[408]. Wpis z okazji Dnia Kobiet.

[Uwaga: Czytasz na własną odpowiedzialność, przed spożyciem skontaktuj się z lekarzem bądź farmaceutą, i popij dużą ilością wody niegazowanej].

Dzień kobiet? A jakże, jeden z kolejnych w kalendarzu, nawet tych, którymi dysponuje Piotr Szczepanik. I zastanawiałam się nad tym kto dziś zagości na łamach blogu, że takiej meta i fory użyję, dobrze, dobrze, żadnych for, ani forów, no może poza jednym: this article is for you, really! Gdyby spytać ludzi o najwybitniejszą kobietę w świecie nauki, bardzo często, jeśli nie prawie zawsze, pierwszym skojarzeniem, przynajmniej w naszych czasach, i w naszym kraju, jest (pozornie znana Panna) Maria, rozsądna, ale i radosna. Ale to już było, też moglibyśmy/ mogłyśmy zaśpiewać, ale nie będziem, ani, ani męczyć krtani- chyba, że w ramach fitnessu.

Dzisiaj będzie o Marii, a co tam! Taam, i jeszcze… Tam. A co? A oto jak prezentuje się, w nie całej, ale jednak, okazałości:

[Bohaterka dzisiejszej opowieści, Mary Corinna Putnam po mężu: Jacobi, źródło zdjęcia].
Wypisz, wymaluj, a raczej fotografuj: Mary Corinna Putnam.

 

Gdy w końcu kobietom umożliwiano kształcenie na kierunkach medycznych, panowało przekonanie, że to szkodzi powodując niedorozwój jajników i bezpłodność. A dlaczego? Kobiety nie są zdolne do tego by wykonywać dobrze dwie czynności równocześnie, z takim samym zaangażowaniem mięśnie, kobiece narządy i mózg nie mogą jednocześnie funkcjonować. (Porównaj z publikacją: Płeć w edukacji, lub sprawiedliwa szansa dla dziewcząt opublikowanej w roku 1873). Tak, Maria doskonale znała tę publikację i wiedziała jedno: jest warta, oczywiście, że tak, funt kłaków. I to wiecie, takich co zostają po umyciu głowy w wannie, bo żeby je specjalnie sobie rwać? No to nie jest zachęcająca perspektywa, owszem, co do konceptu ozdrowieńczo wpływających kuracji na życie człowieka, to, nie, nie ta. Szczerze, matka także w nią powątpiewała, nawet wtedy gdy jako pierwsza kobieta dostała się na studia do paryskiej Ecole de Medicine . Tak wiemy, że Maria zapewniała rodzicielkę, że pobieranie nauki tam,  to najlepsze co mogło jej się przytrafić w życiu, że doskonale się bawi na studiach. To tak jakby szpital był Disneylandem. Ważnym jest to, że podejmując naukę we Francji dysponowała już przecież jednym dyplomem uzyskania tytułu magistra (we własnym kraju). Nie dziwi fakt, jeszcze nie skończywszy dziesięciu lat wiedziała, co chce w dorosłym życiu robić.Najstarsza z jedenaściorga dzieci, urodzona w Anglii, wychowania w Stanach Zjednoczonych. Pierwszą nauczycielką dziewczynki była matka, gdyż Maria rozpoczęła edukację w domu, jak to nierzadko bywało w tamtych czasach.  W wieku dziewięciu, cóż zastanawiała się, czy zrobić w ramach zabawy, oczywiście- sekcji zwłok zdechłemu szczurowi… W międzyczasie pisywała opowiadania, pracowała w firmie wydawniczej (rodziców) takie tam, pospolite zajęcia…Nawet ojciec był przeciwny jej edukacji w College’u Medycznym w Pensylwanii i był gotów jej płacić za to, żeby odstąpiła od swego zamiaru. To się nazywa wsparcie rodziców! I w Paryżu nie ułatwiano jej życia (znane są przykłady gdy wyznaczano jej specjalnie miejsce do siedzenia, albo nakazywano bezwzględnie wchodzić innymi drzwiami na aulę). Po pięciu latach wróciła do kraju gdzie zajęła się, czymże innym, jak nie medycyną? I założyła pierwszy oddział pediatryczny w Nowym Jorku. Zmarła na nowotwór mózgu, którego przebieg sama opisała. Była orędowniczką zyskania przez kobiety,  praw wyborczych  i prowadziła ponoć zapierające dech w piersiach wykłady, nie tylko zatem miała pisane, ale gadane, a zachwycić żołnierzy w środku wiru wojennego to nie w lufę karabinu dmuchał/a…

Na zakończenie dziewięć ciekawostek o ludzkim ciele:

  • Idea, że mamy pięć zmysłów, to tak naprawdę koncepcja filozoficzna („dzięki Arystoteles) ale gdyby się temu p r z y j r z e ć (sic!) bardziej mamy więcej niż pięć zmysłów, zestaw powiększony to odczuwanie bólu, temperatury, czy umiejętność orientacji ciała w przestrzeni…
  • W ciągu całego życia możemy stracić bez odchudzania nawet kilkanaście kilogramów bez specjalnych zabiegów, ani wybiegów, chili co? A no dzięki złuszczaniu się naszego naaajwiękzeeeego organu, czyli skóry.
  • Najbardziej zapracowane w ludzkim ciele są mięśnie rzęskowe, to te, dzięki którym, nie, nie stajemy na rzęsach, ale potrafimy poruszać gałkami ocznymi, kto by pomyślał/a, a jednak: Zmiana napięcia mięśni rzęskowych powoduje zmianę kształtu (uwypuklenia) soczewki oka. Żeby nasze mięśnie nóg mogły poczuć się jak wspomniane wyżej mięśnie musiałby przebiec w ciągu dnia powyżej osiemdziesięciu kilometrów!
  • Nie tylko odcisk palca jest unikatowy, ale także, tak, tak dobrze pomyślałaś, pomyślałeś odcisk języka i nie chodzi o gramatyczno- lingiwistyczne umiejętności. A to tylko przykład, tak naprawdę jesteśmy bardziej unikatowi/unikatowe niż się wydaje na pierwszy rzut oka, a właśnie tęczówka, kojarzycie wszystkie te filmy z zabezpieczeniami, które można pokonać tylko dzięki skanowi tęczówki?
  • Tak naprawdę posiadamy tyle samo włosów ile nasi bracia szympansy i siostry szypansice, ale to co nas różni to, nie, nie tylko ich rozmieszczenie, ale przede wszystkim to, że różnią się strukturą, u nas są bowiem bardziej cienkie i niewidoczne (no chyba, że je stroszymy, albo podczas orgazmu, albo podczas gęsiej skórki kiedy to ciało próbuje zapobiec uciekaniu ciepła)….
  • Gdzie w ludzkim ciele znajdziemy najwięcej bakterii, niektóre z nich nie były znane? Naukowcy i naukowczynie mówią o przyrównują to miejsce do lasów deszczowych, nie, ich w swoim ciele nie mamy,piszę o miejscu w którym każdy i każda z nas nosi ślad po Mamie, własnym pępku! Ale nie wylewajmy z tego powodu łez…
  • A właśnie, łzy, wiesz, że łez łzie nie równa, i nie chodzi o rozmiar, a o to, że tak naprawdę potrafimy rozróżnić trzy rodzaje łez to co je różni to funkcja i skład chemiczny. I tak są łzy podstawowe, które stanowią taki nawilżacz oka, dzięki temu mogą sprawnie i wydajnie pracować. Łzy odruchowe, pojawiają się wtedy, gdy coś np wpadnie nam do oka (nie mylić z sytuacją, gdy ktoś wpada nam w oko). I to nas łączy ze zwierzętami, te dwa rodzaje łez, trzecie to łzy emocjonalne.
  • Dlaczego płacz w sytuacjach stresowych może pomóc? Bo łzy zawierają takie związki chemiczne, które powalają uśmierzyć ból. Czujesz? Nie, nie nic tu nie śmierdzi…
  • Nos, właśnie w chwili śmierci ostatnim zmysłem który tracimy jest właśnie węch, ale nos nie służy nam tylko do zaciągania się zapachem kawy, (z)jawy, i tak dalej,o czym za chwilkę, czy kich-… Aaaapik, -ania nie da się kichnąć z otwartymi oczami wydychane w ten sposób powietrze wydostaje się z prędkością 150km/1h, a to przecież teren zabudowany…) ale także ogrzewa powietrze i udrażnia je pozbywając się różnych świństw , dopiero po takiej kontroli zostaje ono wprowadzone do wnętrza organizmu, i co ważne praca jednej i drugiej dziurki jest niezależna, jedna rozpoznaje inne zapachy niż druga, może być przy tym wrażenie jakby lekkiego przytkania jednej z nich, ale nie jest to tak, że jest to jedna i ta sama dziurka na zawsze, fakt ten ulega zmianie, a do czego nam jest to potrzebne? Proste, żeby rozróżnić więcej zapachów, jedne z nam znanych, to znaczy takich, które mamy szansę rozróżnić wchłaniają się szybciej, inne zaś, wolniej, ot, filozofia, znaczy, fizjologia.

 

[378]. (Bo na) warzywach się nie skończyło (I).

Czwartego października, czyli nie dalej jak wczoraj minęła trzecia, rocznica istnienia, pisania, blogu. Tego blogu.  I ‚m a Bond. James Blond. No, dobrze, niekoniecznie blond. Cóż za błąd.:)) (O tym jeszcze będzie) Wielbłąd (a o tym już było) :D!

Zaczęło się od, zresztą, i bez reszty, każda osoba wie (albo może się dowiedzieć) który z wisów był pierwszy. Kontynuując tradycję przedstawia się takowy artykuł:

 

Kraj obrazy, deko racje, i inne atrakcje.

Zacznijmy opowieść od naszkicowania krajobrazu. Kraj obraz. Słowo klucz. Wytrych. I nie chłodzi o detale, drogi wolnego ruchu, autostrady zdziwień, pola mgnień. Lądujemy nie tak znowu daleko. Chociaż niezupełnie blisko we Włoszech (nie na Włochach :)). Mogło by się wydawać, że tuż za miedzą, gdyby nie to, że w XVI wieku. A w zasadzie u jego progu. Gość w dom, los w dom. Czyli splecie się nie jedno życie. Wiadomo, że w tych czasach krew się lała gęsto jak idee wielkiego humanistycznego umysłu człowieka. Co odróżniało ten obszar od innych? Pewnie przychodzi Ci na myśl,zorganizowanie państw- miast, i słusznie, to o czym mówi (a i pisze) znacznie rzadziej to to,że ta część Europy była najsilniej zurbanizowana, a i połowa mieszkańców była zameldowana w ośrodkach miejskich. I nie chodzi tu o Neapol, Mediolan, czy Genuę, albo Florencję. Gdyby chcieć porównać Mediolan z Warszawą to to drugie miasto wygląda przy pierwszym jak ubogi krewny (odpowiednio 115ha, 12 ha a i Kraków wypada blado 58,5 ha). Miasta włoskie zachwycały, smakami, dźwiękami, kształtami architektury, ale także mieszaniną języków, kupców z różnych stron świata i światła, i gubionych kroków na trotuarach, tu a na arach, ach. Chodzi budzącego się smoka (nie, nie o smog) ale raczkujące zakłady produkcyjne, ale też lazarety. Kawy, przyprawy, to wszystko może przyprawić o zawrót głowy. Wszystkiego można było dotknąć, wziąć na język, a nie tylko na języki. (Plotka to stary wynalazek, niektórzy szepczą, że ewolucyjny). Na bank można było się urządzić, i to na nie jeden kredyt. Bo te instytucje już działały, tak jak prawnicy. Można było spacerować to na lewo, to na prawo, a gdy komuś się coś stało, nie ważne, czy stał, czy siedział ledwie, taka Florencja posiadała tysiąc łóżek w szpitalach (to jak leczono drzewiej zostawmy sobie na inny artykuł). W powietrzu unosi się feeria zapachów mieszanina medykamentów, przypraw, spoconych ciał. Gdzieniegdzie przez tłum przeciskali się żacy, którzy uczyli się rachować i kaligrafować a i szkolnictwo wyższe było obecne i to całkiem materialnie (pod postacią czterech uczelni). A to tylko fotografia Florencji, a gdzie Rzym. Wszak wszystkie drogi do niego prowadzą. Chociaż był bratem mniejszym, albo posiadał potężniejszą (wówczas) siostrę, nie chodzi o umniejszanie jego dostojeństwa, a o odmienny charakter i mniejsze rozmiary. Chociaż kościołów tu było dostatek. I nie chodzi tylko o Bazylikę św. Piotra, ale np o  „matkę kościołów” Dan Giovanni na Lateranie, a to li tylko przykład. Tutaj sfera sacrum mieszała się z profanum i nie rzecz w tym, że przybytki duchowej strawy były oddalone od miast, ale o to, że osoby peregrynujące były narażone na utratę nie tylko mienia, ale i życia. I miast zameldować się u siebie w domu pukali już do niebieskich bram.  Drogą do dobrobytu, była kariera handlarza (wyznaczenie szlaku do Indii, szlak do Chin) albo bankiera. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, dla osób ceniących sobie ciekawostki językowe mam wiadomość. Nie wiadomo, czy pierwsi nadali przezwisko mieszkańcom Włoch Francuzi czy Niemcy. Zwali ich nie inaczej, tylko Lombardczykami. Chodziło o to, że Włochy w naszej części Europy to ci, którzy posługują się wekslami, żonglują kredytami. I jeszcze mała uwaga, nie chodzi o to, że tylko w stolicy espresso powstał system bankowy, a o to, że jeśli chodzi o naszą część świata, tak było. Można by wspomnieć także (wracając do kreślenia krajobrazu o Drugim  Bizancjum skąpane w Morzu Śródziemnym nie chodzi tylko o plac św. Marka centrum rzeczonej działalności, ale i o modę, urodę…I złotnictwo, ale to ostatnie to przecież wszystkie miasta-państwa włoskie, co innego produkcja szkła, tak szkła tego artykułu, który teraz posiadamy wszyscy w domach A jeszcze nie wspomniałam o Genui? O huku, pracy bo przecież tam urodzaj stoczni, i bardzo wykwalifikowanych pracowników w tej dziedzinie urodzaj. Ale jak się będziemy tak rozwodzić nad miastami dobrobytami, skarbami… Nigdy nie wyjdziemy na brzeg tematu głównego. Czujecie? Taki mamy klimat. Jedwabie, tkactwo, skórnictwo, futrzarstwo (a surowiec sprowadzano aż z Rosji) a z drugiej strony wyrabiano najlepszej jakości zbroje (tu prym wiódł był Mediolan). A Włochy środkowe? O nich zazwyczaj się zapomina bo przecież tam rolnictwo,pola uprawne, z tym, że warto zaznaczyć, że chłopi (i chłopki przecież bo one także pracowały fizycznie) już w XII a najdalej na początku   XIII wieku byli wolni/ wolne (nie obowiązywała ich pańszczyzna) tu także znany był średniowieczny wynalazek trójpolówki. A w XV wieku zaistniała rewolucja za sprawą małych białych lub brązowych ziarenek [ryżu]. Dieta była zróżnicowana, bo z jednej strony wiją się winorośle, z drugiej warzywa i owoce. Wiele rodów podróżuje do miast. Z drugiej strony wojenki i wojny o wpływy między poszczególnymi ośrodkami, zróżnicowanie społeczeństwa również w mikroskali. Wszystko kipiało rozwijało się, lub zwijało przekształcając, w inne mechanizmy. I  nie chodzi tu o prasę drukarską, chociaż i w tym aspekcie Włochy wiodły prym tak, także w tym. Obok pałaców powstawały biblioteki. A co należy podkreślić, szlaczkiem, kobiety we włoskim społeczeństwie zajmowały równie silną pozycję. Wystarczy spojrzeć na edukacje, w której również uczestniczyły. Znały języki obce, w tym język nowożytnych, wpływowych państw, łacinę, czytały te same książki (co mężczyźni) określenie studentka, odnosiło się do określenia statusu żaka, na równych prawach, a nie jak było to w innych krajach, towarzyszki studenta.

Oto ja.

[Królowa Bona – drzeworyt z dzieła Decjusza De vetustatibus Polonorum z 1521r,Ilustracja Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera T.4 457 – Królowa Bona (z drzeworytu) źródło zdjęcia].
Izabela z rodu Aragonów, tak, dokładnie  tych Aragonów, którzy władali Neapolem i Giangalezza Sforzy  (dla odmiany mąż posiadał był słabą reputację)  rodzice bohaterki artykułu, i trójki dzieci, o których tu pisać nie będę i to nie dlatego, że tylko Bona Maria mogła się zestarzeć…. A i nie zawadzi wspomnieć, że Alfons II Aragoński założył pierwszą włoską Akademię humanistyczną a Bianka Maria żona Franciszka, niestrudzona w bojach (dowodziła obroną Cremony, chociaż to nie wyjątek w rodzie o którym mowa, wyedukowane kobiety, intelektualistki i erudytki. Warto chociażby wspomnieć, o Baptyście Sforzy czy Madonnie di Forli, nie zdziwiłabym się, gdyby przyszła Ci na myśl ciotka niejaka Lukrecja (Borgia oczywiście). I tutaj można się doszukiwać korzeni czarnej legendy władczyni Polski. Urodzonej  o trzynastej trzydzieści, w niedzielę drugiego lutego tysiąc czterysta dziewięćdziesiątego czwartego roku. Nie wiadomo, czy apodyktyczny stryj pomógł ojcu Bony pożegnać się ze światem doczesnym wiadomo tyle, że uzależnił od siebie swojego bratanka również ekonomicznie. Córka nim skończyła rok zaniemogła na zdrowiu (ospa wietrzna). Po śmierci męża udziałem Izabeli była żałoba po ojcu, i bracie. A wkrótce i syna (prawowitego następce tronu) miała utracić. A potem i córkę. Pozbawiona więzi rodzinnych,takich oczywiście, w których miałaby oparcie, a i zaznała ukojenia zmuszana do przeprowadzek, uzależniona ekonomicznie, targana wątpliwościami, strapieniami i wojną (Francuzi przejmują tron) zbiega z włości, z małoletnimi córkami do Neapolu, którym rządzi Fryderyk. I tak oto zmieniają się dekoracje najpierw Mantua, potem Bolonia, Rzym, aż wreszcie gościnne progi  Lukrecji. I tak oto mogły obserwować wkroczenie do miasta Cezara (Borgii). Nad krajem zbierały się wojenne chmury, wybuchowi potyczki chciał zaradzić władca poprzez dyplomację, tą jawną i wprost przeciwnie, jak i przez ufortyfikowanie miasta. Na nic się to jednak stało wskutek papiesko- francuskiej siły wojsk, które na domiar złego były nie tylko bardziej liczne, ale przede wszystkim lepiej wyposażone (artyleria). W 1501 wydany został papieski dokument w którym zapisano, że zgodnie z prawem Neapol zostaje podzielony między władców Hiszpanii i Francji, tak oto Franciszek zostaje bez korony i berła a i bez dachu nad głową już nie królewską, zbiega do Francji, jego żona także uchodzi, tam gdzie Izabela z Hipolitą(która niebawem także pożegna się z życiem, w wieku lat dziewięciu)  i Boną, na wyspę Ischię. Co warto podkreślić ten czarny rok tułaczki został zwieńczony odzyskaniem księstw Bari i Rossano. Osiadłszy w pierwszym, nie zawahała się odbudować swej potęgi i bogactwa. Nie chodzi tu o dobra doczesne, chociaż tymi nie gardzono, i przywiązywano wagę np do tego by zamek był funkcjonalny, dobrze ufortyfikowany i piękny, czy też hodowano rasowe konie, czy sokoły znane w świecie, ale przede wszystkim do ludzi, i nie chodzi o to, że młodziutka Bona także posiadała już swój dwór, ale o to, że Izabela krzewiła idee nauki, sztuki, literatury, interesowała się oświatą, sztuką. Stworzyła specjalną komisję za sprawą jej funkcjonowania miała rozwijać się edukacja i kształcenie, a nauczyciele w szkołach publicznych mieli nie tylko otrzymywać regularną pensję, ale także być zwolnieni z uiszczania podatków, otrzymać dach nad głową, i służby (no dobrze, służby to za dużo powiedziane, napisane ale dodatkowa para rąk do pomocy się przyda). Dotowała klasztory, te, których zwierz nicy zobowiązali się do nauczania ludu Pisma Świętego, była mecenatką artystów, intelektualistów była zwierzchniczką sądów (a dokładnie cywilnego, drugiej instancji w Grottaglie). Po uregulowaniu formalnym sprawowała pieczę nad dochodami skarbowymi Neapolu , a to wiązało się przede wszystkim z podniesieniem stopy życiowej. Cieszyła się nie tylko posłuchem, ale przede wszystkim autorytetem. Potrafiła osiągnąć wielkość dzięki pracy własnej, i pomimo niedogodności i wieloletniego cierpienia. Oczywiście, los ją rzucił w nie lada geografię, przecież Neapol to nie tylko miasto uniwersyteckie, ośrodek myśli, to tętniące humanizmem miejsce mocy. To miasto Akademii Neapolitańskiej, a księżna mogła nasiąkać uczonymi rozmowami, i czyniła tak do woli. Bona pobierała nauki dobrego smaku i kindersztuby u Marii Critopolis, posiadała własnego spowiednika, ale także uczyła się języków obcych, łaciny czy hiszpańskiego, ale także recytowała poezję, czy uczyła się tajnik medycyny, czy filozofii, historii, prawa i administracji, religii i teologii,matematyki i biologii a to tylko wyimki. Jazda konna i wszelkie gry i sporty ruchowe też nie były jej obce. Jakby tego było mało na dokładkę i śpiew i gra na instrumentach nie była jej obca. Czy zdziwi Cię jeśli napiszę, że tańczyć też potrafiła. I to nie byle jak skoro w różnych kronikach ów fakt jest wspomniany?  oczywiście można by powiedzieć, że to tak przecież bywało może nie (a raczej na pewno) wśród najniższych warstw społecznych, ale arystokracji i szlachty, takie zamknięcie w księgach. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze napisałam już wcześniej, że społeczeństwo włoskie było niejednorodne, można było też awansować, nawet jeśli pochodziło się z ubogiej rodziny, co prawda na znaczeniu zyskiwał mieszczanin, co było skutkiem peregrynacji ludności do miast, a i pozycja kobiet była mocna, do tego nie zapomnijmy, że Izabela dbała jeszcze o jeden aspekt (o zgrozo doba ma dwadzieścia cztery godziny, i chyba w XVI wieku też miała, nie? :D) mianowicie o socjalizację na przykład w takim Neapolu…

 

Z ziemi włoskiej do Polski

Początkowo chciano wyswatać Bonę za brata papieża (Leona X) za Juliana Medici. Plany matki były inne od tych, które snuł Ferdynand Katolicki, ona widziała ją u boku nie kogo innego jak u boku księcia Mediolanu Maksymiliana Sforzy. Tak, nie mylisz się, był synem nie kogo innego jak tylko Ludwika il Moro, tego Ludwika… W dodatku, jak to w bajkach bywa, progenitura była dokładnym przeciwieństwem Bony, bo na niedokładne przeciwieństwo nie mamy co liczyć :). Nie ma co liczyć także na to, że tych dwoje zapałało do siebie miłością, raczej bliżej było by do ości, która stanęła była w gardle. No ale cóż poradzić gdy Izabela chciała odzyskać swój Mediolan? A nie zapominajmy,że przecież małżeństwa w tych czasach, zwłaszcza w rodach arystokracji były niczym innym jak transakcją i opisywana sytuacja była regułą, a nie wyjątkiem. Rozważano do rzeczonego ożenku również kandydaturę Księcia Filipa Sabaudzkiego brata księcia Karola III, matka miała nadzieję, że w ten sposób córka odzyska prawa do władania Mediolanem (jej przyszły małżonek po prostu przypomni do kogo ów pracowicie należy). Nie wiadomo jakby się losy Bony potoczyły gdyby Maksymilian nie wyjechał (pod przymusem) do Francji. W tej układance pojawia się także nazwisko Ferdynanda Habsburga… Z tym, że ci drudzy nie byli zainteresowani, przecież rodzina Bony już nic nie znaczy, co innego dawniej, dawniej to była by jeśli nie święta, to świetna partia… A może by tak Wawrzyniec Medici? Przyszły władca księstwa Urbino? I znów kara się odwróciła. Jako że Izabela słuchała uważnie tego co się dzieje na świecie, wiedziała, że drugiego października tysiąc pięćset piętnastego roku zmarła Barbara Zapolya, a tym samym była do zgarnięcia korona Polski. A to kraj nie byle jaki, wiedzie prym w ówczesnej Europie! (Również dlatego, że okolice te nie były nękane przez epidemie czarnej ospy, zgrozy czasów minionych, terytorium to mogło się rozwijać bez przeszkód a ludzie opływać w dostatek). Do negocjacji wkroczył (ponownie) cesarz Maksymilian, a miał ułatwione zadanie bo na jego dworze bawili panowie z owego dalekiego kraju. A i sam Zygmunt I nie narzekał na brak kandydatek pomimo tego, że dobiegał pięćdziesiątki. i tu też obecna była polityka (np jak za pomocą mariażu pozbyć się panów w białych płaszczach z czarnymi krzyżami na plecach i teleportować ich do Italii, inna rzecz, że to był pomysł z najwyższej półki tej z napisem fantastyka historyczna, albo fantastyka histeryczna]. Do tego wszystkiego pośród aktorów sceny politycznej obecny był i król Francji, który, a jakżeby inaczej chciał załatwić i swoje sprawy,ważne by Bona nie interesowała się wdowcem z Polski… Przecież ona ma dwadzieścia dwa, a on czterdzieści osiem (jakby arytmetyka w tym równaniu miała jakiekolwiek znaczenie…). To kto i jakie interesy chciał załatwić wiążąc donnę Bonę z konkretnym mężem (stanu) nie będę się wdawać, wszak to  rzetelny artykuł na blogu, a nie opasły tom. Dodajmy tylko, że sam Zygmunt zdecydował się, że Eleonora będzie jego wybranką, tymczasem, o  błogosławiona niewiedzo! Izabela uderzyła do ofensywy nie szczędząc dukatów. Można powiedzieć, że przeceniane dziś jest analogowe  selfie jakie przekazał  Dantyszkowi nauczyciel Bony, którym przyszły mąż się zachwycił. To akcja szeroko zakrojona, w której brało udział mrowie możnych panów. Pozostało pogodzić niedogodności lokacyjne, spisanie i ustalenie warunków intercyzy, wysokości posagu i sposoby jego przekazania i wiele innych detalików. Czy dziwi fakt, że Izabela wynegocjowała nader korzystne dla niej warunki? Ślub per procura odbył się (gdzieżby inaczej) w Neapolu, a przyrzeczone dobra (posag) rozłożone zostały i w czasie i na raty, ale co najważniejsze do sprawa sukcesji dóbr po matce, tego Zygmunt nie dopilnował. Poselstwo przyjęte przez cesarza w Wiedniu piętnastego września tysiąc pięćset siedemnastego wieku nie udało się uzyskać pisemnych gwarancji, iż donna Bona uzyska sukcesie po matce. A dlaczego ślub per procura w Neapolu? Z tej prostej przyczyny, że to była demonstracja tryumfu Izabeli! Niech no sobie możni panowie popatrzą jak jej potęga odradza się jak mityczny feniks! Co tam jacyś książęta włoscy, niech patrzą i płaczą jaką okazję zaprzepaścili, jak tu sam Zygmunt I wkracza na scenę ten, który przoduje Europie! Nie będę opisywała tu bogactwa obfitości orszaku królewskiego Izabeli, dość wspomnieć, że imprezy towarzyszące festyny wszelakiego rodzaju trwały, bagatela czternaście dni. A nad tem wszystkiem panowała nie tylko uroda Bony, ale także jej umiejętności np. taneczne. Bawiono się tak jakby ten dzień miałby być ostatni.

I chociaż obie władczynie (Izabela i Bona) odwlekały rozłąkę to czas pędził nieubłaganie. Bona miała nie tylko uchodzić do bardzo dalekiego kraju, tak odmiennego kulturowo od jej ojczyzny. Miała ostatni raz zobaczyć matkę, i pożegnać wszelkie bliskie jej osoby. Co prawda mogła zabrać ze sobą (w myśl warunków ślubnych grono to powiększyło się o cztery służki i jeszcze jedną matronę) jedną matronę i dwie młode służki, ale wyobrażasz sobie dozgonną rozłąkę z rodziną? Nawet teraz, gdy wiek XXI nasiąkł technologią na wyciągnięcie ręki, a co dopiero wtedy… Cztery dekady daleko, daleko od słońca Italii, krajanie, którzy z nią wyruszą w podróż do Polski narzekać będą na wilgoć, zimno, nieprzychylny klimat. Inna sprawa, że wyprawa była mordęgą, wystarczy napisać, że tylko Bona radziła sobie doskonale. A gdy u celu podróży na mowę powitalną odpowiedziała płynną, kunsztowną łaciną dostojnicy i panie polskie mogły co najwyżej (a raczej najniższej) zbierać szczęki z ziemi, i masować sobie staw skroniowo -żuchwowy. Może nastąpiło przemieszczenie krążka (i to nie jednego) przy okazji, ale o fizjologii nie będziemy teraz pisać. Przybyłe Włoszki i Włosi podczas pierwszego bankietu zetknęli się po raz pierwszy (i nie ostatni, niestety) z tłustą i ciężką kuchnią polską. Zraszaną nie tylko toastami (a jakże) ale przykrymi dłuuugimi mowami. A nazajutrz przecież dalszy ciąg podróży. Państwo młodzi spotkali się po raz pierwszy dwa kilometry od wjazdu do królewskiego miasta Krakowa gdzie oczekiwał Król Zygmunt wraz ze swoją świtą. I znów ceremoniał. Skracam opowieść bo na opisanie wszelkich peregrynacji, miejsc w pochodach, czy dysput o tym, kto w jakim porządku ma jechać towarzysząc Królowej nie starczyło by czcionki, a gdzie podarki, czy opis rzeczonego wiana? Można by rozbudować opowieść do rana wieść niczym sznury drogocennych korali. Każdy możny miał swój orszak, a tym samym pochód wydłużał się i wzdłużał, pęczniał z każdym postojem czy powitaniem, a nie tylko na ziemiach polskich na trasie przejazdu gromadzili się mieszkańcy i przybyli specjalnie na tę okazję goście. Ludzie ówczesnej epoki nie różnili się specjalnie od nas, zadomowionych w XX, czy XXI wieku. A gdzie tam Kleparz, czy katedra, i znów konwenanse, mowy, czy wielogodzinne ceremoniały.

 

Bona zamieszkała w wyremontowanym w dużej części zamku, który wywarł na jej towarzyszkach i towarzyszach niemałe wrażenie. Zajęła komnaty na drugim piętrze od strony katedry. I znów konwenanse, odwiedziny małżonka wraz z senatorami, niby wytchnienie, ale cóż to skoro jednak nie. A Kraków pęczniał w szwach gdyż do jego bram pukali coraz to nowi wielmoże ze swoimi zastępami nie tylko ludzi, ale i zwierząt. Sam Jerzy, książę Brzegu miał jeśli liczyć tylko konie ich sto czterdzieści sztuk. A przecież one nie żywiły się powietrzem. Trzeba było rozlokować przybywających i nie uchybić ceremoniałowi. Aż cud i uśmiech losu, w którym ukazuje garnitur śnieżnobiałych zębów, iż zaślubiny odbyły się zgodnie z planem (dla lubiących daty osiemnastego kwietnia roku pańskiego tysiąc pięćset osiemnastego).  Potem tylko powrót do zamku i ośmiogodzinna uczta weselna (samych mis wysadzanych szlachetnymi kamieniami i zdobieniami było tysiąc trzysta) a sala złota była nie tylko z nazwy. A potem dla odmiany były uczuty i gdzieś pomiędzy noc poślubna. I tak przez dni kilka. A potem żyli długo i szczęśliwie. Nie, no tak dobrze nie ma. Nawet w bajkach. A Bona dorobiła się i białej i czarnej legendy.

 

Dzisiaj zaślubiny odbywają się w blasku fleszy cyfrowych, czy analogowych, wszystko jedno, a drzewiej nie było inaczej zabawki się tylko zmieniły, tyle, że miały wydźwięk cywilizacyjnych wydarzeń, społeczno-politycznych. Przybywali na nie nie tylko możni, ale przede wszystkim humanistki i humaniści. A ślad owych wydarzeń zapisany został w utworach muzycznych, albo literackich, tak też ocalony od zapomnienia. Ślub to nie tylko przepych i morze trunków to także konsylia naukowe, konferencje i uczone dysputy np filozoficzne. To nie śniło się nawet fizjologom! Taka anatomia weselnej zabawy! Co warto odnotować ślub Zygmunta I z Boną Sforzą jest opiewany w literaturze, nie bez racji (i nie chodzi tu o obfite racje żywnościowe, kilkanaście rodzai mięs i obfitości kęs) ale też należy wyraźną czcionką napisać, że  był to ostatni tak znaczący ślub polskiego monarchy. (A wiele już do dziś wody w Wiśle upłynęło). Przez delikatność nie wspomniawszy o tej w kranie. Smutne to, ale prawdziwe. Ślub Bony z Zygmuntem (jego rozmach) można przeczytać nie  inaczej jak tylko. Polska jest centrum renesansu. I nie chodzi o uczty, bale, rozdawnictwo medali, czy podarków kosztownych (a jakżeby inaczej gdy gościnie i goście się rozjeżdżali). Bo na warzywach się nie skończyło, ba… Nawet nie zaczęło, aaaale o tym, innym razem. Jak łatwo się domyślić, ciąg dalszy nastąpi… Ale spokojnie, nikomu na odcisk.

 

 

 

 

 

[(292+1)+1][314][(314)+1)+1]. (#12 poniedziałków:) Kobieta w czerni, albo pożegnanie z Marią.. Część trzecia (prawdopodobnie) ostatnia.

[Przedostatni walc, Wojciech Młynarski, źródło nagrania].

Skrócony odnośnick do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1ei

Wiele krojów czcionek i inkaustu nie jednego haust zużyto by pisać o razach (nie od- ani u-) pierwszych, ale jak może smakować robienie czegoś po raz ostatni? Jeśli oczywiście, mamy tego świadomość. Zasypiamy się i budzimy ze świadomością tego, że jeszcze tyle czasu przed nami, że tętno i krew będą krążyć, że zobaczymy kolejny zachód słońca, a wschód pewnie prześpimy w ciepłym śnie o lepszym jutrze. Jest tylko dzisiaj, i wspomnienie wczoraj, i nadzieja na jutro. Jest tylko dzisiaj. Jest teraz. Ta chwila. Tylko ta chwila. Nie ma innej.Ta chwila.

Z drugiej strony, warto sięgnąć w przeszłość. Być może kiedyś trzymał/aś/eś w ręce kalejdoskop. Jak byłam dziewczynką fascynowała mnie tańcząca geometria. Warto odkurzyć historię. Zatem pomni i pomne, tej wiedzy usiądźmy przytomnie w wieści opowieści co tyle treści w sobie mieści. (dla osób nie czytających wcześniej: część pierwsza, część druga):

[Stephen Hawking].

To, że Maria i Piotr Curie oraz Ernest Rutherford konkurowali, albo inaczej brali udział w wyścigu wiadomo, i tak to dyskutowali na łamach czasopism naukowych, powtarzając swoje doświadczenia (małżeństwo Curie nawet użyczyło swojemu konkurentowi próbkę destylatów toru i radu, dałby radę go nabyć -choć za uiszczeniem wysokiej opłaty— we własnym zakresie).  Za niedługo, bo w 1903 roku Maria obroni swoją pracę doktorską. Podobnież była pierwszą kobietą we Francji, która uzyskała ten tytuł. W tym to czasie Piotr w kieszeni swojej marynarki nosił bromek radu… Napisać, że promieniał szczęściem, to była by hiperbolizacja. Teraz już wiemy, że nie było to bezpieczne rozwiązanie. I on także to wiedział.

Jak wiadomo, siedem lat wcześniej, (1896 roku) umiera Alfred Nobel a pozostawionym przez niego majątkiem będzie zarządzała Szwedzka Akademia.  Gdy rodzinie milionera podważenie ostatniej jego woli się nie udało, czas przyszedł (i pozostał) na przyznanie pierwszych nagród. O pierwszej nagrodzie z fizyki już pisałam, ale fakt na który warto zwrócić uwagę, i co znamienne rok później, Nagrodę otrzymali Pieter Zeeman i Antoon Lorentz za badania nad wpływem magnetyzmu na zjawisko promieniowania, a przygotowanie do tychże badań, czyli cały szereg mrówczych prac (o czym się już nie wspomina) wykonał nie kto inny jak… Piotr Curie.  A on jedynie został nominowany do otrzymania tej nagrody… Zwykło się mówić (choć o przy i słowiach już było), że co się odwlecze to nie uciecze… No, chyba, że jest się kobietą… Poza tym, że Maria została wymieniona w liście, który był glejtem do otrzymania Nagrody Nobla przez Panów Piotra i Henriego, to zostały tam zamieszczone zmodyfikowane fakty, dotyczące odkrycia dwóch pierwiastków radu i polonu. No, a to co wykonała Maria, to przecież fakty, o których wie każdy naukowiec, który jest zorientowany w materii, z którą ma do czynienia, czyli… Nic wielkiego.  Najbardziej zdumiewające było to, że wśród sygnatariuszy listu znalazł się Lippmann, dla którego Maria była tylko ubożuchną studentką, z dalekiego (i to nie istniejącego) kraju. O całej sytuacji to jest znieważeniu Marii powiadomił Piotra Magnus Gosta Mittag-Leffler znany matematyk. Piotr zaś odpowiedział, że wkład Marii jest równoważny i jeśli tylko panowie zostaną nominowani do Nagrody Nobla, on tejże nie przyjmie. I tak dzięki zabiegom niemieckiego Matematyka i oporowi Piotra Maria także uzyskała Nominację . Oczywiście nie przeszło to bezkolizyjnie, niektórzy członkowie komitetu mieli protestować zasłaniając się względami formalnymi, to jest wcześniejszemu sporządzeniu dokumentu, ale dzięki temu, że Maria była już wcześniej (i to dwa razy) nominowana do otrzymania nagrody stało się możliwe skorygowanie  treści dokumentu.

I tak d o c e n i o n o jej wkład za zapoczątkowanie nowych badań w dziedzinie fizyki, wytrwałość, oraz niezwykłą doskonałość metodyczną. Curie odkryli zjawisko promieniotwórczości.  To, że Piotr się zbuntował, i nie zgodził się na pominięcie wkładu żony, to jedna sprawa. Małżeństwo Curie przyjęło nagrodę (chociaż  podział finansowy nie był sprawiedliwy bo potraktowano ich jako jedną osobę) to już budziło zdumienie w środowisku naukowym, ale to, że odmówili przyjazdu do Szwecji… (Ha! Bob Dylan nie był pierwszy, który wywinął taki numer…Przed nim była Polka! Nasza RADaczka!) Ale dosyć żartów, tu chodziło o sprawę poważną. Naprawdę. Maria znów ma nawrót depresji. Zeszłego lata, poroniła (o czym się nie mówi, w zasadzie o wielu aspektach życia naukowczyń się nie dyskutuje, nie tyle, by roztrząsać prywatne sprawy, ale dla nauki właśnie, wyciągania wniosków etc). Nie, to nie skutek choroby popromiennej. Śmierć ukochanego ojca, potem dziecka, następnie niedożywienie,zmęczenie i praca, czyli powtórka znanego scenariusza, to wszystko odbiło się na stanie zdrowia Polki. Becquerel sam odbierał nagrodę, która podówczas, nie była tak znana jak dzisiaj.

Roztargnienie jest niebezpieczne tak samo w laboratorium jak i na ulicy, o czym przekonał się Piotr Curie i jego żona. Czwartek dziewiętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset szóstego roku padało rzęsiście. Toczy i tłoczy się życie na przejściach dla pierwszych, drugich i trzecich pieszych w kolejce po śmierć. Louisa Manina, woźnicę feralnego tłum chciał (i o mało swojej obietnicy nie zrealizował) zlinczować w odwecie. Nie, nie dlatego (a przynajmniej) nie tylko dlatego, że dowiedziano się kto zginął pod kołami szaleńczo mknącej dorożki.Paryż, jak i w ogóle Francuzki i Francuzi byli podminowani sytuacją gospodarczą. Nastroje, eufemistycznie rzecz ujmując były wybuchowe, a rzecz uściślając strajk goni strajk, wreszcie zaczyna się mówić o warunkach pracy, braku zaplecza socjalnego etc. Warto sobie przypomnieć o jednej rzeczy zaczęto pisać o koncepcji dzieciństwa, jak je dzisiaj pojmujemy w tysiąc dziewięćsetnym roku. Drzewiej dziecko to taki mały dorosły. Dzieci pracowały w kopalniach, w warunkach trudnych do wyobrażenia. [Stąd też w baśniach pisze się o krasnoludkach, to dzieci, skarłowaciałe, które nie mają szans, na to by prawidłowo rosnąć. Nie mówiąc już o odżywaniu się, radości, czy zabawie. (O czym już w wspomniałam)] zabezpieczenia społeczne, warunki pracy. I to bardzo ważne aspekty życia społecznego, które teraz są podnoszone przez mieszkańców, zwłaszcza, że a) nie tak dawno  na łamach prasy, z każdej szpalty wrzeszczały tytuły o wypadku pod ziemią, b) ministerstwo spraw wewnętrznych zyskało nowego kierownika. Gdyby istniała wtedy chociażby telewizja, na miejscu byłyby wszystkie ekipy, a i wykonywano by symulację wypadku. O czym myślał wtedy Piotr? Czy wypadki (sic!) potoczyły by się (sic) bezpieczniejszą drogą, gdyby wracając ze spotkania z profesorami nauk ścisłych, zastał jednak swojego wydawcę, do którego wstąpił? Gdyby nie ten strajk pracowników drukarni… Redaktorzy nie mieli by o czym pisać. Jean Perrin mówił, miał mówić później, że gdy przekazał hiobową wieść o śmierci jej ukochanego zachowała stateczną postawę. Nie powinno to nikogo zdziwić, od dzieciństwa uczona uczona była tego by nie zdradzać swoich emocji, czy chodziło o matkę i zachowanie dystansu wobec córki, czy maskowanie uczuć wobec ojczyzny, której nikt nie raczył umieścić na mapach świata. Jej listy, jej dziennik z tego okresu jest pełen czułości, dziennik najbardziej tajny zdradza skrywane skrzętnie między papierem a atramentem, miłość, czułość i tęsknoty jotę.

Jakże przykre w tym wszystkim i to, że przez opinię publiczną postrzegana była jako żona uczonego, tak, żona uczonego, ten status też straciła, jakże miało się okazać, bezpowrotnie. Wywalczyła sobie Maria, a nie otrzymała w spadku, jak zwykło się pisać, katedrę fizyki ogólnej na Sorbonie. Jakież było zdziwienie publiczności, gdy zaczęła wykład tam, gdzie Piotr skończył, bez zbędnych peregrynacji, czy rzecz ujmując rzecz miej literacko, propedeutyki. Piątego listopada roku tysiąc dziewięćset szóstego. W tym czasie obie córki rezydowały u dziadka, który podął się ich wychowania, a matka, pierwsza kobieta, która uzyskała katedrę wyższej uczelni, jak zwykła to robić wsiąknęła w naukę. W tym czasie także należy uregulować własność radu, a Maria broni swojego wkładu intelektualnego. To z jednej strony, prywatnie przez dwa lata organizuje nauczanie zbiorowe, jak to się drzewiej nazywało mając na względzie dobro i rozwój córek, ale żeby ich nie izolować, zapewniając poprawny przebieg socjalizacji (inaczej rzecz się miała u Witkacego, który miał wszystkie rzeczy materialne, również te trudno osiągalne, ale nie chadzał do szkoły powszechnej) w tym liceum wykładowcami/wykładowczyni są nobliści/noblistki. To się nazywa dobór kadry. Do tego Maria zatrudniła guwernantkę, która uczy córki polskiego.  To co pozwoliło Marii oprzytomnieć to oczywiście, sprawa nauki, a raczej, pisząc wprost toczenie bojów na tym polu z lordem Wiliamem Thomsonem. Phi, powie może ktoś/ia któż to jakiś tam lord, którego Historia nie pamięta… Jeszcze rok przed śmiercią fizyk ów twierdził, że rad nie jest metalem. I zaprzągł w te rozważania prasę.  Opisał to jako ołów z helem. Rutherford miażdżył argumenty Kelvina w prasie naukowej, ale ten nie ujrzy ostatecznej, zwycięskiej rozgrywki Marii. W ostatnim roku pierwszej dekady roku tysiąc dziewięćsetnego wraz z Andre Debierneem otrzymuje kilka miligramów białego metalu, to ostatecznie zamyka rozgrywkę, ale to tylko wygrana bitwa, nie wojna. Przynajmniej na razie. W tym samym roku Maria w dwóch tomach wydaje swoje prace pt. Traktat o promieniotwórczości. Dzięki hojności Andre Carnegie Maria pracuje we własnym, wspaniale wyposażonym laboratorium jak również dzięki zaangażowaniu Armeta de Lisle‚a. Dysponuje takim zapleczem technologicznym i finansowym, o którym dzisiaj śnią naukowcy, nie tylko naukowczynie, na całym świecie. Tymczasem świat się podpala, wrą nastroje nacjonalistyczne, z jednej strony, z drugiej nauka rozwija się jakoby wbrew polityce. Maria bierze udział w pierwszym Międzynarodowym Kongresie Promieniotwórczości, na którym poznaje Lise Meitner, która nazywana jest nie inaczej jak „niemiecką Curie” z racji podobieństw w życiorysach.

Eugeniusz Curie umiera bez pośpiechu i po cichu w cieniu Wielkiej Historii, teraz to Maria musi zaopiekować się córkami. Ale jak zwykle to bywa we wszystko wmieszała się nie, nie tyle historia, co polityka z sosem nacjonalistycznym, ksenofobicznym i nienawiści wobec kobiet. No i uprzedzeniami wobec osiągnięć naukowych.  I w takim klimacie rozgrywa się na łamach prasy kandydatura Marii do Akademii Nauk, nie zostanie zaliczona do tej grupy, i będzie nad tym ubolewać do końca życia, oczywiście ubolewać skrycie, jak to miała w zwyczaju. Dwóch głosów zabrakło. Prasa nie była przychylna Marii, jej rolę określano jako współpracowniczki męża, albo „inteligentną i bardzo oddaną małżonkę”, a to eufemistyczne określenia, zarówno w świetle rzeczy już opisanych, jak i tych, które wkrótce miały nadejść. Głównymi autorami, tych zajść, których wskazuje historia mieli być: Julien Coudy i Henri Bourgeois. Maria uczestniczyła będzie również w pierwszym Kongresie Fizyki Solvaya. Do Brukseli w 1911 roku zjadą najwięksi uczeni. W Listopadzie prasa ujawnia romans z Paulem Langevin. I to krótki lont, który rozpala burzę, fizyk, który podówczas był już w separacji ze swoją żoną, a ich kłótnie były sławne ze swych decybeli, rozmachu, i potłuczonych naczyń, przy okazji. Gdy ma się te wiedzę trudno dać wiarę, o zarzutach powielanych w prasie, że P o l k a oto rozbija d o b r e  f r a n c u s k i e małżeństwo. Rozpętał się sztorm, nie tylko są wysuwane żądania by uczona zrezygnowała z wykładów na Sorbonie, ale generalnie wyjazdu z Francji, po prostu wyginania, i do podania się tej egzekucji namawiała ją Bronisława, przecież w Polsce, obejmie nie tylko takie stanowisko, które by ją interesowało, ale i z laboratorium nie będzie problemu, zwłaszcza, że sprawa polską była nie tylko żywo zainteresowana, ale i utrzymywała kontakty. I jeszcze jeden pan, namawia ją do powrotu do ziemi ojczystej, noblista, Polak: Henryk Sienkiewicz, kierując do Czcigodnej Pani list. to on również zapytuje jeszcze o jedną sprawę, mianowicie, czy zgodziła by się powołać podczas  swojego pobytu za Oceanem komitetu, którego głównym zadaniem było by zbieranie składek na powstanie w Polsce Instytutu Radowego. Posłańcy Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (któremu przewodniczył Kazimierz Żorawski, tak ten sam Kazio, który nie potrafił i nie chciał się przeciwstawić woli rodziców, by mógł poślubić biedną guwernantkę) mieli przekonać Marię do powrotu na ojczyzny łono. Nie do przecenienia zostaje jej wkład w naukę polską, wpierała rodzimych naukowców na wszystkie dostępne sposoby. Ad rem!

Taka sprawa to przede wszystkim sytuacja gdy przyjaźni, mówi się sprawdzam, i bez wątpienia, ci,którzy dotychczas deklarowali przyjaźń, Marii, ten egzamin zdali na szóstkę. Należy pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze w czasach trudnych dla naszych Bliskich to my zdajemy egzamin, ale gdy nas dotykają złe obroty spraw ziemskich, to okazuje się kto rzeczywiście jest naszym przyjacielem, kto potrafi nie tylko z jednej strony okazać nam gesty przyjaźni, poważania, szacunku, z drugiej zachęcić do działania, do wytrwania w drodze do celu. Kto w nas wierzy. Ad rem! To czas dla Marii trudny, prasa ją znieważa.

Nie jest rozstrzygnięte, czy Paul doznawał przemocy fizycznej ze strony żony, chociaż i takie podania można znaleźć, dość napisać, że jego małżeństwo, które prawnie było w separacji, należało już do przeszłości. Gdyby tylko Maria była mężczyzną, nie było by sprawy, o życiu Alberta [Einsteina] nie pisało się wiele, a było o czym. To nie wymiana przyjacielskich listów, i zamiana koloru sukien z czerni, na biel. Listy owe sprzedane zostają prasie przez żonę uczonego w akcie zemsty. Opublikowane pt. Historia miłosna: Pani Curie i profesor Langevin. Znamienny tytuł. Dalej są oskarżenia, emigrantka, której Francja udzieliła schronienia, która była biedna,  odbiera dobrego męża przykładnej Francuzce, chociaż trzeba, by być rzetelną, powiedzieć i to, że dziennikarz, który rozpętał to piekło na ziemi, skierował list z przeprosinami do uczonej, ale nic to nie pomogło, prasa miała o czym pisać. Oto biedna kobieta, wdowa rozbija idyllę francuziej kochającej się, rodziny. Machina poszła w ruch. a czcionka paliła się i rozpalała umysły nie tylko Paryżan. Żona uczonego wniosła pozew o alimenty i oskarżyła małżonka o cudzołóstwo. I pistolety miały wystrzelić, nie w przenośni, lecz zupełnie na poważnie, gdyż Langevin pozwał Tery’ego na pojedynek. W tym czasie wieści te przetoczyły i przekroczyły wszelkie granice… nie tylko absurdu, zdrowego rozsądku, ale przede wszystkim geograficzne. W tych dekoracjach, gdzie ani deka racji nie ma Georges Urbain kieruje do Paula ów sławny List nie tylko w obronie moralnej Curie, ale przede wszystkim ujawniając kulisy zajścia. I tak, z jednej strony sprawa sądowa w toku, z drugiej przyznano Marii dwukrotnie Nagrodę Nobla, co do tej pory pozostaje wydarzeniem bez precedensu. Ale aby to zrozumieć należy spojrzeć głębiej, albo jak kto/sia woli z szerszej perspektywy. Nie chodzi o roztoczenie parasola ochronnego nad wdowa Curie, czy o solidarność uczonych (hahahaha) jeśli już prędzej to można (jeśli już trzeba przyjrzeć się) to rozpatrzeć sytuację jako rywalizację między fizykami, a chemikami. Tak pierwsza Nagroda Nobla to kamyk (a raczej głaz, kamień węgielny) do pierwszego ogródka, druga, do drugiego. To pogodzenie dwóch środowisk, biorących udział w wyścigu. Radioaktywność to nie tylko początkująca, ba raczkująca dziedzina, ale łączy dwie dyscypliny. Co warto też zauważyć, a o czym niewiele się mówi, jeśli po odbiór pierwszej Nagrody Nobla z dziedziny Fizyki Curie, nie mogli przybyć, ze względów już wspomnianych, to jeśli chodzi o drugą domagano się od Marii by po drugą nie stawiała się osobiście, uczynił to listownie Savante Arjemius, no nie ma co myśleć o obronie uczonych, a powodem była sprawa Langevina. Wyobrażasz sobie taki list skierowany do mężczyzny? Czy muszę pisać, że Maria pojawiła się w Sztokholmie? Uprzednio, odpisawszy na list. Teraz już afera zmienia nazwę zataczając coraz to szersze kręgi. Do tego gdzieś ginie fakt, że procesu sądowego o zdradę jednak nie będzie, taki szczególik na marginesie histerii i historii  afery Curie. I tak przybywają trzy, Maria, Bronisława i Irena. Zauważone zostaje jeszcze jedno, słaba kondycja fizyczna Noblistki. Nie tylko jej bladość, ale potrzeba fizycznego podtrzymywania, wspierania się to na ramieniu siostry, to córki. Pięciodniowy maraton. Gratulacje nie mają końca, można dostrzec wśród nich także list, którego nadawcą jest nie kto inny jak Planck, ale nie każdy był taki przychylny, czy chociażby prawdomówny, wystarczy przyjrzeć się korespondencji Rutherforda, którą jednak tutaj, przez grzeczność pominiemy myśleniem i milczeniem. Dość stwierdzić, że do Marii skierował list pochwalny, komplementujący. Niemniej pod koniec roku 1911 Curie trafia do szpitala. Potrzebuje odpocznienia. I tak udaje się na kilka miesięcy do Hampshire za namową przyjaciółki i na jej zaproszenie.

Po przyjeździe Maria zmieni adres zameldowania, na paryski. Maria przewodzi badaniom nt. pierwiastków promieniotwórczych naucza, wygłasza referaty. Wyszła z bojów ręką nie tylko obronną, ale jak twierdzą historycy silniejszą. Na jednym z kongresów Fizyki Solvaya dołącza do niej córka (Irena oczywiście) ze swoim mężem. I spotyka tam też znajome twarze wśród nich wspomnianą już Meitner, która teraz pracuje w Berlinie ze swym mężem Otto Hahnem.

Czternaście lat przed wybuchem II wojny światowej Maria wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. Będzie gościnią także w Instytucie Francuskim w tym mieście, opowiadała o paryskim instytucie Radowym chciała by taki powstał również w Warszawie. W jej starania zaangażowane były różne osoby od Meloney po Huberta C Hoovera. I tak na schodach Białego Domu, w obecności dygnitarzy (warto wyróżnić w tym miejscu Paula Claudela, o jego siostrze napisałam pierwszy artykuł zamieszczony na blogu) z rąk prezydenta otrzyma czek, który będzie kamieniem węgielnym instytutu, który zostanie wybudowany na warszawskiej Ochocie przy ulicy Wawelskiej 15 uczestniczyła tak w pracach projektowych, położenia kamienia węgielnego jak i otwarciu dzisiejszego Centrum Onkologii.

Podczas Wielkiej Wojny Maria z córką były na froncie, prześwietlały rannych żołnierzy za pomocą przenośnych aparatów rentgena. O czym także mało kto wie, tak naprawdę ryzykowały życie własne. Te pojazdy zyskały znamienny przydomek Małych Curie. Przebadano milion sto tysięcy wojaków, którzy inaczej musieli by umrzeć. A przecież mogły siedzieć wygodnie w swoich fotelach w instytucie zaliczanych do czołowych na świecie i prowadzić badania nad radioaktywnością. To ona uda się do francuskich ministrów proponując utworzenie specjalnego oddziału służby radiologicznej, to ona wyrusza wraz z nastoletnią Irką na front. Na pierwszą linię ognia. Ale takie posunięcie wymaga poparcia, które Maria, a jakżeby inaczej uzyskuje, auta renault i limuzyny zostają przemodelowane godnie z jej projektem. I takich samochodów za jej sprawą i sprawnym zaangażowaniem powstało ponad dwieście. Och, to taki gest cudzoziemki… Biednej guwernantki, która się chroni w ramionach męża, i grzeje

w jego sławie. Tyle, że prawie każda osoba mądra jest po tym jak ktoś/ia jednak przezwycięży trudności, wtedy usta i kieszenie ma wypchane frazesami w stylu:” jesteś dzielna”, „ja to zawsze w ciebie wierzyłem/ wierzyłam” etc. Marne pocieszenie, a właśnie jeśli już o Marnę chodzi to Maria i Irena pojechały w pełni wyposażonymi małymi Curie, na front podczas bitwy nad Marną jeszcze jedno warto zauważyć ów projekt, jak można było tyle ważnego sprzętu ważącego od ok 250 do 300 kg umieścić w jednym samochodzie o niewielkich rozmiarach. Jeśli komuś przychodzą na myśl podróże fiatem 126p to niech daruje sobie porównania. Trzeba było zmieścić nie tylko urządzenia, które wytwarzały wysokie napięcie, zawory, trzy lampy i statywy, stolik, zapas płyt i innych materiałów fotograficznych, a także ekran służący do prześwietleń.kasety, zasłony do przyciemniania, aparaty ochronne dla operatora, narzędzia medyczne,kable, części zapasowe, apteczki, zespoły prądnicowe, i komplet narzędzi do badania rannych i prowadzenia operacji, personel liczący trzy osoby: kierowce, laboranta i medyka/ Montowanie aparatury trwa, uśredniając, kwadranse dwa. Warto pamiętać, że szpitale były prowizoryczne, najlepszym sprzętem dysponowały panie Curie. I to wszystko mknie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Nie dziwi więc spostrzeżenie, że w Belgii i Stanach Zjednoczonych Maria postrzegana jest (a przynajmniej była jeszcze nie dawno) jako lekarz. Tak, jako medyk. Po powrocie z Wielkiej Wojny, opublikuje swe raporty, które spisuje w wolnych chwilach. Nie, nie zabezpieczały się ołowianymi garniturami, chociaż wiedziano o zgubnym wpływie promieni X już wówczas. Bo jakże by inaczej tłumaczyć powstałe kursy zastrzeżenia, że aparaturę mają prawo obsługiwać wyłącznie technicy i lekarze przeszkoleni w tym zakresie nosząc odzież ochronną specjalnie przeznaczoną w tym celu? To mit, że Maria nie wiedziała o zgubnych skutkach promieniowania. To przecież ona angażuje się osobiście w kształcenie przyszłych laborantów, j i laborantki (dwadzieścia kobiet)ej zdolności pedagogiczne i andragogiczne często się pomija, jako nieważne. To ją na tym stanowisku zastąpi córka, Irena. Oboje wykształcą sto pięćdziesiąt kobiet w ciągu czterech lat wojennych jak i po zakończeniu działań zbrojnych. Punktów stałych i tymczasowych było 500, a mobilnych Curie 300. A personel jednego autka wykonuje przez dwa lata dziesięć tysięcy badań na siedmiu tysiącach rannych. To tak jak ratować miasta od nieuchronnej zagłady.

Jako pięćdziesięcioletnia kobieta w 1914 roku wyrusza w podróż za ocean po cenny gram radu. Zawojować Stany niemniej Zjednoczone pomoże jej Missy. Finał już znamy.

Nikomu nie zwierza się ze swojego cierpienia, można dostrzec symptomy, jeśli się o nich wie, ciągle pociera ręce tak jakby marzła wystawiając dłonie na mróz. Piszę na tablicy ogromniaste cyfry, litery nieskładnie, ale nikomu nie powie, że nie widzi.Bez powodzenia przechodzi operację katarakty, widzi od tej pory podwójnie, ćwiczy się w pisaniu i czytaniu, bez powodzenia. Dalej jest zwierzchniczką laboratorium najlepszego na świecie. Dalej nie jest przyjęta do grona Akademii Nauk, dalej nad tym ubolewa. Dalej, skrycie. Zostanie zaproszona do grona osób, które mają zasiadać w Komisji Współpracy Intelektualnej znanej jako CICI pod przewodnictwem Henri Bergsona. Maria zawsze zabiegać będzie o pokój, chociaż mit, pielęgnowany będzie inny, pieśń o oderwanej od spraw doczesnych idealistki, marzycielki, kobiety dzielnej, kobiety odzianej w surową czerń. To ona przyjmuje do pracy w swym laboratorium ludzi, którzy staną się wielcy tak jak Bernard Goldschmidt, który będzie w przyszłości szefem Komisji Energii Atomowej.

Historia Marii Skłodowskiej, którą świat zna jako Madame Curie, kobietę, która promieniowała sławą. W jednym ze swoich listów adresowanych do Herthy Ayrton napisała:

Jedynie za pomocą pokojowych powiązań będziemy w stanie stworzyć pokojowe społeczeństwo(…) Aż trudno sobie wyobrazić , że po tylu stuleciach rozwoju ludzka rasa ciągle nie wie, jak rozwiązywać problemy bez uciekania się do przemocy.

Szkoda, że te słowa te, w odróżnieniu do jej dziedzictwa,  nadal pozostają aktualne. Maria za życia została legendą, po części sama dorzuciła do niej kila zdań. Niemniej, niestety, nie zmienia to faktu, że jej życie nadal pozostaje nieznane, poza oczywiście faktem, że jest jedyną osobą odznaczoną dwukrotnie Nagrodą Nobla, pierwszą kobietą, i obcokrajowczynią, która została pochowana na francuskim Panteonie. A szkoda. To biorąc pod wzgląd fakt, że jej życiorysem można obdzielić spokojnie jeszcze jedną osobę, to niewiele. Oczywiście, z jednej strony jej imię i nazwisko wymieniane jest jednym tchem wśród kobiet, które zmieniły świat, wśród Ważnych Polek, Francuzek, czy np. Sufrażystek, ale na tym wiedza często się kończy. A może warto by się zaczynała, by poznać Marię jako kobietę pełną namiętności, która uczyła i nauczyła się walczyć nie tylko o słuszne sprawy narodowe, ale i o własne, o to by zapisać się w historii z aptekarską precyzją. Romans z naukowcem francuskim  nie dodał jej legendzie rumieńców, jak to niektórzy pisarze niejako w obronie ówczesnych przytaczają pisarze, ale pozwala nakreślić klimat ówczesnej epoki.

Wpis ten ukazuje się jako trzeci artykuł, którego postacią główną jest Maria Salomea ze Skłodowskich Curie. Jak również w oznaczony tagiem #12 poniedziałków. A to dlatego, że poniżej znajduje się

Zadanie dla Osób chętnych:

Uzbrojon_y/a jesteś w magiczne przedmioty? (Papier i ołówek, pisak, pióro? ) i nieświęty spokój. Odpowiedz sobie na piśmie na pytanie:

Gdybym miał/a możliwość podróży w czasie i przestrzeni to dziesięć osób, które chciałbym/chciałabym poznać:

  1. ______________________
  2. ______________________
  3. ______________________
  4. ______________________
  5. ______________________
  6. ______________________
  7. ______________________
  8. ______________________
  9. ______________________
  10. _______________________

Gdy już wypiszesz, wybierz pięć, z tego grona. Następnie wypisz powody dlaczego właśnie te, a nie inne osoby? Jeśli są to członkinie, bądź członkowie Twojej Rodziny, którzy na przykład nie żyją, zapisz sobie refleksje, dlaczego właśnie te osoby chciałbyś, chciałabyś poznać? Co możesz teraz zrobić? Np zacząć poznawać historię Twojej Rodziny, pytać tych którzy żyją, albo samemu, samej/samemu zacząć np pisać dziennik? Jeśli wśród osób wymienionych są postaci historyczne, to zdecyduj, że w tym roku kalendarzowym sięgniesz po dwie książki np biograficzne. Jeśli chcesz, w wolności podziel się swoimi refleksjami poniżej, a może chcesz o kimś jeszcze przeczytać na tym blogu? Zapraszam do treści spisu, i do dyskusji poniżej. Ten artykuł jak i to zadanie może być przyczynkiem do poznania tak własnej historii, w perspektywie makro, poznanie losów wybitnej naukowczyni, a może przyczynkiem do poznania losów własnej rodziny. Jeśli ulica przy której mieszkasz nosi czyjeś nazwisko, może to okazja by się życiorysowi tej osoby przyjrzeć bliżej? Jeśli tak, to napisz w komentarzu poniżej.

Kończąc, ciekawe, czy Maria patrząc na niebo, albo spacerując swoimi ulubionymi alejkami już wiedziała, że to ostatnie chwile? Tego już się nie dowiemy. Doznanie czegoś po raz ostatni, może być równie silne, jak wykonywanie czegoś po raz pierwszy. Maria uwielbiała spacery, zarówno swój dom w Prowansji, zakupiony z drugiej nagrody noblowskiej, jak i alejki francuskiego laboratorium były specjalnie zaprojektowane tak, by znalazło się tam bardzo dużo zieleni.

 

[292+2]. Rad – nie rad? Rad, czy(li) rad da(je) radę (II).

/The Chordettes: Lolipop, źródło nagrania/. Można by przerobić na lolirad? Da radę?

Oto nowa substancja, która wyłania się z tego materiału, blendy uranowej. Sprawia ona, że powietrze staje się przewodnikiem. Można także mierzyć jej aktywność, dzięki elektrometrowi kwarcowemu, wynalezionemu przez Piotra. Tak właśnie towarzyszyliśmy naszemu bohaterowi drogą prób i błędów.

[wypowiedź Marii Curie, cytat za:Maria Skłodowska Curie, Laurent Lemiere Świat Książki, Warszawa, 2011 s.44, tłumaczenie Grażyna i Jacek Schirmerowie].

Fakt, że moja matka nie szukała ani znajomości z wielkimi tego świata, ani stosunków z wpływowymi osobistościami, bywa nieraz uważany za przejaw skromności. Moim zdaniem było raczej na odwrót: doskonale zdawała sobie sprawę z własnej wartości i bynajmniej nie czuła się zaszczycona kontaktami z ludźmi utytułowanymi, czy ministrami. Była, jak sądzę, bardzo zadowolona z poznania Rudyarda Kiplinga natomiast fakt, że została przedstawiona królowej Rumunii nie miał dla niej znaczenia.

[Wypowiedź Irene Joliot- Curie j.w. s. 55, wyróżnienie własne].

… Że nie przystoi jako ilustracja do artykułu o Marii? Że trudno sobie wyobrazić ją tańczącą, i rozprawiającą o lizakach, slodkich ustach, no, może i trudno, ale przecież utarty wizerunek (żeby nie napisać stereotypowy) to co innego niż codzienne szycie życia, gdzie różne ściegi zbiegają się w jeden wzór (czasami, tak jak w tym przypadku) chemiczny.

Jestem ciekawa, jak Maria Salomea odnalazła by się w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego wieku. O czym rozmawiała z Piotrem, gdy nie rozprawiali akurat o nauce, kryształach, promieniotwórczości… Co przecież rzadkie, ale kto/sia wie… Nie tak jakby się wydawało. O czym rozmawiali podczas owych wycieczek rowerowych? Chociażby te pytania cisną się na usta, kładą się na myśli.

Do słodkości jeszcze wrócimy.Mam mniam, nadzienie,  nadzieję, że szybciej niż się wydaje.   Podejmijmy opowieść w miejscu w którym, jak to  trafnie ująłeś Xpilu, ” trochę jakby się urywa przed zakończeniem” istotnie została cięta uuu. 😀 Usiądźmy zatem powtórnie w sytuacji. Dla tych osób, które nie zapoznały się z jej  częścią pierwszą, chwila wprowadzenia, dla tych, co mają lekturę za sobą, chwila przypomnienia.

Jak wiemy dziesiątego grudnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego szóstego roku umiera wynalazca,który snuł mit, o pokojowym współistnieniu ludzi, znaczy się wynalazca dynamitu, bombowy, by nie napisać rozrywkowy chłop(ak). Gdy rodzinie nie udaje się (a próbowano,próbowano!) podważyć (uff jaki ciężki) testamentu z chwilą śmierci fundatora ustanowiona została nagroda, za wybitne osiągnięcia w nauce.

Pierwsze wyróżnienie z dziedziny, której rozwojowi się właśnie przyglądamy, przypadło jak wiemy Roentgenowi. Jakież to teraz wydaje się niesłychane, przecież korzystamy z jego wynalazku tak często, i nie zastanawiamy się jaką drogę pokonał jego pomysłodawca i w jak krótkim czasie to się odbyło urzeczywistnienie myśli, no i oczywiście,gdzieś tam świta myśl fotografia ręki jego osobistej żony jest tą, którą zna świat. Na trwałe wpisała się w (pop)kulturę.Oczywista, oczywistość. Tak t(r)worzy się historia…

O tym, o czym się zapomina, to fakt, że Becquerel, Piotr i Maria Curie już wtedy byli nominowani do otrzymania tej nagrody, która nie była wtedy aż tak popularna i nie cieszyła się aż taką renomą, przecież dopiero co została ustanowiona. Chociaż oczywiście była ważna. To bohater drugiego planu, lekarz, Charles Bouchard miał prawo nominowania kandydatów, aż do  chwili rozstania się z życiem (po śmierci raczej było by mu trudno 🙂 ). Odznaczeni zostali Lorentz i Zeeman. Tak jak już wiemy, Piotr wykonał większość badań przygotowawczych, ale to ta dwójka zdobyła trofeum.

A kolejny rok sytuacja też nie rysowała się pomyślnie, przynajmniej dla Marii, która nie została ujęta w poczet tych, osób ważnych dla nauki, owszem Piotr i Henryk zostali nagrodzeni, ale Maria, cóż, tak to jest właśnie być Kobietą, naukowczynią, emigrantką. D z i e l n ą nie niedzielną emigrantką, biedną studentką, kobietą w świecie mężczyzn. Przecież ona nie należy do naszego świata… Dla niej przynależne są tylko słowa, słowa,słowa pochwalne, tak by podkreślić to jaka była harda, d z i e l n a (słowo wy_trach, i słowo wytrych ,słowo klucz, słowo zasłona dymna),  Maria skora do poświęceń. Tak stwierdziło czterech jajogłowych, co więcej w liście nominującym wymieniano tylko wkład Piotra i Henryka. To nic, że Maria i jej zaangażowanie w badania były powszechnie znane. A czy wspominałam, że do czwórki pod wezwaniem, która redagowała należał nie kto inny jak Gabriel Lippman? Tak, ten sam, wyznawał pogląd, że co dla innych jest podłogą, dla drugich jest sufitem.  W świetle tego co zrobił, albo czego n i e   z r o b i ł ,ukazuje gdzie sytuował osiągnięcia s w o j e j   byłej s t u d e n t k i. Jak to jest, że ze strony, z której wypatruje się przychylnych spojrzeń dostaje, bardzo często, lecz nie zawsze, zimny prysznic? Tak było i tym razem, Maria mogła do  dokonywać ablucji.

Chociaż, by oddać sprawiedliwość, a raczej dostrzec głos mniejszości, sztuk jeden, nie jest to rachuba równa,  jednakże warto odnotować dla porządku- jakie  twierdzenie wysnuł Magnus Gosta Mittag Leffler, ten matematyk, sądził, że kobiety w nauce są niedoceniane, ich wkład jest świadomie pomijany.  To on ubolewał  nad tym co właśnie się stało, nad wymazaniem dokonań Marii  i przypisywanie ich Henrykowi chociażby w owym liście. To Magnus napisał do Piotra donosząc o postanowieniu kolegów, to on dostał odpowiedź Curie, który wspomniał, że jeśli tylko on zostanie odznaczony to owej nagrody, nie zamierza przyjąć, gdyż wkład w badania jest równy, i nie sposób go sztucznie oddzielać i ważyć. Maria ma swoje zasłużone miejsce i dokonania naukowe. Dalszy ciąg (tym razem nie matematyczny) życia ścieg znamy. Warto też wspomnieć, że Charles Bouchard także raczył przypomnieć, ze Madame Curie była wcześniej nominowana do owej nagrody (i to dwukrotnie), że co prawda postanowień listu się nie zmienia, ale jest to możliwe dzięki temu faktowi tylnym wejściem na scenę została wprowadzona Maria, której zasługi były owszem znane powszechnie, owszem niepodważalne, ale niestety, miała to nieszczęście urodzić się kobietą, nie była traktowana poważnie, a jej pochodzenie jeszcze nie raz zostanie wypomniane. Skąd my znamy tę piosenkę? Niestety, nuta na którą jest ona śpiewana, nie przemija.  Powszechnie jakoś nie mówi się, o tym, że  Maria i Piotr dostali taki wymiar pieniężny nagrody, jakby stanowili jedno. I nie chodzi tu o przysięgę małżeńską.

A właśnie, tak przy okazji,  nie jest prawdą, że tylko Bob Dylan nie przyjechał po odbiór nagrody, Polka też tak uczyniła. Maria doświadczała depresji. Mało kto/sia wiedział/a, że poprzedniego lata poroniła, taki to skutek odniosła nie z pełna miesięczna wycieczka rowerowa na którą wybrała się wraz z Piotrem. Do tego nie mogła uciec w prace, jak dotąd tak przecież czyniła, nie jako sprawy, którymi zajmowali się, biegły ku końcowi, trzeba było poodmykać różne kwestie. żałoba po stracie ojca, z nią także się nie zmierzyła. To wszystko skutkowało tym, że zareagowała psychosomatyczne. Jedynie co mogła,to prowadzić zajęcia, co też czyniła. Tak jak kiedyś jej matka, tak ona teraz odsunęła się od Ireny, tak jak kiedyś mało jadła i piła.

Nie odbyli w grudniu wycieczki do Szwecji, uczynili to pół roku później. A ponieważ nieobecni nie mają głosu, absencja przy wręczeniu nagrody zemściła się z niedowierzaniem czyta się laudacje, którą wygłosił Tornebladh, ręce opadają, nie mówiąc o szczęce. I członkach pozostałych. Nie będę karmić cytatami, kto/sia ciekaw/a niech zajrzy. Powszechne przekonanie, a może lepiej napisać skojarzenie, jest takie, że Maria została odznaczona ze względu na dokonanie odkrycia pierwiastków jednakże, o tym fakcie nie wspomniano. A to dlatego, że Tornebladh bał się, że one nie istnieją, przecież to fantasmagorie, kto by na poważnie brał wynurzenia ambitnej, bo ambitnej emigrantki? Oczywiście znane są próby podważenia istnienia polonu, miał to być jedynie związek chemiczny, i to wcale nie nowy. Na szczęście, no dobrze nie ma to nic wspólnego ze szczęściem, Maria ustosunkowała się do „”rewelacji” wypowiedzianych i opublikowanych przez Willego Marckwalda. pisząc do niego referat po niemiecku, przedtem udając się do laboratorium by jeszcze raz się upewnić czy to ona ma rację.

We Francji następują zmiany, rozdział Państwa od Kościoła, do tego gorąca polityka zagraniczna, umiera Camille Pisarro, ale to jakby mniej się liczy, gdyż…

Nastąpiła, jak to „okrasiła” inna zdobywczyni Nagrody Nobla, katastrofa Sztokholmska, owszem wiedzieli, że sława, uwaga prasy jaką nieoczekiwanie zyskali może być użyteczna, potrzebna i można ją wykorzystać, ale z drugiej strony, i to nie chodzi o szpaltę, rozpoczął się okres szaleństwa, budzący bałagan w oczach. Nie chodzi o wady, ani o zez, ani o astygmatyzm, ani o jasnowidztwo. Zwłaszcza Piotr, który wolał zacisze laboratorium, niech to będzie nawet szopa, w której przeprowadzali doświadczenia, od zgiełku. Piotr który potrafił skupić się tylko na jednej rzeczy w jednej chwili, który udzielał bardzo lakonicznych opowiedz, na zadawane pytania, często zbywał je przytaknięciem, albo wzruszeniem ramion. Zdawał sobie sprawę, że sława jest potrzebna, że dzięki temu mogą otworzyć się drzwi, i to te, które do tej pory pozostawały otwarte, i te do których bezskutecznie kołatali. Może jego zachowanie, ujawnia braki socjalizacyjne? W zamieszaniu, które nagle wybuchło jakby ktoś podłożył tonę dynamitu w spokojnej dotąd okolicy, Piotr żyjący w innym świecie, nie potrafił się odnaleźć? Nie miał wzorców. Wychowywał się w domu. Ponieważ cierpiał na dysleksje, miał prywatnego nauczyciela, co zresztą jak wiemy, było regułą, w wyższych sferach.

Byliśmy dręczeni przez dziennikarzy i fotografów, ze wszystkich krajów świata, którzy posuwali się do przytaczania rozmowy mojej córki z boną i opisywania naszego biało-czarnego kota. Otrzymywaliśmy też liczne prośby o pieniądze, a łowcy autografów, snoby, światowcy, a nawet czasami ludzie nauki, odwiedzali nas w znanym Panu swpaniałym lokalu przy ulicy Lhimind. Słowem ani chwili spokoju w laboratorium i obfita korespondencja do wysyłania co wieczór. Czuję, że taki tryb życia wywołuje u mnie otępienie umysłowe.

[List Piotra Curie do Georgesa Gouy z  dn 22.I. s.57].

To co było zapalnikiem w całej wybuchowej miksturze, to nie przyznanie Nagrody Nobla, chociaż tak zwykło się uważać, dlatego, że spostrzegamy tę nagrodę, przyjmując a priori , że wiążę się z nią prestiż, i że tak zawsze było. To co rozpadało serca i umysły ówczesnych ludzi to nie Nobel, ale dwie inne kwestie:

po pierwsze histeria, a raczej historia życia Marii, jej upór, zapamiętanie w nauce, emigracja (sama przecież budowała tę narrację), spotkanie księcia może nie na białym koniu, ale z probówką w jednej, i kryształem w drugiej, ręce. (Jeśli poszperać w źródłach znajdziemy taką karykaturę Piotra, który jest porównany do Statui Wolności… Stany, stany i skojarzenia, i marzenia, i wierzenia z nimi związane, można zmienić stan nieważkości…) Pomimo tego, że przyznano im dwanaście honorowych doktoratów i inne nagrody, to tylko Piotr był członkiem Akademii Nauk, Marie lekceważono, konsekwentnie do końca jej dni, nigdy nie przyznano jej członkostwa, nad czym (skrycie) ubolewała.

To co  uległo zmianie, opinia publiczna wywierała presję, w wyniku której stworzono nową katedrę na Sorbonie, a którą objął, oczywiście Piotr. Jednak warunki pierwotnie zapewnione przez władze uczelni były żenujące, zważywszy na fakt, komu zostały przedstawione. Piotr przyjął propozycję dopiero gdy prócz pensji miał zapewnione  w pełni wyposażone laboratorium i  możliwość zatrudnienia trzech asystentów, na których zatrudnienie będzie miał wpływ, a i Maria będzie miała zagwarantowane stanowisko dyrektora badań.

Po drugie:  radośnie i bez skrępowania zaczęła wybuchać to tu, to tam, a ściśle rzecz ujmując wszędzie ekscytacja jeśli chodzi o zastosowanie radu, rad (bez) ości, czyli entuzjazmu co niemiara. Miarka się nie przebrała.  Co oczywiście miało także wymowę marketingową. (No dobrze przede wszystkim taką). Tak wiem, co możesz powiedzieć, czytając te słowa, że zaraz, zaraz (i inne bakcyle) jak marketingowa, a terapia radiacyjna, cyna, wróć, nie cyna, a medycyna? Nie zapominaj, jednak proszę, że cyny, wróć, ceny radu były koszmarnie kosmiczne, (a z roku na rok przez cztery dekady nieustająco, uporczywie rosły) a ten fakt miał wpływ na zastosowanie w leczeniu, to jedno, a drugi fakt, o którym nie wolno zapomnieć jest taki: Maria uzyskała z dwóch ton blendy smolistej ledwie jeden gran tego pierwiastka. Nie gram,ani mono d[r]am, ani dream nie, nie chodzi o moje uzdolnienia muzyczne, gran stanowi 0,065 grama. Dzięki wsparciu Centralnego Towarzystwa, rocznie zaczęto pozyskiwać cztery grany rocznie z tony materiału. To nadal mniej niż krop(k)(l)a w morzu potrzeb… Tymczasem sam przemysł radowy (z czego radzi byli ekonomiści, marketingowcy) rósł, pęczniał, wart miliony dolarów.

[Mamona, Republika, Grzegorz Ciechowski, Masakra, źródło nagrania].

Jeszcze bardziej rozpalał wyobraźnie fakt ów,  energię, którą emitował ten pierwiastek można było wielokrotnie rozcieńczyć (obrazowo i matematycznie, rzecz ujmując nawet do sześciuset tysięcy razy) i to używając niedrogich substancji wystarczyło użyć owego bronka, znaczy bromku siarczkowego na przykład. Świat dostał świra na punkcie uzdrowicielskich właściwości radu.  Rad da radę. Przynajmniej takie było przekonanie, a konanie było długie i męczące, ale o tym (nieco) później. Na razie tych dwóch faktów ze sobą nie łączono. A (wcale nie potwory) roztwory radu dodawano do de_serów, do herbaty, do kawy,   toników zdrowotnych, tych i tamtych, i jeszcze tamtych, kosmetyków, nie wiem, czy lizaków, ale nie ukrywam, że tak powszechne stosowanie radu, skojarzyło mi się, z cukierkami i lizakami, do tego rytm i rym jest radośnie nie skrępowany lolirad,lolipop, lorirad pam, pam, pam. Ciekawe, czy kobiety entuzjastycznie „nabywające drogą kupna” rad wklepując sobie tonik z wkładką pod oczy pomyślały, że szykują się w ostatnią podróż? Oto  co mogły powiedzieć osoby używające kosmetyków, albo zakładających stroje, które miały te właściwość, że piekielną, piękną barwą świeciły w ciemnościach: Zakład pogrzebowy „RADość zaprasza, w naszej trumnie wyglądasz jak żyw_y/a”…

Wertując reklamy środków zawierających rad, można przeczytać, że dzięki temu, skóra na zawsze zachowa swą młodość. Szkoda, tylko, że rozstanie z życiem, doczesnym, całkowicie cielesnym, następowało tak szybko… Lekarstwo na potencje, woreczek noszony blisko narządów płciowych męskich, miał wyleczyć z impotencji, zresztą worków było wiele, ten na artretyzm, noszony blisko pasa, miał leczyć i zapobiegać, a wzbogacenie nawozów roślinnych, a  pasta do zębów, nie tylko je wybielała, ale także miała uczynić je mocne, zdrowe, a dzięki systematycznemu jej stosowaniu nie trzeba było się martwić, tym, że trzeci komplet zębów za darmo nie rośnie (fakt, nie był już potrzebny) ale przecież nie o to chłodziło ludziom dobrej woli.

A domowe inhalatory, revigotatory, czy radithory? Kto/sia dzisiaj pamięta o tych urządzeniach? To jednak wszystko nic, Marii przybył członek rodziny, o którym nic nie wiedziała rzekomy doktor Curie, który rozpowszechniał substancje na bazie (rozcieńczonego) radu. Ta nawet zawiadomiła prawnika, była wzburzona postępowaniem nieznanego człowieka. W rewiach na całym świecie, występowały kobiety ubrane tylko w rad, dzięki czemu świeciły w ciemności, tym i owym (na pewno nie przykładem). Kobiety i mężczyźni mieli w portfelach malutkie bromki nasączone roztworem radu… Szaleństwo ludzi z wyższych sfer, którzy zaludnić mieli za niedługo sfery niebieskie. O czym przecież nie wiedzieli, choć mogli, gdyby przeczytali (ze zrozumieniem) artykuł Piotra, który przestrzegał przed… dotkliwymi poparzeniami… To nie jest tak, że zarówno on jak i Maria nie wiedzieli o skutkach ubocznych radu, tylko nikt nie chciał ich słuchać.  Taniec szaleństwa trwa nadal… Odsuwając w dal trudy, znoje, niepokoje…

Małżeństwo Curie zmienia adres zameldowania na bulwar Kellermanna, to miejsce dysput naukowych chociażby z Perrinem, czy Langevinem. No dobrze, od czasu do czasu Maria i Piotr zażywają ruchu na świeżym powietrzu, oczywiście pedałując. A świat szaleje na punkcie pierwiastka, który wydziela niebieską poświatę. Nieliczni , tacy jak np. Otto Walkoff i Friedrich Giesel, zachowują dystans. Sam Piotr wiedział o szkodliwości radu, ale jego nikt nie słuchał [Historia zna takie przypadki- i to wcale nie dlatego ich nie wysłuchano, że wypowiadali się nie gramatycznie…].

Warto zaznaczyć, że Piotr i Maria nie opatentowali ani radu, ani sposobu w jaki go uzyskiwano, dlatego też nie wzbogacili się tak jak na przykład sir Wiliam Crookes twórca spintaryskopu instrument za pomocą którego wykrywano promieniotwórczość, albo Armet de Lisle, biznesmen, z którym państwo Curie podpisali umowę.

Mówi się, że zarówno Maria i Piotr nie dążyli do gromadzenia dóbr doczesnych, ale działali w duchu nauki, nie, nie wykluczam tego, ani tego nie neguję. Rozpatrując jednak tę kwestię  można natknąć się na inne ujęcie sprawy, chociaż, na forum jest ona  rzadziej poruszaną, warto się i temu przyjrzeć. Po pierwsze nie przypuszczano, że rad wzbudzi taką sensację, gdy Piotr pisał do Towarzystwa, by umożliwiono Marii prowadzenie badań w tym zakresie odpowiedzi nie było, bo przecież wszelkie wiadomości były niepewne, nikłe, a zastosowania, chociażby w medycynie, niewiadome, brak widoków na przyszłość, a wiadomo, że zastosowanie rozwiązania w lecznictwie przynosi nieśmiertelność i wymierne korzyści finansowe. Nici z rozświetlenia przyszłości (niebieską poświatą). Przynajmniej na początku tak myślano.

Po drugie Gdy ogląd na tę sprawę uległ zmianie, okazało się, że patentowanie samego pierwiastka nie było by możliwe. a gdy Curie zorientowali się, że jednak warto starać się uregulować tę kwestie prawnie zarówno jeśli chodzi o sam rad jak i sposób w jaki jest on pozyskiwany, to, to już czyniono gdzie indziej, chociażby w Niemczech. Co z tego, że za pomocą innej metody, zresztą, Maria też nie stosowała tylko jednej. Istnieje wiele dróg do Rzymu… I wiele drogowskazów. Nie zapominajmy także o trzeciej kwestii. Wielu naukowców, albo wżeniło się w bogate rody, albo pochodziło z takowych, albo skazywali się na życie w biedzie. Jednakże panowała opinia że niemoralnym jest czerpanie zysku z odkryć naukowych. /Ciekawe co teraz by powiedzieli, gdyby wiedzieli, że sekwencje DNA są patentowane/. Tak więc twierdzenie, o altruizmie i dostępności rozwiązań naukowych ku pożytkowi dla wszystkich była nie tylko mile widziana, ale także społecznie wzmacniana. Nie, nie sądzę by działanie, które podjęli Maria i Piotr było rodzajem świadomej rachuby. Nie zapominajmy o przeszłości Marii, z jednej strony, angażowała się społecznie, chociaż mówi się w psychologii, że nie można ekstrapolować wniosków dotyczących zachowania ludzi przyglądając się temu jak wcześniej się zachowywali, ten wniosek dotyczy silnej woli (i to jest raczej na inny artykuł). Jednakże wracając od altruistycznego wątku, jedna sprawa, to społeczny klimat dotyczący kwestii osiągnięć naukowych i ich wykorzystania, druga to, że nie było możliwe opatentowanie radu i sposobów jego pozyskiwania, trzecia, ale o tym za chwilę… Maria na trzecie imię miała Oszczędność. To dzięki pomocy Curie, Rutherford mógł dowieść, że opracowana przez niego metoda transmutacji jest skuteczna. Pomagali także innym naukowcom rozsyłając darmowe próbki radu wysokiej jakości (ta pochodząca z Niemiec była trzysta razy mniej aktywna). W Hollywood trzy lata przed wybuchem II Wojny światowej, nazwano rad niewidocznym promieniem. A rad, nie ma na to rady przeszedł do popkultury z większym impetem (w głąb i siłą nie jednego wodospadu) niż fotografia ręki Bethy, stało się tak chociażby za sprawą obrazu autorstwa Lamberta Hillyera. Cholera jeśli Kopernik wstrzymał Słońce to Maria Curie, wstrząsnęła Ziemią. Wydawano książki przygodowe, tak jak „Wyścig po rad” czy „Radowa jaskinia” kto/sia dziś o nich pamięta? W ampułkach, maściach, zapytywano, czy w kulach wojskowych też może być, i w proszku do prania do zażywania (tak, mam na myśli te z apteki), wszędzie rad. Lekarstwo na śmierć. Można łykać, można pić, można zażyć, można nosić pod brodą pół godziny dziennie opaski z radioaktywnego kauczuku, to sprzyja pięknu, jeśli oczywiście wierzyć reklamie, wszyscy wierzyli. Prawie wszyscy. Wszyscy śnięci, żywi i nie święci, a przynajmniej szybko rozstający się z życiem. Zbawienie na receptę, tak dla dwunożnych jak i dla czworonożnych i innych, wszak dodawano ów magiczny składnik do pasz. Można spotkać go na wyposażeniu ówczesnych prewentoriów, nie tylko w domach (nie mam na myśli domów pogrzebowych). Tak, owszem słyszy się o nielicznych śmierciach, a to panien pracujących na poczcie, które używały radu do przyklejania znaczków, a to o nowotworach szczęki tu i ówdzie. Dopiero śmierć Marcela Demalandera i Maurice Demitoroux  zyska rozgłos.

Tak powstała specjalna komisja , w której obradach uczestniczyła Maria, komisja opracowywała wytyczne, których miały przestrzegać osoby, pracujące w przemyśle radowym, warto zaznaczyć, że sam pierwiastek we Francji został zakazany dopiero w 1970 roku.

Wróćmy do trzeciej kwestii. Curie choć nigdy nie opatentowani radu, ani sposobów w jaki go pozyskiwali mieli przychody z tytułu praw autorskich. Tak niewątpliwie Piotr i Maria oddali nauce to co najcenniejsze, tak musieli utrzymać swoją rodzinę, tak nauka to sposób na życie. Armet de Lisle (postać przez konkurencje postrzegana w sposób negatywny, ktoś w rodzaju menadżera państwa Curie, ale też właściciel Banku Radowego i redaktor czasopisma „Rad” przemysłowiec właściciel fabryki „Sole Radu” ) finansuje nie tylko wydobycie radu, ale także stwarza Biologiczne Laboratorium Radowe, powołane specjalnie miejsce, w którym naukowcy będą zajmowali się radem i jego zastosowaniem w takich dziedzinach jak medycyna, to tutaj Henri Dominici opracuje metodę promieniowania ultraprzenikliwego. To Curie posiadają tajemną wiedzę,  (jakbyśmy to dzisiaj określili) know how. Przylądając się temu kiedy, w jakich dawkach, i w jakich gałęziach przemysłu rad był stosowany, albo/ i wmawiano ludziom, iż tajemny składnik to rad, tak by byli radzi wysupłać „trochę” grosza, można dostać zawrotów głowy, albo tę część ciała szybko stracić. Naprawdę gdyby nie to, że artykuł się niepomiernie wzdłuża, to mogłabym cytować rodzaje zastosowań, a i przecież wspomniałam już o licznych.

A dzięki operatywności Armeta de Lisle także mogą poradzić sobie z faktem, że nie opatentowali radu, a także obejść austriackie embargo na pozyskiwanie surowca. Zastosowanie radu sprzyjało, a raczej niejako „wymusiło”stworzenie gałęzi przemysłu (pomijając kwestię marketingową) tak jak upowszechnienie druku, sprzyjało stworzenie nie tylko rynku takim jak dzisiaj go widzimy (sic!) ale wytworzenie nawyku czytania, przecież stworzyło przestrzeń do wynalezienia (w średniowieczu) okularów… I innych potrzebnych akcesoriów…

Dlaczego rada pisać o radzie? Dlaczego piszę o Marii i Piotrze Curie. Nie dlatego by ująć, pomniejszyć ich odkrycia, bynajmniej. Chodzi o zniesienie obiegowych opinii, stereotypów. A także do sięgania głębiej. O budzenie ciekawości, bez łykania ości, ale chęci by przyglądać się uważnie(j) światu.

Owszem, Maria była sumienna, wytwarzane i proponowane narzędzia, których używała, dokładność pomiarów wykonywanych za ich pomocą przy jednoczesnej prostocie, jest dzisiaj w erze binarnej, cyfrowej więcej niż zdumiewająca. Oszem poświęciła wszystko co mogła, co miała, należy jednak pamiętać, że sama jeszcze za życia tworzyła własną legendę, wiedziała jak ważna jest  nie tylko sumienność, i poświęcenie, ale także dobrze pojęta dbałość o swoje interesy, czyż inaczej moglibyśmy i mogłybyśmy usłyszeć o Marii Skłodowskiej Curie i jej dokonaniach? Na pewno nie, jeśli masz wątpliwości przyjrzy się proszę chociażby listowi Noblowskiemu.

Owszem, największą wartość przypisywała nauce, i tym co dzięki niej można zdziałać. Koleje jej losu rozpalają nadzieje, i marzenia o lepszym jutrze, dzięki marzeniom, ambitnym celom, wymaganiom stawianym w sposób mądry i konsekwentny. Jednakże wiele w jej biografii jest mitów i stereotypów. Owszem doświadczała dyskryminacji, chociażby ze względu na dwie przesłanki, płeć i pochodzenie, to fakt niezaprzeczalny. Potrafiła nie tylko szukać, ale i znaleźć drogi wyjścia z niełatwych, albo i beznadziejnych sytuacji. Zmagała się z chorobą (ale nie po promienną), potrafiła się śmiać, doświadczała RADości. Czasami szczęścia. Pasjonujące jest życie Marii, im baczniej się mu przyglądamy tym ciekawsze pytania budzi ze snu, jest bardziej inspirujące, przestańmy się zadowalać laurkami…

I jest jeszcze coś, jak pokazuje sytuacja z radem, nie wszystko złoto co  święci tryumfy (nie tylko marketingowe). Najnowsze wrzaski mody bywają szkodliwe nie tylko dla słuchu. Chociaż warto nastawiać ucha, nie warto oka mrużyć. A jak zobaczymy światełko w tunelu (niekoniecznie) niebieskie warto się zastanowić, czy wartko nie spierwiastkować, znaczy spierniczać w odwrotnym kierunku…

PS. Jak można się domyślić, i dozo_baczyć, nie jest to nasze ostatnie spotkanie z Marią. Urywa się jako…

Skrócony od[noś]ni[c]k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-19o

[292+1].O rozpromienionej Marii.Bywałam także [RAD]osną,a nie tylko za[RAD]ną kobietą!

To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy, tak pełni wątpliwości

[Bertrand Russell].

Zastanawiałam się w jaki sposób napisać ten artykuł. Jaką perspektywę, czy też konwencję, tak jak czyni to fotograf(ka) przed naciśnięciem spustu migawki. Skupienie. Światło, kolor. Kadr. Czekanie. Światło, kadr, migawka, pisanie. Smak. Takt.

Składanie świat_t[ł]a. Opuszki palców już wiedzą…

Fotografia kobiety przyglądającej się z uwagą probówce zawierającej rad obiegła świat. Stała się stereotypem, czymś w rodzaju świętego obrazu, któremu oddaje się po latach cześć, nie bardzo wiedząc dlaczego. To zdjęcie utrwaliło Marię Curie dla potomności. Czas uczynił ją zastygłym symbolem kobiety uczonej, surowej, poważnej, w żałobie, po ukochanym mężu, symbolem nigdy nie osiągniętego szczęścia. Jakiż to kontrast z jej męskim odpowiednikiem, Einsteinem, uczonym trochę zbzikowanym, pokazującym język, geniuszem naigrywającym się z czasu, ale nie ze swego czasu.

[Maria Skłodowska -Curie, Leurent Lemiere, Świat Książki, Warszawa, 2011 s.9].

Nie przestaje mnie bawić, a to zabawa gorzka w swej istocie, gdy zniesiemy jej  pierwszą, wierzchnią, warstwę,  gdy widzę jak często Maria i Albert są zestawieni ze sobą na zasadzie przeciwieństw, na kwasie podobieństw. Nie, nie pójdę  tym tropem.

Ona pewnie by wsiadła na rower, który za czasu jej młodości był bardzo popularnym środkiem lokomocji. To właśnie je dostali w prezencie ślubnym Maria i Piotr. I to właśnie podróżując na dwóch kółkach i niespiesznie się oddaliła od wcześniej przywołanych skojarzeń. Tak oczywiście, można by napisać, że wkład w Teorie którą wyłożył (ustawiając tym samym perspektywę dwudziestowiecznej fizyki) miała olbrzymi wpływ jego żona, Mileva, którą porzucił nie mogąc jej sobie  podporządkować, tak samo jak nie zdecydował się wychować córki, i zmusił swą ówczesną towarzyszkę życia, by i ona tak uczyniła, ale przecież nie o Albercie. I tu można by iść drogą równań, co zważywszy na fakt, czym się zajmował uczony nie jest novum, a nie, zaraz (to nie taka duża ba[k]teria) chodziło mi o porównania.  Przekształcenia. Matę i tykę. Fizykę drgań, domagań i twierdzeń, rdzeń i rdza piękna, które nie pęka, lecz trwa.

W życiu niczego nie należy się obawiać. Należy jedynie zrozumieć.

[Maria Skłodowska- Curie].

Zarówno ona, jak i rodzeństwo, dorastała wśród probówek, pipet, odważników, Władysława Skłodowskiego. Niemniej jednak to tylko anegdota, pamiętajmy, że  jedną z reperkusji upadku powstania styczniowego był zakaz nauczania, wykładania przez polskich profesorów, a tenże obejmował także ojca Mani. Jedyne co mógł, i co robił, to zanurzać się w pismach naukowych, nie posiadał ani własnego gabinetu doświadczalnego, ani katedry, mroźny, styczniowy wicher historii, który wdarł się do domu Skłodowskich wymiótł wszelkie nadzieje. Czy można było się nadziać na zwątpienie?

     Absolwent matematyki i fizyki politechniki w Sant Petersburgu. Był, jedynie nauczycielem ze skromną pensyjką,a potem również podinspektorem, w jednym z warszawskich gimnazjów męskich. A wiadomo, że podówczas kierownictwo stanowiła  kadra rosyjska. Takie to życie w Przywiślańskim Kraju. Mroźnym.

Ojciec Władysława walczył w powstaniu listopadowym,  w poprzednim życiu był profesorem fizyki i chemii, przemaszerował boso dwieście dwadzieścia pięć kilometrów w kierunku jenieckiego. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, uciekł, lecz ból stóp towarzyszył mu do końca życia. Powstanie Styczniowe też zapisało się krwawą cyrylicą w rodzinie … O przywołanych tu zdarzeniach i ich konsekwencjach nie dało się zapomnieć.

Mieszkanie Państwa Skłodowskich znajdowało się niedaleko wałów obronnych Cytadeli. Tak, dokładnie tam dokonywano egzekucji na powstańcach, a ciała pozostawiono ku przestrodze i trwodze, tak to ulegały rozkładowi przez upalne dni… To żałobne, trwożne,  memento.

Mania miała także matkę, a w biografiach o matkach zwykle się zapomina, albo nie pamięta.

Młoda, piękna, wykształcona, i Oboje pochodzili ze szlachty, i tylko to im pozostało. Rodzice Bronisławy może i nie posiadali majątku, ale zdołali posłać córkę do szkoły przy ulicy Freta. Tak, tej samej, prywatnej szkoły dla panien,  w której Matka Mani w przyszłości miała przejąć dyrektorowanie. Dokonała nie lada wyczynu,  najpierw była nauczycielką, a potem dyrektorką rzeczonej placówki. Co nie tylko pozwalało się jej utrzymać, była niezależna finansowo, i posiadała przestronne mieszkanie, w dobrym punkcie Warszawy. A wszystkiego tego dokonała dzięki swojej zaradności, inteligencji i samozaparciu. Potem spotkała Władysława, wyszła za mąż, zaczęła prowadzić dom, urodziła piątkę dzieci (w ciągu sześciu lat). W roku w którym Alfred Nobel opatentował dynamit, a na na świat przyedł Władysław Reymont, urodziła się też Mania, która miała stać się  zaRADną dziewczynką, kobietą, szczęśliwą żoną, nieszczęśliwą kochanką, naukowczynią, Maria Salomea Skłodowska, ostatnia z piątki dzieci Bronisławy i Władysława.

[Kobieta niosąca chleb piosenka autorstwa Marka Grechuty w wykonaniu Grzegorza Turnaua, źródło nagrania, album Śpiewające obrazy].

Świetnie się słucha piosenek o szczęściu, ale zwierzyła się Bronisława, gdyby wiedziała, jak wygląda życie mężatki, drugi raz by się na nie nie zdecydowała.  W 1967 roku Władpysław został nominowany na dyrektora gimnazjum, co wiązało się z przeprowadzką, a to, z kolei,  wiązało się z podjęciem dodatkowego wysiłku przez Bronisławę, peregrynacji na ulicę Freta, wiadomo było, że jej kariera będzie gasnąć, na rzecz budowania kariery mężowskiej. Wycieczki do pracy zaczęły ją wyczerpywać fizycznie, do tego w domu nie miała prawa, ani czasu by zregenerować swe siły. Zaczęła tracić szlachetne zdrowie… A to z kolei zmusiło ją do zrezygnowania z pracy zarobkowej. Mogła tylko nauczać w domu dwójkę swoich dzieci: Józefa i Zosię. By zaoszczędzić, w domu  sprzątała, i szyła, dysponując specjalną ławką, również buty.

Gdy Mania miała cztery latka na suchoty zapadła jej matka. Co spowodowało ograniczenie kontaktów między nimi  dwiema, córka odczytała to jako brak zainteresowania, niechęć, odrzucenie. Matka jako niezbędny środek ostrożności zachowywała dystans. Miała własny zestaw talerzy, ręczników, brak przytulania, i brak informacji co dzieje się w rodzinie. Coraz to większe opuszczenie i niezrozumienie. Nie leczono gruźlicy właściwie, pobyt w górskim klimacie plus popijanie wód.  To wszystko. Alicja Gawlikowska- Świerczyńska, lekarka opowiadała o bezradności lekarskiej w zakresie leczenia tej przypadłości. Mycobacterium tuberculosis, czyli prątki gruźlicy wyodrębniono dopiero 1882 roku, poinformował o tym podczas krótkiego marcowego wykładu Robert Koch. Dla Matki Marii było jednak za późno. Nie pomogły ani żarliwe modlitwy dzieci, ani zaangażowanie męża, ani zamiejscowe kuracje. Bronisława nie mogąc pozwolić sobie na towarzystwo akuszerki wzięła ze sobą dziesięcioletnią córkę, Zosię. Ani pobyt pod Innsbruckiem, ani w Nicei, Z nikąd ratunku, znikąd nadziei. Do tego rozstanie z rodziną i martwienie się o koszty terapii były przyczynkiem depresji u Bronisławy, która wyrzekłą się wszystkiego co dla kobiety niezależnej    stanowiło sens życia.

Tymczasem w Warszawie Mania tak jak jej siostry uczęszczała do szkoły przy ulicy Freta. Następnie, gdy miała sześć i pół roku została przepisana do szkoły znajdującej się blisko miejsca zamieszkania,  (od razu do klasy trzeciej). Szkoła podlegała  Jadwidze Sikorskiej, patriotce,która potrafiła tak zarządzać placówką, by zwieść carskie władze.

Ojciec Marii też został zadenuncjowany za taką działalność jaką prowadziła Sikorska, co wiązało się z wilczym biletem, utratą pensji i mieszkania. W taki oto trudny czas Bronisława z Zosią wracają do kraju, a Mania, czuję się odtrącona przez pierwszą (nie wie, dlaczego nie może ją powitać), i przez Boga, który nie wysłuchuje jej modlitw. Skłodowski wynajmuje dom i otwiera internat dla chłopców, żeby móc utrzymać rodzinę. W styczniu 1874 roku jeden z uczniów zaraża Bronię i Zosię tyfusem. To trzecia fala epidemii w Warszawie. Czternaście dni później umiera druga z sióstr Marii. Matka w skutek depresji i galopującej gruźlicy może obserwować sunący ulicą kondukt, wyłącznie z okna swojego domu.

Po śmierci Matki Maria zatraciła się w książkach, chowała swoje uczucia, tłumiła je, nie pozwalając sobie na ich uzewnętrznienie, czyż nie tego właśnie była uczona przez lata? Twarde wychowanie, autorytet rodzicielski, zimny chów, obserwacja sposóbu życia to Władysława, to Jadwigi Sikorskiej, wszędzie trzeba było być akuratną.  Tak będzie również u dorosłej już Marii, tej, którą, wydawało by się, wszyscy dobrze znają…

      Powróćmy jeszcze na chwilę do roku 1879 to wtedy profesorowi Skłodowskiemu wizytę domową składa dyrektorka szkoły, do której uczęszcza Mania, mówi mu, że a i owszem jego córka jest uzdolniona, ale też bardzo wrażliwa i słaba psychicznie. Sugerowała zatem by dziewczynka poczekała rok, zanim uda się do następnej klasy. Ale ojciec, postanowił by Maria zmieniła szkołę, powodem była nie tylko nadopiekuńczość dyrektorki, ale również to, żeby umożliwić córce dalszą edukację. Nie można było aplikować dalej po ukończeniu szkoły dla panien, po pierwsze kierowała nią Polka, po wtóre, kto by charakter tej placówki brał na poważnie?

Wszystkie dzieci Skłodowskich uzyskiwały formalne wyróżnienia, i zdobywały medale, tak jak Maria za rok 1883, i to nie dlatego, że były przymuszane, naturalne środowisko, w którym się wychowywały sprzyjało takim rozwojom wypadków. Dziś już wiemy, że postawienie pytania, w rodzaju tych, czy geny, czy (jednak) wychowanie mają kluczowe znaczenie, jest pozbawione sensu.Zarówno pierwsze i jak i drugie jest bardzo plastyczne, i bardzo silnie oddziałujące na (nie tylko młodego) człowieka.  Powróćmy  zatem do naszej opowieści.

  Wszystkie perypetie: trudne dzieciństwo (funkcjonowanie pod zaborem rosyjskim w szkole polskiej), najpierw śmierć siostry, potem matki (która cierpiała w skutek przewlekłej  zakaźnej, choroby) tprzypłaciła Maria załamaniem nerwowym. Odmawiała jedzenia, czy picia, ale całe dnie spędzała w łóżku, w ciemnym pokoju… O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny/I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,/Dżdżu krople padają i tłuką w me okno…/Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną/I światła szarego blask sączy się senny…/O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…¹

Ojciec postanowił więc, że wyśle ją do rodziny na wsi, by podreperowała swoje zdrowie. I wróciła do równowagi psychicznej. I tak wespół zespół podarowali jej pospołu najszczęśliwszy rok życia, w którym to nareszcie mogła po początkowym wypoczynku i regeneracji sił, po prostu być dzieckiem. Zamiast topić swój wzrok we wzorach matematycznych, czytywała powieści, zamiast wykonywać zadania, ganiać z kuzynostwem, łowić ryby, bawić się w berka, czy tańczyć. W listopadzie odwiedziła kolejnego wujka, który rezydował koło Karpat, tam była otoczona literaturą, muzyką, i sztuką, tam także spędzała dni uszyte z radości, wytchnienia, i szczęścia. Wtedy to dotarła do niej wiadomość od jednej z byłych uczennic Matki, że ona i jej mąż zapraszają zarówno Manię jak i Helenę do siebie. I tak oto, zanurzone po raz kolejny w radość, spędzały dni, które mijały nadzwyczaj szybko, wśród osób o wyszukanych manierach, ale także takich, które potrafiły docenić codzienność i pracować w manufakturze radości w rytm mazurka, który rozbrzmiewał do świtu. Tak Maria potrafiła się śmiać, radować, flirtować, a miała takie dwanaście miesięcy w swoim życiu, podczas których robiła to często, bez miarkowania. I dobrze! I bardzo, bardzo dobrze.

Be the chan­ge you want to see in the wor­ld.

[Ghandi].

[Nagranie pochodzi z Gali jubileuszowej 40-lecia Jazz Juniors / Jazz Juniors 40th anniversary gala
4.12.2016, Centrum Kongresowe ICE Kraków / ICE Kraków Congress Centre
Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski, Paweł Kaczmarczyk, Piotr Orzechowski „Pianohooligan” – „Enjoy The Silence” Depeche Mode   źródło nagrania]. O fortepiano razy four for you and me. Skojarzenie to.

 

W wieku szesnastu lat Maria wraca do Warszawy w czasie gdy ojciec rezygnuje z prowadzenia internatu, zmienia także lokum (na mniejsze). Czas opłacić edukację Józefa.  Tym bardziej było to dodkliwsze, że Uniwersytet Warszawski nie był otwarty dla kobiet, i w czasie gdy Starszy Brat Mani mógł realizować swoje medyczne pasje, ona nie mogła podjąć kształcenia na poziomie wyższym. Zarówno Bronisława (juniorka) jak i Maria zostały ze swoimi marzeniami. I pustymi kieszeniami, i głową pełną równań. I trwogi. Przynajmniej być kimś. To zdanie powtarzała Maria jak mantrę…

W roku w którym ukończyła gimnazjum, pozytywiści otworzyli tajną szkołę,nazywaną Uniwersytetem Latającym,  dla kobiet, do której zapisało się ponad dwieście dziewczyn. Edukacja nie mogła potrwać długo gdyż działalność edukacyjna  została zdemaskowana, a nauczyciele wysłani tam gdzie diabeł nawet nie potrafi powiedzieć Dzień dobry Syberio, gdyż szczęka wypada mu ze stawu Żuchowo skroniowego, a zęby dzwonią niczym listonosz, i to nie tylko dwa razy… Jednak szkoła wznowiła działanie, i wykształciły się w niej tysiące kobiet, w tym siostry Skłodowskie. Czy zaskoczeniem będzie, że wśród miejsc, w których się spotykały, był też dom Jadwigi Sikorskiej? W tym też czasie zaczęły także udzielać korepetycji, by zarobić na własne utrzymanie. Jednakże dochody w ten sposób pozyskane były gorzej niż mizerne. Dlatego Mania, która stawała się Marią zdecydowała się poszukać pracy guwernantki, zatrudniła się w rodzinie nuworyszy, która  służbę traktowała jako zło konieczne, co tam zło, zbędność rzeczy martwych. I w takim klimacie wytrzymała trzy miesiące, aż trzy miesiące. Bronia, która łączyła pracę zarobkową, ale i wypełnianie obowiązków matki, zdołała odłożyć kwotę potrzebną  do ukończenia pierwszego roku studiów. Dlatego Maria zdecydowała zmienić klimat (i dosłownie, i w przenośni) się zatrudnić jako guwernantka, tym razem na prowincji, by otrzymywać wikt i opierunek,a tym sposobem będzie mogła połowę pensji wysłać starszej Siostrze, a gdy ta zdobędzie już uprawnienia wykonywania wymarzonego zawodu to rolę się odwrócą i Maria będzie mogła podjąć, tak jak i ona, studia na francuskiej Sorbonie. I tak następnego tygodnia Maria zaczęła pracę u rodziny Żorawskich, Podpisując kontrakt na pięćset rubli rocznie.  W Szczukach osiemdziesiąt kilometrów na wschód od Warszawy. W domu, nieopodal cukierni, a wiadomo jak w tamtych czasach, jeszcze na początku naszego wieku wyglądała praca w takowych przybytkach, bród, smród, karaluchy, dymiące kominy…A Żorawscy, to byli państwo, nadzorowali chłopów, którzy zajmowali się jak to chłopi, uprawą roli. Państwo Ci mieli pięcioro dzieci, najmłodszy Staś miał podówczas trzy lata, a najstarszy Kazimierz, studiował matematykę na Uniwersytecie Warszawskim.

Jaka to odmiana dla młodej Marii, która początkowo była traktowana jak przybrana córka. Forma tego zdania sugeruje, że sprawy uległy zmianom, i to niebagatelnym, gdy Rodzina dowiedziała się, że młodzi, Kazimierz i Maria, mają się ku sobie. Guwernantka, która, a i owszem miała w głowie Socyjologiję Spensera (po francusku) czy fizykę Daniela, które to czytała gdy świtało, albo w nocy, ale to za mało, o wiele za mało. Rozwiązywała zadania, które przysyłał jej ojciec, ale ta dziewczyna ma przerost ambicji, nie bywa na balach, nie wie co to jest peformatywność gestów, i może tak, wie jak nauczać dzieci, ale to nie partia dla  I c h   Syna, syna, który będzie  zacnym profesorem, a ona? Kim? No kim może stać się dziewczyna, która dorastać zaczyna. Okazali jej serce, i dobroduszność. Pracuje niczym nasza mróweczka. To szlachetne, że naucza niepiśmienne dzieci chłopstwa, składania liter tak w mowie jak i na kartce, tylko tyle. Kim będzie? Kim może być Maria?Profesorową? Tak się wkupi do rodziny, ta kobieta, która lubi  mozolną pracę, ale nie zna ani ogłady, ani do sfer wyższych się nadaje… Nie, nie, stanowczo, takie jak ona, powinny znać swoje miejsce. Przecież to należy do zasad kindersztuby (takie niemodne słowo), ach.  Cóż za fantasmagorie kryje ta mała, poczciwa,pełna marzeń,mnożeń, i mrzonek,  główka… Nasz syn, małżon_ek!

[Zgodnie z planem (a może świt błyśnie), Raz, dwa, trzy, Adam Nowak, album: Skądokąd, źródło nagrania].

I nie było już ważne, że ta młoda, piękna guwernantka od plotkowania woli rozprawy naukowe, płynnie posługuje się trzema językami) (i nie chodzi tu, bynajmniej, o wiązanie, wzuwanie butów, sznurówek na kokardkę) i umiłowała sobie przyrodę, świat nauki, tak humanistyki jak i ścisłych nauk. Dobrze, było ważne, dla Kazimierza, ale ten, nie potrafił, i nie chciał przeciwstawić się woli rodziców. Bał się widma że spadek spanie nie w jego ręce. Gdy więc młodzi poinformowali starszych rodu, że zamierzają się pobrać, nagle okazało się, że Mania, a i owszem. Jest dobrą partią, ale…Co dla jednych jest podłogą, dla drugich jest sufitem. I tak trwali Mania w upokorzeniu, a Kazimierz, z wygody, przecież nie może poślubić dziewczyny, która nie przynależy do jego stanu.. Konta. Konwenansów, Kontaktów. Wie ten i ów, a on, na co by się narażał, na brak comiesięcznego przekazu, jak utrzymałby się na studiach w Warszawie?

Maria czuła się biedna,(po raz wtóry) odsunięta, głupia, przeżywała tortury. A to wszystko z brakiem perspektyw w(cale nie) tle, i jeszcze brakowało jej miejsca, w którym sama mogła by się uczyć. I ta depresja… Jej siostra Helena została tak samo potraktowana, nie był to więc wyjątek. Nie jest to  także usprawiedliwienie.

I tak Maria pochłonięta została przez Melancholię, chorobę duszy i ciała, którą nazbyt dobrze nauczyła się maskować śmiechem bo przecież nie makijażem, czy obrotem zdarzeń, nie tylko formułkami matematycznymi. To pojawia się niczym refren, zgranej piosenki, którą niby znamy od pierwszych taktów, a i tak pojawia się ciężar w opuszkach palców, i gdzieś w okolicach żołądka. Szczęście w nieszczęściu było takie, że ojciec objął posadę dyrektora w podwarszawskim domu poprawczym, mógł tym samym wspomóc starszą córkę Bronię, i sprowadzić młodszą do domu.

Bronia była jedną z trzech kobiet, na tysiąc osób, która ukończyła wydział medyczny,a  gdy poznała Kazimierza Dłuskiego,  oboje się zakochali, nastał czas wesela, w Krakowie, potem wyprowadzili się do Paryża. A gdy marzenia Mani wyparowały, no bo ileż można marzyć marznąć i cyfry to zapisywać to mazać? Śnić i wierzyć? Dlatego gdy Siostra zaprosiła ją pod swój dach, mówiąc, że gdyby tylko mogła zaoszczędzić kilka rubli, to w dwa lata na pewno zdobyła by dyplom. A Mania odpisuje, że już straciła wszelką nadzieje, że życie nie jest tego warte, że nie wie co robić. Ona nie wie, że zarówno Bronia, jak i ich Ojciec wie, co jest grane, gdzieś w zaka i markach serca tli się ballada o Kazimierzu. Maria cały czas ma nadzieje, że jej luby podejmie właściwą decyzję , i mimo sprzeciwu rodziców,będą obietnice, przyrzeczenia i śluby, lub jeden ślub. Ożeni się z nią. Z tą myślą jedzie wiosennego dnia, roku kolejnego do tatrzańskiego kurortu. Nie wiadomo jakie toczyły się rozmowy, to co było jasne, to to, że nie pomogły spacery. I górskie powietrze.

Po ośmiu latach wyrzeczeń, Maria napisała do siostry, że jeśli tylko jest w stanie jej dopomóc, i zaoferować pokój i wyżywienie, to ona, jednak,  zapisze się na Sorbonę. Co też uczyniła. Dała słowo ojcu, ojcu, którego kochała, który jej był bliski, i którego niebawem miała pożegnać.

Spakowała, materac z pierza, ubrania, jedzenie i stołek, zakupiła najtańszy bilet w trzeciej klasie i ruszyła, w nieznane. Po czterech dobach pociąg wjechał na stację Gare du Nord, czekał tam na nią Kazimierz. Dłuski. I razem powędrowali do mieszkania na rue d’ Allemagne, które znajdowało się w dzielnicy robotniczej. Za dnia, przyjmowano tam pacjentów i pacjentki, zarówno Bronisława jak i jej mąż mieli tam swe gabinety, i przyjmowali niezależnie od tego, czy ktoś mógł, czy nie mógł zapłacić za poradę.  Dwa dni, bez pobierania opłat, tak, by do opieki medycznej miały dostęp także osoby, których doświadczeniem jest bieda, czy ubóstwo. I w taki sposób by przy okazji nie splajtować.

Niesowite i niesamowite było to jaka wolność panowała wtedy na Sorbonie, egzaminy zaliczało się jakie tylko się chciało, w czasie dogodnym, a wykładali najlepsi w swoich dziedzinach, wystarczy wspomnieć Paula Appella ,czy Gabriela Lippmanna. [Ten ostatni był znany, z tego, że wynalazł wraz z braćmi Curie kilka narzędzi pomiarowych, jak również powinniśmy przypomnieć sobie jego imię i nazwisko za każdym razem, kiedy spoglądamy na kolorową fotografię, bo to właśnie za to odkrycie, został odznaczony w 1908 roku Nagrodą Nobla].

Oglądając filmy o Marii można dojść do wniosku, że mieszkała  ona w nieogrzewanym mieszkaniu, jadła niewiele, i siostra jej nie wspomagała. Problem jednakże był inny, za dnia, Dłuscy prowadzili gabinety (a to łączyło się z gwarem, ściskiem, hałasem), wieczorem odbywały się tam imprezy, (a to łączyło się z gwarem, ściskiem, hałasem). Mało tego Kazimierz rozpraszał Marię chcąc ją wyciągnąć na zabawy, a jej atmosfera dosyć luźna, nie odpowiadała. Może było tak, że to był jej sposób, który wypracowała sobie przez długie lata, odgrodzić się w jedynie bezpiecznym świecie nauki. Musiała poradzić sobie z wyzwaniem. Z akcentem, z językiem francuskim,z nadrabianiem zaległości na uczelni…I doświadczeniem dyskryminacji krzyżowej, a także z doświadczaniem = wolności i… możliwością spełnienia własnych marzeń…

[Stephen Hawking].
[Stephen Hawking].

To wszystko przyczyniło się do jej decyzji by za dwadzieścia pięć franków miesięcznie wynająć nieogrzewany pokoik na poddaszu sześciopiętrowego budynku przy ulicy Flatters 3. I tak pierwszy z czterech pokoi znajdujących się na poddaszu zaczął być częścią jej legendy. Ballady o Marie Curie. Tak jak i jej czarne stroje. O ile uczelnia dawała Marii schronienie, chociaż słowo studentka było równoznaczne, w ówczesnych słownikach, z synonimem kochanki (studenta) o tyle pozycja społeczna kobiety tak w Polsce, której nie było na mapach, tak i Francji była podobna. Na ile Maria nie była świadoma ograniczeń, na ile nie chciała takiej świadomości posiąść, a na ile budowała swoją legendę, bo, że ją tworzyła było oczywistym, nie wiadomo…

Tak, bała się egzaminów końcowych, że przez pierwszych kilka chwil, nie potrafiła przeczytać co było napisane na arkuszu. Czy zdziwi nas to, co napiszę, że zdała najlepiej ze wszystkich osób, które  do niego przystąpiły? Swoją zaradnością, konsekwentnym wykonywaniem prac, i wiarą w niemożliwe, zyskała również stypendium Aleksandrowicza, przyznawane ubogim, acz utalentowanym studentom. Licencjat z matematyki obroniła z drugą lokatą w grupie, gorzka to dla niej pigułka była, wiele z siebie łez i narzekań wyrzuciła… Cóż, life is brutal. Ale nie do końca, wszak wspomniany Lippman przekonał członków Towarzystwa Wspierania Przemysłu Krajowego by wypłaciło czesne jego ubogim studentom, a ci w rewanżu będą zajmować się badaniem magnetycznych właściwości różnych rodzajów stali. I tak oto Maria stała się członkinią zespołu badawczego. Mogła korzystać z pomieszczenia, małego laboratorium swojego profesora, był tylko jeden problem, było ono za małe i nie mogła sprowadzić wszystkich przyrządów… I tak oto przyjaciel Broni poradził jej by spotkała się, z mało znanym fizykiem, tak co prawda jest jednym z ekspertów francuskich, młody, zajmuje się magnetyzmem, ale mógłby Marii pomóc w zdobyciu bardziej komfortowego lokum… Tak, dokładnie ten, jeden z braci, który wynalazł kilka przyrządów fizycznych. Pierre Curie. Ten przystojny, trzydziestoczteroletni, dyslektyk wciąż mieszkający z rodzicami. Miejsca co prawda jej nie udostępnił, ale służył fachową wiedzą, odnośnie elektrometru kwadratowego, bo tak się składa, że pomógł go unowocześnić. To on sformułował ogólną zasadę symetrii (prawo Curie)  i to jego zainteresowała natura kryształów. Wszak czy Plutarch mógł się mylić określając bursztyn elektronem?! Przecież wystarczy go potrzeć by widzieć jak się elektryzuje… (Bursztyn nie Plutarch, oczywiście).

Piezoelektryczność, tak to bracia Curie odkryli, tak to im zawdzięczamy ultrawdzięki, ultradźwięki, dzięki nim mamy telefonie komórkową, czy kineskopy… A zegarki kwarcowe… Czy może dziwić fakt, że tych dwoje miało się ku sobie? Tak. Może, zwłaszcza jeśli poznamy poglądy Piotra na rolę kobiet, i ich (jego zdaniem) niezdrowy erotyzm, który rozprasza mężczyzn, odrywając od Naprawdę Ważkich i Ważnych Spraw Tego Świata. Wyrósł z nich, nigdy też nie ulegał konwenansom, i był nadzwyczaj skromny. Tak przynajmniej głosi jego legenda. Podobno, miał tak napisać w swoich dziennikach, podejmując każdą decyzję w życiu wahał się, każdej towarzyszyła niepewność, zastanowienie niemoc i trwoga. Każdej. Każdej, prócz jednej. Tej, że chce swoje życie spędzić u boku Marii Skłodowskiej. Chciał by była jego żoną i partnerem w badaniach. A ona, była pewna, że jednego co chce, to pojechać do Warszawy, a może w ten sposób chciała wypróbować uczucia Piotra? Może bała się, że nie nauczyła się niczego ze związku z atrakcyjnym Kazimierzem? A może bała się, że ugrzęźnie w konwenansach żony, matki i kochanki? Taka z_(ż)ona oczekiwań. Strefa niebezpieczeństwa. I straconych nadziei, okupionych ciężką pracą. Sytuacja, w której Piotr chcąc zdobyć względy Marii musiał o nią zawalczyć. I zrobił to. Wyznając nawet, że owszem kocha Francję, zżyty jest z rodziną, ale przeprowadzi się do kraju, którego nie ma na mapie, żeby tylko z nią być.  Tak Maria zyskała jeszcze jedno, kochających teściów. I mężczyznę swojego życia, który darzył uczuciem zarówno jej ciało, umysł, ambicje, potrafił być wyrozumiały i konsekwentny, a także czuły. W dwudziesty piąty dzień lipca roku 1895 w ogrodzie domu w Sceaux, gdzie mieszkali rodzice Piotra, zgromadzili się Bliscy i Znajomi by być świadkiniami i świadkami zawarcia małżeństwa między Marią ze Skłodowskich, a Pierrem Curie, a w prezencie ślubnym, państwo Młodzi otrzymali… :

[Yaro, Rowery dwa, źródło].

       Prezent musiał być praktyczny, a rower właśnie przeżywał swój szczyt popularności. I tak oto państwo młodzi wybrali się w podróż poślubną, która trwała aż do końca października, kiedy to wrócili do stolicy Francji. Tej, która eksplodowała od odkryć naukowych, jakże niedawno to było, gdy nie znany nikomu, skromny fizyk…  Jak mu było? Ach, Roentgen, prowadził badania nad promieniami katodowymi, a Faraday, do trzech stanów skupienia, dołączył czwarty- który nazwał materią promienistą. Tak to co poczytujemy jako zastałe, i oczywiste od wieków, takim nie jest. Bezpiecznie jest myśleć, że promienie X zostały wynalezione wieki temu, że to stan_dar(d) w medycynie, która wszak jest królową nauk, ale to ułuda. W rzeczywistości, piątek ósmego listopada (1895) roku zdarzył się niedawno, zaledwie wczoraj, to wtedy Roentgen był -jak to zwykle czynił- sam w laboratorium, i wtedy przeprowadzał doświadczenie w lamie próżniowej Crookesa, podłączył wszystko do cewki Ruhmkorgffa i gdy strumień elektronów wędrował między anodą a katodą można było zaobserwować słabą poświatę. Młody fizyk chciał zobaczyć, czy owo promieniowanie wydostało się poza lampę, ale było one tak słabe, że pokój był oświetlony, że nie mógł wyciągnąć wniosków,ale gdy zasłonił żaluzję mógł zobaczyć, że ekran, który przeznaczony był do innych eksperymentów lekko poblaskuje. Po powtórzeniu eksperymentu stało się jasne (sic!), nie mylić z nastała jasność, chociaż czemu nie (?) było oczywiste, że promienie nie tylko przeniknęły przez osłonę, ale także przebyły drogę powietrzną, by na końcu osiąść na ekranie, zupełnie przypadkiem odkrył więc promienie X. I w ten oto sposób zagospodarował sobie kolejne dwa miesiące, kiedy to zabarykadował się w swoim królestwie, minimalnie tracąc czas na jedzenie i picie. Nie chodzi o to, żeby przytaczać teraz wielość eksperymentów jakie wykonał, z jakimi materiałami, w jakich konfiguracjach. Scena gdy prosi do laboratorium Berthę, swoją żonę, wydaje się tak odległa na początku XXI wieku, a jednak tak nie jest. Podobno wtedy to imaginowała sobie własną śmierć w męczarniach, a Wilhelm chciał jej tylko zrobić selfie, no dobrze, w zasadzie prosić ją o rękę, znaczy, o kończynę górną, która została uwieczniona, i rozpowszechniona w prasie. I to było jedno z najbardziej rozchwytywanych (sic!) zdjęć w historii fotografii! Nie tylko ludzie oszaleli na jego punkcie, ale sam badacz został zaproszony na dwór cesarza Wilhelma II by nie tylko odebrać Order Korony, ale przede wszystkim dać prywatny pokaz. Nie było niczym dziwnym, że marketing to zaraz podchwycił, a w sprzedaży pojawiły się lornetki z wkładem rentgenowskim w celu podglądania zacnych, person, przez niecne osoby. A rentgenowskie ubrania? Były, a sugestia szkół medycznych by prześwietlać studentów i pokazywać schematy na żywym organizmie? Były. Poruszenie nie jest właściwe naszym czasom, to znaczy tym, których doświadczamy. Niezdrowa ekscytacja, przechodząca w huraganowe zachwyty nad nowinkami techniczno-medycznymi, nie jest nam tylko właściwa. Co więcej, w historii ekonomii mówi się, że oceniając postęp techniczny, zbytnio przecenia się wynalazki niedawno wdrożone, jak na przykład Internet, a nie docenia starsze (które de facto odegrały ważniejszą rolę) jak np wynalezienie pralek automatycznych. Wróćmy do Wilhelma, który dostał za swoje odkrycie, jak wiemy pierwszą Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki, i —co też nie bez znaczenia— około siedemdziesiąt tysięcy złotych franków francuskich przeznaczył na cele dobroczynne, jak wiemy był bardzo ubogim człowiekiem. No tak, powie ktoś/ia ale na co mu nagroda, nawet sowita, skoro opatentował swój wynalazek. Otóż, nie opatentował. Zatrważające jest to, że firmy farmaceutyczne, u progu XXI wieku potrafią tak postępować z sekwencjami genów… Postęp czy podstęp?

Piotr który jeśli chodzi o sposób noszenia odzieży wierzchniej był abnegatem, jeśli chodzi o strzyżenie było mu wszystko jedno, tak samo jak o jedzenie, jedyne co się liczyło to praca. Tak jak dla Marii. Przeprowadzili się do małego, skromnego trzypokojowego mieszkanka, wyposażyli je rodzice Piotra, którzy podarowali im używane meblem luksusem były świeże kwiaty na mahoniowym, rzeźbionym stole, który też, a jakże by inaczej, dostali. Do legendy przejdą jej (udane) próby uczenia się gotowania, z metodyczną myślą, i żarliwym zapałem, aptekarską dokładnością robiła przetwory. Tak więc to nie tylko spisywanie wydatków i przychodów, prowadzenie drobiazgowego domowego budżetu. Do tego cały czas się szkoliła, kończyła kursy nauczycielskie (wszak życie we dwójkę jest droższe) poza tym, oczywiście, nie, przede wszystkim: prowadziła badania nad właściwościami magnetycznymi stali. (Za które to dwa lata później dostała Nagrodę Gegnera). Ażeby mieć zagospodarowane wieczory, i lepiej rozumieć to, czym zajmuje się Piotr uczęszczała na zajęcia na temat kryształów. Ja chętnie udałabym się do Marii na kurs zarządzania sobą w czasie. Spełniała te obowiązki i wywiązki z podziwem, do czasu gdy okazało się, że jest w ciąży. Pewnie i to by wpisała w grafik, gdyby nie te mdłości, które trwają całe dnie. Bez ustanku. I tak 12 września 2897 roku na świat przyszła Irena, ważyła nieco ponad 2700 gramów. W tym samym miesiącu na raka piersi zmarła matka Piotra. Krąg życia zatacza koła. Zatacza o_kręgi. Płynie. Wszystko płynie

[Maeva in Wonderland, kompozycja.: Ibrahim Maalouf solo: Ibrahim Maalouf, Maeva, Ibrahim Maalouf & hr -Bigband, tp; Tony Lakatos, ts aranżacja.: Jim McNeely, dyrygent.: Jim McNeely, Niemcy, Frankfurt, 2013, źródło nagrania].

Niesamowite jest to jak Maria radziła sobie w sytuacjach niecodziennych, gdy postawieni zostali w sytuacji opieki nad nowo narodzonym dzieckiem, to pojawił się kolejny dziennik: postępów Irenki, pomiary główki, czasy karmienia. Na nic dzisiejsze wymysły marketingowe te i owe, w stylu: mój pierwszy (k)roczek. Rok z życia dziecka, cóż. Brak pokarmu odczytała jako osobistą porażkę. Dlatego też musiała na początek wynająć mamkę, a potem, drugą opiekunkę. I do tego to nawracające przygnębienie Marii. Wycieczenie, czy ataki paniki. Gdy dziadek zaproponował, że zajmie się zarówno prowadzeniem domu jak i opieką nad Irenką, wszystko wróciło do poprzedniego stanu, czyli do normy. Maria mogła zacząć prace nad doktoratem, dysertacje otworzyła w czasie gdy Thomson odkrył istnienie tych dziwnych kapsułek… Elektronów. A Moseley odkrył, że to ich liczba, a nie masa stanowi o atomowej liczbie pierwiastka.

Czyż dziwi fakt, że Maria chciała, jak inni zająć się promieniami X, ale mąż doradził jej, by zamiast tego zajęła się promieniami Becquerela. Marii pomogło wnoszenie przez Piotra poprawek do elektrometru (tego samego, który współwynalazł). I ona była przecież znana z wynalezienia nie jednego przyrządu, który zadziwiał dokładnością. A jej skrupulatność i wytrwałość nie miała sobie równych). Mieli przecież tylko do dyspozycji, kawałki szkła, drutu, jakiś klej i kryształ, no jeszcze kawałek blachy. Ktoś wyrzucił sklejkę, a oni po prostu zrobili z tego całkiem nową,  komorę próżniową. No, dobrze mieli jeszcze malutką pompkę, taką, co pomocna była do wytworzenia próżni. Nie w kij dmuchał(a). (Chociaż dmuchać to Maria potrafiła, zrobione przez nią lampy, nigdy nie pękały). Niezrażona niepowodzeniami odkryła, że tor, pierwiastek odkryty przez Jonsa Jacoba Berzeliusa wytwarza promieniowanie elektryczne. I tak szła, szła, aż doszła do wniosku, że musi poszerzyć spektrum badań o inne pierwiastki, w tym wykonywać doświadczenia na blendzie smolistej. Nie nie, nie jesteś w blędzie, w wielbłądzie, tfu we wbłędzie.

W 1898 roku Maria otwiera nowy rozdział, trwożny, któż mógł przypuszczać, propedeutykę do stworzenia bomby atomowej, odkrywa nową właściwość materii, proponuje nazwać ją promieniotwórczością. Tak więc twierdzi, że promieniotwórczość można zmierzyć. Szkiełkiem i okiem.  I jest to właściwość atomowa. Atomowa Dziewczyna z Marii.  Bombowa kobieta, która ożywiła ów temat, temat, w którym rzekomo nic nie dało się już wymyślić, niczego odkryć. No i oczywiście chemię i fizykę, nie popularne dziedziny wiedzy w owych czasach, społecznie, bo jeśli chodzi o naukowczynie i naukowców…

Rozpoczął się wyścig, kto pierwszy odkryje nowe pierwiastki, a konkurencja w peletonie była silna, wystarczy spojrzeć na nazwiska, same tuzy, dzisiaj, cóż. Uczymy się o nich z podręczników, nie chodzi o to, że książki są pod ręcznikami. Taka zakazana lektura 🙂 Ale całkiem jawnie. Thomson, Rutherford, Curie, którzy potrzebowali coraz to więcej pieniędzy, dlatego też Piotr zabiegał o to, wiem, wiem to oksymoron w jego przypadku, ale jednak, by wykładać na Sorbonie. Jednak nie został wybrany, cóż, za słabe nazwisko, cóż, że bardziej kompetentny, jakby się nazywał Perrin, to z pewnością… A tak? A tak Piotr porzucił krainę kryształów, by udać się w wir przygody poszukiwania wraz z Marią nowego pierwiastka, taka opowiastka.

Jako pierwsza opracowała technikę frakcjonowania. I wieść pogalopowała w świat, i tak oto obudziła konkurencję, która jakoś tak „przypadkiem” zainteresowała się bardzo tematem nad którym pracowali Curie. Wyniki przez nich uzyskane potwierdził sam Becquerel (gdy ten ostatni dzięki swoim wpływom uzyskał granty na dalsze badania, pogratulował tylko Piotrowi, skąd my to znamy…). Podobno nie tylko lekceważył Marię jeśli chodzi o wkład naukowy, ale także dzięki jego staraniom kandydatura Piotra na Członka Akademii Nauk (to samo przecież miało spotkać Marię). Maria tym czasem, pracowała, pracowała, pra…. I tak oto stał się Polon. A zapisek z dziennika pokładowego w laboratorium z dziewiętnastego grudnia 1898 roku brzmi: „Rad”(Rad po łacinie oznacza promień). Tak oto Maria odkryła dwa pierwiastki, za pomocą nie stosowanej dotąd metody, mierzenia poziomu promieniotwórczości. Jednak aby odkrycie nie było tylko teoretyczne należało ten nowy pierwiastek wyizolować. To jaką batalię przede wszystkim, stoczyła Maria jest już częścią jej legendy, Piotr pisze w dziennikach, że on, osobiście, dawno by się poddał. Dni, tygodnie, miesiące, lata, praca w karygodnych warunkach, pozyskiwanie materiału, dużej ilości, i jeszcze większej ilości materiału… I szczęście w rodzinie Curie. I dysputy o nauce. I miłość. No  uzyskanie profesury przez Marię. Potem rozterki genewskie i objęcie stanowiska na Sorbonie przez Piotra. A Maria nad probówką próbuję rad wyodrębniać. Stało się to dopiero po czterech latach mrówczej pracy. I jedna pięćdziesiąta objętości łyżeczki do herbaty już jest. Dokładnie!Ponad jeden centymetr sześcienny szczęścia. W swojej zaciętości doszła do wyniku jednego grama. Umieściła rad, w tablicy stworzonej przez Mendelejewa a jego numer osiemdziesiąt osiem. Niestety, nie dożył stwierdzenia tego faktu Władysław Skłodowski, który uznawał co prawda trud Marii i Piotra, ale wiedział (i z tym stanem wiedzy pozostał), że znaczenie ma znaczenie ledwie teoretyczne.

 ———–

[Staff, Deszcz Jesienny].

[1+1].[2+1].[145+1].[175+1].[183+1] Flora i fiołki, albo (znów) o czytaniu.

Skrócony od[noś]ni(c)k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-VP

Aforyzmy są kłamstwami podniesionymi do godności prawy

[Ewa Wiktor]

Filozofowie tak samo podlegają modzie jak stroje, muzyka, budownictwo itp

[Vauvenargues]

[Myśli ludzi wielkich, średnich, oraz psa Fafika, Marian Eile- Kwaśniewski, Iskry, 2008].

Przez internety przetacza się fala masująca intelektualne strefy erogenne, za sprawą [nie]czytania., te wszystkie achy,ochy, i ubolewania, zliczania i zaliczania się do niektórych, nie z nadzieją, a z pewnością, że do elity..Moim zdaniem, a tak, będę je wygłaszać! (i będzie to zdanie złożone, i to nie jedno, niestety) z czytaniem  nie jest to tak tragicznie, jak się powszechnie mówi, i jak diablo maluje, a wiadomo nie taki on straszny, tylko malarce, czy malarzowi talentu nie zbywa, albo i wyobraźni, albo jednego i drugiego, masują tylko swe ego.

Piętnaście milionów ludzi, to nie w kij dmuchał, a jeśli już w takowy i jednak, to pamiętajmy, że każdy kij dwa końce ma. A kto kijem wojuje ten od kija ginie. I choć tak jak pisał Sapkowski :lepiej zaliczać się do niektórych niż do wszystkich, zachwyt z jakim ludzie w Polsce zachwycają się, że należą do tych co na wierzchołku, która czyta (ze zrozumieniem, i wcale nie [tylko] instrukcje obsługi) posiada i kupuje książki, jest dla mnie więcej niż żenujący. Pompują ego, do granic niemożliwości. Oczywiście, nie wszyscy, i nie zawsze.

Nastała moda na czytanie, powieści, kryminałów, biografii, może od czasu do czasu jakiś bezradnik(ów)? To tyle, uff… No i oczywiście teraz, reportaże, wiadomo młoda moda. Lepiej być na czasie niż na czatach, a ten pierwszy niech będzie teraźniejszy.  I to tyle. Ilość przede wszystkim. Jakość? Niekoniecznie. A książki, coraz to droższe, niezależnie od formatu. Tak dosłownie jak i metaforycznie pojmowanego. Humbugów na półkach coraz to więcej, i więcej i tego tam, o czym wyżej, czyli końca nie widać.  Przykre jest to, jak ludzie czytają chłam szczycąc się ilością, zliczając i chwaląc się, ot co. Jak każda przeminie, z wiatrem czasu, by nie napisać, że z jego pierdnięciem. Oczywiście, nie każdy i nie zawsze ślizga wzrok po czcionce unurzanej we wrzaskach mody.Nastanie inna. byle by nie nastawała ani na duszę, ani na odcisk! Póki co to tu, to tam, chwalenie się biblioteczkami, wyzwaniami, ilością przeczytanych (a nie pamiętanych) książek, ile to się nabyło w trakcie tygodnia, miesiąca, humbug, humbugiem, humbug pogania, byle rackę napisać. Byle zdążyć, byle… Brylować, nierzadko, chociaż! To ostatnie i nie zawsze. wędruje ze wspomnianymi wyżej. Teraz się nie czyta, teraz bierze się udział w maratonach, jakość rzadko łączyła się z ilością. Powtarza się zasłyszane zdania, pieści pamięcią, formułki, przekonania,  ze szkoły rzadko weryfikując, zażywając takiej lektury  np Jak dyskutować, o książkach, których się nie przeczytało, byle nie wyjść na  ignorant[k]_a/ę. A jeśli już to chyłkiem wyjściem awaryjnym…

404593_483780248307885_1519711515_n
[źródło zdjęcia, Sztuczne Fiołki].

Nie czytałam: od zawsze,cokolwiek to znaczy, nie urodziłam się z książką w prawej, czy lewej ręce. Litery składać uczyłam się z trudem, mozolnie. I poza wyjątkami, bez przyjemności. Chociaż lubiłam jak to mnie czytano,uważam to za jedną z najbardziej intymnych czynności, chociaż są jeszcze słuchowiska, czy książki mówione, dzieci czytają dorosłym i vice wersja, ale nie awersja…

    Każda osoba chce mieć zdanie własne, wygładzone i słuszne, nie do prawdy pretendujące, ale bywałe ją w istocie, i to niepodzielną… Ale wysiłek podjąć myślenia.co to, to nie, to zawżdy skryć się w aforyzmy, w brak czasu, bieg lat,i wielość innych brewerii… A, jeszcze jedno,  często każda osoba chce mieć własne zdanie wydrukowane i opatrzone okładkami i własnymi inicjałami, chociażby inicjałami… Co to, to nie. Zbytecznie zabawki, a że jak wieść gminna niesie, i sprzeciwu nie znosi, nie nadgryźniętatatatata, przez ząb czasu, ani nie przeżuta przez soki trawienne dat, myślenie nie boli… Jakież to płonne nadzieje, złudne przekonania, żuchwałe pomysły, wymysły może dlatego tak trwałe, choć niesłuszne.

Diderot powiedział kiedyś, powiedział, i zostało to zapamiętane i zapisane(albo odwrotnie) lepiej zużywać się niż rdzewieć. A zardzewieć nad czcionką, to nie zużyć życia, a zaznać tycia. I tyci,tycia. Chociaż mózg przy czynności czytania zużywa kalorie tak jak przy ćwiczeniach fizycznych, tyle, że mniej.Ale dobre i to, darowanemu koniowi (chociaż by był trojański, albo Pegaz jaki) w zęby, choć drewniane czy papierowe się nie zagląda.  Dzisiaj nie tylko każda osoba chce pisać, pisać o książkach, byle kilka zdań skleconych za recenzje ulatuje, a powieści? A wiersze? A dylematy, a dramaty? Chociaż oczywiście, są i rzeczy opisanie słuszne, i pracowitości wymagające, i przygotowane należycie…

Pracować,przerabiać, skreślać, wymazywać, wyciągać. Wielcy pisarze zawsze tak robili. Przeczytaj pan uważnie Lenorę.

[Mydło, czyli radzimy się powiesić, Konstanty Ildefons Gałczyński, Iskry, Warszawa 2010, s.13].

[źródło zdjęcia, (Sztuczne Fiołki)--- jak wyżej]
[źródło zdjęcia, (Sztuczne Fiołki)— jak wyżej]

Komu chce się skreślać? Kto czcionkę znosi? A komu ona kulą, błędem, wielkim, wiele błądem u nogi? U ręki, u nadgarstka?W czasach gdy internety są tak dostępne, wszechobecne niczym duch, mara? Komu chce się czekać? Pewno, że są i tacy.

A życie toczy się poza okładkami, chociaż i te są poprzeczne, czasami jak stół się chybocze? Kiedy to można podłożyć pod głowę miast poduszki, albo inne to zastosowanie odnaleźć…Czy takowe reperkusje brał pod wzgląd i w9y0gląd Gutenberg

Flora Tristan wiedziała i o tym, jak słuszną rzeczą jest pisanie. Kobieta zapomniana, pierwsza z emancypantek, by nie napisać tego obrzydliwego słowa na eF… Babka Eugène Henri Paul Gauguina, ale to za mało! I znów kobieta znana, czy też trafniej nazwać opisana (sic!) przez losy mężczyzny, ale niesłusznie  zapomniana. Żyła ledwie lat czterdzieści i jeden, intensywnie, ostro. Niebezpiecznie, tak przynajmniej było to odebrane, gdyż zdecydowała się przekroczyć konwenanse. Pół Peruwianka, wywodząca się ze szlachty, i to nie byle jakiej! Jakże ważną personą była⇒(by),ale że w związku z narodowością księdza ślub ich rodziców był nieważny, to w świetle i istocie prawa tamtego czasu Flora była,  e[c]hem,e[c]hem bękartem, i jako dziecko z nieprawego choć pewnie wygodnego, łoża, nie miała praw do spadku po ojcu, zamożnym i możnym, i jako się napisało, zmarłym. A w tym czasie, dzieci należały do ojca niezależnie w jaki sposób poczęte.  Nici z zabezpieczenia zatem. I nie była to nić Ariadny. Wychowywana przez matkę,a nadmienić tylko,  żyły w niedostatku.

Pracowała, bo wysyłanie, czy zsyłanie dzieci na zarobek nie było rzeczą, ani nową, ani haniebną,  jako pomocnica grawera, musiała odpierać zalety swojego pryncypała, nachalnego, nieokrzesanego, i wytrwałego w natarczywościach, a że kropla krąży i drąży skałę, tak…  Los podsuwa propozycję (matrymonialną) nie do odrzucenia. Małżeństwo, nie tak jak w bajkach, żyli w przemocy, której dopuszczał się mąż wobec żony, i to we wszelkich jej rodzajach, żyli krótko i nad wyraz nieszczęśliwie, przynajmniej Małżonka, młoda i niedoświadczona, bo w chwili przyrzeczenia przed Bogiem i plebanem miała wiosen zaledwie siedemnaście.

Flora będąc w ciąży, z Aliną (która zostanie matką wspomnianego malarza) więc dopiero trzecie dziecko nosząc pod serduchem. Zdecyduje się, odejść, a  w zasadzie (i w kwasie) uciec od męża. A pamiętajmy, że obowiązywał wówczas kodeks Napoleona, który nie był dla kobiet, używając eufemizmu,ani pomyślany, ani  pomyślny…

Ona to sprzedawała nici, to była guwernantką, by móc przeszyć od pierwszego do pierwszego nici związać, na jako taką kokardkę, albo chociaż zupeł (nie gordyjski, a sprawa to była gardłowa: przeżyć) od krewnych ojca zażąda spadku, aby tego jednak dokonać, i by cień szansy zachować na powodzenie (ale nie chodzi tu o wodę) przedsięwzięcia musiała się przemieszczać, tj. podróżować, zostawić dzieci u opłacanej z własnej kieszeni niani, podróżować, co nie było zgodne  wraz z mężczyznami. Po pierwsze pielgrzymować przez wielką wodę do Peru, statkiem, na kraniec świata i możliwości swoich. Zyskuje sympatię i tyle tylko, no może poza mizerną ręciną, wraca do Francji, i wtedy to mąż zaczyna ją prześladować (łasy na spadek, który przecież zapewne zyskała, bo inaczej być nie może) i tu kończy się  moja przydługa introdukcja, a opisanie losów Fory Tristan urywa, no może warto wspomnieć, bo takowa była intencja, publikuje w tym czasie: Wędrówki pariaski, to jest przyczynek nie do mizernej popularności, ale do sławy, bo język, którym się posługuje jest niezwykle sugestywny, a temat nie poruszany, wpisany weń jest gen egzotyki, a i wspomnienia jest z czego czerpać, to wszak wyprawa do Ultima Thule.Wiadomo, że peregrynacje nie tylko kształcą, przynajmniej niektórych (co już ustaliliśmy).

Iwaszkiewicz, nasz rodzimy pisarz,Jarosławem zwanym jeśli wierzyć córce, Marii, twierdził, że to, co uruchamia talent i apetyt na pisanie,a wręcz czyni tę czynność możliwym są właśnie podróże, a więc życie, ruch, kalejdoskopem zdarzeń zabawa. Warunek sine qua non. Ruch więc poza ciążenia czcionką, która cień bywa, że rzuca długi…

Co do tego, jak i do szkolnej wiedzy, i jej weryfikacji warto wspomnieć li tylko nadmienić,musnąć skoro nie tak dawno wspominaliśmy średniowiecze) sytuację kobiety w  owych czasach, ale bez lubowania się w esejach i elaboratach i innych taboretach.

Nie zasilały one ław w aulach uniwersyteckich, a słowo studentka przez wieki oznaczało li tylko we swej istocie, towarzyszkę (łoża) studenta. Nieliczne z nich brały udział w życiu na dworach. Chociaż wychwalanie chanson de geste  bardziej zniekształca obraz ówczesnych kobiet. Uwięzili kobiety w ideałach piękności i westchnień — i to dawno, dawno, tylko narzędzia się zmieniały, mieniły i kształty przeobrażały. —  Pozbywając tym samym samodzielności (myślenia i działania). Bogucka przyrównuje stosunek do kobiet i wychwalanie idei miłości dworskiej jako narzędzie, utrwalenia podrzędnego stosunku kobiet wobec mężczyzn.

Podczas gry, wędrowania, czy innych czynności, w czasownikach zamkniętych,  to mężczyźni, zdobywali, oswajali i opisywali światy i dziwy jako swoje, wybranki ich serc siedziały, czy to w metaforycznych, czy fizycznych wieżach, równo wysokich i trwałych.

Jakież to rażenie miały pieśni langwedockie, czy też prowansalskie, albo niemieckie, które roznosili truwerzy i trubadurzy! Tak oto kobieta, zdrowa (sic!), wysoce urodzona(sic!), mająca koneksje i majątek, stała się zakładniczką piętna i piękna. A zmuszona została do pudrowania performatywności gestów. Przy tym musiała być niedostępna, i wyzuta z żądzy, niemniej powabna i ułożona (na właściwym boku), godzić niezgodności i niedogodności. Takie oto były czasy, okraszone pieśniami i podaniami chociażby takimi jak  Tristan i Izolda, co bazowały na  przyswojeniu i przeobrażaniu mitów celtyckich, to one wszak stały się podwaliną opowieści, która przetrwała do naszych czasów. Oczywiście bywały wyjątki, od reguł ustalonych, ale tych, jak wiadomo niewiele. O jednym, i to nie całkowitym, już wspominałam, a i Eleonory nie omijały (eufemizmu znów używając) przykrości. Eleonora Akwitańska, pierwsze małżeństwo unieważniła zręcznie, ale drugie z Henryka II Plantageneta równie „szczęśliwe” przypłaciła więzieniem kilkunastoletnim, podczas gdy małżon[ek] dzięki jej koneksjom i bogactwom zdobywał wpływy… Ale to ona, uwolniona już od twardej ręki Normandczyka, nie tylko biegła w politycznych potyczkach rządziła będąc regentką Ryszarda III, to ona stworzyła osławiony (słusznie) w Poitiers, i to co warto zaznaczyć, na dworze tym na równych prawach uczestniczyły tak kobiety jak mężczyźni.

Tak więc w samym sercu mizoginistycznego średniowiecza wybuchło nagle, zupełnie niespodziewanie, niezwykłe uwielbienie dla kobiety. Było to jednak zjawisko bardzo ograniczone, zarówno socjalnie, jak i czasowo. Miłość dworska szerzyła się wyłącznie w elitarnych kręgach dworsko – możnowładczych; nie dotknęła nawet średniej szlachty, środowisk mieszczańskich, tym bardziej chłopskich. Tu, na ludowym poziomie społeczeństwa, stosunki między mężczyzną a kobietą układały się wedle tych samych co zawsze patriarchalnych wzorców, a ich celem była przede wszystkim prokreacja.

[Gorsza płeć, Kobieta w dziejach Europy od Atlantyku po wiek XXI,Maria Bogucka, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2006, s. 48-49].

Wędrując swobodnie poprzez czas i przestrzeń, bez paszportów, stref czasowy i torsji i innych przyjemności, mogę wspomnieć sytuację Claudel albo Orzeszkowej, albo o ustanowieniu święta ósmego marca, albo o Świętosławie kto/sia słyszał/a? Gdyby tak przegrzebać wydarzenia, wymieszać daty, przedtem odkurzone, kobiet zapominanych,  albo pamiętanych nie wedle intencji znajdujemy więcej, coraz to więcej, tyle, że wielokrotnie urodzenie, koneksje im pomagają,  a i to słabo, przejść do herstorii — a gdzie reszta, z ambicjami, talentami, marzeniami, predestynacjami… —Niechybnie zapomnianej. Każda osoba, chce mieć własne zdanie, ale nie każda podejmuje trud myślenia, jak rzed[k]ł, klasyk/

A ja myślę, że całe zło tego świata bierze się z myślenia. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu nie mających predyspozycji.

[Narrenturm, Andrzej Sapkowski, SuperNowa, Warszawa,2002].

O tych i o innych dziwach i dziejach nie uczą w szkole,  bo i szkoła nie na tym polegać ma. Tylko na biegłości w pomyślnych deklaracjach i definicjach. Ach, o bieganiu już było, i będzie. Niebawem. A o czytaniu? Czy tam, czy tu, zapewne w treści spisie, do którego lektury (i właściwych od[noś]ni[c]k_ów zapraszam wytrwale. Aaaaaahoj!

183.Świętosława i jazz. Wędrówka ku geometrii [s]maku.

    Urządzamy nasz świat. Wy i godnie. Szlifuj (i j)emy krawędzie miejsc i języków. Nadajemy audycje, pocztę, znaczenie i zna- i i_miona.

Świętosława. [Źródło zdjęcia].
Świętosława. [Źródło zdjęcia].

Wdech

i wydech.

Wdech

i wydech. Falowanie, unoszenie i zapadanie klatki piersiowej. Owej. Wdech i wydech. Wdech, wydech. Dech,dech…ech, ech..Mijamy.Mija, mija, mijamy.

My, ech,ech, proch, och, och i mech,ech, ech. Niepozornie obracając w palcach minu_tu. Jedną minutu i drugą minutu Minut tu. I tu, i jeszcze tam. Tam. Dalej. Dalej. Jeszcze dal…

Ej, ej, ej.Zapominamy. Za i po, po mijamy. Wdech i wydech ech.

[***]

Dat_ta urodzin niepewna, ginąca w mrokach dziejów. W legendach, ach i mitach, ach. Z pieśni dumnych słów utkana i w snach leśmianowskich spotykana. Tykana Tykana. Tyk tik czasu łyk. Tik Tak. Tak. I tak, i jeszcze tak. Kto to tak, to kto by tam przywiązywał uwagę do kobiet, nawet tych ze znamienitych rodów. Ów może ten, kto panicza pragnie wżenić w ród znamienity… Ta, To nie tylko żona królów, i matka takowych. Zdają się milczeć o niej języki współczesne, ale echa pozostają, tają, tają jak śniegi w ostrym norweskim słońcu. Przeglądając pożółkłą już Kronikę Theitmara, pisma Adama Bremensis, można natrafić na jej ślad. Nęci mnie nęci wędrówka pamięci, smak lodu, miecza i rtęci. Podążmy zatem za tą herstorią.

]*[

Przyszła na świat, ten najlepszy ze światów, najbardziej przyobiecany i obmacany, po chrzcie Polski. Wiemy, że była córką  Dobrawy i Mieszka I  Niewiele wiadomo o jej latach dziecięcych, tych które spędziła w Gnieźnie.

Po śmierci pierwszej z żon, polityk, Król miasta Polan poślubił rychło drugą Odę Dytrykównę, z tego małżeństwa urodziło się chłopców trzech. To Bolesław zwany Chrobrym, który okaże się  bratem zacnym, roztropnym i dobrym… I często na dworze nieobecnym. On -lub co bardziej prawdopodobne ojciec, Mieszko I, przyobiecał rękę i (wszystkie członki- wraz z jakże się później okażę- bardzo cenną głową. I to nie dlatego, że nosiła ona koronę) przyobiecał on rękę Świętosławy królowi szwedzkiemu, Erykowi.Był to, jak to drzewiej bywało, mariaż o charakterze politycznym. Słowianie bowiem szukali sprzymierzeńców w toczonych siebie wojnach zasileń szeregów.

Wydana za pięćdziesięcioletniego króla, osiemnastoletnia cudzoziemka miała (i z pewnością to zrobiła) nakłonić do stoczenia najgorzej w swoim życiu bitwy. Tej Dzięki której zapisze się w historii jako Eryk Zwycięski.

Wraz ze zmianą adresu zameldowania Świętosławy zyskała ona imię nowe: Sygryda (albo: Gunhilda, to w Danii). Nie dane jej było cieszyć się zbyt długo słodkim pożyciem małżeńskim dekada ledwie zostanie im dana,  gdyż po [po]życiu dla króla zostaną tylko o_kruszynki. Świętosława została sama z dwójką dzieci: Holmfridę, jak to drzewiej bywało wydała za mąż, bardzo korzystnie, a w imieniu Olafa, jako regentka (nie mylić z rene_gagatką, albo rozmową z Rene  albo suro[wą]gatką!*) dzieliła i rządziła. Udaremniła zamachy na swojego pierworodnego i to w iście fantasmagorycznofantastycznym stylu.

Uczta w Upsali.

Upici Uspali się w Upsali. A no, uspali…Snem wiecznym i jako takim nieodwołalnym i niebezpiecznym. Wieść gminna niesie, że chcąc uniknąć tańca śmierci, i wyroku na syna jak i stania się marionetką złotą, acz tyko monetką w rękach przyszłego króla, a kandydatów było wielu i jeszcze ciut więcej.  Świętosława musiała dać do zrozumienia panom Wikingom, że nie życzy sobie męża. Nie będzie grała drugorzędnych rólek. I nie jest li tylko kwiatkiem, do może i wystawnego,szytego złotymi nićmi, ale jednak kożucha.   Cóż było robić. Wyprawić ucztę, znamienitą, pachnącą, sycącą, a przede wszystkim pojącą, pojącą. Zaprosiła więc nań tyc mężczyzn, którzy zagrażali jej pozycji. Nakazała nakarmić, napoić, nie żałowała napitku, kazała do nieprzytomności. Cóż załować alkoholu gdy płoną dworki, a zwłaszcza jeden… 

Po czym opuściła zgromadzenie i nakazała spalić miejsce… Podpalić. Usmażyli się panowie zacni. Żywcem (i nie chodzi o podlanie piwem). Gdy wieść się rozniosła o przyczynie i skutku  Świętosława dostała imię Storråda. Upici uspali się panowie w Upsali, a jak się zjarali, oj, jak się zjarali…Jakiego ognia posmakowali. Oj posmakowali.Nie przetrwali imprezy, nie przetrwali. Chyba, że w odmiennym stanie skupienia, ciała i mienia. Imienia.

Nie wszyscy byli chętni do ożenku z kobietą, mocną*, nie tylko w słowach, a(ch) czy nie w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało na raz? Olaf Tryggvason, książę Zachodniej Norwegii, nie chciał. Olafa Tryggvasonia spotkała kara, oj nie mała, nie mała. Spotkała i nie minęła… Po bólach i bojach ach zwycięskich, no dobrze, pieniążki ( i statki) pochodziły z okupu jaki zdecydowała się zapłacić Anglia za to by darowano jej spokój. Nie wieczny, choć przyjemny i bezpieczny.

Gdy przegnany wcześniej przez braci książę wrócił w glorii sławy do mroźnej krainy, odzyskał stanowisko ogłoszono w 997 roku, że poślubi on Sygrydę. Jednak że życie to nie bajka, nawet jeśli pochodzi się ze znamienitego rodu, ma się głowę na karku i potrafi się kręcić nie tylko nosem czy biodrami…Okazało się, że pewnego dnia, ukochany  O_lałf nie sprawę, ale publicznie uderzył Świętosławę w twarz, albo zepchnął do wody… Tak czy owak, nie tylko fizycznie, nie tylko publicznie znieważył. Miłość zgasła, za to pojawiła się nienawiść. Ta zniewaga nie tylko krwi wymaga. Cóż… Słowo ciałem się stało, a ciało [Olafa] struchlało.Cicho wszędzie, głucho wszędzie będzie się działo, oj będzie się działo. Wszak to cisza przed burzą, i to nie nie z obrazu Giorgionea malowaną.  Świętosława potrafiła rządzić i rządlić. Dzielić zdzielić sprzymierzać i władać. Czego nie zamierzano jej dać brała sama. A najlepiej potrafiła wziąć we własne ręce… Los. I to nie ten, wygrany na loterii, to ona mówiła jak mają tańczyć, ona dyktowała nuty i warunki (Czasami jak wiemy podając trunki).

Zemsta najlepiej smakuje na zimno, a w Skandynawii klimat po temu jest by dania (w Norwegii i  Danii) na zimno podawać. Zemsta przyszła szybko.Zbyt szybko. Przynajmniej dla Olafa. Wróć, ona nie przyszła, lecz przybiegła, choć trafniej można by było napisać przypłynęła. Bo chodzi o Bitwę morką „Trzech królów” czas ów trudny, chmurny i śmiertelny. Ale zanim dni te nastały Świętosława zawarła małżeństwo z Swenem Widłobrodym, królem Danii, któremu (i sobie oczywiście też) urodziła czworo dzieci. Mówi się (i pisze), że małżeństwo miało charakter… Polityczny, środek do celu, swoista introdukcja do tego co nastąpiło potem. Pot, i Krew i Łzy lały się strumieniem wielkim. Przeciwko jedenastu norweskim okrętom pod wodzą Olafa stanęło siedemdziesiąt sprzymierzonych sił słowiańskich szwedzkich i duńskich, oczywiście. Można powiedzieć, że Po_rzucona kobieta zjednoczyła wszystkie siły, które miała do dyspozycji. Bitwa, która rozegrała się na Bałtyku przeszła do historii, a Olaf przeniósł się był w Niebyt.

Gdy po bitwie opadł kurz, zgiełk, a morze nakarmiło się krwią, która tu i ówdzie pochłonął piasek. Kiedy to mąż zorientował się był, że został członkiem, pionkiem zaplanowanej gry. I to przez kobietę, przegnał królową, która musiała opuścić ukochany kraj. Przybyła tu, nie mając jeszcze lat osiemnastu. Udała się do syna z pierwszego małżeństwa Olafa, czy na dwór Bolesława Chrobrego.

Po śmierci synowie sprowadzili Matkę do kraju. Nie, nie toczono jak to było w zwyczaju walk o władze, ta, jak to już miała w zwyczaju i krwi potrafiła tak pokierować losami dzieci by te wspierały się wzajemnie by kraj rósł w siłę, ludzie żyli dostatnio. W Anglii była doradczynią swojego syna, sprawiła, że jego rządy były mądre i mniej krwawe, tam podobno miała także zostać pochowana. Podobnie jak data urodzin tak i data śmierci nie jest znana. Można się jedynie jej domyślać. Niewiele o niej wiadomo. Jednakże nie można pominąć milczeniem Władczyni Świata, bo jak nazwać Królową Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii? Nie, nie była pierwszą smutna Królowa Wiktoria, co podpowiadała by wyobraźnia. I nie była smutną. Choć zazdrosną, i to o własne dzieci, już tak…

[***]

Wcale nie zamierzałam pisać o Świętosławie.  (Niech Was nie zmyli ton), ale właśnie o tonach i nutach. Ach. I o tym… Dlaczego lubię słuchać muzyki [filmowej]. A wspomnienie Świętosławy i rzucenie zdania, że to ta, która władała kawałem świata, i ta, o której się tak często zapomina, i ta, którą się chętnie miesza z błotem, mitem. Ot, taka wędrówka pamięci. O zapamiętywaniu zapominania. I zapominaniu pamiętania. Skoro nie potrafimy ocalić takich postaci jak Świętosława, co pozostanie po nas? Skoro oglądając ruchome obrazki w ciemności,potem ciężko się nam uwolnić od tego sięgając po płytę, jak jest z naszym pamiętaniem. Nie pisząc już o z socjalizowanej performatywności gestów, zachowań. Kulturze przez wielkie Q…

Dlaczego jako przykład podaję muzykę filmową? Bo to i najbliższy, i przez to, najbardziej czytelny przykład. Słuchać w oderwaniu od jej przeznaczenia? Dziś już zapomina się po woli i powli o tym, że obrazy tworzone przez wielkie osoby z tego świata nie były przeznaczone dla szerokiej publiczności, tylko dla możnych, czyli bogatych i wpływowych. Tych i owych.

Jak to jest słuchać bez uwypuklania nasączaniu znaczeniem, nastrojem, kolorem obrazu. Odpowiedź- prosta nadaję jej własną historię, bieg, fastrygi znaczenia, miejsca wilgotne. Prowadzona  znaczeniem i architekturą dźwięku. Własne przestrzenie, nie narzucone przez kadry historie. Nie pisząc o histeriach. Muzyka jest opowieścią literacką. Bierzesz na język próbujesz, nadgryzasz, smak słów, i ciszy s[k]ok. Jazz jest architekturą, przestrzenią i geometrią. Zapomina się o jego historii rodowodach i wywodach. I wpływie na kulturę, i to, że był nośnikiem buntu, niezgody, głodem i głosem niewygody, określeniem tożsamości i szukaniem, i znalezieniem samości.

Muzyka to podróż, z własnymi horyzontami fotonów, smakami, doznaniami nie oczywistości, spotkaniami, ze zmianą, z perspektywą… To wszystko ociera się o patos. Tym i innym czasem sprawa prosta jest. Tak się przynajmniej wydaje. Wystarczy słuchać i słyszeć i czerpać radość z tego, co się robi. I  stwarza. Teraz. Nie co za chwilę nastanie, za następną nutą, nie. Wdech. Wydech. Wdech i… Prosto ta. Znak i Znaczenie. Zmęczenie po  sytym dniu. Nju. Pojednawczość pojedyńczości, niepowtarzalności. Te_raz. Raz.Muzyka to paradoks, oksymoron, to przestrzeń, w której mają szansę zderzyć się choć na chwilę, wszystkie ze znanych nam czasów: przeszły,  teraźniejszy i przyszły, wszystkie tryby: gramatyczne i mechaniczne. Można różnorakie dyskursy przyjmować perspektywę archeologiczną,dyskutować np. o formach chociażby o barokowych powstałych na przełomie wieków siedemnastego i osiemnastego, recytatywach  i ariach. Te ostatnie kojarzymy jako integralne części opery, czy oratoriów, ale nie zawsze tak było. U swego początku to forma s a m od z i e l n a -ot utwór solowy, jak najbardziej wokalny.  Recytatyw to inaczej swobodna deklamacja tekstu, melorecytacja, spotkać możemy go śledząc chorały gregoriańskie, choć jako taki ma swój rodowód w czasach antycznych. Jeśli zaś odwołać się do chorału to mamy niczym o sznurku, po pięciolinii śpiew acentus.

Wróćmy jednak ze spacerologii stosowanej,nazwywanej czasami dygresyjnością.  Można przyjąć, różne perspektywy, opowiadając o muzyce, to truizm. Nie wiem czy będziemy pamiętać o płytach, albo inaczej, o tej jednej, którą dzisiaj chcę zaproponować. Nie wiem czy będziemy pamiętać o tym jak zaczynał dziewiętnastoletni Andy, choć niewątpliwie potrafił on cieszyć się życiem i podejmować wyzwania, jak wtedy gdy usłyszał Coltranie rzucił wszystko, sprzedał to co miał, zostawiając sobie cień, sprawne ręce, buty pamiętające wczorajsze wędrówki angielskimi ulicami i wilgotny chodnik, gorącą głowę. Pełną pomysłów, a w zasadzie jedna idee fixe kołatała się między neuronami. Być jak John, nie nie Malkovich. Choć niewątpliwie lubimy takie opowieści,  wieści i wieści  nieść znieść, znaczyć, lubimy taką treść. Jak ta, gdy za ostatnie grosze trzy kupuję saxofon, sam uczy się grać, zajmuje mu to dwadzieścia jeden dni, a potem szybko wybija się na szczyt, i prowadzi innych ku wiedzy, radości i nutom. Nastrojom. Omm Omm… Szybkim zmianom. Omm Omm Zacnym geometriom Omm Omm…

Na sławę nie musiał szybko czekać Zawinul, który przewodniczył jednemu z konkursów to właśnie jego wybrał, zauważył i nagrodził. Potem droga była od kontraktu i kontr_ aktu. Entuzjastki i entuzjaści jazzu znają go z zespołów chociażby Carli Bley, czy  George’a Russella. Płyta Movements in Colour jest fantastyczna. Niebywałe są elipsy nastrojów i geometria smaku. Mogłabym rzucić kawałek na zachętę na przynętę tę lub(i) inną ale to było by nieadekwatne, tego albumu słucha się w ciemności, słucha się w całości. I radości, i melancholii. Jeśli mała bym wskazać płytę, która była by tak różna od tego co zwykle proponuje Manfred Eicher, która miałaby zachęcić do sięgnięcia po n i e t u z i n k o w e brzmienie saksofonu to bez wątpienia, bez krztyny zastanowienia, bez mieszania znaczeń i z radością podsunęłabym właśnie ten.Oczywiście mogłabym napisać o Bachu, czy innym Chop!inie albo i nie… Ale dzisiaj wybieram Andyego Shepparda album z  2009  roku, jego poezję i kolor ruchu [Movements In Colour].

Być może nie zapyta nikt. Skąd w tytule wpisu smak. Ów czerwony kwiat. Nie nie, dlatego, że w Biblii  się pojawia jako znak przemijania. Chociaż muzyka to sposób na zemstę ręki śmiertelnej jak pisała Poetka, nad anatomią czasu  (i) rozpaczy. Nie dlatego, że w starożytnym Egipcie zdobiono mumie faraonów w ostatniej z ziemskich wędrówek, ale dlatego, że kojarzy mi się niezmienne z wierszem Czesława Miłosza (zwłaszcza z melancholinią  nut):

Na ziarnku maku stoi mały dom,
Psy szczekają na księżyc makowy
I nigdy jeszcze tym makowym psom,
Że jest świat większy-nie przyszło do głowy.

Ziemia to ziarnko, naprawdę nie więcej,
a inne ziarnka – planety i gwiazdy.
A choć ich będzie chyba sto tysięcy,
domek z ogrodem może stać na każdej.
Wszystko w makówce. Mak rośnie w ogrodzie,
Dzieci biegają i mak się kołysze.
A wieczorami, o księżyca wschodzie
Psy gdzieś szczekają, to głośniej, to ciszej

[Czesław Miłosz. Przypowieść o maku].

Ruch, wszędzie, bo mak nie tylko się kołyszę, ale i rośnie, i domów wielokrotność można spostrzec tylko z oddalenia,od dalenia się, czyli wędrówki,   i psy szczekają to głośniej, to ciszej. Głos, to także ruch. tak jak w nagraniu otwierającym słychać gwizd lokomotywy i kół stukot stu. Znamy motyw przewodni płyty. Wędrówki pamięci, zapominania wymówki, ruchu, ruchu wy[roz]mówki...

*chociaż do surowego słowa nawiązuje [na]dane jej imię.

175. Dwunastka przy niedzieli, czyli buk(iecik) Fiołków.

[Ton i właściwa gestykulacji kalkulacja]:

Albo o zgubnych su, sutskutk_ach, ach skutkach ukur… Ukulturtur tur_ tur [tych i innych tur— a co!]. Ukultu tu tu i jeszcze Tu… UkultuUkulturalniania…Uff…

Że już było? Że po wielokroć? Oć! A co z  te _ego, (tym egiem? )tfu, tego?  Znaczy się Ten tego…  Obaczy się… Czy by…Oczy….Oczywiście… Za wiście… Znaczy,że co? Zazdroście… Zezdreście Zaroście! O wielki zaroście… A nie, nie o drwalach i drwalkach. Ach.Zwłaszcza, że nie było w taki sposób.  Dzisiaj o czytaniu i sztucznych, no wiecie czym (tu zawieszenie tonu ale nie bontonu nie mówiąc, pisząc o innych po_(n)to_(n)ach… Poznacie po  kształtach… Kresce… Kropce. Dużych niebieskich oczach

     O czytaniu, więcej, o niechlubnych konsekwencjach z tego wynikających, zgubnych nawykach i komplikacji niełatwej już rzeczywistości  przeczuciu, bojaźni i drżeniu, szkiełku i oku, Inspi i racjach, sztukaniu, stukaniu i szukaniu (o zgrozo, znajdowaniu) i… Sztucznych Fiołkach ,Kto/sia nie był/a niech idzie w stronę światła i podąża na stronę FB.  Wybór subiektywny. Mam  więc nadzieję, że zachęcający do sięgnięcia po więc_ej, ej Sztuki Tej. Niekoniecznie przy filiżance herbaty angielskiej 23760_520972607921982_2007783326_n

71448_725196570832917_1369250365_n

247717_483780728307837_2094341816_n

552151_485079718177938_1900574866_n

558694_483781074974469_548397031_n

1017472_746184638734110_398989005_n

1898169_731788003507107_1231840951_n

10011489_769139653105275_3055358902801478323_n

11009192_968518709834034_5672320025535092114_n

11745879_1009624352390136_3444419204521516052_n

404593_483780248307885_1519711515_n    Nieprawdziwa kobieta, nie prawe dziwą kobietą, no bo co jej pozostało… Ale na szczęście my tu, tam, tam i tu tylko tak sobie… A zresz… (Tą i tamm-tą też) I bez reszty… No właśnie! Nie śmiej się , Ty! Ty! Ty też…

11351215_987688521250386_1214961446559600935_n[Źródło wszystkich ilustracji].

170. Głowa i namysł.

Człowiek nie żyje wyłącznie swoim życiem osobistym, jako jednostka, ale świadomie lub nieświadomie, również życiem swojej epoki i swojego pokolenia.

[Tomasz Mann].

 

[Atlantyda, słowa: Wisława Szymborska, muzyka i wykonanie: Grzegorz Turnau, Płyta: To tu, to tam, Pomaton  EMI1995].

Gdybym miała wskazać jedną poetkę/poetę, z twórczością, której się identyfikuję bez wątpienia, że to twórczość Wisławy Szymborskiej, chociaż wspomniałam również, że częstuję się nią jak…I tu zawodzi mnie moja —przydziałowa— wyobraźnia (zawodzi, by nie napisać,że to wrzask, wrzask mody,  nie, że fałszuje, co to, to nie. By nie napisać, że wyje, wyjesz, wy_jecie (wy jecie?— Tylko co)?

W każdym razie, tym, i innym- nie często.

Czytaj Dalej „170. Głowa i namysł.”

[68+1].Los utracony(ch).

Szeptem.

Tylko szeptem

zadaje się t a k i e  pytania.

***

[Slajd 1].

Dlaczego świat wymyślił nieobecność? Spytał niemal bezgłośnie. Odpowiedziała mu Cisza. Rozejrzał się powoli. Śmiech, gwar, zgubione kroki , dzieci, psy,mężczyźni i kobiety i soczysta zieleń. Radość wylała się na ulice, zieleńce, parki, wszędzie jej było pełno. Głośno i natarczywie. Nikt nie chciał go usłyszeć, a On, cóż, nie wiedział gdzie położyć spojrzenia, czy je rozdać ptakom, drzewom, ulicom, czy schować na wieczne zmarnowanie. Dlaczego nikt nie zadaje Pytań ważnych i ważkich?

Przemierzał ulice, zapachy prowadziły go na pokuszenie, strzępki rozmów —łechtały zaciekawienie, mimo to pytanie powracało. Dlaczego świat wymyślił Nieobecność? I po co?

Czytaj Dalej „[68+1].Los utracony(ch).”

61. Ósmy marca.

Minął.

Jak każdy dzień, kiedyś ma swój świt, i zmierzch. I tak od Wielkiego Wybuchu. Nihil novi. Każdego roku ósmego marca zwiększają się obroty kwiaciarń, kin, knajpek. Telefony grzeją się niemiłosiernie, serwisy informacyjne prześcigają się podając dziesięć sposobów na najlepsze życzenia złożone w kancik, tak, żeby nie wyszły bokiem, a co najwyżej bookiem (i to tylko dla tych, co lubią czytać, też w cudzych myślach), najlepsze sposoby na spędzenie tego wyjątkowego czasu… I w ten deseń. I tak dalej…Nihil novi

Życzenia, słodkości, zaproszenia to tu, to tam. Ale właściwie, dlaczego dlaczego ósmy marca?A nie piąty grudnia? Aaalbo dwudziesty pierwszy tego samego miesiąca, i nie, nie chodzi o przesilenie i najkrótszy dzień w roku, ale Międzynarodowy Dzień Orgazmu obchodzony właśnie tego dnia…Mógłby zakrzyknąć ktoś/ia z tłumu… No tak, tyle, że to było by dalece niesmaczne i nie na miejscu porównanie, dlaczego kobiety postrzegać tylko poprzez płeć…Dlaczego pytam się?

Albo dlaczego nie wtedy gdy jest cieplej, na przykład w lipcu,albo chociaż w maju, o! Nazwa miesiąca też na m… Dlaczego właśnie ósmego marca?

W 1908 roku na początku drugiego tygodnia, trzeciego miesiąca roku odbył się strajk robotnic w jednej z nowojorskich fabryk. Bunt był jedynym możliwym posunięciem, nie można było w inny sposób zwrócić uwagi na warunki pracy, nierówne traktowanie kobiet,które- nie tylko pracowały dłużej niż mężczyźni, a otrzymywały mniejsze wynagrodzenie Nie wspominając już o braku czynnych praw wyborczych. Prawa socjalne mają (w tym kształcie jaki znamy je i postrzegamy dziś, krótką historię).

Właściciele fabryki chcąc ukryć fakt, że kobiety zrzeszają się i protestują zamknął drzwi fabryki, fabryki w której wybuchł pożar. Spłonęło żywcem 129 kobiet. Dopiero 28 lutego 1909 roku mówiono o kobietach, które straciły życie, o tym jak i o powodach, o postulatach które kobiety sformułowały i o których urzeczywistnienie walczyły.

Dlatego uchwalono, (a dokładnie rzecz ujmując Socjalistyczna Międzynarodówka uchwaliła), że odtąd ósmy marca będzie Międzynarodowym Dniem Kobiet, motywowała to tym, że konieczne jest by podjąć walkę na rzecz zrównania praw kobiet i mężczyzn. Z jednej strony wybuch Wielkiej Wojny odsunęły na drugi, albo i trzeci (i kolejny) plan walkę o równouprawnienie kobiet, z drugiej strony — w związku z sytuacją społeczną mężczyźni wezwani zostali na front, kobiety musiały ich zastąpić w fabrykach, centralach. Pol(s)ka, Noblistka Maria Skłodowska—Curie z córką Ireną ruszyły na front, na linię ognia, by prześwietlać rannych żołnierzy w specjalnych busach. Ale kwestia głosowania kobiet, uczestniczenia w edukacji formalnej na szczeblu wyższym, zajmowanie stanowisk publicznych, powszechnego prawa do pracy, doskonalenia zawodowego, i przeciwdziałania dyskryminacji(ze względu na płeć).

W Polsce, a dokładniej w Krakowie pierwszy raz Dzień Kobiet był obchodzony w 1911 roku. Tego dnia z ul. Rajskiej ruszyła manifestacja dotarła pod Urząd Miasta. Siedem lat później przyznano Polkom, które walczyły o prawo do edukacji na wszystkich poziomach, pracy, o prawo do dziedziczenia majątku. Obchody Praw Kobiet pojawiły się przy okazji rezolucji ONZ z 16 grudnia 1977 roku wezwano wszystkie państwa do organizowania obchodów Dnia Praw Kobiet i Pokoju na Świecie. Data tego wydarzenia miała zależeć od danego kraju. Nie chodziło o kwiatek, (czy gorzej, kwiatek do kożucha) albo słodkości, ale o to by przeciwdziałać dyskryminacji kobiet i równouprawnienie we wszystkich dziedzinach życia. Rezolucja to konsekwencją proklamowanych przez Zgromadzenie Ogólne obchodów Międzynarodowego Roku kobiet. I Dekady na Rzecz Kobiet.

W USA po raz pierwszy obchodzono Dzień Kobiet obchodzono cztery dekady temu. W Polsce dzień kobiet jaki znamy obchodzony jest dwudziesty szósty rok, co nie oznacza, że w PRL-u nie było Dnia Kobiet. Rajstop i goździków. Obecnie nie wiele się mówi o tym jaki był cel był ustanowienia tego święta. Skomercjalizowało się święto, a może to tylko słowo wytrych, okrągłe, przyklepane,skomercjalizowało się, a po prostu nic o tym nie wiemy, nie uczą nas tego w szkole,a warto.

Co wiemy o ważnych, dla nas, osobiście, kobietach? Na przykład tych, w których kręgu się wychowaliśmy? Matkach, Babciach, Pra, pra,prababciach? Ile imion potrafimy wymienić? Ile ważnych osób z lokalnej społeczności wymienić,albo co wiesz o sławnych pisarkach. Inaczej, błąd. Czy wiesz coś, o kobietach, o których uczyłaś/ uczyłeś się w szkole. Nie. Czy wiesz coś więcej. Na przykład o takiej Orzeszkowej, ale nie tylko (tu, akurat zapraszam do archiwum). Czy wiesz o wkładzie kobiet w naukę? W działalność społeczną, albo polityczną. Zapewne. Niezaprzeczalnie. Ósmy marca, i nie tylko, jest doskonałym przyczynkiem by poznać historię i herstorie. Na przykład swojej rodziny, ale o tym także wiesz. Do przeczytania.

[16+1]. Baronowa Helena z dalekiego kraju. W sześciu tysiącach przedstawień.

W noc trzeba uwierzyć. Dać świtu pretekst. Zatrzasnąć drzwi na oścież, i powędrować nie rozbijając w ciemnej dolinie obozu, nie mościć się w myśli długich cieniach, nie karmić słów strachu nie rozpamiętywać,  nie żonglować znaczeniami i nie ostrzyć czcionki. Przegryźć się przez gramatykę znaczenia i zużyć się do końca. Przed końcem terminu zdatności do spożycia.

Nieobecni zaś sami się o siebie troszczyć będą. Oni czuwa, przypomina i napomina w echu zdań, gestach sensu, snach mniej lub bardziej wygodnych, rzeczywistościach. Zdania niepowiedziane w porę, nie zrozumiane, niedoścignione wymieść z kotów ostrych. Popijam herbatę gdzie indziej mocną, czarną [z]jawą przegryźć. Cierpną słowa na końcu języka decydują się pozostać w mniej wysmakowanych pozach. Wziąć oddech głęboki, wziąć w posiadanie i nie oddać już nigdy.

***

Była sobie raz wdowa po bogatym rajcy miejskim i  kupcu, miała ona dziewczynkę. Mówiono tedy, że  że była dzieckiem z nieprawego łoża,  Ludzkie języki bowiem potrafią wyrządzić niejedną szkodę, a życie tak uprzykrzyć, że staje się ono ciężarem takim jakby nasze nogi były obute w ołowiane trzewiki. Ludzkie słabości nie zmieniają się od wieków przeglądać można je w pięknych legendach,podaniach i mitach. Szeptano, że mała  Jadwiga jest córką księcia wojewody wołyńskiego, który nie zdążył nacieszyć się córką gdyż zmarł zanim ta ukończyła czwarty rok życia. Po jego śmierci matka znalazła wsparcie w Przyjacielu rodziny, który rozpostarł był pieczę nad kupcową, chociaż to ona trzymała dom żelazną ręką, dom w którym wzrastała córka  i troje przybranych synów. Nie było to sielskiego dzieciństwa, miasto w którym mieszkali strawiła ogromna pożoga, kupcowa straciła dwie kamienice, a miasto wielu, wielu swoich mieszkańców i mieszkanek.

Ale świat niewzruszenie patrzy na takowe tragedie. Nieodmiennie wznosi się i chowa słońce. Kwitną kwiaty i spadają liście i kartki z kalendarza. Dni mijają, cienie dzieci wydłużają się, chłopcom mężnieją serca i głosy, a osobom starszym przybywa zmarszczek nogi i ręce dają znać o swoich humorach do tego robią się coraz cięższe, a drogi coraz bardziej wyboiste…

Młodzi mężczyźni się usamodzielnili, zapragnęli nieść ludziom radość i zdziwienie i dobrotliwy smutek występując na dębowych scenach dwóch z nich obrało drogę aktorską, jeden- karierę muzyczną, albowiem w domu oprócz czerstwych słów mościły się te, które snuły się w opowieść o sztukach pięknych, cnotliwych, dobrych, które niosą ludziom pociechę i radość, a także wiedzę o nowych lądach, postaciach, naukach, sądach. Taką drogą zapragnęła iść i Jadwiga…. Dobra, psyt iskierka zgasła. W domu zabrakło kawy, fajek i masła. Koniec bajbajek tutaj

znaczna się historia.

Chociaż tak naprawdę, jak to zwykle bywa początki są znacznie wcześniejsze i znacznie cierpliwsze, dlatego  też nie od razu można do nich dotrzeć. A i daty są ledwie maleńkimi ich znakami. Zmarszczkami na twarzy czasu.

Gdy Jadwiga Helena Misel przyszła na świat w Krakowie miała już dwadzieścia lat była pewna, że chce tak jak jej starsi bracia zostać aktorką. Wcześniej podjęła kształcenie na pensji, a potem u sióstr prezentek. Najpierw wystąpiła w na wrząco wystawianym w Bochni przedstawieniu charytatywnym na rzecz poszkodowanych w kopalni. Ten motyw będzie jej towarzyszył przez całe życie. Wplecie go w swój repertuar.

Postać, o której niewiele wiadomo, dwa razy starszy od niej  Gustaw Zimajer urzędnik przyjaciel domu zapragnął poślubić Jadwigę.   Jadwiga opuszcza Kraków będąc już w ciąży z Gustawem, a  w 1860 roku na świat przychodzi Rudolf,który chciał być pianistą i miał po temu  mnogość talentów, ale matka wybrała mu zawód został konstruktorem mostów (zresztą na tym nie poprzestała,wyreżyserowała mu także życie, wybierając mu prócz szkoły i zawodu, także żonę, i jej kształcenie), ale zanim okoliczności przyrody tak się ułożą na świat przychodzi, córka Maria.

Zauważył zamiłowanie Jadwigi do sztuki mąż w 1861 roku organizuje w Bochni amatorski zespół teatralny, w którym przyjdzie zadebiutować już nie Jadwidze, a  Helenie i tak zaczyna się ich podróż, przez  Nowy Sącz, Rzeszów, Przemyśl, Sambor, Stanisławów, Brzeżany, Brody, Lwów i Czerniowce…. Ona już przeczuwa zmianę. Chociaż pewnie nie taką jakiej się spodziewa, albowiem ta, potrafi przyjść, ba przybiec, ze stron,  z dróg, których nie znamy.  Umiera jej czteroletnia córka. Helena postanawia odejść od Zimajera i wrócić do Krakowa, gdzie zostaje zatrudniona w teatrze, któremu dyrektoruje twórca „szkoły krakowskiej” Stanisław Koźmian.

Ona z roli na rolę doskonali swój warsztat, a ma po temu warunki ponieważ sztuki to znakomite. Od komediowych do dramatów. A i kompania znakomita (występuje u boku Wincentego Rapackiego i Antoniny Hoffman, z którą rywalizować będzie o miano najznakomitszej aktorki sceny polskiej przez cztery lata). Oto na deskach pojawia się Jadwiga, czyli Helena, czyli roli Sara w Salomonie Wacława Szymanowskiego. Tu pobiera tak przydatne nauki.  Można by było napisać, że to piękna opowieść, cóż, dziewczyna z jeszcze prowincjonalnego Krakowa,która jest kowalką swojego losu, po trudach osiąga sukces i żyję długo i szczęśliwe znalazłszy oczywiście wcześniej, jak to w legendach bywa,  swojego księcia z właściwej bajki. No, ale oczywiście to życie, które pulsuje od znaczeń i do tego posiada własne didaskalia. Gustaw, który miał być owym nie wywiązał się z roli, ale potrafił zakraść się do garderoby aktorki, by wykraść syna. Batalia o niego była znojna i kosztowna. I zwycięska dla Heleny. Dopiero pewnego październikowego wieczoru przyjdzie jej pojawić się   w Teatrze Wielkim  i olśnić publiczność w roli Adrianny Lecouvreur. Jak to bywa w życiu zjawił się i pomocnik, wykształcony za granicą, człowiek „z kontaktami” Karol Chłapowski, który nie tylko pokochał, ale i poślubił piękną Helenę. Jego rodzina dopiero z czasem zaakceptowała ją w swoim gronie, albowiem mezalianse nigdy nie weszły do kanonu postępowania,  a dziewczyna owszem,owszem urodziwa, ale nie dość, że niżej urodzona to i jeszcze do tego,wiadomo,   a k t o r k a. No, ale czas mija i nie tylko zabliźnia rany, ale i buduje mosty. Zwłaszcza jeśli jest się daleko, daleko. Od teściów. Ona  wyjechała za jego pieniądze, na początku z Krakowa, a potem z kraju. Przeniosą się do Warszawy, gdzie nie tylko aktora znajdzie zatrudnienie na siedem sezonów, ale zyska uznanie nie tylko widzów i widzek, ale także krytyków i krytyczek.Nie tylko jako Maria Stuart.

Helena wrasta w środowisko, bywają u niej: Wiadomo: Władysław Żeleński, Stanisław Witkiewicz, Henryk Sienkiewicz ale i  Adam Chmielowski, Józef Chełmoński,  Julian Sypniewski, Łucjan Paprocki.

A kraj, którego nie ma na mapie robi się coraz to bardziej duszny, ciasny, i… Niewidoczny. Jest jedno wyjście: akcja—emigracja. Już raz zakosztowała wiedeńskiego życia z Gustawem, zakosztowała, i wypluła, no bo za cierpkie, za gorzkie, zbyt trudne, dla dziewczyny znikąd, bez dobytku i znajomości prawideł, nawet gramatycznych los okazuje się niełaskawy, by nie napisać, dramatyczny. Do tego dopisała potem komentarz styczniowy Historia, która lubi wszędzie i zawsze podrzucić swoje trzy zdania.  Ale od czegóż są mury, jak nie od tego by znaleźć poluzowaną cegłę i ją wyciągnąć, od czegóż są granice, jak nie od tego by je przekraczać? Wybór jest zatem prosty, albo Paryż, albo Anglia. Ale cóż tym pierwszym trzęsie ruda, chuda kobieta w trumnie, a wiadomo, królowa może być tylko jedna…Może już Helena przeczuwa, że przyjdzie im grać w różnych językach, repertuarach i rzeczywistościach, ale jeszcze wiedzieć nie może, że wzajemnie będą komentować swoje poczynania, nawet bardzo cierpko. Wystarczy wspomnieć, że gdy Sarah wzięła udział w doświadczeniu, który nazywał się lot balonem. powstała o tym książka, Helena skomentowała ją gorzko. Jeśli aktorce tak spieszno rozstać się z życiem i nie pasują jej dekoracje tego świata, to warto zrobić to czym prędzej, wszak nie tylko jedną nogą, ale całym ciałem leży w trumnie… Niemniej jako osoby wykonywające tę samą profesie  bardzo się poważały. Nie sposób ich porównać. Są jak ogień i woda (święcona, albowiem Helena obiecała rodzinie swego męża, że będzie wcielała się w role kobiet moralnych, które żyją w zgodzie z przykazaniami Bożymi).

Powróćmy zatem do opowieści. Zamiast ruszyć prosto do Londynu (ach Szekspir!) , warto okrężnymi drogami by poznać krajobraz, a w tym przypadku przede wszystkim wgryźć się w  język i realia funkcjonowania. Tak więc postanowione! Dlatego w stolicy bierze urlop w celu poratowania zdrowia (przebyła tyfus, kto by nie chciał odrobiny wytchnienia, w takiej sytuacji?)Wyrusza, wyrusza, do dalekiego kraju. Wiwat Ameryka! Długi urlop od ojczystego kraju? Tak jak Polsce potrzebna była Helena, tak i Helenie niezbywalna była uciemiężona Polska, która pragnie wyzwolenia, która tęskni, pragnie i walczy.

Jak już zdobywać świat to w dobrym towarzystwie. Z pozoru z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu (przyjmując pozę na brzegu by się odciąć) nie, nie to nie sposób dla Heleny. Pakuje życie swoje i swoich bliskich do waliz i tobołków i wraz z kompanami (bliskimi i znajomymi, którzy chcą zażyć przygody Julianem Sypniewskim, Łucjanem Paprockim oraz Henrykiem Sienkiewiczem) wyrusza na podbój świata i by nie tylko odgrywać ale i  uprawiać rolę (Winogrona to jest to!). No, dobra to ostanie nie za bardzo, by nie napisać wcale im nie wychodzi .Żyją zatem w komunie, a farma Anaheim w Kalifornii okazuje się  wielką klapą. Cóż, bywa, życie to nie bajka…

Ale San Francisco! Ale tutaj jest dziesięć teatrów, dziesięć teatrów. I wędrowne trupy, aktorów oczywiście. Czyż można wymarzyć sobie miejsce lepsze, w sytuacji gdy buduje się dopiero Nowy Jork.

Helena zakasuje rękawy i… Zaczyna intensywnie uczyć się angielskiego i ćwiczyć swe ciało, od mięśni tułowia poczynając kończąc na barwie i skali głosu. A także zmienia swój pseudonim, tak by autochtoni potrafili go wymówić. Przyjmuje wszystkie angaże byle tylko się uczyć. Uczyć się by grać Szekspira w oryginale! Ba, by czarować i uwodzić, by zdobywać i… Utrzymać farmę oraz bliższą, dalszą i najdalszą rodzinę.  Problem nie był debiut, ale znalezienie terminów nań. Nie jest prawdą, tylko plotką (kolejna), która wyszła spod pióra Henryka, że Helena Modrzejewska podczas debiutu bisowała jedenaście razy, a sala była pełna ludzi… Przyszły, a raczej przybiegły też takie czasy, ale nie od razu. Nie dokazuj miły nie dokazuj, Henryku…

50.000 dolarów i

oczywiście datki na  wydatki (podróże i to nie w pociągu byle jakim) , to o wiele  za mało by  zainteresowała się tą propozycją. W tournée (pierwsze z dwudziestu trzech) po swoim nowym kraju wyrusza własnym pojazdem, pociąg ma różne nazwy, czasami nosi jej nazwisko, czasami nazwę kraju, którego nie znajdziesz na żadnej z map świata, a który dla niej brzmi wojsko, choć w języku, który dopiero co opanowała: Poland. Dba o swój anturaż: kostiumy (na które wydaje fortunę), repertuar,   obsadę, otoczenie (obowiązek bywań u najznakomitszych, cóż, życie gwiazdy, która musi lśnić, i to długo). Jeśli przyjdzie jej się przeprowadzić do hoteli, czego na razie nie czyni, by nie tracić czasu, który może spożytkować na występ, to będzie nocowała tylko w najdroższych. Wszystko ma pod kontrolą. Jeśli pisze listy, to na swym papierze, koniecznie z  herbem i właściwą sentencją. Jej imieniem nazywane jest wszystko od  specyfików do prania, mydło po części garderoby, szkoły, czy… Stacje kolejowe. Bezgranicznie i beznadziejnie w niej zakochany, młody dziennikarz,korespondent Gazety Polskiej, napisał, że Helena wzięła szturmem Amerykę.Widać pisanie ku pokrzepieniu serc (w tym przede wszystkim własnego) miał we krwi. Dostać kosza od Wielkiej Diwy to jest coś.  Cóż [po]zostanie?,Trening czyni mistrza, a(lbo czasami nawet noblistę). Tymczasem  piękna Helena w dniu swojego debiutu gra przy prawie pustej sali, ale dzień później wypełnia się ona do połowy, a trzeci występ to już apoteoza miód i orzeszki, oklaski. Kraj w którym mówiono wielu językami, jest po prostu głodny sukcesów. I z apetytem słucha akcentu kobiety, której nazwiska nie potrafi wymówić.   Władcza Helena znajduje panaceum na zjednanie  sobie ludzi nie waha się go użyć by  otworzyć nie jedne drzwi. Potrafi przede wszystkim doskonale manewrować swoim życiorysem, nie mówi o tym, że kiedyś ma dwoje nieślubnych dzieci, że… Ech, Madamme.  Tak, nie tylko Sarah się do niej się tak zwracała. Oto piękna Helena wiedziała jak grać w grę zwaną życiem. I to nie tylko swoim.

W 1893 roku wygłasza odczyt na kongresie kobiet w Chicago, gdzie przedstawia sytuację w jakiej znajdują się jej rodaczki doświadczające życia  pod zaborami tak pruskim jak i rosyjskim. Odzew jest natychmiastowy: wydanie ukazu  zakazującego Modrzejewskiej wjazdu na terytorium rosyjskie. To jej nie przeraża, ba, pewnie dodaje glorii chwały. A działalność charytatywną prowadzić będzie do końca dni swoich. Nie sposób wyliczyć zaangażowań i działań. Wspiera finansowo kombatantów wojny ostatniej konfederacji. Do władnych znajomych w swych listach mówi o tym, że ich rodacy i rodaczki zostali wyrzuceni z Polski. Chce o tym mówić na deskach teatru. Jak postawia, tak i robi. W każdym spektaklu Romea i Julii postanawia grać jedną scenę po polsku, jednak bez powodzenia, uznano to za dezynwolturę. Bardzo dbała o dobór publiczności, wiedziała, że jest to sine qua non sukcesu. Układa, proponuje, zaprasza i jest zapraszana na najbardziej ekskluzywne salony. Poproszona o wyrecytowanie czegoś nie polecała uwadze, przywoływanego alfabetu, czy nazwisk zawartych w książkach telefonicznych, ale recytuje utwory… Ujejskiego po polsku, gdyż jak mówiła, nie zna niczego w języku swojej nowej ojczyzny. Cóż. A na deser dla czytelniczek amerykańskiego czasopisma ilustrowanego polecała czerninę, albo polewkę podaną w celu odstraszenia zalotników…

Hrabina Bonanza występująca u boku Edwina Bootha Zagrała dwieście sześćdziesiąt  ról— w trzydzieści pięć w języku angielskim. Despotyczna matka nie sprawdziła się także w roli matki chrzestnej (co wyrzucał jej Witkacy, rozgłaszając, że nie pamiętała o nim pisząc swój testament) Za to wysyła syna do paryskiej szkoły budowniczych dróg i mostów, do której zdaje dopiero za drugim razem, a Paderewskiemu finansuje studia w Wiedniu. Dalej, wychowuje swojemu synowi także wspomnianą żonę, z którą ten ostatecznie się rozstanie dopiero po śmierci matki.

Karierę sceniczną zakończyła występem w Los Angeles, z którego dochód został przeznaczony dla ofiar trzęsienia ziemi na Sycylii. Dawała benefisy wraz ze swymi nowymi przyjaciółmi na rzecz Polaków i Polek pozostałych w kraju. Piękna klamra, jak zaczęła, tak i skończyła.  Jej prochy zostały sprowadzone z  Los Angeles,(gdzie została pochowana)  na cmentarz Rakowicki w Krakowie. Cóż, bajka?

***

 W świt nie wystarczy uwierzyć, lecz go sobie stworzyć, wypleść nie tyle z opowieści co z życia, własnego. Mniej despotycznie, bardziej praktycznie,ale niezaprzeczalnie i namacalnie.

A (nie)obecni i słowa? Czasami warto pomyśleć.Pomilczeć… I jeszcze, jeszcze…A zresztą…

***

Jeszcze, jeszcze, Michał Łanuszka (muzyka, gitara śpiew),słowa: Wanda Majer-Pietraszak,  Singiel promujący płytę A miało być tak pięknie (premiera 23.11.2012).