[417]. Wprowadź tytuł, czyli poleć książkę.

Już w powietrzu oddech lekki lata,no dobrze, może nie fruwa, ale ledwie pełznie, nie? Jeszcze nie Chałupy welcome to, ale już we dwóch, lub dwoje zanucić można byle rymem i rytmem  nie zanudzić. Już nie, nie Cichosza, chociaż sza lub szuru(m)-burum i nie tylko w kominie nas minie, warto warstwy ubrań zrzucać,rzucać, i kilogramy zmarszczek pieścić doświadczenie swe pokazać światu i świat tu. Rozprostować myśli. W słońcu. Może jakąś czcionką ciekawą, ciekłą, wściekłą? Angażującą znaczy. Skóra cierpnie, a może jednak nie? Wygrzewa swe centymetry w kwietniowym już słońcu. Słowem, i (przy)długim wstępem pytam: Co czytasz?Co chcesz, i możesz polecić? W jednym (przynajmniej) zdaniu dlaczego warto przeczytać? Albo/i jeśli to była pozycja, dzięki której coś w swoim życiu zmieniłaś, zmieniłeś napisz co i dlaczego. Dobrze tak podyskutować sobie o książkach.

Dzisiaj pytanie do Ciebie :-). Zastanawiałam się, czy nie wrzucić tutaj książek, które z jakiegoś powodu chciałabym tu umieścić, ale jednak pomyślałam, że będzie to w jednym z kolejnych artykułów. W nawiązaniu do tego oczywiście. :-). Zapraszam do dyskusji. 🙂

 

 

[408]. I teraz hurmem, chórem znaczy się:”Koniec z hurtem, czas na detal”. Chili, di…Et,a tkwi w szczególe (i to nie jed(y)nym)..

[Jeden z głodnych kawałków, popkultury Hungry Eyes, wykonanie:Eric Carmen, źródło nagrania].

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia.

[George Bernard Shaw].

No i miało być o powrocie do korzeni, a no będzie i nie roślinniee, nieeee. będzie, będzie wege ta riańsko, czy vegańsko, ale —-nie teraz, nie teraz, ani teraz- zaraz, ani: zaraz-potem. Będzie o tym co obiecywał Churchill, krew, pot i łzy, ale nie tak by się wykrwawiać, ani, by się odwodnić.No nic, będzie to artykuł dla kobiet, także dla mężczyzn, a co, i teraz, prośba,nie- prośba, kwestia do zastanowienia, jeśli znacie kogoś, kto dobrze by było by przeczytał to co jest teraz napisane, to podeślijcie sznurek, jeśli też macie pytania, albo chcecie się dzielić doświadczeniami, czy refleksjami, piszcie śmiało.

Nie tak dawno odbyłam rozmowę, i to nie jedną. Przyszła do mnie Znajoma, i tako rzecze, że chce schudnąć, i tak w ciągu roku zrzuciła nie mało. Zaczęła się ruszać tu i tam, zwłaszcza tam. I jako, że ja bardzo się zmieniam, i to nie chodzi, o to, że mierząc swój obwód pod piersiami ubyło mi piętnaście centymetrów. To część większej i atrakcyjniejszej, i bardziej złożonej całości.  Nie o tym dzisiaj.  Rzecze, że przechodzi teraz, a właściwie zamierza, na bardzo popularną dietę, cud, która propagowana jest bardzo często. Witki mi opadły i to aż do piwnicy (niech będzie, że pod Baranami, to geograficznie, trochę skomplikowane, no ale od czego mamy wyobraźnię? Tę, ważniejszą od wiedzy, jako rzekł Albert, t e n Albert). I nie chodzi o to, że dieta to styl  życia, nie chodzi o life styl, i trenerskie bajdurzenie, tyle, że coraz częściej przekonuje się, że to kwestia nie tyle dokonywania (trudnego) wyboru, ale poruszania się i zdobywania wiedzy, no bo przecież trzydzieści, czy czterdzieści lat temu nie było tyle chemii w jedzeniu, a jedzenie to mały pikuś, Pan Pikuś, chociaż smaczny. Palce lizać, oczy by jadły i takie tam, ale ad rem! i nie chodzi o sen. (Przynajmniej jeszcze nie teraz). No to sprzedaję, ten głodny kawałek, że jeśli chce przejść na dietę, to tylko pod kierunkiem lekarza, po wykonaniu badań podstawowych itd, a i tego medyka (lub medyczkę) trzeba starannie wybrać, na co komentarzem będzie tylko wzruszenie barków. Uff? I komentarz, który myślałam, że zdarza się tylko w filmach, albo: wymyślony na podstawie kolorowych magazynów:

— Ale ja nie mam czasu. Chcę efekty już.

Gdyby mi nie opadły przedramiona wcześniej, zapewne zrobiłyby to teraz, teraz mogłaby siostra grawitAkcja podziałać na piersi. Naprawdę. I co, słyszę, że na szczupłą dziewczynę przyjemnie jest popatrzeć.

I myślę sobie tak, że dieta to teraz pozornie najłatwiejszy sposób (a przynajmniej postrzegany jako taki) na załatwienie sobie wielu innych spraw, np znalezienie męża, albo chociaż chłopaka, atrakcyjniejszego towarzystwa, zyskania odwagi (sic!) od!wagi, jarzycie słowo? Czy nie przywiązanie wagi do innych spraw? PrzyPrawa, życia? W języku angielskim słowo odwaga także ma ciekawy źródłosłów, ale nie o ligwi i stycznych potyczkach tutaj. I pozornie dyscyplinowanie ciała jest najłatwiejszą praktyką i od razu widać efekty… Nie dyskredytuje tego sposobu, jak również mam świadomość, że wpisany jest w czas, w którym żyjemy. Jednak niepokoi mnie fakt, że czasami (sic!), a nawet bardzo często próbujemy, a nawet jesteśmy przekonani i przekonane, o konieczności drastycznych praktyk ciała.

Patrząc przez na fitness club przez pryzmat jego funkcji(…) okazuje się, że jest to także miejsce służące zaspokajaniu pewnej puli społecznych  (a i w tym i jednostkowych) zapotrzebowań, realizacji fasadowości wynikającej z przyjętego stylu życia. Jest zatem również (a może i w szczególności) miejscem, w którym możliwe staje się zadbanie o wygląd ciała, poddanie go biologicznej osnowie, wykonanie różnych zabiegów korygujących, krótko: miejscem w którym realizowana jest jest część szerokiego projektu poprawiania siebie (…)wcielania w życie wskazówek świata mody.

[Ciało w centrum, Dorota Mroczkowska, [w:] Ciało w kulturze i nauce, pod red Beaty Ziółkowskiej, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa, 2009,s.25].

We wspomniane praktyki są wpisane, a dyscyplina (żelazna) i kontrola. Zazwyczaj niewidzialna i nienazwana, a jeśli już to w samych superlatywach, jako cel, do którego powinniśmy, i powinnyśmy dążyć, nieustannie i niezmiennie, a takie niezbaczanie z raz obranej drogi to przymiot charakteru, zaleta. Jeśli jednak wyrazi się sprzeciw wobec takiego wzorca, natychmiast przypisywane są albo: choroba, która nie jest stanem pożądanym (i bardzo często potrzebujemy eksperta zewnętrznego by się pozbyć takiego stanu) albo: nieporadność życiowa, albo: jedno i drugie, jak z biedą. I tu, dotykamy ciekawego aspektu, często praktyki cielesne są zewnętrznym wyrazem przynależności, czy też aspirowania do danej klasy społecznej (trener personalny, czy dieta pudełkowa- kosztują, tu nie wystarczy tylko posługiwać się językiem branżowym) nie, nie jest to praktyka nowa, ale stara jak świat. I przykłady można by było wymieniać, ale to nie jest tekst naukowy. Jednak jeśli ktosię, kogoś ten aspekt interesuje zapraszam do dyskusji, a może jakieś zaobserwowaliście, zaobserwowaliście i chcecie się podzielić spostrzeżeniami?

Nie chodzi o to by być abnegatką, czy abnegatem i mieć w… Lędźwiach to wszystko, o czym piszę, i nie dlatego, że tak się nie da.

  • Co poradziłam Znajomej?
  • Spytałam, czy chcę mojej rady, to ważne, bo cóż, ile słyszymy, rad, i nie chodzi o to, co zrobiła Maria, rad chcianych, o niechcianych, już nie wspomnę.
  • Po pierwsze:
  • Odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie, chcę schudnąć? Jakie sprawy chcę tym załatwić?

I to pokaże kierunek, bo jeśli chcę znaleźć męża, chłopaka, przyjaciela, to może nie tędy droga? Może trzeba wychodzić, więcej rozmawiać, albo mniej rozmawiać, a więcej słuchać? Nie wiem, trudno decydować za kogoś nie znając trybu życia zwyczajów, nawyków, przekonań i tak dalej, i tak dalej, i… Wiadomo.

  • Po drugie:
  • dieta to styl życia,

tak, jasne, tylko należało by, albo inaczej, warto rozróżnić dwie kwestie, intencji, podążania bez refleksji, pomydlenia i pomylenia znaczeń. A druga, do której mnie osobiście bliżej przyjrzenia się swoim zwyczajom. Dieta nie może być sensem życia, i wszystko jej nie może być podporządkowane, no, chyba, że – z tym bardzo ważnym zastrzeżeniem- że czyimś doświadczeniem życiowym, nie jest choroba, np autoimmunologiczna, albo cywilizacyjna, ale i tu zalecana jest ostrożność i wyważenie kwestii, ważne jest, żeby mieć życie,nie, nie pozagrobowe, ale: poza chorobą. Dieta, odczarujmy to słowo- nie chłodzi o poselską:

[Dieta, Kabaret OT.TO, źródło].

 

Śpiewająco o efekcie jo-jo. To chyba nawet Rubensowi się nie śniło. Chociaż może się mu odbiło,chodzi o refluks. Ale miało być o zasadach, a nie o kwasach, ach, zmierzajmy do celu, cel: pal. Znaczy nie pal.

Przyjrzyj się swoim posiłkom, i nie chodzi o to, żeby roić, robić zdjęcia posiłkom,albo zobaczyć je jak(o) wypisz, a raczej wymaluj na obrazach, o tym jeszcze będzie-  i tym innym wysiłkom, om, om (przepraszam, za czka, czka, w czkaw, czawkę czcionki, połykam z głodu ogonki) przyjrzyj się wszystkim, nawykom, najlepiej jakby to zapisywać przez tydzień. No, ale praktycznie nikt tego nie zrobi, więc może chociaż przez trzy dni?

Co Ci to da, obiektywny obraz, co jesz, ale także kiedy, np kiedy sięgasz po przekąski, czy one są zdrowe? W jakich miejscach, w jakim towarzystwie i jakie emocje temu towarzyszą. Może jadłabyś więcej zdrowych przekąsideł jeśli byłby pod ręką, może jesz je o stałych porach, no dobra por, to też warzywo. Warzmy zatem słowa. Na zamiary takie linlingwistyczne zapasy (ale nie tłuszczu). Potraktuj to jako ciekawostkę, a nie kolejny obowiązek, ciężko się robi od samego myślenia o tym, spocić się można. Ciekła wostka,o psia kostks, to ciekawostka, ale to także informacja o tym, czy np nie mamy w zwyczaju zajadać stresu, albo jeść… Z nudów. Nie chodzi o jedzenie nudli, ale nie dążmy w makaronizmy, nie lejmy też wody, o niej, za chwil kilka.

Z jednym zastrzeżeniem, zmiany te, na ile się zgodzimy (nie, nie mylić z zagłodzimy), że ich wprowadzenie jest konieczne, nie należy zebrać ich i od dzisiaj, teraz i zaraz, albo:zaraz: potem, wszystkie na raz, (na raz, na dwa).

Po pierwsze będąc na diecie, i pisząc o diecie rozumiem odżywianie się, a nie totalną i wieczną, a przynajmniej długą redukcję, redukować to można matematycznie, albo chemicznie, na lekcjach, a nie w diecie.Będąc na diecie trzeba jeść, jeść dużo i smacznie. Jak to jest, że pamiętamy o tym, żeby samochód był na przeglądzie,albo,  żeby telefon naładować, a siebie częstokroć głodzimy odmawiając sobie czegoś? I to ma być nomen-omen, przepis na sukces? Es, ech. Tak, jemy odpowiednio dużo, i smacznie. Jeśli mamy przegląd tego co, w jakich sytuacjach jemy, i tego jak wygląda nasz dzień. Ty- jesz? Nie, dziękuję,jestem na diecie. Acha, Ty tyjesz? 🙂 O linię trzeba dbać, tak, powinna być gruba i wyrazista. Ale to nie lekcja rysunku. Dla niektórych osób odpowiednie będzie pięć, dla niektórych trzy posiłki dziennie, ważne, by nie dopuścić do uczucia wilczego głodu, i zobaczyć w jakich odstępach jemy, co nam bardziej sprzyja. Wyregulować godziny posiłków, do trybu naszego życia. To tak jak z puzzlem, nie zmieniamy kształtu, tylko wpasowujemy element na swoje miejsce. Wyregulować godziny naszych posiłków. Tak, żeby odstępy między głównymi posiłkami były równe, to uchroni nas przed np gwałtownymi spadkami cukru i przed uczuciem wilczego głodu. Dobrze różnorodne, zbilansowane, czyli zawierające i tłuszcze, i węglowodany i białka posiłki w równych (w miarę:(sic!)) odstępach czasu. Dopasowane do naszego spędzania czasu.

Odpowiednia podaż płynów. Między posiłkami, albo do posiłków, ale małymi łyczkami, do dwóch litrów dziennie (bez kawy, czy herbaty, o gazowanych nie wspomnę,czy też takich spożywanych przez osoby, które uprawiają [wyczynowo] sport). O ha!dwa i, jeszcze o, już pisałam. Wiem, że może to być bardzo trudne, i sama także nad tym pracuję. Pić, soki np z grejpfruta jeśli nie potrafimy patrzeć na wodę, to znaczy urozmaicać sobie to, co przepływa przez nasze gardło.

Unikanie żywności wysoko przetworzonej, fastfoodów, ale nie w sposób rygorystycznie, raz na jakiś czas wypad na pizzę, czy do baru bardzo szybkiej obsługi nikomu nie zaszkodzi, jeśli nie jest co podstawa żywienia. Szukajmy naturalnych słodyczy, np owoc gruszki jest bardzo słodki. A dostrzegłam to, dopiero gdy odstawiłam cukier i ograniczyłam sól zaczęłam poznawać smaki, i nie wszystkie były przyjemne, to jest takie, które by mnie odpowiadały, albo: uwaga, których jestem nauczona, i tak kawa, którą nadal piję z kroplą mleka, wiem, wiem, dla koneserek i koneserów, to jest nie do przyjęcia- i słusznie.Otwórzmy się na nowe smaki, sposób żywienia, czy(li)jadło spis, czyli spis jadła, lista, lista, lista przebojów, ma być nie poligonem doświadczalnym małej chemiczki, czy fizyka, ale przynajmniej częściej placem zabaw. Smak u kobiet zmienia się co siedem lat, jeśli damy temu szansę bardziej, jeśli nie, cóż i tak się zmieni. Poznawajmy nowe smaki bez ulepszaczy, czy wzmacniaczy chemicznych.

W naszym kraju, odnośnie żywienia, pożywienia i biesiadowania są dwa popularne wzorce. Pierwszy: I co, ze mną się nie napijesz? We wszelakich odmianach. Nie, jeśli to jest alkohol i jeśli nie chcę go pić, bo np. z zasady nie piję, to z Tobą, ani ze Zdzisiem z siódmego piętra, ani za Twoje zdrowie i pomyślność, nie, nie napiję się. I tak, bez moralizatorstwa, po prostu nie wszyscy przez wzgląd, że żyją w Polsce, muszą lubić alkohol. I tak, mam świadomość,że np w młodym wieku (około dwudziestki i po) odmawianie uczestniczenia w tym wydarzeniu jest, może być bardzo trudne, ale możliwe. Czy chcę komuś zaimponować, tym, że napiję się alkoholu, i czy wtedy i dlatego, ktoś/ia będzie mnie lubił/a? Będzie mnie poważał/a. I wiem, że łatwiej się mówi, bo niż robi.

No cóż, drugą taką sytuacją jest okazywanie miłości przez jedzenie. To znaczy, nie mam nic przeciwko, a nawet, jestem za. I nie jestem także za tym by wiecznie mówić magiczne słowa, nie, nie chodzi o: proszę, dziękuję, i do widzenia, ale o : jestem na diecie. Jeśli zwykle nie jem słodkiego, to o ile nie mam poważnych wskazań, lekarskich, to jeśli spotykam się przy świątecznym stole. abo przy innej uroczystej okazji, jem wszystko, na co przyjdzie mi ochota. Jeśli jednak ktoś/ia mnie nakłania, że jeszcze jeden kawałek, albo: że zjedzenie wszystkiego z talerza jest wyznacznikiem dobrego smaku, tak osoby spożywającej jak i tej, która to jadło przygotowała… Tak, jeśli oczywiście nakładam sobie sam/a, oczywiście, że powinnam zjeść tyle ile jest na talerzu, ale jeśli ktoś robi to za mnie, i nie słucha tego, co do niej/niego mówię,że już wystarczy, to uważam, że niestety, mam prawo zjeść tyle ile uważam.Po trzecie nakłanianie mnie do zjedzenia jeszcze kawałka, no taakiego maluutkiego,no takiego, spójrz (nie chodzi mi o propozycję, ale o nakłanianie właśnie) i analogiczną sytuację co do trunków. Cóż, takie to jedzenie to nie wyraz miłości, a co najwyżej mdłości. Jeśli naprawdę nie chcemy jeść np tortu, to powiedzmy to jasno, i kiloetrowo się nie usprawiedliwiajmy. Jestem na diecie jeszcze przez tydzień, i nie jem słodyczy, i dziękuję,że proponujesz. —–Ale to nie działa, możesz powiedzieć, jasne. Dlatego mówię tak: Staram się ograniczać słodycze, ale jeśli to nie sprawi Ci problemu, to jeśli możesz zrób mi dobrą kawę, herbatę, albo jeśli jesteśmy bliżej z daną osobą, to może nam zaproponuję coś innego? I w ten sposób, i my przestrzegamy swojego sposobu żywienia, i ktoś/ia czuje, że nas ugościła. Do tego nie drążymy tematu diety i nie mocujemy się, kto kogo i jak przekona, to, nie ma sensu i jest po prostu w złym tonie.

Nie mamy ani zajadać problemów, ani pocieszać, jedzenie to  przyjemne, mające dawać radość, zaspokojenie głodu, nie znaczy, że nie ma być przyjemne, radosne i piękne. Niekoniecznie zawsze musimy odmawiać, ani na wszystko się zgadzać, ale też nie jeść z nudów, czy w ramach nagradzania się za coś.

Odpowiednia podaż błonnika w diecie, czyli po prostu warzywa, warzywa, owoce warzywa i zasmażka. Wracamy do dobrze zbilansowanej diety.

Czytajmy etykiety. I to jest upierdliwe, no bo jak rozróżnić te wszystkie E? Eee tam, wystarczy mieć świadomość co powinno być w składzie danego produktu, a co niekoniecznie. Dajmy sobie czas na połapianie się w tym wszystkim, albo przynajmniej w części, i nie eliminujmy wszystkiego, bo tak przecież jest zdrowo. Wiem, wiem, to nudne, potrzebny jest czas i konsekwencja, czas bo cóż, jednak czytanie małego druku gdzieś w sklepie przy jarzeniówkach, dwa zapamiętywanie tego wszystkiego…

Ruszajmy się, i nie chodzi o obruszanie, albo chociaż o bieganie na orientację (to znaczy do przybytku, do którego nawet król, choćby fasolowy, chodzi piechotą), maratony, mary tony, i inne majaczenia modne, czy siłownię, czy powtarzanie gestów podczas holenderskich uczt… Przyjrzyjmy się stanowi naszego zdrowia, i wraca do nas pytanie, jak spędzamy dzień? Czy pracujemy w domu? Czy musimy wyjść do pracy? Czy potrzebujemy pomocy w poruszaniu? Jak często wychodzimy na zewnątrz? Czy to jest zależne od pory dnia, czy roku? Nie chodzi o to by się katować, bo przecież wszyscy tak robią… No nie, wystarczy, przyjemniej na początku, gdy dojeżdżamy do pracy autem, zamienić go na autobus, a potem może nawet skrócić podróż o jeden przystanek, albo przesiąść się na rower, a co? Można. O ilości litości, i o losie, wystarczy pamiętać i czasami, sukcesywnie, pomału wdrażać te zasady. Nie dajmy się zwariować.  I tyle moich dobrych rad. Proste, logiczne, i znane.Wszelkie diety, powinny być wdrażane pod okiem i pieczą kompetentnego lekarza- restrykcyjne eliminowanie produktów, bez takiej konieczności i tu widzę tylko stan zdrowia, jest wyrazem nieodpowiedzialności i skazane jest na porażkę, która nie rzadko skutkuje pogorszeniem się stanu zdrowia, np sprawy hormonalne, rozchwianie tej gospodarki, a takie zmiany trudno odwrócić i jest to czasochłonne. A nie brane z Internetu bo taka jest moda, bo ktoś/a stracił/a pięć, dziesięć, piętnaście kilo, ale nie wiemy jakim kosztem, taka jest różnica. Strata wagi nie zawsze jest pożądana. A na pewno nie jest i nie powinna być remedium na problemy. Jedzenie także powinno nas cieszyć, chociaż nie pełnić roli zastępczej.

Można zjeść wszystkie rozumy, i móżdżki, można wydawać sądy, i wydawać posiłki. Można posilić się słowem, mówi się (i pisze) o intelektualnej uczcie. I nie, nie Platona, litera i tura na bok. (Czyli literatura i kuchnia na bok) a tu takim kuchennym jendak wejściem, uczty rzymskie:tam jadano do oporu i wedle hierarchii, najważniejsza płeć i funkcja, siadano na szezlongach, wymiotowano, i dalej jedzono, i jedzono, i rozmawiano i jedzono i wymiotowano i…

Ukazywanie jedzenia to także wyraz przepychu. Chociaż czasami jedzenie było uważane za czynność nader wstydliwą, a zatem — ukrywaną. W sztuce także ukazywano rozpustę, okraszone regułami (renesans i Leonardo da Vinci takowe też opracował, bo był na dworze także mistrzem ceremoniału Nie należy wrzucać resztek do talerza sąsiada, uprzednio nie spytawszy o zgodę- oczywiste, teraz tak). Psy kiedyś pełniły rolę sprzątaczy, po ucztach, jadały resztki z pańskich stołów. Jedzenie to także biesiada, sytuacja społeczna, kto i gdzie usiądzie, na jakim stołku. Gotowanie ze smakiem, czyli emocją.

Oto wyraz radości, fizjologia smaku, sznyt natury, tekst i pre -tekst, i morał:

[Przestrzeganie zasad”zdrowego? Owego (wy)żywienia: ruchu (szkoda, że jednostajnego) i uzupełniania płynów…Czy oby na pewno? Król pije, Jacob Jordaens,olej na płótnie, Ermitaż, źródło reprodukcji].

Jedzenie nie tylko zaspokaja biologiczne potrzeby człowieka, jest transmiterem zwyczajów i obrzędów, czy wartości związanych z religiami i wierzeniami, czy też społecznych, świeckich.Dla przykładu, dzieło Jana Steena z 1668 roku eksponowany w Staatliche Museum w Kassel, albo prezentowana tutaj reprodukcja pod tytułem: Król pije Jakoba Jordaensa to nie tylko sfotografowanie jakbyśmy dzisiaj powiedzieli,  biesiadników w święto Trzech Króli. Głównie w Niderlandach,można odnaleźć  zwyczaj,  poszukiwania na talerzach ukrytej — w specjalnie wypiekanym na tę okoliczność cieście, fasoli  i ta osoba, która wyławiała w swoim kawałku tortu fasolę, była ogłaszana królem imprezy, i mogła wybierać królową i świtę.  A wszyscy inni, zobligowani byli do powtarzania nie tylko ruchów, ale i czynności króla,  gdy ten wznosił  kielich wina do ust, wszyscy gromko krzyczeli Król pije! (Stąd też tytuł obrazu) W Holandii zwyczaj ten ten nosił nazwę: Driekoningenroud, albo dwunastej nocy. Podówczas panowała swobodna atmosfera, król nie zwracał uwagi na zachowanie, które w jawny sposób łamało zasady kindersztuby  pod tą szerokością geograficzną: głośne śpiewy, rubaszne żarty i zaloty, chrumkanie(a i z czasem chromolenie), czkanie i pierdzenie, łamanie zasad, było obowiązkiem. Cóż możemy dostrzec, przyjemność, na wrzącym uczynku. Tu, nikt z osób biesiadujących nie zastanawiał się, ile jest pestycydów w diecie, a może, jakieś e? E tam, no, tak zwłaszcza t a m.

 

Termin martwa natura nie oznaczało, ani możliwości, czy konieczności resuscytacji kogoś, ani tego, że skończyła się data ważności, czy data zdatności do spożycia, a termin pić do kogoś, to raczej przepijać do kogoś, niż wyrażenie słownej szermierki.Chociaż i na tą pierwszą warto tu, zwrócić uwagę:posiłki są nader skromne,tak, czy oby na pewno? Czy dzisiaj je takimi spostrzegamy, szynka i chleb (powszedni). Światło, dynamizm,  wylewające się życie, to tak jakby ktoś nagle wyciszył dźwięk w telewizorze,ów kontekst być może nawiązuje do flamandzkiego przysłowia: Tak młody szczebiocze, jak stary śpiewa. Większość mężczyzn jest w podeszłym wieku, przemiana pokoleń. Temat, który nigdy nie umiera, on tylko zasypia. Zasypany przepisami tymi, tymi, no bogatymi w błon i (innymi) nick. Jedzenie to wyraz sił witalnych, albo starości (jeśli nadgryza je ząb czasu) gdy widać plamy, niedoskonałości, pleśń, to także etap w odrodzeniu się, rytm pieśni przemiany, odwiecznie wpisanych w cykl życia człowieka. Są także, a jakże sceny  te i owe rodzajowe:

[Wnętrze tawerny, lata 30. XVII w, Pieter de Bloot, źródło reprodukcji].

Na początku posiłki, a raczej ich umieszczanie na obrazach było niczym innym jak metaforą. Zgoda, dzisiaj urzeka kreska, czy światło mistrzyni, czy mistrza pędzla, i zwróćmy uwagę, w jaki sposób czytamy obrazy, i co jest nam do tego potrzebne wiedza. Bardzo często żywność, nie była portretowana na żywca, choć żywo wyglądać musiała, o tym świadczy chociażby zestawienie czy roślinności, czy pożywienia, które nie miały prawa wystąpić razem na stole, gdyż w naturze (nie tej martwej, ale [nad]zwyczaj żywej) dzielił je czas, czyli pora występowania. Postać, tak po stać, nie posiedzieć, zwłaszcza gdy ma się problemy jelitowo-gastryczne, niezależnie od epoki, monotematyczne, postać umieszczona przez de Bloota w centrum, ma dość, ewidentnie nie przestrzegała zasad diety zrównoważonego żywienia i odpowiedniej podaży płynów, z tego wynika za dużo błonnika?A może po wody zbyt mnożę? Może suszy faceta zbyt, mało pił, za wiele w żołąd wbił, i nie czytał biedak etykiet, i tak zabrudził parkiet (dobra, tam nie było parkietów)? Nie wiadomo ale na pewno po wypróżnieniu tą drogą, jej ulżyło. Za to kot zaraz pęknie z przejedzenia. Taki armagedon filozoficzno-gastryczny na ludową nutę, hej przeleciał ptaszek. I… Wiadomo już jakie stworzenie jest sponsorem białka w dzisiejszym pożywieniu.

No dobrze- allbo i nie, od XIX wieku jeśli się przyjrzeć i przejrzeć sztukę to malarki i malarze to jedzenie to nic innego jak instagramowe foty, wypełniacze, no, a może nie, może fotosy foodów, to taki manifest społeczny? Nie zmienia to faktu, że XIX wiek, to taki wypełniacz niderlandzkiego malarstwa. W XVII wieku w Holandii to jakiś makaronizm, nie, nie wróć, monotematyzm,  powstało kilka milionów obrazów, z których większa część pokazywała jedzenie. Zaraz, zaraz, i nie chodzi mi o bakterię, albo o to, żeby utrzymywać higienę (myślenia i mylenia) to zawsze warto. Nie znaczy, to, że bohaterowie uwieczniani na obrazach, byli najedzeni, bo posiłek na talerzu jak malowany to jedno, ale przypisywanie i przepisywanie znaczeń, to drugie i o wiele ważkie i ważniejsze (i lekkostrawne dla wątroby, to oby, oby). Dlatego do XIX wieku nie wiemy nic o treści, (żołądkowej) biesiadniczek i biesiadników. Jedzenie to pretekst, metafora. Warzywa, owoce czy surowe mięso wydawały się ludziom bardziej idealne w sam raz na raz, niż zrobione z nich potrawy, nawet jeśli mowa o tłustych, czy pysznych (ha, ta wieloznaczność znaczeniowa!) pieczeniach lub ciastach gęstych od dodatków. Po drugie ([z]danie) łatwo i niejako z biegu,  dopasować symbolikę. Wiśnia, czy czereśnia to symbol męczeńskiej śmierci, odniesienie do krwi jest tu nader jaskrawe. Ogórek, czy tykwa to pomyślność losu i ziszczona nadzieja. Nie bez znaczenia jest fakt, że ta druga po prostu się pnie, rośnie .Martwa natura jako samodzielny okrzepły w siły witalne temat…  W malarstwie pojawiła się po raz pierwszy w wieku siedemnastym i tu można przytoczyć prace takich malarzy jak: Pieter Claesz,  ten od „portretowania” sera. Francisco de Zurbaran,  Floris van Dijck. cytryny to wyraz albo fałszywego przyjaciela, albo też: płodności, pomarańcze metafora małżeństwa, ostrygi to  nic innego dzika erotyka, czyż i dziś tych ostatnich nie mamy za afrodyzjaki, czyli te pokarmy, które wzmacniają, urozmaicają życie cielesne?

Umieszczanie jedzenia przy konkretnych stołach, to także podkreślenie, czy wyraz pozycji, statusu socjoekonomicznego.  To, co rosło blisko podłoża, płody ziemi takie jak buraki, cebula, stanowiło pokarm dla chłopstwa. Stąd też nie dziwi obraz Vincenta van Gogha, Jedzący kartofle, ponury, ciemny, brudny, niemal cuchnący To, co rosło wysoko, na drzewach, czyli  orzechy, zaliczane było do pokarmów ekskluzywnych na które mogły pozwolić sobie tylko najznamienitsi goście figi, czy wspomniane wiśnie to pokarm dla bogatych i wpływowych. Kto z nas, w taki sposób dziś myśli o twarogu, czy żółtym serze powiedzmy sobie szczerze? (Dziś wegetarianizm, czy weganizm może być wiązany z wysoką pozycją społeczną, no ale sam ser?)Inna sprawa, że jedzenie ma związek z postrzeganiem medycznym ciała (średniowieczny rozkład humorów), czy stanu, dla przykładu ryba była pokarm doskonały dla mnichów, zimny i wilgotny , czyli taki który pozwala zapanować nad ochotami ciała, czy wręcz nieskupianiu się na nich, przynajmniej tak było w zamyśle. Jedzenie to temat ocean. Pyszny, można palce lizać, no tak, żeby nie uperniczyć klawiatury…I oczywiście można przytoczyć jeszcze wiele innych obrazów, sennych mar, doczesności marności i rozmaitych pyszności i pych, wojny postu z karnawałem, i melancholii nawałem, ale i tak to jak czerpanie przetakiem z przepastnej rzeki wątków, wątek ten i ów mam nadzieję, że zachęci zanęci do dyskusji.

[Walka karnawału z postem, Peter Brugel, olej na desce, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, źródło reprodukcji].

Oczy wiście,chyli się o zawieszenie wzroku, tu i (zwłaszcza) ówdzie:) na smakowitych kąskach i przekąskach ma się rozumieć (i rozpłynąć na języku, a nie w dłoni :D… Nie chodzi o to, żeby pleść to co ślina na język przyniosła, nie, nie,  nie dajcie się zwieść ani prostocie obrazu, ani kresce Brugela, kto z Was zauważył durszlak na głowie, ot taki niby to kuchenny przyrząd, a symbol tego, że zdobyte łatwo dobra zostaną natychmiast roztrwonione, cóż, nie będę się przyglądać interliniom kuchennym, ani ich znaczeniom, żeby nie przyczynić się do Waszego zmęczenia, malarstwo to dla mnie łuskanie znaczeń, poszukiwanie smaków, a nie -smaczków. To intelektualna uczta, tyle, że nie na sposób rzymski, czy średniowieczny, czy też pogoda (ducha) średnio wietrzna, uciekając od meteorologicznych przenośni, nie chcąc lać wody, kto potem będzie sprzątał kałuże (nie duże)? Kołcze i kończę temat, i stawiam (na baczność) kropkę. Smacznego, oczywiście, albo posmacznego, chociaż podobnież teraz już się nie życzy tak wyśmienitego posiłku…

[InspirAkcja]: Do zastanowienia.

Na szybko. Na już. Do zapamiętania? Do zanotowania? Do zastanowienia.

Choć popełniałeś błędy,

zawsze masz następną szansę.

Przypuśćmy nawet, że próbowałeś i ponosiłeś porażkę za porażką.

Zawsze możesz wystartować ponownie, ponieważ to, co nazywamy „porażką”, nie jest spadaniem w dół,

ale pozostawaniem na dole.

[Mary Pickford].

Jeszcze powrócę do tego cytatu. Jeszcze, nie teraz. A co Ty o nim myślisz? Skojawrzenia, wyrażenia i wrażenia?

[314+2][406+1].[#12 poniedziałków]. Budżet:moje doświadczenia [2]. Lista, lista, lista przebojów, albo inne (a)trakcje.Prosto do celu? Cel? Pal…

Słowo się rzekło, i tak zostało. I jak zostało, tak stało stało i się nie przewróciło. Wracamy do idei #12 poniedziałków, czyli drugi przed nami. Kontynuować będziemy kwestię przed tygodnia, czyli budżetu domowego. Pierwszy krok to taki kulinarno-techniczny, wiedzieć z czym i jak to się je. Drugi, to dy dy, dy, cholera jąka mi się czcionka, dyyyyscyplina datków i innych wydatków. I tu, na bank,ten nasz domowy, będą, po pop po po pod pod i inne tknięcia, tyknięcia, i pospolite ruszenia.

Budżet stoi na trzech nogach, pierwsza to świadomość kosztów, i przychodów, druga: to konsekwencja, trzecia: dyscyplina, i nie chodzi o taką szkolną, bacik i wacik. Dzisiaj będzie o świadomym gospodarowaniu.  I tak, będziecie się mylić, i potykać, to część drogi. Jakże fascynującej, jeśli macie już za Sobą odpowiedź na pytanie po co tak naprawdę prowadzę budżet? Będzie Wam łatwiej, co nie oznacza, że pójdzie jak zjazd z Kasprowego w zimie. Chociaż i z tym różnie bywa…

Po pierwsze: W pierwszej kolejności zapłać. Komorne, rachunki za telefon, internet, kartę miejską,OC,AC i inne OK wstępy na basen jeśli to część Twojej pracy, a nie rekreacji, czyli ureguluj zobowiązania, i tak to Cię czeka, więc po co odkładać?

Po drugie: zakupy z listą. (Nie jest ważne, czy kupujemy książki, czy sałatę-ta jest dobra nie tylko dlatego, że zielona ona ).

Wiem, wiem, że to stare jak wynalezienie szczoteczki do zębów, no ale cóż, Planowanie zakupów spożywczych, jeśli nie musisz, nie jesteś osobą o ograniczonej motoryce, starszą, czy nie wyjeżdżasz gdzieś — nie kupuj żywności na zapas. Chociaż od tego mogą zdarzać się wyjątki, czasami bywa tak, że nie można filtrować wody, albo pić z kranu, czy woda przegotowana nam nie służy jak wybieramy się na zakupy zmotoryzowani to warto wziąć zamiast jednej zgrzewki wody mineralnej, trzy. Warto zwrócić uwagę na fakt, że produkty w marketach nie są układane w taki sposób, by sprzyjać naszym wyborom. I nie chodzi o to, że nie są przypisane do miejsca, ale np o to, że produkty świeże są często u wejścia do sklepu, potem jeśli błądzimy między półkami to cóż, łatwiej się skusić na chpisy, czy coś słodkiego, jeśli w koszyku już mam warzywa i owoce! Pamiętaj.  Zakupy to nie sposób na spędzanie wolnego czasu. Z tym wiążę się jeszcze jedna kwestia, jeśli na takim „wypadzie” towarzyszy Ci progenitura, to z jednej strony podwyższa to wysokość rachunku, a z drugiej, uczysz dzieci takiego właśnie spędzania czasu. Jeśli przyjdziesz i kupisz, tylko to, po co przyszedłeś/ przyszłaś wydasz mniej pieniędzy, tak samo jeśli zakupy będziesz robić w tygodniu, kiedy jest mniejszy tłok. No i oczywiście jemy przed wyjściem.

Po trzecie:Płać (tylko) gotówką,

z nią trudniej się rozstać. I wiemy konkretnie ile mamy. Nie zawsze jest to możliwe, ale warto na tę kwestię zwrócić uwagę, chociażby dlatego, by robić to częściej.

Promocja po czwarte:

Wiemy, że nie każda promocja jest promocją w istocie. I to frazes, dlatego przyjrzyjmy się temu bliżej. Jak to jest, że jeśli myślimy o uleganiu reklamom, to zazwyczaj, o sobie powiemy,  że my to nie, jesteśmy bardziej świadomymi konsumentami i konsumentkami niż przeciętny przedstawiciel naszego społeczeństwa (ten wiecie od statystyki, co wychodzi z psem na spacer i ma trzy nogi) A jeśli pomyślimy pomyślimy o tym jaką szansę statystycznie możemy mieć by dzisiaj przytrafiło się nam, właśnie nam coś dobrego (np w pracy)? No właśnie, widać różnicę, czuć? Jeśli kupujemy coś, co znamy z reklamy, czy nie tłumaczymy, że chcemy coś „w y p r ó b o w a ć”?Ha! Haczyk, w zwracaniu uwagi na reklamę nie ma nic złego, jeśli robimy to świadomie.

A dlaczego tak często stosowana jest obniżka 20% bo właśnie według badań taką wysokość  osoba kupująca ma szansę odczuć. I na taki haczyk się nabrać. Nie każda promocja jest promocją, często jest to czyszczenie sklepowych półek. I tutaj, warto mieć listę np książek, które chcemy kupić, zadziwiająco często można natknąć na gorącą listę warzywną, pierwszej potrzeby bestseller, który koniecznie, niezaprzeczalnie, musisz przeczytać przed śmiercią, a te book haule? I miesięczne zakupy książek, i chwalenie się czy półkami, czy paczkami? Ciekawe ile z tych książek jest naprawdę trafionych? No dobrze, ale popatrzmy na moim przykładzie, zejdźmy z innych, rozpaczkingowców. Mam listę książek, które naprawdę chciałabym mieć, ale nie dlatego, żeby kurzyły się na półkach, ale dlatego, że byłyby skuteczne, i naprawdę bym z nich korzystała (dlatego poza poezją i esejami, a to i tak bardzo rzadko, nie kupuję beletrystyki) Generalnie w domu książek mam bardzo mało, dużo za to do mnie nie wróciło, ale także uważam książkę za jeden (wcale nie naj) ale z lepszych podarków, i też najintymniejszych (przynajmniej mających szansę stać się takim) . Mam listę i zauważyłam, że jej zawartość bardzo rzadko się zmienia, jeśli już coś na nią trafi to tam pozostaje, chociaż zdarzają się i takie pozycje, które ku chwale Ojczyzny i potomności wylatują. Więcej jest takich, które nie trafiają nań (zasada preselekcji). Jeśli mam taką możliwość to przyglądam się książce.Natomiast trzeba przyznać, że ta praktyka nie często jest stosowana.  Rzadko chodzę do księgarń, nie jest to sposób na relaks, to po prostu sklep, taki jak mięsny, oczywiście może być prowadzony z misją i przestrzenią na różne działania, ale pamiętajmy, że nie misją się płaci za michę, prąd i inne dobra. No dobra, idźmy dalej, jeśli o liście to warto rzucić okiem na artykuł.  Lista, w tym przypadku książek, daje nam świadomość tego, jak kształtuje się cena danego towaru, tak i wielokrotnie nie chwyciłam okazji, bo po prosu nie było mnie w danym momencie na nią stać, były inne, ważniejsze wydatki, i jak widać, przeżyłam, albo też przestrzeliłam, no ale cóż, wiem, że promocję będą się tarzać, tarzać i  powtarzać. Jeśli mamy świadomość ceny danego produktu i jeśli on nie spada z naszej listy, to wiemy, czy coś rzeczywiście jest promocją, czy nią nie jest. (Często przy okazjach takich jak CzarnyPiątek). Oczywiście są artykuły które a) musimy mieć natychmiast, np nie pozbędziesz się miesiączki bo za tydzień, albo za trzy miesiące będzie promocja na czteropak artykułów higienicznych, a są i takie, które warto kupić drożej, bo tanie np nie będą zdatne do długotrwałego użycia. Większe zakupy, planuję, a jeśli wyboru nie muszę dokonać teraz-zaraz, albo: zaraz-potem, to go odkładam.

Jeśli np kupujemy zostańmy już przy tematyce książkowej, np.  czytnik, i wiemy, że nie będziemy zmieniać go za rok, ani dwa to może warto się zastanowić jakie są nam niezbędne parametry, jakie chcielibyśmy by on miał, ale nie są niezbędne, w jakich okolicznościach przyrody będziemy chciały i chcieli go używać? Jeśli np zdecydujemy się kupić produkt wiodącej marki na rynku, strzelam, że jest to Kindle, to liczmy się z tym, że tym samym wiążemy się z zakupem, jeśli nie dożywotnim to długo terminowym, także i przeznaczonego formatu, z drugiej strony po co nam” tysiąc pincet”  formatów, skoro dwa są najpopularniejsze, a może i trzeci się przyda bo w pracy z niego korzystamy. No i po co najwyższa rozdzielczość hit tego roku (a więc cena wzrasta) skoro oko tego nie rozróżni? Może warto kupić czytnik lepszy niż najtańszy, ale np dwuletni? Albo jeśli czytamy dużo, to może warto zaoszczędzić na nowość, bo dłużej nam posłuży? Dokonując zakupów pamiętajmy o czymś takim jak paradoks wyboru (dotyczy to zwłaszcza dużych zakupów) tym zajął się w swojej pracy  Barry Schwartz. Krótko nieograniczony (albo uznawany za taki) wybór nas zabija, możliwości wyboru, zastanawiamy się, zastanawiamy i każdy wybór nam nie pasuje, mamy przekonanie, że gdybyśmy dokonali innego, to przecież było by lepiej,  coraz to nowe kryteria przytłaczają. No, ale zaraz górnik pracujący w kopalni, ciężko w ścianie nie ma takiego dylematu. To paradoks naszych czasów, chłopi pańszczyźniani w średniowieczu także nie mieli takich bolączek. Wracając jednak do naszych czasów i naszego przykładu. Kupując niech już będzie, że ten czytnik, czy inny domofon, warto narzucić sobie czas w jakim niezaprzeczalnie dokonamy wyboru. Jeśli takowego odgórnie nie mamy. Warto też nie odkładać zakupów prezentowych na koniec roku, albo coś zrobić samej, samemu jeśli mamy uzdolnienia w danym kierunku (zawsze możemy ćwiczyć, ćwiczyć, ćwierkać cienko, cienko, cieniuteńko- co za cudeńko). Jeśli wiemy, że ceny elektroniki zawsze idą w górę w kwietniu,  maju (czas komunii) to jeśli możemy to na los, nie kupujmy tego w tym czasie, nie chodzi o mniejszy wybór, ale bardziej o presję czasu, i to, że na bank, przepłacimy. Jeśli dana osoba jest dla nas ważna, to pamiętamy o jej urodzinach, nie tylko tydzień przed datą, albo wtedy gdy mózg elektroniczny, czyli dana aplikacja nam o tym przypomni. Uczmy się tego, nawet jeśli teraz tak jest.

 

Wracamy do marketu, bardzo często produkty umieszczone na wysokości naszego wzroku są droższe. Warto zastanowić się, czy nie kupić zamienników. Jeśli tańszy zamiennik do filtrowania wody z kranu trzeba zmienić po trzech zamiast po sześciu tygodniach, a korzystamy z tego wynalazku często (pijemy dużo wody, mamy liczną rodzinę) to nie warto.

Osobiście uczę się także (co przychodzi mi z trudem, nawet jak to piszę), że nie warto oszczędzać na jakości jedzenia, to nie znaczy, że mam teraz kupować wszystko naj (droższe) chodzi o racjonalny wybór. Wiadomo, jest, że jeśli nie wlejesz benzyny do baku to samochód nie pojedzie, nie pomoże zaklinanie się na Los, czy odmawianie koronki różańca, no nie. Jeśli masz dom, który położony jest z daleka od bardzo uczęszczanych tras szybkiego ruchu,  i dysponujesz jeszcze jakimś, choćby najmniejszym placykiem, warto zastanowić się, czy nie posadzić tam kilku warzyw.

Po piąte: Zwierzak.

Jeśli dysponujesz (naj)mniejszym dochodem, to warto zastanowić się, czy zakup pupila to dobry pomysł. To przede wszystkim poświęcanie czasu i spędzanie go w inny sposób, np wychodzenie na dwór (czy będzie tak miło wychodzić o czwartej rano w zimę, a wakacje, z kim zostawić rybki jeśli wyjeżdżamy na dwa tygodnie?…) To także, choć nikt nie lubi o tym mówić koszty zabiegów, wizyt u lekarzy, lekarstw. Jeśli potrzebujemy zwierzaka to zastanówmy się nad tym, czy i kiedy warto go przygarnąć. Może zamiast kupna psa, możemy poświęcić godzinę tygodniowo by wyprowadzać psy ze schroniska, jeśli nie potrafimy, nie możemy, czy nie chcemy wykroić godziny przez trzy miesiące ciągiem, raz w tygodniu, to sytuacja ulegnie zmianie jeśli będziemy mieli czworonoga w domu? Sądzę, że na gorszę, acz mogę się mydlić, mylić znaczy. Może w ciągu tych czterech godzin w miesiącu nauczymy się czegoś nowego o zwierzakach, nad którymi zdecydujemy się podjąć opiekę, np w praktyce zobaczymy, że dana rasa psa będzie nam bardziej odpowiadała np zobaczymy, że popularne jamniki to nie psy kanapowe, ale takie, które potrzebują się wybiegać i to sporo. Może warto zamiast psa wybrać złowią albo świnkę morską? Niezależnie od dokonywanego wyboru warto ująć go w budżecie. Nie, nie tylko pieniężnych wydatków, to ważna część, ale część, liczy się także czas, jaki możemy i chcemy, i czasami będziemy musieli, poświęcić. A także aktywność, jeśli nie lubimy spędzać czasu na powietrzu, albo mieszkamy w mieście nie kupujemy psów rasy husky. Jeśli planujemy mieć dzieci, choćby za pięć lat, to także przemyślmy tę kwestię w tej odległej, jeszcze, perspektywie.

Po szóste: Inne sposoby oszczędzania.

Pamiętaj by z wyprzedzeniem pamiętać o własnych wizytach lekarskich. Nie tylko zakupach, o których się tu i tam trąbi sporo.

Jeśli kupujemy sprzęt „z wtyczką” warto by to była klasa energetyczna A aaaale niekoniecznie Az pięcioma plusami bo mogę się założyć, że prędzej nam się sprzęt zużyje, czy zepsuje niż będziemy mogli dostrzec różnicę w rachunku (za energię elektryczną) Zawsze, ale to zawsze wyciągajmy wtyczkę z prądu, no nie mówię o sprzęcie ratującym życie…. Jeśli nie korzystamy z wi-fi, albo z komputera, choćby był by to laptop, to po co jest włączony?

Jeśli nie korzystamy z ubrań, to albo: jeśli są w bardzo dobrym stanie, to oddajmy je osobom potrzebującym, nie kupujmy także na zapas- gdy schudniemy, nie, nie schudniemy dla tej fantastycznej spódniczki, jeśli natomiast tak się zdarzy, wtedy i tak będziemy musiały, musieli zmienić garderobę.

Czasami zamiast fryzjera w centrum miasta można poprosić uzdolnioną znajomą osobę, którą znamy, i której warto zapłacić (albo na zasadzie wymiany usług) , albo zakład,który znajduje się nieco dalej, a przecież tam też mogą być osoby, które się znają na swoim fachu, lubią to co robią, a może są mniej znane? Jeśli razem ze znajomymi pracujesz w jednym miejscu to może zorganizujecie sobie wspólne podwózki, a koszty będziecie dzielić? A może warto część drogi chociaż w jedną stronę spacerkiem?

Jeśli już budżet prowadzisz trzy miesiące, możesz podsumować sobie wydatki na kulturę, rekreacje, i te, z nich, które się da, obniżyć, np ustalając limit, nie zawsze tak się da uczynić,ale wtedy gdy da się to zrobić spróbuj, nie drastycznie. Stopniowo.

Eksperymentuj i niech to sprawia Ci przyjemność, a nie będzie karą, chociaż tak, oczywiście nie rzadko oszczędzanie bywa koniecznością.

Nawyk oszczędzania a inne zachowania:

Nie ważne, czy mieszkasz w pojedynkę, czy z przyjaciółmi, albo masz już rodzinę (własną) . Jeśli zauważysz, że jest jeszcze jakiś inny nawyk, który chcesz zastąpić innym, bardziej wspierającym, zachowaniem to zaproponuj taki oto zwyczaj.

Za każde przekleństwo do wspólnego słoika wrzucamy dwa złote. Uzbieraną kwotę za rok od tej daty (np 5.III.2019 roku) przeznaczamy na (i tu cel ważne by był ważny dla nas wszystkich np na wyjście do teatru dla całej rodziny, albo sponorowanie części kosztów wyjazdu na długi, albo krótki weekend ) albo: (wprost przeciwnie)  uzbieraną kwotę przeznaczamy na cele charytatywne (ale w przypadku gdy chcemy wyplewić zły nawyk, warto zastanowić się, czy nie poszukać takiej fundacji, czy stowarzyszania, które będzie prezentowało odmienne od naszych wartości, żeby jednak nie przekazując danej złotówki czuć się dobrze, czyli nieświadomie jednak  się rozgrzeszać, a jednak coś dobrego zrobiłem). Intencja jasna?

Jeśli zdecydujemy się przeznaczyć pieniądze ze słoika na jakiś cel charytatywny, niezależnie od idei (która zawsze musi być warta wspierania, choć nam  daleka, o takim przypadku piszę wyżej) warto pamiętać, że to nie to zachowanie nie ma nam zastąpić np darowizn, które uwzględniamy w rocznym budżecie . Głównym motorem, nie jest tu oszczędzanie, ale praca nad nawykiem,chociaż to już temat na całkiem inny artykuł… I jeśli będziecie chcieli/ chciały…

Innym sposobem jest wprowadzenie raz w tygodniu dwóch godzin bez prądu. To znaczy, spędzanie czasu inaczej niż przy komputerze, telefonie, np gra w gry planszowe(zaraz Ktoś napisze, że przy świecach, ach może być przy świecach, ważne, że nie przy samochodowych). I nie chodzi by rekreacje podporządkowywać temu, bo oszczędzam. Chociaż z drugiej strony warto, z głową planować wypady na miasto. I wszystko robić metodą małych kroków. Jeśli natychmiast zjemy całego słonia, to dostaniemy zaparcia, albo, albo lepiej nie myśleć co się stanie,oj stanie się. Na jednej nodze i straci równo —i jeszcze— wagę. Przewróciło się niech leży, jak śpiewa(ł) klasyk… Ale w innym kontekście.

 

W jaki sposób mogę zobaczyć czy mam oszczędności? Gdzie się one kryją? Czy muszę kupować jeszcze jedną kanapę, albo co zrobić ze starą, wyrzucić, może komuś oddać, albo sprzedać za symboliczną złotówkę. Czy książki, które dostałam a nie zamierzam czytać, albo już przeczytałam, przeczytałem mogę oddać do biblioteki, czy komuś po prostu dać, czy potrzebuję konkretny bibelot na półkę, taki, który kiedyś przyda, albo i nie, albo taki co będzie biernym kolekcjonerem kurzu? I nie chodzi mi o to, by dawać na prezent, czy inny brezent Bliskim czy Dalekim nam ludziom, napoczęte, nadgryzione nie, nie jabłka, ale też inne rzeczy, zużyte, bo to jest po prostu, nie no witki opadają, pewnie zwiędły… Prezent to powiedzenie innym sposobem, doceniam Cię, jesteś dla mnie ważny, ważna. To chyba jasne, jak jarzeniówka w bibliotece, nie?

Czy jeśli kupuję dany artykuł (buty, kurtkę, sprzęt elektroniczny dla siebie, czy też na prezent) upewniam się, czy jest możliwość zwrotu towaru do sklepu?

 

Kto ostatni gasi światło w Waszym mieszkaniu, czyli lista kontrolna:

  • Co oznacza dla Mnie znaczy pojęcie (mieć) oszczędności?__________________
  • Moje sposoby, które stosuje, albo mogę zastosować związane z racjonalnym wydatkowaniem energii elektrycznej___________
  • Moje sposoby na dokonywanie zakupów________________________
  • Czy wprowadziłam, wprowadziłem i w jakich kategoriach limity wydatków?
  • Dlaczego to zrobiłem (zrobiłam)?
  • Dlaczego tego nie zrobiłem (zrobiłam)?
  • W jaki sposób mogę wpleść idee oszczędzania tak by była praktyczną częścią mojego/ naszego stylu życia?
  • Czego się nauczyłem, nauczyłam dzięki oszczędzaniu____________________?
  • Które z rozwiązań się sprawdziły______________________a, które z nich warto zmienić________________?

A może zechcesz się podzielić refleksją po przeczytaniu tego tekstu, w komentarzu?

Na tym kończę moje medytacje te i owe budżetowe. Tanecznym krokiem, już z nie nowym rokiem, by nie wylądować goły jak święty turecki, bo ani święty, ani turecki. Ale żeby cóż, skończyć filologiczne (nie mylić z fizjologicznie, ani filozoficznie) to przysłowie goły jak święty turecki, ma swoje źródło, nie, nie w bajce, a udzierała go Sierotka (ale nie ta od siedmiu, nie, nie nie boleści, ani krasnoludków) to pseudonim Mikołaja Krzysztofa (Radziwiłła) marszałka wielkiego litewskiego, tego samego, który w 1582 roku udał się z pielgrzymką do ziemi świętej. (Droga tam, przez Wenecję, Trypolis, Damaszek) a z powrotem Egipt, Kreta, Włochy. Zajęło mu to dwadzieścia cztery miesiące. I ta podróż dostarczyła mu materiału do książki pt. Peregrynacja albo Pielgrzymowanie do Ziemi Świętej. A jeszcze bardziej konkretnie szukając to można natknąć się na akapit, w którym to autor opisuje i to w dosyć niewybrednych podówczas słowach derwisza.

A tańczyć nie zamierzam, napiszę tylko, w ostatnim zdaniu 🙂

Do przeczytania i skomentowania.

Następny artykuł w czwartek, ósmego marca.

[406]. [#12 poniedziałków]:Budżet, moje doświadczenia[1].

Pięknisty temat, taki klikalny jak konferencja o wskaźnikach komutatorów przestrzestrzennoczasowych, no dobrze, zostawmy to zanim się pogrążymy i wpadniemy jak inkaust w kompot, czy inna śliwka. Każda osoba wie, że pieniądze wymyślili Fenicjanie (tylko dlaczego tak mało), a przekaz pieniężny i kredyt ci rycerze, dzięki którym, przeklinamy każdy piątek, który wypada trzynastego… Pieniądze w różnych państwach miały różne formy np na terytorium Rzymu płacono niczym innym jak nadbałtyckim bursztynem… Polska to jeden z pierwszych krajów, w którym wprowadzono banknoty papierowe, ale nie zawsze tak było, do osiemnastego wieku oczywiście płacono różnymi monetami, ale także metalami szlachetnymi.

[Bursztynek, bursztynek piosenka z audycji Ciuchcia, źródło].

Nooo dobrze, żarty na bok, i to dobrowolnie wybrany bok, albo na obłok, w kosmos, jednym słowem, na odstrzał. No, ale pod ad rem. Jakiś czas temu zaczęłam prowadzić budżet, i powiem, że to było trudne doświadczenie, ale nie dlatego, że w ten proces jest wpisana konieczność monitorowania wydatków (i przychodów, tak tak tego też), ale nie wcale nie, nie z tego powodu. Budżet domowy to nic innego jak zaplanowanie w czasie i przestrzeni dochody i wydatki, dochody i wydatki, do i wy, dochody, i schody…. Ruchome piaski, i piski? Hę? Co było wspierające? To, że już przed zapisaniem, czyli dokonaniem wydatku dokonywałam preselekcji. To co mnie zaskoczyło, że przez tak długi czas od początku nie miałam czegoś takiego, że pieniądze przeciekały mi przez palce np, przez picie kawy na mieście.  Z drugiej strony, trzeba było zbierać paragony, a nie zawsze dokonywałam zakupów… I tego się nie spodziewałam. Taki myk.

1. Uwagi techniczne. Podstawy. Czym to się je?

  • Dwie kolumny dochody (i tu wszystko, naprawdę:
  • przychód z renty/ emerytury,
  • wynagrodzenie za pracę etatową,
  • z tytułu umów zleceń,
  • umów o dzieło,
  • stypendium,
  • posiadane oszczędności, nie wiem).

Wydatki:

  • opłaty
  • z tytułu najmu mieszkania,
  • komornego
  • (i tu wszystko gaz,
  • internet,
  • energia elektryczna,
  • wywóz śmieci)
  • opłata za telefon
  • transport- bilety kolejowe, tramwajowe, etc
  • środki pierwszej potrzeby: żywność
  • środki czystości
  • chemia
  • odzież i obuwie
  • lekarstwa
  • sprzęt rehabilitacyjny i.in
  • darowizny na cele społeczne, cele, których realizacje wspieram (oprócz przekazywaniem 1% podatku)
  • edukacja:
  • spłata kredytu
  • koszt utrzymania samochodu: benzyna/gaz
  • kultura
  • sport
  • rekreacja
  • wypoczynek
  •  (kawa, alkohol, słodycze).

Są wydatki stałe, które zawsze będą występować, nie zmieni tego ani czas, ani miejsce, ani przestrzeń, i tak będziemy jeść, pić, gdzieś mieszkać, myć się, to co mnie zaskoczyło, to też ilość wydatków stałych. Są też te, drugie, zmienne, to te z nich, które mają syndrom pojawiam się i znikam. Są wydatki konsumpcyjne, przejedzone, i te, które są inwestycją np we własny rozwój. I warto przemyśleć, do jakiej kategorii coś przypiszemy, uwaga: nie każde wydatki z kategorii edukacja są inwestycją. No proszę, czego nauczyłeś/nauczyłaś się na maksa przydatnego w szkole. Wydatki konsumpcyjnie nie są złe.  Moment(y) aha: nawet wydatki, które uznamy za konsumpcyjne można kategoryzować jako stałe i zmienne.  I takie myślenie nad budżetem, cóż, jest, może być fascynujące, bo ów budżet, jest częścią większej całości, to nie tylko kwestia pieniędzy, No ale zatrzymajmy się na tym wynalazku fenickim. Co więcej, moim kolejnym odkryciem jest to, że w czasie charakter niektórych wydatków się zmienia, to znaczy to, co wcześniej upatrywaliśmy jako wydatki na rozwój stają się kosztami, i jeśli dostrzegamy tę prawidłowość, może ona świadczyć o przestrzeni rozwoju.

Planowanie wydatków, czyli zarządzanie budżetem to praca nad swoim charakterem, nie jest to odkrycie kopernikańskie, to coś co przydarza się przypadkiem, na marginesie. By tę pracę zainicjować warto sobie zadać pytanie: Po co na cholerę planować swój budżet? Jeśli motywacja jest zewnętrzna, może zadziałać, oczywiście, jeśli jest wewnętrzna to dostajemy silnik rakietowy do dyspozycji, poznajemy Siebie. To reguła śrubokręta. To czy będziemy tworzyć budżet na piechotę w notatnikach zeszytach, czy exelach, to jest drugorzędne. To co warto przeczytać i usłyszeć to nie tylko zapisywanie poniesionych wydatków i posiadanego przychodu, ale: jest zasada dwóch kolumn stosowania zapisywania planowanych wydatków i planowanych przychodów. I zaczynamy od tego, że zapisujemy je w sposób ogólny. I tak

Przychody:

Wydatki:

Wydatki stałe: Wydatki zmienne: Wydatki stałe:

Ot, wszystko. Całaż filozfiaż będą wydatki: do jakiej kategorii zaliczysz OC? Podatek gruntowy? Książki? Ale kolejną kolumienką, trzecią jest: wydatki nieplanowane, i nie chodzi o to, że pójdę na kawę dzisiaj popołudniu, bo se zapiszę w trzeciej kolumnie. No nie, jak pójdę to blogosławieństwo na drogę! Smakuj, nie chodzi o to, by wiecznie sobie czegoś odmawiać. Odmawiać to można, a zresztą, i bez reszty (tu wymowne machnięcie ręką, nogą, albo ramionami)

Jeśli decydujemy się oszczędzać, to kolejna reguła dodatkowe dochody i oszczędności.

Propozycja pierwszego kroku.

Najlepiej sobie założyć kajecik, albo inny mały, poręczny zeszycikonotesik im bardziej poręczny i mniej skomplikowany, tym lepiej, nie potrzeba żadnych aplikacji, tak to pociągające, ale jak będzie awaria? Najpierw zapisuj, wszystko, dosłownie wszystko co możesz kategoryzować wydatki, dochody.

Co można jeszcze zrobić?

A można, skoro pewne rzeczy są stałe (śmierć i podatki) to można zaplanować budżet kilka dni przed dochodem, tak tak, i to kolejny moment aha, to daje nam dwie przewagi:

Uczenie się myślenia perspektywicznego, zakotwiczenie w czasie, trzecia rzecz, jeśli pojawią się pokusy to będzie to nasza oręż, nasze ubezpieczanie, i nie chodzi o to by sobie wszystkiego odmawiać i od dziś, dwudziestego szóstego lutego, cóż asceza, post o chlebie i wodzie (z kranu- bo najtańsza). Zaplanujmy też przyjemności, jeśli czytamy, to załużmy sobie jeśli mamy taką możliwość, że miesięcznie mamy do dyspozycji dziesięć złotych na wydanie na prasę, książki, i tak może nie zdobędziemy danej pozycji za tę cenę, ale to może pokazać nam nasze realne możliwości i to, ile czasu zabierze nam kupno danej pozycji, która może być hitem, gorącą bułeczką w piekarni, czytelni, a może gdy emocje opadną nie warto jej kupić, a może jednak okaże się wprost przeciwnie, może warto zainwestować w czytnik, ten zakup radzę dobrze przemyśleć, bo może on być kosztowny, nie tylko ze względu na samo urządzenie, ale na pokusie dostania książki jednym kliknięciem, no i książka nie zajmuje miejsca na półce, co może być również wadą (jak i zaletą) kupimy więcej, szybciej i mniej przemyślanie (jeśli w ogóle) a może być też zaletą, a może się w ogóle nie przydać- zauważymy, że nie potrafimy zapamiętywać treści tak, jak to się dzieje w przypadku książek papierowych (zapach i szelest kartek jest mniej ważny). Może okazać się też, że daną książkę mieć trzeba i warto na nią poczekać, albo (jeśli to możliwe) przegrupować część wydatków z innych kategorii by mieć ją szybciej, a może udać się do zapomnianego przybytku: biblioteki?

Pytania kontrolne:

  • Po co i w jakim celu prowadzę budżet?
  • Czy jest to mój własny wybór? (Dlaczego tak? Dlaczego nie?)
  • Jakie kategorie należy umieścić pod szyldem budżet domowy?
  • Co jest wydatkiem, a co dochodem:
  • Które z kategorii są stałe, a które zmienne?
  • Co zrobiłam/ zrobiłem dobrze?
  • A co poprawię w najbliższym okresie (miesiąc) jakie zmiany wprowadzę w moim budżecie?
  • Co mnie cieszy?

Warto chociaż spróbować nawet jeśli masz dochód minimalny i całą serię wydatków, nigdy nie jesteś za biedną, ani za bogatą osobą by nie prowadzić budżetu. Jeśli masz pytania, zadaj je proszę w komentarzu. Rozmowa jest ważna. 🙂

Następny odcinek w najbliższy: poniedziałek albo czwartek 🙂 Do przeczytania. 🙂

Jakie są Twoje refleksje w prowadzeniu budżetu? Co się zmieniło, a co się jeszcze zmienia? Jakie były Twoje początki, fajnie by było gdybyś podzielił/a się opinią 🙂 Dzięki!

Co prawda, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale warto od czegoś zacząć, czyż dzisiaj to nie wspaniała okazja by od czegoś zacząć? No i cóż, można na okrasę dodać zamykając artykuł ciekawostką filo logiczną. , że przytoczone przysłowie znane było już w starożytności, a wiemy o tym stąd, że można się na nie natknąć chociażby czytając komedię Arystofanesa (a konkretnie : Rycerze i Ptaki) ale Arystoteles w Etyce Nikomachejskiej. Tak, tak wiem, że oba dzieła dzieli ni mniej ni więcej tylko wiek cały. I jeśli myślisz, że powiedzenie to pochodzi z bajek, których autorstwo przypisuje się Ezopowi, to jesteś w prawdzie! Bingo. A konkretnie (Rozrzutnik i jaskółka). Przysłowie to znajdziemy we wszystkich językach (tych europejskich) po łacinie prezentuje się ono następująco: una hirunda non facit ver. Popularność czyni mem (nie mam na myśli bio- lololo-logicznego rozumienia tegoż pojęcia), czyli dany pierwowzór obrasta w różne warianty: dla przykładu jedna randka nie czyni małżeństwa, jedna słonka nie czyni zimy, albo chińskie: jeden aktor nie czyni sztuki. Ale mało kto wie, że  bajka to źródło jeszcze jednego przysłowia, mianowicie: będą z tego nici. I nie chodzi o wieszczenie niepowodzenia z prowadzeniem budżetu, bynajmniej, ani, ani przytaczanie, czy toczenie opowieści o Ariadnie, czy Arachne, tym to się nici przydały! Nie bez kozery polski zespół śpiewać może „Przyszyj to sam!” nawołując do pospolitego ruszenia guzikiem, nawet z pętelką i igłą i nitką! I w tej bajce (znamy ją z przekładu Biernata z Lublina) występuje mądra jaskółka. I tak zupełnie na zakończenie, kiedyś sądzono, że jaskółki nie odlatują za morze do ciepłych krajów, tylko wybiera wakacje w kraju, nawet zimowe ferie, i to niektórzy się zarzekali, że przecież widzieli, spotkali jaskółki nad stawami, czy bagnami… A wiedza ta była powszechnie uznana nawet w XVII wieku pisał o tym fakcie ceniony Gabriel Ręczyński.

Z przekonań ludowych wierzono, że uwicie przy domostwie gniazda przez jaskółki to zwiastun szczęścia i dobrobytu, ale nie żeby tylko to taki rodzaj polisy ubezpieczeniowej, czy zapewnienie znalezienia męża (własnego, znaczy przyszłego).

 

Zapachniało Wam wiosną?

Paachniało, przyjajmniej wtedy gdy to pisałam. No i zapomniałam Wam napisać, wracamy do idei #12 poniedziałków. Jeśli chodzi o prowadzenie budżetu, będzie jeszcze jeden wpis w tej materii.

[401]. Bom zielona,albo: Smaczliwka ma moc!

[Wielki mały człowiek. Oryginał 2 plus 1,źródło nagrania].

Nazywany owocem maślanym. Oto krewniak gruszki (stąd też, jak i ze względu na kształt-  jego część jadalna określana jest jako gruszka awokado, żeby było zabawniej z botanicznego punktu widzenia jest… Jagodą. Tak to krewniak tej samej gruchy pod która lubimy leżeć w lecie na dowolnie wybranym boku. On sam, jak i jego właściwości były znane siedemset lat przed naszą erą. Inkowie uznawali je za afrodyzjak, a jeśli chodzi o wartość odżywczą brano je w dalekie wyprawy, za morza, rzeki i góry.  Dzisiaj odkrywany jest na nowo.

Przepis na koktajl mocy.

Nie lubię robić śniadań. Tak mam. Dopiero od niedawna nauczyłam się je jeść. Taki to model.  Nie mam też (nad czym ubolewam) jakiegoś specjalistycznego sprzętu (robota kuchennego,nutribulera czy innego pomocnika, magicznej czwartej nogi, albo ręki trzeciej. Do diaska z arytmetyką). A ponieważ nie przepadam (uwaga: eufemizm) za żmudnym szykowaniem pierwszego polecam… Od czasu do czasu jednak pożyczyć blender ręczny (choćby przedpotopowy) i zrobić koktajl mocy. Pomocny po treningach, albo właśnie jako starter.

  • Jedno  małe awokado, albo pół dużego;
  • pół litra mleka;
  • jeden duży jogurt naturalny;
  • dwa banany (z powodzeniem można zastąpić gruszką);
  • 4 małe kostki czekolady (gorzkiej) im więcej zawartości kakao tym lepiej;
  • jedna czubata łyżeczka cynamonu;
  • opcjonalnie ziarna (dyni, słonecznika [uprażonego], siemienia lnianego);
  • rodzynki;

Owoce miksujemy, dolewamy jogurt, w razie konieczności mleko (jeśli za gęste), miksujemy powtórnie, a dosypujemy cynamonu i na wierzch wiórki z gorzkiej czekolady. Mieszamy i wstawiamy do lodówki. Dobrze jeśli banany były wcześniej zamrożone. Jeśli chcemy możemy użyć samego jogurtu (bez mleka) dosypać sparzone pokrojone rodzynki, płatków owsianych, i mamy wariant drugi, a możemy też zamiast tego ostatniego składnika dosypać trochę siemienia lnianego. Schłodzone pić wedle uznania.

[owoc awokado, źródło zdjęcia].

Nauczmy się smaków życia. Choć smaczliwka ma wiele walorów odżywczych, uczulenie na awokado występuje często jeśli ktoś/ia jest uczulon/a/y na lateks. Podobno stosowane jest w wielu kosmetykach. Oczywiście, tak jest kaloryczne, ale to nie znaczy, że mamy się go wyrzec. Wręcz przeciw_nie.

[400]. To co pomiędzy (uszami). Uwaga, nie chodzi o… Nos! :)

[Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje,
Elkhonon Goldberg, Wydawnictwo Naukowe PWN,Warszawa, 2014, źródło grafiki].

Książkę nie czyni to, co prze(d)stawione jest na jej okładce, przynajmniej, nie powinno, sowa (chociażby tu przedstawiona) była utożsamiana przez człowieka jako (nie tylko) ptasia personifikacja mądrości wśród przedstawicieli/ lek skrzydlatego świata. Do czasu gdy się zorientowano, że nie potrafi ona nawet kontrolować własnej toalety, ale, że jej fizjonomia jest jaka jest, duże oczy, pozorujące tzw. mądre spojrzenie, cóż zrobić. Przesądzone. Sowa mądra głowa. A ppsik! A,a , aaa Propos głowy. A raczej tego, co mieści się między uszami (u homo sapiens). W nauce, tak samo jak i  w innych dziedzinach życia nastają mody. Najnowszym (i najdonioślejszym) jej wrzaskiem jest zainteresowanie umysłem. Mózgiem. Tak, tak zdaje się, że  już prawie wszyscy trąbią w jednej orkiestrze, że nie jest tak, że wykorzystujemy zaledwie dziesięć procent jego możliwości, co było by (nader łatwym, pociągającym -może) wytłumaczeniem postępowania tych, czy owych…To już wiemy.  Ad rem! Zwiększone zainteresowanie pociąga za sobą publikowanie nie tylko rzetelnie napisanych książek z danego tematu, i ja mimo tego, że uważam, przy jakiej lekturze przyjdzie mi poświęcić czas, to wpadam jak neuron w kompot, ot już w tym roku dałam się w takowe lekcje pływania…

Tytuł jak i autorkę, jak i wydawnictwo pominę milczeniem (wspomnę tylko, że jest to nowość, raczej nowa ość w szkielecie literatury popularnonaukowej) . I Ty, Droga Czytelniczko i Czytelniku równie drogi, możesz, jeśli oczywiście chcesz, uczynić pauzę teraz. Nie?  Piszę o tym dlatego, żeby nie dać się zwieść, uwieść. Raz na wozie, raz… Gimnastyka nie umyka. Na szczęście to co piszę powyżej nie dotyczy pozycji Jak umysł rośnie w siłę gdy mózg się starzeje.

 

Dlaczego mamy dwie, a nie jedną półkule? Co łączy talent i geniusz? Mózg i język, źródło (niepo)rozumienia? Errare humanum est? Te i inne pytania zadaje autor, i próbuje na nie udzielić odpowiedzi, przytaczając (czasami) jak zmieniały się teorie i hipotezy dotyczące przekonań na temat funkcjonowania mózgu. Obalając mity na jego temat [przynajmniej niektóre] np ten o przekonaniu, że lewa półkula -jeśli już przy niej jesteśmy- odpowiada za procesy językowe, a prawa: wzrokowo- przestrzenną. Nie jest też tak, że u osób praworęcznych dominuje lewa półkula, i odwrotnie. Nie ma też lustrzanego odbicia tychże. Chociaż ten akurat aspekt nie jest zbyt rozwinięty (a może to apetyt?).

 

Pozycja jest modelowym przykładem tego w jaki sposób można z powodzeniem napisać dobrą książkę popularnonaukową. Dobrą, czyli jaką? Mogłabyś, lub Mógłbyś spytać, bo przecież w określeniu „dobra”, ukryta jest ocena, pozytywna, ale nadal ocena. Nie o nią mi jednak chodzi, lecz o to, że przy takiej lekturze się nie nudzę, nie jest ona (zbytnio) uproszczona, więc autor/ka nie ubliża niczyjej inteligencji (a niestety, coraz to częściej spotykam na swojej drodze takowe książki popularnonaukowe) ani zbyt skomplikowana, chociaż na tyle wyważona, żeby z jednej strony podsumować to, co już wiemy na dany temat, z drugiej- dowiedzieć się czegoś nowego.

 

Jeszcze jeden aspekt wymaga podkreślenia Elkhonon Goldberg przykłada wagę by język, którym się posługuje był transparentny, to jest  ważne.  Jeśli miałabyś, miałbyś ochotę na chwilę relaksu z dobrą lekturą, również w postaci książki czytanej, to Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje jest trafnym i trafionym wyborem. Również dlatego, że pozwala na zastanowienie się co dzieje się z narzędziem, którym dysponujemy (między uszami) gdy zarówno my, jak i on się starzeje. To, że ów proces ma nader złą prasę w naszej kulturze, to jasne, i zakrawa raczej na banał, niż na mądrość, życiową, ale co jeśli starość jest też wynalazkiem ewolucji, a nie drogą w jedną stronę, nieuchronnym podążaniem ku śmierci? I to, jak postuluje autor książki, nie takim złym, jak zwykło się sądzić?

To co czyni lekturę przyjemnym to ciekawostki ze świata kultury, sztuki, czasami polityki jednakże wszystkie one nie są dygresjami a wprowadzają w dane zagadnienie.Zastosowana struktura (treści) od ogółu, do szczegółu, także ułatwiała zrozumienie. Oczywiście, trzeba mieć w pamięci, że jest to książka o charakterze bardziej popularno-  niż -naukowym, stąd pewne uproszczenia, o czym także wspomina autor. Jednakże jeśli szukasz przystępnego wprowadzenia w świat mózgu, a jeszcze bardziej jego starzenia (a to temat raczej rzadziej poruszany) to weź dłoń, albo (nomen omen) na uszy tą lekturę.

 

I jeszcze jedno, uczeń Aleksandra Łurji, emigrant, łączy kulturowe doświadczenia wschodu z zachodem, co dzisiaj jest także rzadziej spotykane. Autor udowadnia, że literatura popularna także może być rzetelnie poprowadzoną opowieścią, choć z racji gatunku zrozumiałą, i prostym językiem opowiedzianą, to nie prostacką bez zbędnych uproszczeń.

To co utrudniało skupienie się, to monotonny (dla mnie) zbyt monotonny głos lektora, i przykrótkie pauzy przez niego czynione,  bo książka, wydana jest także w postaci książki mówionej (jak to się drzewiej określało audiobooka). Także wydaje mi się, że basy są podbite za bardzo (ja miałam wyłączone) a mimo to nader słyszalne.

Reasumując, zapraszam do lektury. Na pewno przyjrzę (albo: przysłucham)  się jeszcze (innym) książkom autora, jeśli takowe będą. Ta na pewno może być dobrym wstępem do obsługi tego, co mamy pomiędzy uszami. Elkhonon z jednej strony patrzy na półtora  pofałdowanej materii z lotu ptaka, a z drugiej zadaje trafne pytania, niby mgnienie, które mogą być zaczątkiem całkiem nowej przygody… A może ktoś/ia czytał/a i chce się podzielić refleksami? Zapraszam :).

Jestem ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jaka część wiedzy przedstawionej w  tej książce będzie aktualna za dekadę, albo dwie? Jak sądzisz? A Twoja ulubiona książka popularnonaukowa? [Po]dzielisz się tytułem? Przyjemności (płynącej z) czytania.

[398]. Świat na ziarnku piasku.

Pamiętasz jeszcze jak to było przed świętami w grudniu dekorować zielone drzewko samodzielnie wykonanym na pracach plastycznych łańcuchem z papieru, i wieszać na nim orzechy i cukierki, które bądźmy szczere (szczerzy) czasami lądowały w… Rozpływały się w ustach, a nie w dłoni, albo swój pyszny tort urodzinowy?A jeśli już o słodkościach mowa… A wiesz, że zwykła, pospolita cytryna zawiera więcej cukru niż true_skawki. No dobrze. Istnieje cukier ten w owocach, i ten – syntetycznie uzyskiwany, np w białych kryształkach. Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje dzienną dawkę spożycia cukru nie powinna ona przekraczać 25 gramów. Co z tego jeśli w napojach gazowanych,a rzecz ujmując jeszcze prościej, w jednej puszcze jakieś bąbelkowej przyjemności znajduje się więcej.Uważa się, że jego nadmiar  nie tylko przyczynia się do powstania chorób, ale także  przyspiesza starzenie się komórek organizmu i utrudnia proces uczenia się.

Nazw zastępczych dla tego produktu na etykietach znajdziemy dość sporo (co najmniej sto piętnaście). Nie dziwi ten fakt, gdyż gdyby się tak przyjrzeć jego historii to substancja ta i jej przetwarzanie znana jest ludzkości co najmniej od dziesięciu tysięcy lat. To wtedy zaczęto uprawiać  trzcinę cukrową , kierując się niczym innym, jak jej smakiem, a pić tysięcy lat później rozpoczęto w Indiach  produkcję,  ‚siakkar’ u lub ‚sarkar’u, co  w wolnym tłuczeniu oznacza „piasek”, czyli cukier, i od tego wyrazu pochodzi „sacharoza”. Wiadomo też, że to  Krzysztof Kolumb był pierwszym, który przywiózł do Ameryki trzcinę cukrową podczas swojej drugiej podróży, która odbyła się  w 1493 roku.

Przepis (autorstwa  Andreasa Marggrafa) na uzyskanie cukru z buraków była znana  od 1747 roku , masowa budowa fabryk, które przeznaczone były do produkcji tegoż specyfiku zaczęła się pięćdziesiąt siedem lat po po fakcie wynalezienia receptury.

Gdy najbardziej chyba znany Cesarz Francuzów,  zdecydował o blokadzie kontynentalnej,skutkowało to rezygnacją z produktów spożywczych, które były dostępne tylko kolonii ,aby jednak nie tracić miłego słodkiego życia, to zdecydował się pójść za radą wspomnianego już niemieckiego chemika. Tylko, że  trzeba dodać, że dawny cukier trzcinowy to nie ten, który  obecnie możemy spotkać na półkach sklepowych, wytwarzany w przeważnie (w naszej szerokości geograficznej) z buraków cukrowych, różni się on pod wieloma względami, ale to nie jedyny przykład w Meksyku można spotkać inną odmianę: piloncillo.

 

Odkładając jednak na bok, dowolnie wybrany słodkie ciekawostki na temat cukru, chciałam napisać o moim celu na rok 2017, tak, dokładnie na 2017, to zmniejszenie ilości spożywanego cukru (tego fabrycznie wytwarzanego i jego zamienników). Ponieważ nie wiem jak Wam, ale mnie on nie służy. Oczywiście po pierwsze wiem, że cukier zawarty jest- jak już pisałam w owocach, po wtóre wiem, że ten wytwarzany sztucznie otacza nas zewsząd (np jest w ketchupie!). I tak co znaczy zmniejszenie. (Cele powinny być jasno określone) Doskonale wiedziałam co znaczy w moim przypadku. I tak na początku ograniczyłam jego stosowanie słodząc tylko kawę, potem zamieniłam na miód, dobrej jakości, a potem gdy tego zabrakło, powiedziałam stanowcze nie. I tak nadal zdarza mi się zjeść w towarzystwie kawałek ciasta, czy samodzielnie przyrządzonych (zakonserwowanych za pomocą białego cukru soków owocowych) nie robię z tego tragedii, ale wiem, że to mi nie służy, a takie okazję zdarzają się nie często. Jeśli chcesz, to podzielę się moimi refleksami na temat tego, co znaczy słodzić mniej, i jaki sposób to u mnie przebiegało. Taki był cel napisania tego tekstu. Z myślą, że może komuś to pomoże, albo będzie urozmaiceniem zamieszczonych tu tekstów. Jeśli tak, zapraszam do dalszej lektury, i dyskusji.

O zdrowych zamiennikach już pisałam wyżej, ale nie chodzi o to by jedno zastąpić drugim, nawet najbardziej zdrowym. Przynajmniej mnie o to nie chodziło. Poza tym, po jakimś czasie smak cukru fabrycznie wytwarzanego stał się dla mnie ciężki, i przytłaczał dany napój . Picie kawy bez tego dodatku, całkowicie zmienia jej smak. (Bariści często wspominają o tym, że masowe użycie mleka, czy właśnie- cukru- maskuje kiepskiej jakości ziarno). Doszłam, i to,  do wniosku, że konsekwencją nie stosowania sztucznego cukru (tj. tego, który nie pochodzi z owoców) pozwala mi na odkrycie nowych smaków, a wręcz na nauczenie swoich kubków smakowych odczuwania smaków, np. ulubionej kawy. (Co wymaga czasu i cierpliwości).

Jeśli miałam taką możliwość zaczęłam czytać etykiety zamieszczone na produktach spożywczych,  podczas zakupów, i tak korzystałam z najbardziej popularnych dyskontów, bo jak wiemy te ekologiczne są bardzo drogie. Po jakimś czasie zdecydowałam się powiedzieć osobom, z którymi spędzam największą ilość czasu, że nie spożywam cukru.

Kolejnym krokiem były mikro zmiany w żywieniu, np nauczyłam się jeść śniadania, tak naprawdę musiałam się tego nauczyć, lubię jak ta czynność nie zabiera dużo czasu. Jem do pięciu posiłków dziennie. Przykładowy, proszę bardzo serek  (np wiejski) z bananem, albo z pomarańczą, i cynamonem (tego ostatniego używam sporo, dlatego, że organizm się tego domaga, ciekawostką jest fakt, że ten ostatni, reguluje poziom cukru we krwi). Szybko, zgrabnie, słodko, jeśli organizm tego potrzebuje. Jeśli mam ochotę na słodkości, to np serwuje sobie kostkę najbardziej gorzkiej czekolady, albo daktyle, orzechy, czy słonecznik.

Dopiero po odstawieniu cukru poczułam jak słodkie mogą być owoce, szczególnie polecam i te, i warzywa. Naturalnym krokiem jest, że mam w lodówce zdrową przegryzkę,sezonowe warzywo. Bardzo lubię orzechy, i jeśli tylko mogę są obecne w mojej diecie, w małych ilościach, a często. Jeśli nie masz przeciwwskazań, możesz rzuć gumę, pić miętę z imbirem i cytrusami. Upewnij się, że nie masz niedoboru magnezu (czy często pijesz wodę?) cynku, czy chromu, to one mogą być odpowiedzialne za chęć sięgnięcia po słodycze.

Naucz się relaksować i sprawiać sobie przyjemność np spacerem po lesie, albo sięgnięciem po książkę, zamiast po czekoladę. Szukaj, ciesz się tym. 🙂

Nie traktuj rezygnacji z cukru jako kary, czy przymusu (nawet jeśli ze względów zdrowotnych „musisz” zmienić swoją dietę. Zresztą, nie musisz z niego rezygnować, to wolny wybór! Możesz wsypać łyżeczkę tegoż specyfiku do wazonu w którym trzymasz cięte kwiaty, wtedy będą dłużej cieszyły oko. Pamiętaj, głody mózg pragnie cukru. Przyjrzyj się sobie, zobacz w jakich sytuacjach sięgasz po ten specyfik…

Nie jestem dietetyczką, i nie zamierzam komuś pisać jak i co ma robić, jak się żywić, chociażby, daleko mi jest do prowadzenia bloga life-stylowego, jeśli jednak chcesz, by takie, lub podobne teksty, pojawiały się, od czasu do czasu tutaj, to daj znać w komentarzu. Może któraś z uwag, wymaga doprecyzowania? Albo, chcesz o tym podyskutować? Podzielić się swoim doświadczeniem, zapraszam! 🙂

[382].Rytm, albo jego brak. [Pytanie w piątek]

Pytania, które dzisiaj stawiam, i chciałabym byś był/a przy nich co najmniej przez tydzień [jeśli masz ochotę] są następujące?Czy ktoś/sia z nas lubi się męczyć? Zmęczyć? I czy zmęczenie zmęczeniu równe? Jaka jest jego natura? Czy psychofizyczne? Czy fizycznie, czy tylko psychologicznie? Czy jest ono różne czy równe znużeniu? Czy zmęczenie może być wyznacznikiem, czegoś pozytywnego? A jeśli tak, to czego? Możesz się podzielić refleksją fleksją refleksu, jak zawsze, w komentarzu.

#PytanieWPiątek.

 

[Daniel Waples, źródło nagrania].

[370+2]. Kwestia smaku.(#pytaj_ni[c]k).

Przez jakiś czas myślałam, że tęsknota spogląda w przeszłość, a pragnienie skierowane jest ku przyszłości, dzisiaj wiem, to co intuicyjnie przeczuwałam, że to nie jest kwestia usytuowania wektorów. Dzisiaj wiem, r ó w n i e ż wiem,  jestem głęboko przekonana, że kwestia rozstrzygająca to coś zupełnie innego. Przecież możesz tęsknić za czymś, czego  nigdy nie  miałaś/ miałeś okazji doświadczyć. A możesz pragnąć tego co już było Twoim udziałem.

Myślę sobie, że przynajmniej po części utożsamiamy tęsknotę z przeszłością dlatego, że głównie  mylimy o niej w kategoriach zrobienia czegoś po raz ostatni, a więc z czymś przynajmniej raz dokonanym, zamkniętym w tym co było,było więc minęło, jak mawia/ła Poetka, również dlatego, że nie wiemy, w większości przypadków,czy to co robimy, w danym momencie, to natsz nie tylko  raz ostatni, ale na prawdę ostatni, i czas który musi upłynąć zanim określimy coś jako: już na wieczność dokonane, po części w jakiś sposób nas oddala, ale i podkreśla i czas i przedmiot tęsknoty . To ważna, cecha, i jedna, a nie jedyna.

 

Dzisiaj, jest mi blisko do pojmowania tęsknoty i pragnienia w inny sposób. Proszę pomyśl na chwilę o zmyśle smaku. Zastanów się, proszę, czy nie jest tak, że potrawy, które postrzegasz jako wykwintnie Ci smakujące, nie te, które lubisz, ale te, które pamiętasz, że Ci baaardzo smakowały, ich cechą była głębia smaków? Nie tylko to, czy było słone, czy słodkie, a jeśli np było by tylko słodkie to pewnie było by mdłe, a więc musi być przełamane przynajmniej jeszcze jednym kontrastowym smakiem, ale nie tylko nim.  Pewne przenikanie się faktury, konsystencji, tego czego poszukujesz w potrawach (bo na przykład nikt nie przygotowuje tak rosołku jak Mama/Babcia, Dziadek, Tato, czy Wujek Rafał) zapachu i sposobu podania (no i kontekstu, czyli np tego czy byłyśmy/ byliśmy głodni w danym momencie).

Nie musisz, poznać smaku czegoś, za czym tęsknisz.

Drugi przykład: z czego składa się muzyka? Tak lnie po pięciu latach na Akademii Muzycznej, W jaki sposób jest postrzegana, rozumiana, opisywana, czyli z czego się składa. Z dźwięków, ktoś/ia powie. Ok, także, z akordów osadzonych w rytmie, głośności,   także z interwałów (nie chodzi o łacińskie rozumienie tego stwierdzenia: „miejsca pomiędzy szańcami”). Ale o odległość między dwoma dźwiękami, czyli inaczej pisząc z momentów ciszy, czyli pewnego połączenia.

Jeśli masz ochotę, to zadaj sobie dziś pytania:

Za czym tęsknisz[konkretnie]?

Czego pragniesz[konkretnie]?

I jaki jest wspólny mianownik, wspólne mianowniki tego połączenia, czym są owe połączenia[konkretnie]?

Życzę Ci owocnego dnia.

#pytajni[c]k.

[370+1]. Smakować znaczy próbować. I odwrotnie. [#pytaj_ni[c]k].

Środek tygodnia — środa. Urody dnia dodaj. Dobrze, ad rem!

Szczypta statystyki. W ostatnich stu latach, czas życia człowieka uległ wydłużeniu około dwudziestu pięciu lat.Tak przywykliśmy o tym mówić/pisać. Ma to następujące przełożenie.  W ciągu ostatniej dekady życia przyrasta około pięć godzin dziennie, chociaż doba ma dalej dwadzieścia cztery godziny, ale rzadko się mówi/ piszę o tym, że ważna jest jakość tego czasu. Zadaj sobie dzisiaj pytanie, co oznacza dla Ciebie komfort? czy jest to jedynie wygoda? Jeśli tak, albo nie, to jest ok. Na czym ona polega?

  • ______________________
  • ______________________
  • ______________________
  • ______________________
  • ______________________

Czy możesz zrobić dzisiaj jedną, jedyną rzecz inaczej, niż zwykle, nie chodzi o to, by była to nowa rzecz, nowa kwestia, żeby sprawdzić, czy nie będzie lepiej, to znaczy bardziej wspierająco funkcjonować, poszukaj, baw się, próbuj. Ciekawe, że słowo próbuj może znaczyć także smakuj.

Pijesz herbatę/kawę,wodę? Spróbuj w innej kawiarni, albo zrób sam/a w odmienny sposób ją przyrządzić. Wypij ją w inny sposób. Poczuj wszystkimi zmysłami nie tylko na języku, zobacz jaką ma temperaturę, jaką fakturę jeśli chodzi o smak, czy pijasz ją zawsze w tym samym kubku?Idź inną drogą do pracy, aaalbo nie zróbmy to inaczej, albo idź tą samą, ale w ciągu pięciu dni, ale w odmienny sposób, tak jak byś prowadził osobę, której doświadczeniem w życiu jest brak zmysłu wzroku, tak jakbyś oprowadzała cudzoziemkę, cudzoziemca, tak jakbyś miał/a iść tą drogą ostatni raz w życiu, albo jeszcze inaczej,jak? Wymyśl, potrafisz. Idziesz do kuchni teraz żeby przynieść sobie śniadanie? Zobacz jak chodzisz. Poczuj to. Krok za krokiem. Napięcie mięśni, sposób poruszania się w szczegółach, jak oddychasz, jaką przybierasz postawę, którą z nóg masz dominującą, od której zwykle zaczynasz krok, gdzie patrzysz?

 

Jeśli masz ochotę to możesz zadać sobie dzisiaj pytanie(Nie mam na myśli priorytetów i kalendarza): Co jest dla mnie ważne, nie w ogóle, nie w życiu, ale teraz.Nie w tym jednym dniu.Nie, w tej godzinie.  Teraz.

Co znaczy dla Ciebie komfort, z jakimi zachowaniami, Twoimi, innych osób jest związany? Z jak urządzoną przestrzenią (rozumianą sensu largo). Z jakimi przekonaniami? Z jakimi emocjami? Z jakimi odczuciami? Z czym jeszcze? Jak wyraża się komfort? Jeśli chcesz, możesz poeksperymentować. Jeśli chcesz możesz o(d)powiedzieć.

 

 

[Akcyza,ok 1890, Henri Rousseau – The Courtauld Institute and Art Gallery, London,źródło obrazu].

#pytaj_ni[c]k

Dzisiaj życzę Ci  wytchnienia.

Do przeczytania, jutro, w czwartek o godzinie ósmej rano.

[370]. Rodzaj[e] starości.

Dzień dobry, w dobry poniedziałek.

 

[Słoiczek miodu].
Nadgryzłaś, nadgryzłeś już swój po[sz]czątek tygodnia? Drzem dobry? Znaczy, dzień dobry, a nawet najlepszy. Mam dla Ciebie pytanie- prezent, może do porannej kawy, [z]jawy, czy innej jajecznicy. Naprawdę smaczny. Oto ono (no dobrze, będzie więcej niż jedno): Co się w Tobie starzeje? I jak się starzeje, czy murszeje, zastyga się i zwija? Jak jesienny, liść,który usechł, niesiony wiatrem,znika. A może jest (i) tak, że owa starość  jest niczym innym jak wyrazem, a może gram_ gram (do grama) gramatyką mądrości? Wystarczy jedno zdanie? Jak ono smakuje? Co/Kto w Tobie umiera? A może gdzieś zaśniedziałaś, zasiedziałaś (zaśniedziałeś zasiedziałeś) się, gdzie? Konkretnie. A co zyskuje nową formę (jaką?) ? Tą, która wspiera, rozwój, czy tą, która go utrudnia? Chodzi o konkrety, nie mylić z krokietami. Jak tą wiedzę już będziesz miał(a) to zastanów się nad jedną minimalną, małą zmianą,ledwie wzmianką, którą warto wprowadzić do swojego życia. Teraz. Nie wczoraj, nie jutro,nawet nie dzisiaj. Tylko teraz. Może będzie to wstawanie piętnaście minut wcześniej  nie godzinę, ledwie kwadrans każdego dnia, może coś innego, ale konkretnie i konsekwentnie, teraz. Jeśli chcesz się podzielić swoim pomysłem, to zapraszam do skomentowania, jeśli odpowiada Ci konwencja takich wpisów, również daj proszę znać. Podziel się proszę swoim doświadczeniem, będzie mi miło. Zapraszam do rozmowy.

i życzę smacznego dnia! #pytaj_ni[c]k