przechodzi dwa do pięciu przeziębień (w asortyment (nie)przyjemności wliczam także zapalenie zatok przynosowych) w ciągu dwunastu miesięcy, tyle statystyki. Dlaczego tak właśnie jest? Słyszę jękliwe zdanie wykwit wśród katariad. Oto dzisiejszy temat. Przewodni, choć zapchany, zakichany i diabli wiedzą jaki jeszcze. Ponoć wart uwagi. (I nie chodzi o te w dzienniczku- prędzej jakaś recepta by się przydała) aua.

Czytaj Dalej „[507]. Ku pokrzepieniu (nie tylko) serc: „Muzeum figur woskowych”, czyli: mam to w… Nosie (niestety!) (#szczelin w szczegółach dalszy ciąg).”

(25/30). (Nie tylko) o teorii budzika (#iskierki).

Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.

[Maya Angelou]

Fotografia na początku, to nie moja facjata przed poranną kawą (albo przed spotkaniem z Kafką) chociaż… Nie, nie ja inaczej się czeszę, chociaż cieszę się pewnie nadobnie podobnie… Nie brnijmy w ten temat. Chociaż pomyśl, czy i Ty nie chcesz sobie raz jeden jedyny tak porządnie rozćwiczyć żuchwy,czy spoglądając na tę fotografię, czy  i Tobie nie chce się, tak raz, a zdrowo …. Tak, tak można je stłumić, ale nie powstrzymać.

[Ziewający młody makak japoński,źródło].
Tak naprawdę jest bardziej zaraźliwe niż katar. I o wiele bardziej tajemnicze i ciekawe, niż się na pierwszy, a nawet drugi rzut oka wydaje. Wiemy zaledwie tyle, że hipotezę  o nudzie można między Youtuby włożyć (Nuuudzę się, Nudzę się pamiętacie ten skecz?). Ludovico Giovanni Ariosto miał powiedzieć Miłość jak ziewa­nie, naj­częściej kończy się spaniem. Tylko nie wiem, miło i ośćą do czego? Nudne wykłady? Wkłady, czy inne spacerologię, znaczy progresie w dygresje czy co…Chociaż dziś nie o tym (ostatnim, no chyba, że usnę bo tak gimnastykuję swoją żuchwę, że pewnie dostanę „zakwas→uff” Uff to westchnienie ledwie, nie mylić z: ledwo, ledwo i prawo i lewo).

Jedno trwa pięć do dziesięciu sekund i ma trzy fazy: długi wdech, pauzę i szybki wydech.  Mięśnie napinają się i rozluźniają, zostają (oczywiście nie te same grupy mięśni: pamiętamy, że jedna grupa się napina, a antagoniści: rozluźniają) uwolnione neuroprzekaźniki, między innymi dopomina się dopamina, ale nie tylko oksytocyna, czy hormonu adrenokortykotropowego oraz aminokwasu – glicyny, odpowiadają one za prawidłową komunikację pomiędzy neuronami. Kiedy równowaga tych substancji zostaje zakłócona  to zaczynamy … A na koniec ta ulga i błogość, odprężenie… Znacie to?

Czytaj Dalej „(25/30). (Nie tylko) o teorii budzika (#iskierki).”

(23/30). Czy pamiętasz o… Swojej pamięci? (#iskierki).

Na pewno znasz tę sytuację bardzo dobrze, jesteś właśnie na przyjęciu: głośna muzyka wali w bębenki nieznośnym basem, i to nie jednym chełstem hałasu, szczyptą chaosu, ktoś woła, ktoś inny-śmieje , gwar oblepia obłapiając przestrzeń gdzie wiecznie coś miga, śmiga, gdzieś strzyka, zapachy, strzępy rozmów docierających do małżowin, i jeszcze ta myśl, co trzeba zrobić na jutro.

Piętnaście z(a)dań na minutę. Albo jeszcze szybciej. Arytmia znaków.

Czytaj Dalej „(23/30). Czy pamiętasz o… Swojej pamięci? (#iskierki).”

(6/30). Nie przecinam. (#iskierki).

 

[żarówka ze szklaną bańką, źródło zdjęcia] #BoŚwiatJestCiekawy!
Nie wiadomo co by było gdyby…

Osoby, które mnie znają, wiedzą, że nie przepadam za gdybaniologią stosowaną, która podobnież ma swoją fachową nazwę, która uleciała mi z neuronaliów. Za to wiadomo, czym skutkowało ponaglenie przez władze uczelni w Sant Petersburgu Dymita Mendelejewa, który zobowiązał się, że napisze podręcznik dla studentów. Wiecie, nauka matką wynalazków. I takie tam. Przygłody bibliotekarzy (i bibliotekarek) w krainie entropii, i tropi i tripy i tropy, czyli jeszcze jeden materiał do kolekcji Zakuć, zdać, zapomnieć. Zakuć, zdać, zapo pomieć. Mieć po, czyli z bani.

Czytaj Dalej „(6/30). Nie przecinam. (#iskierki).”

[468]. Śmiechu warte (albo warte śmiechu) ale czy aby na pewno?

I.

Zaczęli grzać. Nareszcie bo neuronalia mi zamarzały, nie wspominając o ciele, swoim własnym.

II.

A teraz nawet nie można sobie pozwolić na zapadniecie w letarg. Mijam. Ta(r)g próżności. Trzyma m(i)nie w kierun q do rzeczywistości, to rozmowy, książki i kawa. Drętwo, chociaż jesień zaczyna krążyć w żyłach i aortach miast i w(i)si. Nieuchronna uwertura grudnia być może bez śniegowych grud i niezaprzeczalnej radości z pierwszej bitwie na śnieżki. Rok się kruszy. Idziemy w starość.  Tak niezaprzeczalną jak i nieuchronną.

III.

[śmiechu mi trzeba, sdm, źródło]

Ze śmiechem należy się obchodzić ostrożnie: jest zaraźliwy

[Goglol]

Czytaj Dalej „[468]. Śmiechu warte (albo warte śmiechu) ale czy aby na pewno?”

[441]. Ciemno to widzę…Czyli jasno o czerwonym olbrzymie białym i czarnym karle). I…W końcu o końcu.

Aaale od początku. Na początku był śmiech os, podobno, czyli  ha ha! Os.A co jeśli zgaśnie nasza gwiazda, i nie chodzi o (urodzenie się pod) szczęśliwą, mniej lub bardziej, czy w ogóle, ale o przydziałową w gęstwinie przypadłą przypadkowi. Jasne! Jasne jak słońce. Tak? Czy oby na pewno? Czy wiesz, że słońce naprawdę jest innej barwy? I dlaczego widzimy je właśnie na żółto, skoro jest białe? A to dlatego, że w widmie słonecznym żółta barwa dominuje, ale przecież nie jest jedyna, bo jest i błękit, i to sporo, zieleń, czy czerwień. I te wszystkie barwy razem, nasz galaretowaty organ (mam na myśli mózg) interpretuje jako barwę białą. (Tak osoby zajmujące się fizyką powiedzą, że nie ma koloru białego tak samo jak czarnego).

Czytaj Dalej „[441]. Ciemno to widzę…Czyli jasno o czerwonym olbrzymie białym i czarnym karle). I…W końcu o końcu.”

[408]. I teraz hurmem, chórem znaczy się:”Koniec z hurtem, czas na detal”. Chili, di…Et,a tkwi w szczególe (i to nie jed(y)nym)..

[Jeden z głodnych kawałków, popkultury Hungry Eyes, wykonanie:Eric Carmen, źródło nagrania].

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia.

[George Bernard Shaw].

No i miało być o powrocie do korzeni, a no będzie i nie roślinniee, nieeee. będzie, będzie wege ta riańsko, czy vegańsko, ale —-nie teraz, nie teraz, ani teraz- zaraz, ani: zaraz-potem. Będzie o tym co obiecywał Churchill, krew, pot i łzy, ale nie tak by się wykrwawiać, ani, by się odwodnić.No nic, będzie to artykuł dla kobiet, także dla mężczyzn, a co, i teraz, prośba,nie- prośba, kwestia do zastanowienia, jeśli znacie kogoś, kto dobrze by było by przeczytał to co jest teraz napisane, to podeślijcie sznurek, jeśli też macie pytania, albo chcecie się dzielić doświadczeniami, czy refleksjami, piszcie śmiało.

Nie tak dawno odbyłam rozmowę, i to nie jedną. Przyszła do mnie Znajoma, i tako rzecze, że chce schudnąć, i tak w ciągu roku zrzuciła nie mało. Zaczęła się ruszać tu i tam, zwłaszcza tam. I jako, że ja bardzo się zmieniam, i to nie chodzi, o to, że mierząc swój obwód pod piersiami ubyło mi piętnaście centymetrów. To część większej i atrakcyjniejszej, i bardziej złożonej całości.  Nie o tym dzisiaj.  Rzecze, że przechodzi teraz, a właściwie zamierza, na bardzo popularną dietę, cud, która propagowana jest bardzo często. Witki mi opadły i to aż do piwnicy (niech będzie, że pod Baranami, to geograficznie, trochę skomplikowane, no ale od czego mamy wyobraźnię? Tę, ważniejszą od wiedzy, jako rzekł Albert, t e n Albert). I nie chodzi o to, że dieta to styl  życia, nie chodzi o life styl, i trenerskie bajdurzenie, tyle, że coraz częściej przekonuje się, że to kwestia nie tyle dokonywania (trudnego) wyboru, ale poruszania się i zdobywania wiedzy, no bo przecież trzydzieści, czy czterdzieści lat temu nie było tyle chemii w jedzeniu, a jedzenie to mały pikuś, Pan Pikuś, chociaż smaczny. Palce lizać, oczy by jadły i takie tam, ale ad rem! i nie chodzi o sen. (Przynajmniej jeszcze nie teraz). No to sprzedaję, ten głodny kawałek, że jeśli chce przejść na dietę, to tylko pod kierunkiem lekarza, po wykonaniu badań podstawowych itd, a i tego medyka (lub medyczkę) trzeba starannie wybrać, na co komentarzem będzie tylko wzruszenie barków. Uff? I komentarz, który myślałam, że zdarza się tylko w filmach, albo: wymyślony na podstawie kolorowych magazynów:

— Ale ja nie mam czasu. Chcę efekty już.

Gdyby mi nie opadły przedramiona wcześniej, zapewne zrobiłyby to teraz, teraz mogłaby siostra grawitAkcja podziałać na piersi. Naprawdę. I co, słyszę, że na szczupłą dziewczynę przyjemnie jest popatrzeć.

I myślę sobie tak, że dieta to teraz pozornie najłatwiejszy sposób (a przynajmniej postrzegany jako taki) na załatwienie sobie wielu innych spraw, np znalezienie męża, albo chociaż chłopaka, atrakcyjniejszego towarzystwa, zyskania odwagi (sic!) od!wagi, jarzycie słowo? Czy nie przywiązanie wagi do innych spraw? PrzyPrawa, życia? W języku angielskim słowo odwaga także ma ciekawy źródłosłów, ale nie o ligwi i stycznych potyczkach tutaj. I pozornie dyscyplinowanie ciała jest najłatwiejszą praktyką i od razu widać efekty… Nie dyskredytuje tego sposobu, jak również mam świadomość, że wpisany jest w czas, w którym żyjemy. Jednak niepokoi mnie fakt, że czasami (sic!), a nawet bardzo często próbujemy, a nawet jesteśmy przekonani i przekonane, o konieczności drastycznych praktyk ciała.

Patrząc przez na fitness club przez pryzmat jego funkcji(…) okazuje się, że jest to także miejsce służące zaspokajaniu pewnej puli społecznych  (a i w tym i jednostkowych) zapotrzebowań, realizacji fasadowości wynikającej z przyjętego stylu życia. Jest zatem również (a może i w szczególności) miejscem, w którym możliwe staje się zadbanie o wygląd ciała, poddanie go biologicznej osnowie, wykonanie różnych zabiegów korygujących, krótko: miejscem w którym realizowana jest jest część szerokiego projektu poprawiania siebie (…)wcielania w życie wskazówek świata mody.

[Ciało w centrum, Dorota Mroczkowska, [w:] Ciało w kulturze i nauce, pod red Beaty Ziółkowskiej, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa, 2009,s.25].

We wspomniane praktyki są wpisane, a dyscyplina (żelazna) i kontrola. Zazwyczaj niewidzialna i nienazwana, a jeśli już to w samych superlatywach, jako cel, do którego powinniśmy, i powinnyśmy dążyć, nieustannie i niezmiennie, a takie niezbaczanie z raz obranej drogi to przymiot charakteru, zaleta. Jeśli jednak wyrazi się sprzeciw wobec takiego wzorca, natychmiast przypisywane są albo: choroba, która nie jest stanem pożądanym (i bardzo często potrzebujemy eksperta zewnętrznego by się pozbyć takiego stanu) albo: nieporadność życiowa, albo: jedno i drugie, jak z biedą. I tu, dotykamy ciekawego aspektu, często praktyki cielesne są zewnętrznym wyrazem przynależności, czy też aspirowania do danej klasy społecznej (trener personalny, czy dieta pudełkowa- kosztują, tu nie wystarczy tylko posługiwać się językiem branżowym) nie, nie jest to praktyka nowa, ale stara jak świat. I przykłady można by było wymieniać, ale to nie jest tekst naukowy. Jednak jeśli ktosię, kogoś ten aspekt interesuje zapraszam do dyskusji, a może jakieś zaobserwowaliście, zaobserwowaliście i chcecie się podzielić spostrzeżeniami?

Nie chodzi o to by być abnegatką, czy abnegatem i mieć w… Lędźwiach to wszystko, o czym piszę, i nie dlatego, że tak się nie da.

  • Co poradziłam Znajomej?
  • Spytałam, czy chcę mojej rady, to ważne, bo cóż, ile słyszymy, rad, i nie chodzi o to, co zrobiła Maria, rad chcianych, o niechcianych, już nie wspomnę.
  • Po pierwsze:
  • Odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie, chcę schudnąć? Jakie sprawy chcę tym załatwić?

I to pokaże kierunek, bo jeśli chcę znaleźć męża, chłopaka, przyjaciela, to może nie tędy droga? Może trzeba wychodzić, więcej rozmawiać, albo mniej rozmawiać, a więcej słuchać? Nie wiem, trudno decydować za kogoś nie znając trybu życia zwyczajów, nawyków, przekonań i tak dalej, i tak dalej, i… Wiadomo.

  • Po drugie:
  • dieta to styl życia,

tak, jasne, tylko należało by, albo inaczej, warto rozróżnić dwie kwestie, intencji, podążania bez refleksji, pomydlenia i pomylenia znaczeń. A druga, do której mnie osobiście bliżej przyjrzenia się swoim zwyczajom. Dieta nie może być sensem życia, i wszystko jej nie może być podporządkowane, no, chyba, że – z tym bardzo ważnym zastrzeżeniem- że czyimś doświadczeniem życiowym, nie jest choroba, np autoimmunologiczna, albo cywilizacyjna, ale i tu zalecana jest ostrożność i wyważenie kwestii, ważne jest, żeby mieć życie,nie, nie pozagrobowe, ale: poza chorobą. Dieta, odczarujmy to słowo- nie chłodzi o poselską:

[Dieta, Kabaret OT.TO, źródło].

 

Śpiewająco o efekcie jo-jo. To chyba nawet Rubensowi się nie śniło. Chociaż może się mu odbiło,chodzi o refluks. Ale miało być o zasadach, a nie o kwasach, ach, zmierzajmy do celu, cel: pal. Znaczy nie pal.

Przyjrzyj się swoim posiłkom, i nie chodzi o to, żeby roić, robić zdjęcia posiłkom,albo zobaczyć je jak(o) wypisz, a raczej wymaluj na obrazach, o tym jeszcze będzie-  i tym innym wysiłkom, om, om (przepraszam, za czka, czka, w czkaw, czawkę czcionki, połykam z głodu ogonki) przyjrzyj się wszystkim, nawykom, najlepiej jakby to zapisywać przez tydzień. No, ale praktycznie nikt tego nie zrobi, więc może chociaż przez trzy dni?

Co Ci to da, obiektywny obraz, co jesz, ale także kiedy, np kiedy sięgasz po przekąski, czy one są zdrowe? W jakich miejscach, w jakim towarzystwie i jakie emocje temu towarzyszą. Może jadłabyś więcej zdrowych przekąsideł jeśli byłby pod ręką, może jesz je o stałych porach, no dobra por, to też warzywo. Warzmy zatem słowa. Na zamiary takie linlingwistyczne zapasy (ale nie tłuszczu). Potraktuj to jako ciekawostkę, a nie kolejny obowiązek, ciężko się robi od samego myślenia o tym, spocić się można. Ciekła wostka,o psia kostks, to ciekawostka, ale to także informacja o tym, czy np nie mamy w zwyczaju zajadać stresu, albo jeść… Z nudów. Nie chodzi o jedzenie nudli, ale nie dążmy w makaronizmy, nie lejmy też wody, o niej, za chwil kilka.

Z jednym zastrzeżeniem, zmiany te, na ile się zgodzimy (nie, nie mylić z zagłodzimy), że ich wprowadzenie jest konieczne, nie należy zebrać ich i od dzisiaj, teraz i zaraz, albo:zaraz: potem, wszystkie na raz, (na raz, na dwa).

Po pierwsze będąc na diecie, i pisząc o diecie rozumiem odżywianie się, a nie totalną i wieczną, a przynajmniej długą redukcję, redukować to można matematycznie, albo chemicznie, na lekcjach, a nie w diecie.Będąc na diecie trzeba jeść, jeść dużo i smacznie. Jak to jest, że pamiętamy o tym, żeby samochód był na przeglądzie,albo,  żeby telefon naładować, a siebie częstokroć głodzimy odmawiając sobie czegoś? I to ma być nomen-omen, przepis na sukces? Es, ech. Tak, jemy odpowiednio dużo, i smacznie. Jeśli mamy przegląd tego co, w jakich sytuacjach jemy, i tego jak wygląda nasz dzień. Ty- jesz? Nie, dziękuję,jestem na diecie. Acha, Ty tyjesz? 🙂 O linię trzeba dbać, tak, powinna być gruba i wyrazista. Ale to nie lekcja rysunku. Dla niektórych osób odpowiednie będzie pięć, dla niektórych trzy posiłki dziennie, ważne, by nie dopuścić do uczucia wilczego głodu, i zobaczyć w jakich odstępach jemy, co nam bardziej sprzyja. Wyregulować godziny posiłków, do trybu naszego życia. To tak jak z puzzlem, nie zmieniamy kształtu, tylko wpasowujemy element na swoje miejsce. Wyregulować godziny naszych posiłków. Tak, żeby odstępy między głównymi posiłkami były równe, to uchroni nas przed np gwałtownymi spadkami cukru i przed uczuciem wilczego głodu. Dobrze różnorodne, zbilansowane, czyli zawierające i tłuszcze, i węglowodany i białka posiłki w równych (w miarę:(sic!)) odstępach czasu. Dopasowane do naszego spędzania czasu.

Odpowiednia podaż płynów. Między posiłkami, albo do posiłków, ale małymi łyczkami, do dwóch litrów dziennie (bez kawy, czy herbaty, o gazowanych nie wspomnę,czy też takich spożywanych przez osoby, które uprawiają [wyczynowo] sport). O ha!dwa i, jeszcze o, już pisałam. Wiem, że może to być bardzo trudne, i sama także nad tym pracuję. Pić, soki np z grejpfruta jeśli nie potrafimy patrzeć na wodę, to znaczy urozmaicać sobie to, co przepływa przez nasze gardło.

Unikanie żywności wysoko przetworzonej, fastfoodów, ale nie w sposób rygorystycznie, raz na jakiś czas wypad na pizzę, czy do baru bardzo szybkiej obsługi nikomu nie zaszkodzi, jeśli nie jest co podstawa żywienia. Szukajmy naturalnych słodyczy, np owoc gruszki jest bardzo słodki. A dostrzegłam to, dopiero gdy odstawiłam cukier i ograniczyłam sól zaczęłam poznawać smaki, i nie wszystkie były przyjemne, to jest takie, które by mnie odpowiadały, albo: uwaga, których jestem nauczona, i tak kawa, którą nadal piję z kroplą mleka, wiem, wiem, dla koneserek i koneserów, to jest nie do przyjęcia- i słusznie.Otwórzmy się na nowe smaki, sposób żywienia, czy(li)jadło spis, czyli spis jadła, lista, lista, lista przebojów, ma być nie poligonem doświadczalnym małej chemiczki, czy fizyka, ale przynajmniej częściej placem zabaw. Smak u kobiet zmienia się co siedem lat, jeśli damy temu szansę bardziej, jeśli nie, cóż i tak się zmieni. Poznawajmy nowe smaki bez ulepszaczy, czy wzmacniaczy chemicznych.

W naszym kraju, odnośnie żywienia, pożywienia i biesiadowania są dwa popularne wzorce. Pierwszy: I co, ze mną się nie napijesz? We wszelakich odmianach. Nie, jeśli to jest alkohol i jeśli nie chcę go pić, bo np. z zasady nie piję, to z Tobą, ani ze Zdzisiem z siódmego piętra, ani za Twoje zdrowie i pomyślność, nie, nie napiję się. I tak, bez moralizatorstwa, po prostu nie wszyscy przez wzgląd, że żyją w Polsce, muszą lubić alkohol. I tak, mam świadomość,że np w młodym wieku (około dwudziestki i po) odmawianie uczestniczenia w tym wydarzeniu jest, może być bardzo trudne, ale możliwe. Czy chcę komuś zaimponować, tym, że napiję się alkoholu, i czy wtedy i dlatego, ktoś/ia będzie mnie lubił/a? Będzie mnie poważał/a. I wiem, że łatwiej się mówi, bo niż robi.

No cóż, drugą taką sytuacją jest okazywanie miłości przez jedzenie. To znaczy, nie mam nic przeciwko, a nawet, jestem za. I nie jestem także za tym by wiecznie mówić magiczne słowa, nie, nie chodzi o: proszę, dziękuję, i do widzenia, ale o : jestem na diecie. Jeśli zwykle nie jem słodkiego, to o ile nie mam poważnych wskazań, lekarskich, to jeśli spotykam się przy świątecznym stole. abo przy innej uroczystej okazji, jem wszystko, na co przyjdzie mi ochota. Jeśli jednak ktoś/ia mnie nakłania, że jeszcze jeden kawałek, albo: że zjedzenie wszystkiego z talerza jest wyznacznikiem dobrego smaku, tak osoby spożywającej jak i tej, która to jadło przygotowała… Tak, jeśli oczywiście nakładam sobie sam/a, oczywiście, że powinnam zjeść tyle ile jest na talerzu, ale jeśli ktoś robi to za mnie, i nie słucha tego, co do niej/niego mówię,że już wystarczy, to uważam, że niestety, mam prawo zjeść tyle ile uważam.Po trzecie nakłanianie mnie do zjedzenia jeszcze kawałka, no taakiego maluutkiego,no takiego, spójrz (nie chodzi mi o propozycję, ale o nakłanianie właśnie) i analogiczną sytuację co do trunków. Cóż, takie to jedzenie to nie wyraz miłości, a co najwyżej mdłości. Jeśli naprawdę nie chcemy jeść np tortu, to powiedzmy to jasno, i kiloetrowo się nie usprawiedliwiajmy. Jestem na diecie jeszcze przez tydzień, i nie jem słodyczy, i dziękuję,że proponujesz. —–Ale to nie działa, możesz powiedzieć, jasne. Dlatego mówię tak: Staram się ograniczać słodycze, ale jeśli to nie sprawi Ci problemu, to jeśli możesz zrób mi dobrą kawę, herbatę, albo jeśli jesteśmy bliżej z daną osobą, to może nam zaproponuję coś innego? I w ten sposób, i my przestrzegamy swojego sposobu żywienia, i ktoś/ia czuje, że nas ugościła. Do tego nie drążymy tematu diety i nie mocujemy się, kto kogo i jak przekona, to, nie ma sensu i jest po prostu w złym tonie.

Nie mamy ani zajadać problemów, ani pocieszać, jedzenie to  przyjemne, mające dawać radość, zaspokojenie głodu, nie znaczy, że nie ma być przyjemne, radosne i piękne. Niekoniecznie zawsze musimy odmawiać, ani na wszystko się zgadzać, ale też nie jeść z nudów, czy w ramach nagradzania się za coś.

Odpowiednia podaż błonnika w diecie, czyli po prostu warzywa, warzywa, owoce warzywa i zasmażka. Wracamy do dobrze zbilansowanej diety.

Czytajmy etykiety. I to jest upierdliwe, no bo jak rozróżnić te wszystkie E? Eee tam, wystarczy mieć świadomość co powinno być w składzie danego produktu, a co niekoniecznie. Dajmy sobie czas na połapianie się w tym wszystkim, albo przynajmniej w części, i nie eliminujmy wszystkiego, bo tak przecież jest zdrowo. Wiem, wiem, to nudne, potrzebny jest czas i konsekwencja, czas bo cóż, jednak czytanie małego druku gdzieś w sklepie przy jarzeniówkach, dwa zapamiętywanie tego wszystkiego…

Ruszajmy się, i nie chodzi o obruszanie, albo chociaż o bieganie na orientację (to znaczy do przybytku, do którego nawet król, choćby fasolowy, chodzi piechotą), maratony, mary tony, i inne majaczenia modne, czy siłownię, czy powtarzanie gestów podczas holenderskich uczt… Przyjrzyjmy się stanowi naszego zdrowia, i wraca do nas pytanie, jak spędzamy dzień? Czy pracujemy w domu? Czy musimy wyjść do pracy? Czy potrzebujemy pomocy w poruszaniu? Jak często wychodzimy na zewnątrz? Czy to jest zależne od pory dnia, czy roku? Nie chodzi o to by się katować, bo przecież wszyscy tak robią… No nie, wystarczy, przyjemniej na początku, gdy dojeżdżamy do pracy autem, zamienić go na autobus, a potem może nawet skrócić podróż o jeden przystanek, albo przesiąść się na rower, a co? Można. O ilości litości, i o losie, wystarczy pamiętać i czasami, sukcesywnie, pomału wdrażać te zasady. Nie dajmy się zwariować.  I tyle moich dobrych rad. Proste, logiczne, i znane.Wszelkie diety, powinny być wdrażane pod okiem i pieczą kompetentnego lekarza- restrykcyjne eliminowanie produktów, bez takiej konieczności i tu widzę tylko stan zdrowia, jest wyrazem nieodpowiedzialności i skazane jest na porażkę, która nie rzadko skutkuje pogorszeniem się stanu zdrowia, np sprawy hormonalne, rozchwianie tej gospodarki, a takie zmiany trudno odwrócić i jest to czasochłonne. A nie brane z Internetu bo taka jest moda, bo ktoś/a stracił/a pięć, dziesięć, piętnaście kilo, ale nie wiemy jakim kosztem, taka jest różnica. Strata wagi nie zawsze jest pożądana. A na pewno nie jest i nie powinna być remedium na problemy. Jedzenie także powinno nas cieszyć, chociaż nie pełnić roli zastępczej.

Można zjeść wszystkie rozumy, i móżdżki, można wydawać sądy, i wydawać posiłki. Można posilić się słowem, mówi się (i pisze) o intelektualnej uczcie. I nie, nie Platona, litera i tura na bok. (Czyli literatura i kuchnia na bok) a tu takim kuchennym jendak wejściem, uczty rzymskie:tam jadano do oporu i wedle hierarchii, najważniejsza płeć i funkcja, siadano na szezlongach, wymiotowano, i dalej jedzono, i jedzono, i rozmawiano i jedzono i wymiotowano i…

Ukazywanie jedzenia to także wyraz przepychu. Chociaż czasami jedzenie było uważane za czynność nader wstydliwą, a zatem — ukrywaną. W sztuce także ukazywano rozpustę, okraszone regułami (renesans i Leonardo da Vinci takowe też opracował, bo był na dworze także mistrzem ceremoniału Nie należy wrzucać resztek do talerza sąsiada, uprzednio nie spytawszy o zgodę- oczywiste, teraz tak). Psy kiedyś pełniły rolę sprzątaczy, po ucztach, jadały resztki z pańskich stołów. Jedzenie to także biesiada, sytuacja społeczna, kto i gdzie usiądzie, na jakim stołku. Gotowanie ze smakiem, czyli emocją.

Oto wyraz radości, fizjologia smaku, sznyt natury, tekst i pre -tekst, i morał:

[Przestrzeganie zasad”zdrowego? Owego (wy)żywienia: ruchu (szkoda, że jednostajnego) i uzupełniania płynów…Czy oby na pewno? Król pije, Jacob Jordaens,olej na płótnie, Ermitaż, źródło reprodukcji].
 

Jedzenie nie tylko zaspokaja biologiczne potrzeby człowieka, jest transmiterem zwyczajów i obrzędów, czy wartości związanych z religiami i wierzeniami, czy też społecznych, świeckich.Dla przykładu, dzieło Jana Steena z 1668 roku eksponowany w Staatliche Museum w Kassel, albo prezentowana tutaj reprodukcja pod tytułem: Król pije Jakoba Jordaensa to nie tylko sfotografowanie jakbyśmy dzisiaj powiedzieli,  biesiadników w święto Trzech Króli. Głównie w Niderlandach,można odnaleźć  zwyczaj,  poszukiwania na talerzach ukrytej — w specjalnie wypiekanym na tę okoliczność cieście, fasoli  i ta osoba, która wyławiała w swoim kawałku tortu fasolę, była ogłaszana królem imprezy, i mogła wybierać królową i świtę.  A wszyscy inni, zobligowani byli do powtarzania nie tylko ruchów, ale i czynności króla,  gdy ten wznosił  kielich wina do ust, wszyscy gromko krzyczeli Król pije! (Stąd też tytuł obrazu) W Holandii zwyczaj ten ten nosił nazwę: Driekoningenroud, albo dwunastej nocy. Podówczas panowała swobodna atmosfera, król nie zwracał uwagi na zachowanie, które w jawny sposób łamało zasady kindersztuby  pod tą szerokością geograficzną: głośne śpiewy, rubaszne żarty i zaloty, chrumkanie(a i z czasem chromolenie), czkanie i pierdzenie, łamanie zasad, było obowiązkiem. Cóż możemy dostrzec, przyjemność, na wrzącym uczynku. Tu, nikt z osób biesiadujących nie zastanawiał się, ile jest pestycydów w diecie, a może, jakieś e? E tam, no, tak zwłaszcza t a m.

 

Termin martwa natura nie oznaczało, ani możliwości, czy konieczności resuscytacji kogoś, ani tego, że skończyła się data ważności, czy data zdatności do spożycia, a termin pić do kogoś, to raczej przepijać do kogoś, niż wyrażenie słownej szermierki.Chociaż i na tą pierwszą warto tu, zwrócić uwagę:posiłki są nader skromne,tak, czy oby na pewno? Czy dzisiaj je takimi spostrzegamy, szynka i chleb (powszedni). Światło, dynamizm,  wylewające się życie, to tak jakby ktoś nagle wyciszył dźwięk w telewizorze,ów kontekst być może nawiązuje do flamandzkiego przysłowia: Tak młody szczebiocze, jak stary śpiewa. Większość mężczyzn jest w podeszłym wieku, przemiana pokoleń. Temat, który nigdy nie umiera, on tylko zasypia. Zasypany przepisami tymi, tymi, no bogatymi w błon i (innymi) nick. Jedzenie to wyraz sił witalnych, albo starości (jeśli nadgryza je ząb czasu) gdy widać plamy, niedoskonałości, pleśń, to także etap w odrodzeniu się, rytm pieśni przemiany, odwiecznie wpisanych w cykl życia człowieka. Są także, a jakże sceny  te i owe rodzajowe:

[Wnętrze tawerny, lata 30. XVII w, Pieter de Bloot, źródło reprodukcji].
 

Na początku posiłki, a raczej ich umieszczanie na obrazach było niczym innym jak metaforą. Zgoda, dzisiaj urzeka kreska, czy światło mistrzyni, czy mistrza pędzla, i zwróćmy uwagę, w jaki sposób czytamy obrazy, i co jest nam do tego potrzebne wiedza. Bardzo często żywność, nie była portretowana na żywca, choć żywo wyglądać musiała, o tym świadczy chociażby zestawienie czy roślinności, czy pożywienia, które nie miały prawa wystąpić razem na stole, gdyż w naturze (nie tej martwej, ale [nad]zwyczaj żywej) dzielił je czas, czyli pora występowania. Postać, tak po stać, nie posiedzieć, zwłaszcza gdy ma się problemy jelitowo-gastryczne, niezależnie od epoki, monotematyczne, postać umieszczona przez de Bloota w centrum, ma dość, ewidentnie nie przestrzegała zasad diety zrównoważonego żywienia i odpowiedniej podaży płynów, z tego wynika za dużo błonnika?A może po wody zbyt mnożę? Może suszy faceta zbyt, mało pił, za wiele w żołąd wbił, i nie czytał biedak etykiet, i tak zabrudził parkiet (dobra, tam nie było parkietów)? Nie wiadomo ale na pewno po wypróżnieniu tą drogą, jej ulżyło. Za to kot zaraz pęknie z przejedzenia. Taki armagedon filozoficzno-gastryczny na ludową nutę, hej przeleciał ptaszek. I… Wiadomo już jakie stworzenie jest sponsorem białka w dzisiejszym pożywieniu.

No dobrze- allbo i nie, od XIX wieku jeśli się przyjrzeć i przejrzeć sztukę to malarki i malarze to jedzenie to nic innego jak instagramowe foty, wypełniacze, no, a może nie, może fotosy foodów, to taki manifest społeczny? Nie zmienia to faktu, że XIX wiek, to taki wypełniacz niderlandzkiego malarstwa. W XVII wieku w Holandii to jakiś makaronizm, nie, nie wróć, monotematyzm,  powstało kilka milionów obrazów, z których większa część pokazywała jedzenie. Zaraz, zaraz, i nie chodzi mi o bakterię, albo o to, żeby utrzymywać higienę (myślenia i mylenia) to zawsze warto. Nie znaczy, to, że bohaterowie uwieczniani na obrazach, byli najedzeni, bo posiłek na talerzu jak malowany to jedno, ale przypisywanie i przepisywanie znaczeń, to drugie i o wiele ważkie i ważniejsze (i lekkostrawne dla wątroby, to oby, oby). Dlatego do XIX wieku nie wiemy nic o treści, (żołądkowej) biesiadniczek i biesiadników. Jedzenie to pretekst, metafora. Warzywa, owoce czy surowe mięso wydawały się ludziom bardziej idealne w sam raz na raz, niż zrobione z nich potrawy, nawet jeśli mowa o tłustych, czy pysznych (ha, ta wieloznaczność znaczeniowa!) pieczeniach lub ciastach gęstych od dodatków. Po drugie ([z]danie) łatwo i niejako z biegu,  dopasować symbolikę. Wiśnia, czy czereśnia to symbol męczeńskiej śmierci, odniesienie do krwi jest tu nader jaskrawe. Ogórek, czy tykwa to pomyślność losu i ziszczona nadzieja. Nie bez znaczenia jest fakt, że ta druga po prostu się pnie, rośnie .Martwa natura jako samodzielny okrzepły w siły witalne temat…  W malarstwie pojawiła się po raz pierwszy w wieku siedemnastym i tu można przytoczyć prace takich malarzy jak: Pieter Claesz,  ten od „portretowania” sera. Francisco de Zurbaran,  Floris van Dijck. cytryny to wyraz albo fałszywego przyjaciela, albo też: płodności, pomarańcze metafora małżeństwa, ostrygi to  nic innego dzika erotyka, czyż i dziś tych ostatnich nie mamy za afrodyzjaki, czyli te pokarmy, które wzmacniają, urozmaicają życie cielesne?

Umieszczanie jedzenia przy konkretnych stołach, to także podkreślenie, czy wyraz pozycji, statusu socjoekonomicznego.  To, co rosło blisko podłoża, płody ziemi takie jak buraki, cebula, stanowiło pokarm dla chłopstwa. Stąd też nie dziwi obraz Vincenta van Gogha, Jedzący kartofle, ponury, ciemny, brudny, niemal cuchnący To, co rosło wysoko, na drzewach, czyli  orzechy, zaliczane było do pokarmów ekskluzywnych na które mogły pozwolić sobie tylko najznamienitsi goście figi, czy wspomniane wiśnie to pokarm dla bogatych i wpływowych. Kto z nas, w taki sposób dziś myśli o twarogu, czy żółtym serze powiedzmy sobie szczerze? (Dziś wegetarianizm, czy weganizm może być wiązany z wysoką pozycją społeczną, no ale sam ser?)Inna sprawa, że jedzenie ma związek z postrzeganiem medycznym ciała (średniowieczny rozkład humorów), czy stanu, dla przykładu ryba była pokarm doskonały dla mnichów, zimny i wilgotny , czyli taki który pozwala zapanować nad ochotami ciała, czy wręcz nieskupianiu się na nich, przynajmniej tak było w zamyśle. Jedzenie to temat ocean. Pyszny, można palce lizać, no tak, żeby nie uperniczyć klawiatury…I oczywiście można przytoczyć jeszcze wiele innych obrazów, sennych mar, doczesności marności i rozmaitych pyszności i pych, wojny postu z karnawałem, i melancholii nawałem, ale i tak to jak czerpanie przetakiem z przepastnej rzeki wątków, wątek ten i ów mam nadzieję, że zachęci zanęci do dyskusji.

[Walka karnawału z postem, Peter Brugel, olej na desce, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, źródło reprodukcji].
 

Oczy wiście,chyli się o zawieszenie wzroku, tu i (zwłaszcza) ówdzie:) na smakowitych kąskach i przekąskach ma się rozumieć (i rozpłynąć na języku, a nie w dłoni :D… Nie chodzi o to, żeby pleść to co ślina na język przyniosła, nie, nie,  nie dajcie się zwieść ani prostocie obrazu, ani kresce Brugela, kto z Was zauważył durszlak na głowie, ot taki niby to kuchenny przyrząd, a symbol tego, że zdobyte łatwo dobra zostaną natychmiast roztrwonione, cóż, nie będę się przyglądać interliniom kuchennym, ani ich znaczeniom, żeby nie przyczynić się do Waszego zmęczenia, malarstwo to dla mnie łuskanie znaczeń, poszukiwanie smaków, a nie -smaczków. To intelektualna uczta, tyle, że nie na sposób rzymski, czy średniowieczny, czy też pogoda (ducha) średnio wietrzna, uciekając od meteorologicznych przenośni, nie chcąc lać wody, kto potem będzie sprzątał kałuże (nie duże)? Kołcze i kończę temat, i stawiam (na baczność) kropkę. Smacznego, oczywiście, albo posmacznego, chociaż podobnież teraz już się nie życzy tak wyśmienitego posiłku…

[317+1]. Brrrr. Na Jowisza jak (zimno:gorrrąco)!

Uwaga  i inna waga, meteorolodzy i inni wróżbici wieszczą powrót Zimy i to przez wielkie Zi, i to w wielkim stylu. Najlepiej dla ciepłolubnych osób wystrzelić się wtedy wkoko koko eurospoko, w  Kosmos,jakbyśmy tak tam, a raczej tu jeszcze w nim nie byli, no ale cóż, nie spierajmy się o szczeliny szczegółów, wszędzie  byle nie na Jowisza. Tam panują nieziemsko trudne do zniesienia warunki. (I nie chodzi o niezdaną sesję studencką). Jowisz złożony z dwóch nie tylko najpowszechniejszych, ale i najlżejszych pierwiastków, a dokładniej: osiemdziesięciu sześciu procent wodoru i trzynastu, no prawie czternastu helu, reszta to ostatki. Dlatego jest nazywany gazowym olbrzymem nie tylko dlatego, moim skromnym zdaniem powinien byłby (gdybym prezentowała ziemiocentryczny punkt widzenia) być nazwany gazowym żarłokiem gdyż wewnątrz pomieściłby tysiąc Ziem. (I to nie tych obiecanych, ale zapewne tych, bardziej obmacanych od Jowisza). Jego średnica wynosi jedenaście błękitnych planet.  Co więcej  masa to siedemdziesiąt procent masy innych planet. To taki bramkarz stojący u wejścia do klubu.  Już jak się zbliżasz do takiego hmm serwismana, wiesz, z kim będziesz miał/a do czynienia, ba, dostrzec go można nieuzbrojonym okiem! A żeby dostrzec więcej i bardziej wystarczy, że mamy amatorski sprzęt do obserwacji nieba. Bez specjalnie uzbrojonego szkiełka, czy oka, co więcej można mieć i wady (wzroku) a i tak zobaczymy gazowego olbrzyma.

[Jupiter, Zdjęcie Jowisza w naturalnych kolorach wykonane w kwietniu 2014 roku przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a. prawda, że pięknisty? źródło zdjęcia].
 

Do tego gdyby był człowiekiem pewnie zdiagnozowano by u niego nadpobudliwość ruchową, bo cóż, tak szybko obraca się wokół własnej osi. (Nie, nie to nie narcyz, czy egocentryzm). W rozwiązku z powyższym, nie dziwne jest, że dzień tu trwa (trochę więcej) niż mgnienie oka, no, najkrócej w Układzie Słonecznym dziewięć godzin i pięćdziesiąt pięć minut.

Planeta tańczy w okół słońca (to znaczy obiega je) w ciągu (prawie) dwunastu lat. A przyciąganie jest dwa i pół razy większe niż na Ziemi. Planeta, o której dzisiaj piszę, jest otulona chmurami, które w głównej mierze składają się z amoniaku, siarki i wody, ot, wspaniała atmosfera panuje na Jowiszu:).

Do tego temperatura otoczenia,fanta i styczna. I zmienna. Do nieba, do piekła zabierz mnie, śpiewała, któraś z polskich wokalistek… Nie, wystarczy na Jowisza, bliżej, a jeśli nie, to przynajmniej wiadomo, w którym kierunku. (Tyle, że lądowanie bardziej problematyczne, ale o tym, dalej).  W  górnych warstwach atmosfery Jowisza temperatura wynosi około -145°C. Poznanie przez homo sapiens tej planety i dokonane przez niego pomiary,pozwalają stwierdzić, że ta  wzrasta wraz z głębokością  a dokładniej rzecz ujmując poniżej wspomnianych chmur. Na poziomie, gdzie ciśnienie atmosferyczne jest dziesięciokrotnie większe niż to, które znamy na Ziemi temperatura podnosi się do 21°C Im bardziej w głąb Jowisza, tym temperatura znacznie się podnosi żeby w jego centrum może słupek rtęci mógł wskazać do 24 tysiący °C. A tym samym licytacja Jowisz- Słońce co do temperatury obu, wygrywa bezapelacyjnie ten pierwszy. Tyle, że warto pamiętać, iż  Jowisz od początku swojego istnienia uwalnia swoje ciepło. Spala się nam chłopaczyna.

Jak powstał z martwych, a raczej, z niebytu, cóż dokładnie nie wiadomo. Niektóre osoby mawiają, że Jowisz, to taka nieudana gwiazda, nie chodzi o to, że celebryt(ka) z niego dlatego, że zatrzymał się w pół drogi, to znaczy reakcja termojądrowa nie została zainicjowana.W galaktyce była chmura gazu, taka sama, z której powstało Słońce, wessana została pod wpływem niczego innego, jak grawitacji. Jej materia utworzyła planety, a lwia część przypadła bohaterowi dzisiejszego odcinka, Jowiszowi. Drugie w kolejce było Słońce, a potem cóż, cała reszta, w tym, nasza Ziemia. Wirujące gazy w powietrzu przyciągały materię, gazowy olbrzym nabiera masy (najpierw masa potem rzeźba mawiają fit trenerzy, a przepraszam, teraz jest modne określenie, co, ach co,a coach).  Jowisz pojawia się niczym perła. I to nie przenośnia. To co nie dotarło do Jowisza, zostaje wyrzucone w przestrzeń.

Powstał około 4,6 miliarda lat temu skompresowane pod wpływem grawitacji cząstki kosmicznego pyłu i gazu zaczęły wytwarzać  nic innego jak tylko ciepło. Trawestując słowa piosenki Natalii Kukulskiej, ciepło nosisz je w sobie, je, je , je.(Dobrze, dobrze, już nie śpiewam). Jowisz go co prawda nie je, ale emituje je do dziś,  i tak oddaje go więcej i to dwa razy więcej  niż bliskie nam Słońce. Napomknę, tylko, że masa Jowisza to około jedna tysięczna masy tegoż ostatniego.Do tego ten magnetyzm. No cóż, szczątki człowieka skończyły by marnie, silne pole (elektro)magnetyczne, wprawiłoby, że nie zdążyłby pierdnąć, ani mrugnąć. I drogi czytelniku, skończyłby w pudełku z plastiku. Chociaż nawet nie wiadomo, czy by i to było. No chyba, że ubrał by się jak ołowiany żołnierzyk, ale jak taką masę wystrzelić w koooosmos?

No, ale po co lecieć jeśli nie tylko miękkie lądowanie nie wchodzi w grę? No, cóż, żadne nie jest możliwe, bo przecież to planeta gazowa. Jeśli te, przeszkody, o których wspominałam, zostałby jednak pokonane, to sprzęt opadałby niżej, niżej, niżej coraz niżej, aż zmiażdżony by został przez ciśnienie atmosferyczne. Nawet jeśli by użyć innego repertuaru sprzętów. To na dziś, jest to niemożliwe, acz marzyć można. Jowisz, to zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam,pełni rolę  bodyguarda, niby to przyciąga, by odrzucić w przestrzeń jeszcze dalej to, co niepotrzebne, albo to, co może zagrozić naszej części galaktyki, pełni rolę starszego, opiekuńczego rodzeństwa. Oczyszcza rejon orbit planet zewnętrznych w tym Ziemi, by nic się nie mogło stać. Utrzymanie czystego pola. Dzięki temu mogło pojawić się życie na naszej planecie.

Osiem tysięcy razy częściej komety chcą uderzać w Jowisza, a raczej nie mają wyboru, bo ten je przyciąga niczym magnes. Tyle, że droga jednych sięga na przestrzał i dalej, dalej, a drugim zakrzywia tor, i pędzą w innym kierunku, jakim? Nie wie nikt, bo często”lądują” poza układem słonecznym, tak się układa trajektoria lotu. Prędkość ze wsparciem Jowisza dochodzi do pięćdziesięciu kilometrów na sekundę, a co, po co się rozdrabniać. skoro nie można sięgnąć dalej niż wzrok, okiem nawet uzbrojonym.

Już Starożytni dostrzegli,że Jowisz porusza się wśród gwiazd. Także oni go dostrzegli, to nie dziw, wszakże to trzeci najjaśniejszy punkt na nocnym niebie (po Księżycu i planecie Wenus). Cztery największe księżyce Jowisza odkrył w 1610 roku Galileusz było to możliwe dzięki temu, że teleskop był już powszechnie w użyciu (nie, nie to nie Galileusz jest jego konstruktorem) największy z księżyców, Ganimedes ma powierzchnię większą od Merkurego.

Wzmianki o Jowiszu znajdujemy mitologii, oraz w wierzeniach religijnych wielu kultur. Są przesłanki za tym,że obserwacje Jowisza prowadzili astronomowie babilońscy i miały one miejsce tysiące lat przed naszą erą, nie tylko Galileusz. Czy dziwi zatem fakt, że nazwę planecie nadali Rzymianie, i to nie byle jaką, albowiem,  swojego najważniejszego bóstwa z mitologii – Jowisza. Boga,który podług ich wierzeń, we władaniu miał niebo, burze i deszcze, tak więc stał najwyżej, był najpotężniejszy. Aż dziw bierze, że wielką, czerwoną, charakterystyczną plamę Jowisza, odkryto niedawno po tym,jak „ochrzczono” GanimedesaTo antycyklon o średnicy większej niż średnica Ziemi. Tak więc błękitna planeta nie mogła by jej zasłonić największa burza we wszechświecie, burza, i to bynajmniej nie w szklance wody. Dwadzieścia tysięcy kilometrów średnicy Ziemia, niecałe trzynaście tysięcy. Na obrzeżu plamy wiatr wieje bardzo szybko, a w środku to obszar ciszy, spokoju sielanki. Piękna ilustracja. Niepozorna, a ile kryje tajemnic i pytań.

[Porównanie wielkości Jowisza i Ziemi, źródło zdjęcia].
 

 

Nie będziemy porównywać burz ziemskich i jowiszowych, bo to nie do wyobrażenia. Wielka czerwona plama, to kłębowisko wyładowań, deszczy i chmur (i nie ma tu ani jednej kropli wody) wielka czerwona plama, to obszar wyżu. Cyklon wykonuje jedno salto w przeciągu dziesięciu dni. Chmara burz,ale dopiero na obrzeżach plamy, skąd ona czerpię energię, może tam właśnie znajduje się wulkan energii, nie wiadomo. Nie wiadomo, dlaczego plama nie przemieszcza się, skąd mniejsze chaotyczne zawirowania, i burze poza wielką czerwoną plamą, gazową planetę spowija kilka warstw chmur, co więcej —- pioruny, a raczej dźwięk, rozprzestrzeniają się cztery razy szybciej niż na Ziemi (pięć tysięcy kilometrów na godzinę). Szybciej też pada deszcz, i to dwa razy szybciej, słupy cumulusów są cztery razy wyższe niż ziemskie. W wielkiej czerwonej plamie wiatr jest nie tyle trudny do przetrwania, tyle, że trudny do wyobrażenia, burze bowiem nakładają się na siebie i krzyżują ze sobą, są jeszcze prądy strumieniowe, które nakładają się na planetę, naukowczynie i naukowcy dopiero poznają ich mechanizm. Nie tyle są one większe, rozprzestrzeniają się one w różnych kierunkach, są też silniejsze, dlatego, że planeta wiruje, dlatego mnogość prądów, i pasy na Jowiszu. W chmurach na pograniczu prądów, pojawiają się charakterystyczne zawirowania. Tak jakby gaz chciał uciec z powierzchni planety. Wiatry także są inne. Wiele się mówi i pisze, o owej czerwonej plamie, ale jest jeszcze coś: Niedaleko Wielkiej Czerwonej Plamy znajduje się Wielki Biały Owal, którego średnica porównywalna jest ze średnicą Ziemi(wreszcie coś porównywalnego!). Owal BA to także antycyklon nazywany -a jakżeby inaczej- Małą Czerwoną Plamą Juniorem. Im bardziej w wgłąb,to więcej pytań, tajemnic i odkrywania.

To co warte odkrycia to mnogość księżyców Jowisza, znanych jest sześćdziesiąt dziewięć, niektóre z nich poruszają się chaotycznie, inne wprost, a raczej elpitycznie, przeciwnie, ale jednak w tym jest metoda, każdy ma swój cel, i swoją orbitę. Cztery największe z nich odkrył Galileusz. Oto i one, tak i oto się prezentują:

[Porównanie rozmiarów księżyców galileuszowych i Jowisza. Od góry do dołu: Io, Europa, Ganimedes i Kalisto. Widoczny fragment powierzchni Jowisza z Wielką Czerwoną Plamą: źródło zdjęcia].
 

Chociaż niezależnie, w tym samym czasie co Galileusz, niemiecki astronom Simon Marius także je zauważył. Io, Europa, Ganimedes i Kallisto. Zostały one zaproponowane przez Niemca, i tak przetrwały do naszych czasów. Nazwy pochodzą od imion kochanek (i kochanka) Zeusa, greckiego odpowiednika boga Jupitera,czyli znów mitologie i wierzenia. Galileusz określał je jako Sidera Medicea, na cześć rodu Medyceuszy.  Na podstawie swoich obserwacji stwierdził, że księżyce krążą wokół Jowisza. Odkrycie to to kamyczek do tez prezentowanych przez Kopernika, i nie chodzi o prawo ekonomiczne, czy przepis na chleb. Jowisz, także ma pierścienie, i choć nie są tak okazałe jak te, które należą do Saturna, także można je opisać. Składają się z trzech warstw. Najbliższa określana jako „halo”, następnie znajduje się pierścień główny, a najdalej- ażurowy. Te,należące do Jowisza złożone są głównie z pyłu, który zostaje wyrzucany w przestrzeń kosmiczną po uderzeniach meteorytów w jego księżyce. Równowaga w przyrodzie musi być! Nie tylko my, uszyci jesteśmy z ruchu.

Wyrzucony kosmiczny pył utrzymuje się w formie pierścieni wokół Jowisza, a jakże było by inaczej, dzięki jego grawitacji, czy może być inaczej, skoro zmienia ona nawet kształt trzech jego najbliższych satelitów?  Planeta posiada najsilniejsze pole magnetyczne,czternaście razy silniejsze jak to, spotykane na Ziemi. Jowisz to planeta znana, a jednak bardzo mało o niej wiemy. Jupiter w mitologii rzymskiej był władcą wszystkich bogów. Utożsamiany z greckim Zeusem, panem Olimpu, przedstawiany był najczęściej w pozycji siedzącej na tronie, z piorunem w ręku. Inne jego atrybuty to orzeł i dąb. Rembrandt i Rubens do niego się odwoływali, ale przecież nie tylko oni. Nauka o kosmosie, czyli miejscu, w którym wszyscy się znajdujemy, jak i drogi, sztuki i kultury bardzo często się przecinają. I to jest fascynujące, ale to temat na całkiem inną opowieść… Na Jowisza, #…Bo Świat jest ciekawy!,