[544+2]. Moment [3].

Żonkil (komu) się śni. Kolor nasycony zapachem nasączony kształtem. Słońcem wiatrem po(śpi)ech_(em). To nie z obrazów Degasa piękno rozbłyska tętni i wygasa. Bez szmeru bez śladu. Namiętnie trwa choćby tylko w pieśni, którą nuci jedno z ech, ech. Może to tylko ruch po(wietrza) od(d)ech, przez moment, ten o niewyraźniejących krawędziach przed tu tuż prze przed światem tuż przed świtem.

[544]. Trzydzieści jeden dni (żeby nie napisać, że sześćdziesiąt) (#1)

Już czternaście lat temu intuicyjnie czułam, i nawet próbowałam (tak: bezskutecznie) że medytacja jest czymś co dobrze by było wdrożyć do swojej codziennej praktyki higieny. Wiem, że teraz jest to bardzo na czasie taki najgłośniejszy i najgłodniejszy wrzask mo[r]dy. Jednak czy na booku, czy na wznak (z wyprostowanym krzywym kęgo i słupem, nie żeby stawiać oczy oczywiście w słup) ważyć na to by nie było łuuup kontynuuje teraz. Nie teraz- zaraz, czy zaraz-potem.

Czytaj Dalej „[544]. Trzydzieści jeden dni (żeby nie napisać, że sześćdziesiąt) (#1)”