[272+5]. Przemiany, czyli opowieść o Piotrze Pustelniku.

[Ja, Pustelnik, Autobiografia, wysłuchał Piotr Trybalski, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski, Wydawnictwo Literackie, 2017, źródło fotografii].

Kto choć trochę interesuje się górami, tematami wspinaczkowymi, wie, czego dokonał, a przede wszystkim, kim jest Piotr Pustelnik. Nie chodzi o to, że zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli zdobycie wszystkich ośmiotysięczników. Chociaż oczywiście nie umniejszam tego konania. Chodzi o to kim jest, kim się stał Piotr Pustelnik. O jego model bycia w górach. (I nie chodzi tylko o to, że swój ostatni ośmiotysięcznik zdobył w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat).  To nie arytmetyka,czy kronikarskie obowiązki (po nich tu ani śladu) chociaż tak są daty, wydarzenia, góry, nazwiska, szlaki, to wszystko tu znajdziemy. Zdobył koronę Himalajów i Karakorum jako trzeci Polak po Jerzym Kukuczce, i Krzysztofie Wielickim.

Autor wspomnień powiedział kiedyś, że nie sztuka być dobrym alpinistą, sztuka być starym alpinistą. Wiadomo, nie od dziś, że to wymagający sposób bycia, który nie wybacza błędów. Na tę książkę, czekałam z niecierpliwieniem, i nie zamierzam tego ukrywać. Oto mamy przed sobą nie tylko fascynującą lekturę, wspinacz dołożył starań by żargon, którym się (nie nazbyt często) posługuje był zrozumiały nie tylko dla osób zaznajomionych z wyżej wymienionym tematem. Choć to sprzyja klarowności narracji, nie to jest najważniejsze. Jeśli miałabym określić co jest clou publikacji, to proces. Wewnętrzna przemiana Piotra Pustelnika, i szczera rozmowa z również Piotrem (Trybalskim), który pozostaje jakoby w cieniu, w tle, dopowiada, dopytuje, nie nachalnie, ani nie na kolanach, jest to równorzędna rozmowa dwóch partnerów.Bez krygowania się, z taktem, i o górach, i o życiu w dolinach (także tym prywatnym, lecz bez zbędnego wchodzenia z butami, w najintymniejsze pielesze).

Rzecz inna, że Pustelnik zaczyna swoją przygodę ze wspinaczką, w czasach, które potem, zostaną określone jako złotą erę himalaizmu. Zaczyna się ten czas, a on, chociaż w nie najlepszej kondycji fizycznej, znalazł się we właściwym czasie, we właściwym miejscu, ale to nie wszystko. To, dopiero początek, początek drogi na sam szczyt góry, i to nie jednej. A jeszcze, by sukcesem zakończyć przygodę, trzeba bezpiecznie zejść, w doliny. I tak, dla niezaznajomionych, poznajemy, albo mamy okazję sobie przypomnieć o (nie tylko polskiej) historii himalaizmu, ale i  zrelaksować, ale i zadumać, dowiedzieć się co wspólnego ma z Piotrem Pustelnikiem Amundsen, jak można wspaniale słuchać (przykład Piotra Trybalskiego) i wspaniale opowiadać (Piotr Pustelnik) także, a może przede wszystkim, o rzeczach trudnych,łucie szczęścia, planach, zwieńczonych sukcesem i porażką, o krajobrazach życia, nie tylko z perspektywy szczytu, ani, z perspektywy wielu (szczytów). Porażka i sukces model tej samej monety. Awers i rewers.  zapraszam do lektury. Polecam uwadze. Dobrą rozmowę, o przemianie, pasji, o życiu.

Jedyną rzecz utrudniającą czytanie są podpisy pod zdjęciami, które potem odnajdujemy w tekście ciągłym książki, tak jak to miało miejsce w przypadku autobiograficznej książki o Jerzym Kukuczce. Cóż, taka moda…

 

 

 

 

 

[395+1]. Szybko, chociaż wolno- wolno odwrotnie.

Nie będę pisać,że najczęściej kierunek fusion kojarzy się z kuchnią, a jeśli już z muzyką to bardzo skomplikowaną, której smak dobrze jest znać w towarzystwie, ale najeść się tym nie sposób. I nie chłodzi o to, że najczęściej to kapusta, ziemniaki (nie, nie groch, ten to księżniczkom pod pierzyny, albo o ścianę) no i bombowy schabowy. Ale jeśli chciałbyś/ chciałabyś niezobowiązująco posłuchać jazzu i to z wyraźnie zaznaczoną gitarą (co solo to solo) to rekomenduję na jak najbardziej niedzielne popołudnie i wieczór, album z dziesięcioletnim już stażem.  Yellowjackets  i ich  Lifecycle. Chociaż skład zespołu się zmieniał trwa zmiennie, ale w sposób nieprzerwany od prawie czterech dekad. Zaczynając od R &B przez rock, do jazzu. Mam wrażenie, że dzisiaj, w Polsce, jest to formacja zapomniana, a niesłusznie. I tak uświadczymy tu: na saksofonach Boba Mintzera, na instrumentach klawiszowych Russella Ferrante’a, na basie Jimmy Haslip’a, na perkusji Marcusa Baylora. Dla tych, którzy uważają, że fusion jest jeśli nie niestrawny, to trudny do przyswojenia dla organizmu homo jak najbardziej sapiens. Skosztuj. Zwłaszcza, jeśli nie próbowałeś/ próbowałaś. Przekąska w niedzielne popołudnie.

[Yahoo, Yellowjackets – z albumu pt. Lifecycle, 2008 źródło nagrania].

 

 

[395]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Dziś lekkostrawne i krótko. Pod moje palce trafia pudełko. Okazuje się,że w nim, a jakże!- jest srebrny krążek nie jestem zdziwiona ani trochę gdyż stoję przed regałem z płytami. Ani tym, że materiał na nim (tym krążku oczywiście) jest sprzed lat trzynastu. Nie rozumiem tego pędu by słuchać nowości, nowości, aż tu nagle okazuje się, że to tylko to, czym się otaczamy to jakieś gorące, ba wrzące, które musisz, chcesz, konieczności.

Z drugiej strony, nie myślę, by zanurzanie się w klasyce było jedynym słusznym wyborem. Chcę powiedzieć, że zapominamy o tym co zostało nagrane, zapisane chociażby przed dekadą. Czas płynie wartko.

 

Przedstawiam bez dalszych wstępów i występów. Bohaterkę dzisiejszego artykułu:

Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette i Universal Syncopations. I chociaż album ten nie ma wysokich notacji. To moim zdaniem choćby dla przyjemności, czy zaznajomienia z gatunkiem można niezobowiązująco posłuchać. Nie wiem, czy jest to wystarczająca rekomendacja. Szczerością nie ma się co podpierać, ani pocieszać. Pora jednak się streszczać:

1 Bamboo Forest 4:38
2 Univoyage 10:54
3 Tramp Blues 5:19
4 Faith Run 4:58
5 Sun Flower 7:21
6 Miro Bop 4:03
7 Beethoven 7:19
8 Medium 5:10
9 Brazil Waves 4:26

Każda przygoda, czy to z muzyką, plastyką, akrobatyką, czy czytaniem (ze zrozumieniem) koniecznie musi mieć, nie nie punkt wywrotny, czy zwrotny, ale początek. Nie trzeba płyt ambitnych brać od razu na warsztat, z drugiej strony, dlaczego nie? Chodzi o przyjemność smakowania, a gustu, czy też umiejętności słuchania (w tym przypadku) nabiera się z czasem, wysłuchaną ciszą i wciskanym hałasem. Przeżeglować między dźwiękami dobrymi, między nietrafionymi w kontra i punkt. To truizm. Być mnożę, ale ważny. Przecież dopiero z hektolitrami wysłuchanej muzyki mamy szansę, się dowiedzieć, co jest ozdobnikiem, a co treścią, nie powinno nam to odbierać przyjemności z poszukiwań, a zaChwyt nie musi zawsze trzymać wysokiego C (albo w tym przypadku Z). Nie trzeba wymyślać koła, nawet krążka srebrnego. Oczywiście można się zachwycić wszystkim, albo prawie, gusta są różne, można się bez napinki i spinki nauczyć słuchać muzyki, a jazz nie jest (i nie musi być) skomplikowany, ani zbytnio prosty. Poznawanie czegoś też może być przyjemne. Truizm? Może być.

[Universal Syncopations, Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette,ECM, Oslo, 2003, źródło zdjęcia].
A jakie są Twoje płyty, którymi chciałabyś/ chciałbyś się podzielić? Cieszmy się dźwiękami. Splotami, tropmy radości. I żeby się nauczyć smakowania, poszukiwania i znajdowania.

 

 

 

[391]. Co by powiedział pan Andersen, czyli: ulepimy dziś bałwana?

Chybcikiem, i krótko, spolowato, bo temperatury spadają, a że przymarzają, to ciężko je podnieść.

Doskonale wiem, obraz liczy sobie już prawie pięć zim (bo użycie słowa wiosen, jest hmmm nie na miejscu). Co jak co, ale z kinem nie jestem na bieżąco. A może po prostu jestem wymagająca? Nie wiem. Jakkolwiek, jeśli ktokolwiek nie widział jeszcze Krainy Lodu, to zapraszam. Ciepła opowieść o Krainie Zimy, a przede wszystkim zimna, to opowieść o emocjach, uczuciach, empatii, o odnalezieniu Siebie, o siostrzeństwie nie tyle, albo nie tylko o poszukiwaniu, czy czekaniu na księcia z Tej Samej Bajki.Chociaż wątek ten został ledwie muśnięty.  Tak, tak oczywiście mamy tutaj wszystko, do czego twórcy i twórczynie Disneya nas przyzwycza_ili/iły Książąt na białych koniach (względnie na brązowych reniferach, i jeśli nie z urodzenia to z charakteru, żeby nie było tak słodko są też grubo ciosane maniery). Wyprawę, taką życiową drogę, marzenia niedorzeczne, no bo przecież komu może się śnić wyprawa do ciepłych krajów jeśli jego naturalny klimat to temperatury minusowe? Tylko Bałwanowi, a przepraszam Olafowi, ale to także bałwan. Z krwi i kości, przepraszam, z płatków śniegu, marchewki i gałązek, taki eufeministycznie rzecz ujmując nieposkładany gość, zbytnio nieułożony? A może giętki? O dużym serduchu (to nie wezwanie o pomoc kardiologiczną w skutek przerostu mięśnia sercowego), czasami nadziany (na sopel losu, lodu). Z poczuciem taktu i humoru i nienachalnym optymizmem.

Zapewne, jedno można rzec egzemplarz to nietuzinkowy, tak jak reniferowaty, renifer Sven. To wszystko okraszone piosenkami, które przyznam, nie wypadły, nie przypadły mi do gustu, co innego kreska i motywy skandynawskie, wieść do wieści i mamy opowieść, która nie kończy się (na szczęście) pocałunkiem księcia, ani grymasem księciunia, ale nie oznacza to braku szczęśliwego zakończenia. Szkoda tylko, że dialogi topnieją.

Ostrzegam uprzejmie, ta opowieść ma warstwy, jak cebula, i podobnie po niej można rehabilitować , czy przypomnieć sobie z anatomii gdzie znajduje się gruczoł łzowy, czy woreczek i kanalik też łzowy, a co, oczy też mogą się spocić przez te zawieruchy klimatyczne. Może bajka to dla dorosłych? Przede wszystkim? Ile i jakich cech mamy? Z których sióstr? Jaka jest nasza droga? A może chodzi o zupełnie inne pytania: do czego prowadzi nie wsłuchanie się w (zbytnie) Siebie? Może zbytnio opowieść

przypomina tych, no tych,  Zaplątanych? A góral Kristoff Herkulesa. Niemniej jednak warto obejrzeć. Może być to przyczynek do rozmowy, zadumania się, takiego chociażby przedświątecznego,albo po prostu spędzenia miło grudniowego popołudnia, albo też wrzucenia czegoś konkretnego, nie nie na ruszt, ale pod zielone drzewko. O.

A co by powiedział Pan Andersen na nowe odczytanie baśni o Królowej Śniegu? Albo Ci Panowie Dwaj?

[Kraina Lodu, Disney, 2013, źródło].

A jeśli Widziałaś, Widziałeś, to proszę  podziel się wrażeniami.

 

[376].Gram gramatyki. Pro- (albo) -myk.



Jesteś w ciemnym pokoju. Tak ciemnym, że owa smolistość czerni razi w oczy. Oddychasz. Stoisz. Robisz krok, gołą stopą, czujesz chłód podłogi. Tniesz przestrzeń.Wnikasz w nią. Powoli. Bardzo powoli. I jest Ci przyjemnie.

Albo:

Spacerujesz brzegiem morza. Stajesz. Decydujesz się, wejść do wody. Widzisz jak ona obmywa Twoje stopy. Czujesz wilgoć i kształt, woda go  nie posiada, a fala i kropla jest  nim. Słyszysz morze. Jego zapach i chłodne powietrze, które wciągasz nozdrzami. Czujesz mokry piasek pod palcami. Wchodzisz. Jego drobinki zabierasz na stopach, głębiej. Pamiętasz to uczcie jakie daje opór wody?

Albo:

Jeszcze inaczej.

Album o którym dzisiaj mowa, rozpoczyna się… Ciszą. Medytacyjną, a potem lekko, niczym kręgi na powierzchni wody dźwięk się rozchodzi. Dwie ilustracje powyżej to niby skojarzenia. Dźwięk jest warstwowy o twardej, ale nie surowej fakturze, przynajmniej na początku. Pozwala zogniskować uwagę. Wchodzi spektrum bardzo dobrze dobranych instrumentów. Kwintesencją nie jest orkiestra, a nastrój.   Jeśli Ktoś/ia lubi odnajdzie tu bliźniaczą liczbę Garbarka, skojarzenie z norweskim saksofonistą jest jak najbardziej na miejscu. Jest to album jakby był wyjęty spod ucha Manfreda. Konceptuarium,fuzja, forma i faktura. Co więcej, album się nie zestarzał. Gdy włączysz przycisk play, daj się poprowadzić muzycznym pejzażom nad brzeg ciszy, by unieść się nad horyzontem zdarzeń, nie zderzeń, zapachów, barw, dotyków, ale nie zwierzeń.

 

Cisza.  Po(_)woli wynurzający się głos skrzypiec, delikatny wtór harfy i towarzyszące perkusyjne przeszkadzajki. Eksplozja smyków przejęta  przez czarnego olbrzyma i (wspomniany już) saksofon, i kręgi kolejnych interpertacji. Z każdym przesłuchaniem wchodzisz głębiej. I głębiej. I jest Ci spokojniej. Smak odprężenia i skupionej, a pozornie leniwej,ciekawości unosi się w powietrzu. Wdech. Zapominasz tylko dlatego żeby mieć powód by sobie przypomnieć. Album stanowi całość, tak bardzo, że nawet nie spostrzegasz, kiedy się kończy, co więcej nie widzisz, nie czujesz i nie dotykasz szwów, ani nawet pauz między utworami. (wy)Dźwięk wymyka się wyrazom, słowom, i gramatykom powszechnego znaczenia, znoszenia, czy zmęczenia. Radość dojrzała, dojrzała wielość odcieni nastrój uff. Strój. Stój. Rozciągnij myśli . Myśli Ci się, choć nie myli i nie mydli. Posłuchaj. Usłysz. Poczuj. Zasmakuj. Pobłądź. Pobądź. Żeby pobyć, czasami niegramatycznymi można „trzeba?” pobłądzić? Nawet (a może zwłaszcza) jeśli nie słuchasz zazwyczaj takiej muzyki, albo stronisz od świadomie wydawanych dźwięków. Spróbuj.

Może ktoś/ia powie, że jest to płyta inspirowana niemiecką wytwórnią, tym co się tam zdarza, moje doświadczenie jest takie gdy polecam ten album, gdy się go włączy natychmiast ludzie jej słuchający zapominają o skojarzeniach. Chciałam napisać, że jest to płyta ascetyczna, ale nie. Jest to miejsce, w którym łączą, przenikają się faktury. Miejsce muzyk eksperymentalnej, klasycznej, i jazzu. Jeśli ktoś/ia chce się wyciszyć przy muzyce, jeśli szukasz tego „czegoś”, jeśli chcesz poznać inny smak jazzu, jeśli myślisz, że muzyka jest nudna, i że wszystko już było, zapraszam Cię serdecznie do wysłuchania całości, albumu.

 

Oto trzecie nagranie (chociaż jestem przekonana, że w tym przypadku bardziej wspierające jest zaczynanie smakowania od początku, ale cóż):

 

[Sfera Szeptów, Alchemik, nagranie tytułowe, źródło nagrania]

Album do wielokrotnego słuchania. Może nie na akord (sic!) akordy tu są uważnie dograne dograne i spróbowane. Smacznego.

[(95+12)+1]. Elmo.

O czymś innym. Zmieniła się koncepcja. Teraz antykoncepcja? Jaaaaazu, nie. Znaczy, tak, jak najbardziej. Stałe Bywalczynie, Bywalcy zauważyły/li, że mniej jest muzyki na przykład takiego jaazzu przez wielkie, ogromne dży. Jestem zdania, a będzie to zdanie złożone, w mniej lub bardziej staranny kancik, chociaż nie wyprasowane, że muzyki jak wszystkiego trzeba nauczyć się słuchać, czuć i rozumieć. Zachęcam Cię do przysłuchania i przesłuchania albumu, który ma już swoje dziewięć lat, (Elmo). Dlaczego właśnie ta? Bo jest energetyczna, i na pograniczu gatunków (funku, soulu, jazzu, jazz-rocka, ecperimental) bo jest tu kilka nawiązań np do Johna, co prawda, to prawda John jeszcze raz tego nie zagrał, ale Fin, a i owszem. Dla osób, które lubią wyraźną linię gitary, nut[k]ę zadziornej radości. I szczyptę szerzę mam problem   z tym, które nagranie dać na przynętę, zachętę. Może nie potrzebnie zapytania mnożę, i niech będzie owe tytułowe. (Chociaż otwierające jest bardziej zakręcone), A może na chybił, (może) trafił?

 

[Iiro Rantala Trio Elmo, Rockadillo Records,data wydania 30.04.2008,żródło nagrania].

Dasz się skusić?

 Może ktoś mi powie, albo napisze, że nic nowego, że takie mariaże już były. Były, gdy ktoś/a już słyszała Iira Rantalę (czy solo, czy z zespołem) z pewnością rozpozna jego styl, ale nie wróży to powtarzalności, znużenia, czy znudzenia. Smacznego słuchania

[364].[po]LEMizowanie i LEM(oniada).

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec II, Wołowiec 2017].
Le Mans to miasto nad rzeką Serthe w południowo Zachodniej Francji. Ośrodek Cenomanów, ale o nim pisać nie będę. Lemiesz to składowa pługa. Nie mylić z poleceniem LEM mierz! Nie będzie w tej notce od oddzielaniu ziarn od plew, ani o sprawdzeniu ile Lema w Lemie. Będzie za to o książce. Lem, życie nie z tej Ziemi to biografia pióra Wojciecha Orlińskiego. Książka, z którą mam nie lata marmolada i Lem-on- (ci) i [a] da mam nie lada kłopot.

Z lekturą zaznajamia się szybko. Jedni poczytają to za plus inni  wręcz przeciwnie. Schludnie wydana z ładnym zdjęciem na okładce. A ile treści się w niej zmieści? Czyli, dla kogóż jest ona przeznaczona?

Po pysznej scenie otwierającej, której cytować nie będę, pan Wojciech Orliński zapowiada w prologu: Będę pisał, co mi wiadomo— a nie „jak było”. I owszem mamy tutaj garście szarad, przedstawienie sceny, a potem jej rozszyfrowanie, była li ona? Z jakiej perspektywy? A czy na pewno? Bo taniec Stanisława z datami był dość powszechnie znany (dla entuzjastek i entuzjastów) twórczości pisarza.

Zaznaczyć należy jedno, Autor rzeczonej biogragii pisze z tej właśnie perspektywy [entuzjasty] co rodzi takie a nie inne konsekwencje. I jest to doskonała opowieść odczytywana  której (pod)  mógłby brzmieć”Moje życie z twórczością Stanisława Lema” i nie będzie to stanowiło wady. A i nie znaczy to, że proporcje w jakiś sposób są zachwiane. Stanowi to określenie narracji, snucie historii. Podążanie za opowiadaniem, może stanowić nawet pomoc w zrozumieniu rzeczywistości dawnej, młodszym Czytelnikom i Czytelniczkom.

To, że nie wiemy prawie nic o dzieciństwie pisarza oraz jego młodości (chociaż o tej, już trochę więcej) nie zdumiewa. To, że rodzice są ledwie zarysowani w biograficznej opowieści również, ale że Żonie i Synowi poświęcone jest tak mało miejsca? Więcej znajduje w niej przestrzeni umiłowanie Lema do motoryzacji. Przy czym nie chodzi mi o to, by nagłe wchodzić komuś z butami w życie. Przy zachowaniu proporcyj i dobrego gustu.  O pewnych wątkach dowiedziałabym się znacznie więcej, i nie chłodzi tutaj o relacje rodzinne tak jak ta z synem Tomaszem, chociaż to także, ale np o lekturach Lema, czy jego sposobie prowadzenia rozmów, np tych związanych z medycyną.

Gdybym miała przyrównać lekturę książki do obrazu, to na myś(ni[]ck)l przychodzi mi Georges Seurat  ze swoim Niedzielnym popołudniem na wyspie Grande Jatte. Ze względu na technikę wykonania obu dzieł.

To co wraca również uwagę osoby czytającej to język, którym Lem  i jego korespondenci się posługują. (Takie słowa jak blaga czy są z rzadka dziś w użyciu, a przy tym neologizmy Lemowo Staszkowe, albo odwrotnie* są pięknej urody). Skąd, aż skąd te pieśni Lema o niemożności i zastoju w Pracy Twórczej, w czasie, dodajmy pisania arcydzieł? Przekonanie (a może lepiej napisać przeświadczenie?) to, jak dowiadujemy się z lektury, nigdy Autora nie opuści.

Razi mnie sentymentalizm tej książki, krzepa bohaterów, papierowość bohaterki. Coś mi tam zalatuje Remarkiem z jego Trzech towarzyszy. Jest w tym jakieś gówniarstwo. A mówiąc spokojniej- autorowi nie wolno robić bohaterom przyjemności tylko dlatego, że im sprzyja. Romans w końcu mógł się skończyć jak w powieści, ale warunkiem koniecznym byłaby osobowość tej ukochanej narratora, a w istocie jest ona pustym miejscem.

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec 2017,Stanisław Lem o Powrocie z gwiazd w liście do Beresia, s. 208].

Pytania powyższe pozostają bez odpowiedzi, chociaż omówienie dorobku Lema zajmuje trzon książki, tropienie wątków autobiograficznych, rozszyfrowywanie ich. To doskonała koncepcja, zwłaszcza dla tych osób, które dopiero zamierzają się zapoznać z dorobkiem Autora. Jest to moja pierwsza książka o tej tematyce, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dalszy ciąg (nie matematyczny) wątków lemo-logicznych, a tematy nie rozwinięte w tej pozycji są wcześniej omówione gdzie indziej. Nie ma to być usprawiedliwienie, jeno głośne zastanawianie się nad przyczyną, czy koncepcją, może ktoś  kto czyta/ł biografię zechce o wrażeniach podyskutować ze mną.

Poza tym od śmierci bohatera (tejże książki) minęło już, a w przypadku pisania książek biograficznych ledwie jedenaście lat. Z jednej, można by było napisać z pierwszej, strony tworzenie książki jako pierwszej biografii jak i potem kolejnych (oddalonych w latach, co się rozumie jako konsekwencje) skutkuje takimi a nie innymi konsekwencjami (wszak te będą zawsze). Chociażby to, że żyją Najbliżsi Autora. Korespondencja, z drugiej strony, a więc i kolejnych jestem ciekawa jak na dorobek  autora Solaris będą patrzyły pokolenia dziś wchodzące w życie? Zwłaszcza, że żyją one już z trzecim okiem technologicznym/informatycznym. Tutaj (niezależnie gdzie ono się mieści) zaczyna się oddychać Internetem.

To co zdziwiło mnie, a jest zaledwie wspomniane w książce, to problemy pana Stanisława ze zdrowiem, i chroniczne niedomaganie fizyczne. To, np. że nie słyszał dobrze, kładłam na karb wieku, nie zaś wybuchu w czasie niepokojonym, a w zasadzie dwóch, z których uszedł z życiem. Nie mówiąc (nie pisząc) już o innych dokuczliwościach życia. Nie tylko to mnie dziwi, także sposób wyłuskiwania rzeczywistości, (kraj)obrazy, horyzontów zarówno zderzeń i zdarzeń. Rzeczywistości słowem nie pixelem malowane.

Druga kwestia: jak byłam młodsza (dużo) to łączyłam poczucie Lemowskiego pisania z Mrożkowym poczuciem humoru i rzeczy [oczy]wistości, i choć wiem od dosyć dawna, że Panowie się zaprzyjaźnili (chociaż w tej książce jest to wątek mniej niż poboczny. Może dlatego,że parę lat temu została opublikowana korespondencja obu Gentlemanów. Nie zdążyłam się z jej treścią jednakże zaznajomić gdyż nieopatrznie pożyczyłam książkę na wieczne, jak się okazało, nieoddanie…)

Czy książka pomogła mi w zrozumieniu fenomenu Stanisława Lema? Nie, a to dlatego, że pierwszym ważnym rozmówcą na TE tematy był i mam nadzieje jest i jeszcze będzie i tu zwracam czcionkę w Twoim kierunku, tak Twoim [Xipil]. Mam nadzieję, że podzielisz się (nie że Się sklonujesz,albo spierwiastkujesz, nie mylić z odpierwiastkowaniem, broń Cię Logiko!i wszelkie wielbłądy gram!atyczne) wrażeniami z lektury, bo to, że książkę przeczytasz… To pewne. Na pewno sięgnę jeszcze po lekturę z kręgu tych, napisanych przez Stanisława Lema. Tylko którą?

Zapraszam do dyskusji. I smacznego czytania. Warto.

 

[363]. Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej …”[Czyli tam, gdzie kończą się legendy].

Zabierałam się za ten artykuł jak za jeżozwierza, ten, tego ten z opowiadania jednego, bądź innego stwora potwora (bo nie ma sensu, przecież wszystkie osoby to czytały, zwłaszcza, że serialofilm, zwłaszcza, że gra)… Jest taka grupa tematów, które pojawiły się jako jedne z pierwszych, ale jeszcze nadal są nie napisane, odkładanie, odwlekane oblekane w kurz. No cóż.. Jeśli zatrzymamy się przy dzisiaj opublikowanym, to jest to bez wątpienia (a co tam, i z powątpiewaniem może być) motyw, z którego poruszeniem się nosiłam, ale nosiło mnie też w inne świat(ł)a strony, ale nie idźmy tym tropem. Blask w tunelu może… No właśnie, psyt iskierka zgasła. Ad rem! I nie chodzi o fazy, a przynajmniej fazy snu… A może właśnie to nie jest (z)jawa? Mara, a może strzyże uchem strzyga? Idźmy głębiej, ciemniej, mroczniej, w las, a może właśnie do grodu? [a może og_grodu Bosch się kłania].

Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej (…) Nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. [Opowiadania Wieðźmińskie, Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, Audioteka].

Kto/sia nie słyszała o Białym Wilku? Geraltcie z Rivii. Renegacie, człowieku- mutancie wagabundzie, o tym,   Któremu Przepowiedziano/? Nie jest ważne tak naprawdę, czy zaczęłaś, zacząłeś już zacieśniać więzy z sagą autorstwa Andrzeja Sapkowskiego, czy przeczytałaś/eś opowiadania, czy ta przygoda jeszcze przed Tobą. Zasiądź wygodnie w fotelu z ulubionym (bezalkoholowym) płynem w szklanicy i… Czytaj. Zmroź, zmóż, zmruż uszy! Słuchaj.

 

[Materiały prasowe, nagrywanie książek audio na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego, Krew Elfów źródło].

[Krew Elfów, Saga o Wiedźminie tom III, Andrzej Sapkowski, Fonopolis, 2014r, źródło grafiki].
Na początku była wieść, jedna, druga, trzecia, i kolejna, już bez liczebnika przypisanego doń. Potem saga, właściwa. Pięcioksiąg. Opowiadaniami zajmiemy się przy innej okazji. Właściwy pięcioksiąg otwiera Krew Elfów. Nie będę streszczała historii, po pierwsze: dlatego, że nie lubię takowych „recenzji” tak jak tłumaczenie treści piosenki, a o dziwo jest to praktyka coraz częstsza. Po wtóre: o książkach tych napisano już tyle… A będzie jeszcze więcej, gdy serial wejdzie na ekrany.

Rozważania o toż i samości. I tego co wieczne, przewala się przez przestrzeń i czas, chociaż nadgryzione przez niejeden ząb ludzkie namiętności. A pozory robią to, co mają wpisane w geny, i czynią to najlepiej. Mylą twory i potwory są tam, gdzie się ich nie spodziewasz. Najemny zabójca potworów, ratuje świat, choć tego nie chce, zmacawszy, zmazawszy się z własnym przeznaczeniem, odkrywa ludzką twarz i to jest jeden z filarów pięcioksięgu. Galeria postaci jest pełnokrwista, wielowymiarowa, zanurzona w słowiańskiej mitologii. Dorzuciwszy do tego adaptowanie łacińskich powiedzeń. I stylizowany na dawny, język, który posiada fakturę i smak. Nie zawsze jest pyszny, ale zawsze właściwy. Do tego Autor bawi się wadami, doprawiając humorem i spojrzeniem z dysonansu. Mieszając wszystko w najmniej spodziewanych proporcjach. Można bawić się w odzyskiwanie historii. Czarownica to ta, która wie. W odróżnieniu do niewiasty, która nie wie nic. I do tego jest obca (w domu męża). Stare kobiety, często wygnane były do sieni, gdzie panowało zimno, dlatego od takiego losu broniły się i uciekały do lasu, w którym musiały przeżyć, znały się na ziołach, i ekosystemie, którego były, od tej pory, częścią. Dlatego też stanowiły konkurencję dla ludności miejskiej. Mamy społeczeństwo kastowe, które walczy o wpływy. Dobra, te najbardziej doczesne. Historia ma tu swój dalszy, nie matematyczny ciąg. Chociaż samego Wilka jest tutaj mało, to rozłożenie akcentów na wątek Ciri ma swoje uzasadnienie, chociażby takie, by wprowadzić nowych czytelników i czytelniczki, te, osoby, które nigdy nie zaznajomili się z uniwersum stworzonego Sapkowskiego. I chociaż znajdziemy tu znajome motywy, Dziecko Sierotę, (Dziecko Przeznaczenia), wieszczenie w okresie dorastania, motyw snu, niczym wyjęte z romantyzmu. I takie to łuskanie znaczeń ma do zaoferowania rzeczona proza.

Jeszcze chwila, chociaż Wiedźmińska opowieść ładnie wygląda na półce. Warto zapoznać się z adaptacją dźwiękową. Szczególnie zimą, albo jesienią. Dwanaście godzin uczty, gry aktorskiej, i efektów nie tylko dźwiękowych.

A to dwa cytaty na koniec, a może na początek (przygody) z Ciri i resztą ferajny?

 

  • Tam gdzie dziś piętrzą się góry, będą kiedyś morza tam gdzie dziś zwełnią się morza, będą kiedyś pustynie. A głupota pozostanie głupotą.
  • Błędy też się dla mnie liczą. Nie wykreślam ich ani z życia, ani z pamięci. I nigdy nie winię za nie innych.
  • Z tą wodą to głupota (…) Mycie może choremu tylko zaszkodzić. Zdrowemu zresztą też. Pamiętacie starego Schradera? Żona mu się raz kazała umyć i Schraderowi zmarło się wkrótce po tym.
    —Bo go wściekły piec pokąsał.
    — Jakby się nie umył, toby go pies nie pokąsał.

A jakie są Twoje wrażenia, po lekturze? Co zachęciło Cię do słuchania/ czytania? Jak wspominasz lekturę? Jakie widzisz jej atuty?

 

 

 

[357].Nad Oceanem Spokojnym.



Nie jest to album, którego  się słucha łatwo, uchem nie wprawionym w histerię, histerorię, znaczy hidstorię jazzowe. Nie nawykłym do tego rodzaju narracji. I nie chłodzi wcale i o cal nie chodzi o to, że zachwyca jeśli nie zachwyca.  Słuchanie muzyki, poza oczywistą, a raczej nauszną, czy między-uszną przyjemnością, to także nauka tejże czynności. Materiał zarejestrowany na krążku przyciąga uwagę i jej nie puszcza. I choć dla świeżych adeptek/adeptów jazzu może odbiegać od wyobrażeń muzyki przyjemnej utożsamianej z prostą linią melodyczną i kojącym woalem wokalu, wchłanianym wraz z kawą w jakimś małym, może nadwiślańskim lokalu to…

 

Zaczynamy od peregrynacji w przeszłość,  wraz z hiszpańskimi  najeźdźcami.Nie wiedział żeglarz Vasco Nunez, że na cześć dokonanego odkrycia, ktoś będzie pisał nie tylko pieśni,ale i nuty jazzujące.Chociaż, mógł o tym marzyć, gdy nie dojadał i marzł.  Nie ma tu zbędnych znaków i nawiązań.  Instrument ten, czy ów, perkusesyjne czy śpiewy, nawiązują do przeszłości mieszkanek i mieszkańców Panamy, monolog w dialekcie Guna także nie jest przypadkiem. A i tytuł, chociażby nagrania otwierającego jest znamienny: Ponowne odkrycie Morza Południowego. A to wszystko podane w transfuzji, czy fuzji tradycji nowoczesności i przy doskonałym warsztacie muzyków biorących udział w zamieszaniu. A biorąc pod wgląd ich muzyczne biografie to zaiste fascynujące To album któremu przewodzi Panamczyk na cześć okrągłej rocznicy istnienia państwa, z którego pochodzi. (Wystarczy wspomnieć osoby, z którymi współpracować mu przyszło i od których się uczyć mógł:  Shorter,  DeJohnette, Sandoval Joe Lovano, o  Gillespiem nie wspominając). A może to przede wszystkim jest pewnego rodzaju podsumowanie działalności muzycznej Danilo Péreza? Jakkolwiek jest nie zamierzam się dłużej rozwodzić nad miksturą dźwięków. Można jej smak na języku. Choć opowieść i wieść nie jedna interludium wzięta jest na języki.

[źródło nagrania: Rediscovery of the South Sea, Danilo Perez].

 

Artysta: Danilo Pérez;
Album: Panama 500;
Rok ukazania się albumu : 2014;
Wytwórnia: Mack Avenue Records
Rodzaj muzyki: World Music, Contemporary Jazz,  Fusion
51:58 minut

Utwory:

01. Rediscovery of the South Sea
02. Panama 500
03. Reflections on the South Sea
04. Abita Yala (America)
05. Gratitude
06. The Canal Suite: Land of Hope
07. The Canal Suite: Premonition in Rhythm
08. The Canal Suite: Melting Pot (Chocolito)
09. The Expedition
10. Narration to Reflections on the South Sea
11. Panama Viejo
12. Celebration of Our Land

Muzycy:

Danilo Pérez – piano, cowbell
John Patitucci – electric bass (2); acoustic bass (3, 4, 9)
Ben Street – bass (1, 5, 8, 11)
Brian Blade – drums (2 – 4, 9)
Adam Cruz – drums (1, 5, 8, 11)
Alex Hargreaves – violin (1, 2, 8)
Rogério Boccato – percussion (2, 3, 8)
Milagros Blades – ripcador (1, 7), caja, pujador (7)
Sachi Patitucci – cello (3)
Román Díaz – percussion, chant (1)
Ricaurte Villareal – caja, güiro (1)
José Angel Colman – vocals in guna language (3)
Eulogio Olaideginia Benítez – gala bissu (4), gala ildi (12)
José Antonio Hayans – Gammuburwi (12)

[352].Tête–à-tête.

[Anouar Brahem Trio, Dave Holland, John Surman, album pt:Thimar, 1998, ECM, źródło obrazka].
W dyskusji pod ostatnim wpisem wspominałam, że nie słucham muzyki od dłuższego czasu.

I jest to prawda, co można wywnioskować po zawartości blogu. Niemniej, od przypadku do przepadku sobie myślę, że może warto by było do tradycji pisania o jazzie, zwłaszcza, że wiele osób uważa, że to nic innego jak próba pogłaskania cha!osu. Chciałam się z Tobą podzielić nie nową już bo już dawno pełnoletnią płytą, którą stworzył Tunezyjczyk Anouar Brahem pt:. Thimar, nagraną dla ECMu w 1998 roku. Lutnię/lirę  oud poznała polska publiczność dzięki temu, że Anna Maria Jopek na swoich koncertach i nagraniach zdecydowała się wzbogacić instrumentarium. Kto/sia lubi długie, niespieszne frazy, trzymanie nuty. Możesz zamknąć oczy i po gimnastykować myśli dać się prowadzić dźwiękom i wdziękom i wdziękom rzeczy nie oczywistości. MedytA[tra]kcja. Jedenaście nieprzegadanych utworów, które składają się na spójną opowieść wieść od dźwięku do ciszy i powrotem,  czy to wewnętrzną, jak oddech Świata, czy wewnętrzną niczym podróż, i nie chodzi o jakieś wyblakłe kolory,ale szept tête–à-tête. Oto utwór otwierający płytę”

[w wolnej chwili podrzucę Spotify Anour Brahem Trio, źródło nagrania].

[343]. Droga Matka.


[Droga 66, Dorota Warakomska, 20212, Biblioteka Akustyczna, źródło zdjęcia].
Droga 66 jest okazją do spotkania z ludźmi i historią, tak tą ukrytą w rodzinnych opowieściach, czy szeptach liści i kraj_obrazów, niesionych przez wiatr, tak i tej społecznej napęczniałych od dat, ukrytych w datach, wydarzeniach… Akcja toczy się swoim rytmem, odnieść można wrażenie, że jedzie się drogą, choć jednocześnie niespiesznie, tak, w sam raz, by móc wysłuchać opowieści napotykanych ludzi. Przyznam, że mam problem z tą pozycją, z dwóch powodów. Pierwszy to używanie słowa: Murzyn (o tych kwestiach już pisałam) a druga to kwestia koncepcji.

Książka którą można spokojnie wziąć ją do pociągu (niekoniecznie byle jakiego), tramwaju, czy czytać rozdział po rozdziale w drodze z/do pracy w całkowicie innych okolicznościach przyrody czyta się szybko. To, że lektorką jest Autorka, jest bardzo dużym plusem. Jednak mam wrażenie, że to co dostaje nie jest opowieścią pogłębioną, to tak jak robienie zdjęć polaroidem. Czy jest to wadą? Może być (zwłaszcza gdy nie jest to pierwsza lektura o historii Stanów Zjednoczonych Ameryki). Przecież może być to przyczynek do sięgnięcia po inną książkę, nie tylko podróżniczą. Zastanawiam się, czy nie jest to lektura, która potwierdza nasze wyobrażenia? Portret z lotu ptaka?

Jeśli chcesz sięgnąć po lektury na lato to możesz przeczytać na przykład te. A T y, co aktualnie czytasz/ polecasz?

[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA].

[272+4]. Szczyty i (za)szczyty, czyli o (nie)możliwościach i motywAkcjach.

[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA].
[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA,2016, źródło zdjęcia].

Carsolio: –Kukuczka zamykał się przy obcych. Był naburmuszony. Kolumbijczycy trzymają dwa psy. Jeden czarny z grzywą, która przypomina wielką brodę.

– Wiesz jak nazywa się ten pies?-pyta Kukuczkę jeden z kolumbijskich wspinaczy.

— Nie – odburknął. To jest Messner. Drugi pies ma groźny wyraz pyska, warczy.

Kolumbijczycy: – Czy wiesz jak wołamy na tego?

— Nie -znów mruczy Jurek.- Jak zdobędziesz wszystkie ośmiotysięczniki, nazwiemy go Kukuczka. Carsolio: Wtedy Jurek się uśmiechnął.(…)

Dziwił się,gdy się skarżyli, że nie potrafią czegoś zrobić — Jak to , nie potrafisz [zwracał się do synów-przypis 5000lib] To niemożliwe! -mówił- Przecież to trzeba umieć zrobić, jak się nie umie, to się trzeba nauczyć.

[Cytaty pochodzą z książki: Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA,2016].

Na wstępie zaznaczę, nie zamierzam nawet wspominać o dwóch kwestiach, mianowicie:

Pierwsza:  rozstrzyganie,czy przekonywanie, odpowiadanie na następujące pytanie: czy  najlepszą osobą wspinającą się jest Wanda Rutkiewicz, czy Jerzy Kukuczka.

Druga jest streszczanie publikację co bardzo często jest spotykane na portalach, czy blogach.To nie jest ,pyk i jest bryk! Szeleszczenie, streszczenie lektur nieobowiązkowych. Opowiadanie o książce w ten sposób mnie nie interesuje, i wierzę, że Was również, chyba, że się mylę? Inaczej, po co czytać? Ad rem! I nie chodzi o fazę snu, o tym kiedy indziej. 🙂

Zostałam wychowana w przekonaniu, że nie ocenia się książki po okładce. I nadal się tego trzymam, z drugiej… Strony (Sic!), przekonałam się, że umiejętność zastosowania zasad, które dotyczą składu tekstu jest równie ważna, co treść i  jest r ó w n i e ż jest wyrazem (sic!) szacunku do osoby, która poświęca czas, a nie rzadko i sumę pieniędzy, by nawiązać dialog z tekstem.  Na uwagę zasługuję fakt bardzo estetyczne wydanie książki, jedyną kwestią, która utrudniała czytanie, czy wręcz mnie irytowała  w tym aspekcie jest sposób podpisywania zdjęć, kopiowanie kilku zdań z tekstu. Schludne wydanie, zdjęcia nie pełniły roli wypełniaczy, a to- niestety- coraz częściej się zdarza, a cytaty z dzienników Jerzego są sprawnie wplecione. Sposób prowadzenia narracji jest wartki i spójny, zapomina się o tym, że książkę tworzyło dwóch autorów. To świadczy tylko o tym, że nie widać szwów. Uwagę przykuwa sposób otwarcia opowieści. Zabieg prosty, ale spełniający zadanie, czyli przykuwający uwagę.

 

To kim był, co osiągnął Jerzy Kukuczka wiadomo, teraz, jeśli jest to pierwsza książka dotycząca wspinaczki i środowiska, po którą zamierzasz sięgnąć, możesz się dowiedzieć, jak żył, jak odbierano  jego postępowanie.Przeczytać o dawnych, a może i nieznanych z autopsji, czasach. Nie tylko o wspinaniu się. Autorom udaje się (przynajmniej nadkruszyć klika mitów). Nakreślają szkic Polski. Tak eufemistycznie rzecz ujmując sprzęt, który miały do dyspozycji polskie ekspedycje odbiegał od tego, którym dysponowały te z zachodniej części świata, ale z drugiej strony, o czym warto pamiętać, na  ufundowanie takich wypraw składało się społeczeństwo, od hut, czy kopalń począwszy, po wszelkich innych zakłada pracy, instytutach skończywszy, których to jednak nie będę wymieniać szanując i czas i czcionkę, dysponowali jedzeniem, wszelkimi rarytasami, czy udogodnieniami, mogli podróżować, smakować świat (we wszelkich jego  aspektach).

Nie jest to pierwsza książka dotycząca tej tematyki, brakowało mi rozwinięcia tematu, relacji zawodowych Kukuczka — Rutkiewicz,czy perspektywy Anny Czerwińskiej, a już wypowiedzi Piotra Pustelnika nie uświadczyłam, szkoda. Oczywiście, jestem świadoma tego, że nikt nie może (i nie powinien nawet o tym myśleć) narzucić takiego obowiązku. Jest też trafnie zbudowana proporcja planów góry versus życie prywatne, wypowiedzi żony Cecylii,czy syna jest jak na lekarstwo. Pewnie wiążę się to z chęcią zachowania prywatności. Przecież nie chodzi o to by o wszystkim pisać, tylko dlatego, żeby uwiecznić to w formie piksel_uff albo w druku.

Zastanawiam się, czy portret bohatera był nieco wygładzony, albo nieco z dalszego planu napisany, czy jednak nie?  I szczerze napisawszy, nie mam  gotowej odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony dostrzegam fakt, że autorzy nie przyczynili się do stworzenia laurki, i całe szczęście, z drugiej nachodzi mnie myśl, że za mało dla mnie było planów na których mógłby być rzutowany np charakter Kukuczki, swoistym przykładem będzie tu zestawienie dwóch przeciwieństw osobowościowych głównego bohatera książki i Wojciecha Kurtyki. Oczywiście, można napisać, że w ten sposób można poprowadzić tok myślenia, że Kukuczka wpisany zostaje w  w stereotyp Ślązaka, z drugiej strony, ukazane zostają złożone charaktery ludzkie. I to, że idąc za pasją, mając odpowiednie wsparcie (czego Jerzemu nigdy nie brakowało) można budować swoje życie w taki sposób jak się tego pragnie. Miał świadomość swoich zalet i wad (nieumiejętność posługiwania się językiem obcym, co próbował mozolnie naprawiać przez podjęcie nauki własnej, albo pytanie o znaczenie trudnych, niezrozumiałych dla niego słów tym razem z ojczystej mowy) czy tego jak odbierają go osoby postronne.Nie będę zdradzała wszystkiego by nie odbierać przyjemności z obcowania z tekstem dlatego tak niewiele jest tu szczegółów, czy cytatów.

 

Po tę książkę warto sięgnąć, nawet jeśli tylko po to by odświeżyć sobie wiadomości. A jakie są Twoje refleksje dotyczące lektury? Niewątpliwie, jeśli Ktos/ia szuka książki w sposób mądry i szczery inspirującej, niech sięgnie. Nie trzeba być ideałem, by osiągać szczyty. Ale, niewątpliwie bez efektywnej pracy, odpowiednich perspektyw, spotkań z ludźmi, nie stanie się nic. Przeczytałabym z chęcią refleksje (dotyczące) Piotra Pustelnika i Wojciecha Kurtyki.

Warto wspomnieć,że Dwadzieścia pięć lat temu zginęła Wanda Rutkiewicz. Kanczendzonga (8586 m w wolnym tłumaczeniu na język polski znaczy: Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem. Pierwszego zimowego wejścia na główny szczyt dokonał duet Kukuczka-Wielicki… Historia zatacza koła…(Ale gór nie przekosi, przenosi).

Wpisy, które mogą Cię zainteresować to:

[272]:Jeszcze jeden krok /”Miejsce kobiet jest na szczycie’/.

[273+(1)].Ryt_[Tu]ały (1).

[271+3] „Szkoda, że zostawiłem raki”.

[GrubSon, Na szczycie, źródło nagrania].