62. Człowiek, którego nikt nie (wy)słucha(ł).

Johannes Brahms uważał,że urodził się w niewłaściwym czasie by móc tworzyć, a jednak! Dla osób chcących zaprzyjaźnić się z muzyką klasyczną polecam uwadze chociażby Tańce węgierskie. I przejmujący smutek Gustava Mahlera. Oczywiście nie bez wpływu na jego muzykę kładą się koleje jego życia, dla zwolenników i zwolenniczek odczytywania twórczości poprzez fakty życia, tutaj mają niepowtarzalną okazję.Zresztą nawet tam gdzie nie mają, to i tak doszukują. Gdyby nie choroba Henri de Toulouse-Lautreca i jego stan zdrowia to czy doszukiwano by się w jego twórczości, takiego a nie innego podejścia do ciała, jako reperkusji niepełnosprawności. Nie wszystkich spotyka ten sam los, dlaczego nie mówi się o biegu życia Sigmunta Freuda, chociażby jego depresjach i podejściu do kobiet, którymi się otaczał w przestrzeni publicznej jak i całkiem prywatnej…

 Oczywiście można i n a c z e j.  Bo przecież nie ma gwarancji, że istnieje j e d n o rozwiązanie i jeden, w domyśle prawidłowy rodzaj postrzegania. Takie rzeczy to tylko u polonistów/ polonistek, i to też nie wszystkich. Owa niechęć jednego rozwiązania przejawia się tym, że nie przepadam za słuchaniem muzyki filmowej wraz z obrazem, chociaż równocześnie jeśli uznaje ją jako dobrą, albo bardzo dobrą staje się zauważalna. W życiu pełno jest paradoksów.Można się najeść, i napchać kieszenie, a nawet urosnąć o kilka centymetrów.

Nie przepadam za stałymi wartościami, które są przypisane sztuce, dlatego stronię od muzyki programowej, a jednocześnie, o zgrozo lubię twórczość i (jeśli to możliwe) osobę Mahlera. Oczywiście nie przeczę, że Historia i Los nie pozostaje bez wpływu na twórczość, ale odczytywanie jej przez pryzmat przeżyć bywa złudne. Co gorsza, nie trafne, co jeszcze gorsze utrwalone przez wieki, wtłaczane do głów. Wystarczy podać szkolny (sic!)przykład Jana Kochanowskiego pisał treny po stracie swojej najmłodszej córki, Orszulki. Zaprawdę,zaprawdę powiadam Wam, wielkie mu pustki uczyniła [by] w domu [jego]. Gdyby istniała. Bo to zła kobieta była… Nie, nie, nie. To tylko wprawka literacka. Była, a przez wieki zwodziła polonistów i polonistki. A ileż niepoprawnego możemy uczynić gdy niepewne, acz istniejące, ale nie w takim natężeniu jakim myślimy uważamy za prawdziwe. Jedynie prawdziwe.

Tyle, że poznawanie,odczytywanie historii dzieła tylko przez biografie jego twórczyni, czy twórcy to tak jakby mówić o podróżach, poruszając się tylko na trasie praca dom. Ewentualnie w odwrotnym kierunku.

A tymczasem borem lasem idzie Historia. Z przy_t(r)upem. Taki oto reneseans, rezonans tfu, renesans. Zmienność sojuszów, geometra sił w nieustannym ruchu,wrzeniu, współwalce popychanym ku nieistnieniu. Gwałt i pożoga. Ambicyjki i ambicje. Walce i walki. W takim świecie konstruowany jest renesans, czyli zwycięstwo Człowieka nad Naturą. Smród,zakrzepła i ta jeszcze ciepła krew, kurz, pożoga, zbrodnia,zbrodnię goni. I w takich dekoracjach człowiek próbował ujarzmić świat by mu służył. Dysonans.Zaprzęgnąć śmierć i zbrodnie by służyły jego interesom. Nie wszystko takie piękne jak to w szkołach (i na obrazach) malują. Nie ma prostych dróg, i prostych rozwiązań, a czarno białe ilustracje tylko w telewizji, ale to było dawno, a teraz takie rzeczy to tylko w Idzie. 🙂

Odkładając żarty, na dowolnie wybrany —bok można przywołać postać niejednoznaczną, niesprawiedliwie ocenioną i tragiczną. Niccolo Machiavelliego. Podróżował on spotykając się z możnymi tego świata, wystarczy wspomnieć chociażby Ludwika XII, czy Maksymiliana I, albo papieża Juliusza II.

Z drugiej strony nie doceniany, nie wysłuchany, odsądzany od czci i wiary, również dzisiaj. Sądził,że cel uświęca środki. I nie zawahał powiedzieć tego głośno. I to go zgubiło w oczach współczesnych. Najznamienitszym jego dziełem była Historia Rzymu Liwiusza. Dzisiaj mówi się,za sprawą edukacji tylko o nieszczęsnym Księciu,. To tak jakby zadowolić się brykiem mając w zasięgu ręki i wzroku wspaniałą bibliotekę. Albo jakimś śmieciowym jedzeniem mając do wyboru najznakomitsza restaurację.

Niccolo, ach Niccolo… Pisałeś o cnotach republikańskich jakie warto (ba! Koniecznym jest) urzeczywistnić w życiu politycznym dla dobra ogółu, czyli kraju.Tak by kraj rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Co zrobić by rząd były sprawiedliwie, skutecznie i przynosiły pożytek poddanym i władcom. Ważne by władza była silna,ale to nie znaczy żeby przekształcić ją w tyranię. Władza powinna być środkiem i to środkiem skutecznym. Ma służyć czemuś. A przecież świat domagał się tak rozwiązań jak i silnej ręki. Tak by wstrzymać rozpad i wykurzyć barbarzyńców z południa, barbarzyńców z północy, barbarzyńców, z wnętrza. I to barbarzyńców, bynajmniej nie czułych. Zdrada, spisek, mord, kurz i krew, smród to rzeczywistość renesansowej Italii. Italii, która składa się z małych państw—miast, które walczą o wpływy do tego muszą przetrwać wewnętrzne spory. Tak, tak właśnie w tych czasach żył i tworzył w takich oto dekoracjach chociażby Leonardo da Vinci.

Autor Księcia urodził się w 1469 roku w rodzinie, której imię kiedyś było świetlane, jednakże świetność przeminęła z gorącym wiatrem pożogi, i już nie wróci. Nicolo pierwszy syn Bernarda nie tylko doktora praw, bibliofila, ale także czułego, wyrozumiałego ojca. W epoce krwi, walk o władzę, w epoce, w której powietrze przesiąknięte było swądem palonych ciał… Wychowanie bez cienia paternalizmu, czy chociażby wyniosłości. Bernard od podboju świata zdecydowanie wolał książki, które z pasją kolekcjonował. Cycero, albo Owidiusz, to jego kompanii. (A nie kompani z wojska, ale jakiego właściwie wojska?) No i oczywiście Liwiusz!  

***

Ojciec napoił Nicolo  szacunkiem i miłością również do wydawnictw ciągłych. Śmiało napisać, że cała rodzina oddychała powietrzem i zakurzonych ksiąg. Tutaj należy szukać źródła miłości do słowa skopiowanego, bo przecież drzewiej się przepisywało księgi wielkie, ba opasłe,ba— księgi mądre. Druk nie był ani tak tani żeby mógł być powszechny, ani tak powszechny by mógł być tani. Ojciec w imię dobrej lektury jest w stanie przeciwstawić się możnym tego świata. Autorytetom– nie tylko formalnym. Nieposłuszeństwo także przejmie Niccolo. Z resztą (i bez reszty) nie tylko on. Taki na przykład Savonarola, pogromca luksusu i… Medyceuszy, zwolennik… Palenia ksiąg i …Atomistów. No, tych chciał tylko napomnieć. Nie spalić, chociaż mogliby (zdaniem Savonaroli) spalić się ze wstydu. To właśnie jemu przeciwstawia się Nicolo kopiując dzieło Lukrecjusza, (zresztą, nie tylko jego). Tylko tak można go ocalić, również dla siebie. Ocalić od zapomnienia. Zanim Savonarola został zdradzony, osądzony, wydany na śmierć w płomieniach (bynajmniej nie piekielnych, tylko ludzkich. Taki przynajmniej był pierwotny zamysł). Ale nie, nie ziści się. Zwolennik ascezy jako sposobu na oczyszczenie, ów krytyk Kościoła ostatecznie zadynda na sznurach, nie tylko on,  wraz ze swoimi dwoma przyjaciółmi (Domenic BuonviciniSilvestr Maruffi oto towarzysze niedoli). Zostaną z nich tylko   zwłoki,które następnie zostaną spalone, i wrzucone do rzeki. Wierna rzeka, na dobre i na złe i…Na najgorsze. Bez grobu, bez adresu, bez protestów, bez wyznawców. Takie nadzieje, nadzieje na wieczne zapomnienie mieli wrogowie, nadzieje płomienne, a na pewno płonne… 

***

Niccolò di Bernardo dei Machiavelli miał troje rodzeństwa. Dwie starsze siostry, i młodszego brata,oto Toto. Spolegliwy, skromny, duchownego, który umiera wcześnie, zbyt wcześnie napełniając serce wielką smutą. Mógł przecież tyle dokonać… Przecież skoro Niccoló tyle dokonał, to Toto… wychowywany w miłości, umiłowaniu wiedzy…Chociaż oboje mieli odmienne usposobienia to przecież oboje mogli osiągnąć wiele, nie tylko dla siebie, ale również, przede wszystkim, dla Ojczyzny!

Pierwsze trzy dekady życia Machiavellego przykryte są kurzem wieków i wiadomo zgoła  nic o kolejach losu tego wielkiego Florentczyka.

Jakby uciekał, ale dokąd? I przed czym? I dokąd, i dokąd tak pędzi, tak gna? I po co… —ach to z innego dzieła, nie zatrzymujmy zatem lokomotywy dziejów. Przyjrzyjmy się żywotowi człowieka poczciwego, w czasach okrutnych, krwawych, cuchnących i pięknych. Chociaż pewnie inne zdanie miały by osoby, które zaangażowane były w spisek  Mord w pełnej krasie, polowanie na zwolenników, sieczka, smród, zakrzepła krew i sztuka (Rysunek Leonardo da Vinci, rysunek ów przynajmniej przetrwał, czego nie można powiedzieć o portretach stworzonych przez  Botticellego). Nieudany zamach stanu przeprowadzony 26 kwietnia 1478 we Florencji przejdzie do Historii. Krwawym, nierównym krokiem. Nierównym zapewne z śmiertelnego wycieczenia ofiar… 

***

Italia podzielona, poróżniona, spływająca krwią, hańbą, występkami, i pożogą poraniona, rozrywki tak między maluczkimi jak i wielkimi, by nie napisać, tłustymi i zachłannym: Wenecją, Florencją, Księstwem Mediolanu, Państwem Kościelnym, Królestwem Neapolu., I w takim oto świecie podróżuje myśl ludzka, która zwycięży Czas, ujarzmi go dla potomnych w dziełach tak literackich jak i myśli technicznej. Nie oznacza to, że dopiero teraz zbudziła się z komy, lecz zyskała nowe możliwości. Tak oto niepokoje czasy obrastają piękną, zatykającą dech w piersiach, nie z powodu problemu z oddychaniem, Sztuką, która inspirować będzie przez wieki po wieki… 

Wieki średnie,nazwane niesłusznie wiekami ciemnymi także nie stroniły od wynalazków. Owszem, nie zawsze, albo nie często przypisywano autorstwo, dzieła pozostawały często anonimowe, nie myślano bowiem o społeczeństwie tak jak na przykład w XIX wieku, ale przecież to nie oznacza, że myśl techniczna, myśl ludzka, rozwijała się. Świadczy to tylko, że homo sapiens XXI wieczny, ocenia często, choć nie zawsze historię z własnej,wygodnej, aktualnej perspektywy… W średniowieczu wynaleziono koło, rozpowszechniono produkcje okularów. Ale porzućmy te ciekawe czasy. I wróćmy do rozedrganej Italii.

Piękny kąsek i jaki zdrowy, pyszny, taka Florencja! Palce lizać!  W sam raz dla zdobywców ciepłe i bogate gniazdko można sobie uwić. Wróg nie śpi. Z byle kim. I byle gdzie. Francja, Hiszpania, Cesarstwo Niemieckie, Szwajcaria która zajmuje Lombardię i Mediolan. Wszyscy chcą rządzić. Niepodzielnie. I wiecznie. Swoista Wojna postu z karnawałem, dziwna to wojna przecież Italia nie dysponuje własnym wojskiem. Florencja nie ma go od dwustu lat. Tak, tak. Wojna to dziwna. Dlatego Machiavelli upiera się, przy konieczności posiadania własnej armii. Bo kto swoją krew będzie wylewał na cudzej ziemi, za nie swoje ambicje? I bogactwa. Nikt. 

Po obróceniu się w proch Savonaroli, Niccolo zostaje szefem urzędu odpowiadającego… (Cóż to za niespodziewany obrót spraw) (sic!)Za wojnę i przedpokój, tfu, pokój, za stosunki z innymi państwami. Nazywany Oratore. Albo inaczej Ambasadorem, albo inaczej sekretarzem II Kancelarii.

Podróżuje, negocjuje, pisze listy i analizy… które inni mają głęboko w. d…Na dnie biurka, nie bibułkach. Nikt  nie czyta, tego co Machiavelli postuluje, o co walczy, ale… za to wszyscy chwalą.Dziękuję bardzo.Pięknie. Siadaj trzy z dwoma. (Skąd my to znamy? Czym nam śmierdzi ten klimat?) Florencja uskutecznia granie na zwlekanie  gdy inni uskuteczniają czyhanie.

Hiszpania i Francja i Papiestwo, wszyscy chcieli tłuste piękne i bogate obszary Włoch posiąść we władanie.  W takich oto dekoracjach Nicolo próbuje zorganizować coś na kształt wojska, czyli własną milicje ludową. Rekruci pochodzą z terenów wiejskich, wierni i bitni, lecz tylko w słusznej sprawie. Nie plamiący sobie rąk sprawami doczesnych walkami między patrycjuszami, a biednymi. Piechota na czasy niespokojne,szkoda tylko, że pod wodzem, którego nie słuchać zwykła. Bonaparte miał rację, że nieumiejętność wodza jest największym przekleństwem narodów. Cóż tu kryć. Nie słuchano Machiavellego, ale przyznawano mu rację. Siadaj,bardzo dobrze, trzy mniej. Traktowano jak uczniaka. No może takiego, który ma znajomości w gronie nauczycielskim. Ale ten czas przeminie, prawda?Znajomości i przychylne oko możnych do czasu.Ziemia krąży wokół Słońca,  a a dekoracje się zmieniają. Klimat pozostaje taki sam. Choć w wątlejszym wydaniu. Do łask (i na tron) wrócili Medyceusze. Nicolo gnije w cuchnących lochach, pełnych szczurów, durów, chorób, mak niewymownych. Wywichnięcie rąk na sznurach sześciokrotnie. Taka oto „gimnastyka” Siedzi krótko.Oskarżony o spisek, pokutuje za nie swoje winy. Ale cóż to za pocieszenie. Nie wróci nigdy na swoje dawne stanowisko. Co więcej, zabrania się mu wstępu do Palazzo dela Senioorina, (to ten dworek z fontanną Neptuna).

Wsi spokojna, wsi wesoła.Machiavelli nie jest jednak zadowolony. A kto by był? Skazany na banicję, odsunięty od władzy. Od możliwości wprowadzenia zmian. Urządza polowania na zwierzynę, handluje drewnem…Pisze i czeka,tylko na co? W tym czasie powstanie dużo później wydany, osławiony (o zgrozo!) Książę, czyli opowieść o Cezarym Borgii. Ale przecież nie tylko o tym, to świadectwo czasów niebezpiecznych, niebezpiecznych dla mieszkańców.  I z taką świadomością należy odczytywać dzieła Machiavellego. Tyle, że pamiętajmy o tym, Machiavelli piastował urząd, stanowisko polityczne. Napisał nie tylko traktat o władzy, ale także komedie. Także diagnoza społeczna, tyle, że o innym charakterze. 

Zgoda, księga zdarzeń wciąż otwarta w połowie w połowie… Niewłaściwym jest dyskutując o komediach Machiavellego przykładać szkiełka i oka i mieszać z tym co zawarte jest w Księciu. A jeśli jesteśmy już przy Noblistce to niejednokrotnie mówiła, że nie chce jak to nazwały Joanna Szczęsna i Anna Szczęsna biografii zewnętrznej, uważała,że wszystko co warte zapamiętania jest napisane czarno na białym, w jej wierszach. I dotrzymała swojego postanowienia. W chwilami życie bywa znośne, filmie autorstwa Katarzyny Kolędy –-Zalewskiej odnajdziemy te same informacje co w Pamiątkowych rupieciach. Miles Davis twierdził,że wielcy muzycy są jak wielcy bokserzy, co znają się na samoobronie. Ponad sześćdziesięcioletni trębacz wiedział o czym mówi.Są obszary, które są prywatne. Tyle, że samoobrona,skuteczna nie wystarczy, podobnie jak znajomość dat i faktów. Wtedy to nie jest niczym więcej jak szkolnym wypracowaniem. Marnym. Miernym. Nie wartym uwagi, ale i utrwalającym złe nawyki, patrzenia jednowymiarowego postrzegania dzieła. Nie chodzi o to by komplikować sobie życie ale by dostrzec jego różnorodność. Nie zadowalać się prostymi odpowiedziami. A jeśli już, to miejmy tego świadomość.

Nicolo Machiavelli kierował się tym co odpowiadała rzeczywistość w czasach krwawych i chaotycznych nie tylko szukał stanowczych, sprawdzonych, pewnych, rozwiązań. Nie tylko nie zrozumiany został przez ówczesnych, ale również przez współczesnych. Oskarżony o machiawelizm… Machiavelli to postać niezrozumiana, sprowadzona do jednego cytatu. Cel uświęca środki.  Brahms żył we właściwym czasie, czego nie można napisać o Nicolo Machiavellim. Tak kurczowe trzymanie się stereotypów może świadczyć o nieumiejętności odczytywania (i nauczania) historii. Zadowalamy się tym, co możemy odczytać siedząc wygodnie w fotelu, nakryci ciepłym,mechatym kocykiem, z kubkiem czarnej kawy w prawej ręce, lewą podkręcając pokrętło grzejnika. XXI wieczna perspektywa czytania tego co było, niezależnie czy dojrzewające pośród płócien renesansowych mistrzów, czy w wiekach średnich… Średnich, ale nie znaczy, że nie wyrosłych, albo że były no cóż średnio na jeżozwierza… Tak zupełnie przez przypadek, czas, który niegodnie zastąpił i zstąpił, nastał po tym co zafundowała nam starożytność…Pytanie pozostaje zatem w jaki sposób czytać książki? Ze zrozumieniem, to na pewno. Historii oddać to co historyczne, ale także z dystansem. Do biografii malarzy (malarek), rzeźbiarzy (rzeźbiarek), pisarzy (pisarek)… 

59. Naukowiec? Też człowiek.

W XIX wieku w salonie zbiera się całe towarzystwo. Nie ważny jest status społeczny osób zgromadzonych. Ważne było tylko to, że za chwil kilka odbędzie się czytanie książki. Wiadomo,że sto, dwieście lat temu był to towar ekskluzywny, wiadomo, że marketing jest tak stary jak świat.. Zastanawiam się co się stało ze światem, w którym z jednej strony promuje się czytelnictwo, z drugiej, można zwyczajnie kupić miejsce na listach bestsellerów. Ludzie książki piszą. I kuszą. Takimi oto opisami jak poniższy zamieszczony na okładce książki Richarda P Feynamana Pan raczy żartować, panie Feynaman, czyli przypadki człowieka ciekawego.

Fizyk noblista, opowiada jak wybudował bombę atomową,otwierał sejfy, walczył z biurokracją i zrobił karierę artystyczną.

Akurat o bombie atomowej jest tu jak najmniej, jeśli w ogóle, bo na pewno nie w szczególe. Troszeczkę o życiu i dostarczaniu sobie rozrywek w Los Alamos,ale też niewiele. Ale to nie znaczy, że książka nie jest warta naszego czasu. (Zwłaszcza, że można wysłuchać jej w postaci audiobooka).

Oczywiście zaczyna się jak zapowiedź amerykańskiego snu. Z tym, że szalonego. Bo sam Richard Feynaman ma w sobie tę frenetyczną iskrę poszukiwacza synergii. Nie tylko jako dzieciak naprawia radia myśleniem, ale ciekawy jest świata. Podchodzi do ludzi bez uprzedzeń, za to z ogromną dozą ciekawości i figlarności.

Oto mamy okazję podejrzeć tak niedawną historię przez dziurkę od klucza, a w zasadzie napisaną czarno na białym. I to z polotem. I humorem. Bez cienia zarozumialstwa,naburmuszenia. Nie, nie sądzę,że pozycja człowieka daje mu asumpt do traktowania ludzi z góry. Wręcz przeciwnie. Do tego jeśli szukasz książki, która zachęci Twoich Bliskich, Znajomych, do fizyki, która ma ludzkie oblicze, to zdecydowanie jest ta. Jeśli szukasz rozrywki i chwili wytchnienia to oczywiście też ta. Czytając ją miałam wrażenie jakbyśmy się umówili na kawę w jakieś kawiarni i wtem potoczyła się opowieść, o przypadkach człowieka ciekawego…I nie zakrzyknę przypadkiem:

Surely You’re Joking, Mr. Feynman!

[Pan raczy żartować panie Feynman,czyli przypadki człowieka ciekawego. Richard P Feynman, Znak 2007].

[18]. O Bosche[m]!Oczy szeroko zamknięte.

Czymże jest życie, jeśli nie pasmem natchnionych szaleństw?

PigmalionGeorge Bernard Shaw.

Show must go on! Dlatego zaczynajmy, czem prędzej. Pobieżajmy by

nie spóźnić się do Nigdzie. I (za)błądzić skutecznie, w tych Światach, które są warte przeżucia naszego Czasu. Patrzeć by Dostrzegać, a Żyć by Doświadczać. Czuć pod stopami trawę zieloną, stojąc na obu nogach, mieć w ustach smak dobrze krojonego dzisiejszego dnia. I nocy wygodnie nieprzespanej. Zmierzać do swojej Ultima Thule. Bez przypisów, przepisów, pośpiechu, za to z innymi czynnościami na p…

[***]

— Tak byś chciała?

— Tak. D o k ł a d n i e   tak.

[***]

Nic nie powiedział tylko brwi uniósł. A mógłby chociaż słowo, nie, nie, że wymagam dużo: jedno,dwa,trzy,  noooo chociaż pięć -dziesiąt. Zdjęcia dwa (koniecznie rentgenowskie), podanie (ale nie: ręki,nogi,czy innego członka), życoobrys i curriculum żegnae sobie daruję. (Nie ma to jak robić sobie samej prezenty. Przynajmniej  nie trafione. Jak kul(k)ą w płot(kę)). No nie zmierzamy w stronę elaboratu,tylko w stronę słońca, iść ciągle iść, w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu brzeg. [Wiem fałszuję] jak najdłużej…Wiem, wiem, jak tylko jak zobaczę światełko w tunelu to mam zrobić czynność na p, w przeciwnym kierunku… Ale przecież tak naprawdę i nieprawdę zmierzamy do Nigdzie. Chwycił za rękę najbliżej stojącą osobę. Tak się dziwnie (roz)złożyło, że byłam nią ja. Całkiem przepadkiem.

— Wyprowadzam Cię na spacer.

Najpierw brwi, a potem cztery litry litery. Uniosłam. Uniosłam się (z) honorem! Jak się bierze w garść, walizki i ślub. Tako i ja się (za)Wzięłam. (Po)szłam by nie (za)wrócić. Zamknęłam: oczy(wiście) książki, sprawy i drzwi. (wy)Miarowym krokiem spieszyliś(my)  by uniknąć popołudniowych korków, wzroku, tłoku i przeznaczenia. Żadnych znaków, nawet szczególnych, drogowych, zodiaku, przystankowych ,o ostrzegawczych nie wspominając. Słowacki też nie rechotał.¹ Czyli tak jak (za)wsze…

***

 Wszędobylskie słowa wyzute są z sensu. Tak bym powiedziała, gdybym nie uskuteczniała w tej chwili— i  nomen omen moment wcześniej, milczenia. [Noooo tak m o m e n t y   były]. I za późno też było, by się odwrócić i poszukać wejścia awaryjnego. Rozglądam się. Na próżno. Mam bałagan w oczach, i nie chodzi tu o wadę charakteru, wzroku, lub potrawy postawy, czy utrzymania równowagi, wewnętrznej homeostazy, wszystko (w)płynie!

Spojrzał. Tak się (roz)złożyło, że na mnie. Bezczelnie. (Szczelnie, czy bezczelnie, ale dobry z niego hydraulik). Krok za krokiem, wchodzę, wchodzimy, bezszelestnie. Ujarzmiamy tupot kroków. Uciszamy spojrzenia. Głaszczemy zachwyt. Strwożoną, spoconą,nieco zdrętwiałą, na pewno śmiertelną dłonią. Szukam mojego wzroku. Mam bałagan w oczach.

***

Stanął przed nami. A w głowie huczy i przewraca się uporządkowany cha!os.

— Myślałaś, że to Cię minie. I to najlepiej. Szerokim,tryumfalnym, łukiem. Najlepiej. Tak jak mijają, terminy ważności, pociągi, ciągoty, ciągi bliższe i dalsze, i dni…

— Mówią o mnie wszystko czego nie wiedzą. Bo skrzętnie zacierałem ślady moje. A Oni i One, uprawiają niedynskrety swoje. Nie jedną gębę mi przyprawiają Heretyka,że nie ilustrowałem Żywego Słowa zamkniętego w dziele konkretnym, przypisują nie drobnym maczkiem, za to pismem nielekarskim recepty, sposoby odczytania, odbioru jedynie słusznego i to , to, że należę do Adamitów, gdzie drogą do zbawienia jest rozkosz All you need is love,a to tropią alchemię i astrologię, zoologię i biologię,mitologię i heretyckie wersety. All you neet is boo(to)ks, panowie i panie! Took took! Pasmo. Pismo ideograficzne dla zaawansowanych. Forpoczta do dysput, i rozkosze dla oka i członków wszelakich. A myślisz, że z jakiego powodu nie datowałem prac swoich. Przecież to marność i wszystko marność. Najważniejsze jest posłanie, przespanie, przesłanie i własna koszula, (furaskóra i komóra) Właśnie! Skóra, ta zaś wiadomo, kusi i zawodzi, zawozi i zwodzi na pokuszenie… Niczym dzieła moje. Nie jestem taki świetny, śnięty, święty, jak mnie malują. Przepraszam, język mi się plączę, to od tych farb…Choć pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko! O, o, o mniej niż zerooo! NIe lubię ujemnych temperatur, aaaale wróćmy do tematu. Tak, przyjmuję zlecenia…Wszystko zależy od perspektywy. Ot, Tryptyk Rozkoszy Ziemskich oglądany gdy jest zamknięty, to tylko płaska Ziemia, i trzeci Dzień Stworzenia. Nie, nie ma rozpraszać kontemplujących, ale sprzyjać medytacjom. Po otwarciu rzecz inna, orgia kolorów, i fantasmagoryczne sceny. To sportretowanie świata przed grzechem pierworodnym, to jeszcze nie utopione w głupocie ludzkiej utopie. Utopię, ja utopię impresje, znaczenia, i przeznaczenia, konsekwencje i…Drogę skażę, początek i kres_ka.

Cóż, i po śmierci mojej dyskutują, czy i w jakiej mierze przypisać mi program, moralizatorstwo, i grożenie pędzlem. Są, i owszem prace i takie, stworzone dla mieszczan, tak by potwierdzić ich status, uwypuklić, i schować się w cień, des demony, diobły,strzygi i upiory programowo przeznaczone  dla ludzi z wyższych sfer. Ze znacznie cięższą sakiewką. Oczywista, by nie straszyć, a mieć gdzie powiesić oczy. Wszystko ma warstwy, cebula też ma warstwy! Mam i ja!

Udzielałem się jak ojciec, dziad, i pradziad  w Bractwie Pani Naszej i zadzierzgnąłem tam znajomości niebłahe. Nie lico napełniłem sakiewkę. Nie szczędząc grosiwa na Kościół. A i ślad w mych dziełach pozostawiłem, ziścił się on chociażby pod postacią Łabędzia Białego. To nie tylko symbol końca peregrynacji duszy zmarłej do bram Niebieskich. I sygnał, że już puka doń, (listonosz zawsze dzwoni dwa razy), ale nie o to chodzi, wróćmy z tychże dygresji, chodzi o godło naszego Bractwa. Gdybyście na ucztach bywali to wiedzielibyście, że podawano tam podówczas  to ciemne, łabęzie mięso Tak, kreowałem legendę własną, któż tego nie czyni? Sam sobie zaprzeczam? Nie datując swych obrazów? Niech przypisują mi więcej, niźli mniej, niech się zastanawiają, aż po czasu kres…

Sposobność miałem i taką, że mieszkałem w trzecim co do wielkości mieście Brabancji.  Gdzież uciekać, po cóż gonić. Zmyślam?Gdybyż sława nie była i celem moim to pewnie nie przyjąłbym pseudonimu, który łatwo jest wymówić. Po cóż mi było wyjeżdżać? Także i pozostanie anonimowym, jest pewnym śladem, czyż trudno jest udawać anonimowego mając t a k i ch protektorów i apologetów (protektorki i apologetki) Filip Piękny,czy Izabela… Nie, nie będę wymieniać, ustawiać w szeregu,…Hmmm… Schowałem się za szaleństwem mi przypisanym, żem abnegat i outsider, chorym psychicznie i uzależnionym od substancji psychoaktywnych? A któż zdrowy waży się pogodzić bieg wieków, czy wyznaczyć nowe Idee fixe? Cóż, że poprzestawiał mi się chaos i hałas? Gdym widział pożogę w wieku lat trzynastu?  Któż wspomnień nie ma?

Żem się wkupił w ród opływający we włości, znaczenie i czeki, że za sprawą ożenku zyskały me prace, a że moja połowica jest przysypana prochem przykryta, niczem włosiennicą? Kimże jesteś by się przed Tobą sumitować? Wieki i usta otwierać?

A może to (wzystko) anagramat, szarada, fanaberia chichot losu? Jam jest Hieronymus Anthoniszoon van Aken Sławię i ganię czasy, z których się zrodziłem! Trepanacja czaszki, Lecznie głupoty, Wyrzynanie kamienia… Cóż, Średnie Wieki to nie tylko nie tylko ważenie humorów, amulety na bolącą kiszkę, oko i trzustkę. Ten (Ta), kto tak twierdzi jest… ehmmm. To ja wyposażyłem chirurga, a i samego diabła! w lejek. A i  a naukowczynie w okulus obdarzyłem.

 Żongluję tak pędzlem, barwą jak i znaczeniem, techniką i jej skomplikowaniem wszelkim, perspektywą. Rozdaję palimpsesty jak w najlepszej grze. Grze o życie. Wieczne. By wietrzne stało się wiecznym, bo cóż, tutaj jesteśmy przypowieścią Pascala. Możemy chować się za technologią, językami wieloma,  znaczeniami. Mój Statek szaleńców, czy to jako satyra, czy jako komentarz do dzieła literackiego, czy jako obraz wielokrotnie analizowany płynąć będzie dalej przez wieki, człowiek pośród żądz swoich prowadzony nie przeminie. Tak szybko. A może i na szczęście, wszak Ci co na górze nie gardzą uciechami somy, sławią piękno erotyzmu, a kary surowe toć to tylko w penitencjałach straszą. Dla przykładu, i ku zmyleniu nieprzytomnych potomnych.Sławo Słowo to słowo. I tak będzie zawsze.  Dzięcioł to nad grzechem ogłoszone zwycięstwo, puszczyk imię herezji, szczekający pies rozbestwienie plotki, miesiąc to symbol niedołęstwa umysłowego, pomieszania zmysłów, utrata władzy nad myślą, to obraz niestałości wszelakiej. Dzbanki, dzbany to przecież waginy i diabła obraz przecież nikt inny jak on się w nim kryje ujawnia się na przykład podczas sabatu czarownic a nóż to odpowiednik męskiego narządu płciowego,wiele strzyg, obrazów świętych to moja wizja, rewizja i przeznaczenie. Jedno co spaja i wyznacza linię życia to  naszpikowanie symbolami dzieł, baczenie na kondycję Sprawdzam czy goniąc swoją mądrość homo jeszcze sapię. Czy homo jeszcze sapiens.  Mieszam humor i grozę, grozę i gnozę, przestrzeganie i postrzeganie. Czego się boisz? I czy nadal chcesz zanucić piosenkę, że zamruczę…

Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą, póki żyjemy i mam Cię obok.
Poznać wszystkie diabły, anioły,
elfy, strzygi i upiory.
Błąkać się w obrazach świętych,
spędzić dwie noce u wiedźm przeklętych.
Spotkać tego, co się boją – Boga ze zrudziałą brodą


Oranżada autor tekstu Jacek Stęszewski, piosenka pochodzi z albumu Oranżada,zespołu Koniec Świata – wyd. Lou & Rocked Boys, 2010 r.

Jeśli ktoś się spodziewał takiego obrotu i ciał nie niebieskich i spraw. To nie byłam tym kimś ja. Jeśli się spodziewał, to jest cholernie bogaty, gdyż uskutecznił milczenie. Jak to się stało, że wróciłam/ wróciliśmy do siebie. I stanęliśmy obok. Chyba nikogo to nie interesuje…


Rechot Słowackiego, z albumu  Dwie Skały,J. Kaczmarski, 2001

[2 listopada minęła sześćdziesiąta czwarta rocznica śmierci  Georga Bernarda Shawa].


Oczywiście krótka przypowieść o Hieronimie Boschu nie wyczerpuje tematu. Chociażby jego fascynujących dzieł. Można oczywiście śledzić,naśladowców, odniesienia do jego wizji, nie, nie mam na myśli tylko Surrealistów, czy wspomnianego tu Jacka Kaczmarskiego (Syn Marnotrawny) Jacka Kleyfa i innych, można poprzestać na dziełach, które sam stworzył, albo na tych, których autorstwo mu przypisano. Dla mnie w pewny sposób alter ego Boscha to Vermeer. Nie, nic mi się nie pomydliło. Wiele jest interpretacji i analiz. Za mną chodziła tylko jedna, jedyna piosenka pewnego popołudnia, i przyszło pytanie, co by było gdyby tak rzeczywiście   Poznać wszystkie diabły, anioły,/elfy, strzygi i upiory./Błąkać się w obrazach świętych,/spędzić dwie noce u wiedźm przeklętych./Spotkać tego, co się boją – Boga ze zrudziałą brodą…

13. Fortuna trąbką się t[ł]oczy…

…To wiadomo nie od dziś. Nie tracąc energii i czasu przejdźmy tanecznym krokiem do rzeczy. A to trąba! Nie, nie nikogo nie obrażam, do głowy mi nie przyszło.  Powiedzmy to jasno i wyraźnie (chociaż nie wiem czy czcionka może przełożyć się na wadę wymowy? Zakładając, że nie jestem medyczką i nie używam hieroglifów i nie muszę takowych odczytywać). W tem, i w tam_ten Ad rem!

—> Trąbka to nie jest to instrument dobrze postrzegany przez ludzi, ani w tej, ani w żadnej innej z poprzednich epok. Tak, tak próbują to zmienić jazzmeni, ale kogo prócz Stańki i Armstronga jesteśmy w stanie wymienić tak na wrząco, tak na szybko? Zakładając, że nie  jesteśmy  entuzjastkami (entuzjastami) JAzzu? Tak, instrumenty, mają swoją historię nie wyłoniły się przecież z niebytu. To nie deus ex machina. Taki na przykład dęty blaszany… Był przez wieki kojarzon z władzą, ba on po prostu był z nią skoligacon! Z jednej strony zwierzchnictwo kościelne (to wszystko co wiąże się z religią, sztuką sakralną),z drugiej z władzą świecką -formalną (np wojskową), z trzeciej wygrywanie hejnałów, oprawa obwieszczeń etc. Z kolejnej to wszystko co wiąże się ze sferą Obyczajowości (przez Wielkie Oby),czyli  tradycji np polowania, czyli także swojego rodzaju  władzy, określenie prestiżu, stanu posiadania, statusu socjoekonomicznego.  Nie zapominajmy o tym, że  istnieją też wewnętrzne podziały, komu w jakim czasie można uderzyć w jakie (wysokie, czy niskie) tony. Granie na tym instrumencie nie jest ani łatwe, ani proste (z technicznego punktu widzenia), i było kiedyś obwarowane wieloma przepisami, których oczywiście trzeba było przestrzegać bezwzględnie.Czemuż się dziwić, że ten instrument nie cieszył się uznaniem?

Zostawmy tak zdziwienia jak deliberacje. I przemiany społeczne też porzućmy, podrzućmy, porzućmy.  Tomasz Stańko, postać —legenda. Kto (nie) zna, niech biegnie na koncerty, lub do księgarni. Tak, tak do księgarni. I nie muzycznej, ale jak najbardziej analogowo-papierowej. Desperado. (Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010). Ale zostawmy pana Tomasza w twórczym nie-(s)pokoju,ale jak najbardziej niech przygrywa nam trąbka, w najbardziej jazzowy sposób. Oto mamy przed sobą, muzyka młodego pokolenia, który zaczął znajomość z tym osobliwym instrumentem dopiero w wieku lat dwunastu, zanim poświęcił się Muzyce przez Wielkie MU, uzyskał tytuł magistra nauk prawnych, oczywiście, edukował się muzycznie,(pod kierunkiem Piotra Wojtasika), a dwa lata temu uzyskał stopień doktora na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Obecnie prowadzi życie jak z nut.  To wizytówka nie tylko Wielkiego Polskiego [Wielkopolskiego] Jazzu nie chodzi  (a przynajmniej nie tylko) o miejsce urodzenia Artysty. Wielokrotnie odznaczany (np jako Nadzieja Polskiego Jazzu, uzyskał też Paszport Polityki). Muzyk tak zdolny jak zapracowany.(Dla przykładu ma na swoim koncie projekt m.in dotyczący Oskara Kolberga). Ale nie jesteśmy tu po to by wyliczać aktywności, płyty, zaangażowania.

Można pisać o: brzmieniu,przestrzeni, lekkości… Można pisać posiadaniu: własnego studia. O produkcjach i nagraniach: własnych, a l e pora przede wszystkim posłuchać w jak profesjonalny sposób bawi się dźwiękiem:

Tak, tak brzmi prostota i smak. Polecam zmrużyć uszy. Zamknąć oczy i odpłynąć. Bez patosu. Bez planu. Bez adresu. Maciej Fortuna to przykład tego, że warto skręcić z prawa (odrzucając nęcące propozycje: na przykład odziedziczenia kancelarii po ojcu)  iść  z prawa na lewo, po prostu  iść drogą własną, dróżką nieprzyciasną. I żyć, żyć (jak) z nut.

***

Maciej Fortuna Trio At Home:

  • Krzysztof Gradziuk – perkusja;
  • Piotr Lemańczyk – kontrabas;
  • Maciej Fortuna – trąbka, instrumenty różne;
  • Gościnnie Marta Podulka – śpiew (utwór 7);

Rejestracja: Fortuna Music Studio in Poznan, 11.12.2012;
Realizacja nagrań:  Maciej Fortuna & Maciej Frycz;
Mix i mastering: Fortuna Music Studio;
Wydawca: Fortuna Music [2013 rok];
Materiał został zarejestrowany 11.12.2012 w Fortuna Music Studio w Poznaniu;
Realizacja nagrań: Maciej Frycz i Maciej Fortuna ;
Mix i mastering: Fortuna Music Studio;
Producent: Maciej Fortuna;

[10]. Gustaw i ja.

Z Panem Gustawem znamy się… Już trochę. Nie żeby się chwalić, budować swoje imię na tym fakcie. Co to, to nie, stwierdzam tylko, że jednak znaczna ilość wody w kranie upłynęła. A rachunek za tę był niebagatelny. Nie żeby się użalać, co to, to nie. Słowem buchalteria czasu, buchalteria monitora ekranu.

Chciało by się napisać, że wielokrotnie pił kawę w moim towarzystwie, ale było odwrotnie. Nawet nie wiem, czy lubił ten płyn,i czy czynił jakieś wariacje na temat dodając na przykład cynamon, mleko,czy dobry komplement o ludziach, i zły o parszywej pogodzie. —Cóż motywy meteorologiczne zawsze w cenie—. Pan Gustaw, zasługuje bez wątpienia na oddzielną notę. Nie dlatego, że żywot miał smutny, żył w czasach arcyciekawych, i tak tworzył, bynajmniej, nie za to, że był niedoceniany, wyjąwszy jego ekscesy i doświadczenia dyrygenckie (jakieś wyjątki być muszą). I nie za to, że miał problemy ze swoją tożsamością. Choć to wszystko niewątpliwie prawda, tyle, że nie oto chodzi. I nawet nie o to, że był tytanem pracy. Znana jest opowieść, że koncertmistrz był tak zapamiętały  iż nie liczył godzin ni lat. Pracoholizm twórczy i opętanie. Dlatego też nie uszło uwadze jednego z muzyków, gdy Gustaw, pewnego pięknego dnia wyszedł na godzinę. Na pytanie co się takiego stało, odpowiedział, że był na ślubie. Gwoli ścisłości —własnym.

***

A Tytan! Właśnie wiedziałam, że mam to gdzieś na końcu języka, klawiatury. Ad rem! 

I Symfonia D-dur „Tytan”[poemat dźwiękowy w formie symfonii]. Stworzenie jej zajęło Mahlerowi cztery lata, premiera,a odbyła się w Budapeszcie w  1889 roku,ale tytuł symfonia uzyskała dopiero w Hamburgu gdzie odbyło się drugie wykonanie. Na początku wiele było w niej odwołań literackich, ale kompozytor zdecydował się, ostatecznie, na pozostawienie tylko tego, w tytule, odnosi się ono do powieści autorstwa Jean-Paula. Dzieło na początku składające się z pięciu części, zredukowano do czterech, czyli standard, żadnych awantur. Rozterki kompozytora brały się przede wszystkim stąd, że Mahler nie mógł się zdecydować, czy wpisze swoje pierwsze dzieło w  nurt, któremu kibicował np Brahms. Odwoływał się do  założeń pitagorejskich, czyli Piękno tkwi w strukturze, czy jednak zawrzeć założenia muzyki programowej, zgodnie z tymi, które przyjął Liszt. Dokonanie pewnych zabiegów wiązało się z wpisaniem się do  nurtu, a więc miało kluczowe znaczenie.A że była to pierwsza symfonia Gustawa, to i wahania są nie tyle uzasadnione co mają charakter zasadniczy, zwłaszcza, jeśli twórcy zależy żeby dzieło było (więcej niż) dobrze przyjęte tak przez krytykę jak i przez publiczność.

Oczywiście można prześledzić partytury, skład orkiestry, rozłożenie akcentów, wszelkie półtony, i inne brewerie. Przykładnie omówić „co kompozytor miał na myśli”, i dlaczego to. Jeśli na myśli miał, to strzepnął  t o właśnie w partytury, by myśl nie dźwigała zbytniego ciężaru. Żarty odłóżmy na — dowolnie wybrany— bok. Owszem, można by było wykonać całą tą szkolną robotę, która, bynajmniej, nie jest nudna. Zwłaszcza gdyby się zastanowić za co Mahler był krytykowany, to między innymi za to co obecnie jest zauważany, a co dzisiaj nazwalibyśmy odwołaniami do world music,  Inkluzja światów. Różnych. Sacrum i profanum?

Nie zachęcam do słuchania Tytana, (tylko) dlatego, że jak na mahlerowską symfonię jest ona krótka, bo trwa niespełna godzinę, ani dlatego, że można wyśledzić cytaty, tak do  własnej twórczości kompozytora, jak i te do IX Symfonii, czy do popularnej również piosenki Panie Janie, (tropy, tropy, tropy) ale dlatego, że muzyka klasyczna nie jest nudna, Mahler nie jest przejmująco smutny, trudny, a romantyzm, którego  był przedstawicielem, nie łączy się z umieraniem za miliony.

PS. Trzymiesięczny kontrakt z Metropolitan Opera w kosztował ówczesnego dyrektora placówki równowartość dzisiejszych 300 tysięcy dolarów…

.

08. Nam pamiętać nie kazano. „Szepty i łzy”.

Dandys? Czy kontestator rzeczy_oczywistości? Książki, książki, książki— duuużo książek. Porcelana, obrazy, obrazy duuużo obrazów, antyki,antyki—duuużo antyków. Promienie słońca, diabelskie uśmiechy, przewroty losu. Wszystko to zbierał. A nade wszystko słowa, słowa, słowa. Nie, wcale nie. Słowa składał, pakował,upychał w kieszenie dobrze skrojonej marynarki mimochodem.Spotykał się z ludźmi, wyciętych (i czasami wciętych) z różnych poglądów, czasów i przekonań. Spotykał się z ludźmi, ale nigdy z krytyką z ich strony. Z żadnej strony. Z lewa, z prawa, z dowolnie wybranego boku, z góry, z dołu. Nic. Duuuże nic. Cichosza. Na ulicach, na chodnikach, w knajpach i restauracjach (gdzie często bywał i zostawiał sute napiwki) nic.A jako człowiek honorów (i orderów, odznaczeń wszelakich) ,jako człowiek, który odniósł powszechny sukces. Sukces przez Wielkie, olbrzymie, ogromne: SUK —mógł. W gwoli ścisłości  (ścisłość nie ma nic wspólnego z korkiem ulicznym na wspomnianej warszawskiej ulicy) i nieścisłości mówimy o Polsce.Tak, Polsce.

Wychowywał się w gwarnym domu. I taki też stworzył dla siebie w czasach późniejszych. Nie był przykładnym uczniem: pisał paszkwile -za co wyrzucono go najpierw jednej szkoły.  Pojedynkował się na pistolety (miłość wymaga poświęceń), za co wyrzucono go z drugiej. Co to znaczy postawić coś na ostrzu noża (ostrze pistoletu brzmi niemrawo,chociaż pewnie dostać z takiego sprawa bolesną). Potrafił niedojadać żeby iść na  przedstawienie do teatru, to cóż, że  po raz trzydziesty czwarty (ileż można??). Jako maturzysta prowadził tajne wykłady z literatury i historii dla Górników na Śląsku.(Czym skorupka za młodu… Widać nie wszystkie powiedzenia są mądrością narodów). Znał języki, i nie wahał się ich użyć, a zwłaszcza język humoru, optymizmu i groteski. Oto przed Państwem, tak przed Panią też, proszę się przesunąć, proszę się nie pchać.Proszę do diabła.. Proszę pana w zielonym swetrze, spokojnie. A skoro już o diable, szatanie… Oto przed Państwem, nikt inny jak brat diabła [właśnie] i bliski kuzyn czarownicy Adam*: Kornel Makuszyński.

***

Proszę Państwa oto Stryj. Stryj, wiadomo, nie trzeba tłumaczyć. Wszyscy kojarzą. Miasto na Ukrainie, w obwodzie lwowskim, przez które przepływa rzeka o tej samej nazwie. (A teraz ręce znad klawiatury i przyznać się kto pomyślał o koligacjach rodzinnych?). Kornel przychodzi na świat jako najmłodsze, siódme z kolei, dziecko Julii z Ogonowskich i Edwarda Makuszyńskiego. Sielanka w domu nie trwa długo, ojciec odchodzi na wieczny spoczynek gdy Kornel kończy dziesięć lat. By się utrzymać młody Makuszyński będzie dawał korepetycje, szybko, bo cztery lata później zacznie pisać wiersze. Późniejsi biografowie odnotują, że Kornel w wieku lat czternastu po raz pierwszy spotyka wielkiego pisarza (nie, nie czynię aluzji tu do jego wzrostu**) Henryka Sienkiewicza. Jest pod tak ogromnym wrażeniem, iż postanawia napisać wiersz, który potem zostanie opublikowany.  Pierwszym recenzentem jego prób literackich będzie Leopold Staff. Dwa lata później, w wieku lat szesnastu młody poeta,  debiutuje na łamach Słowa Polskiego. Mistrzów  jakich powoła w całkiem już dorosłym swym życiu jest dwóch: Aleksander Głowacki i Karol Dickens. Niemniej lata dostatku wyprzedzone są latami chudnymi(żeby nie napisać anorektycznymi, ale nie z własnej woli). Głodne czasy nastały dla niego, gdy oboje rodzice pomarli i musiał utrzymywać się samodzielnie. Zapamięta to do końca śmierci***.

Uczy się, w swoim Curriculum Vitae może zapisać ukończenie dwóch fakultetów: polonistyki i romanistyki, którą najpierw studiuje we Lwowie, potem na francuskiej Sorbonie. Znajomość języków przyda mu się gdy będzie podróżował (ze Stafem i Kasprowiczem) po świecie. Jak wiadomo podróże nie tylko kształcą, ale pozwalają zapoznać wielu ciekawych ludzi, i nieciekawe przyszłe żony.  Tak było i tym razem, po roku narzeczeństwa bierze sobie na towarzyszkę życia Emilię Barzeńską, ślub ma miejsce w 1911 roku w Warszawie.

Wielka Wojna to internowanie i zesłanie w głąb Rosji obojga. Powód? Kornel Makuszyński jest nie tylko synem urzędnika galicyjskiego, ale przede wszystkim, synem pułkownika, służącego we wrogiej armii, austriackiej. Zostaje ono cofnięte dzięki wstawiennictwu szwagra oraz przyjaciół pisarza. Kornel, w Kijowie do którego przyjechał wraz z żoną, obejmuje dwie funkcje: prezesa Związku Literatów i Dziennikarzy Polskich oraz Kierownika Literackiego Teatru Polskiego, i piastuje je, aż do 1918 roku, kiedy to postanawia wrócić do Warszawy. Małżeństwo Makuszyńskich bywa, to w Stolicy, to w Zakopanem.  Z akcentem na to pierwsze miejsce. Nic dziwnego to tam, kariera pisarza, poety, felietonisty, krytyka teatralnego, bywalca salonów, nabiera rozmachu, (porównanie do Liczby Macha jest więcej niż uzasadnione). Wystarczy wspomnieć, że ma swoją kukiełkę w „szopkach noworocznych”, które tworzy Julian Tuwim. Chociaż wyznaje poglądy prawicowe, nigdy nie został skrytykowany przez środowisko Wiadomości Literackich. Zresztą, nie dotyka  się przyjaciół, a wiadomo, że Skamandryci nosili go na rękach(dosłownie i w przenośni). Sielankę przerywa „gruźlicza tragedia” w jednym akcie, akcie zgonu, zaledwie po piętnastu latach małżeństwa na suchoty umiera Emilia. Pisarz nigdy więcej nie odwiedzi jej stron rodzinnych, ale za to  powtórnie się ożeni i to w tysiąc dziewięciuset dwudziestym siódmym roku wybranką jego serca będzie  śpiewaczka operowa Janiną Gluzińska.

Gdy wybucha II Wojna Światowa nie opuszcza, jak wiele osób Warszawy, chociaż gdyby to uczynił uratował by swój niemały majątek, a tak pierwsza z bomb, która spadła, to właśnie była ta, która zrównała jego okazały dom w Alei Róż. (Ale cóż nie pora żałować róż, gdy płoną lasy). W Powstaniu Warszawskim, nie bierze udziału zbrojnie, ale jako Stary Kapral wspiera żołnierzy, a jego pieśni stają się szlagierami nuconymi przez lud. W końcu decyduje się zbiec do ukochanego Zakopanego. Będzie obserwował rozwój tego miejsca, będzie chadzał do karczmy tej samej co Witkacy i Tatarkiewicz, ale myliłby się ktoś (ktosia) gdyby sądził (sądziła), że będzie wiódł takie życie jak to wcześniejsze, iście salonowe. Po wojnie przychodzi czas ostatecznych i ostatnich wyborów, a pensja nauczycielki muzyki musi wystarczyć do przeżucia i przeżycia.Uda mu się wydać (w prywatnym wydawnictwie) jedną książkę i wznowić kilka, ot i wszystko. Od tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku nie chcą wydawać.  Odgórny przykaz i zakaz. Kornel Makuszyński jest groźny dla Państwa Polskiego i jako taki powinien zginąć w czeluściach mroku, zapomnienia, ten radosny człowiek, uśmiechnięty i optymistycznie nastawiony do świata, nie potrafiący się bić o swoje, nie składający samokrytyki, nie zapisujący się do partii… To jego książki są niebezpieczne (choć dzisiaj nie jeden krytyk/krytyczka napisze, że to literatura naiwna, ze stereotypowymi figurami matek, kobiet…) Literatura dla dzieci, dzieci i dorosłych. Literatura groźna.(Mniej więcej z tego powodu, z którego dzisiaj krytykowana jest saga o Harrym Potterze). Poza tym,  Kornel Makuszyński, to człowiek z poprzedniej epoki. Epoki Polski Niepodległej,  wpływowy, uważany za jednego z najbardziej przystojnych (i majętnych) ludzi… Potrzeba więcej powodów? Jest na wszelkich listach, czarnych, niebieskich, w kwiatki i kropki, linie, kratkę, gładkich które jednakże łączy jedno- nie wydawać, nie wznawiać, nie publikować. Zakaz. Zakaz nieodwołalny. I tak oto postać Kornela Makuszyńskiego, erudyty, literata, pisarza, poety, felietonisty, krytyka literackiego,który w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku przewidział wynalezienie telefonu komórkowego [sic!] zostaje wymazana z pamięci narodu. Tak? Najpierw znika z przestrzeni publicznej, potem zabierana jest mu jego przestrzeń prywatna, dokwaterowuje im się najpierw jednego, potem (w zastępstwie) drugiego człowieka, który chce zagarnąć przestrzeń życiową pisarza. Pisarza, który żyje w prowincjonalnym Zakopanym, i cóż, że dostaje honorowe obywatelstwo, i cóż, że dostaje dodatkowe kartki na wyżywienie (pamiętajmy o tym, że żyje z cukrzycą)…

Umiera ostatniego dnia lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku, w potwornych mękach, w wyniku zatrucia jadem kiełbasianym.  O jego pogrzebie zaledwie wspomniano w radio, wystosowując lapidarny komunikat, bo bano się manifestacji, która i tak nastąpiła. Podobno takich tłumów w Zakopanem dawno nie widziano. Podobno zjeżdżano z całej Polski. Podobno i dzieci tłumnie się stawiły, przynosząc na grób białe róże. Duuużo białych róż.

Zapamiętany zostanie przede wszystkim jako autor książek dla dzieci i młodzieży. Szatan z siódmej klasy będzie w kanonie lektur jako pozycja obowiązkowa. Oczywiście, w jego książkach widać pewien rys, wedle którego należy wychowywać przyszłe pokolenia, pewnie wynika to stąd, że status książki dawniej był o wiele wyższy, a siła oddziaływania literatury większa niż  dzisiaj. Można powiedzieć, że dziewczyny na kartach jego książek też nie przystają do emancypacyjnego wzorca, ale przecież nie są tak uległe, bierne i niemrawe jak to bywało podówczas. Kornel Makuszyński wierzył, że młodość ma siłę zmieniania świata. Zmieniania świata na lepsze. Brakuje takich ludzi, albo się pochowali, uczciwie pracują, i świat o nich nie wie. Przynajmniej ten „dalszy”…

Od dwudziestu lat jest przyznawana nagroda imienia Kornela Makuszyńskiego, i choć próbuje się go przywrócić światu, to i tak niewiele o nim wiemy, nie chodzi tu o działalność charytatywną, organizacje kwest, zbiórek nart,(na których sam nie umiał jeździć),ale chodzi o to, by odpowiedzieć sobie na pytania o postaci wykreowane, o innowacyjność (jest uważany za pierwszego w Polsce twórcę komiksów),a może po prostu, najzwyczajniej w tak usiąść i poczytać jego twórczość dla dzieci, dorosłych?

***

* Kornel Makuszyński, Szatan z siódmej klasy, Lwów 1937 roku,

** W gwoli ścisłości, noblista Henryk Sienkiewicz (jakby ktoś miał wątpliwości o kogo chodzi) odznaczał się „słusznym”wzrostem stu pięćdziesięciu centymetrów, co przyprawiało go (o bynajmniej nie małe) kompleksy.

*** Skoro śmierć należy do życia, tak jak epilog jest częścią książki, to dlaczego nie mówi się do końca śmierci, tylko do końca życia?


Dla osób zainteresowanych:

Do poczytania:

Kornel Makuszyński, Makuszyński dla dorosłych;Wyd.Interwers 2009;

Do zobaczenia:

06. Strrrraszni Panowie Dwaj.

tekst: Julian Tuwim, wykonanie: M.Opania,L. Żurek, J.Wójcicki,J Radek,
Gala Języka Ojczystego
,Teatr Polski, Warszawa,  20 lutego 2013 roku.

***

Stop. Stop. STOP. Jakie: „skończyło się”? Jakie: „już”. Panowie!? Panowie,  panowie prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak… A nie,nie to nie tak..

Bo to wszystko nie tak,
nie tak,
nie tak, (nie to)
no, a jeśli,
jeżeli
nie tak, nie tak,
no to po co nam było*

…W to wierzyć? Chcecie bajki? Oto bajka.Nooooo. Doooobra, nie całkiem. Znaczy, całkiem, całkiem dobra, nie całkiem bajka. Baśń, nie całkiem, baśń. Dobra zaczynamy, po tej przydługiej introdukcji…

Za górami, za lasami, za siedmioma górami. Nie, nie, nieeee  tak. Ehmm.Ehmm.

Do trzech razy s(z)tuka, więc jeszcze raz …

Puk, puk../.Kto tam? /Nie ma nikogo w domu…/ Jak „Nikt” jak „Ktoś”, ktoś do mnie mówi, wyraźnie to słyszę…

(Ręce opadają… Na klawiaturę) Opadają. I zaczyna się wieść, opo, ooo po,po,po,popopo wieść, wieść…Wieść Opowieść o dwóch takich co nie chcieli być piernikami, tfu, pra, pra –wnukami, tfu, praw, prawnikami. Nie chcieli być.  Nie chcieli być prawnikami. Chociaż  ówcześnie bardzo często, w raz z genami dziedziczono zawód oj, ojca.  Zaczęli  z wysokiego C, o, ojojoj a ponieważ, śpiewać każdy możetrochę lepiej lub…No to  i oni się zdecydowali, ale nie śpiewali tak, jak im zagrano… Do pewnego stopnia (Celsjusza). Tak, atmosfera była gorrrąca. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Nie za siedmioma rzekami, nie za siedmioma lasami, a już na pewno nie za siedmioma dolinami, tylko tu, nieopodal— nieopodal bo w Hanau zajrzymy do domu pewnej wielodzietnej ,mieszczańskiej  rodziny. Rodziny jakiej podówczas wiele. Mama, Tato i ich mała gromadka dzieci żyją zgodnie, w miłości i harmonii. Ojciec jest prawnikiem, spędza czas tak w świecie ludzi jak w krainie wielkich, opasłych ksiąg,zawiłych, poplątanych spraw i casusów. Matka,o pomarszczonych dłoniach i uśmiechniętych oczach zajmuje się rozbrykaną czeredą dzieci, które rozciągają czas do granic możliwości, a i żyją czasownikami. Niestety, pewnego dnia, który nie wyróżnia się niczym szczególnym, bo i tak samo jak zawsze słońce wstało, ludzie spieszą się do pracy, a matki ogarniają chaos przywracając śwatu ład. Tato naszej gromadki rozstaje się z życiem, a  rodzina  z dobrym statusem ekonomicznym, teraz musi zrezygnować z dostatniego życia. Ich świat zmieni się, będą dni ponure i głodne, ale matka będzie dbała o to, by dzieci potrafiły cieszyć się z drobiazgów, okruszków, małych radości, które  zazwyczaj (prze)mijają niepozornie, bo ludzie w swej pysze traktują je jako przynależne,oczywiste,wieczne . A ponieważ czas biegnie, ba pędzi żwawo, tak, że nie jedna osoba, nie dwie, i nie pięć łapie czasami zająca, a i często zadyszkę chcąc go dogonić tak dzieci wyrastają z ubrań, bajek opowiadanych na dobranoc i lat dziecinnych, niektórym rosną włosy, innym brody, a wszystkim długi. Skracają się godziny, a wydłużają cienie.

Jak to zazwyczaj w (nie)baśniach bywa dwaj młodzi Bracia, (najpierw starszy o trzynaście miesięcy) Jakob, a potem młodszy, Karl opuszczają  w poszukiwaniu szczęścia i bogactwa, bezpieczny,choć biedny dom matki. A gdy już pokonają to co przygotował dla nich Los, ulżą i Matce, i Siostrze, i Braciom. Zdecydowano zatem. Pójdą nie na wezwanie Przygody, ale ścieżką, którą dawniej podążał ich ojciec. Żegnają się z matką i siódemką rodzeństwa i wędrują do Kassel na studia prawnicze. Zamieszkają w tym czasie na stancji u Ciotki, dzięki temu nie będą musieli płacić komornego, a godziwe wykształcenie to przecież pewnik życia w dostatku, pełnego humoru i pełnych żołądków.

Odtąd Wilhelm i Jakob dni spędzają nieco przygarbieni nad opasłymi księgami, w salach wykładowych, bibliotekach, w ich małym pokoiku można dostrzec przytłumiony blask lampy. Wodzą wzrokiem po tekstach najeżonych trudnymi terminami, przedzierają się przez gąszcze niebezpiecznych znaczeń,w językach, które są im coraz bardziej obce,  targani zmęczeniem, złością, frustracją.Nie. Jednak nie, nie poddadzą się.  Nie zniechęci ich nawet fakt, iż mimo swoich usilnych zabiegań, wypełniania mnóstwa ważnych formularzy, nie nie otrzymają stypendiów naukowych. Oni będą się uczyć, popołudnia i koszule plamić inkaustem. Dni jak chleb powszedni, bywają czerstwe,gorzkie niemalże piołunowe.  Ale bywają i chwile radosne, dzięki swym wędrówkom przez wydarzenia, rzędy dat, sprawy_nie_do_rozwikłania, a przede wszystkim dzięki temu, że zdecydowali się podjąć niebezpieczną wędrówkę jaką są studia  spotykali na swej drodze wielu ciekawych ludzi. Starych, pomarszczonych zmęczonych włóczykijów, młodych, niecierpliwych, wesołych, smutnych, a i poważnych profesorów, poetów i takich, którzy zajmowali się zbieraniem starych podań, ballad, baśni, ciekawych histerii, i jeszcze bardziej zajmujących historii.

Czas mijał. Bracia pamiętając o obowiązkach względem pozostawionych krewnych, a i o własnym utrzymaniu najęli się do pracy w bibliotece i dostali zlecenie na stworzenie kwerendy dotyczącej baśni, lecz zleceniodawca porzucił temat, niczym stare,obłocone, dziurawe nikomu niepotrzebne buty. Jakob i Wilhelm nie dali im pokryć się kurzem. Rozgłosili wieść wśród mieszkańców i mieszkanek Kassel, że szukają oni starych baśni, by ocalić je od zapomnienia. I tak oto siedząc w fotelach przyjmowali przybywające do nich tłumy kobiet, które nosiły w rękach, kieszeniach, chustach, a przede wszystkim w głowach i sercach, stare opowieści. O tym na przykład jak wilk dociera do domu staruszki, zabija ją, a potem kroi, krew zlewa do butelki, by taką oto ucztą ugościć dziewczynkę, gdy do niego przyjdzie, wcześniej, oczywiście każe jej się nago koło niego położyć. Albo o matce, która nakazuje Gajowemu zabić swoją córkę, a na dowód dokonanego czynu, przynieść jej wnętrzności. Baśnie, legendy, stare podania, mnożą się i mnożą.  I tak, w małym mieszkanku, ciotki (i od pewnego czasu także dwóch braci) ożywały krwawe opowieści, pełne zdziwień, radości, najeżone niebezpieczeństwami, naznaczone krwią. Wilhelm opowieści te, starannie  odziewał w potoczyste, mięsiste słowa (jak przystało na profesora literatury średniowiecznej), a Jakob w przypisy, i tak oto w  1808 zebrali je w książkę pt: Kinder  und hausmachen. (Przetłumaczona zostanie później na języki narodowe, w tym, na polski w 1895 roku). Księga, jak to na księgę przystało, była opasła, tyle, że na tym podobieństwa się kończyły. Nie było w niej, ani cudownych ilustracji, ani potoczystego języka, ten w zamian był suchy jak  wiór mnożyły się słowa dumne, poważne, zanurzone w językach i naukach wszelakich, i jako takie, choć były ładne, ludzie nie potrafili ich zrozumieć, zapamiętać i pokochać. Owa księga, bardzo ważna, miała zadomowić się w uczonych bibliotekach, na salonach, ludzi światłych, chcących „bywać” i „wiedzieć”. Kiedyś to zbierano się właśnie w takich salonach i celebrowano opowieści. Specjalnie się doń przygotowując, by móc w wyprasowanych, odświętnych strojach zasiąść i posłuchać. W owym spektaklu brali udział wszyscy:goście, domownicy, dzieci, służba, a i nie rzadko pies, czy kot. A że księgi ukazujące się drukiem były cenne tym i nastrój bardziej podniosły. Słuchano z zapartym tchem, ale nic,  a nic nie rozumiano z ważnych, drętwych, mrocznych słów, które wylewały się zeń uczone i naburmuszone  walczyły ze sobą o  laur pierwszeństwa, w kolejce do chwały, a zamiast ilustracji były, przypisy (koniecznie dużo i drobnym drukiem)gwiazdki, duuuużo gwiazdek i statystyki. I choć powszechnie skrytykowano ukazanie się poważnej księgi to zaintersował się powtórnym jej wydaniem gość z zagranicy. I tak zmieniono postaci, wygładzono figurę matki ją uśmiercano, a zagrożenie, samo zło scedowano na zewnątrz  umieszczając je w opowieściach postaci macochy, albo czarownicy, wiedźmy. I- oczywiście- dodano ilustracje.

Ale, o czym się powszechnie zapomina, Ci panowie dwaj, strrraszni, tfu, starsi panowie dwaj, choć nie wyrośli nigdy z baśni byli przede wszystkim naukowcami. Zapoczątkowali prace nad  Deutches Wörterbuch, [Wielkim Słownikiem Niemieckim] który miał obejmować słownictwo powstałe od czasów Lutra do Goethego. Zgorszyli  opnie publiczną już nie opowieściami dawnymi, ale tym, że zdecydowali się w nim zawrzeć również (o zgrozo!) wyrazy powszechnie uważane za obelżywe…Niemniej , nie doprowadzą go do Z. Nie postawią nawet kropki nad i. Znaczy, Wilhelm  nie postawi skończy pracę na literze D, a Jakob, na  F. Nie chodzi o wygnanie, z królestwa, w którym mieszkali, ale o ich śmierć. (Ale o tym za chwil kilka). Samo dzieło zostanie ukończone wiek później, a któż żyje sto lat? Można żyć długo i nieszczęśliwie, ale, niestety, nie wiecznie.

  Baśnie zebrane przez obu Panów*, obrastały w znaczenia, a Wilhelm i Jakob w dobra, piastowali różne stanowiska, np byli Uczonymi Członkami Niemieckiej Akademii Nauk, odważni i mądrzy nie bali się zabierać głosu, w sprawach ważkich i ważnych. Tak jak to miało miejsce w czasie gdy król zawiesił uchwaloną zaledwie trzydzieści sześć miesięcy  konstytucję, a wraz z nią  Przedstawicielstwo Stanów. Zwolnił osoby piastujące stanowiska formalne z  przysięgi konstytucyjnej. W imię protestu siedmiu profesorów z Getyngi (w tym i bohaterów naszej opowieści)którzy sprzeniewierzyli się nakazowi króla, i postanowili wystosować  pismo (tzw. protest sumienia). Król, zaczerwienił się, zezłościł i zwolnił  wszystkich z zajmowanych stanowisk, a Braci Grimm oraz Dohlmana, którzy opublikowali odezwę wygnał z królestwa. I tak oto Wilhelm i Jakob znaleźli się w Berlinie, otrzymali nowe stanowiska na tamtejszym uniwersytecie, a w imię solidarności środowiskowej opłacani byli z datków przyjaciół, którzy poparli ich decyzję i pomogli im w trudnych chwilach. W Berlinie nadal pracowali nad Wielkim Słownikiem Niemieckim. Bracia żyli w czasach  burzliwych – wystarczy wspomnieć, to co zgotowała dla nich Historia, ba zaprosiła ich na straszna ucztę, na przykład taki  odwrót Małego Kaprala spod Moskwy. Tylko nam, obrzydliwie współczesnym, wydaje się (albo co gorsza jesteśmy o tym przekonani/przekonane), że piękno nie mogło (nie może) współistnieć z pożogą okrucieństwa, [a młodość Machiavellego- i rzeź jakiej był świadkiem? A obrazy Caravaggia, którymi zwykł się wykupywać gdy popadł w tarapaty?-które sam sobie zgotował]

I tak oto, opowieść (a w zasadzie opowiastka) nasza dobiega końca. Tylko jeden z Braci-Wilhelm  pojął za żonę, Dorothae córkę aptekarza. Jakob zamieszkał z nimi, i jako już poważny pan pomagał im wychowywać dzieci- kto wie, może opowiadał im baśnie, bajki, opowieści?  Tak więc nie było niebezpiecznych przepraw, tylko niebezpieczne decyzje. Nie było zamków, poza tymi, do ludzkich serc, głów, pamięci i ust.. Była cała galeria postaci, wiedźm, wróżów, elfów, niepokornych dziewczynek, pokornych chłopców.  Bracia nie posiedli królestw, ani nawet jednego, na pół, ale zamieszkali w naszej świadomości- i to tak głęboko– że uważa się, iż to właśnie oni owe baśnie napisali. Będzie się grzebać w życiorysie Braci Grimmów, bo o nich wszakże mowa. Pytać dlaczego całe życie pracowali, mieszkali razem, (no nie sami, bo przez jakiś czas z siostrą). Jedni opowiadać będą, że małżeństwo było wynikiem kalkulacji (gdyż Siostrę w wypełnianiu obowiązków domowych trzeba było zastąpić, a skoro Bracia nie chcieli…),drudzy będą temu zaprzeczać.  Opowiadanie baśni przeżywa obecnie swój renesans, ale pamiętajmy, że…

Niestety, one tak jak ludzie umierają. Gasną i umierają baśnie tylko wtedy gdy nie czyta się ich w pierwotnym znaczeniu, nie opowiada, nie podaje dalej. Z ust do ust. Z czytnika na czytnik. Dlatego powracajmy do tych obrazów, które wydają się nam (albo mogą wydawać) — z dzisiejszej perspektywy— okrutne. Jakob i Wilhelm, także odpierali takie argumenty Mówili na przykład, że Biblia także nie stroni od wydarzeń krwawych, niebezpiecznych, okrutnych. Ale i Biblia, i interpretacja Baśni to całkiem inna historia…. A może nie całkiem? Może nie bez przyczyny Zbiory Baśni spisane przez Braci Grimmów cieszą się taką popularnością.  Tak działo się i za ich życia, no, ale obecnie to pierwszy świecki, a drugi (po Biblii Lutra) tekst niemiecki  tłumaczony na obce języki. Cóż, nie tylko motywy, i uniwersum baśni jest wieczne, ale także i wytaczane przeciwko nim argumenty.

Chociaż obecnie w kinach, marketach, telewizorniach różnego rodzaju czyhają na nas wersje nawet nie te z ludwikowskich salonów, Charlesa Perraulta, ale bardziej niż wygładzone do ostatniej zmarszczki, „amerykańskie bajdurzki”. Czasami trzeba po prostu zacząć się do, doko, dokopywać. Być może tak jak Tuwim(?).

A może nie, nie jest to wcale, koniec opowieści, jest to tylko dalszy ciąg,a może nowy rozdział…Z pewnością baśnie, bajki, opowieści zasługują (na przynajmniej jeden )osobny post. Swój całkowicie własny. To one towarzyszą ludziom w rozwoju. Pomagają budzić się i zasypiać. Stawać się Człowiekiem.

Jaka jest Twoja ulubiona Baśń?

***

 *Panowie od Baśni, nie byli ich autorami, ale zbieraczami, zbieraczami słów, zdań, znaczeń. Słów, które ponaglają, przestraszają, uczą, bawią, otwierają, zamykają, wskazują… Tak jak autorem baśni nie byli (sięgając do rodzimej tradycji) ani Kasprowicz, ani Krasicki,ani Morcinek.

*cyt. A. Osiecka, Sztuczny miód


Dla osób zainteresowanych:

do zobaczenia:

Obraz, który niejako nawiązuje do postaci Jacoba i Wilhelma Grimmów. Nieustraszeni bracia Grimm, fantasty, Czechy, Wielka Brytania, USA, 2005;

[03]. Wszystkie lęki Jana w Oleju*.”Darkness”.

 

Szuranie stóp. Niespokojny oddech. Potem przygarbiony, Blady. Idzie ostrożnie. Pocą mu się dłonie. Wysuwa drżące ręce z długimi rachitycznymi palcami. Potem nogi najpierw: jedną, potem drugą. Obraca się ku poręczy. Ostrożnie zestawia stawia stopę. Krok Pierwszy. Dostawia drugą. Powoli kroki:Trzeci, czwarty,kolejny. Schodzi pomału, z wielkim trudem. Gdy nogi zsuwają się z ostatniego stopnia schodów ogarnia go niewytłumaczalna ulga. Unosi melonik. Ociera pot z czoła, poprawia niebieskie okulary, surdut, długą marynarkę,muchę. Bierze głęboki oddech. Idzie dalej.

Czytaj Dalej „[03]. Wszystkie lęki Jana w Oleju*.”Darkness”.”