[434]. Oj.

[ Niełatwy dzień.No Easy Day, Kevin Maurer, Mark Owen, Matt Bissonnette Kraków, 2013, Wydawnictwo Literackie, Wydanie: I,tłumaczenie: Łukasz Małecki
 Lektor: Przemysław Bluszcz, źródło fotografii].
„Jedyny łatwy dzień był wczoraj”.

„Wiedziałem, że spokój i czysty umysł to podstawa przy podejmowaniu decyzji”.

„Byle do śniadania, pomyślałem.
Jakbym znowu trafił do Green Teamu. Wiedziałem, że gdy człowiek za bardzo skupia się na zadaniu, zaczyna pękać. Jedyny sposób przetrwania polegał na myśleniu o najbliższym posiłku, więc kilka godzin przed najważniejszą misją w karierze obchodziło mnie tylko śniadanie.

[Niełatwy dzień, Mark Owen, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013].

 

 

Nie lubię takich książek, a  w zasadzie, i  w kwasie, nie czuję chemii do tematów przewodnich takich jak na załączonym obrazku obraz ku źrenicy oka, oka cyklonu, w którym rozgorzała już dawno walka. Walka na śmierć i życie. Dlaczego o niej piszę?

Czytaj Dalej „[434]. Oj.”

[429]. (Wy)łuskane.

(…) pomyślałam wtedy, że w Robercie kryje się jeszcze cały świat,

który muszę poznać.

 

***

Nic nie jest skończone dopóki Ty tego nie zobaczysz— mówił.

***

(…) w tym małym wycinku czasoprzestrzeni porzuciliśmy naszą samotność i razem zastąpiliśmy ją ufnością.

***

(…) —-Szukasz drogi na skróty— powiedziałam.

      —- A dlaczego miałbym wybrać najdłuższą? —odparł.

***

Czy napiszesz naszą historię?” „A chcesz?” „Musisz — odpowiedział. — Nikt inny nie będzie umiał tego zrobić”. „Napiszę”, przyrzekłam, choć wiedziałam, że trudno mi będzie dotrzymać tej obietnicy.

***

Musiałam się poważnie zastanowić nad tym, w jakim kierunku powinnam podążać. Czy robię to, co należy? A może to tylko zwykłe pobłażanie sobie?

***

— Co się z nami stanie? — spytałam.

— Zawsze będziemy — odpowiedział.

***

Każdy kto tu zawija jest kimś, nawet jeśli dla świata jest nikim.

***

Mogliśmy obdarowywać tylko wtedy,

gdy patrzyliśmy z perspektywy tego, kim naprawdę jesteśmy i co mamy.

 

 

 

[Poniedziałkowe dzieci, Just Kinds,
Patti Smith, Czarne, Wolowiec 2012. Wersję audio czyta Danuta Stenka, źródło okładki].
Nie lubię pisać o książkach.

Czytaj Dalej „[429]. (Wy)łuskane.”

[421]…A morze (zupełnie inaczej).

Zmęczenie rozgaszcza się po zmarszczkach tka w tkankach wzór w mięśniach, myślach, gestach, słowach, czcionkach i jedynie oddech spokojny, głęboki i gładki. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. W dekadencjach definicji, melancholiach, rad_oś-ciach! Puzzle. Kontinuum. Pro_

ce

s.

A może cis, może des. Kołyska oddechu. Jego ciepła (u)lotność…

Zależy od nuty, która napiera na od_(ś)cisk. Fala nie jest morzem. Melodia jak(o) cał(ość)…. Wkładam w nią palce tak jak w zapach, obracam, biorę pod język niczym pastylkę. A może zupełnie inaczej. Przypływ, odpływ i na piasku wilgoć. Miejsca i miasta, i las.(ha)las Horyzont i  linia papilarna zamieszkałych zmierzchów i uf ów świt.Zachwytów. Książka meldunkowa zdarzeń i zderzeń. Za i mierzeń mierzwienia.

Cyt.

C

Ci

sza

Fala skondensowane morze. Taniec. Nić. I nic [poza (i krok) poza tym-rytm t(a)m, t(a)m] Całość fragment momentu. I jeszcze tu. I Tam. I jeszcze… W garstce spojrzenia. Lapidarna nieco niezdarnie (na)kreśl(ona) mapa papilarna do_znań i zdań i znań nań gramatyka spojrzenia i wrzenie wejrzeń gram.

 

 

 

(długo,długo nic, czy nić?)

***

[a potem znalazłam to: In the Mood for Love, Shigeru Umebayashi, źródło].

[403]. Bez (roz)błysku, czyli zupka instant.

[Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd
Kaja Nordengen, Guro Nordengen tłumaczenie: Milena Skoczko,Marginesy,2018 r, źródło zdjęcia].
Książki, szczególnie te, których temat to neuronalna, szeroko rozumiana, czy instrukcja obsługi tego co mamy między uszami, to temat samograj, temat modny i cóż, trudno go zepsuć, acz jest to możliwe.

I to śpiewająco, a raczej fałszująco.Ach, te wrzaski mody.

I lektura książki autorstwa Kaii Guro  Nordengenów pt.Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd, jest tego przykładem. Niestety. Najlepsza jest okładka, a że raczej przywykłam przyglądać się temu, co pomiędzy, to cóż, zawiodłam się, a i, że śpiewać i czytać każdy/a może to czy tu, czy tam, czytam sobie, ku nauce i ozdobie. Nie chodzi o to, że w publikacji są poruszone podstawy podstaw, a o to, że skaczemy z tematu na temat, i nie kończymy go, bo o to wiadomo, trudno, ale nawet si nie przyglądamy, wątki postrzępione i pourywane, niedokończone, bez pomysłu, bez rozbiegu, bez rozgrzewki, bez [roz]błysku. Szkoda. Zaskakują mnie wysokie oceny na portalach czytelniczych, i ot(o) ja także dałam się nabić w butelkę, w czcionkę hunbugu. Acz, jeszcze dam się skusić na te, które publikowane są pod szyldem wydawnictwa Marginesy.

Niestety, lektura nie jest deserem dla intelektu, próżno szukać wisienki, albo nawet truskawki na torcie, to zaledwie zupka instant. Może moje zawiedzione nadzieje bolą tym bardziej, dlatego, że oczekiwałam tej lektury, wypatrywałam czcionki, a co. A tu klops, nasz norweski. Chciałabym znaleźć plusy, tego czasu, który spędziłam nad tą właśnie lekturą, ale nie potrafię sobie przypomnieć ani tychże, ani treści. Smutne. Mam pytanie do Was, Drodzy Czytelnicy i Czytelnicy blogu i lektur popularnonaukowych, tych i owych, czy także macie poczucie, że poziom tych pikuje  (zastanawiam się, czy można pikować w górę)? Że od osoby czytającej nie wypada wymagać wysiłku? Wszystko ma być proste, śmieszne i przyjemne, przyziemne? Czy to ja jestem w wielbłądzie, w błędzie znaczy się? A może macie jeszcze inne [u]wagi? A może to my postępujemy zbyt wygodnie?  Zapraszam do dyskusji.

[400]. To co pomiędzy (uszami). Uwaga, nie chodzi o… Nos! :)

[Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje,
Elkhonon Goldberg, Wydawnictwo Naukowe PWN,Warszawa, 2014, źródło grafiki].

Książkę nie czyni to, co prze(d)stawione jest na jej okładce, przynajmniej, nie powinno, sowa (chociażby tu przedstawiona) była utożsamiana przez człowieka jako (nie tylko) ptasia personifikacja mądrości wśród przedstawicieli/ lek skrzydlatego świata. Do czasu gdy się zorientowano, że nie potrafi ona nawet kontrolować własnej toalety, ale, że jej fizjonomia jest jaka jest, duże oczy, pozorujące tzw. mądre spojrzenie, cóż zrobić. Przesądzone. Sowa mądra głowa. A ppsik! A,a , aaa Propos głowy. A raczej tego, co mieści się między uszami (u homo sapiens). W nauce, tak samo jak i  w innych dziedzinach życia nastają mody. Najnowszym (i najdonioślejszym) jej wrzaskiem jest zainteresowanie umysłem. Mózgiem. Tak, tak zdaje się, że  już prawie wszyscy trąbią w jednej orkiestrze, że nie jest tak, że wykorzystujemy zaledwie dziesięć procent jego możliwości, co było by (nader łatwym, pociągającym -może) wytłumaczeniem postępowania tych, czy owych…To już wiemy.  Ad rem! Zwiększone zainteresowanie pociąga za sobą publikowanie nie tylko rzetelnie napisanych książek z danego tematu, i ja mimo tego, że uważam, przy jakiej lekturze przyjdzie mi poświęcić czas, to wpadam jak neuron w kompot, ot już w tym roku dałam się w takowe lekcje pływania…

Tytuł jak i autorkę, jak i wydawnictwo pominę milczeniem (wspomnę tylko, że jest to nowość, raczej nowa ość w szkielecie literatury popularnonaukowej) . I Ty, Droga Czytelniczko i Czytelniku równie drogi, możesz, jeśli oczywiście chcesz, uczynić pauzę teraz. Nie?  Piszę o tym dlatego, żeby nie dać się zwieść, uwieść. Raz na wozie, raz… Gimnastyka nie umyka. Na szczęście to co piszę powyżej nie dotyczy pozycji Jak umysł rośnie w siłę gdy mózg się starzeje.

 

Dlaczego mamy dwie, a nie jedną półkule? Co łączy talent i geniusz? Mózg i język, źródło (niepo)rozumienia? Errare humanum est? Te i inne pytania zadaje autor, i próbuje na nie udzielić odpowiedzi, przytaczając (czasami) jak zmieniały się teorie i hipotezy dotyczące przekonań na temat funkcjonowania mózgu. Obalając mity na jego temat [przynajmniej niektóre] np ten o przekonaniu, że lewa półkula -jeśli już przy niej jesteśmy- odpowiada za procesy językowe, a prawa: wzrokowo- przestrzenną. Nie jest też tak, że u osób praworęcznych dominuje lewa półkula, i odwrotnie. Nie ma też lustrzanego odbicia tychże. Chociaż ten akurat aspekt nie jest zbyt rozwinięty (a może to apetyt?).

 

Pozycja jest modelowym przykładem tego w jaki sposób można z powodzeniem napisać dobrą książkę popularnonaukową. Dobrą, czyli jaką? Mogłabyś, lub Mógłbyś spytać, bo przecież w określeniu „dobra”, ukryta jest ocena, pozytywna, ale nadal ocena. Nie o nią mi jednak chodzi, lecz o to, że przy takiej lekturze się nie nudzę, nie jest ona (zbytnio) uproszczona, więc autor/ka nie ubliża niczyjej inteligencji (a niestety, coraz to częściej spotykam na swojej drodze takowe książki popularnonaukowe) ani zbyt skomplikowana, chociaż na tyle wyważona, żeby z jednej strony podsumować to, co już wiemy na dany temat, z drugiej- dowiedzieć się czegoś nowego.

 

Jeszcze jeden aspekt wymaga podkreślenia Elkhonon Goldberg przykłada wagę by język, którym się posługuje był transparentny, to jest  ważne.  Jeśli miałabyś, miałbyś ochotę na chwilę relaksu z dobrą lekturą, również w postaci książki czytanej, to Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje jest trafnym i trafionym wyborem. Również dlatego, że pozwala na zastanowienie się co dzieje się z narzędziem, którym dysponujemy (między uszami) gdy zarówno my, jak i on się starzeje. To, że ów proces ma nader złą prasę w naszej kulturze, to jasne, i zakrawa raczej na banał, niż na mądrość, życiową, ale co jeśli starość jest też wynalazkiem ewolucji, a nie drogą w jedną stronę, nieuchronnym podążaniem ku śmierci? I to, jak postuluje autor książki, nie takim złym, jak zwykło się sądzić?

To co czyni lekturę przyjemnym to ciekawostki ze świata kultury, sztuki, czasami polityki jednakże wszystkie one nie są dygresjami a wprowadzają w dane zagadnienie.Zastosowana struktura (treści) od ogółu, do szczegółu, także ułatwiała zrozumienie. Oczywiście, trzeba mieć w pamięci, że jest to książka o charakterze bardziej popularno-  niż -naukowym, stąd pewne uproszczenia, o czym także wspomina autor. Jednakże jeśli szukasz przystępnego wprowadzenia w świat mózgu, a jeszcze bardziej jego starzenia (a to temat raczej rzadziej poruszany) to weź dłoń, albo (nomen omen) na uszy tą lekturę.

 

I jeszcze jedno, uczeń Aleksandra Łurji, emigrant, łączy kulturowe doświadczenia wschodu z zachodem, co dzisiaj jest także rzadziej spotykane. Autor udowadnia, że literatura popularna także może być rzetelnie poprowadzoną opowieścią, choć z racji gatunku zrozumiałą, i prostym językiem opowiedzianą, to nie prostacką bez zbędnych uproszczeń.

To co utrudniało skupienie się, to monotonny (dla mnie) zbyt monotonny głos lektora, i przykrótkie pauzy przez niego czynione,  bo książka, wydana jest także w postaci książki mówionej (jak to się drzewiej określało audiobooka). Także wydaje mi się, że basy są podbite za bardzo (ja miałam wyłączone) a mimo to nader słyszalne.

Reasumując, zapraszam do lektury. Na pewno przyjrzę (albo: przysłucham)  się jeszcze (innym) książkom autora, jeśli takowe będą. Ta na pewno może być dobrym wstępem do obsługi tego, co mamy pomiędzy uszami. Elkhonon z jednej strony patrzy na półtora  pofałdowanej materii z lotu ptaka, a z drugiej zadaje trafne pytania, niby mgnienie, które mogą być zaczątkiem całkiem nowej przygody… A może ktoś/ia czytał/a i chce się podzielić refleksami? Zapraszam :).

Jestem ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jaka część wiedzy przedstawionej w  tej książce będzie aktualna za dekadę, albo dwie? Jak sądzisz? A Twoja ulubiona książka popularnonaukowa? [Po]dzielisz się tytułem? Przyjemności (płynącej z) czytania.

[272+5]. Przemiany, czyli opowieść o Piotrze Pustelniku.

[Ja, Pustelnik, Autobiografia, wysłuchał Piotr Trybalski, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski, Wydawnictwo Literackie, 2017, źródło fotografii].

Kto choć trochę interesuje się górami, tematami wspinaczkowymi, wie, czego dokonał, a przede wszystkim, kim jest Piotr Pustelnik. Nie chodzi o to, że zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli zdobycie wszystkich ośmiotysięczników. Chociaż oczywiście nie umniejszam tego konania. Chodzi o to kim jest, kim się stał Piotr Pustelnik. O jego model bycia w górach. (I nie chodzi tylko o to, że swój ostatni ośmiotysięcznik zdobył w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat).  To nie arytmetyka,czy kronikarskie obowiązki (po nich tu ani śladu) chociaż tak są daty, wydarzenia, góry, nazwiska, szlaki, to wszystko tu znajdziemy. Zdobył koronę Himalajów i Karakorum jako trzeci Polak po Jerzym Kukuczce, i Krzysztofie Wielickim.

Autor wspomnień powiedział kiedyś, że nie sztuka być dobrym alpinistą, sztuka być starym alpinistą. Wiadomo, nie od dziś, że to wymagający sposób bycia, który nie wybacza błędów. Na tę książkę, czekałam z niecierpliwieniem, i nie zamierzam tego ukrywać. Oto mamy przed sobą nie tylko fascynującą lekturę, wspinacz dołożył starań by żargon, którym się (nie nazbyt często) posługuje był zrozumiały nie tylko dla osób zaznajomionych z wyżej wymienionym tematem. Choć to sprzyja klarowności narracji, nie to jest najważniejsze. Jeśli miałabym określić co jest clou publikacji, to proces. Wewnętrzna przemiana Piotra Pustelnika, i szczera rozmowa z również Piotrem (Trybalskim), który pozostaje jakoby w cieniu, w tle, dopowiada, dopytuje, nie nachalnie, ani nie na kolanach, jest to równorzędna rozmowa dwóch partnerów.Bez krygowania się, z taktem, i o górach, i o życiu w dolinach (także tym prywatnym, lecz bez zbędnego wchodzenia z butami, w najintymniejsze pielesze).

Rzecz inna, że Pustelnik zaczyna swoją przygodę ze wspinaczką, w czasach, które potem, zostaną określone jako złotą erę himalaizmu. Zaczyna się ten czas, a on, chociaż w nie najlepszej kondycji fizycznej, znalazł się we właściwym czasie, we właściwym miejscu, ale to nie wszystko. To, dopiero początek, początek drogi na sam szczyt góry, i to nie jednej. A jeszcze, by sukcesem zakończyć przygodę, trzeba bezpiecznie zejść, w doliny. I tak, dla niezaznajomionych, poznajemy, albo mamy okazję sobie przypomnieć o (nie tylko polskiej) historii himalaizmu, ale i  zrelaksować, ale i zadumać, dowiedzieć się co wspólnego ma z Piotrem Pustelnikiem Amundsen, jak można wspaniale słuchać (przykład Piotra Trybalskiego) i wspaniale opowiadać (Piotr Pustelnik) także, a może przede wszystkim, o rzeczach trudnych,łucie szczęścia, planach, zwieńczonych sukcesem i porażką, o krajobrazach życia, nie tylko z perspektywy szczytu, ani, z perspektywy wielu (szczytów). Porażka i sukces model tej samej monety. Awers i rewers.  zapraszam do lektury. Polecam uwadze. Dobrą rozmowę, o przemianie, pasji, o życiu.

Jedyną rzecz utrudniającą czytanie są podpisy pod zdjęciami, które potem odnajdujemy w tekście ciągłym książki, tak jak to miało miejsce w przypadku autobiograficznej książki o Jerzym Kukuczce. Cóż, taka moda…

 

 

 

 

 

[395+1]. Szybko, chociaż wolno- wolno odwrotnie.

Nie będę pisać,że najczęściej kierunek fusion kojarzy się z kuchnią, a jeśli już z muzyką to bardzo skomplikowaną, której smak dobrze jest znać w towarzystwie, ale najeść się tym nie sposób. I nie chłodzi o to, że najczęściej to kapusta, ziemniaki (nie, nie groch, ten to księżniczkom pod pierzyny, albo o ścianę) no i bombowy schabowy. Ale jeśli chciałbyś/ chciałabyś niezobowiązująco posłuchać jazzu i to z wyraźnie zaznaczoną gitarą (co solo to solo) to rekomenduję na jak najbardziej niedzielne popołudnie i wieczór, album z dziesięcioletnim już stażem.  Yellowjackets  i ich  Lifecycle. Chociaż skład zespołu się zmieniał trwa zmiennie, ale w sposób nieprzerwany od prawie czterech dekad. Zaczynając od R &B przez rock, do jazzu. Mam wrażenie, że dzisiaj, w Polsce, jest to formacja zapomniana, a niesłusznie. I tak uświadczymy tu: na saksofonach Boba Mintzera, na instrumentach klawiszowych Russella Ferrante’a, na basie Jimmy Haslip’a, na perkusji Marcusa Baylora. Dla tych, którzy uważają, że fusion jest jeśli nie niestrawny, to trudny do przyswojenia dla organizmu homo jak najbardziej sapiens. Skosztuj. Zwłaszcza, jeśli nie próbowałeś/ próbowałaś. Przekąska w niedzielne popołudnie.

[Yahoo, Yellowjackets – z albumu pt. Lifecycle, 2008 źródło nagrania].

 

 

[395]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Dziś lekkostrawne i krótko. Pod moje palce trafia pudełko. Okazuje się,że w nim, a jakże!- jest srebrny krążek nie jestem zdziwiona ani trochę gdyż stoję przed regałem z płytami. Ani tym, że materiał na nim (tym krążku oczywiście) jest sprzed lat trzynastu. Nie rozumiem tego pędu by słuchać nowości, nowości, aż tu nagle okazuje się, że to tylko to, czym się otaczamy to jakieś gorące, ba wrzące, które musisz, chcesz, konieczności.

Z drugiej strony, nie myślę, by zanurzanie się w klasyce było jedynym słusznym wyborem. Chcę powiedzieć, że zapominamy o tym co zostało nagrane, zapisane chociażby przed dekadą. Czas płynie wartko.

 

Przedstawiam bez dalszych wstępów i występów. Bohaterkę dzisiejszego artykułu:

Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette i Universal Syncopations. I chociaż album ten nie ma wysokich notacji. To moim zdaniem choćby dla przyjemności, czy zaznajomienia z gatunkiem można niezobowiązująco posłuchać. Nie wiem, czy jest to wystarczająca rekomendacja. Szczerością nie ma się co podpierać, ani pocieszać. Pora jednak się streszczać:

1 Bamboo Forest 4:38
2 Univoyage 10:54
3 Tramp Blues 5:19
4 Faith Run 4:58
5 Sun Flower 7:21
6 Miro Bop 4:03
7 Beethoven 7:19
8 Medium 5:10
9 Brazil Waves 4:26

Każda przygoda, czy to z muzyką, plastyką, akrobatyką, czy czytaniem (ze zrozumieniem) koniecznie musi mieć, nie nie punkt wywrotny, czy zwrotny, ale początek. Nie trzeba płyt ambitnych brać od razu na warsztat, z drugiej strony, dlaczego nie? Chodzi o przyjemność smakowania, a gustu, czy też umiejętności słuchania (w tym przypadku) nabiera się z czasem, wysłuchaną ciszą i wciskanym hałasem. Przeżeglować między dźwiękami dobrymi, między nietrafionymi w kontra i punkt. To truizm. Być mnożę, ale ważny. Przecież dopiero z hektolitrami wysłuchanej muzyki mamy szansę, się dowiedzieć, co jest ozdobnikiem, a co treścią, nie powinno nam to odbierać przyjemności z poszukiwań, a zaChwyt nie musi zawsze trzymać wysokiego C (albo w tym przypadku Z). Nie trzeba wymyślać koła, nawet krążka srebrnego. Oczywiście można się zachwycić wszystkim, albo prawie, gusta są różne, można się bez napinki i spinki nauczyć słuchać muzyki, a jazz nie jest (i nie musi być) skomplikowany, ani zbytnio prosty. Poznawanie czegoś też może być przyjemne. Truizm? Może być.

[Universal Syncopations, Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette,ECM, Oslo, 2003, źródło zdjęcia].
A jakie są Twoje płyty, którymi chciałabyś/ chciałbyś się podzielić? Cieszmy się dźwiękami. Splotami, tropmy radości. I żeby się nauczyć smakowania, poszukiwania i znajdowania.

 

 

 

[391]. Co by powiedział pan Andersen, czyli: ulepimy dziś bałwana?

Chybcikiem, i krótko, spolowato, bo temperatury spadają, a że przymarzają, to ciężko je podnieść.

Doskonale wiem, obraz liczy sobie już prawie pięć zim (bo użycie słowa wiosen, jest hmmm nie na miejscu). Co jak co, ale z kinem nie jestem na bieżąco. A może po prostu jestem wymagająca? Nie wiem. Jakkolwiek, jeśli ktokolwiek nie widział jeszcze Krainy Lodu, to zapraszam. Ciepła opowieść o Krainie Zimy, a przede wszystkim zimna, to opowieść o emocjach, uczuciach, empatii, o odnalezieniu Siebie, o siostrzeństwie nie tyle, albo nie tylko o poszukiwaniu, czy czekaniu na księcia z Tej Samej Bajki.Chociaż wątek ten został ledwie muśnięty.  Tak, tak oczywiście mamy tutaj wszystko, do czego twórcy i twórczynie Disneya nas przyzwycza_ili/iły Książąt na białych koniach (względnie na brązowych reniferach, i jeśli nie z urodzenia to z charakteru, żeby nie było tak słodko są też grubo ciosane maniery). Wyprawę, taką życiową drogę, marzenia niedorzeczne, no bo przecież komu może się śnić wyprawa do ciepłych krajów jeśli jego naturalny klimat to temperatury minusowe? Tylko Bałwanowi, a przepraszam Olafowi, ale to także bałwan. Z krwi i kości, przepraszam, z płatków śniegu, marchewki i gałązek, taki eufeministycznie rzecz ujmując nieposkładany gość, zbytnio nieułożony? A może giętki? O dużym serduchu (to nie wezwanie o pomoc kardiologiczną w skutek przerostu mięśnia sercowego), czasami nadziany (na sopel losu, lodu). Z poczuciem taktu i humoru i nienachalnym optymizmem.

Zapewne, jedno można rzec egzemplarz to nietuzinkowy, tak jak reniferowaty, renifer Sven. To wszystko okraszone piosenkami, które przyznam, nie wypadły, nie przypadły mi do gustu, co innego kreska i motywy skandynawskie, wieść do wieści i mamy opowieść, która nie kończy się (na szczęście) pocałunkiem księcia, ani grymasem księciunia, ale nie oznacza to braku szczęśliwego zakończenia. Szkoda tylko, że dialogi topnieją.

Ostrzegam uprzejmie, ta opowieść ma warstwy, jak cebula, i podobnie po niej można rehabilitować , czy przypomnieć sobie z anatomii gdzie znajduje się gruczoł łzowy, czy woreczek i kanalik też łzowy, a co, oczy też mogą się spocić przez te zawieruchy klimatyczne. Może bajka to dla dorosłych? Przede wszystkim? Ile i jakich cech mamy? Z których sióstr? Jaka jest nasza droga? A może chodzi o zupełnie inne pytania: do czego prowadzi nie wsłuchanie się w (zbytnie) Siebie? Może zbytnio opowieść

przypomina tych, no tych,  Zaplątanych? A góral Kristoff Herkulesa. Niemniej jednak warto obejrzeć. Może być to przyczynek do rozmowy, zadumania się, takiego chociażby przedświątecznego,albo po prostu spędzenia miło grudniowego popołudnia, albo też wrzucenia czegoś konkretnego, nie nie na ruszt, ale pod zielone drzewko. O.

A co by powiedział Pan Andersen na nowe odczytanie baśni o Królowej Śniegu? Albo Ci Panowie Dwaj?

[Kraina Lodu, Disney, 2013, źródło].

A jeśli Widziałaś, Widziałeś, to proszę  podziel się wrażeniami.

 

[376].Gram gramatyki. Pro- (albo) -myk.



Jesteś w ciemnym pokoju. Tak ciemnym, że owa smolistość czerni razi w oczy. Oddychasz. Stoisz. Robisz krok, gołą stopą, czujesz chłód podłogi. Tniesz przestrzeń.Wnikasz w nią. Powoli. Bardzo powoli. I jest Ci przyjemnie.

Albo:

Spacerujesz brzegiem morza. Stajesz. Decydujesz się, wejść do wody. Widzisz jak ona obmywa Twoje stopy. Czujesz wilgoć i kształt, woda go  nie posiada, a fala i kropla jest  nim. Słyszysz morze. Jego zapach i chłodne powietrze, które wciągasz nozdrzami. Czujesz mokry piasek pod palcami. Wchodzisz. Jego drobinki zabierasz na stopach, głębiej. Pamiętasz to uczcie jakie daje opór wody?

Albo:

Jeszcze inaczej.

Album o którym dzisiaj mowa, rozpoczyna się… Ciszą. Medytacyjną, a potem lekko, niczym kręgi na powierzchni wody dźwięk się rozchodzi. Dwie ilustracje powyżej to niby skojarzenia. Dźwięk jest warstwowy o twardej, ale nie surowej fakturze, przynajmniej na początku. Pozwala zogniskować uwagę. Wchodzi spektrum bardzo dobrze dobranych instrumentów. Kwintesencją nie jest orkiestra, a nastrój.   Jeśli Ktoś/ia lubi odnajdzie tu bliźniaczą liczbę Garbarka, skojarzenie z norweskim saksofonistą jest jak najbardziej na miejscu. Jest to album jakby był wyjęty spod ucha Manfreda. Konceptuarium,fuzja, forma i faktura. Co więcej, album się nie zestarzał. Gdy włączysz przycisk play, daj się poprowadzić muzycznym pejzażom nad brzeg ciszy, by unieść się nad horyzontem zdarzeń, nie zderzeń, zapachów, barw, dotyków, ale nie zwierzeń.

 

Cisza.  Po(_)woli wynurzający się głos skrzypiec, delikatny wtór harfy i towarzyszące perkusyjne przeszkadzajki. Eksplozja smyków przejęta  przez czarnego olbrzyma i (wspomniany już) saksofon, i kręgi kolejnych interpertacji. Z każdym przesłuchaniem wchodzisz głębiej. I głębiej. I jest Ci spokojniej. Smak odprężenia i skupionej, a pozornie leniwej,ciekawości unosi się w powietrzu. Wdech. Zapominasz tylko dlatego żeby mieć powód by sobie przypomnieć. Album stanowi całość, tak bardzo, że nawet nie spostrzegasz, kiedy się kończy, co więcej nie widzisz, nie czujesz i nie dotykasz szwów, ani nawet pauz między utworami. (wy)Dźwięk wymyka się wyrazom, słowom, i gramatykom powszechnego znaczenia, znoszenia, czy zmęczenia. Radość dojrzała, dojrzała wielość odcieni nastrój uff. Strój. Stój. Rozciągnij myśli . Myśli Ci się, choć nie myli i nie mydli. Posłuchaj. Usłysz. Poczuj. Zasmakuj. Pobłądź. Pobądź. Żeby pobyć, czasami niegramatycznymi można „trzeba?” pobłądzić? Nawet (a może zwłaszcza) jeśli nie słuchasz zazwyczaj takiej muzyki, albo stronisz od świadomie wydawanych dźwięków. Spróbuj.

Może ktoś/ia powie, że jest to płyta inspirowana niemiecką wytwórnią, tym co się tam zdarza, moje doświadczenie jest takie gdy polecam ten album, gdy się go włączy natychmiast ludzie jej słuchający zapominają o skojarzeniach. Chciałam napisać, że jest to płyta ascetyczna, ale nie. Jest to miejsce, w którym łączą, przenikają się faktury. Miejsce muzyk eksperymentalnej, klasycznej, i jazzu. Jeśli ktoś/ia chce się wyciszyć przy muzyce, jeśli szukasz tego „czegoś”, jeśli chcesz poznać inny smak jazzu, jeśli myślisz, że muzyka jest nudna, i że wszystko już było, zapraszam Cię serdecznie do wysłuchania całości, albumu.

 

Oto trzecie nagranie (chociaż jestem przekonana, że w tym przypadku bardziej wspierające jest zaczynanie smakowania od początku, ale cóż):

 

[Sfera Szeptów, Alchemik, nagranie tytułowe, źródło nagrania]

Album do wielokrotnego słuchania. Może nie na akord (sic!) akordy tu są uważnie dograne dograne i spróbowane. Smacznego.

[(95+12)+1]. Elmo.

O czymś innym. Zmieniła się koncepcja. Teraz antykoncepcja? Jaaaaazu, nie. Znaczy, tak, jak najbardziej. Stałe Bywalczynie, Bywalcy zauważyły/li, że mniej jest muzyki na przykład takiego jaazzu przez wielkie, ogromne dży. Jestem zdania, a będzie to zdanie złożone, w mniej lub bardziej staranny kancik, chociaż nie wyprasowane, że muzyki jak wszystkiego trzeba nauczyć się słuchać, czuć i rozumieć. Zachęcam Cię do przysłuchania i przesłuchania albumu, który ma już swoje dziewięć lat, (Elmo). Dlaczego właśnie ta? Bo jest energetyczna, i na pograniczu gatunków (funku, soulu, jazzu, jazz-rocka, ecperimental) bo jest tu kilka nawiązań np do Johna, co prawda, to prawda John jeszcze raz tego nie zagrał, ale Fin, a i owszem. Dla osób, które lubią wyraźną linię gitary, nut[k]ę zadziornej radości. I szczyptę szerzę mam problem   z tym, które nagranie dać na przynętę, zachętę. Może nie potrzebnie zapytania mnożę, i niech będzie owe tytułowe. (Chociaż otwierające jest bardziej zakręcone), A może na chybił, (może) trafił?

 

[Iiro Rantala Trio Elmo, Rockadillo Records,data wydania 30.04.2008,żródło nagrania].

Dasz się skusić?

 Może ktoś mi powie, albo napisze, że nic nowego, że takie mariaże już były. Były, gdy ktoś/a już słyszała Iira Rantalę (czy solo, czy z zespołem) z pewnością rozpozna jego styl, ale nie wróży to powtarzalności, znużenia, czy znudzenia. Smacznego słuchania

[364].[po]LEMizowanie i LEM(oniada).

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec II, Wołowiec 2017].
Le Mans to miasto nad rzeką Serthe w południowo Zachodniej Francji. Ośrodek Cenomanów, ale o nim pisać nie będę. Lemiesz to składowa pługa. Nie mylić z poleceniem LEM mierz! Nie będzie w tej notce od oddzielaniu ziarn od plew, ani o sprawdzeniu ile Lema w Lemie. Będzie za to o książce. Lem, życie nie z tej Ziemi to biografia pióra Wojciecha Orlińskiego. Książka, z którą mam nie lata marmolada i Lem-on- (ci) i [a] da mam nie lada kłopot.

Z lekturą zaznajamia się szybko. Jedni poczytają to za plus inni  wręcz przeciwnie. Schludnie wydana z ładnym zdjęciem na okładce. A ile treści się w niej zmieści? Czyli, dla kogóż jest ona przeznaczona?

Po pysznej scenie otwierającej, której cytować nie będę, pan Wojciech Orliński zapowiada w prologu: Będę pisał, co mi wiadomo— a nie „jak było”. I owszem mamy tutaj garście szarad, przedstawienie sceny, a potem jej rozszyfrowanie, była li ona? Z jakiej perspektywy? A czy na pewno? Bo taniec Stanisława z datami był dość powszechnie znany (dla entuzjastek i entuzjastów) twórczości pisarza.

Zaznaczyć należy jedno, Autor rzeczonej biogragii pisze z tej właśnie perspektywy [entuzjasty] co rodzi takie a nie inne konsekwencje. I jest to doskonała opowieść odczytywana  której (pod)  mógłby brzmieć”Moje życie z twórczością Stanisława Lema” i nie będzie to stanowiło wady. A i nie znaczy to, że proporcje w jakiś sposób są zachwiane. Stanowi to określenie narracji, snucie historii. Podążanie za opowiadaniem, może stanowić nawet pomoc w zrozumieniu rzeczywistości dawnej, młodszym Czytelnikom i Czytelniczkom.

To, że nie wiemy prawie nic o dzieciństwie pisarza oraz jego młodości (chociaż o tej, już trochę więcej) nie zdumiewa. To, że rodzice są ledwie zarysowani w biograficznej opowieści również, ale że Żonie i Synowi poświęcone jest tak mało miejsca? Więcej znajduje w niej przestrzeni umiłowanie Lema do motoryzacji. Przy czym nie chodzi mi o to, by nagłe wchodzić komuś z butami w życie. Przy zachowaniu proporcyj i dobrego gustu.  O pewnych wątkach dowiedziałabym się znacznie więcej, i nie chłodzi tutaj o relacje rodzinne tak jak ta z synem Tomaszem, chociaż to także, ale np o lekturach Lema, czy jego sposobie prowadzenia rozmów, np tych związanych z medycyną.

Gdybym miała przyrównać lekturę książki do obrazu, to na myś(ni[]ck)l przychodzi mi Georges Seurat  ze swoim Niedzielnym popołudniem na wyspie Grande Jatte. Ze względu na technikę wykonania obu dzieł.

To co wraca również uwagę osoby czytającej to język, którym Lem  i jego korespondenci się posługują. (Takie słowa jak blaga czy są z rzadka dziś w użyciu, a przy tym neologizmy Lemowo Staszkowe, albo odwrotnie* są pięknej urody). Skąd, aż skąd te pieśni Lema o niemożności i zastoju w Pracy Twórczej, w czasie, dodajmy pisania arcydzieł? Przekonanie (a może lepiej napisać przeświadczenie?) to, jak dowiadujemy się z lektury, nigdy Autora nie opuści.

Razi mnie sentymentalizm tej książki, krzepa bohaterów, papierowość bohaterki. Coś mi tam zalatuje Remarkiem z jego Trzech towarzyszy. Jest w tym jakieś gówniarstwo. A mówiąc spokojniej- autorowi nie wolno robić bohaterom przyjemności tylko dlatego, że im sprzyja. Romans w końcu mógł się skończyć jak w powieści, ale warunkiem koniecznym byłaby osobowość tej ukochanej narratora, a w istocie jest ona pustym miejscem.

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec 2017,Stanisław Lem o Powrocie z gwiazd w liście do Beresia, s. 208].

Pytania powyższe pozostają bez odpowiedzi, chociaż omówienie dorobku Lema zajmuje trzon książki, tropienie wątków autobiograficznych, rozszyfrowywanie ich. To doskonała koncepcja, zwłaszcza dla tych osób, które dopiero zamierzają się zapoznać z dorobkiem Autora. Jest to moja pierwsza książka o tej tematyce, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dalszy ciąg (nie matematyczny) wątków lemo-logicznych, a tematy nie rozwinięte w tej pozycji są wcześniej omówione gdzie indziej. Nie ma to być usprawiedliwienie, jeno głośne zastanawianie się nad przyczyną, czy koncepcją, może ktoś  kto czyta/ł biografię zechce o wrażeniach podyskutować ze mną.

Poza tym od śmierci bohatera (tejże książki) minęło już, a w przypadku pisania książek biograficznych ledwie jedenaście lat. Z jednej, można by było napisać z pierwszej, strony tworzenie książki jako pierwszej biografii jak i potem kolejnych (oddalonych w latach, co się rozumie jako konsekwencje) skutkuje takimi a nie innymi konsekwencjami (wszak te będą zawsze). Chociażby to, że żyją Najbliżsi Autora. Korespondencja, z drugiej strony, a więc i kolejnych jestem ciekawa jak na dorobek  autora Solaris będą patrzyły pokolenia dziś wchodzące w życie? Zwłaszcza, że żyją one już z trzecim okiem technologicznym/informatycznym. Tutaj (niezależnie gdzie ono się mieści) zaczyna się oddychać Internetem.

To co zdziwiło mnie, a jest zaledwie wspomniane w książce, to problemy pana Stanisława ze zdrowiem, i chroniczne niedomaganie fizyczne. To, np. że nie słyszał dobrze, kładłam na karb wieku, nie zaś wybuchu w czasie niepokojonym, a w zasadzie dwóch, z których uszedł z życiem. Nie mówiąc (nie pisząc) już o innych dokuczliwościach życia. Nie tylko to mnie dziwi, także sposób wyłuskiwania rzeczywistości, (kraj)obrazy, horyzontów zarówno zderzeń i zdarzeń. Rzeczywistości słowem nie pixelem malowane.

Druga kwestia: jak byłam młodsza (dużo) to łączyłam poczucie Lemowskiego pisania z Mrożkowym poczuciem humoru i rzeczy [oczy]wistości, i choć wiem od dosyć dawna, że Panowie się zaprzyjaźnili (chociaż w tej książce jest to wątek mniej niż poboczny. Może dlatego,że parę lat temu została opublikowana korespondencja obu Gentlemanów. Nie zdążyłam się z jej treścią jednakże zaznajomić gdyż nieopatrznie pożyczyłam książkę na wieczne, jak się okazało, nieoddanie…)

Czy książka pomogła mi w zrozumieniu fenomenu Stanisława Lema? Nie, a to dlatego, że pierwszym ważnym rozmówcą na TE tematy był i mam nadzieje jest i jeszcze będzie i tu zwracam czcionkę w Twoim kierunku, tak Twoim [Xipil]. Mam nadzieję, że podzielisz się (nie że Się sklonujesz,albo spierwiastkujesz, nie mylić z odpierwiastkowaniem, broń Cię Logiko!i wszelkie wielbłądy gram!atyczne) wrażeniami z lektury, bo to, że książkę przeczytasz… To pewne. Na pewno sięgnę jeszcze po lekturę z kręgu tych, napisanych przez Stanisława Lema. Tylko którą?

Zapraszam do dyskusji. I smacznego czytania. Warto.