(15/30). Pijąc kawę gdzieś indziej, czyli Zamęt. (#iskierki).

[żarówka ze szklaną bańką, źródło zdjęcia] #BoŚwiatJestCiekawy!
Jeśli piętnasty wpis w serii #iskierki to znaczy, że jesteśmy na półmetku! Jakże się cieszę, że możemy być tu razem.

Dzisiaj zgodnie z zasadą prze(d)stawioną w tej iskierce. Zrobię coś inaczej. Na lekko, zaczynając tydzień. :-).

Primo: Zaprosić do tego, żeby sięgnąć po książkę, ale z tej półki, i o takiej tematyce, po którą zwykle nie sięgasz. Czy to w zakresie tematyki, czy przedstawionych przekonań. A najlepiej i jedno i drugie. A żeby nie być gołosłowną, to sama przeczytałam, a raczej wysłuchałam Zamętu. Słowo o realizacji dźwiękowej, której podjął się zespół lektorów wespół z pracownikami Audioteki (np przejście między efektami dźwiękowymi, a muzyką- nie wspomniawszy o aktorach i aktorkach, realizator(k)ach). To słowem rekomendacji.

Czytaj Dalej „(15/30). Pijąc kawę gdzieś indziej, czyli Zamęt. (#iskierki).”

Reklamy

[470]. Solaris.

Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy. Chcemy znaleźć własny, wyidealizowany obraz; to mają być globy, cywilizacje doskonalsze od naszej, w innych spodziewamy się znowu znaleźć wizerunek naszej prymitywnej przeszłości. Tymczasem po drugiej stronie jest coś, czego nie przyjmujemy, przed czym się bronimy, a przecież nie przywieźliśmy z Ziemi samego tylko destylatu cnót, bohaterskiego posągu Człowieka! Przylecieliśmy tu tacy, jacy jesteśmy naprawdę, a kiedy druga strona ukazuje nam tę prawdę — tę jej część, którą przemilczamy — nie możemy się z tym zgodzić!

[Solaris, Stanisław Lem].

[Solaris, Stanisław Lem, audio książka, źródło fotografii].
Lubię  to, to też lubię.(I jeszcze…)

Ma mniam macać czcionkę uszami, o ile nagranie jest dobrej jakości, najlepiej adaptacja pęczniejąca w dźwięki, arty- k(alk)ulacje, efekty (nie) specjalnie, a proza i cz-nie swojskie. Słowem, adaptacje. Kreacje krążące po orbicie  Dlatego zdecydowałam się na zapoznanie się w tej formie, z dziełem,  t y m dziełem Pana StaniSława.

Czytaj Dalej „[470]. Solaris.”

[463]. Wujek Staszek, ten co na nazwisko miał Lem. Dyktanda czyli… W jaki sposób wujek Staszek wówczas Michasia – dziś Michała – uczył pisać bez błędów.


[Dyktanda czyli… W jaki sposób wujek Staszek wówczas Michasia – dziś Michała – uczył pisać bez błędów, Stanisław Lem, 2014 r, źródło zdjęcia].

Zastanawiam się

Zastanawiam nie zasłaniając, słaniając raczej, składając, słaniając się stojąc na jednej myśli bardziej wyg(ł)odnie  głodnej chłodem  zmierzwioną potem niż, niż tak, to on na drugiej długiej, może chmurnej.

Zastanawiam się, a myśl owa gnie się ginąc do wypłynięcia gotowa, gotować się w dół przez mur z chmur. Dlaczego to nastrój trzeba stroić nie w piórka, lecz szybciej uleczyć piórem, albo innym pixelem, poprawiwszy uprzednio jak makijaż z czczej czcionki gdzie zawijasy i ogonków strąki i zdania zadań ze zdań.

Zastanawiam się nastawiając swoje o!trzymane w standardzie stawy jak to wuj Staszek czytał swoim charakternym charakterystycznym głosem kładąc akcenty w słów odmęty okłady czyniąc z orto grafii i rumianku i  mięty lecząc  może i jęcząc przy tem  Stanisław Lem nieco tępiąc dys orto oto siostrzeńca Michała mierzwiąc humorum nonsensum.

A że opary(nie) do pary osadziwszy się na stronicach przetrwały  zastanawiam się jak to można zeskrobać tyleż okrucieństwa w histerycznych histeoriach geograficzno-orto [nadal] gra i fikuśno- ,skośno graficznych  i dydaktycznych. Tych i owych.

Opary abrurdwalium trzęsą się unosząc znad książki. Tych opowieści trzeszczenia w wymowie nie powstydzili by się bracia, którzy nie napisali ani jednej baśni [więcej tutaj], a przecież delikatni nie byli.

Jeśli wierzyć podaniom, i podanym informacjom, to Pisarz, pan Stanisław wzywał (wówczas) Michasia  codziennie, niezależnie,  czy dzionek był dżdżysty, czy mglisty, czy jednak na wznak przejrzysty, na minut sześćdziesiąt, na godzinę, – do gabinetu, przez miesiąc  i to w czasie wakacjowania się, czyli relaksacji, i to wiemy, w trakcie, których wakacji (dokładnie w podczas tych samych,których płotkarka Teresa Sukniewicz- Kleiber ustanowiła rekord świata w biegu na sto metrów przez płotki z wynikiem 12,8 s) Michaś, zdążył się już stać Michałem zachował wszystkie sześćdziesiąt osiem tekstów, które później wielokrotnie zostały wydane. A no tak, nauka nie pogalopowała w las, a jeśli już, to tylko w ramach rozprostowania o z kreską, i innych kędziorków, czy to należących do ę, czy ą, a wyniki, no tak wyniki były, pozytywne(nie mylić z radioaktywnymi!).


Czytaj Dalej „[463]. Wujek Staszek, ten co na nazwisko miał Lem. Dyktanda czyli… W jaki sposób wujek Staszek wówczas Michasia – dziś Michała – uczył pisać bez błędów.”

[459]. Sekretne życie drzew. Co czują drzewa.Jak komunikują się ze sobą…

 

Pocenie się drzew możecie zresztą pośrednio zaobserwować – i to przy domach.
Rosną tam często dawne żywe choinki, których nikt nie chciał wyrzucić, więc je posadzono i cieszą się jak najlepszym zdrowiem.
Rosną i rosną, a w którymś momencie stają się o wiele wyższe, niż oczekiwali właściciele. Przede wszystkim jednak w większości wypadków stoją one za blisko ścian budynków, częściowo sięgają nawet konarami ponad dach. I tam pojawiają się swego rodzaju plamy potu. To, co dla nas, ludzi, jest już wystarczająco nieprzyjemne pod pachami, ma dla domów nie tylko wizualne skutki. Wskutek pocenia się drzew robi się tak wilgotno, że na fasadach i dachówkach osiedlają się glony i mchy. Deszcz gorzej spływa, hamowany przez roślinną okrywę, a obluzowane poduchy mchu zatykają rynnę. W miarę upływu lat tynk się kruszy wskutek wilgoci i trzeba przeprowadzać przedwczesny remont. Właściciele samochodów parkowanych pod drzewami odnoszą natomiast korzyści z tego działania kompensacyjnego. Przy temperaturach zbliżonych do zera ci, którzy parkują swe auta pod gołym niebem, muszą zeskrobywać lód z ich szyb, podczas gdy pojazdy zaparkowane pod koronami drzew często w ogóle nie są oblodzone. Abstrahując od tego, że drzewa mogą mieć negatywny wpływ na elewację budowli, fascynuje mnie, w jakim stopniu świerki i inne gatunki potrafią regulować mikroklimat otoczenia. O ileż większa musi być zatem siła oddziaływania dziewiczego lasu!

 

Co to jest las cmentarny?Czy rzeczywiście istnieje Wood World Web?

Czytaj Dalej „[459]. Sekretne życie drzew. Co czują drzewa.Jak komunikują się ze sobą…”

[452]. Stań. [W]stań posłuchaj jak Tomasz Stańko gra(ł). Przystań. Zmruż uszy. O przyStańkach.(O)Stańce, czyli to co zostało…

każdy moment wyboru jest momentem odwagi. Po takich momentach pojawia się we mnie głębokie zadowolenie.

W końcu wszytko powstało z wielkiego wybuchu. I to jest właśnie rzeczywistość. Od katastrofy do katastrofy. Najważniejsze to nie ulec lękowi i dokonywać wyborów.

[ Koniec rozterek,[w:] „Zwierciadło”,  2008, 8/1942, s. 14].

(O)Stańce, czyli to co zostało…

Właściwie następny artykuł jest zaplanowany na czwartek i tak miało zostać. Tylko, że właśnie teraz, przed chwilą odpaliłam sieć, i nie chodzi mi o powieź, ale o wiecie… I przeczytałam, że Tomasz Stańko nie żyje, pierwsza myśl, jak to to już? Wiem, nosił wiek pogodnie z wyprostowanymi barkami. Ale jak to, już? Jak ktosia polecała mi jeden z Jego albumów, kiedy to zaczynałam słuchać gatunków na dż. Powiedziała z niezbitym przekonaniem, że to muzyka trudna, wymagająca… Wydaje mi się wraz z tym jak wrastam w wiek, że to jedno z ulubionych i hołubionych przekonań przez osoby, które słuchają jazzu (ale niekoniecznie się nim zajmują). Stań. Przystań. Potrzyj uszy i posłuchaj tego co zostawił co stworzył Tomasz Stańko. I jakich wyborów (poza i muzycznych) dokonał. Rysa, czy katastrofa, o której wspomina  a może i blizny, ale i radość życia,radocha refleksja  były dla niego ważne, czyli całość, różne smaki, faktury, kolory! Posłuchać treści opowieści bez słów. Przystańki przy Stańce. Przystań. Przestań narzekać przystań przy Stańce, przy stańce zrób, pozę przyjmij przeżuj prozę proszę. I słuchaj. Przy Stańce przez tańce rytmu i rytmu przejdź mokrą stopą. Dumaj baw się. Próbuj.Płyń.

Czytaj Dalej „[452]. Stań. [W]stań posłuchaj jak Tomasz Stańko gra(ł). Przystań. Zmruż uszy. O przyStańkach.(O)Stańce, czyli to co zostało…”

[434]. Oj.

[ Niełatwy dzień.No Easy Day, Kevin Maurer, Mark Owen, Matt Bissonnette Kraków, 2013, Wydawnictwo Literackie, Wydanie: I,tłumaczenie: Łukasz Małecki
 Lektor: Przemysław Bluszcz, źródło fotografii].
„Jedyny łatwy dzień był wczoraj”.

„Wiedziałem, że spokój i czysty umysł to podstawa przy podejmowaniu decyzji”.

„Byle do śniadania, pomyślałem.
Jakbym znowu trafił do Green Teamu. Wiedziałem, że gdy człowiek za bardzo skupia się na zadaniu, zaczyna pękać. Jedyny sposób przetrwania polegał na myśleniu o najbliższym posiłku, więc kilka godzin przed najważniejszą misją w karierze obchodziło mnie tylko śniadanie.

[Niełatwy dzień, Mark Owen, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013].

 

 

Nie lubię takich książek, a  w zasadzie, i  w kwasie, nie czuję chemii do tematów przewodnich takich jak na załączonym obrazku obraz ku źrenicy oka, oka cyklonu, w którym rozgorzała już dawno walka. Walka na śmierć i życie. Dlaczego o niej piszę?

Czytaj Dalej „[434]. Oj.”

[429]. (Wy)łuskane.

(…) pomyślałam wtedy, że w Robercie kryje się jeszcze cały świat,

który muszę poznać.

 

***

Nic nie jest skończone dopóki Ty tego nie zobaczysz— mówił.

***

(…) w tym małym wycinku czasoprzestrzeni porzuciliśmy naszą samotność i razem zastąpiliśmy ją ufnością.

***

(…) —-Szukasz drogi na skróty— powiedziałam.

      —- A dlaczego miałbym wybrać najdłuższą? —odparł.

***

Czy napiszesz naszą historię?” „A chcesz?” „Musisz — odpowiedział. — Nikt inny nie będzie umiał tego zrobić”. „Napiszę”, przyrzekłam, choć wiedziałam, że trudno mi będzie dotrzymać tej obietnicy.

***

Musiałam się poważnie zastanowić nad tym, w jakim kierunku powinnam podążać. Czy robię to, co należy? A może to tylko zwykłe pobłażanie sobie?

***

— Co się z nami stanie? — spytałam.

— Zawsze będziemy — odpowiedział.

***

Każdy kto tu zawija jest kimś, nawet jeśli dla świata jest nikim.

***

Mogliśmy obdarowywać tylko wtedy,

gdy patrzyliśmy z perspektywy tego, kim naprawdę jesteśmy i co mamy.

 

 

 

[Poniedziałkowe dzieci, Just Kinds,
Patti Smith, Czarne, Wolowiec 2012. Wersję audio czyta Danuta Stenka, źródło okładki].
Nie lubię pisać o książkach.

Czytaj Dalej „[429]. (Wy)łuskane.”

[421]…A morze (zupełnie inaczej).

Zmęczenie rozgaszcza się po zmarszczkach tka w tkankach wzór w mięśniach, myślach, gestach, słowach, czcionkach i jedynie oddech spokojny, głęboki i gładki. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. W dekadencjach definicji, melancholiach, rad_oś-ciach! Puzzle. Kontinuum. Pro_

ce

s.

A może cis, może des. Kołyska oddechu. Jego ciepła (u)lotność…

Zależy od nuty, która napiera na od_(ś)cisk. Fala nie jest morzem. Melodia jak(o) cał(ość)…. Wkładam w nią palce tak jak w zapach, obracam, biorę pod język niczym pastylkę. A może zupełnie inaczej. Przypływ, odpływ i na piasku wilgoć. Miejsca i miasta, i las.(ha)las Horyzont i  linia papilarna zamieszkałych zmierzchów i uf ów świt.Zachwytów. Książka meldunkowa zdarzeń i zderzeń. Za i mierzeń mierzwienia.

Cyt.

C

Ci

sza

Fala skondensowane morze. Taniec. Nić. I nic [poza (i krok) poza tym-rytm t(a)m, t(a)m] Całość fragment momentu. I jeszcze tu. I Tam. I jeszcze… W garstce spojrzenia. Lapidarna nieco niezdarnie (na)kreśl(ona) mapa papilarna do_znań i zdań i znań nań gramatyka spojrzenia i wrzenie wejrzeń gram.

 

 

 

(długo,długo nic, czy nić?)

***

[a potem znalazłam to: In the Mood for Love, Shigeru Umebayashi, źródło].

[403]. Bez (roz)błysku, czyli zupka instant.

[Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd
Kaja Nordengen, Guro Nordengen tłumaczenie: Milena Skoczko,Marginesy,2018 r, źródło zdjęcia].
Książki, szczególnie te, których temat to neuronalna, szeroko rozumiana, czy instrukcja obsługi tego co mamy między uszami, to temat samograj, temat modny i cóż, trudno go zepsuć, acz jest to możliwe.

I to śpiewająco, a raczej fałszująco.Ach, te wrzaski mody.

I lektura książki autorstwa Kaii Guro  Nordengenów pt.Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd, jest tego przykładem. Niestety. Najlepsza jest okładka, a że raczej przywykłam przyglądać się temu, co pomiędzy, to cóż, zawiodłam się, a i, że śpiewać i czytać każdy/a może to czy tu, czy tam, czytam sobie, ku nauce i ozdobie. Nie chodzi o to, że w publikacji są poruszone podstawy podstaw, a o to, że skaczemy z tematu na temat, i nie kończymy go, bo o to wiadomo, trudno, ale nawet si nie przyglądamy, wątki postrzępione i pourywane, niedokończone, bez pomysłu, bez rozbiegu, bez rozgrzewki, bez [roz]błysku. Szkoda. Zaskakują mnie wysokie oceny na portalach czytelniczych, i ot(o) ja także dałam się nabić w butelkę, w czcionkę hunbugu. Acz, jeszcze dam się skusić na te, które publikowane są pod szyldem wydawnictwa Marginesy.

Niestety, lektura nie jest deserem dla intelektu, próżno szukać wisienki, albo nawet truskawki na torcie, to zaledwie zupka instant. Może moje zawiedzione nadzieje bolą tym bardziej, dlatego, że oczekiwałam tej lektury, wypatrywałam czcionki, a co. A tu klops, nasz norweski. Chciałabym znaleźć plusy, tego czasu, który spędziłam nad tą właśnie lekturą, ale nie potrafię sobie przypomnieć ani tychże, ani treści. Smutne. Mam pytanie do Was, Drodzy Czytelnicy i Czytelnicy blogu i lektur popularnonaukowych, tych i owych, czy także macie poczucie, że poziom tych pikuje  (zastanawiam się, czy można pikować w górę)? Że od osoby czytającej nie wypada wymagać wysiłku? Wszystko ma być proste, śmieszne i przyjemne, przyziemne? Czy to ja jestem w wielbłądzie, w błędzie znaczy się? A może macie jeszcze inne [u]wagi? A może to my postępujemy zbyt wygodnie?  Zapraszam do dyskusji.

[400]. To co pomiędzy (uszami). Uwaga, nie chodzi o… Nos! :)

[Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje,
Elkhonon Goldberg, Wydawnictwo Naukowe PWN,Warszawa, 2014, źródło grafiki].

Książkę nie czyni to, co prze(d)stawione jest na jej okładce, przynajmniej, nie powinno, sowa (chociażby tu przedstawiona) była utożsamiana przez człowieka jako (nie tylko) ptasia personifikacja mądrości wśród przedstawicieli/ lek skrzydlatego świata. Do czasu gdy się zorientowano, że nie potrafi ona nawet kontrolować własnej toalety, ale, że jej fizjonomia jest jaka jest, duże oczy, pozorujące tzw. mądre spojrzenie, cóż zrobić. Przesądzone. Sowa mądra głowa. A ppsik! A,a , aaa Propos głowy. A raczej tego, co mieści się między uszami (u homo sapiens). W nauce, tak samo jak i  w innych dziedzinach życia nastają mody. Najnowszym (i najdonioślejszym) jej wrzaskiem jest zainteresowanie umysłem. Mózgiem. Tak, tak zdaje się, że  już prawie wszyscy trąbią w jednej orkiestrze, że nie jest tak, że wykorzystujemy zaledwie dziesięć procent jego możliwości, co było by (nader łatwym, pociągającym -może) wytłumaczeniem postępowania tych, czy owych…To już wiemy.  Ad rem! Zwiększone zainteresowanie pociąga za sobą publikowanie nie tylko rzetelnie napisanych książek z danego tematu, i ja mimo tego, że uważam, przy jakiej lekturze przyjdzie mi poświęcić czas, to wpadam jak neuron w kompot, ot już w tym roku dałam się w takowe lekcje pływania…

Tytuł jak i autorkę, jak i wydawnictwo pominę milczeniem (wspomnę tylko, że jest to nowość, raczej nowa ość w szkielecie literatury popularnonaukowej) . I Ty, Droga Czytelniczko i Czytelniku równie drogi, możesz, jeśli oczywiście chcesz, uczynić pauzę teraz. Nie?  Piszę o tym dlatego, żeby nie dać się zwieść, uwieść. Raz na wozie, raz… Gimnastyka nie umyka. Na szczęście to co piszę powyżej nie dotyczy pozycji Jak umysł rośnie w siłę gdy mózg się starzeje.

 

Dlaczego mamy dwie, a nie jedną półkule? Co łączy talent i geniusz? Mózg i język, źródło (niepo)rozumienia? Errare humanum est? Te i inne pytania zadaje autor, i próbuje na nie udzielić odpowiedzi, przytaczając (czasami) jak zmieniały się teorie i hipotezy dotyczące przekonań na temat funkcjonowania mózgu. Obalając mity na jego temat [przynajmniej niektóre] np ten o przekonaniu, że lewa półkula -jeśli już przy niej jesteśmy- odpowiada za procesy językowe, a prawa: wzrokowo- przestrzenną. Nie jest też tak, że u osób praworęcznych dominuje lewa półkula, i odwrotnie. Nie ma też lustrzanego odbicia tychże. Chociaż ten akurat aspekt nie jest zbyt rozwinięty (a może to apetyt?).

 

Pozycja jest modelowym przykładem tego w jaki sposób można z powodzeniem napisać dobrą książkę popularnonaukową. Dobrą, czyli jaką? Mogłabyś, lub Mógłbyś spytać, bo przecież w określeniu „dobra”, ukryta jest ocena, pozytywna, ale nadal ocena. Nie o nią mi jednak chodzi, lecz o to, że przy takiej lekturze się nie nudzę, nie jest ona (zbytnio) uproszczona, więc autor/ka nie ubliża niczyjej inteligencji (a niestety, coraz to częściej spotykam na swojej drodze takowe książki popularnonaukowe) ani zbyt skomplikowana, chociaż na tyle wyważona, żeby z jednej strony podsumować to, co już wiemy na dany temat, z drugiej- dowiedzieć się czegoś nowego.

 

Jeszcze jeden aspekt wymaga podkreślenia Elkhonon Goldberg przykłada wagę by język, którym się posługuje był transparentny, to jest  ważne.  Jeśli miałabyś, miałbyś ochotę na chwilę relaksu z dobrą lekturą, również w postaci książki czytanej, to Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje jest trafnym i trafionym wyborem. Również dlatego, że pozwala na zastanowienie się co dzieje się z narzędziem, którym dysponujemy (między uszami) gdy zarówno my, jak i on się starzeje. To, że ów proces ma nader złą prasę w naszej kulturze, to jasne, i zakrawa raczej na banał, niż na mądrość, życiową, ale co jeśli starość jest też wynalazkiem ewolucji, a nie drogą w jedną stronę, nieuchronnym podążaniem ku śmierci? I to, jak postuluje autor książki, nie takim złym, jak zwykło się sądzić?

To co czyni lekturę przyjemnym to ciekawostki ze świata kultury, sztuki, czasami polityki jednakże wszystkie one nie są dygresjami a wprowadzają w dane zagadnienie.Zastosowana struktura (treści) od ogółu, do szczegółu, także ułatwiała zrozumienie. Oczywiście, trzeba mieć w pamięci, że jest to książka o charakterze bardziej popularno-  niż -naukowym, stąd pewne uproszczenia, o czym także wspomina autor. Jednakże jeśli szukasz przystępnego wprowadzenia w świat mózgu, a jeszcze bardziej jego starzenia (a to temat raczej rzadziej poruszany) to weź dłoń, albo (nomen omen) na uszy tą lekturę.

 

I jeszcze jedno, uczeń Aleksandra Łurji, emigrant, łączy kulturowe doświadczenia wschodu z zachodem, co dzisiaj jest także rzadziej spotykane. Autor udowadnia, że literatura popularna także może być rzetelnie poprowadzoną opowieścią, choć z racji gatunku zrozumiałą, i prostym językiem opowiedzianą, to nie prostacką bez zbędnych uproszczeń.

To co utrudniało skupienie się, to monotonny (dla mnie) zbyt monotonny głos lektora, i przykrótkie pauzy przez niego czynione,  bo książka, wydana jest także w postaci książki mówionej (jak to się drzewiej określało audiobooka). Także wydaje mi się, że basy są podbite za bardzo (ja miałam wyłączone) a mimo to nader słyszalne.

Reasumując, zapraszam do lektury. Na pewno przyjrzę (albo: przysłucham)  się jeszcze (innym) książkom autora, jeśli takowe będą. Ta na pewno może być dobrym wstępem do obsługi tego, co mamy pomiędzy uszami. Elkhonon z jednej strony patrzy na półtora  pofałdowanej materii z lotu ptaka, a z drugiej zadaje trafne pytania, niby mgnienie, które mogą być zaczątkiem całkiem nowej przygody… A może ktoś/ia czytał/a i chce się podzielić refleksami? Zapraszam :).

Jestem ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jaka część wiedzy przedstawionej w  tej książce będzie aktualna za dekadę, albo dwie? Jak sądzisz? A Twoja ulubiona książka popularnonaukowa? [Po]dzielisz się tytułem? Przyjemności (płynącej z) czytania.

[272+5]. Przemiany, czyli opowieść o Piotrze Pustelniku.

[Ja, Pustelnik, Autobiografia, wysłuchał Piotr Trybalski, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski, Wydawnictwo Literackie, 2017, źródło fotografii].

Kto choć trochę interesuje się górami, tematami wspinaczkowymi, wie, czego dokonał, a przede wszystkim, kim jest Piotr Pustelnik. Nie chodzi o to, że zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli zdobycie wszystkich ośmiotysięczników. Chociaż oczywiście nie umniejszam tego konania. Chodzi o to kim jest, kim się stał Piotr Pustelnik. O jego model bycia w górach. (I nie chodzi tylko o to, że swój ostatni ośmiotysięcznik zdobył w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat).  To nie arytmetyka,czy kronikarskie obowiązki (po nich tu ani śladu) chociaż tak są daty, wydarzenia, góry, nazwiska, szlaki, to wszystko tu znajdziemy. Zdobył koronę Himalajów i Karakorum jako trzeci Polak po Jerzym Kukuczce, i Krzysztofie Wielickim.

Autor wspomnień powiedział kiedyś, że nie sztuka być dobrym alpinistą, sztuka być starym alpinistą. Wiadomo, nie od dziś, że to wymagający sposób bycia, który nie wybacza błędów. Na tę książkę, czekałam z niecierpliwieniem, i nie zamierzam tego ukrywać. Oto mamy przed sobą nie tylko fascynującą lekturę, wspinacz dołożył starań by żargon, którym się (nie nazbyt często) posługuje był zrozumiały nie tylko dla osób zaznajomionych z wyżej wymienionym tematem. Choć to sprzyja klarowności narracji, nie to jest najważniejsze. Jeśli miałabym określić co jest clou publikacji, to proces. Wewnętrzna przemiana Piotra Pustelnika, i szczera rozmowa z również Piotrem (Trybalskim), który pozostaje jakoby w cieniu, w tle, dopowiada, dopytuje, nie nachalnie, ani nie na kolanach, jest to równorzędna rozmowa dwóch partnerów.Bez krygowania się, z taktem, i o górach, i o życiu w dolinach (także tym prywatnym, lecz bez zbędnego wchodzenia z butami, w najintymniejsze pielesze).

Rzecz inna, że Pustelnik zaczyna swoją przygodę ze wspinaczką, w czasach, które potem, zostaną określone jako złotą erę himalaizmu. Zaczyna się ten czas, a on, chociaż w nie najlepszej kondycji fizycznej, znalazł się we właściwym czasie, we właściwym miejscu, ale to nie wszystko. To, dopiero początek, początek drogi na sam szczyt góry, i to nie jednej. A jeszcze, by sukcesem zakończyć przygodę, trzeba bezpiecznie zejść, w doliny. I tak, dla niezaznajomionych, poznajemy, albo mamy okazję sobie przypomnieć o (nie tylko polskiej) historii himalaizmu, ale i  zrelaksować, ale i zadumać, dowiedzieć się co wspólnego ma z Piotrem Pustelnikiem Amundsen, jak można wspaniale słuchać (przykład Piotra Trybalskiego) i wspaniale opowiadać (Piotr Pustelnik) także, a może przede wszystkim, o rzeczach trudnych,łucie szczęścia, planach, zwieńczonych sukcesem i porażką, o krajobrazach życia, nie tylko z perspektywy szczytu, ani, z perspektywy wielu (szczytów). Porażka i sukces model tej samej monety. Awers i rewers.  zapraszam do lektury. Polecam uwadze. Dobrą rozmowę, o przemianie, pasji, o życiu.

Jedyną rzecz utrudniającą czytanie są podpisy pod zdjęciami, które potem odnajdujemy w tekście ciągłym książki, tak jak to miało miejsce w przypadku autobiograficznej książki o Jerzym Kukuczce. Cóż, taka moda…

 

 

 

 

 

[395+1]. Szybko, chociaż wolno- wolno odwrotnie.

Nie będę pisać,że najczęściej kierunek fusion kojarzy się z kuchnią, a jeśli już z muzyką to bardzo skomplikowaną, której smak dobrze jest znać w towarzystwie, ale najeść się tym nie sposób. I nie chłodzi o to, że najczęściej to kapusta, ziemniaki (nie, nie groch, ten to księżniczkom pod pierzyny, albo o ścianę) no i bombowy schabowy. Ale jeśli chciałbyś/ chciałabyś niezobowiązująco posłuchać jazzu i to z wyraźnie zaznaczoną gitarą (co solo to solo) to rekomenduję na jak najbardziej niedzielne popołudnie i wieczór, album z dziesięcioletnim już stażem.  Yellowjackets  i ich  Lifecycle. Chociaż skład zespołu się zmieniał trwa zmiennie, ale w sposób nieprzerwany od prawie czterech dekad. Zaczynając od R &B przez rock, do jazzu. Mam wrażenie, że dzisiaj, w Polsce, jest to formacja zapomniana, a niesłusznie. I tak uświadczymy tu: na saksofonach Boba Mintzera, na instrumentach klawiszowych Russella Ferrante’a, na basie Jimmy Haslip’a, na perkusji Marcusa Baylora. Dla tych, którzy uważają, że fusion jest jeśli nie niestrawny, to trudny do przyswojenia dla organizmu homo jak najbardziej sapiens. Skosztuj. Zwłaszcza, jeśli nie próbowałeś/ próbowałaś. Przekąska w niedzielne popołudnie.

[Yahoo, Yellowjackets – z albumu pt. Lifecycle, 2008 źródło nagrania].