[16].[W] Imię Sztuki.

O c z y w i ś c i e , ż e   s ł y s z a ł a m o Hrabinie, z Dalekiego Kraju. Mamy odmienną wizję Sztuki i inne życiowe doświadczenia. Ja nigdy nie zagram Julii. Nie ogranicza mnie płeć moja. Jestem tak wspaniałą kobietą jak wyśmienitym mężczyzną. Nie ogranicza mnie me ciało. Nie jestem stworzona do romantycznych brewerii… Paryż jest mój, mój, mój. Cóż, tam Paryż, cóż tam Francja, cały świat należy d o m n i e.  Mogą się śmiać, że przemykam pomiędzy kroplami deszczu. Mogą się śmiać, że mdleję i krwawię na żądanie, że śpię w trumnie, że to wszystko farsa, dramat, i godne pożałowania fanaberie, że straszę pokojówki przygotowując się do roli w moim prostokącie z różanego drewna wyściełanego atlasem.

Że jestem kapryśna? Ot, nie należy zakłócać miru. Paryże i Londyny wybaczą mi wszystko. Ale to ja, ja, ja jestem  krajanką Eugène Delacroixa, o mnie pisze Shaw, cóż tam, Shaw, o mnie pisze świat cały. Jam jest pierwszą diwą Paryża, Francji, Świata. Kobietą, która zyskała dla innych Głos, Ta, Która Przemówiła po wiekach milczenia…

Oczywiście można doszukiwać się podobieństw w biografiach naszych, cóż, takie prawo i przekleństwo Historii. To ja, studiuje po godzinach podłe ciała w prosektoriach. W imię Sztuki. To ja patrzę  w oczy medyków i śmierci. Przede wszystkim śmierci.  Ja uczę umierania, a upadam tak,że pozy moje studiować będą długo po mojej śmierci. Upadam by Zmartwychwstać za miliony.

Elektryzuje, hipnotyzuję, zdobywam. Jestem po prostu Gwiazdą. Nie przeszkodzi mi w niczem amputacja nóg. Czy jestem zapalczywa? —Pan pyta— Ach, to ten epizodzik w  Comédie-Française… Tak spoliczkowałam tą aktoreczkę, ale i tak potem kupiłam ten teatr. I zamysły swoje realizowałam. Niezliczone me talenta. Oczywiście, każda diwa ma humory, lecz ja potrafię się zrewanżować… Errare humanum est…

… Że mam dziwne upodobania, oglądania ludzi, którzy przyszli na plac umrzeć. Egzekucje? Tak widziałam sposób działania gilotyny. Tegoż humanitarnego sposobu rozstawania się z życiem przez skazańców, kalek, galerników, więźniów, sierot,szaleńców, pacjentów szpitali, prostytutek i umysłowo chorych, paralityków, niewolników, tych, którzy   targają się nań z własnej ręki. Studiowałam ciało. W imię Sztuki.

Cóż tam szemrzą adwersarze moi? Że litery poprzestawiałam? Że zarabiałam ciałem własnym na chleb z szynką i szampanem? Cóż, tak moja Matka była metresą. Tak, tułałam się po domostwach różnych, i w różnych pokojach spać mi przyszło. Poznałam życie od (niejednej) po(d)szewki. Jak zarabiam, tak zarabiam. Owszem, od losu nierządnicy, uratował mnie przyrodni brat Napoleona,tak, tego Złodzieja Europy. de Morny kochanek mojej matki. Tej, która wtrąciła mnie do lochu szkoły zakonnej, by mieć ze mną spokój, a wzięła mnie stamtąd, nie  żeby mieć ze mnie pożytek. Umiałam zdobyć poparcie kogo trzeba by się kształcić. A skandale i skandaliki to sposobiki i sposoby na to by mówiono o mnie samej. Trumna, sposób tani i skuteczny już nie mówią o chloroformach, igłach ukrytych w apaszkach, i  chudości. Nie o podłości, upadłości, co najwyżej o wystudiowanych upadkach. Co najwyżej o sposobie w jaki się poruszam, i o hipnotyzującym głosie.

Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).
Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).

Cóż, wasza Hrabina też jest dzieckiem z nieprawego łoża, także pobierała nauki u sióstr, i także wiedziała jakichże protektorów sobie obrać. Mężczyźni, a i owszem, są ważni… Lon TellegerHugo, Flaubert, Dawid Herbert Lawrence, Napoleon III,  Dumas (młodszy),  Zola, Edwarda VII, Tomasz Edison, pyta pan, czy z nimi sypiałam? Galerię jakich imion chce pan utworzyć? A nich gadają, ci, co chcą, jak chcą i kiedy…Widocznie tak być musi. Rzeźbi i reżyseruje się przede wszystkim życie własne. Życie jest Sceną. Moją…

Męża nie kochałam, za to on oddał serce innej. Jak ją zwą? Morfina proszę pana.Casanowa de Sade I.   A i owszem i miłość się czasami zdarza i z to z niej rodzą się,czasami dzieci nieślubne. Tyle, że drogi jej kręte,wyboiste, a jakże to często bywa na tychże stoi rodzina, z którą, wiadomo najlepiej na zdjęciu. Najlepiej z boku. Najlepiej się odciąć…

Że to matka mnie opuściła, no cóż.  Nie muszę się tłumaczyć z przyrodzonego talentu, należnej mi sławy, i prywatnych posunięć.

…Że po stokroć umiem umierać nie potrafiąc żyć, przybieram maski? A czyż taniec z kostuchą też nie jest jego częścią? Mnie pisana od maleńkości, cóż mi pozostało innego niż ujarzmić ją? Że ją sama prowokuję hołdując i hodując zwierzęta dzikie, cóż… A kto mi zabroni skoro cały świat nosi mnie na rękach nie tylko dlatego żebym nie umoczyła sukien drogich…Jeśli owacje, to godzinne, jeśli publiczność, to szlochająca. Tak być musi.

Bo Imię moje Sarah Bernhardt. Złotymi zgłoskami zapisane będzie. Nie przykryje go dyskurs o mym (nie) doskonałym ciele, kurz, zawiść, zazdrość i krytyka ludzka.

———

Sarah Bernhardt [Henriette Rosine Bernardt]— aktorka dramatyczna, pierwsza kobieta, która przemówiła w filmie. Rzeźbiarka, reżyserka, skandalistka.

[11]. A mi to Dotto*.

—Znałem tę kobietę. Była z gatunków tych, które świat określa jako c h a r a k t e r y s t  y c z n e. To ją zgubi, oszczędzi i pozwoli jej się odnaleźć, a nam nie zapomnieć.

Patrzę na tego mężczyznę, o pomarszczonej twarzy astronoma, który równie dobrze mógłby być antykwariuszem, lekarzem, filatelistą, czy zbieraczem profesji nieuzasadnionych, niepotrzebnych, zasłużonych jak jego pożółkłe starością palce umalowane niezbywalną miłością do nikotyny. Zastanawiam się, czy potrzeba filozofowania przychodzi z czasem, czasem, który już nie gra w naszej drużynie, a my czujemy jego ziajanie tak, że na karku włoski stają na baczność, i czy przypadkiem ekwilibrystyka języka nie jest kompensacją niezgrabności ciała.

—Czy to jest przestroga, czy zachęta? Pytam raczej z grzeczności dla podtrzymania konwersacji. Znasz to uczucie gdy wchodzisz do przedziału zajmujesz miejsce i nie masz nic pod ręką, w uchu, w zasięgu wzroku co mogło by Cię uchronić przed światem, który wdziera się w to kim jesteś gdzie jedziesz i zaburza Ci ten nieświęcie grzeszny, ale własny spokój. Zaraz się zaczną spowiedzi o kolejkach do lekarzy, o nieudolnych politykach, o jeszcze bardziej niestrawnej grze reprezentacji polskiej w piłkę, która kiedyś nazywała się nożna. Chociaż teraz po wygranej z Niemcami, i remisie ze Szkocją… Ale tematy do rozmów są zawsze, a to o cenach, o pogodzie, o nieodśnieżonych chodnikach (przecież za niedługo zima znowu zaskoczy drogowców- chociaż wybory, to nie wiadomo, czy tym razem jej się uda), a no właśnie właśnie o wyborach i Bóg i Człowiek wie jeszcze o czym…Tak ten człowiek zapewne mi powie zaraz o czym,  No właśnie wiem, kobiety, miłości niespełnione, zawiedzione, rozwiedzione i programowo nieszczęśliwe… To zawsze aktualne.

—Przeszkadzam pani? — wyciągnął mnie ze strumienia świadomości stosowanej. Mam nadzieję, że przynajmniej nieprzemoczoną i w niewymiętym ubraniu.

— Nie. —przybieram pozę numer pięć i trzy czwarte: pod tytułem: Aktywne słuchanie, kontakt wzrokowy, dłonie złożone w piramidkę, sylwetka lekko skierowana w kierunku interlokutora, za chwilę będę poziom wyżej, włączę potakiwanie, wtrącenia i pytania świadczące oczywiście o zainteresowaniu. Niezmąconym i prawdziwym. Oczywiście. Oczy wiście, pod właściwym kątem tak by utrzymać kontakt wzrokowy. Mam z tym problem, wiecznie muszę się napominać…

—Naprawdę ją znałem. Jak, jak własne linie papilarne.

No tak, można kogoś znać jak własną kieszeń, jak zły szeląg, jak łysego konia, ale linie? Prawda jest taka, że w życiu, tym najbardziej doczesnym z doczesnych,trzeba dbać o linię. Wszystkie osoby,czyli te, które były, są, i/lub będą na diecie się ze mną: zgadzały, zgadzają lub będą zgadzać. Linia powinna być gruba i wyrazista. Koniec. Tropka, część pieśni. Gruba i wyrazista. No, dobrze,z tym pierwszym przymiotnikiem, jestem gotowa pójść na ustępstwa (pójść i nie wrócić. To ten rodzaj spaceru jaki uprawiają niektóre niewiasty wychodząc za mąż) tak więc pierwszy przymiotnik —niekoniecznie, ale wyrazistość, styl i lekkość, a właśnie lekkość i ciało, skoro już przy somie jesteśmy…

— W sumie Maria  była zafascynowana ciałem…Nie niebieskim, astralnym, stałym… Bardziej nie stałym,i nie chodzi o różnorakie przyjmowanie póz, (także tych najbardziej horyzontalnych)…, ale takim, które się (z)używa, rośnie, kurczy się, dojrzewa, słowem: ludzkim. Ożywionym. Pięknistym… Deklamuje staruszek w znoszonej koszuli, o bliżej i dalej nie(po)znanym imieniu, przez grzeczność i zbieg okoliczności niełagodzących nie wspominając o nazwisku, (numerze buta, telefonu, kołnierzyka…i tak dalej…).

— Tak więc to było Pożegnanie z Marią. —zauważam zanim złapię najpierw za głowę, potem  za słowa. Chociaż pewnie trzeba by było odwrotnie.

— Patrzy na mnie uważnym wzrokiem, takim jak czyta się przypisy w uczonych księgach. Mogłabym powiedzieć, że zapada cisza  gdyby nie gwizd lokomotywy i miarowy turkot pociągu, tak więc nie ma napięcia, zmieszania, które: można trzeba, należy, zażegnać. Jest ko, ko, ko, koły sanie, sanie, ko, ko…

— Hmm.  Raczej pożegnanie z naiwnością, z tęsknotą i pragnieniem. Takimi prawami rządzi się ten świat, że tęsknota prowadzi nas w przeszłość, a pragnienie ku przyszłości. Mnie zarówno pierwsze i drugie odebrano.

Maria, pochodziła z domu, w którym używało się przymiotników do określania, budowania, i poznawania rzeczywistości. Jeśli kredens, to Biedermayer najmniej. Jak kanapa, to sofa, szezlong, otomana. To są takie domy, w których na określenie deszczu ma się w podręcznym słowniku trzydzieści określeń. I to tylko w języku najmniej obcym, bo ojczystym.

— W zamożnych domach mówi się przymiotnikami.

Nie zauważa mojej uwagi. Mówi dalej:

—Pobierała nauki w prywatnej szkole w Petersburgu, studiowała w Krakowie i Monachium. Pierwszą wystawę miała w Kijowie — bodaj w 1916 roku. Przez osiem lat była żoną Kazimierza (Taka sobie przechadzka). Pożycie jak najbardziej małżeńskie zakończyło krótkie cięcie, nie cesarskie, a rozwód —w 1926 roku. Współpracowała z warszawskimi, łódzkimi kabaretami. Potem przez trzy lata mieszkała we Francji, w Paryżu współpracowała tam z wieloma czasopismami, zgubnym dla jej kariery było opublikowanie jedenastu, słownie jedenastu obrazków. Nie mylił  by się ten,kto pomyślałby, że chodzi o jakieś perwersyjne, wyuzdane, ociekające erotyką publikacje, były to karykatury pewnego malarza, który się nie dostał na ASP ponieważ nie potrafił malować ludzkich twarzy. Za to Maria… Maria potrafiła. Ów Malarz zaprogramował potem Niemcy na jedynie prawdziwą sztukę, a innym (narodom, nacjom, społeczeństwom) „zafundował” sztukę przetrwania. A że był już u władzy gdy jej publikacja się ukazała to pod naciskiem władz niemieckich wystosowano powództwo  Francja ją pozwała. Sąd pierwszej instancji skazał malarkę, miała zapłacić grzywnę w wysokości 500 Franków. W skutek apelacji jaką wystosował, ten no, jak mu tam?  Sarrault, Albert Sarrault,  kwotę drastycznie zmniejszono, lecz nie anulowano, a Ambasada Francji zmusiła ją do wyjazdu. Adolf Hitler pamiętał  tę zniewagę…Gdy wybuchła II Wojna Światowa, Maria  ukrywała się na prowincji, lecz w wyniku donosu, jak tylko zjawiła się w Warszawie została schwytana przez Gestapo, a potem skazana i wywieziona najpierw na Pawiak gdzie odbywała karę do 1942 roku następnie do Ravensbrück**, z orzeczoną karą śmierci za zniewagę naczelnego wodza Trzeciej Rzeszy. W obozie malowała portrety współwięźniarek i projektowała lalki do szopek wigilijnych, które były wystawiane na terenie obozu. Jeśli kto malował ładnie mógł podobnież liczyć na odrobinę większe racje żywnościowe…  Po uwolnieniu wyjechała, w celu ratowania zdrowia do Danii i Szwecji, ale szybko wróciła, bo już rok po wojnie była w Warszawie. Jest pani z Warszawy?

Zapytał i nie czekając na moją odpowiedź kontynuował. Zamieszkała przy ul. Wolskiej, dokładnie pamiętam, Wolskiej 82/86 lokal .46. Nigdy tam nie byłem, nawet potem gdy utworzono tam muzeum. Zwłaszcza po tym. Nie miałem odwagi. Śmiałość mnie opuściła ilekroć byłem prawie u celu. Po wojnie również współpracowała  z najbardziej liczącymi się na rynku czasopismami takimi jak Szpilki, czy Przekrój. Wykonała scenografie do przedstawień, teatry w Łodzi,czy Warszawie były dumne z tego faktu, projektowała kostiumy, czy to do  baśni, takich jak Czerwony Kapturek, czy  stroje dla dam polskiej sceny kabaretowej, każda wtedy chciała nosić się jak Ordonka!

— I ta moda wraca.

— A no widzi pani, wraca! Tak jest. Ale Maria nie ograniczała się tylko do fatałaszków, ilustrowała książki (także o tematyce szachowej),a nade wszystko była ulubioną ilustratorką Jana Sztaudyngera, tak, tak, Sztaudynger,  tego apelującego o zachowanie higieny, Myjcie się dziewczyny i tak dalej, zresztą  tę fraszkę też zilustrowała, tak jak jego książki, i fraszki publikowane właśnie w Szpilkach. I, o zgrozo, jego kartki pocztowe wydane w połowie lat pięćdziesiątych Ha, nie wiedziała pani! Zgrozy nie było , ale jakaż  była obraza, gdyż autor nic o tym zabiegu nie wiedział, z tym, że jak to często bywa  integracja celów gwarantuje   sukces w działaniu, państwo się pogodzili. A dalsza współpraca była nader owocna, także myśląc o jednym, nie sposób myśleć o drugiej… Mówią o niej różnie, że stworzyła karykatury antyżydowskie, że angażowała się politycznie, ale ja tego nie widzę jak patrzę na jej prace. Tego tam nie ma.

Jak nie ma tłumów na cmentarzach, to pod wieczór, chadzam na Powązki i stawiam jej malutki biały znicz.

—Przykro mi.

—że umarła?

Kiwam głową.

—Wie pani, czego odżałować nie mogę. Nie jej śmierci, ale tego, że został mi ślad na ścianie.

Ślad?

Włamali mi się do mieszkania w czwartek, i wzięli tylko ten obraz, tylko ten obraz, Berezowskiej. A on był całkowicie mój, mój. Nawet jak ktoś przychodził i spoglądał to obraz do mnie należał, bo ja robiłem to częściej, znałem go najlepiej. Gdybym choć wiedział, że w środę spoglądać będę po raz ostatni…

Nic nie powiedziałam. Tak kołysaliśmy się w rytm pociągu pod niespecjalnym nadzorem, nieuchronnie zmierzając do celu podróży. Nigdy przedtem, nigdy potem już go nie zobaczyłam. Jak to bywa z przygodnie nie poznanymi towarzyszami podróży.

*Dotto, pseudonim Mai Berezowskiej. Naprawdę na imię miała Maria, choć nigdy go nie używała. Polska scenografka, malarka, rysowniczka, karykaturzystka, Zyskała sławę w Polsce i na świecie.

** Ravensbrück— tzw. literatura obozowa,ta o charakterze naukowym, jak i ta o beletrystycznym jest pokaźnych rozmiarów Polecam uwadze Czesałam ciepłe królikiautorstwa D. Zaborka, wyd. Czarne, Warszawa, maj 2014 r, ujęcie inne niż wszystkie.Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, z którą przeprowadzony jest wywiad,   w jednym zdaniu wspomina Maję Berezowską, niemniej książkę warto przeczytać ze względu na odmienne ujęcie tematu.

Na stronie można zobaczyć prace, które wykonały więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

Źródło fotografii Wikipedia.

[07]. Prosto. „Eternal”.

Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy. W kapciach,szpilkach, tenisówkach, na koturnach, boso. Kobiety… Kobiety… Kobiety…  Udajesz, że widzisz: rano, popołudniu, wieczorem, przed, w,  i po przerwie, goniąc swoje bardzo nieważne pilne sprawy. Kobiety: stare, młode, bez wieku,z metryką: zmarszczek, zaniedbań, blizn. Z brudem za paznokciami, z pieczołowicie wypielęgnowanymi dłońmi, z tobołkami, torebkami, walizami, z pustymi rękami, kieszeniami pełnymi szeleszczących skrawków rzeczywistości nadpisanych na małych, pożółkłych  kartkach papieru, a może białych, pośpiesznie wydartych z brulionu: w linie, kratkę, gładkiego. Kobiety. Kobiety z listami: poleconymi,  zakupów, wymagań, obowiązków (wobec)…

Kobiety z głowami: ponad, oczami: dookoła, ze zdartymi zelówkami, z umalowanymi: włosami, ustami, paznokciami, ze zrogowaciałym naskórkiem dłoni. Kobiety w sukienkach (obowiązkowo czerwonych); spodniach (obowiązkowo obcisłych); miniówkach(obowiązkowo prowokujących); dresach (obowiązkowo nijakich); gorsetach. Gorsetach ? Gorsetaach. Ach…  Na ulicach, wykładach, zakupach, koncertach, w pracach, w domach. Domach obcych, znajomych, przyjacielskich, wrogich. Własnych. Dalekie, bliskie, jeszcze bliższe, najbliższe Nieobecne.

Bezczelnie nieobecne. Zjadł je czas, starość, zapomnienie, zaniedbanie, niechlujność i chlujność: A nade wszystko moja, własna, przydziałowa nienasycona, wiecznie usprawiedliwiana, pielęgnowana, wypieszczona… Niepamięć, która chlubi się, pęcznieje i rośnie w najlepsze. Nad wiek okazała, butna, rumiana. Dobrze odżywiona Właśnie wytarła mordę ociekającą tłuszczem, beknęła (jak po wyśmienitej uczcie u Bengalczyków) i wstała od stołu nażarta niemożebnie. Toczy się teraz na galaretowatych nogach,  ku kuchennym drzwiom.

***

Jest wyjątkowo. Coś unosi się w powietrzu. Coś, odświętnego tak jak zapach pomarańczy i goździków w grudniowy wigilijny poranek, poranek dzieciństwa. Czujesz? Nie? Oczywiście, że nie. Kłamię. Jest jak co dzień. Miasto. Miasto wrze: od pośpiechu, hałasu i brudu. Po ulicach spieszą garnitury, surduty, gorsety, łachmany, z: hałaśliwymi pijanymi głosami, z krzywymi uśmiechami, pogardliwymi, nieobecnymi, rozbieganymi spojrzeniami, z zachrypniętymi pretensjami, z prezentami, z profesjami: robiące coś bardzo ważnego,robiące tylko dobre, złe, najgorsze, pierwsze i ostatnie  wrażenie.

Chcę. Chcę,chcę,  pragnę, wymagam, domagam się by było wyjątkowo, uroczyście, podniośle. Ten jeden jedyny raz. Tylko teraz, nigdy więcej o to nie poproszę. Przyrzekam. Chcę, bo to, to by mnie usprawiedliwiało. Tymczasem jest obrzydliwie, nieznośnie, do bólu: zwyczajnie.

Ręce mi się pocą. Dyskretnie (albo tak mi się tylko wydaje) wycieram je o sponie.  Mam ściśnięte gardło. Żołądek przytula się do kręgosłupa niepieszczotliwie się owijając. I uwiera mnie biała bluzka, nie cierpię białych bluzek. Są nienagannie wypracowane, wyprasowane i wkładane na szczególne okazje: rozdania świadectw, rozmowy o pracę, podwyżkę, przepustkę. Wzute na pierwsze: komunie,spotkania, i ostateczne pożegnania: bliskich, jeszcze bliższych najbardziej  dalekich (nie)znajomych. Uwiera mnie kołnierzyk, szybko go rozpinam, jeszcze szybciej rezygnuję. Idę, niepewnym krokiem. Jestem. Jestem. Przeglądam się, niby to przypadkiem w szybie wystawowej.Za wcześnie? Tak, jestem tak jak zawsze. Z a w s z e  . Słowo stałość, obietnica, bezpieczeństwo. Nie. Nie. Jestem, jestem  jak nigdzie. Jestem.  Wejść? Nie wejść? Wejść? Nie wejść?Już wejść? Jeszcze nie wejść?Teraz zaraz? Czy zaraz potem? Chcę nacisnąć klamkę, i już, już,już unoszę wilgotną dłoń, niemalże dotykam jej metalicznego kształtu..Ale właśnie ktoś wychodzi i… Mijam go (ją?)  Stoję w wejściu. Nie mam wyjścia. Rozglądam się z pospiesznie kupioną pewnością. Tyle, że cudzą, nie własną. Jeszcze nie ułożoną, niedopasowaną, a już potrzebną. Gdzież Ona może być? Jest niska? Czy wysoka?Rachityczna, czy korpulentna? Wesoła? Poważna, czy…Widzi mnie. O Boże. Wstaje od stolika. Jest poważna. Jest poważna? Czy to gra światłocieni? A może to wina jej ubioru? Niech mi nikt nie mówi, że nie zwraca uwagi na ubiór. Ale tu tłoczno, że też nagle całe miasto w tej chwili… Próbuję odgadnąć nastrój. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Droga ewakuacyjna? Droga ewakuacyjna. Nie istnieje.

Przywitanie. Kurtuazyjna, wymiana zdań o:,  tłumach  na ulicach, uprzejmościach, (i nie), wiadomościach, najnowszych (i nie) wrzaskach mody Stop, stop, stop, widzę, że to grząski grunt, niebezpieczny temat, czerwony alert, lepiej nie poruszać. Nie dotykać, nawet nie spoglądać. Zatem (obowiązkowo) o pogodzie. Już mam zgrabne zdanie,już biorę je na język, już wiem, że barometr, że wietrznie, że duszno, że..

Przychodzi kelner. Zamawiam bezpiecznie. Herbatę. Bez cytryny. Bez cukru. Bez ciastka. Upieram się, że nie lubię, nie gustuję, trzymam linię (oj trzymam trzymam kurczowo, obronną, wytyczoną starannie, wyrazistą kreską). Nie, nie nie stanowczo nie znoszę tych, tych, tych pysznych, kremowych, pięknie, piekielnie wyglądających, jeszcze lepiej pachnących,  a najlepiej smakujących, domowych (wedle zapewnień kelnera) rozpływających się w ustach (a nie w dłoni) wypiekach. Wypieki to ja mam własne, na twarzy- (że też wszystko od razu można ze mnie wyczytać). Wycieram szybko (mam nadzieje niezauważalnie) dłonie w spodnie. Kelner idzie z odsieczą. Herbata, będzie można udawać, że się pije, będzie można udawać, że się rozmawia, będzie można udawać słuchać.

***

—Proszę mnie nie pytać o dzieciństwo. To, to było…Było. Dawno Urodziłam się zimą, w Białosówce  to na Podolu. Pani wie jakie tam są zimy?  No, ale nic to. I nie sposobność, nie czas, o tym teraz rozprawiać. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…

—Stara?—Dopytuje się niepewnie, ale zaraz łapię się na tym, że popełniam faux pas.

Zamyśla się. Nie przerywam. Powoli unoszę filiżankę do ust.

— Gimnazjum ukończyłam w Warszawie, tak wiem, daleko. A cóż, jest blisko? Wie Pani ile nerwów, ile zabiegów, starań, próśb i nalegań kosztowało mnie, by móc wyjechać na studia? Nie o to chodzi, że Genewa. Ale, że zbytków mi się zachciewa że fanaberia, że moda, nie moda, bunt, że nie takie czasy. Nie takie czasy! A mnie aż spalało w środku, gdy dzień podobny do dnia, godzina do godziny, minuta do minuty, a sekunda do sekundy. Nie, nie wy, młodzi nie… Teraz…Ach, przepraszam, zapewne nie wszyscy. Niech Pani nie czuję się dotknięta…

–Nie skądże. Absolutnie. Zapewniam pospiesznie.

Poza granicami kraju, Kraju… Tak więc poza granicami-podejmuje- kształciło się tedy… Ale niewiele było kobiet. Studentka, to synonim, ehmm, kobiety do towarzystwa, a nie z towarzystwa, i -bynajmniej, nie naukowego. Było nas mało. Choć, przyrodnictwo, nie powiem cieszyło się powodzeniem, noo może nie takim jak sztuki piękne, czy prawo… -Teologia— jak trwoga… Wiadomo— i zawód pewny, w czasach chwiejnych… niemniej na brak kandydatów nie narzekano.

Tyle, że mnie szarpało w środku. Ooo taaak. -Zarysowuje powietrze obok siebie– więcej  pytań bez odpowiedzi, a te co są, niechlujnie rzucane półgębkiem lub pismem lekarskim tak że odczytać ich niepodobna. A każdą uchyla odpowiednie pytanie. A ja, chciałam wiedzieć. Wiedzieć. Więcej więcej pewna byłam, że gdzie jak gdzie, ale tam, wtedy ukoję skołatane nerwy. Znajdę, dogrzebię, wynajdę odpowiedź, wśród rozmów, opasłych (może trochę zakurzonych) ksiąg, ale jednak. Nic, tylko zwidy,fantasmagorie i pogoń. Zasypianie pragnień wiedzy, religią gdy prawdziwego źródła odkryć niepodobna. Czym różni się wiara w Boga, od tej, wyznawaną w naukę, czy postęp? Wiem, niemodne to pytania, i niebezpieczne. Zaraz to przylepią nam gęby, i wydarzą wyrok na sądzie  ziemskim, ale do bólu ostatecznym. Bez prawa do apelacji. Każde spojrzenie wrogie. Każda mina prowokująca, każde słowo obce. Takie to oto zostaną nam przypisane przymioty.

Mówiąc to widzę jak zaciska palce, spojrzenie jej się wyostrza a oczy smutnieją. Słucham uważnie.

—Wróciłam tedy do Krakowa, Rodzice mi pomarli, a tutaj, Helenka, współtowarzyszka moja z czasów genewskich, no i możliwość nauczania. Oddania tego, co się dostało. Przywrócić kobiety światu.Oto jest zadanie. Bo przecież tutaj od osiemdziesiątego szóstego działa…

Stowarzyszenie Pomocy Naukowej dla Polek imienia Kraszewskiego. —Recytuję jak wywołana do katedry. Przerywam chcąc się popisać swoim przygotowaniem, i zrazu się wycofuję. Niegrzecznie jest przerywać starszym. –Napominam siebie w myślach,  i tylko spoglądam przepraszająco.

—Właśnie. To Pani wie o naszych założeniach? O powinnościach? O obowiązkach kobiet, ale i obowiązkach wobec nich samych? O tym, że powinny się kształcić? O tym, by umożliwić im zażywanie intelektualnej przyjemności?  O tym, że muszą być świadome swych praw?

—Wiem, mówię  uśmiechając się przyjaźnie.

Uczenie sprawiało mi nie lada przyjemność, i widać było efekt. Niemalże od razu.Tylko, że po tym skandalu… Czytała pewnie Pani Czas? Ach, tak, wszyscy czytali… Androny plotę. Potem nastąpił rozłam w Towarzystwie, a wszystko wzięto na karb mojego zagranicznego wykształcenia i mej niewiary.  Ach, i to doszło do Lwowa, do Biskupa, nic, człek za Prawdę został ukarany. Za stanięcie w Prawdzie wedle swoich przekonań i nauk swoich. I spór z dyrektorem toczyć przyszło. Ale w imię zasad, musiałam powiedzieć to o czym przekonana byłam natenczas i jestem nadal. Jakbym wyglądała w oczach panien, nie tego ich uczę. Nie tego. Do kościoła powinna iść z nimi osoba wierząca, a nie ze mną panny wysyłać. Odmówiłam, co miałam robić? Zaprzeczyć? Wierzyć w jedno, a robić drugie? Pozwolić by postrzegano trzecie? A pisano o czwartym? Zresztą, tu nie idzie o jakieś tam artykuliki jeno o przekonania, zasady, powinności.

Jak Pani wiadomo, po tychże brewerjach, wzięłam urlop w celu podreperowania nerwów. Ale jak się okazało, potem, nie miałam do czego wracać. Wymówiono się, proszę sobie wyobrazić [sic!] brakiem austriackiego obywatelstwa. Na nic moje umiejętności,  monity moje do Muzeum, czy Krytyki, —odrzucono. Powiedziano, że nie wydrukują. A Biskup… List napisałam, spotkać się chciałam, dobrą wolę wykazałam… Daremny trud i zużywanie pióra, strun głosowych i  zelówek.

Bezradnie wzrusza ramionami. Zawiesza głos.

—Ale że życie nie lubi próżni, i działań takowych to i kształcić można wszędzie. Stąd idea  Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza. Wszak światło edukacji potrzebne jest wszędzie niezależnie kto, kiedy, gdzie się urodził, czy pan, czy chłop. Należy wiedzę szerzyć i organizować odczyty, biblioteczki, wydawanie książek, ku pożytkowi wspólnemu. Umiejętności wszakże mi nie odebrano. Nie odebrano. A uczyć trzeba się przez całe życie. Wie pani ile z tym pracy? A to broszura, a to koncert,  a to wykład, a to nowy numer periodyku, a to do Czytań Historycznych coś napisać, a to na wiedz pojechać, ludzi uświadamiać… Czasami nie wiem gdzie oczy położyć… Przepraszam, że się tak użalam…

—Nic nie szkodzi…

—No i ta przeklęta Historia, Rewolucja. Czytała Pani Protest?

—Czytałam. Nie można poniewierać godnością robotnika w Warszawie…

—Tak jest! Tak napisałam. Wyspiański nas nie poparł…Kręcił, mącił, sumitował…

—Tak wiem. [Tylko nie wiem, czy zakrzyknąć do licha z Wyspiańskim, więc milczę]. Nie wiem co powiedzieć, więc zmieniam temat. Dosyć nezgrabinie to wychodzi, koślawo.

—Pisze Pani cały czas? Wiersze były entuzjastycznie przyjęte…Remedium na szerzącą się dekadencje…

—Piszę, wyjeżdżam dużo, i daleko. To by poszerzyć horyzonty, to by pofolgować zdolnościom, wydać coś i podreperować nerwy. Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…

***

 Zdrowie, jak Pani wie, u mnie liche…Pamiętam. Pamiętam, że pociły mi się dłonie, pamiętam, że krzesła były niewygodne, że paliło się nieskrępowanie i dużo. Pamiętam urywane zdania. Nie wszystkie. Niestety. Jestem. Jestem… Tak, co tu srożyć słowa jestem stara…Zdrowie jak Pani wie u mnie liche… To ostatnie  dźwięczy  mi do dzisiaj w uszach. Uparcie powraca złą wróżbą.

Spotkałyśmy się. Raz, tego popołudnia.Tłocznego, nachalnego, niepewnego, spoconego, spieszącego do nigdzie i diabelnie uwierającego popołudnia. Któż mógł wiedzieć, że będzie to spotkanie  pierwsze i ostatnie zarazem. Przeżycie czegoś po raz ostatni jest gorsze niźli przeżycie tegoż po raz pierwszy. Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie że to już się nie powtórzy.

Co czuję gdy przechadzam się ulicą Pijarską 3? Albo idę na Cmentarz Rakowicki? Co czuję gdy wspomnę, że Marcelina Kulikowska wybitna poetka,dziennikarka reporterka, pedagożka, andragożka,działaczka społeczna emancypantka. Strzeliła prosto. Strzeliła celnie. Prosto w serce. Własne. Tym razem bez wahań i bez przenośni.

Wracam, powoli ulicą, uważnym krokiem mijam…Mijam.

***

Mijam: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy... Przyglądam się uważnie. Natarczywie i niegrzecznie. Pewnie tak ktoś powie, a niech powie. Niech powie ile z nich znamy naprawdę? Tych bliskich, nie wyciętych z encyklopedii, słowników, okrągłych zdań. Z naburmuszonych twierdzeń. Kto jest naszą Matką? Babką? Prababką? Praprababką?, Praprapra… Ile imion, nazwisk, cech charakterystycznych potrafimy wymienić? Jak bardzo nieznajome są dla nas własne albumy ze zdjęciami? Po kim mamy to spojrzenie? To upodobanie do niebieskich koszul? I wstręt do truskawek? I wysypkę po wykrochmalonych ubraniach? Jak nieznajome są ulice: po których chodzimy, spieszymy się, odnajdujemy i gubimy? Ile imion w sobie (z)nosimy? Jakie szlaki przecieramy… I czy kiedyś już nas nie było, w jakimś słowie, nawyku, przy jakimś stoliku? Czy nie piłyśmy herbaty z panią żyjącą do bólu współczesnym XIX wieku? Czy nie zostawiłyśmy tam napiwku,parasolki, książki, spojrzenia, słowa, milczenia…

Mijam.

Mijam.: Dziewczynki. Dziewczyny. Frajerki. Kobity, Kobiety. Baby,Staruchy…Przecieram oczy.Wytrzymuję pierwsze, drugie, trzecie kolejne spojrzenie. Nieco zaspana spoglądam w lustro. 


Dla osób zainteresowanych:

Do poczytania:
por.: Agnieszka Brożkowska, Marcelina Kulikowska. Strzał w serce [w:] Ewa Furgał (red.), Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie Emancypantek, Kraków 2009;

[02]. U Steru, tuż przed Świtem .*”W prowincjonalnym małym mieście”.

Miły  Mój.

 Pamiętam jakby to było wczoraj. Świt mojego dzieciństwa. Godziny mojego życia były długie i jasne. Choć nie mijały bez trosk, czy bólu, który przybył rychło. Z tą różnicą, że Historia nie pisała na mnie jeszcze donosów i nie wtrącała się w poczynania moje.               

Pamiętam salon ojca. Duże dębowe, sękate biurko. Dąb czerwony ciemnieje na bursztynowo. Drewnoi książki, książki, wszędzie książki. Wiedzieć Ci trzeba, że biblioteka nasza była rozmiarów pokaźnych, tysiące zgromadzonych tomów, nie tylko ze względu na zawód Ojca, ale na jego zamiłowania.

D o m. Zawsze pełen kobiet: Babcia. Matka. Siostry Guwernantka…Dom. Pachniał pergaminem, farbą drukarską, tartakiem, pastą do butów i stanowczą ręką Matki. Skrojona podłóg zwyczajów tamtych czasów, zajmowała się tym, co przystoi kobiecie, by dom nie popadł był w odmęty chaosu okryty perzyną kurzu. Antyki gromadzone przez ojca mojego z upodobaniem i niemałym smakiem. Chociaż dla mnie jedyne obrazy, które pamiętam to palimpsest miejsca. Palimpsest czasu. Przechowuję pod powiekami jak najbliższy sercu skarb.

Szybko musiałam wyskoczyć z pieleszy. Najsampierw Rodzicielka moja postanowiła posłać mnie na nauki do Warszawy, pobierane na pensji Sióstr Sercanek.

Czytaj Dalej „[02]. U Steru, tuż przed Świtem .*”W prowincjonalnym małym mieście”.”

[01].Kobieta ze złamaną duszą.* „Cały świat plonie.”

Cisza.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Wdech. Wydech.

Wdech. Wydech. Wdech.

Brudna postać przemierza przestrzeń ciasnego kwadratu. Jeden krok. Drugi.Wdech. Trzeci. Pięta. Palce. Uniesienie nogi.Czwarty Krok. Wydech.Kaszel.

Przybiera na sile. Rozrywa nabrzmiewającą ciszę.

I nagle się urywa.

Cisza.

Pulsuje.

Gesty.

są wymierzone i niepewne. Zagarniają powietrze. Zachłanność kontrolowana.

Gdzie jest?

W jakiej przestrzeni?

Marzeń, czy (z)jawy?

Łóżko.

Autentyczność formy.

Stalowe. Surowe. Biedne. Mocne. Przechodnie. Potrzeba tu mocnych łóżek.Pościel. Potargana. Nie zmieniana

od tygodni, a może miesiąca, dwóch? Nie wie, straciła rachubę. Siada. Delikatnie. Wdech.

Wydech. Na brzegu łóżka. Przewraca się na bok. Podkurcza nogi.Przyjmuje pozycję embrionalna. Gęsia skórka. Przypomina fakturę jej dawnego życia. Kamień. Nie jest taki gładki jak przyjmuje już w urzeczywistnionych wizjach.Zimno tu. To nic. Mówi do siebie, czy do kogoś? Przyszedł Paul? To Paul. Ona mówi coś, nie mówi.Pluje.  Patrzy niewidzialnymi oczami. Nicuje dni. Obrazy zamykają się w rozszerzonych źrenicach. Ona Widzi. Ona wie, już wie. Nic już jej nie dotknie. Nic już jej nie zniszczy. Ani mróz wdzierający się przez nieszczelne okna. Ani chaos Historii. Ani Miłość. Paląca. Bezwzględna. Niszcząca.Miłość zła. Zwłaszcza Miłość.

Czytaj Dalej „[01].Kobieta ze złamaną duszą.* „Cały świat plonie.””