[408]. I teraz hurmem, chórem znaczy się:”Koniec z hurtem, czas na detal”. Chili, di…Et,a tkwi w szczególe (i to nie jed(y)nym)..

[Jeden z głodnych kawałków, popkultury Hungry Eyes, wykonanie:Eric Carmen, źródło nagrania].

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia.

[George Bernard Shaw].

No i miało być o powrocie do korzeni, a no będzie i nie roślinniee, nieeee. będzie, będzie wege ta riańsko, czy vegańsko, ale —-nie teraz, nie teraz, ani teraz- zaraz, ani: zaraz-potem. Będzie o tym co obiecywał Churchill, krew, pot i łzy, ale nie tak by się wykrwawiać, ani, by się odwodnić.No nic, będzie to artykuł dla kobiet, także dla mężczyzn, a co, i teraz, prośba,nie- prośba, kwestia do zastanowienia, jeśli znacie kogoś, kto dobrze by było by przeczytał to co jest teraz napisane, to podeślijcie sznurek, jeśli też macie pytania, albo chcecie się dzielić doświadczeniami, czy refleksjami, piszcie śmiało.

Nie tak dawno odbyłam rozmowę, i to nie jedną. Przyszła do mnie Znajoma, i tako rzecze, że chce schudnąć, i tak w ciągu roku zrzuciła nie mało. Zaczęła się ruszać tu i tam, zwłaszcza tam. I jako, że ja bardzo się zmieniam, i to nie chodzi, o to, że mierząc swój obwód pod piersiami ubyło mi piętnaście centymetrów. To część większej i atrakcyjniejszej, i bardziej złożonej całości.  Nie o tym dzisiaj.  Rzecze, że przechodzi teraz, a właściwie zamierza, na bardzo popularną dietę, cud, która propagowana jest bardzo często. Witki mi opadły i to aż do piwnicy (niech będzie, że pod Baranami, to geograficznie, trochę skomplikowane, no ale od czego mamy wyobraźnię? Tę, ważniejszą od wiedzy, jako rzekł Albert, t e n Albert). I nie chodzi o to, że dieta to styl  życia, nie chodzi o life styl, i trenerskie bajdurzenie, tyle, że coraz częściej przekonuje się, że to kwestia nie tyle dokonywania (trudnego) wyboru, ale poruszania się i zdobywania wiedzy, no bo przecież trzydzieści, czy czterdzieści lat temu nie było tyle chemii w jedzeniu, a jedzenie to mały pikuś, Pan Pikuś, chociaż smaczny. Palce lizać, oczy by jadły i takie tam, ale ad rem! i nie chodzi o sen. (Przynajmniej jeszcze nie teraz). No to sprzedaję, ten głodny kawałek, że jeśli chce przejść na dietę, to tylko pod kierunkiem lekarza, po wykonaniu badań podstawowych itd, a i tego medyka (lub medyczkę) trzeba starannie wybrać, na co komentarzem będzie tylko wzruszenie barków. Uff? I komentarz, który myślałam, że zdarza się tylko w filmach, albo: wymyślony na podstawie kolorowych magazynów:

— Ale ja nie mam czasu. Chcę efekty już.

Gdyby mi nie opadły przedramiona wcześniej, zapewne zrobiłyby to teraz, teraz mogłaby siostra grawitAkcja podziałać na piersi. Naprawdę. I co, słyszę, że na szczupłą dziewczynę przyjemnie jest popatrzeć.

I myślę sobie tak, że dieta to teraz pozornie najłatwiejszy sposób (a przynajmniej postrzegany jako taki) na załatwienie sobie wielu innych spraw, np znalezienie męża, albo chociaż chłopaka, atrakcyjniejszego towarzystwa, zyskania odwagi (sic!) od!wagi, jarzycie słowo? Czy nie przywiązanie wagi do innych spraw? PrzyPrawa, życia? W języku angielskim słowo odwaga także ma ciekawy źródłosłów, ale nie o ligwi i stycznych potyczkach tutaj. I pozornie dyscyplinowanie ciała jest najłatwiejszą praktyką i od razu widać efekty… Nie dyskredytuje tego sposobu, jak również mam świadomość, że wpisany jest w czas, w którym żyjemy. Jednak niepokoi mnie fakt, że czasami (sic!), a nawet bardzo często próbujemy, a nawet jesteśmy przekonani i przekonane, o konieczności drastycznych praktyk ciała.

Patrząc przez na fitness club przez pryzmat jego funkcji(…) okazuje się, że jest to także miejsce służące zaspokajaniu pewnej puli społecznych  (a i w tym i jednostkowych) zapotrzebowań, realizacji fasadowości wynikającej z przyjętego stylu życia. Jest zatem również (a może i w szczególności) miejscem, w którym możliwe staje się zadbanie o wygląd ciała, poddanie go biologicznej osnowie, wykonanie różnych zabiegów korygujących, krótko: miejscem w którym realizowana jest jest część szerokiego projektu poprawiania siebie (…)wcielania w życie wskazówek świata mody.

[Ciało w centrum, Dorota Mroczkowska, [w:] Ciało w kulturze i nauce, pod red Beaty Ziółkowskiej, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa, 2009,s.25].

We wspomniane praktyki są wpisane, a dyscyplina (żelazna) i kontrola. Zazwyczaj niewidzialna i nienazwana, a jeśli już to w samych superlatywach, jako cel, do którego powinniśmy, i powinnyśmy dążyć, nieustannie i niezmiennie, a takie niezbaczanie z raz obranej drogi to przymiot charakteru, zaleta. Jeśli jednak wyrazi się sprzeciw wobec takiego wzorca, natychmiast przypisywane są albo: choroba, która nie jest stanem pożądanym (i bardzo często potrzebujemy eksperta zewnętrznego by się pozbyć takiego stanu) albo: nieporadność życiowa, albo: jedno i drugie, jak z biedą. I tu, dotykamy ciekawego aspektu, często praktyki cielesne są zewnętrznym wyrazem przynależności, czy też aspirowania do danej klasy społecznej (trener personalny, czy dieta pudełkowa- kosztują, tu nie wystarczy tylko posługiwać się językiem branżowym) nie, nie jest to praktyka nowa, ale stara jak świat. I przykłady można by było wymieniać, ale to nie jest tekst naukowy. Jednak jeśli ktosię, kogoś ten aspekt interesuje zapraszam do dyskusji, a może jakieś zaobserwowaliście, zaobserwowaliście i chcecie się podzielić spostrzeżeniami?

Nie chodzi o to by być abnegatką, czy abnegatem i mieć w… Lędźwiach to wszystko, o czym piszę, i nie dlatego, że tak się nie da.

  • Co poradziłam Znajomej?
  • Spytałam, czy chcę mojej rady, to ważne, bo cóż, ile słyszymy, rad, i nie chodzi o to, co zrobiła Maria, rad chcianych, o niechcianych, już nie wspomnę.
  • Po pierwsze:
  • Odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie, chcę schudnąć? Jakie sprawy chcę tym załatwić?

I to pokaże kierunek, bo jeśli chcę znaleźć męża, chłopaka, przyjaciela, to może nie tędy droga? Może trzeba wychodzić, więcej rozmawiać, albo mniej rozmawiać, a więcej słuchać? Nie wiem, trudno decydować za kogoś nie znając trybu życia zwyczajów, nawyków, przekonań i tak dalej, i tak dalej, i… Wiadomo.

  • Po drugie:
  • dieta to styl życia,

tak, jasne, tylko należało by, albo inaczej, warto rozróżnić dwie kwestie, intencji, podążania bez refleksji, pomydlenia i pomylenia znaczeń. A druga, do której mnie osobiście bliżej przyjrzenia się swoim zwyczajom. Dieta nie może być sensem życia, i wszystko jej nie może być podporządkowane, no, chyba, że – z tym bardzo ważnym zastrzeżeniem- że czyimś doświadczeniem życiowym, nie jest choroba, np autoimmunologiczna, albo cywilizacyjna, ale i tu zalecana jest ostrożność i wyważenie kwestii, ważne jest, żeby mieć życie,nie, nie pozagrobowe, ale: poza chorobą. Dieta, odczarujmy to słowo- nie chłodzi o poselską:

[Dieta, Kabaret OT.TO, źródło].

 

Śpiewająco o efekcie jo-jo. To chyba nawet Rubensowi się nie śniło. Chociaż może się mu odbiło,chodzi o refluks. Ale miało być o zasadach, a nie o kwasach, ach, zmierzajmy do celu, cel: pal. Znaczy nie pal.

Przyjrzyj się swoim posiłkom, i nie chodzi o to, żeby roić, robić zdjęcia posiłkom,albo zobaczyć je jak(o) wypisz, a raczej wymaluj na obrazach, o tym jeszcze będzie-  i tym innym wysiłkom, om, om (przepraszam, za czka, czka, w czkaw, czawkę czcionki, połykam z głodu ogonki) przyjrzyj się wszystkim, nawykom, najlepiej jakby to zapisywać przez tydzień. No, ale praktycznie nikt tego nie zrobi, więc może chociaż przez trzy dni?

Co Ci to da, obiektywny obraz, co jesz, ale także kiedy, np kiedy sięgasz po przekąski, czy one są zdrowe? W jakich miejscach, w jakim towarzystwie i jakie emocje temu towarzyszą. Może jadłabyś więcej zdrowych przekąsideł jeśli byłby pod ręką, może jesz je o stałych porach, no dobra por, to też warzywo. Warzmy zatem słowa. Na zamiary takie linlingwistyczne zapasy (ale nie tłuszczu). Potraktuj to jako ciekawostkę, a nie kolejny obowiązek, ciężko się robi od samego myślenia o tym, spocić się można. Ciekła wostka,o psia kostks, to ciekawostka, ale to także informacja o tym, czy np nie mamy w zwyczaju zajadać stresu, albo jeść… Z nudów. Nie chodzi o jedzenie nudli, ale nie dążmy w makaronizmy, nie lejmy też wody, o niej, za chwil kilka.

Z jednym zastrzeżeniem, zmiany te, na ile się zgodzimy (nie, nie mylić z zagłodzimy), że ich wprowadzenie jest konieczne, nie należy zebrać ich i od dzisiaj, teraz i zaraz, albo:zaraz: potem, wszystkie na raz, (na raz, na dwa).

Po pierwsze będąc na diecie, i pisząc o diecie rozumiem odżywianie się, a nie totalną i wieczną, a przynajmniej długą redukcję, redukować to można matematycznie, albo chemicznie, na lekcjach, a nie w diecie.Będąc na diecie trzeba jeść, jeść dużo i smacznie. Jak to jest, że pamiętamy o tym, żeby samochód był na przeglądzie,albo,  żeby telefon naładować, a siebie częstokroć głodzimy odmawiając sobie czegoś? I to ma być nomen-omen, przepis na sukces? Es, ech. Tak, jemy odpowiednio dużo, i smacznie. Jeśli mamy przegląd tego co, w jakich sytuacjach jemy, i tego jak wygląda nasz dzień. Ty- jesz? Nie, dziękuję,jestem na diecie. Acha, Ty tyjesz? 🙂 O linię trzeba dbać, tak, powinna być gruba i wyrazista. Ale to nie lekcja rysunku. Dla niektórych osób odpowiednie będzie pięć, dla niektórych trzy posiłki dziennie, ważne, by nie dopuścić do uczucia wilczego głodu, i zobaczyć w jakich odstępach jemy, co nam bardziej sprzyja. Wyregulować godziny posiłków, do trybu naszego życia. To tak jak z puzzlem, nie zmieniamy kształtu, tylko wpasowujemy element na swoje miejsce. Wyregulować godziny naszych posiłków. Tak, żeby odstępy między głównymi posiłkami były równe, to uchroni nas przed np gwałtownymi spadkami cukru i przed uczuciem wilczego głodu. Dobrze różnorodne, zbilansowane, czyli zawierające i tłuszcze, i węglowodany i białka posiłki w równych (w miarę:(sic!)) odstępach czasu. Dopasowane do naszego spędzania czasu.

Odpowiednia podaż płynów. Między posiłkami, albo do posiłków, ale małymi łyczkami, do dwóch litrów dziennie (bez kawy, czy herbaty, o gazowanych nie wspomnę,czy też takich spożywanych przez osoby, które uprawiają [wyczynowo] sport). O ha!dwa i, jeszcze o, już pisałam. Wiem, że może to być bardzo trudne, i sama także nad tym pracuję. Pić, soki np z grejpfruta jeśli nie potrafimy patrzeć na wodę, to znaczy urozmaicać sobie to, co przepływa przez nasze gardło.

Unikanie żywności wysoko przetworzonej, fastfoodów, ale nie w sposób rygorystycznie, raz na jakiś czas wypad na pizzę, czy do baru bardzo szybkiej obsługi nikomu nie zaszkodzi, jeśli nie jest co podstawa żywienia. Szukajmy naturalnych słodyczy, np owoc gruszki jest bardzo słodki. A dostrzegłam to, dopiero gdy odstawiłam cukier i ograniczyłam sól zaczęłam poznawać smaki, i nie wszystkie były przyjemne, to jest takie, które by mnie odpowiadały, albo: uwaga, których jestem nauczona, i tak kawa, którą nadal piję z kroplą mleka, wiem, wiem, dla koneserek i koneserów, to jest nie do przyjęcia- i słusznie.Otwórzmy się na nowe smaki, sposób żywienia, czy(li)jadło spis, czyli spis jadła, lista, lista, lista przebojów, ma być nie poligonem doświadczalnym małej chemiczki, czy fizyka, ale przynajmniej częściej placem zabaw. Smak u kobiet zmienia się co siedem lat, jeśli damy temu szansę bardziej, jeśli nie, cóż i tak się zmieni. Poznawajmy nowe smaki bez ulepszaczy, czy wzmacniaczy chemicznych.

W naszym kraju, odnośnie żywienia, pożywienia i biesiadowania są dwa popularne wzorce. Pierwszy: I co, ze mną się nie napijesz? We wszelakich odmianach. Nie, jeśli to jest alkohol i jeśli nie chcę go pić, bo np. z zasady nie piję, to z Tobą, ani ze Zdzisiem z siódmego piętra, ani za Twoje zdrowie i pomyślność, nie, nie napiję się. I tak, bez moralizatorstwa, po prostu nie wszyscy przez wzgląd, że żyją w Polsce, muszą lubić alkohol. I tak, mam świadomość,że np w młodym wieku (około dwudziestki i po) odmawianie uczestniczenia w tym wydarzeniu jest, może być bardzo trudne, ale możliwe. Czy chcę komuś zaimponować, tym, że napiję się alkoholu, i czy wtedy i dlatego, ktoś/ia będzie mnie lubił/a? Będzie mnie poważał/a. I wiem, że łatwiej się mówi, bo niż robi.

No cóż, drugą taką sytuacją jest okazywanie miłości przez jedzenie. To znaczy, nie mam nic przeciwko, a nawet, jestem za. I nie jestem także za tym by wiecznie mówić magiczne słowa, nie, nie chodzi o: proszę, dziękuję, i do widzenia, ale o : jestem na diecie. Jeśli zwykle nie jem słodkiego, to o ile nie mam poważnych wskazań, lekarskich, to jeśli spotykam się przy świątecznym stole. abo przy innej uroczystej okazji, jem wszystko, na co przyjdzie mi ochota. Jeśli jednak ktoś/ia mnie nakłania, że jeszcze jeden kawałek, albo: że zjedzenie wszystkiego z talerza jest wyznacznikiem dobrego smaku, tak osoby spożywającej jak i tej, która to jadło przygotowała… Tak, jeśli oczywiście nakładam sobie sam/a, oczywiście, że powinnam zjeść tyle ile jest na talerzu, ale jeśli ktoś robi to za mnie, i nie słucha tego, co do niej/niego mówię,że już wystarczy, to uważam, że niestety, mam prawo zjeść tyle ile uważam.Po trzecie nakłanianie mnie do zjedzenia jeszcze kawałka, no taakiego maluutkiego,no takiego, spójrz (nie chodzi mi o propozycję, ale o nakłanianie właśnie) i analogiczną sytuację co do trunków. Cóż, takie to jedzenie to nie wyraz miłości, a co najwyżej mdłości. Jeśli naprawdę nie chcemy jeść np tortu, to powiedzmy to jasno, i kiloetrowo się nie usprawiedliwiajmy. Jestem na diecie jeszcze przez tydzień, i nie jem słodyczy, i dziękuję,że proponujesz. —–Ale to nie działa, możesz powiedzieć, jasne. Dlatego mówię tak: Staram się ograniczać słodycze, ale jeśli to nie sprawi Ci problemu, to jeśli możesz zrób mi dobrą kawę, herbatę, albo jeśli jesteśmy bliżej z daną osobą, to może nam zaproponuję coś innego? I w ten sposób, i my przestrzegamy swojego sposobu żywienia, i ktoś/ia czuje, że nas ugościła. Do tego nie drążymy tematu diety i nie mocujemy się, kto kogo i jak przekona, to, nie ma sensu i jest po prostu w złym tonie.

Nie mamy ani zajadać problemów, ani pocieszać, jedzenie to  przyjemne, mające dawać radość, zaspokojenie głodu, nie znaczy, że nie ma być przyjemne, radosne i piękne. Niekoniecznie zawsze musimy odmawiać, ani na wszystko się zgadzać, ale też nie jeść z nudów, czy w ramach nagradzania się za coś.

Odpowiednia podaż błonnika w diecie, czyli po prostu warzywa, warzywa, owoce warzywa i zasmażka. Wracamy do dobrze zbilansowanej diety.

Czytajmy etykiety. I to jest upierdliwe, no bo jak rozróżnić te wszystkie E? Eee tam, wystarczy mieć świadomość co powinno być w składzie danego produktu, a co niekoniecznie. Dajmy sobie czas na połapianie się w tym wszystkim, albo przynajmniej w części, i nie eliminujmy wszystkiego, bo tak przecież jest zdrowo. Wiem, wiem, to nudne, potrzebny jest czas i konsekwencja, czas bo cóż, jednak czytanie małego druku gdzieś w sklepie przy jarzeniówkach, dwa zapamiętywanie tego wszystkiego…

Ruszajmy się, i nie chodzi o obruszanie, albo chociaż o bieganie na orientację (to znaczy do przybytku, do którego nawet król, choćby fasolowy, chodzi piechotą), maratony, mary tony, i inne majaczenia modne, czy siłownię, czy powtarzanie gestów podczas holenderskich uczt… Przyjrzyjmy się stanowi naszego zdrowia, i wraca do nas pytanie, jak spędzamy dzień? Czy pracujemy w domu? Czy musimy wyjść do pracy? Czy potrzebujemy pomocy w poruszaniu? Jak często wychodzimy na zewnątrz? Czy to jest zależne od pory dnia, czy roku? Nie chodzi o to by się katować, bo przecież wszyscy tak robią… No nie, wystarczy, przyjemniej na początku, gdy dojeżdżamy do pracy autem, zamienić go na autobus, a potem może nawet skrócić podróż o jeden przystanek, albo przesiąść się na rower, a co? Można. O ilości litości, i o losie, wystarczy pamiętać i czasami, sukcesywnie, pomału wdrażać te zasady. Nie dajmy się zwariować.  I tyle moich dobrych rad. Proste, logiczne, i znane.Wszelkie diety, powinny być wdrażane pod okiem i pieczą kompetentnego lekarza- restrykcyjne eliminowanie produktów, bez takiej konieczności i tu widzę tylko stan zdrowia, jest wyrazem nieodpowiedzialności i skazane jest na porażkę, która nie rzadko skutkuje pogorszeniem się stanu zdrowia, np sprawy hormonalne, rozchwianie tej gospodarki, a takie zmiany trudno odwrócić i jest to czasochłonne. A nie brane z Internetu bo taka jest moda, bo ktoś/a stracił/a pięć, dziesięć, piętnaście kilo, ale nie wiemy jakim kosztem, taka jest różnica. Strata wagi nie zawsze jest pożądana. A na pewno nie jest i nie powinna być remedium na problemy. Jedzenie także powinno nas cieszyć, chociaż nie pełnić roli zastępczej.

Można zjeść wszystkie rozumy, i móżdżki, można wydawać sądy, i wydawać posiłki. Można posilić się słowem, mówi się (i pisze) o intelektualnej uczcie. I nie, nie Platona, litera i tura na bok. (Czyli literatura i kuchnia na bok) a tu takim kuchennym jendak wejściem, uczty rzymskie:tam jadano do oporu i wedle hierarchii, najważniejsza płeć i funkcja, siadano na szezlongach, wymiotowano, i dalej jedzono, i jedzono, i rozmawiano i jedzono i wymiotowano i…

Ukazywanie jedzenia to także wyraz przepychu. Chociaż czasami jedzenie było uważane za czynność nader wstydliwą, a zatem — ukrywaną. W sztuce także ukazywano rozpustę, okraszone regułami (renesans i Leonardo da Vinci takowe też opracował, bo był na dworze także mistrzem ceremoniału Nie należy wrzucać resztek do talerza sąsiada, uprzednio nie spytawszy o zgodę- oczywiste, teraz tak). Psy kiedyś pełniły rolę sprzątaczy, po ucztach, jadały resztki z pańskich stołów. Jedzenie to także biesiada, sytuacja społeczna, kto i gdzie usiądzie, na jakim stołku. Gotowanie ze smakiem, czyli emocją.

Oto wyraz radości, fizjologia smaku, sznyt natury, tekst i pre -tekst, i morał:

[Przestrzeganie zasad”zdrowego? Owego (wy)żywienia: ruchu (szkoda, że jednostajnego) i uzupełniania płynów…Czy oby na pewno? Król pije, Jacob Jordaens,olej na płótnie, Ermitaż, źródło reprodukcji].

Jedzenie nie tylko zaspokaja biologiczne potrzeby człowieka, jest transmiterem zwyczajów i obrzędów, czy wartości związanych z religiami i wierzeniami, czy też społecznych, świeckich.Dla przykładu, dzieło Jana Steena z 1668 roku eksponowany w Staatliche Museum w Kassel, albo prezentowana tutaj reprodukcja pod tytułem: Król pije Jakoba Jordaensa to nie tylko sfotografowanie jakbyśmy dzisiaj powiedzieli,  biesiadników w święto Trzech Króli. Głównie w Niderlandach,można odnaleźć  zwyczaj,  poszukiwania na talerzach ukrytej — w specjalnie wypiekanym na tę okoliczność cieście, fasoli  i ta osoba, która wyławiała w swoim kawałku tortu fasolę, była ogłaszana królem imprezy, i mogła wybierać królową i świtę.  A wszyscy inni, zobligowani byli do powtarzania nie tylko ruchów, ale i czynności króla,  gdy ten wznosił  kielich wina do ust, wszyscy gromko krzyczeli Król pije! (Stąd też tytuł obrazu) W Holandii zwyczaj ten ten nosił nazwę: Driekoningenroud, albo dwunastej nocy. Podówczas panowała swobodna atmosfera, król nie zwracał uwagi na zachowanie, które w jawny sposób łamało zasady kindersztuby  pod tą szerokością geograficzną: głośne śpiewy, rubaszne żarty i zaloty, chrumkanie(a i z czasem chromolenie), czkanie i pierdzenie, łamanie zasad, było obowiązkiem. Cóż możemy dostrzec, przyjemność, na wrzącym uczynku. Tu, nikt z osób biesiadujących nie zastanawiał się, ile jest pestycydów w diecie, a może, jakieś e? E tam, no, tak zwłaszcza t a m.

 

Termin martwa natura nie oznaczało, ani możliwości, czy konieczności resuscytacji kogoś, ani tego, że skończyła się data ważności, czy data zdatności do spożycia, a termin pić do kogoś, to raczej przepijać do kogoś, niż wyrażenie słownej szermierki.Chociaż i na tą pierwszą warto tu, zwrócić uwagę:posiłki są nader skromne,tak, czy oby na pewno? Czy dzisiaj je takimi spostrzegamy, szynka i chleb (powszedni). Światło, dynamizm,  wylewające się życie, to tak jakby ktoś nagle wyciszył dźwięk w telewizorze,ów kontekst być może nawiązuje do flamandzkiego przysłowia: Tak młody szczebiocze, jak stary śpiewa. Większość mężczyzn jest w podeszłym wieku, przemiana pokoleń. Temat, który nigdy nie umiera, on tylko zasypia. Zasypany przepisami tymi, tymi, no bogatymi w błon i (innymi) nick. Jedzenie to wyraz sił witalnych, albo starości (jeśli nadgryza je ząb czasu) gdy widać plamy, niedoskonałości, pleśń, to także etap w odrodzeniu się, rytm pieśni przemiany, odwiecznie wpisanych w cykl życia człowieka. Są także, a jakże sceny  te i owe rodzajowe:

[Wnętrze tawerny, lata 30. XVII w, Pieter de Bloot, źródło reprodukcji].

Na początku posiłki, a raczej ich umieszczanie na obrazach było niczym innym jak metaforą. Zgoda, dzisiaj urzeka kreska, czy światło mistrzyni, czy mistrza pędzla, i zwróćmy uwagę, w jaki sposób czytamy obrazy, i co jest nam do tego potrzebne wiedza. Bardzo często żywność, nie była portretowana na żywca, choć żywo wyglądać musiała, o tym świadczy chociażby zestawienie czy roślinności, czy pożywienia, które nie miały prawa wystąpić razem na stole, gdyż w naturze (nie tej martwej, ale [nad]zwyczaj żywej) dzielił je czas, czyli pora występowania. Postać, tak po stać, nie posiedzieć, zwłaszcza gdy ma się problemy jelitowo-gastryczne, niezależnie od epoki, monotematyczne, postać umieszczona przez de Bloota w centrum, ma dość, ewidentnie nie przestrzegała zasad diety zrównoważonego żywienia i odpowiedniej podaży płynów, z tego wynika za dużo błonnika?A może po wody zbyt mnożę? Może suszy faceta zbyt, mało pił, za wiele w żołąd wbił, i nie czytał biedak etykiet, i tak zabrudził parkiet (dobra, tam nie było parkietów)? Nie wiadomo ale na pewno po wypróżnieniu tą drogą, jej ulżyło. Za to kot zaraz pęknie z przejedzenia. Taki armagedon filozoficzno-gastryczny na ludową nutę, hej przeleciał ptaszek. I… Wiadomo już jakie stworzenie jest sponsorem białka w dzisiejszym pożywieniu.

No dobrze- allbo i nie, od XIX wieku jeśli się przyjrzeć i przejrzeć sztukę to malarki i malarze to jedzenie to nic innego jak instagramowe foty, wypełniacze, no, a może nie, może fotosy foodów, to taki manifest społeczny? Nie zmienia to faktu, że XIX wiek, to taki wypełniacz niderlandzkiego malarstwa. W XVII wieku w Holandii to jakiś makaronizm, nie, nie wróć, monotematyzm,  powstało kilka milionów obrazów, z których większa część pokazywała jedzenie. Zaraz, zaraz, i nie chodzi mi o bakterię, albo o to, żeby utrzymywać higienę (myślenia i mylenia) to zawsze warto. Nie znaczy, to, że bohaterowie uwieczniani na obrazach, byli najedzeni, bo posiłek na talerzu jak malowany to jedno, ale przypisywanie i przepisywanie znaczeń, to drugie i o wiele ważkie i ważniejsze (i lekkostrawne dla wątroby, to oby, oby). Dlatego do XIX wieku nie wiemy nic o treści, (żołądkowej) biesiadniczek i biesiadników. Jedzenie to pretekst, metafora. Warzywa, owoce czy surowe mięso wydawały się ludziom bardziej idealne w sam raz na raz, niż zrobione z nich potrawy, nawet jeśli mowa o tłustych, czy pysznych (ha, ta wieloznaczność znaczeniowa!) pieczeniach lub ciastach gęstych od dodatków. Po drugie ([z]danie) łatwo i niejako z biegu,  dopasować symbolikę. Wiśnia, czy czereśnia to symbol męczeńskiej śmierci, odniesienie do krwi jest tu nader jaskrawe. Ogórek, czy tykwa to pomyślność losu i ziszczona nadzieja. Nie bez znaczenia jest fakt, że ta druga po prostu się pnie, rośnie .Martwa natura jako samodzielny okrzepły w siły witalne temat…  W malarstwie pojawiła się po raz pierwszy w wieku siedemnastym i tu można przytoczyć prace takich malarzy jak: Pieter Claesz,  ten od „portretowania” sera. Francisco de Zurbaran,  Floris van Dijck. cytryny to wyraz albo fałszywego przyjaciela, albo też: płodności, pomarańcze metafora małżeństwa, ostrygi to  nic innego dzika erotyka, czyż i dziś tych ostatnich nie mamy za afrodyzjaki, czyli te pokarmy, które wzmacniają, urozmaicają życie cielesne?

Umieszczanie jedzenia przy konkretnych stołach, to także podkreślenie, czy wyraz pozycji, statusu socjoekonomicznego.  To, co rosło blisko podłoża, płody ziemi takie jak buraki, cebula, stanowiło pokarm dla chłopstwa. Stąd też nie dziwi obraz Vincenta van Gogha, Jedzący kartofle, ponury, ciemny, brudny, niemal cuchnący To, co rosło wysoko, na drzewach, czyli  orzechy, zaliczane było do pokarmów ekskluzywnych na które mogły pozwolić sobie tylko najznamienitsi goście figi, czy wspomniane wiśnie to pokarm dla bogatych i wpływowych. Kto z nas, w taki sposób dziś myśli o twarogu, czy żółtym serze powiedzmy sobie szczerze? (Dziś wegetarianizm, czy weganizm może być wiązany z wysoką pozycją społeczną, no ale sam ser?)Inna sprawa, że jedzenie ma związek z postrzeganiem medycznym ciała (średniowieczny rozkład humorów), czy stanu, dla przykładu ryba była pokarm doskonały dla mnichów, zimny i wilgotny , czyli taki który pozwala zapanować nad ochotami ciała, czy wręcz nieskupianiu się na nich, przynajmniej tak było w zamyśle. Jedzenie to temat ocean. Pyszny, można palce lizać, no tak, żeby nie uperniczyć klawiatury…I oczywiście można przytoczyć jeszcze wiele innych obrazów, sennych mar, doczesności marności i rozmaitych pyszności i pych, wojny postu z karnawałem, i melancholii nawałem, ale i tak to jak czerpanie przetakiem z przepastnej rzeki wątków, wątek ten i ów mam nadzieję, że zachęci zanęci do dyskusji.

[Walka karnawału z postem, Peter Brugel, olej na desce, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, źródło reprodukcji].

Oczy wiście,chyli się o zawieszenie wzroku, tu i (zwłaszcza) ówdzie:) na smakowitych kąskach i przekąskach ma się rozumieć (i rozpłynąć na języku, a nie w dłoni :D… Nie chodzi o to, żeby pleść to co ślina na język przyniosła, nie, nie,  nie dajcie się zwieść ani prostocie obrazu, ani kresce Brugela, kto z Was zauważył durszlak na głowie, ot taki niby to kuchenny przyrząd, a symbol tego, że zdobyte łatwo dobra zostaną natychmiast roztrwonione, cóż, nie będę się przyglądać interliniom kuchennym, ani ich znaczeniom, żeby nie przyczynić się do Waszego zmęczenia, malarstwo to dla mnie łuskanie znaczeń, poszukiwanie smaków, a nie -smaczków. To intelektualna uczta, tyle, że nie na sposób rzymski, czy średniowieczny, czy też pogoda (ducha) średnio wietrzna, uciekając od meteorologicznych przenośni, nie chcąc lać wody, kto potem będzie sprzątał kałuże (nie duże)? Kołcze i kończę temat, i stawiam (na baczność) kropkę. Smacznego, oczywiście, albo posmacznego, chociaż podobnież teraz już się nie życzy tak wyśmienitego posiłku…

[317+1]. Brrrr. Na Jowisza jak (zimno:gorrrąco)!

Uwaga  i inna waga, meteorolodzy i inni wróżbici wieszczą powrót Zimy i to przez wielkie Zi, i to w wielkim stylu. Najlepiej dla ciepłolubnych osób wystrzelić się wtedy wkoko koko eurospoko, w  Kosmos,jakbyśmy tak tam, a raczej tu jeszcze w nim nie byli, no ale cóż, nie spierajmy się o szczeliny szczegółów, wszędzie  byle nie na Jowisza. Tam panują nieziemsko trudne do zniesienia warunki. (I nie chodzi o niezdaną sesję studencką). Jowisz złożony z dwóch nie tylko najpowszechniejszych, ale i najlżejszych pierwiastków, a dokładniej: osiemdziesięciu sześciu procent wodoru i trzynastu, no prawie czternastu helu, reszta to ostatki. Dlatego jest nazywany gazowym olbrzymem nie tylko dlatego, moim skromnym zdaniem powinien byłby (gdybym prezentowała ziemiocentryczny punkt widzenia) być nazwany gazowym żarłokiem gdyż wewnątrz pomieściłby tysiąc Ziem. (I to nie tych obiecanych, ale zapewne tych, bardziej obmacanych od Jowisza). Jego średnica wynosi jedenaście błękitnych planet.  Co więcej  masa to siedemdziesiąt procent masy innych planet. To taki bramkarz stojący u wejścia do klubu.  Już jak się zbliżasz do takiego hmm serwismana, wiesz, z kim będziesz miał/a do czynienia, ba, dostrzec go można nieuzbrojonym okiem! A żeby dostrzec więcej i bardziej wystarczy, że mamy amatorski sprzęt do obserwacji nieba. Bez specjalnie uzbrojonego szkiełka, czy oka, co więcej można mieć i wady (wzroku) a i tak zobaczymy gazowego olbrzyma.

[Jupiter, Zdjęcie Jowisza w naturalnych kolorach wykonane w kwietniu 2014 roku przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a. prawda, że pięknisty? źródło zdjęcia].

Do tego gdyby był człowiekiem pewnie zdiagnozowano by u niego nadpobudliwość ruchową, bo cóż, tak szybko obraca się wokół własnej osi. (Nie, nie to nie narcyz, czy egocentryzm). W rozwiązku z powyższym, nie dziwne jest, że dzień tu trwa (trochę więcej) niż mgnienie oka, no, najkrócej w Układzie Słonecznym dziewięć godzin i pięćdziesiąt pięć minut.

Planeta tańczy w okół słońca (to znaczy obiega je) w ciągu (prawie) dwunastu lat. A przyciąganie jest dwa i pół razy większe niż na Ziemi. Planeta, o której dzisiaj piszę, jest otulona chmurami, które w głównej mierze składają się z amoniaku, siarki i wody, ot, wspaniała atmosfera panuje na Jowiszu:).

Do tego temperatura otoczenia,fanta i styczna. I zmienna. Do nieba, do piekła zabierz mnie, śpiewała, któraś z polskich wokalistek… Nie, wystarczy na Jowisza, bliżej, a jeśli nie, to przynajmniej wiadomo, w którym kierunku. (Tyle, że lądowanie bardziej problematyczne, ale o tym, dalej).  W  górnych warstwach atmosfery Jowisza temperatura wynosi około -145°C. Poznanie przez homo sapiens tej planety i dokonane przez niego pomiary,pozwalają stwierdzić, że ta  wzrasta wraz z głębokością  a dokładniej rzecz ujmując poniżej wspomnianych chmur. Na poziomie, gdzie ciśnienie atmosferyczne jest dziesięciokrotnie większe niż to, które znamy na Ziemi temperatura podnosi się do 21°C Im bardziej w głąb Jowisza, tym temperatura znacznie się podnosi żeby w jego centrum może słupek rtęci mógł wskazać do 24 tysiący °C. A tym samym licytacja Jowisz- Słońce co do temperatury obu, wygrywa bezapelacyjnie ten pierwszy. Tyle, że warto pamiętać, iż  Jowisz od początku swojego istnienia uwalnia swoje ciepło. Spala się nam chłopaczyna.

Jak powstał z martwych, a raczej, z niebytu, cóż dokładnie nie wiadomo. Niektóre osoby mawiają, że Jowisz, to taka nieudana gwiazda, nie chodzi o to, że celebryt(ka) z niego dlatego, że zatrzymał się w pół drogi, to znaczy reakcja termojądrowa nie została zainicjowana.W galaktyce była chmura gazu, taka sama, z której powstało Słońce, wessana została pod wpływem niczego innego, jak grawitacji. Jej materia utworzyła planety, a lwia część przypadła bohaterowi dzisiejszego odcinka, Jowiszowi. Drugie w kolejce było Słońce, a potem cóż, cała reszta, w tym, nasza Ziemia. Wirujące gazy w powietrzu przyciągały materię, gazowy olbrzym nabiera masy (najpierw masa potem rzeźba mawiają fit trenerzy, a przepraszam, teraz jest modne określenie, co, ach co,a coach).  Jowisz pojawia się niczym perła. I to nie przenośnia. To co nie dotarło do Jowisza, zostaje wyrzucone w przestrzeń.

Powstał około 4,6 miliarda lat temu skompresowane pod wpływem grawitacji cząstki kosmicznego pyłu i gazu zaczęły wytwarzać  nic innego jak tylko ciepło. Trawestując słowa piosenki Natalii Kukulskiej, ciepło nosisz je w sobie, je, je , je.(Dobrze, dobrze, już nie śpiewam). Jowisz go co prawda nie je, ale emituje je do dziś,  i tak oddaje go więcej i to dwa razy więcej  niż bliskie nam Słońce. Napomknę, tylko, że masa Jowisza to około jedna tysięczna masy tegoż ostatniego.Do tego ten magnetyzm. No cóż, szczątki człowieka skończyły by marnie, silne pole (elektro)magnetyczne, wprawiłoby, że nie zdążyłby pierdnąć, ani mrugnąć. I drogi czytelniku, skończyłby w pudełku z plastiku. Chociaż nawet nie wiadomo, czy by i to było. No chyba, że ubrał by się jak ołowiany żołnierzyk, ale jak taką masę wystrzelić w koooosmos?

No, ale po co lecieć jeśli nie tylko miękkie lądowanie nie wchodzi w grę? No, cóż, żadne nie jest możliwe, bo przecież to planeta gazowa. Jeśli te, przeszkody, o których wspominałam, zostałby jednak pokonane, to sprzęt opadałby niżej, niżej, niżej coraz niżej, aż zmiażdżony by został przez ciśnienie atmosferyczne. Nawet jeśli by użyć innego repertuaru sprzętów. To na dziś, jest to niemożliwe, acz marzyć można. Jowisz, to zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam,pełni rolę  bodyguarda, niby to przyciąga, by odrzucić w przestrzeń jeszcze dalej to, co niepotrzebne, albo to, co może zagrozić naszej części galaktyki, pełni rolę starszego, opiekuńczego rodzeństwa. Oczyszcza rejon orbit planet zewnętrznych w tym Ziemi, by nic się nie mogło stać. Utrzymanie czystego pola. Dzięki temu mogło pojawić się życie na naszej planecie.

Osiem tysięcy razy częściej komety chcą uderzać w Jowisza, a raczej nie mają wyboru, bo ten je przyciąga niczym magnes. Tyle, że droga jednych sięga na przestrzał i dalej, dalej, a drugim zakrzywia tor, i pędzą w innym kierunku, jakim? Nie wie nikt, bo często”lądują” poza układem słonecznym, tak się układa trajektoria lotu. Prędkość ze wsparciem Jowisza dochodzi do pięćdziesięciu kilometrów na sekundę, a co, po co się rozdrabniać. skoro nie można sięgnąć dalej niż wzrok, okiem nawet uzbrojonym.

Już Starożytni dostrzegli,że Jowisz porusza się wśród gwiazd. Także oni go dostrzegli, to nie dziw, wszakże to trzeci najjaśniejszy punkt na nocnym niebie (po Księżycu i planecie Wenus). Cztery największe księżyce Jowisza odkrył w 1610 roku Galileusz było to możliwe dzięki temu, że teleskop był już powszechnie w użyciu (nie, nie to nie Galileusz jest jego konstruktorem) największy z księżyców, Ganimedes ma powierzchnię większą od Merkurego.

Wzmianki o Jowiszu znajdujemy mitologii, oraz w wierzeniach religijnych wielu kultur. Są przesłanki za tym,że obserwacje Jowisza prowadzili astronomowie babilońscy i miały one miejsce tysiące lat przed naszą erą, nie tylko Galileusz. Czy dziwi zatem fakt, że nazwę planecie nadali Rzymianie, i to nie byle jaką, albowiem,  swojego najważniejszego bóstwa z mitologii – Jowisza. Boga,który podług ich wierzeń, we władaniu miał niebo, burze i deszcze, tak więc stał najwyżej, był najpotężniejszy. Aż dziw bierze, że wielką, czerwoną, charakterystyczną plamę Jowisza, odkryto niedawno po tym,jak „ochrzczono” GanimedesaTo antycyklon o średnicy większej niż średnica Ziemi. Tak więc błękitna planeta nie mogła by jej zasłonić największa burza we wszechświecie, burza, i to bynajmniej nie w szklance wody. Dwadzieścia tysięcy kilometrów średnicy Ziemia, niecałe trzynaście tysięcy. Na obrzeżu plamy wiatr wieje bardzo szybko, a w środku to obszar ciszy, spokoju sielanki. Piękna ilustracja. Niepozorna, a ile kryje tajemnic i pytań.

[Porównanie wielkości Jowisza i Ziemi, źródło zdjęcia].

 

Nie będziemy porównywać burz ziemskich i jowiszowych, bo to nie do wyobrażenia. Wielka czerwona plama, to kłębowisko wyładowań, deszczy i chmur (i nie ma tu ani jednej kropli wody) wielka czerwona plama, to obszar wyżu. Cyklon wykonuje jedno salto w przeciągu dziesięciu dni. Chmara burz,ale dopiero na obrzeżach plamy, skąd ona czerpię energię, może tam właśnie znajduje się wulkan energii, nie wiadomo. Nie wiadomo, dlaczego plama nie przemieszcza się, skąd mniejsze chaotyczne zawirowania, i burze poza wielką czerwoną plamą, gazową planetę spowija kilka warstw chmur, co więcej —- pioruny, a raczej dźwięk, rozprzestrzeniają się cztery razy szybciej niż na Ziemi (pięć tysięcy kilometrów na godzinę). Szybciej też pada deszcz, i to dwa razy szybciej, słupy cumulusów są cztery razy wyższe niż ziemskie. W wielkiej czerwonej plamie wiatr jest nie tyle trudny do przetrwania, tyle, że trudny do wyobrażenia, burze bowiem nakładają się na siebie i krzyżują ze sobą, są jeszcze prądy strumieniowe, które nakładają się na planetę, naukowczynie i naukowcy dopiero poznają ich mechanizm. Nie tyle są one większe, rozprzestrzeniają się one w różnych kierunkach, są też silniejsze, dlatego, że planeta wiruje, dlatego mnogość prądów, i pasy na Jowiszu. W chmurach na pograniczu prądów, pojawiają się charakterystyczne zawirowania. Tak jakby gaz chciał uciec z powierzchni planety. Wiatry także są inne. Wiele się mówi i pisze, o owej czerwonej plamie, ale jest jeszcze coś: Niedaleko Wielkiej Czerwonej Plamy znajduje się Wielki Biały Owal, którego średnica porównywalna jest ze średnicą Ziemi(wreszcie coś porównywalnego!). Owal BA to także antycyklon nazywany -a jakżeby inaczej- Małą Czerwoną Plamą Juniorem. Im bardziej w wgłąb,to więcej pytań, tajemnic i odkrywania.

To co warte odkrycia to mnogość księżyców Jowisza, znanych jest sześćdziesiąt dziewięć, niektóre z nich poruszają się chaotycznie, inne wprost, a raczej elpitycznie, przeciwnie, ale jednak w tym jest metoda, każdy ma swój cel, i swoją orbitę. Cztery największe z nich odkrył Galileusz. Oto i one, tak i oto się prezentują:

[Porównanie rozmiarów księżyców galileuszowych i Jowisza. Od góry do dołu: Io, Europa, Ganimedes i Kalisto. Widoczny fragment powierzchni Jowisza z Wielką Czerwoną Plamą: źródło zdjęcia].

Chociaż niezależnie, w tym samym czasie co Galileusz, niemiecki astronom Simon Marius także je zauważył. Io, Europa, Ganimedes i Kallisto. Zostały one zaproponowane przez Niemca, i tak przetrwały do naszych czasów. Nazwy pochodzą od imion kochanek (i kochanka) Zeusa, greckiego odpowiednika boga Jupitera,czyli znów mitologie i wierzenia. Galileusz określał je jako Sidera Medicea, na cześć rodu Medyceuszy.  Na podstawie swoich obserwacji stwierdził, że księżyce krążą wokół Jowisza. Odkrycie to to kamyczek do tez prezentowanych przez Kopernika, i nie chodzi o prawo ekonomiczne, czy przepis na chleb. Jowisz, także ma pierścienie, i choć nie są tak okazałe jak te, które należą do Saturna, także można je opisać. Składają się z trzech warstw. Najbliższa określana jako „halo”, następnie znajduje się pierścień główny, a najdalej- ażurowy. Te,należące do Jowisza złożone są głównie z pyłu, który zostaje wyrzucany w przestrzeń kosmiczną po uderzeniach meteorytów w jego księżyce. Równowaga w przyrodzie musi być! Nie tylko my, uszyci jesteśmy z ruchu.

Wyrzucony kosmiczny pył utrzymuje się w formie pierścieni wokół Jowisza, a jakże było by inaczej, dzięki jego grawitacji, czy może być inaczej, skoro zmienia ona nawet kształt trzech jego najbliższych satelitów?  Planeta posiada najsilniejsze pole magnetyczne,czternaście razy silniejsze jak to, spotykane na Ziemi. Jowisz to planeta znana, a jednak bardzo mało o niej wiemy. Jupiter w mitologii rzymskiej był władcą wszystkich bogów. Utożsamiany z greckim Zeusem, panem Olimpu, przedstawiany był najczęściej w pozycji siedzącej na tronie, z piorunem w ręku. Inne jego atrybuty to orzeł i dąb. Rembrandt i Rubens do niego się odwoływali, ale przecież nie tylko oni. Nauka o kosmosie, czyli miejscu, w którym wszyscy się znajdujemy, jak i drogi, sztuki i kultury bardzo często się przecinają. I to jest fascynujące, ale to temat na całkiem inną opowieść… Na Jowisza, #…Bo Świat jest ciekawy!,

[366]. Nie tylko o psie, który jeździł koleją, czyli: smutne koleje egzystencji czworonogów. Uff…

Będę legać,znaczy nalegać chodźmy pobiegać. Nie traćmy ciszy gdy ją usłyszysz. No dobrze, dla tych, które/ którzy nie są jednak entuzjastkami/entuzjastami wysiłku fizycznego, ten tego, a może nawet nie. Nie wprowadzajmy podziałów, i podziałek, i innych grzywek. Nie tu zaś jest pies pogrzebany. A no właśnie. Ostatnio Qbuś wspomniał był coś o tymże czworonogu. Tak więc ad rem! (I nie chodzi o fazę snu), ale o to, że zabieram się do tego wpisu, jak pies do jeża…

[Domowa piosenka, muzyka : Krzysztof Marzec, słowa:Ewa Chotomska, wykonanie: Jarosław Bułka, źródło].

Powiedzmy, napiszmy, raczej, w tych deko (-)racjach i oko licznościach. Ten podobnież najlepszy przyjaciel homo sapię, nssss. 🙂 Czyli  człekokształtnych uprawiających którąś z dyscyplin olimpijskich, na ten przykład: ekstre(mo)mentalne wdrapywanie się na czwarte piętro gdy nie jest czynna winda (do nieba: [czytane na melodię, prawie do nieba wzięłaś mnie, albo: do nieba, do piekła…).

Ale!  Czworonóg o którym wspomniałam,  nie ma najlepszej p(r)as(s)y…Chociaż ustaliliśmy, że przysłowia nie są mądrością narodów.

Oto pies. Jaki jest, każdy widzi… Chyba. Chyba to się pchła na… No właśnie…

 

(W najlepszym razie) można być jak on wyszczekanym (nie mylić z wyszczotkowanym, nie chodzi tu o dbałość o higienę jak najbardziej osobistą) ,nie jest to też podkreślenie tembru szczeku, szczęku, tfu, głosu, czy też możliwości szczekania (w językach) [na]j bardziej obcych, porównanie do francuskiego (pieska)też nie jest wskazaniem na istotność związków, z ojczyzną Piotra Curie. O ni. Określenie to może być co najwyżej kompletnym mętem.
A jeszcze w epoce „jak Cię widzą, tak Cię piszą” powiedzenie o kimś, że jest : jak psu z gardła wyjęty, nie jest określeniem wrzasku mody, raczej okrzyku litości (chociaż jak patrzę na niektórych panów przychodzących do teatru…Niektórzy prezentują się ni pies ni wydra) Nie powiedziałabym też, że lubię kogoś jak psy dziada w ciasnej ulicy, do mojej chociażby dobrej (nie)znajomej osoby. Chociaż by przyszła w wymiętym nie wiem jak ubraniu. Nie szepnęłabym tak nawet!

 

Nie dla psa kiełbasa, dobra p(r)assa. I można zakląć (do wyboru, niepotrzebne skreślić*): psiakrew, psiamać, psiakość, tylko na co? Wiadomo przecież, że psy szczekają a karawana jedzie dalej. Nawet ta, frazeo(mniej)logiczna, czyli przedpotopowa, bo  bez gps-u. Można co najwyżej (a raczej najniżej) zejść na psy, w ramach protestu (nie mylić z pretekstem)  albo mieć widoki na przyszłość, przyszłą kość, czy też pogodę pod psem. Można wyć jak pies (do księżyca). Nie z zachwytu,bynajmniej) a ze skowytu, tu i tu, i jeszcze, tam. Tamtamtaramtam. I to bez względu na metrologiczny meldunek: czy jest zimno jak w psiarni, czy raczej jak upał w piekarni. Chociaż nie. Trafiło się ziarenko,można być wiernym jak pies, ale z kolejnej już strony, i tanie mięs psi jedzą, nie chodzi tu o to, że menu raczej I psi I psy na kimś wieszać.. I tak mogłabym wyliczać, i strzępić czcionkę… A jakże… Wszystko pod psem! I to nie tylko psem ogrodnika! Albo innego nicka. Czy(-) tam mikołaja (nie świętego do tego). Przecież pod psem, może być i życie, niekoniecznie czworonożne, i charakter, I menu, nie chodzi o wcześniej wspomniane,szycie pod psem jest też. Jest też, przywoływana tu piosenka, Bar pod zdechłym psem, ad rem!

I tak jak już doskonale wiemy, związek frazeologiczny nie musi mieć sensu. Za grosz. I gdzie jest pies pogrzebany? A no, to powiedzenie znane było już dawno. Krąży taka oto legenda: W Turyngii, podczas wojny trzydziestoletniej, pewien zakochany, przyuczył psa na listonosza,i tak oto mógł wymieniać ze swą lubą korespondencję mimo znaczengo oddalenia i trwającego krwawego konfliktu, a po tym, jak zginał (ów czworonóg) właściciel wyprawił mu uroczysty pogrzeb, a na nagrobku „da lieght der Hund begraben” Nie wiemy, czy to tylko ładna powiastka, czy prawda, ale faktem jest, że to powiedzenie przejęliśmy od zachodnich sąsiadów. Skąd wzięło się powiedzenie: wieszać na kimś psy? To określenie funkcjonuje w wielu (europejskich) językach. Dawniej istniało wiele zwyczajów, by przedłużyć osobie, która wyrządza zło, karę, nawet (a i przede wszystkim) po śmierci, stąd branie ciał spod szubienic, na sekcję, której wykonanie było powtórnym napiętnowaniem (o tych praktykach już wspominałam) była praktyka wieszania psów razem z osobami na których wykonywana była kara śmierci (czasy wieków średnich). Z kolei psa pięknie sportretował Ezop, w jednej ze swych bajek, to ten czworonóg, który zagarnął owies, i nikomu go nie dawał dostępu,ale raczej wiązałabym to z udomowieniem czworonogów, i zadaniami powierzonymi przez właściciel(k)i. Sam nie zje tego, czego pilnuje, a że pies częstokroć był układany w tym celu by strzec terytorium, nie tylko pies ogrodnika, co sam nie zje, a drugiemu nie da…

Tu nie do końca, a pamiętajmy, każdy ogon ma dwa, 🙂 jest prawda na wierzchu. Cofnijmy się w czasie, i przestrzeni. Pieskie życie, to marny żywot, i wegetacja. Psy, niejednokrotnie żyły w nędzy. Dlatego, że ludzie byli nie zamożni, nie klepali się po brzuchach (które były puste niejednokrotnie) ani po ramionach, ale klepali biedę. Bidę z „nyndzą”. Bryndzą i musztarda po [o]biedzie :)Psy, miały jeszcze gorzej również z tego względu, bo rozpowszechnione było takie przekonanie, że głodny pies, to pies dobrze, to jest skutecznie strzegący zagordy, o właściwym, to jest wysokim poziomie agresji.

Za to opowieść o Królu Janie III Sobieskim, który zapragnął mieć tresowaną (niczym pies) wydrę, której właścicielem był Jan Chryzostom Pasek (ten autor  pamiętników), i który owo zwierzę wytrenował w wielu umiejętnościach, i z bólem serca oddał monarsze, który to  dowiedziawszy się o wspaniałych wyczynach wydry, zabrał je do pałacu. Po dwóch dniach zwierzę uciekło z komnat. Miał je zastrzelić myśliwy, który za to wykroczenie dostał był 1500 batów (zamiast kary śmierci) a potem był zmarł. Tyle, że to bajka, to podanie wielokrotnie powtarzane i przetwarzane, jest błędne. Wcześniej funkcjonowało powiedzenie : ni rak. ni ryba (durak kandyba),ni z pierza, ni z mięsa. I stąd też mamy ni to, ni owo.  Skąd się wzięło to powiedzenie? Nie wi(a)domo…Cicho wszędzie, ciemno wszędzie, co to będzie, co to będzie. Mara… Ale dzisiaj nie o tym…

[(239+4)+1]. W piątek, o szewskim poniedziałku.

Zabraliśmy ze sobą blaszany dzbanek pełen soku, w razie gdyby nam się zachciało pić. Zachciało nam się pić dosłownie zaraz, więc wzięliśmy długie źdźbła słomy, położyliśmy się dookoła dzbanka i piliśmy. Bardzo przyjemnie było pić sok przez słomki.

[Astrid Lindgren – Dzieci z Bullerbyn].

[Artur Andrus Piłem w Spale, spałem w Pile, Myśliwiecka, 2012 Mystic Production,źródło nagrania].

 

Pamiętacie lekturę Dzieci z Bullerbyn? A postać szewca, wiecznie pijanego? Nie zorganizowanego życiowo, ten od którego Olle wziął głodzonego psa? Właśnie. Powiedzmy sobie jasno i wyraźnie, a raczej, zważywszy na okoliczności, napiszmy (w czym pomaga zgrabny krój tym razem, czcionki), że ludzie tego zawodu nie mają dobrej prasy, nie jedna lek(ów)tura sprawia im ustawicznie zawód. Nie będziemy tu cienko śpiewać, czyli zawodzić, ani zwodzić. To, że przysłowia nie są mądrością narodów, już pisałam (i to nie jeden raz). I to będzie dalszy ciąg, niealkoholowo nie matematyczny. Otóż! Otwórz swe uszy. Uszyte są w języku takie związki frezeo(nie)logiczne jak pijany jak szewc, czy: szewska pasja. Z pasją, zajrzymy pod podszewkę, tego ostatniego wyrażenia. To, że odwołuje ono zawianych dni szewców, jest stereotypem, a te, jak wiadomo, trzymają się mocno, nie tylko w języku. Dlatego, warto zeskrobać tę warstwę. Tak też się ma sprawa z szewskim poniedziałkiem. A XIX wieczne powiedzenie: robić coś po szewsku?

Szewski poniedziałek, odnosi się do takiego dnia, gdy pracownik/pracowniczka przychodzi do pracy mocno niedysponowan/y/a a co z tym związane jest nie może zaangażować się w pracę na sto procent. Skojarzenienn z procentami, innymi rzecz jasna, podchmielona nie jest jednak celne. (Albo tak celne jak kulą w podeszwę, co najmniej). Szewski poniedziałek, to taki czas gdy nie ma zbyt dużo pracy, nie dlatego, że człowiek nie jest w pełni swych sił witalnych, ale dlatego, że drzewiej buty wykonywano ze skóry, którą wcześniej trzeba było przygotować do obróbki, odpowiednio namoczyć, a że nie było dostępnych materiałów, to i pracę (a przynajmniej tę jej część, która jest widoczna i kojarzona przez osoby nie zajmujące się szewstwem na co dzień) trzeba było wykonać później, czyli następnego dnia… A jeśli chodzi o szewską pasję…  To sprawa też ma się nie tak, jak na pierwszy rzut oka, czy ucha nam się zdaje. Słowo: pasja, w swoim początku mało konotację religijną. Tylko i  wyłącznie taką. Spotykany jest już w XVI wiecznych łacińskich tekstach. Następnie znaczenie to i zakres tematyczny przesiąknęło najpierw jako określenie nabożeństw, a potem do sztuki (malarstwa, czy muzyki) dzieła, których tematem była męka Chrystusa. Dopiero dwieście lat potem, słowo pasja zaczęto określać czynność tę, którą się nie tylko bardzo lubi, ale również wykonuje z zaangażowaniem. I to znaczenie przyszło z Francji. W XIX wieku określenia, o którym tu piszę, używano zamiennie na określenie furii. Szewska pasja, to frazeo(nie)logim, który wiążę się (także błędnie) choć powszechnie  niejako z faktem, takim, że osoby, które szyją buty, w dawnych wiekach musieli wchłaniać (co nierozerwalnie wiązało się z ich profesją) chemikalia, używane do produkcji obuwia, ale to także stereotyp. Spróbuj się uderzyć w palec kilkanaście razy na dzień, i nie zakląć choć raz… A nie, przepraszam, to nowa technika medytacji przecież… Albo masażu. Przecież wtedy szuka się słów wykwintnych i używa z rozmysłem. Jeśli w ogóle… O smoleniu dubów, czy o smaleniu, smoleniu cholewek nie wspomnę, przynajmniej dzisiaj.Ot, takie buty.   Najwyraźniej te, bez których chodzi szewc, bo przecież pożyczył je Vincentowi, nie żądając ani centa za ich wykonanie, albo nie? Ale, czyż nie poznać pana, po cholewach?

[Wiersz Bolesława Leśmiana,pt.  Szewczyk, w wykonaniu Nataszy  Czermińskiej, źródło].

 

344.Trzy w jednym. Trzeci element, czyli REMedium (#12 poniedziałków), (#bo świat jest ciekawy!) [antystresow_nick3].

[Georges de La Tour, The Penitent Magdalene, 1625-1650, Metropolitan Museum of Art, źródło zdjęcia].

[Dla Renyi].

Niech się spełnią wyśnione marzenia, a przynajmniej, to najważniejsze.

Za górami, za lasami, za siedmioma do[linkami], czyli gdzieś w sieci, bardzo, baaardzo… Blisko, albo niesamowicie daleko…eko…eko…Eeee, tam! Tfu, A może już tu? Tu? Czy tam? Czytam.Czytajcie  a znajdziecie, znaczy się, znaczy się opowieścią, wieścią…

Mogłabym tak zacząć,ale gps zgubił trasę, brak zasięgu,  [lack of coverage, czy jakoś w takt] ale napiszę tylko, że [g]lubię  sposób wykorzystania światła i geometrii w obrazach de La Toura,  a opowieść się sama potoczy, toczy,toczy, to, czy to, wysypując worki słów,ów,ów i znaczenia zmęczenia, jak okruchy chleba sypane przez Jasia i Małgosię.

Skupienie i cielesność to wybija się na pierwszy plan, w którym kierunku spogląda kobieta? Czy sięga wzrokiem ponad ramę lustra? Czy w ogóle zdaje się gdzieś sięgać, a może wybiega myślami? Kiedyś, zanim poznałam sposób czytania obrazów, i ich historię bawiłam się także w skojarzenia. Oczywiście można też (do czego wrząco zachęcam) wykorzystać czynność przyglądania się nim jako sposobność do medytacji, rellaksacji. Im dłużej pobędziemy, z treścią jako wzbudzaczem neurlonaliów własnych, tym więcej uda nam się dostrzec i – co równie ważne, wędrówka nasza będzie również soczysta. W językach pochodzenia germańskiego sen i marzenie mają znaczenie synonimiczne i stosowało się je zamiennie. Spojrzenie, to także dziwne słowo,można coś nagle zobaczyć, czyli zdać sobie z tego sprawę, uświadomić, można mieć widzenie, kontakt z ukrytą (dotąd) częścią rzeczy, która staje się oczywistością. Rzeczy[oczy]wistość jawi się w całej [oka]załości. Przeobrażenia wyobrażeń, wrzenia skojarzeń. Obraz, zapach, przeczucie, czucie. Namacalność.Rzeczywist.ość.

Nie wiem, czy Maria, przebywa w przeszłości, przyszłości, czy teraźniejszości. Jest nieprzynależna do czasu i a(tra)kcji deko_racji, chociaż w niej zagnieżdżona, a może żegluje w stronę snu, może i tego na jawie? A może tego, który śniony był przez wiele epok, który hołubiono, ale także się obawiano tak jego jak i skutków. Gdyby spojrzeć na historię literatury holistyczne lwią część zajmuję tematyka śnienia, przywidzeń, wieszczeń. Także i w baśniach. Księżniczka na ziarnku grochu nie może wygodnie zażyć relaksu jaki daje chwila pożegnania się z tym, co przynosi dzienna aktywność,a więc pomyślnie przechodzi próbę, wiele dziewczyn zapada w letarg jest to synonim czasu dorastania, zachodzących przemian, intensywnego wzrostu (przecież nawet w śnie pojmowanym jako biologiczne zjawisko przybywa nam centymetrów). Zatem (a może przed_tem, a może:wtem),  Szekspir czy Salomon? Przykłady i przekłady można mnożyć. Opowiastki dla dzieci, czy liter tura dla dorosłych. (Chociaż te pierwsze są nie tylko dla progenitury).

Sen, krążenie krwi i czasu. Który upływa,niczym woda w kranie… Zużywa zmarszczki myśli i komórki ciała. Antonio de Pereda y Dalgado jest autorem obrazu, który nazywano na różne sposoby: Sen rycerza (albo: Sen kawalera),albo też: Życie jest snem… Ale jest też Śmierć i galant (Pedra de Camprobina), można by pisać, i pisać i pisać i zużywać niezliczone ilości czasu, pikseli, a i tak podobne by było to jak czerpanie wody przetakiem, nie zanurzylibyśmy się nawet po kostki w nurcie sztuki wariantywnej czy somnambulicznej nie zmoczylibyśmy nawet babcinych skarpet. Czas i sen, zestawienie dwóch rzeczywistości, czy dwa jej odbicia, wzajemnie się przenikające?

Albert Einstein powiedział, że czas istnieje tylko dlatego, żeby wszystko nie działo się na raz. Istnienie zarówno poza jak i w czasie, nie jest paradoksem.Osoby zajmujące się fizyką twierdzą, że postrzeganie tego zjawiska jako odcinków przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jest błędne, chociaż bywa i poręczne, bywa i mydlące, tfu, mylące. Na percepcję  i przeżywanie  zjawiska (jakim jest czas) wpływa zarówno koncentracja, emocje, poczucie przestrzeni, czy pamięć nie należy też zapominać, że zaangażowane są w ten proces różne obszary mózgu.Podobnie jak i inne kwestie, tak i on nie mają charakteru liniowego. Przykład? Proszę bardzo.

Liniowe pojmowanie muzyki zostało przypisane (sic!) tej dziedzinie dopiero gdy tworzyli tacy jak Haydn, Beethoven, czy Mozart. Miało to także ścisły związek z rozbudową teorii muzyki.  I to bywa nieoczywiste, choć zrośnięte w postrzeganiu, gdyby się temu przyjrzeć bliżej. Czas i jego pojmowanie bywa różne, zależy od epoki, i co z tym związane,  (w przypadku teorii względności) układu odniesienia. Zanurzenie w sztukę, czy to z bliska, czy z odDali. Skojarzenia są przejrzystooczywiste choć… Śmierć Prokris, już nie jest tak czytelnym przykładem. Czy czy widzimy kobietę, która ucięła sobie drzemkę? Jaki charakter ma owe władanie Tanatosa? Ułożenie ciała niektórych badaczy sztuki wskazuje na to, że nie jest to sen, kobieta się nie zbudzi, zapadła na sen wieczny, a to za sprawą morderstwa. Piero de Cosimo, jak wielu mu współczesnych, korzystał uwieczniając postaci ludzkie ze zwłok, i takowe zostały mu dostarczone, wzmacnia to (czy wpisuję się to w)  wymowę owidiuszowej opowieści, główny motyw to przecież tragiczna w skutkach historia miłosna. Co więcej możemy zobaczyć? Świadectwo czasów alchemicznych, poszukiwań kamienia filozoficznego, chociażby za sprawą pelikana. Faun inaczej zwany Luperkusem, czyli tym, który strzeże przed wilkami, nieobecny w historii literackiej a tu to nic innego jak wyraz dzikiej, nieskalanie czystej siły.  Drzewo to ruch w dwóch kierunkach: z martwych wstawania i nieśmiertelności. A czerwień płaszcza podkreślona także przez umieszczenie na obrazie psa, to odniesienie do Hermesa który był uosobieniem niezmąconej mądrości. To on włada materią, i to on może kreować jej przemiany (o czym świadczy  zarówno umieszczenie na płótnie ptaków i ich wielkość, perspektywa, to nic innego jak metafora lotnej materii). Ruch, wszechobecny ruch, chociaż prawie wszystkie postaci są statyczne. Ruch na i pod powierzchnią widzialności.Zdrapywanie znaczeń, odkrywanie i zakrywanie. Odczytywanie.  Podążanie śladem opowieści.

Również roślinność wydaje się być przerysowana, niejako doklejona, przyczepiona do rzeczy oczywistości, do rzeczywistości. Do  szkieletu ości nieuchronnych skutków. Gdy patrzę na ten obraz to widzę drogę, która wiedzie nie w przód, ani w tył, ale w głąb,a zarówno postaci fauna jak i psa, biorą rzeczywistość w nawias. Zwierzęta na drugim planie ukazują ruch, przemiany, materii. Głębię.

[Śmierć Prokris, Piero di Cosimo, olej na płótnie, National Gallery, źródło zdjęcia].
Zbieżność, czy synergia? Pierwsze z brzegu pytanie: Czy obrazy mogą być akustyczne? W jakiej mierze następuje przenikanie sztuk? I czy ma to coś wspólnego z oczytaniem osoby, która patrzy? I widzi, patrzy i dostrzega. I przeżywa. Czy charakter prywatnego dialogu z muzyką zmieni wiedza jaką posiadam o tym, czego dokonał Hermann von Helmholtz?  Badacz ucha wewnętrznego, a dokładnie uwagę skupił na błonie podstawnej. Dostrzegł, że ta złożona jest z ponad dwóch tysięcy różnej długości włókien, rozłożonych w taki sposób   że przypominają ułożenie strun w fortepianie, włókna te  są elastyczne. A ich zakończenia reagują na dźwięki niejako zbierając je otoczenia i doprowadzając do mózgu. I reagują tak jakbyśmy w uchu nosili harfę. Stąd działanie ucha często było metaforycznie tak właśnie przestawiane. To czego badacz nie dostrzegł to rola płynu, który wypełnia ucho wewnętrzne. To on transmituje drgania błony bębenkowej,oczywiście wiemy o roli jaką o d g r y w a j ą  (sic!) kosteczki (ossicula auditora) znajdujących się w uchu środkowym: młoteczek (malleus), kowadełko (incus) i strzemiączko (stapes).  Wkładają nam do głowy już w szkole, że to najmniejsze kości w ludzkim organizmie, ale nie często mówi się o tym, że  To także jedyne kości, które nie zmieniają swojego rozmiaru przez całe życie człowieka, dlatego, że w momencie gdy przychodzimy na świat są już ostatecznie ukształtowane. W okresie płodowym tworzą się poza „obrębem czaszki” (a dokładnie są ukształtowane z łuków skrzelowych). Skojarzenie z rybami jest tu jak najbardziej na miejscu, z tą różnicą, że u nich kostki podtrzymują skrzela, a u nas wędrują ku środkowi głowy, aby ostatecznie stać się częścią aparatu słuchowego ( złożonego z ucha zewnętrznego, ucha środkowego oraz ucha wewnętrznego). Powróćmy do tematu, przewodniego, chciało by się rzec (albo napisać, w tych okolicznościach przyrody) motywu.

O harmonii, wszelakiej, tej dotyczącej ciała, złotej proporcji, matematyki i dźwięku wspominał już Pitagoras. Skojarzenia, których doznał Helmholtz z fortepianem, pewnie dlatego podszepnął mu mózg, że gdy jako żak wyjeżdżał był by podjąć studia lekarskie,wziął ze sobą ten właśnie instrument, i pomimo obowiązków jakie wiązały się ze studiowaniem, grywał na nim  przynajmniej godzinę dziennie. Zauważył, że każdemu tonowi towarzyszą dźwięki wyższe (zwane harmonicznymi albo inaczej alikwotami).  To nie jest tak, że struna drga jednostajnym dźwiękiem, można powiedzieć (upraszczając kwestię) że mamy dźwięk podstawowy, on służy do określenia wysokości, i równocześnie możemy rozpoznać, dźwięki towarzyszące które nasączają wysokość dźwięku barwą. Przyjrzał, a może bardziej trafne określeniem było by przysłuchał się wszystkim alikwotom w które wyprodukowali ludzie grywający w orkiestrze. Sztuka i nauka splatają się niczym nerwy wzrokowe w organizmie człowieka. Warstwy. I wieczny ruch. Prospero w szekspirowskiej Burzy wypowiada kwestię Życie to chwila jawy między dwoma snami, tak więc i tu kolejna warstwa. Sen. Spójrz proszę, czy i Maria Magdalena nie śni? Czy to nie jest punkt, od którego zaczęliśmy opowieść wieść? Wejść do tego świat(ł)a…

[Noc. Grzegorz Turnau, Zbigniew Preisner, Głosy, źródło nagrania].

Czy wiesz, że nieprzerwany sen sławetne osiem godzin spoczywania w łóżku, to wynalazek bardzo świeży? Onegdaj sypiano inaczej, a wiązało się to z tym, że nie mieliśmy do dyspozycji sztucznego światła (Psyt, iskierka zgasła). I nie chodzi tylko o to, że chodzono spać z kurami, czy innymi owcami, ale o to, że zażywano snu na raty. W nocy urządzano np uczty, albo spotkania recytatorskie. Czy wiesz, co to jest podkurek, albo doświtek? To nic innego jak rodzaj posiłku nazwa określa porę spożywania (przed pierwszym pianiem koguta). Pierwsza transza snu trwała około trzech godzin, potem biesiadowano,albo modlono się, albo zacieśniano relacje (i tu mam na myśli wszelkiego rodzaju, od prowadzonych biesiad, po spółkowanie i płodzenie potomstwa, bardzo często w podręcznikach medycznych pisanych w  XVII wieku zalecana była ta pora płodzenia) przez około dwie godziny, by następnie znów pożegnać się z jawą, aż do świtu. Tyle, że tu nie chodzi o korzystanie, bądź nie prywatnie z wynalazku elektryczności. Jedna kwestia to stosowanie różnego natężenia i różnej barwy sztucznego światła, a druga, to oświetlenie miast. Przeszkadza ono nie tylko entuzjastkom i entuzjastom astronomii.  Bywało tak przed rewolucją przemysłową, a więc rozpatrując historię ludzkości jako continuum bardzo niedawno spano na raty.Tak jak ładowanie baterii w urządzeniach elektronicznych.

Oczywiście, jak to bywa z innymi przykładami czynności tak i w tym przypadku wraz z nią dostajemy cały pakiet wierzeń i przesądów i praktyk. Na Wawelu można zobaczyć (ale już nie dotknąć, jak to w muzeum bywa) bardzo maleńkie łóżka królów. Dlaczego, bynajmniej nie z racji braku funduszy, albo puszczenia z dymem zamku (co zdarzyło się Zygmuntowi Wazie) A dlatego, że władcy sypiali na siedząco. Tak, na siedząco (a Masajki Masajowie na stojąco). Ci pierwsi bali się bowiem, że gdy oni są we władaniu Tanatosa, rychło umrą. To przekonanie było bardzo powszechne: sen jako brat śmierci, nawet medycy tak ujmowali seans, sens rzeczy. Nie jest to dziwne, dlatego, że zachowanie pacjentki/ pacjenta w czasie snu naprawdę niewiele wnosi. To co najważniejsze ukryte jest dla oczu.

W 1869 roku została opublikowana książka  Cooke‚a pt: Siedem sióstr snu, autor przedstawia tam wyniki ówczesnych badań nad siedmioma głównymi narkotykami świata. (a były nimi, zależnie od regionu geograficznego,: tytoń, opium, konopie indyjskie, orzechy betelu, koka, bieluń,  i… Muchomor czerwony, nie pisał o alkoholu. Autorka tego blogu, jest przeciwna używkom (!) Bardzo często przywoływane są takie postaci jak Witkacy, czy Carroll jego Alicja w krainie Ciar_uff, czarów. Sen i widzenia, mary, czary, przywidzenia i powidoki to szeroki nurt literatury. Przez delikatność nie wspomnę o romantyzmie czy młodej polsce. W tym czasie jesteśmy sami ze sobą, do tego bez broni. Zwierzęta często śpią z przerwami (często te z nich, które są zagrożone ze strony drapieżników).

Teraz gdy dysponujemy techniką, owe znaki snu, jeśli występują, stały się dla nas czytelne, bardziej cielesne, namacalne, przejrzyste, niezaprzeczalne, oczywiste. Prawdziwą rewolucję w dziedzinie badań nad snem to cenzura jaką stanowi wynalezienie encefalografu (z języka greckiego enképhalos – mózg, gráphō – piszę) a więc i  metody,której użycie pozwala na zbadanie i/lub zdiagnozowanie bioelektrycznych czynności mózgu. Dlatego też odkryliśmy, że sen ze swej natury  jest zjawiskiem niejednorodnym, ale też jest  bardziej  skomplikowanym, niż to się wydawało na pierwszy rzut oka (sic!). Jednocześnie do dziś nie wiadomo, dlaczego tak naprawdę śnimy, jest wiele hipotez, wiele szkiców, ale żadnej wiążącej i ostatecznej odpowiedzi. Jedną z najbardziej popularnych jest to, że jako ludzie potrzebujemy czasu w którym następuje  konsolidacja nabytych umiejętności, tych, które opanowanie ćwiczyliśmy/ ćwiczyłyśmy poprzedniego dnia (dlatego tak ważne jest wysypianie się podczas sesji egzaminacyjnej na studiach), czy tworzenie wspomnień. Taki zapis na twardy dysk. Także jest jakieś czucie i wiara w uczeniu się przez sen, ale nie w takim kształcie jak to się propagowało (podkładanie książek pod poduszkę) albo/i używanie programów i taśm z nagraniami słówek w języku (tak samo jeszcze) obcym.

Cykl naszego funkcjonowania wyznacza zegar biologiczny,niektóre osoby zajmujące się nauką i badaniami nad snem twierdzą, że dysponujemy więcej niż jednym takim zegarem. Niezależnie od tego, którą z perspektyw przyjmiemy możemy być pewne i pewni, że zegar(y) połączony/e są z centralnym układem nerwowym, z mózgiem. W ten sposób następują regulacja procesów biologicznych a także układów wewnętrznych związanych z gospodarką hormonalną organizmu, temperaturą ciała, koncentracją, nastrojem, czy przemianą materii. Co więcej, nasz cykl snu i czuwania pokrywa się z ruchem ziemi. Inaczej przebiega u dzieci, u nastolatków (nie dziwne, że często spóźniają się na lekcje) i osób dorosłych,czy seniorów.

Na jego jakość wpływają czynniki zewnętrzne takie jak (nie)obecność światła naturalnego, nawyki wytworzone i wdrożone w cyklu życia. Nawyki, czyli czynności wykonywane rutynowo, które jednak pozostają pod naszą kontrolą. Zalecenia, odnoszące się do higieny snu mogą wydawać się proste, ale ich wdrożenie już takie nie jest.

Chociaż każda osoba ma określony chronotyp i wedle niego działa (jesteśmy skowronkami, sowami, albo posiadamy zestawienie ze sobą dwóch typów, czyli typ mieszany) to możemy zaobserwować, że najwyższe ciśnienie krwi mamy w okolicach godziny osiemnastej trzydzieści (nie wspominam o sytuacjach gdy to szef/owa, zwierzchniczka, zwierzchnik, lub inny osobnik homo sapiens przyczyni się do podwyższenia tegoż) najlepszą koordynację ruchową można zaobserwować około godziny czternastej. Mówimy tu o osobach dorosłych, i oczywiście godziny te mają charakter punktów orientacyjnych. Najlepiej jest więc pobyć przy sobie i poznać swój organizm. Niemniej,występują prawidłowości,i obserwując swój sposób funkcjonowania można zauważyć, że około godziny szóstej po południu do wpół do siódmej mamy najwyższe ciśnienie krwi, a o wpół do czwartej nad ranem mamy najniższą temperaturę ciała (nie dziwi ten fakt, gdyż najefektywniejszy sen mamy od drugiej w nocy, do właśnie, trzeciej). od szóstej trzydzieści ciśnienie krwi wzrasta, około ósmej organizm zaczyna produkować melatoninę około czternastej mamy najlepszą koordynację a o piętnastej trzydzieści najlepszy czas reakcji. Można odnaleźć prawidłowości, ale i tak należy słuchać siebie. Swojego chronotypu.

Tak naprawdę nie robimy się nagle senni nagle, potrzeba, chociażby zażycia drzemki narasta wraz z upływającym czasem, chociaż tak, możemy dostać nagły zastrzyk energii. I tak osoby, które mają nie normowany czas pracy, albo pracują na zmiany, mogą potwierdzić, że tak jak nie da się wyspać na zapas (raz niewyspana noc przepada), tak nie da się jej także odespać, trudno jest dlatego, że wtedy działamy w sprzeczności ze swoim zegarem biologicznym. Jeśli pracujemy rano i kładziemy się spać nocą możemy zaobserwować tworzenie się „okna snu” nocą najbardziej efektywny czas to między drugą a trzecią, tak jak pisałam, ale jest także drugie okno, jeśli odczuwasz senność wczesnym popołudniem (jeśli jesteś skowronkiem) albo nieco później (jeśli jesteś sową).

Kiedyś spędzano czas inaczej, zażywano więcej ruchu (albo po prostu, wskutek pracy, i /lub braku praw pracowniczych) było się do tego zmuszoną/zmuszonym, nie było technologii, nie było także produkowanego niebieskiego światła. Nie chodzi o to, że jest ono złe, chodzi o to, że zaburza ono naturalny rytm naszego organizmu, powoduje, że jesteśmy spięci/spięte, nasza uwaga ciągle w gotowości, jeśli śpimy to jest to sen śmieciowy. Tak jakbyśmy ciągle napychali swoje żołądki „jedzeniem” z fast foodu. Do tego jesteśmy tak z urządzeniami wszelakiej maści zrośnięci, że (chociażby) spacerując mamy telefon/tablet/komputer przy sobie, mało tego słuchawki na uszach, a przynajmniej zawsze gdzieś w pobliżu. Jeśli nauczymy się wychodzić bez urządzeń, wstawać przy analogowym (sic!) budziku, a nie WszystkomającymNiekoniecznieSmartAleFonie to jakość naszego życia wzrośnie. Jeśli korzystasz z urządzeń elektronicznych wieczorem, nie idź od razu spać, można to zrobić przed toaletą wieczorną, tak żeby nie pobudzać się do spirali myśli.

Chcąc zainwestować w swój sen, pomyśl o nim jako o następujących po sobie cyklach dziewięćdziesięciominutowych. (Taki jeden składa się z czterech do pięciu faz) jeśli musisz wstać wcześniej, to wstań dziewięćdziesiąt minut wcześniej, wtedy będzie to mniej uciążliwe. Mózg człowieka lubi rutynę. Pamiętasz gdzie ostatnio  położyłaś/ położyłeś klucze? Jak wychodzisz z domu to ubierasz najpierw prawy, czy lewy but? Zastanawiasz się, bo przecież robisz to odruchowo, a no właśnie tak samo z rytmami snu i przebudzenia, warto nauczyć się wyliczyć ile potrzebujemy cykli snu, by czuć się wyspanymi, i odmierzać czas właśnie cyklami, a nie godzinami przespanymi. Do tego zacząć przywiązywać wagę do tego jakie rytuały towarzyszą nam przed snem i po spaniu w ciągu magicznych dziewięćdziesięciu minut, tak to wymaga samoobserwacji i zaangażowania, możemy się o sobie wiele dowiedzieć. Jeśli jestem sową i nie lubię ani robić śniadań, ani nie odczuwam od razu głodu, jem coś co nie angażuje mnie na długi czas, wrzucam do blendera dwa banany, miętę, i mleko i popijam sobie koktajl, dopiero drugie śniadanie, gdy organizm się rozbudzi jest bardziej treściwe. Jeśli zauważam, że mam problem z zasypianiem, rezygnuję z angażujących emocje filmów i ciężkich rozmów (oczywiście, są wyjątki)  i kawy (wiem, wiem co pisałam o kawie nadal ją bardzo lubię- choć kofeina zostaje w organizmie sześć godzin po wypiciu filiżanki, a zaczyna działać pobudzająco dopiero po dwudziestu minutach od wypicia). Faza nRem snu, to ta w której organizm regeneruje zarówno tkanki jak i psychicznie odbudowuje, faza Rem dodatnio wpływa na kreatywność, ale nie zapominajmy, że sen jest z natury polifazowy i potrzebujemy przechodzenia od faz płytkiego snu, głębokiego i do wybudzenia, to jest system naczyń połączonych. Gdy noc trwa nasze cykle też zmieniają charakter coraz krótsze są te, w których doświadczamy płytkiego snu, coraz dłuższe w fazie REM.

[Kołysanka o niedoli, Wiedźmin 3 Dziki Gon, źródło nagrania].

Co pomaga zasnąć (czyli oczywiste oczywistości na senne przypadłości):

Sen to nie wyabstrahowana przestrzeń i czas w rzeczywistości, to nie jest poświęcenie jednej trzeciej naszego życia na nieproduktywne działania.   Co pomaga zasnąć i dobrze wstać:

  • poznanie swojego chronotypu, i działanie w zgodzie z nim, nawet jeśli częściowo dostosujesz się to będzie to i tak dużo. Wiedząc, że jesteś sową możesz np w pracy przysunąć biurko bliżej naturalnego źródła światła, jeśli masz wybór za rzeczy bardziej wymagające nie brać się natychmiast po przyjściu, przygotować śniadania wcześniej. Jeśli jesteś skowronkiem odwrotnie, kwestie skomplikowane brać na warsztat jak najwcześniej. Umówić się z osobą, z którą jesteś w związku, że wolisz przygotowywać poranne posiłki, zamiast kolacji.
  • zadbaj o stałą godzinę pobudki, z zasadą pięciu (lub czterech- to zależy od preferencji) przespanych cykli snu
  • zadbaj o to, by łóżko kojarzyło się z dwoma rodzajami aktywności (obie zaczynają się na literę es :))  Łóżko także nie jest tak starym wynalazkiem jak się wydawać mogło, na początku spano, albo na podłodze, albo na ławach, które służyły także do (niewygodnego siedzenia) przy stole podczas posiłków, luksusem było posiadanie stodoły, ale Ad rem! Nie czytaj (chociaż z lekturą przed spaniem to sprawa sporna), nie roztrząsaj dnia następnego. Jeśli mieszkasz w kawalerce i nie możesz wydzielić innej przestrzeni do spania, a na przykład lubisz czytać przed snem, to po tym jak już skończysz obcować z tekstem, zgaś światło, wyjdź na chwilę np umyć zęby, do pomieszczenia łagodnie oświetlonego i wejdź znów do ciemnego pokoju, mózg odbywa podróż ze światła do ciemności, naturalny kierunek ku zapadnięciu w sen.
  • naucz się relaksować, medytować, wyciszać, zaproponuj sobie rytuał wyciszania (a może zaproponuj swój sposób?) możesz się rozciągać, ale z ćwiczeniami ostrożnie one pobudzają do działania, dlatego lepiej je wykonywać po przebudzeniu. Ważne jest pierwsze dziewięćdziesiąt minut po pobudce i dziewięćdziesiąt minut przed zaśnięciem.
  • ostatnią kawę pij do godziny siedemnastej jeśli ją w ogóle pijasz, jeśli cierpisz na bezsenność, zrezygnuj z tego napoju.
  • nie odsypiaj w weekendy, ani nie śpij dłużej to tylko rozstraja organizm,oczywiście można zafundować sobie piżamowy dzień, ale to co innego niż spanie do trzynastej. Można wstać o stałej porze, a potem znów powrócić do łóżka. Brzmi to być może kuriozalnie, ale pozwala uniknąć roztrojenia organizmu.
  • stosuj w ciągu dnia przerwę od technologii,choćby miało być to tylko pięć minut (potem stosownie wydłużaj ten czas). Ta już tak wrosła w nasze życie, że nawet jej nie zauważamy. Jeśli biegamy, dysponujemy elektroniką, która mierzy i podpowiada, mamy wszystko smart, ale coraz to mniej w życiu art, mniej sztuki życia, więcej sztuki przetrwania (a może tylko/ aż[?]trwania?);
  • jeśli korzystasz z drzemek to idealnym czasem będzie pół godziny, albo półtorej (chyba, że sypiasz nieregularnie to wtedy zrezygnuj z nich). Pamiętaj, że kofeina zawarta w kawie zaczyna działać dwadzieścia, albo nawet trzydzieści minut po tym jak jak ją się uraczymy;
  • dbaj o ciszę, stosuj dietę bogatą w przetwory mleczne, jedz w sposób regularny, lekkostrawne posiłki wieczorem, nie kładź się głodn-a/y ani z uczuciem przejedzenia
  • miej optymalną do spania temperaturę w pomieszczeniu do dwudziestu jeden stopni, w którym się kładziesz (może pomóc letni prysznic tuż przed snem), i przewietrzone pomieszczenie (uwaga na komary w okresie letnim, podczas okresowych upałów nie otwieraj okna popołudniu, tylko rano i wieczorem);
  • pracuj z ciałem, przede wszystkim go słuchaj, gdzie gromadzą się napięcia (gwarantuje Ci, że one się zbierają) ?
  • jedź śniadania, i pij wodę (mogą być też koktajle, zupy, czy inne mięty z cytryną) małymi łyczkami;
  • mózg lubi nawyki, zgodnie z cyklem dziewięćdziesięciominutowym snu określ swój czas pobudki, i trzymaj się tego, nawet w dni wolne od pracy;
  • Korzystaj z „analogowego” budzika, naucz się wstawać zaraz po tym jak zadzwoni. Nie korzystaj z zegarka wbudowanego w telefon, najlepiej gasić go na noc, jeśli nie korzystać z godzin ciszy, to włączyć wibrację i wynieść do innego pomieszczenia.
  • miej dobry materac, wietrz pościel i regularnie ją pierz;
  • jeśli nie potrafisz usnąć w przeciągu dwudziestu minut, wstań i zajmij się czymś, nie leż próbując usilnie zasnąć;

Wprowadzenie małych zmian, może znacząco wpłynąć na komfort snu, nie, nie na komfort życia, przecież sen jest także jego częścią, istotną. Tak np spisywanie „kwestii do załatwienia” i (oddzielnie) planowanie dnia następnego. Traktowanie tych dwóch kwestii rozdzielnie może wprowadzić ład i ujarzmić myśli, tak by nie kłaść się z dniem następnym do łóżka.

Tak naprawdę, choć rozczepiliśmy atom, byliśmy na księżycu, i odkryliśmy nie jedną Amerykę to nie wiemy dlaczego sen jest nam potrzebny. Jest niewiele kwestii które nas łączą nie tylko jako ludzi, śpią już organizmy bezkręgowe, to jak śpi to zależy jakiego rodzaju ma fotoperiod nocny, czy dzienny (tak jak np człowiek). Ciekawym przykładem jest przykładem ssaków morskich [sen delfinów używają do tego połowy mózgu, czy foki uchatki, które mogą spać dwadzieścia godzin na dobę].

Chociaż różnica między zapotrzebowaniem na sen się różni, autor teorii względności jeśli nie przespał dwunastu, no, jedenastu godzin czuł się źle, Napoleonowi, wystarczyło tylko kilka godzin. Fazowa aktywność spoczynkowa mózgu, to określenie czasu snu, można go podzielić na dwie fazy nonREM (regeneracja biologiczna, zasypianie, czas między snem, a czuwaniem, sen płytki) i stadium REM (jest to bardzo aktywny rodzaj snu, w którym aktywność mózgu można zmierzyć zużyciem tlenu i glukozy, i uwaga, jest ono momentami większe niż gdy jesteśmy na jawie zniesienie napięcia mięśniowego,pojawienie się marzeń sennych, następuje szybki ruch gałek ocznych, tutaj przeżywamy swoje doświadczenia, marzenia, pragnienia i lęki na poziomie neurobiologicznym bardzo mało wiemy o śnie wiemy, że następuje konsolidacja śladów pamięciowych).

Ze względu na udział fal wolnych sen podzielono na cztery podstawowe stadia. Pierwsze trzy wchodzą w skład fazy NREM, natomiast czwarta to faza REM (sen atawistyczny po przodkach):

  1. stadium pierwsze, w którym świadomość bodźców docierających ze środowiska stopniowo maleje, w zapisie EEG pojawiają się wolne ruchy gałek ocznych, znikają fale alfa, a dominują te o częstości 2–7 Hz o amplitudzie nie wyższej niż 75 μV
  2. stadium drugie, można rozpoznać po tym, że bodźce zostają bez odpowiedzi, można też zaobserwować występowanie  wrzecion snu  (czasami nazywane są falami sigma) i zespołów K;
  3. stadium trzecie, podczas badania polisomnograficznego, takim badaniem jest np EEG w od 20–50% czasu zajmują fale o częstości 2 Hz lub wolniejsze o amplitudzie nie mniejszej niż 75 μV;
  4. stadium czwarte, pięćdziesiąt procent jego treści to fale wolnych o amplitudzie powyżej 75 μV.

 

Nie da się wyspać na zapas. Po deprywacji snu (wymuszonej bezsenności) więcej jest stadium trzeciego i czwartego, sen nie jest dłuższy, ale jest inny (proporcje faz i ich kolejność). Sen to jestem nadal ja, ale w innym stanie. Nie mogę się za kogoś wyspać. Relaksuj mózg przed snem. Zrób swoisty masaż neuronnaliów.

Zadanie dla osób chętnych:

  1. Co dostrzegasz na obrazie de la Toura? Opisz, zobacz.
  2. Przyjrzyj się swojej higienie snu, co możesz zmienić? Wprowadź jedną zmianę, ale zrób to dzisiaj.

I tu zbiegły się wszystkie nitki naszej opowieści, uprzedzałam, że będzie długo

Smacznego, treściwego snu, życzę.

[338]. []Uwaga o wadze, czyli…Nie tylko o humorach.

Jeśli Ktoś/ia spodziewa się sążnistego artykułu, w rozwiązku z obietnicą, to nie tędy bieg (na orientację) co najwyżej na skróty, nie mylić ze skrótowcami, mamy grypoobieg, i zacieśnianie zażyłości i innych ości z łóżkiem, dlatego  plany zeszły na ten drugi, mniej widoczny kadr, w związku z tym nie mam zamiaru dać plamy. Ale by nieco sobie potańczyć na przykład taki wojskowy kadryl, i chociaż po chrzęści części zacząć wywiązywać się z (po)danego słowa będzie o nich właśnie mowa, czyli to i owo językowo. Z przymrożeniem czcionki. I wagi. Przywiązywania do tegoż. I uwagi, ależ, ależ…

Jeśli już jesteśmy przy niemocy, to zastanówmy się, czy mówi się kasłam, kaszlę, smarkam, czyli smarczę? Jeśli chodzi o odpowiedź na pierwsze pytanie: o trzech czasownikach oznaczających tę  czynność. Przestarzały mamy do wyboru:kaszlać, kasłać i kaszleć, wszystkie są poprawne, z zastrzeżeniem, w starannej polszczyźnie preferowany jest kaszleć. Kasłać odmienia się tak jak czasownik czytać, Inaczej ma się rzecz ze  smarczeniem, jest to forma niepoprawna, jeśli już określać inaczej wydmuchiwanie nosa, to tylko smarkać. Nie uświadczymy w słownikach bezokolicznika smarczeć. Jednak słowo smarkać możemy odmieniać na dwa sposoby. Wyboru nie mamy jeśli chodzi o udrażnianie i udrożenie np górnych dróg oddechowych. To już całkiem inna histeria, histeoria, teoria, znaczy…  Tak, tak, doskonale rozumiem, że można nie być w sosie, gdy zważymy na wszelkie reguły rządzące językiem. Zaraz, zaraz (i nie chodzi o bakterię, ani baterię)* czy wiemy skąd wzięło się to powiedzenie? Jeśli się przyjrzeć bliżej można zauważyć, że ma wiele wspólnego, z ludzkim ciałem, opisywanym przez Greków, następnie  wierzenia  przejęli ludzie żyjący w  średniowieczu. Drzewiej wierzono, że zdrowie człowiekowi zapewnia homeostaza czterech płynów- czyli humorów,które znajdują się w  ciele mianowicie: krwi, zażółci, czarnej żółci, i flegmy,tak uważał już Hipokrates, ( cenił sobie także praktykę lekarską, obserwację i zachowanie zdroworozsądkowego osądu, a nie tylko odwołanie do sił wyższych, czy nazwewnictwa) to on nazwał płyny humorami a że zauważono również podobieństwo między śluzem, a sosem, i przekonaniami, że humory (sic!)  oddziałują zarówno na nastrój człowieka jak i jego/ jej temperament, konotacja była logiczna.  Takie to mamy somatyczne rozprzestrzenienie i ślady w języku, o czym pewnie szerzej napiszę jak rozstanę się z choróbskiem. Język, cóż za fascynujący temat! Niemniej, teraz o innym języczku.

Języczek u wagi.    Chociaż bardzo często w Internecie można zauważyć błędną pisownię tego wyrażenia jako: języczek uwagi, to tylko ta pierwsza jest poprawna. Nie chodzi o uwagę, a o wagę, i to tę starą, szalkową, gdy spojrzymy w ten sposób na to wyrażenie, wtedy to jego znaczenie stanie się dla nas jasne. Mówimy o języczku u wagi,wtedy, kiedyy to pozornie nie znaczący czynnik może zyskać kluczowe znaczenie, to jest przechylić (nomen omen) szalę, Jak wiemy między dwoma takimi (szalami)* znajduje się strzałeczka, ona wskazuje przechylenie. Nici z szukania (i znajdowania) tu uwagi, no chyba, że w sposób niepoprawny użyjemy zwrotu, o którym mowa, wtedy możemy zyskać na uwadze, a raczej stracić, zostaniemy bowiem zapamiętane jako osoby, które w sposób niepoprawny posługują się językiem… Niezależnie od stażu, czy czynią to…

 

Rok czasu, miesiąc czasu, tydzień czasu, itd. To popularny (niestety!) pleonazm. Pleonazm to takie wyrażenie, które zawiera w sobie już definicję, inaczej pisząc, masło maślane. Przecież nie mówimy, kilometr odległości, a określenie tydzień, miesiąc, czy rok zawiera w sobie już przypisany czas, wiemy, że tydzień trawa siedem dni, a rok ( w zależności, czy jest przestępny, czy nie) trzysta sześćdziesiąt pięć, albo sześć.Jest jeszcze jeden hahahaczyk, są zwroty pleonastyczne, takie, których nie uważamy, na pierwszy rzut oka, lub ucha za błędne, a jednak! Używamy ich wtedy gdy chcemy zaakcentować sens tego, co mówimy przykładami są: cofnąć się do tyłu, zjechać windą na dół, iść na piechotę, krótka chwilka, wirus HIV,panaceum na wszystko, ale… Nie będę wskazywać palcem…. Przejdźmy do następnej kwestii.

Rożen, znany od szesnastego wieku, na początku oznaczał nic innego, jak palec (wskazujący) dopiero potem takie narzędzia jak szpadę, czy ostrokół, czy pręt na które nabijane zostało mięso. Niezależnie od zmieniającego się znaczenia, rożen zawsze był rodzaju męskiego, wyrażenie to rożno zatem jest błędne. Ale dlaczego tak się dzieje? Wyrażenie to znane z literatury, i to wcale nie najnowszej, zostało przeniesione i przy okazji zdeformowane. Kto/sia nie pamięta błędnego wyrażenia kiełbasa z rożna, tak popularnego w ubiegłym, już, wieku? Język jest tworem żywym, i pewnie za jakiś czas, używanie słowa rożno, stanie się normą, na razie tak nie jest… Psyt, to na tyle dziś opowiastek owych. Garść słów. Znaczeń i oglądów.

 

A Twoje ulubione powiedzenie, zwrot? A może o czymś Chciałabyś, Chciałbyś przeczytać?

*nie mylić z  garderoby, w liczbie mnogiej. 🙂

[(292+1)+1][314][(314)+1)+1]. (#12 poniedziałków:) Kobieta w czerni, albo pożegnanie z Marią.. Część trzecia (prawdopodobnie) ostatnia.

[Przedostatni walc, Wojciech Młynarski, źródło nagrania].

Skrócony odnośnick do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1ei

Wiele krojów czcionek i inkaustu nie jednego haust zużyto by pisać o razach (nie od- ani u-) pierwszych, ale jak może smakować robienie czegoś po raz ostatni? Jeśli oczywiście, mamy tego świadomość. Zasypiamy się i budzimy ze świadomością tego, że jeszcze tyle czasu przed nami, że tętno i krew będą krążyć, że zobaczymy kolejny zachód słońca, a wschód pewnie prześpimy w ciepłym śnie o lepszym jutrze. Jest tylko dzisiaj, i wspomnienie wczoraj, i nadzieja na jutro. Jest tylko dzisiaj. Jest teraz. Ta chwila. Tylko ta chwila. Nie ma innej.Ta chwila.

Z drugiej strony, warto sięgnąć w przeszłość. Być może kiedyś trzymał/aś/eś w ręce kalejdoskop. Jak byłam dziewczynką fascynowała mnie tańcząca geometria. Warto odkurzyć historię. Zatem pomni i pomne, tej wiedzy usiądźmy przytomnie w wieści opowieści co tyle treści w sobie mieści. (dla osób nie czytających wcześniej: część pierwsza, część druga):

[Stephen Hawking].

To, że Maria i Piotr Curie oraz Ernest Rutherford konkurowali, albo inaczej brali udział w wyścigu wiadomo, i tak to dyskutowali na łamach czasopism naukowych, powtarzając swoje doświadczenia (małżeństwo Curie nawet użyczyło swojemu konkurentowi próbkę destylatów toru i radu, dałby radę go nabyć -choć za uiszczeniem wysokiej opłaty— we własnym zakresie).  Za niedługo, bo w 1903 roku Maria obroni swoją pracę doktorską. Podobnież była pierwszą kobietą we Francji, która uzyskała ten tytuł. W tym to czasie Piotr w kieszeni swojej marynarki nosił bromek radu… Napisać, że promieniał szczęściem, to była by hiperbolizacja. Teraz już wiemy, że nie było to bezpieczne rozwiązanie. I on także to wiedział.

Jak wiadomo, siedem lat wcześniej, (1896 roku) umiera Alfred Nobel a pozostawionym przez niego majątkiem będzie zarządzała Szwedzka Akademia.  Gdy rodzinie milionera podważenie ostatniej jego woli się nie udało, czas przyszedł (i pozostał) na przyznanie pierwszych nagród. O pierwszej nagrodzie z fizyki już pisałam, ale fakt na który warto zwrócić uwagę, i co znamienne rok później, Nagrodę otrzymali Pieter Zeeman i Antoon Lorentz za badania nad wpływem magnetyzmu na zjawisko promieniowania, a przygotowanie do tychże badań, czyli cały szereg mrówczych prac (o czym się już nie wspomina) wykonał nie kto inny jak… Piotr Curie.  A on jedynie został nominowany do otrzymania tej nagrody… Zwykło się mówić (choć o przy i słowiach już było), że co się odwlecze to nie uciecze… No, chyba, że jest się kobietą… Poza tym, że Maria została wymieniona w liście, który był glejtem do otrzymania Nagrody Nobla przez Panów Piotra i Henriego, to zostały tam zamieszczone zmodyfikowane fakty, dotyczące odkrycia dwóch pierwiastków radu i polonu. No, a to co wykonała Maria, to przecież fakty, o których wie każdy naukowiec, który jest zorientowany w materii, z którą ma do czynienia, czyli… Nic wielkiego.  Najbardziej zdumiewające było to, że wśród sygnatariuszy listu znalazł się Lippmann, dla którego Maria była tylko ubożuchną studentką, z dalekiego (i to nie istniejącego) kraju. O całej sytuacji to jest znieważeniu Marii powiadomił Piotra Magnus Gosta Mittag-Leffler znany matematyk. Piotr zaś odpowiedział, że wkład Marii jest równoważny i jeśli tylko panowie zostaną nominowani do Nagrody Nobla, on tejże nie przyjmie. I tak dzięki zabiegom niemieckiego Matematyka i oporowi Piotra Maria także uzyskała Nominację . Oczywiście nie przeszło to bezkolizyjnie, niektórzy członkowie komitetu mieli protestować zasłaniając się względami formalnymi, to jest wcześniejszemu sporządzeniu dokumentu, ale dzięki temu, że Maria była już wcześniej (i to dwa razy) nominowana do otrzymania nagrody stało się możliwe skorygowanie  treści dokumentu.

I tak d o c e n i o n o jej wkład za zapoczątkowanie nowych badań w dziedzinie fizyki, wytrwałość, oraz niezwykłą doskonałość metodyczną. Curie odkryli zjawisko promieniotwórczości.  To, że Piotr się zbuntował, i nie zgodził się na pominięcie wkładu żony, to jedna sprawa. Małżeństwo Curie przyjęło nagrodę (chociaż  podział finansowy nie był sprawiedliwy bo potraktowano ich jako jedną osobę) to już budziło zdumienie w środowisku naukowym, ale to, że odmówili przyjazdu do Szwecji… (Ha! Bob Dylan nie był pierwszy, który wywinął taki numer…Przed nim była Polka! Nasza RADaczka!) Ale dosyć żartów, tu chodziło o sprawę poważną. Naprawdę. Maria znów ma nawrót depresji. Zeszłego lata, poroniła (o czym się nie mówi, w zasadzie o wielu aspektach życia naukowczyń się nie dyskutuje, nie tyle, by roztrząsać prywatne sprawy, ale dla nauki właśnie, wyciągania wniosków etc). Nie, to nie skutek choroby popromiennej. Śmierć ukochanego ojca, potem dziecka, następnie niedożywienie,zmęczenie i praca, czyli powtórka znanego scenariusza, to wszystko odbiło się na stanie zdrowia Polki. Becquerel sam odbierał nagrodę, która podówczas, nie była tak znana jak dzisiaj.

Roztargnienie jest niebezpieczne tak samo w laboratorium jak i na ulicy, o czym przekonał się Piotr Curie i jego żona. Czwartek dziewiętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset szóstego roku padało rzęsiście. Toczy i tłoczy się życie na przejściach dla pierwszych, drugich i trzecich pieszych w kolejce po śmierć. Louisa Manina, woźnicę feralnego tłum chciał (i o mało swojej obietnicy nie zrealizował) zlinczować w odwecie. Nie, nie dlatego (a przynajmniej) nie tylko dlatego, że dowiedziano się kto zginął pod kołami szaleńczo mknącej dorożki.Paryż, jak i w ogóle Francuzki i Francuzi byli podminowani sytuacją gospodarczą. Nastroje, eufemistycznie rzecz ujmując były wybuchowe, a rzecz uściślając strajk goni strajk, wreszcie zaczyna się mówić o warunkach pracy, braku zaplecza socjalnego etc. Warto sobie przypomnieć o jednej rzeczy zaczęto pisać o koncepcji dzieciństwa, jak je dzisiaj pojmujemy w tysiąc dziewięćsetnym roku. Drzewiej dziecko to taki mały dorosły. Dzieci pracowały w kopalniach, w warunkach trudnych do wyobrażenia. [Stąd też w baśniach pisze się o krasnoludkach, to dzieci, skarłowaciałe, które nie mają szans, na to by prawidłowo rosnąć. Nie mówiąc już o odżywaniu się, radości, czy zabawie. (O czym już w wspomniałam)] zabezpieczenia społeczne, warunki pracy. I to bardzo ważne aspekty życia społecznego, które teraz są podnoszone przez mieszkańców, zwłaszcza, że a) nie tak dawno  na łamach prasy, z każdej szpalty wrzeszczały tytuły o wypadku pod ziemią, b) ministerstwo spraw wewnętrznych zyskało nowego kierownika. Gdyby istniała wtedy chociażby telewizja, na miejscu byłyby wszystkie ekipy, a i wykonywano by symulację wypadku. O czym myślał wtedy Piotr? Czy wypadki (sic!) potoczyły by się (sic) bezpieczniejszą drogą, gdyby wracając ze spotkania z profesorami nauk ścisłych, zastał jednak swojego wydawcę, do którego wstąpił? Gdyby nie ten strajk pracowników drukarni… Redaktorzy nie mieli by o czym pisać. Jean Perrin mówił, miał mówić później, że gdy przekazał hiobową wieść o śmierci jej ukochanego zachowała stateczną postawę. Nie powinno to nikogo zdziwić, od dzieciństwa uczona uczona była tego by nie zdradzać swoich emocji, czy chodziło o matkę i zachowanie dystansu wobec córki, czy maskowanie uczuć wobec ojczyzny, której nikt nie raczył umieścić na mapach świata. Jej listy, jej dziennik z tego okresu jest pełen czułości, dziennik najbardziej tajny zdradza skrywane skrzętnie między papierem a atramentem, miłość, czułość i tęsknoty jotę.

Jakże przykre w tym wszystkim i to, że przez opinię publiczną postrzegana była jako żona uczonego, tak, żona uczonego, ten status też straciła, jakże miało się okazać, bezpowrotnie. Wywalczyła sobie Maria, a nie otrzymała w spadku, jak zwykło się pisać, katedrę fizyki ogólnej na Sorbonie. Jakież było zdziwienie publiczności, gdy zaczęła wykład tam, gdzie Piotr skończył, bez zbędnych peregrynacji, czy rzecz ujmując rzecz miej literacko, propedeutyki. Piątego listopada roku tysiąc dziewięćset szóstego. W tym czasie obie córki rezydowały u dziadka, który podął się ich wychowania, a matka, pierwsza kobieta, która uzyskała katedrę wyższej uczelni, jak zwykła to robić wsiąknęła w naukę. W tym czasie także należy uregulować własność radu, a Maria broni swojego wkładu intelektualnego. To z jednej strony, prywatnie przez dwa lata organizuje nauczanie zbiorowe, jak to się drzewiej nazywało mając na względzie dobro i rozwój córek, ale żeby ich nie izolować, zapewniając poprawny przebieg socjalizacji (inaczej rzecz się miała u Witkacego, który miał wszystkie rzeczy materialne, również te trudno osiągalne, ale nie chadzał do szkoły powszechnej) w tym liceum wykładowcami/wykładowczyni są nobliści/noblistki. To się nazywa dobór kadry. Do tego Maria zatrudniła guwernantkę, która uczy córki polskiego.  To co pozwoliło Marii oprzytomnieć to oczywiście, sprawa nauki, a raczej, pisząc wprost toczenie bojów na tym polu z lordem Wiliamem Thomsonem. Phi, powie może ktoś/ia któż to jakiś tam lord, którego Historia nie pamięta… Jeszcze rok przed śmiercią fizyk ów twierdził, że rad nie jest metalem. I zaprzągł w te rozważania prasę.  Opisał to jako ołów z helem. Rutherford miażdżył argumenty Kelvina w prasie naukowej, ale ten nie ujrzy ostatecznej, zwycięskiej rozgrywki Marii. W ostatnim roku pierwszej dekady roku tysiąc dziewięćsetnego wraz z Andre Debierneem otrzymuje kilka miligramów białego metalu, to ostatecznie zamyka rozgrywkę, ale to tylko wygrana bitwa, nie wojna. Przynajmniej na razie. W tym samym roku Maria w dwóch tomach wydaje swoje prace pt. Traktat o promieniotwórczości. Dzięki hojności Andre Carnegie Maria pracuje we własnym, wspaniale wyposażonym laboratorium jak również dzięki zaangażowaniu Armeta de Lisle‚a. Dysponuje takim zapleczem technologicznym i finansowym, o którym dzisiaj śnią naukowcy, nie tylko naukowczynie, na całym świecie. Tymczasem świat się podpala, wrą nastroje nacjonalistyczne, z jednej strony, z drugiej nauka rozwija się jakoby wbrew polityce. Maria bierze udział w pierwszym Międzynarodowym Kongresie Promieniotwórczości, na którym poznaje Lise Meitner, która nazywana jest nie inaczej jak „niemiecką Curie” z racji podobieństw w życiorysach.

Eugeniusz Curie umiera bez pośpiechu i po cichu w cieniu Wielkiej Historii, teraz to Maria musi zaopiekować się córkami. Ale jak zwykle to bywa we wszystko wmieszała się nie, nie tyle historia, co polityka z sosem nacjonalistycznym, ksenofobicznym i nienawiści wobec kobiet. No i uprzedzeniami wobec osiągnięć naukowych.  I w takim klimacie rozgrywa się na łamach prasy kandydatura Marii do Akademii Nauk, nie zostanie zaliczona do tej grupy, i będzie nad tym ubolewać do końca życia, oczywiście ubolewać skrycie, jak to miała w zwyczaju. Dwóch głosów zabrakło. Prasa nie była przychylna Marii, jej rolę określano jako współpracowniczki męża, albo „inteligentną i bardzo oddaną małżonkę”, a to eufemistyczne określenia, zarówno w świetle rzeczy już opisanych, jak i tych, które wkrótce miały nadejść. Głównymi autorami, tych zajść, których wskazuje historia mieli być: Julien Coudy i Henri Bourgeois. Maria uczestniczyła będzie również w pierwszym Kongresie Fizyki Solvaya. Do Brukseli w 1911 roku zjadą najwięksi uczeni. W Listopadzie prasa ujawnia romans z Paulem Langevin. I to krótki lont, który rozpala burzę, fizyk, który podówczas był już w separacji ze swoją żoną, a ich kłótnie były sławne ze swych decybeli, rozmachu, i potłuczonych naczyń, przy okazji. Gdy ma się te wiedzę trudno dać wiarę, o zarzutach powielanych w prasie, że P o l k a oto rozbija d o b r e  f r a n c u s k i e małżeństwo. Rozpętał się sztorm, nie tylko są wysuwane żądania by uczona zrezygnowała z wykładów na Sorbonie, ale generalnie wyjazdu z Francji, po prostu wyginania, i do podania się tej egzekucji namawiała ją Bronisława, przecież w Polsce, obejmie nie tylko takie stanowisko, które by ją interesowało, ale i z laboratorium nie będzie problemu, zwłaszcza, że sprawa polską była nie tylko żywo zainteresowana, ale i utrzymywała kontakty. I jeszcze jeden pan, namawia ją do powrotu do ziemi ojczystej, noblista, Polak: Henryk Sienkiewicz, kierując do Czcigodnej Pani list. to on również zapytuje jeszcze o jedną sprawę, mianowicie, czy zgodziła by się powołać podczas  swojego pobytu za Oceanem komitetu, którego głównym zadaniem było by zbieranie składek na powstanie w Polsce Instytutu Radowego. Posłańcy Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (któremu przewodniczył Kazimierz Żorawski, tak ten sam Kazio, który nie potrafił i nie chciał się przeciwstawić woli rodziców, by mógł poślubić biedną guwernantkę) mieli przekonać Marię do powrotu na ojczyzny łono. Nie do przecenienia zostaje jej wkład w naukę polską, wpierała rodzimych naukowców na wszystkie dostępne sposoby. Ad rem!

Taka sprawa to przede wszystkim sytuacja gdy przyjaźni, mówi się sprawdzam, i bez wątpienia, ci,którzy dotychczas deklarowali przyjaźń, Marii, ten egzamin zdali na szóstkę. Należy pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze w czasach trudnych dla naszych Bliskich to my zdajemy egzamin, ale gdy nas dotykają złe obroty spraw ziemskich, to okazuje się kto rzeczywiście jest naszym przyjacielem, kto potrafi nie tylko z jednej strony okazać nam gesty przyjaźni, poważania, szacunku, z drugiej zachęcić do działania, do wytrwania w drodze do celu. Kto w nas wierzy. Ad rem! To czas dla Marii trudny, prasa ją znieważa.

Nie jest rozstrzygnięte, czy Paul doznawał przemocy fizycznej ze strony żony, chociaż i takie podania można znaleźć, dość napisać, że jego małżeństwo, które prawnie było w separacji, należało już do przeszłości. Gdyby tylko Maria była mężczyzną, nie było by sprawy, o życiu Alberta [Einsteina] nie pisało się wiele, a było o czym. To nie wymiana przyjacielskich listów, i zamiana koloru sukien z czerni, na biel. Listy owe sprzedane zostają prasie przez żonę uczonego w akcie zemsty. Opublikowane pt. Historia miłosna: Pani Curie i profesor Langevin. Znamienny tytuł. Dalej są oskarżenia, emigrantka, której Francja udzieliła schronienia, która była biedna,  odbiera dobrego męża przykładnej Francuzce, chociaż trzeba, by być rzetelną, powiedzieć i to, że dziennikarz, który rozpętał to piekło na ziemi, skierował list z przeprosinami do uczonej, ale nic to nie pomogło, prasa miała o czym pisać. Oto biedna kobieta, wdowa rozbija idyllę francuziej kochającej się, rodziny. Machina poszła w ruch. a czcionka paliła się i rozpalała umysły nie tylko Paryżan. Żona uczonego wniosła pozew o alimenty i oskarżyła małżonka o cudzołóstwo. I pistolety miały wystrzelić, nie w przenośni, lecz zupełnie na poważnie, gdyż Langevin pozwał Tery’ego na pojedynek. W tym czasie wieści te przetoczyły i przekroczyły wszelkie granice… nie tylko absurdu, zdrowego rozsądku, ale przede wszystkim geograficzne. W tych dekoracjach, gdzie ani deka racji nie ma Georges Urbain kieruje do Paula ów sławny List nie tylko w obronie moralnej Curie, ale przede wszystkim ujawniając kulisy zajścia. I tak, z jednej strony sprawa sądowa w toku, z drugiej przyznano Marii dwukrotnie Nagrodę Nobla, co do tej pory pozostaje wydarzeniem bez precedensu. Ale aby to zrozumieć należy spojrzeć głębiej, albo jak kto/sia woli z szerszej perspektywy. Nie chodzi o roztoczenie parasola ochronnego nad wdowa Curie, czy o solidarność uczonych (hahahaha) jeśli już prędzej to można (jeśli już trzeba przyjrzeć się) to rozpatrzeć sytuację jako rywalizację między fizykami, a chemikami. Tak pierwsza Nagroda Nobla to kamyk (a raczej głaz, kamień węgielny) do pierwszego ogródka, druga, do drugiego. To pogodzenie dwóch środowisk, biorących udział w wyścigu. Radioaktywność to nie tylko początkująca, ba raczkująca dziedzina, ale łączy dwie dyscypliny. Co warto też zauważyć, a o czym niewiele się mówi, jeśli po odbiór pierwszej Nagrody Nobla z dziedziny Fizyki Curie, nie mogli przybyć, ze względów już wspomnianych, to jeśli chodzi o drugą domagano się od Marii by po drugą nie stawiała się osobiście, uczynił to listownie Savante Arjemius, no nie ma co myśleć o obronie uczonych, a powodem była sprawa Langevina. Wyobrażasz sobie taki list skierowany do mężczyzny? Czy muszę pisać, że Maria pojawiła się w Sztokholmie? Uprzednio, odpisawszy na list. Teraz już afera zmienia nazwę zataczając coraz to szersze kręgi. Do tego gdzieś ginie fakt, że procesu sądowego o zdradę jednak nie będzie, taki szczególik na marginesie histerii i historii  afery Curie. I tak przybywają trzy, Maria, Bronisława i Irena. Zauważone zostaje jeszcze jedno, słaba kondycja fizyczna Noblistki. Nie tylko jej bladość, ale potrzeba fizycznego podtrzymywania, wspierania się to na ramieniu siostry, to córki. Pięciodniowy maraton. Gratulacje nie mają końca, można dostrzec wśród nich także list, którego nadawcą jest nie kto inny jak Planck, ale nie każdy był taki przychylny, czy chociażby prawdomówny, wystarczy przyjrzeć się korespondencji Rutherforda, którą jednak tutaj, przez grzeczność pominiemy myśleniem i milczeniem. Dość stwierdzić, że do Marii skierował list pochwalny, komplementujący. Niemniej pod koniec roku 1911 Curie trafia do szpitala. Potrzebuje odpocznienia. I tak udaje się na kilka miesięcy do Hampshire za namową przyjaciółki i na jej zaproszenie.

Po przyjeździe Maria zmieni adres zameldowania, na paryski. Maria przewodzi badaniom nt. pierwiastków promieniotwórczych naucza, wygłasza referaty. Wyszła z bojów ręką nie tylko obronną, ale jak twierdzą historycy silniejszą. Na jednym z kongresów Fizyki Solvaya dołącza do niej córka (Irena oczywiście) ze swoim mężem. I spotyka tam też znajome twarze wśród nich wspomnianą już Meitner, która teraz pracuje w Berlinie ze swym mężem Otto Hahnem.

Czternaście lat przed wybuchem II wojny światowej Maria wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. Będzie gościnią także w Instytucie Francuskim w tym mieście, opowiadała o paryskim instytucie Radowym chciała by taki powstał również w Warszawie. W jej starania zaangażowane były różne osoby od Meloney po Huberta C Hoovera. I tak na schodach Białego Domu, w obecności dygnitarzy (warto wyróżnić w tym miejscu Paula Claudela, o jego siostrze napisałam pierwszy artykuł zamieszczony na blogu) z rąk prezydenta otrzyma czek, który będzie kamieniem węgielnym instytutu, który zostanie wybudowany na warszawskiej Ochocie przy ulicy Wawelskiej 15 uczestniczyła tak w pracach projektowych, położenia kamienia węgielnego jak i otwarciu dzisiejszego Centrum Onkologii.

Podczas Wielkiej Wojny Maria z córką były na froncie, prześwietlały rannych żołnierzy za pomocą przenośnych aparatów rentgena. O czym także mało kto wie, tak naprawdę ryzykowały życie własne. Te pojazdy zyskały znamienny przydomek Małych Curie. Przebadano milion sto tysięcy wojaków, którzy inaczej musieli by umrzeć. A przecież mogły siedzieć wygodnie w swoich fotelach w instytucie zaliczanych do czołowych na świecie i prowadzić badania nad radioaktywnością. To ona uda się do francuskich ministrów proponując utworzenie specjalnego oddziału służby radiologicznej, to ona wyrusza wraz z nastoletnią Irką na front. Na pierwszą linię ognia. Ale takie posunięcie wymaga poparcia, które Maria, a jakżeby inaczej uzyskuje, auta renault i limuzyny zostają przemodelowane godnie z jej projektem. I takich samochodów za jej sprawą i sprawnym zaangażowaniem powstało ponad dwieście. Och, to taki gest cudzoziemki… Biednej guwernantki, która się chroni w ramionach męża, i grzeje

w jego sławie. Tyle, że prawie każda osoba mądra jest po tym jak ktoś/ia jednak przezwycięży trudności, wtedy usta i kieszenie ma wypchane frazesami w stylu:” jesteś dzielna”, „ja to zawsze w ciebie wierzyłem/ wierzyłam” etc. Marne pocieszenie, a właśnie jeśli już o Marnę chodzi to Maria i Irena pojechały w pełni wyposażonymi małymi Curie, na front podczas bitwy nad Marną jeszcze jedno warto zauważyć ów projekt, jak można było tyle ważnego sprzętu ważącego od ok 250 do 300 kg umieścić w jednym samochodzie o niewielkich rozmiarach. Jeśli komuś przychodzą na myśl podróże fiatem 126p to niech daruje sobie porównania. Trzeba było zmieścić nie tylko urządzenia, które wytwarzały wysokie napięcie, zawory, trzy lampy i statywy, stolik, zapas płyt i innych materiałów fotograficznych, a także ekran służący do prześwietleń.kasety, zasłony do przyciemniania, aparaty ochronne dla operatora, narzędzia medyczne,kable, części zapasowe, apteczki, zespoły prądnicowe, i komplet narzędzi do badania rannych i prowadzenia operacji, personel liczący trzy osoby: kierowce, laboranta i medyka/ Montowanie aparatury trwa, uśredniając, kwadranse dwa. Warto pamiętać, że szpitale były prowizoryczne, najlepszym sprzętem dysponowały panie Curie. I to wszystko mknie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Nie dziwi więc spostrzeżenie, że w Belgii i Stanach Zjednoczonych Maria postrzegana jest (a przynajmniej była jeszcze nie dawno) jako lekarz. Tak, jako medyk. Po powrocie z Wielkiej Wojny, opublikuje swe raporty, które spisuje w wolnych chwilach. Nie, nie zabezpieczały się ołowianymi garniturami, chociaż wiedziano o zgubnym wpływie promieni X już wówczas. Bo jakże by inaczej tłumaczyć powstałe kursy zastrzeżenia, że aparaturę mają prawo obsługiwać wyłącznie technicy i lekarze przeszkoleni w tym zakresie nosząc odzież ochronną specjalnie przeznaczoną w tym celu? To mit, że Maria nie wiedziała o zgubnych skutkach promieniowania. To przecież ona angażuje się osobiście w kształcenie przyszłych laborantów, j i laborantki (dwadzieścia kobiet)ej zdolności pedagogiczne i andragogiczne często się pomija, jako nieważne. To ją na tym stanowisku zastąpi córka, Irena. Oboje wykształcą sto pięćdziesiąt kobiet w ciągu czterech lat wojennych jak i po zakończeniu działań zbrojnych. Punktów stałych i tymczasowych było 500, a mobilnych Curie 300. A personel jednego autka wykonuje przez dwa lata dziesięć tysięcy badań na siedmiu tysiącach rannych. To tak jak ratować miasta od nieuchronnej zagłady.

Jako pięćdziesięcioletnia kobieta w 1914 roku wyrusza w podróż za ocean po cenny gram radu. Zawojować Stany niemniej Zjednoczone pomoże jej Missy. Finał już znamy.

Nikomu nie zwierza się ze swojego cierpienia, można dostrzec symptomy, jeśli się o nich wie, ciągle pociera ręce tak jakby marzła wystawiając dłonie na mróz. Piszę na tablicy ogromniaste cyfry, litery nieskładnie, ale nikomu nie powie, że nie widzi.Bez powodzenia przechodzi operację katarakty, widzi od tej pory podwójnie, ćwiczy się w pisaniu i czytaniu, bez powodzenia. Dalej jest zwierzchniczką laboratorium najlepszego na świecie. Dalej nie jest przyjęta do grona Akademii Nauk, dalej nad tym ubolewa. Dalej, skrycie. Zostanie zaproszona do grona osób, które mają zasiadać w Komisji Współpracy Intelektualnej znanej jako CICI pod przewodnictwem Henri Bergsona. Maria zawsze zabiegać będzie o pokój, chociaż mit, pielęgnowany będzie inny, pieśń o oderwanej od spraw doczesnych idealistki, marzycielki, kobiety dzielnej, kobiety odzianej w surową czerń. To ona przyjmuje do pracy w swym laboratorium ludzi, którzy staną się wielcy tak jak Bernard Goldschmidt, który będzie w przyszłości szefem Komisji Energii Atomowej.

Historia Marii Skłodowskiej, którą świat zna jako Madame Curie, kobietę, która promieniowała sławą. W jednym ze swoich listów adresowanych do Herthy Ayrton napisała:

Jedynie za pomocą pokojowych powiązań będziemy w stanie stworzyć pokojowe społeczeństwo(…) Aż trudno sobie wyobrazić , że po tylu stuleciach rozwoju ludzka rasa ciągle nie wie, jak rozwiązywać problemy bez uciekania się do przemocy.

Szkoda, że te słowa te, w odróżnieniu do jej dziedzictwa,  nadal pozostają aktualne. Maria za życia została legendą, po części sama dorzuciła do niej kila zdań. Niemniej, niestety, nie zmienia to faktu, że jej życie nadal pozostaje nieznane, poza oczywiście faktem, że jest jedyną osobą odznaczoną dwukrotnie Nagrodą Nobla, pierwszą kobietą, i obcokrajowczynią, która została pochowana na francuskim Panteonie. A szkoda. To biorąc pod wzgląd fakt, że jej życiorysem można obdzielić spokojnie jeszcze jedną osobę, to niewiele. Oczywiście, z jednej strony jej imię i nazwisko wymieniane jest jednym tchem wśród kobiet, które zmieniły świat, wśród Ważnych Polek, Francuzek, czy np. Sufrażystek, ale na tym wiedza często się kończy. A może warto by się zaczynała, by poznać Marię jako kobietę pełną namiętności, która uczyła i nauczyła się walczyć nie tylko o słuszne sprawy narodowe, ale i o własne, o to by zapisać się w historii z aptekarską precyzją. Romans z naukowcem francuskim  nie dodał jej legendzie rumieńców, jak to niektórzy pisarze niejako w obronie ówczesnych przytaczają pisarze, ale pozwala nakreślić klimat ówczesnej epoki.

Wpis ten ukazuje się jako trzeci artykuł, którego postacią główną jest Maria Salomea ze Skłodowskich Curie. Jak również w oznaczony tagiem #12 poniedziałków. A to dlatego, że poniżej znajduje się

Zadanie dla Osób chętnych:

Uzbrojon_y/a jesteś w magiczne przedmioty? (Papier i ołówek, pisak, pióro? ) i nieświęty spokój. Odpowiedz sobie na piśmie na pytanie:

Gdybym miał/a możliwość podróży w czasie i przestrzeni to dziesięć osób, które chciałbym/chciałabym poznać:

  1. ______________________
  2. ______________________
  3. ______________________
  4. ______________________
  5. ______________________
  6. ______________________
  7. ______________________
  8. ______________________
  9. ______________________
  10. _______________________

Gdy już wypiszesz, wybierz pięć, z tego grona. Następnie wypisz powody dlaczego właśnie te, a nie inne osoby? Jeśli są to członkinie, bądź członkowie Twojej Rodziny, którzy na przykład nie żyją, zapisz sobie refleksje, dlaczego właśnie te osoby chciałbyś, chciałabyś poznać? Co możesz teraz zrobić? Np zacząć poznawać historię Twojej Rodziny, pytać tych którzy żyją, albo samemu, samej/samemu zacząć np pisać dziennik? Jeśli wśród osób wymienionych są postaci historyczne, to zdecyduj, że w tym roku kalendarzowym sięgniesz po dwie książki np biograficzne. Jeśli chcesz, w wolności podziel się swoimi refleksjami poniżej, a może chcesz o kimś jeszcze przeczytać na tym blogu? Zapraszam do treści spisu, i do dyskusji poniżej. Ten artykuł jak i to zadanie może być przyczynkiem do poznania tak własnej historii, w perspektywie makro, poznanie losów wybitnej naukowczyni, a może przyczynkiem do poznania losów własnej rodziny. Jeśli ulica przy której mieszkasz nosi czyjeś nazwisko, może to okazja by się życiorysowi tej osoby przyjrzeć bliżej? Jeśli tak, to napisz w komentarzu poniżej.

Kończąc, ciekawe, czy Maria patrząc na niebo, albo spacerując swoimi ulubionymi alejkami już wiedziała, że to ostatnie chwile? Tego już się nie dowiemy. Doznanie czegoś po raz ostatni, może być równie silne, jak wykonywanie czegoś po raz pierwszy. Maria uwielbiała spacery, zarówno swój dom w Prowansji, zakupiony z drugiej nagrody noblowskiej, jak i alejki francuskiego laboratorium były specjalnie zaprojektowane tak, by znalazło się tam bardzo dużo zieleni.

 

[82+2]. O języku.

To łatwa zagadka, i bardzo znana, w sam raz na początek wpisu:

Ojciec i syn mieli wypadek samochodowy, obaj w wyniku odniesionych obrażeń znaleźli się w szpitalu. Ojciec  niestety zmarł w wyniku odniesionych obrażeń, a syn musiał przejść skomplikowaną operację. Gdy chirurg go zobaczył krzyknął: „Nie mogę operować tego chłopca, on jest moim synem!” Jak to możliwe?

Zanim jednak odpowiemy sobie na zagadkę, (jeśli wcześniej jeszcze nie sprawdziłaś/ nie sprawdziłeś w Sieci) zajmijmy się po raz kolejny tym, no tym,  no językiem (najsilniejszy mięsień w ludzkim organizmie) ale  nie o ten chodzi Chociaż metaforycznie… Język i to w jaki sposób go używamy ma moc, wielką moc. Moc taką niczym mięsień, i to nie jeden.

Jak zauważyłaś/ zauważyłeś  wzbudza tyle emocji (wzbudzał, wzbudza, i będzie wzbudzał). Dlaczego? Pozwól, że wyjaśnię, zawrę wszystkie wątki, w jednym wpisie i do niego będę odsyłała właśnie do niego. 🙂 Zawrę wszystkie wątki pojawiające się w dyskusjach pod wpisami.

Dlaczego język i sposób w jaki go używam(y) budzi t a k   w i e l e   e m o c j i?

 Odpowiedź jest prosta, tyle, że nie dostatecznie się o tym mówi, i wiele osób nie jest świadomych tego, że Język nie tylko służy osobom i społeczeństwom do przekazywania informacji. Nie spełnia tylko i wyłącznie funkcji organizacyjnej/informacyjnej.  Zatem nigdy nie był, nie jest, i  n i e  b ę d z i e   neutralny. Nie tylko za jego pomocą porządkujemy rzeczywistość, to w jaki sposób to robimy, jest nie tylko zaszłością wieków dawnych.  I tych, co zachodzą obecnie, głosem grup/y dominującej/ dominujących. Nie jest zatem nośnikiem suchych informacji.

Procesy, które zachodzą w nim często są przejmowane w sposób nieświadomy (przynajmniej o pewnego momentu), nie uwidocznione, wiele kwestii dziedziczymy społecznie.  I nie ujawnia się ich. Dopiero od niedawna mamy możliwość dyskutowania w jaki sposób ów język ma wyglądać, nie w  dusznych salach naukowców (bo naukowczynie dopiero później się pojawiły, jak wiadomo 😦 ).  Poza tym żyjemy w czasie spokoju. My, żyjące i żyjący tutaj  doświadczamy spokoju. I dlatego możemy dyskutować, także o tym, w jaki sposób opisujemy świat.

To istnienie i funkcjonowanie ukrytych mechanizmów przyprawia o tyle emocji.Poza tym, jesteśmy bardziej świadome i świadomi procesów zachodzących w języku. Wraz z pojawieniem się kobiet, w życiu ekonomicznym, język musiał się zmienić, język zatem jest odzwierciedleniem zachodzących procesów socjoekonomicznych. Pojawiają się zatem nowe pytania z perspektywy makrospołecznej. Nie uczynił tego sam, chociaż jest tworem żywym…

I mikrospołecznej — jak ja się zachowuje w języku? Jakie są moje wybory lingwistyczne? I jakie są ich konsekwencje? Warto zadać sobie to pytanie, które może być początkiem pięknej podróży. Czasami wymagającej, ale poznamy i świat, i Siebie. Bardziej, piękniej i dostatniej.

Postrzegając tą funkcję z perspektywy włączającej (a blog ów jest właśnie z tej perspektywy prowadzony) Wiele kategorii, wobec których język jest organizowany, porządkowany  n i e   j e s t   n e u t r a l n y c h. Jest odbiciem, opisaniem wielu niesymetryczności, które funkcjonują w danej kulturze mikro- i makrospołecznej.

To jakiego języka zdecydujemy się używać:

    • nie tylko wiele nie tylko o nas samych,
    • o tym co dziedziczymy,
    • i w jaki sposób funkcjonujemy,
    •  czy budujemy bardziej sprawiedliwą rzeczywistość
    • co dostrzegamy?
  • W jaki sposób wspieramy/ włączamy, nie wpieramy/ wyłączamy osoby, z którymi przebywamy.

Przyglądając się sposobowi w jaki się komunikujemy możemy się wiele o sobie dowiedzieć, ale wiedza może być także trudna do udźwignięcia, może ujawnić/ujawnia  jakie z nierówności karmimy. Nawet dla osób, które lubią się uczyć, może być to wiedza trudna do udźwignięcia, albo/ i nie od razu mogą widzieć sens, wprowadzenia zmian.

Jak powiedział Ludwig Wittgenstein Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata. Posługiwanie się negatywnymi kategoriami wywołują negatywne skojarzenia. I tutaj płynnie przechodzimy do drugiej funkcji języka, tej, podtrzymania  utartych sztywnych nieprawdziwych wzorców.

Język stara się nadążyć za zmianami społecznymi. Słownik każdego i każdej z nas powstaje w konkretnym momencie historycznym, w określonym kontekście: w czasie, kulturze, społeczeństwie, rodzinie. Rodzinie, która przekazuje nie tylko wartości, ale sposoby ich realizacji. Środowisko, w którym funkcjonujemy, także używa określonego języka. Znajdujemy się i kreujemy określone sytuacje komunikacyjne. Wspiera określone wyrażenia, obraz świata. Nie, nie chodzi tylko i wyłącznie o język ciała, o którym trenerzy i trenerki tak wiele mówią, i powiedzą jeszcze więcej. Nie chodzi o stosowanie anglicyzmów, i zwyczaje polityczno- geograficzne. Nie tylko o ten aspekt naszych zwyczajów i wyborów lingwistycznych, o to w jaki sposób tworzymy przestrzeń wokół siebie, czy wykluczamy, czy wpieramy?

Język nie nadąża za zmianami społecznymi, albo zmiana trwa, poza tym są osoby (które nie ze złej woli, chcą podtrzymać dany obraz świata) np. udziale kobiet w życiu społecznym, a ściśle rzecz ujmując w życiu ekonomicznym, czy wysiłki jakie podejmują osoby, które należą do grup zagrożonych wykluczeniem społecznym/ i osoby wykluczone z danego społeczeństwa. Chodzi o to by mieć udział we współdecydowaniu, czyli w szeroko pojętej władzy, na poziomie mikro- i makro- społecznym. Współudział i sprawozdawczość rozumiem osobiście jako współdecydowanie o rzeczywistości. Idąc za przykładem uczestniczenie w życiu społecznym kobiet, możliwość kształcenia. Nikt im nie dał praw ekonomicznych, nie zaprosił do współdecydowania, nie pochylił się, ale to właśnie nasze przodkinie musiały same podjąć wysiłek mówić o  prawie do edukacji, do dokonywania wyborów, do podjęcia pracy zarobkowej etc. Dlatego dziś mamy tyle pięknych i ważkich odkryć np Marii Skłodowskiej– Curie, czy Gertrude Belle Elion.

Podając przykłady: Dlaczego mówi się powszechnie niepełnosprawny artysta, albo niepełnosprawna artystka? Czy dlatego, że sztuka jej lub jego autorstwa jest niepełnosprawna, ułomna, miej wartościowa? Dlaczego tak nie wiele osób z niepełnosprawnościami jest w sztuce/ mediach? Jaki obraz osób z niepełnosprawnościami widzimy oglądając przekazy telewizyjne? Czy jest on ten sam w stosunku do osób, które urodziły się z niepełnosprawnościami, nabyły je we wczesnym dzieciństwie, czy później, po okresie dorastania?

Dziecko uczestnicząc w danej społeczności uczy się nie tylko języka, ale również/ przede wszystkim/ przejmuje ukryte weń znaczenia I również to, w jaki sposób zostaje ono zanurzone w języku zależne jest od jego płci, wiele już atramentu wylano badając zwroty, jakich używa się w stosunku do dziewczynek i do chłopców. Nie tylko jakie wystosowuje się nakazy i zakazy (do chłopców: nie marz się jak baba, do dziewczynek: siedź prosto, bądź grzeczna) i tak dalej, i dalej i uparcie i wcale nie skrycie.W jaki sposób dyskutuje się o emocjach, jakiego rodzaju zachowania wspiera, a jakie hamuje.

Także wizerunek określonych osób przyporządkowanych do pewnych grup, kierowany jest przez język. Komumunikanty  są przekazywane w sposób bezpośredni (np poprzez wizerunek medialny określonych grup społecznych: osób z niepełnosprawnością, Romek i Romów, kobiet i mężczyzn doświadczających/ doświadczający bezdomności). Przykłady nie tylko drzemią w języku, ale są często bezmyślnie powtarzane i utrwalane poprzez używanie nazw/etykiet: „inwalida”, „Murzyn”, albo powtarzanie przysłów (owe nie są mądrością narodów) Ucieka jak C y g a n  na kradzionym koniu, albo tekstów piosenek: Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma Przykłady, cóż, je można mnożyć. Niestety.

Dawniej mówiło się i pisało inwalida, i nadal można takie wyrażenie spotkać, tak samo jak Murzyn, czy Cygan, ale to już ulega zmianie, dzięki świadomemu używaniu języka. Dzięki używaniu języka, który jest równościowy widzimy osobę, a nie sprowadzamy ją do jednej (często sprowadzającej ją w dół) tożsamości społecznej.

Proszę zwróć uwagę w jaki sposób utarte wzorce są wyrażane. Nie istnieją one bez języka, oczywiście można kogoś nierówno traktować czy dyskryminować niewerbalnie, ale stereotypy istnieją w języku i są przezeń podtrzymywane, wyrażane i pielęgnowane. Język to władza, świadomość, i tworzenie przestrzeni. Dzięki temu, że będziemy go używać w sposób świadomy i Ty i Ja, nasz świat staje się bogatszy, pełniejszy. I odsłania swoją brzydszą twarz, której my,nie chcemy, albo  n i e   m o ż e m y  dostrzec. Nie wynika to ze złej woli, przynajmniej nie zawsze. Oczywiście, że są osoby, które świadomie i z determinacją z d e c y d u j ą   się używać języka, który prowadzi do nierówności, podtrzymywania krzywdzącego porządku, dyskryminacji, ale jest rzesza ludzi, która czyni to bezwiednie, z niewiedzy. Są i ludzie, którym coś zgrzyta i nie pasuje— ale nie są świadomi o co tak naprawdę chodzi.  Pojawiają się pytania, to dobrze, o to czym jest język, kim jestem ja w języku? O czym świadczą moje zachowania i lingwistyczne wybory?

Dlaczego język tak powoli się zmienia?

Chociażby dlatego, że  owe wzorce, o których wspominam powyżej bronią się przed falsyfikacją, i to mówi nam nauka o społeczeństwie, socjologia. Grupom obcym przypisujemy więcej cech negatywnych,niż pozytywnych. Co z tym związane, jeśli cechy osoby, która jest w taki sposób określana są uznane społecznie za pozytywne,potrzebuje ona więcej dowodów słuszności na potwierdzenie, niż osoba, nie przypisana do tej grupy. A jeśli już zostaje uznana, to będziemy postrzegać ją jako wyjątek od reguły, więc ciężar odpowiedzialności zostaje błędnie przypisany. Takich mechanizmów jest o wiele, wiele więcej.

Jeśli cechy uznawane są za „negatywne” (cechy tak jak emocje nie mogą być negatywne) to trudniej je obalić.  Dużo więcej trzeba przytoczyć dowodów, które to obalą. O czym pisali C.Neil Macrae, Charles Srangor Miles Hewstone. Gdy zdecydujemy się używać języka równościowego to stereotypy w języku stają się widocznie. Zyskujemy narzędzie, którym możemy się w sposób świadomy posługiwać, wpływać na nasz świat, świat, w którym żyjemy, funkcjonujemy.

Drugi argument jest taki: nie dyskutujemy o tych aspektach języka. A przynajmniej, czyni się tak niewspółmiernie do potrzeb.

Powtórzę raz jeszcze. Dzięki używaniu języka włączającego:  Postrzegamy osobę, a nie sprowadzamy jej do danej cechy przykłady? Proszę bardzo: Czarny/ Biały jako określenie koloru skóry, takie ujęcie jest neutralne to kolor skóry, a nie jest nośnikiem kultury ucisku i niewolnictwa gdy używamy „Murzyn/ka”. Gdy mówimy chłopak z niepełnosprawnością widzimy i płeć i cechę, jedną z wielu, w którą wyposażony jest ów chłopak. I nie przypisujemy negatywnego uciążliwego dziedzictwa kulturowego. (Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść). Inwalida (człowiek nieporadny, pracujący w spółdzielni inwalidów, jego praca jest nisko wynagradzana, bo nisko usytuowana na drabinie ekonomicznej, jest to zatem człowiek o niskich kwalifikacjach, słabo wykształcony, w domyśle mężczyzna).

Bo język to (także) my.

Język to także ja, moje bogactwo, możliwość realizacji siebie, dokonywania wyborów, życia. Po prostu. Nie tylko dlatego, że potwierdza przynależność do danej grupy społecznej, ale jeśli przejście do danej grupy społecznej nie jest możliwe język jest także narzędziem, gdy przynależność do tej grupy nie jest możliwe, albo zagrożone. Można zaobserwować to w sytuacji gdy emigrujemy do danego miasta, (nie mówienie gwarą,jeśli ma ona negatywne konotacje), albo migrantek i migrantów.

Dlatego właśnie Język bywa używany tak by utrzymać daną grupę ludzi w ich tożsamości. Posługiwanie się językiem wtórnie dziecięcym np Muminki, albo  femisie w określając feministki (bo nie feministów, zwróć proszę uwagę, że rodzaj odnosi się do określenia kobiet). Wypomniani badacze i badaczka stwierdzili, że osoby pracujące w służbie zdrowia często posługują się wtórnie dziecięcym językiem.

Zwracając się do osób starszych, z niepełnosprawnością (czy to o charakterze intelektualnym, czy fizycznym)  dziecinnym językiem odbieramy im podmiotowość. Odbieramy im podmiotowość i godność. To nie jest takie miłe, niewinne, i słodkie. Takie nazwy przywołują określone skojarzenia, i nieśmiertelne sztywne i krzywdzące w wymowie wzorce, które wdrażamy w życie społeczne.Czemu służy posługiwanie się dziecinnym słodkim językiem? Utrzymaniu społecznego porządku, to taki rodzaj strażnika. Trzymania w ryzach osób, postrzeganych (i/lub wychowanych,z socjalizowanych często na niższej społecznie pozycji). Dzieci, maluchy, chociażby nie wiem jak „ślitaśne” zawsze są zależne od osób starszych, nie stanowią same o sobie, tak, oczywiście niektóre z osób będą zależne od osób, które będą ich asystentkami i asystentami (asystent/ka to nie to samo co opiekun/ka), ale należy wspierać ich niezależność, i kształcić, oczywiście to jest kwestia władzy. Ani Czarne/ Czarni nie zostali zaproszeni do udziału we władzach, ani Kobiety, wszystkie osoby musiały walczyć o uznanie swoich praw (i obowiązków). Dlaczego na tzw. Zachodzie sytuacja osób z niepełnosprawnościami jest bardziej włączająca je do życia społecznego,to zmian społecznych, które zostały wprowadzone gdy mężczyźni, i kobiety walczący/ walczące wróciły z Wietnamu, nie dali się oni i one zamknąć w ośrodkach rehabilitacyjnych (budowanych na obrzeżach miasta) dalej chcieli być niezależni ekonomicznie. I mieć wpływ na to co dzieje się w ich kraju. Dlaczego kobiety zyskały prawo wyborcze po konfliktach zbrojnych? A no, dlatego, że rzesze mężczyzn (i kobiet również) poszli i poszły walczyć na frontach i kobiety musiały być dopuszczone do pracy i stanowisk wcześniej zastrzeżonych wyłącznie dla mężczyzn. Zmiana  nigdy nie dzieje się samoistnie.

Język, dzięki nim jesteśmy ludźmi, potrafimy opisać piękno, np komórki nerwowej, czy krajobrazu, wyrazić emocje, to sposób w jaki wyrażamy to co widzimy, i czego doświadczamy,   określa nasz świat, uczyńmy go bardziej pięknym, odważmy się dostrzec i doświadczyć to co trudne,  słowa, które wykluczają pewne grupy osób, z pełnego uczestnictwa w życiu społecznym, i tak jak pisałam wcześniej wyznacza im określone miejsca.  Język polski wyposażony w takie normy i zasady, które możemy zmienić, czyniąc świat bardziej dostępnym, równościowym, a rzeczowość r e a l n i e dostępną. Uwidacznia się grupy społeczne i daje się im moc, moc decydowania o sobie.

O seksizmie w języku polskim wiele już pisano. I wiele się jeszcze napisze, ponieważ jest on wciąż obecny. Tak język polski dyskryminuje kobiety: Reguły języka zbudowane są w sposób by preferować określenia rodzaju męskiego odnoszące się zarówno do kobiet jak i do mężczyzn i do mieszanych grup ludzi. Co widać nie tylko w użyciu rzeczowników męskoosobowych, jako nazw gatunkowych, ale także w częstym użyciu męskich form przymiotników imiesłowów np przyjmujący towar, a nie osoba przyjmująca towar, męskich form czasowników.  Stosowanie męskich zwrotów niezależnie czy zwracamy się do kobiet, czy mężczyzn. Np Drogi Czytelniku! Czy książki czytają, tylko mężczyźni, a i owszem, kiedyś tak było, i książki dla kobiet pisali mężczyźni…

Kobiety są bardziej wykształcone od mężczyzn, ale zajmują niższe stanowiska, co przekłada się także na formy żeńskie w języku, są one obecne, i z czasem przestaną budzić śmieszność. Przyjrzyj się proszę z czego owa śmieszność się bierze.

Zauważ proszę, że wiele zawodów i stanowisk (uważanych za typowo męskie bardzo często związane z prestiżem społecznym) nie posiada form żeńskich. Żeńska forma w stosunku do mężczyzn wykonywających prace przypisane stereotypowo kobietom nie przechodzi na mężczyzn.

Ukrytych reguł jest  o wiele, wiele, więcej. Śmieszność nazw żeńskich, cóż, ośmieszanie to mechanizm obronny osób, które bronią dawnego status quo, należących do grup uprzywilejowanych. (A porównując sytuację osób z niepełnosprawnościami zajmują one jeszcze niższe stanowisko na owej drabine, kobiety z niepełnosprawnościami niżej, od mężczyzn z niepełnosprawnością).

Kolejna kategoria (nie jedyna) to przyrównywanie kobiety do mężczyzny w języku np kobieta z jajami, podjąć męską decyzję.To mężczyzna staje się normą, do którego porównywana jest kobieta. Tak, wiele „norm” jest ukrytych.Do mężczyzn też kierowane są komunikaty typu Nie marz się jak baba Dlatego tak ważne by je  zobaczyć i zdekonspirować.

Nazwy niektórych grup, do których należą kobiety także stały się stereotypami np feministki. Kreowanie negatywnego obrazu.

Stosowanie język równościowego wpływa na rzeczywistość, tak w perspektywie mikro jak i makrospołecznej. Stajemy się bardziej świadome i świadomi otaczającego nas świata, widzimy więcej…

Wierzę w to, że ludzie chcą się uczyć, że wiele mechanizmów, które się stosuje wynika (również) z niewiedzy i nieświadomości, może także ze strachu. Dlaczego napisałam ten post? Nie, nie tylko dlatego, że blog jest pisany z perspektywy włączającej, ale dlatego, że s a m a    m u s i a ł a m   sobie wiele kwestii językowych uświadomić.  Wierzę w ludzi, wierzę w świadome i odpowiedzialne uczenie się. Tak, także kiedyś nie przywiązywałam takiej wagi do języka, którym się posługiwałam… I jeszcze nie raz się zdziwię.

Reasumując, zmiany w języku to nie tylko istnienie/ negowanie, wpieranie, lub wypieranie tzw. „żeńskich końcówek”. Wiem, że nie chodzi o politykę, jak wiecie– na tym blogu nie było, i nie będzie dyskusji politycznych, to azyl, używanie języka dostrzegającego różnorodność, jest właśnie tym, co pozwala mnie na dostrzeganie, doświadczanie, piękna i złożoności w świecie, w którym żyję. Budowaniem mostów, chociażby kładek, na swój własny, prywatny użytek.

—-

O języku pisałam tu i tu.

Kto/ Ktosia pomyślał/a, że chirurgiem może być Matka?