[120+1]. Ach te daty, (π-i)? Żegnaj, Profesorze!

[Stephen i Monty Python – Galaxy Song,źródło]. Chociaż bardzo często są przytaczane jego wypowiedzi, jak te poniżej…

 

 

Przez miliony lat, ludzkość żyła tak jak zwierzęta. Wtedy stało się coś, co uwolniło siłę naszej wyobraźni. Nauczyliśmy się rozmawiać, nauczyliśmy się słuchać.

Rozmowa umożliwiła przekazywanie pomysłów, dzięki czemu nauczyliśmy się wspólnie budować niemożliwe. Największe osiągnięcia ludzkości tworzone są w rozmowie, a jej największe niepowodzenia są skutkiem braku rozmowy.

Nie musi tak być.

Nasze największe marzenia mogą stać się rzeczywistością.

Z technologią, którą dysponujemy możliwości są nieograniczone.

Wszystko, co musimy zrobić, to upewnić się, że wciąż rozmawiamy.

  • Źródło: reklama British Telecom (1993), 11 września 2012.Podkreślenia własne.

 

[Stephen William Hawking (1942–2018) człowiek nauki, także jej popularyzator  astrofizyk, kosmolog i fizyk teoretyk].

Jest jedynym w historii, który w serii Star Trek: a dokładnie, Star Trek Następne pokolenie zagrał sam siebie.( Ten film uwielbiał także Randy Pausch).

Magia liczb od samego początku, czy początku końca? A Phi, wzruszasz być może ramionami teraz, no a Pi?* Urodziny Hawkinga przypadły w trzechsetną rocznicę śmierci Galileusza. A (dzień) śmierci to również dzień, tym razem urodzin  innego naukowca,do którego Hawking był często porównywany, Einsteina. I Cóż, zarówno jeden jak i drugi był cele bitami, celebrytami w świecie N (auki).Umiał SMAkować życie. To także znak charakterystyczny brytyjskiej kultury i uprawiania nauki, niech za przykład posłuży takowy obrazek: Zorganizował imprezę dla podróżników w czasie, na którą… Nikt nie przyszedł. I nie dla tego, że olał zaproszenie Stephena. I co, mały smuteczek, wielkiego (astro)fizyka? Nie, radość, a raczej raaadocha,  W sali uniwersytetu Cambridge przygotowano sale i nakrycia, jednak nikt nie przyszedł,na podwieczorku w scenie Alicji w Krainie ciar, przepraszam, czarów, było inaczej, raczej skromnie, wiecie, królik, Szalony Kapelusznik, a tu Stephen w krainie, co najwyżej, kwarków, i dlaczemu, powód do uciechy? Zapraszam wszystkich gości kończy mi się data ważności (wrze świata)? Jest mały haczyk,wysłał zaproszenia dzień później, czym dowiódł, że, nie nie, że koleje państwowe mają problem, w czasie i przestrzeni, czy inni przewoźnicy, ale, że nie możliwe jest podróżowanie w czasie…Ot, nauka. Jak sam Hawking mówi(ł) lubi wino i proste eksperymenty, prosto także potrafił mówić o nauce, stąd jego książki, również dla dzieci, stawały się bestselerami.

 

 

 

*Dzień π obchodzony jest 14 marca i znów te daty,a raczej jej zapis w… USA – notuje się ją jako 3.14. Inauguracja  o 1:59 (po południu). Ciekawe dlaczego, pewnie to Pi, razy drzwi, nie? 🙂 Pewnie wiedzą ci,którzy mają (po)ciąg do liczb, a raczej do jednej…Ot, rozwinięcie tematu:

π, 3,141592

I jeszcze taki cyt, cyt, cytacik:

[grafika własna,wypowiedź: Stephena Wiliama Hawkinga]. Dla osób chcących poczytać więcej o Stephenie, polecam artykuł i dyskusję pod tekstem.
Reklamy

[331]. [Nie]Powroty.

Głowa i namysł. I zmysł, nie szósty bynajmniej. Nie chciałam składać słów w ten oto wzór. Szedł, szedł od pięty, od wersu do puenty. Od słowa, po przez rytm i rytm, do znaczenia bez zmęczenia.

Szedł, szedł.

I Odszedł.

Jeśli to nie jest pierwszy artykuł, który czytasz na tym blogu, to wiesz, albo się właśnie dowiadujesz, że twórczość Wojciecha Młynarskiego była mi bliska nawet gdy bywała mi daleka. Niewątpliwie odzywał się wtedy, gdy miał coś do powiedzenia, nie tylko pisał teksty piosenek, nie tylko tłumaczył (dzięki Niemu piosenka francuska nie ma przed nami tajemnic, ale jest przełożona pięknym, literackim językiem) jest też autorem librett, tak do musicali jak do oper. Mistrz suspensu, smakowitego tekstu, rymu i rytmu, treści co w pięknej formie się mieści,  wzniósł piosenkę do kategorii Sztuki przez wielkie Sz. Absolutnie! Wielcy odchodzą gęstym krokiem, po cichu łapczywym pośmiechem i pośpiechem absurdalnym. Na szczęście zostają teksty. I preteksty. Pra,pra… Teksty. Nie, nie znam wszystkich. Absolutnie! Wypadało by strzelić puentą, i rzutkim wierszem, ale myśli nie pomieszczę. Panie Wojciechu, dziękuję. Można się nie zgadzać, ale warto znać smak tekstu Wojciecha Młynarskiego, zachęcam do tego.

[Absolutnie,Wojciech Młynarski, Wojciech Młynarski prawie całość, źródło nagrania].

I jeszcze jedno najlepiej chyba oddać uwagę rozmowie na dwa głosy :

 

[Ona rozmawia, audycja Agaty Młynarskiej, rozmowa z Wojciechem Młynarskim, Radio Pin, źródło nagrania].

 

273. Opowieść na dobranoc.

— Widziałam film, w którym pan grał.

— Też jesteś wielbicielką Mistera Q?

—- Nie. Grał pan ojca, który nie znał własnego syna. Po raz pierwszy spotyka się z nim w barze, na stacji benzynowej.

— Ale tego filmu nikt nie ogląda.

— Jest tam mój ulubiony dialog. Pana syn mówi: „Dlaczego nie byłeś dla mnie ojcem?” Pan na to: „Nie sądziłem, że jestem gotów”. Ten dialog uświadomił mi coś ważnego.

— Co?

— Że nikt nigdy nie jest na to gotowy, więc nie ma się czego bać.

/ΩΩΩ Ω ΩΩΩ/

—[Mężczyzna 1]No więc główny bohater leży na łożu śmierci. Mruczy:. Powinienem był poświęcić się Tobie, i naszej miłości.  Zamiast marnować życie na karierę w ubezpieczaniach.

— [Mężczyzna 2]: A może mówi do niej coś zwykłego?Prostego. W rodzaju…: Trzymaj się.

— [Mężczyzna 3]: Nie. Do końca musi coś być o fizycznym bólu. Co myślicie o tym? : Morfina też już nie działa…

— [Kobieta]: Nie przypomni sobie o czymś nieistotnym? Może powie coś w stylu… Nie wiesz co się stało z tym breloczkiem, który dostałem od Ciebie dwadzieścia pięć lat temu? Tym, w kształcie podkowy?

— [Mężczyzna 5]. N i e.  Na łożu śmieci bohater milczy. Ona mówi:. (…) Zmarnowałam przez Ciebie tyle czasu. Najlepsze lata mojego życia. 

[Dialog z obrazu, Młodość, w reżyserii Paolo Sorrentino, który także napisał także scenariusz. Francja, dramat, 2015].

 

Niby nic nowego. Niby zestawienie zgranych klisz: Młodości ze starością. Doświadczenia z jego brakiem. Soczystości z kruchością zmarszczek. Przemijania z czasem. Krótko i długodystansowych spacerów. Zużywanie życia. Bez epitetów. Emfazy. Zbędnych dodatków, ekstraktów. Jak w kalejdoskopie. Zobaczcie same, spojrzyjcie sami. Chociaż plakat nie zachęca.

[Młodość. Paolo Sorrentino Francja 2015, źródło zdjęcia].
[Młodość. Scenariusz i reżyseria: Paolo Sorrentino Francja 2015, źródło zdjęcia].

 

233.Kędzierzawe czwartki. O miłośniku Liczb (Niezbywalnie) Pierwszych i jego doświadczeniach.

[Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera, Daniel Tiamment, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010 r, seria: Przez Rzekę, źródło zdjęcia].
[Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera, Daniel Tamment, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010 r, seria: Przez Rzekę, źródło zdjęcia].

Podobnie jak wielu rodziców, normalność rozumieli jako bycie szczęśliwym i użytecznym.

[Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera, Daniel Tamment, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010 r, seria: Przez Rzekę, s.53].

 Gdyby nie to, że ktosia mi poleciła przeczytanie tej książki, to z dużym prawdopodobieństwem (bo tego z pewnością, i to nie zbitą stwierdzić nie można) gdybym nawet na nią, w tym czasie (nie dekadę wcześniej, licząc od jej przeczytania) trafiła. Zboczyłabym zobaczyłabym okładkę i podtytuł, paternalistyczne ociekający marketingiem, który musi, bo po prostu i po krzywo (to nie oda do zielska) wsadzić swoje macki muuusi. Tak więc, po przydługiej introdukcji, przeczyłam.I chociaż o Zespole Aspergera wiedziałam już wiele, przeczytanie tej właśnie książki, było niezwykłym doświadczeniem. Stało i nie stało się nic. Po jej przeczytaniu. Nic, bo żyłam, tak jak żyję. A jednak coś: bo uparte myśli drążą skałę, i chcący zbudziły moje marzenia, a że rzecz to intymna, te akurat pozostawiam dla Siebie i dla Bliskich mi Osób. Nie chcę tej wiedzy pozostawiać dla siebie. Nie może i Ty, zdecydujesz się sięgnąć po tę pozycję, i być może jak ja odłożyłabyś, albo odłożył na półkę? I to nie była by półka własnej biblioteczki? A szkoda. Sam Daniel mówi o sobie, że nie jest geniuszem, że z autyzmu się nie wyrasta, i tym samym poddaje w wątpliwość wszelkie mity, tak chętnie powtarzane (zwłaszcza przy takich sytuacjach) stereotypy dotyczące osób z niepełnosprawnościami. Daniel Tamment ma doświadczenia ze spektrum autyzmu i synestezji, które sam opisał w cytowanej już przeze mnie książce, której tytuł brzmi:

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera. Jest to książka napisana nie tylko przystępnym językiem, ale wykraczająca poza doświadczenia osobiste autora i dla mnie, osobiście jej treść była bardzo wnosząca. To po pierwsze.

Po wtóre: Daniel wspomina na samym początku swojej książki (po wprowadzeniu dotyczącego kwestii w jaki sposób widzi i czuje liczby) wspomina, że obraz zaburzeń, jest różnorodny, u różnych osób, o czym zapominamy, i my.

Warto zaznaczyć i przy tej okazji: jeśli częścią naszego doświadczenia życiowego nie jest należenie do tychże grup. Te, które postrzegamy jako swoje widzimy jako bardzo złożoną, o różnych zależnościach zachodzących wewnątrz, obce jako monolit, a przykłady nie pasujące do tychże traktujemy jako wyjątki, te mają — w myśl uporczywie powtarzanego przysłowia — potwierdzać regułę…).

Jeśli macie zamiar przeczytać tę książkę, proszę sięgnijcie do niej bezpośrednio a dopiero potem szukajcie w Internecie materiałów o Autorze, jest ich trochę, a nawet t r o c h ę  więcej.

Jestem przekonana, że w tym przypadku kolejność ma znaczenie, i że taka jest właściwa.

Jedną rzeczą, jest to, że autor opisuje swoją niepełnosprawność bez patosu, i z różnych perspektyw (np matki i ojca), ale nie tylko. 

[A tak wygląda (ze zdjęcia) Autor. Źródło].
[A tak wygląda (ze zdjęcia) Autor. Źródło].

Drugą to stawianie sobie wymagań. W sposób, mądry i wnoszący. Taki, który pozwala na rozwój, w czasach gdy jego zaburzenie było albo nieznane, albo z czasem, zostawało opisywane. Sam Daniel [u]zyskał diagnozę późno (co nie stanowi novum) jeśli chodzi o zaburzenia ze spektrum autyzmu — bo w wieku dwudziestu sześciu lat, wcześniej nie rozpoznano jego potrzeb, a i potem wiązało się to z wieloma stereotypowymi decyzjami. Jeśli jednak chcecie przeczytać o Dzielnym Rycerzu Danielu i Jego Walce z Chorobą, (do tego zdiagnozowano u niego epilepsje płatów skroniowych). Jeśli takie skojarzenia, i — co gorsza — o c z e k i w a n i a, żywicie względem tej właśnie lektury to darujcie sobie tę lekturę. Żyjcie w zdrowiu (i nieświadomości). Jego/ Jej wybór. Dasz (lub nie darz) bór! :-). Moim zdaniem nie jest to książka tylko dla zwolenniczek i zwolenników (autobiografii). 

[Buzu Squat, Przebudzenie, źródło nagrania].

 

Nie jestem przekonana do tego, że da się przekroczyć rzekę bez bólu i wyrzeczeń… Niezależnie od tego czym dysponujemy… O czym marzymy i gdzie (aktualnie) jesteśmy w Życiu. Wracając jednak do książki, to zwraca uwagę świadomość Daniela Tammeta nie tylko względem własnych przypadłości, czego raczej się spodziewamy, ale względem przeszłości, np szczegóły dotyczące własnej rodziny. I nie ma to nic wspólnego z doświadczeniem choroby, czy niepełnej sprawności. Jeśli będziemy czytać w sposób uważny, to wyczytamy więcej, nie dlatego by przypisywać znaczenia, których nie ma, widzieć Znaki (nie tylko wodne) ale dlatego, że wiedza np o sposobie socjalizacji (patrz proszę cytat otwierający ów wpis) tu rzeczywiście jest. Ponieważ choroba/ nie w pełni sprawność,  i doświadczenia z niej płynące są tylko częścią, ważną, ale częścią całości, tę książkę czyta się tak dobrze. I  z kart tej książki przebija, coś jeszcze — u_ważność i świadomość Autora, to po prostu czuję. Widać jaką pracę wykonał w sderze emocji.  I widać także różnice kulturowe między Polską a Wielką Brytanią (zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie czas, w którym działa się akcja). Daniel Tammet nie unika tematów uważanych, nawet dzisiaj, za trudne, czy stabuizowane.

To wszystko połączone z pewną dozą surowości, przekonuje mnie, by tę właśnie książkę Wam polecić, zwłaszcza, że część z Was obchodzi dziś Święta Wielkiej Nocy i może zdecydujecie się na spędzenie czasu z książką, może właśnie tą?

A skoro był cytat na początek, to niech i teraz nastanie: 

Niepokoiłem się oczywiście o podróż i powodzenie mojego wolontariatu. Jednak było we mnie coś jeszcze: podekscytowanie,że w końcu biorę odpowiedzialność za swoje życie i swój los. Ta myśl zapierała mi dech w piersiach.

[s.150].

169. Zanim zniknie(sz), czy(li), dialog z miastem.

     Dzieła Bunksy‚ego , a w szczególności jedno z nich One nation under CCTV, jest dla nas okazją do zadania ważnych pytań: Gdzie przebiega linia demarkacyjna określająca sztukę przez wielkie Szt? O ich trwałość, nowe/nie nowe środki wyrazu? Czy sztuka powinna odpowiadać na potrzeby określane kulturowo i zakorzenione w czasie?

Jak mi wiadomo nie znaleziono  odpowiedzi, choć padało ich wiele. Jest jeszcze jedno pytanie,  dla mnie wiodące pytanie zadawane właśnie przez twórcę One nation under CCTV .

Pytanie o dialog z przestrzenią miejską.

Żeby poczuć o co chodzi możemy zdecydować się na przeprowadzenie eksperymentu, ale to wymaga przede wszystkim czasu i uważności. Wybierz się w określoną przestrzeń miejską z osobą z niepełnosprawnością wzroku,osobą z  niepełnosprawnością poruszającą się za pomocą kul łokciowych, z osobą z niepełnosprawnością poruszającą się za pomocą wózka inwalidzkiego i wózka inwalidzkiego aktywnego. Wybierz się w tą samą przestrzeń miejską z osobą, która porusza się rowerem, każda z nich opowie Ci swoją historię,  i każda z nich pokaże Ci swoje miasto. Jakże inne, od tego, które przecież tak dobrze znasz. A jak jak byś je dobrze poznał/a gdybyś sama zdecydowała poruszać się za pomocą wózka inwalidzkiego.  Jak to przestrzeń miejska jest sprofilowana dla osób sprawnych, młodych, i rzutkich.O tym często i boleśnie przekonują się kobiety, które właśnie zostały matkami, i próbują wybrać się ze swoimi pociechami, w jakby się wydawało bliższy świat, nie na biegun. Dlaczego wspominam o kobietach?Ano,bo to z reguły one są zobligowane poradzić sobie techniką, a nie siłą mięśni podróżując ze swoim potomkiem, potomkinią i jeszcze z torbami.  Oczywiście, kobiety mają mięśnie i siłę, ona ma siłę nawet nie wiesz jak wielką — przypomina nam jedna z piosenkarek— (można się zdziwić niejednokrotnie) ale nie przywiązują doń takiej wagi, jak to kulturowo jest wdrukowane w obraz mężczyzn.

Powracając do eksperymentu. Zachęcam do spróbowania. Oto miasto, które znamy, odkrywa nieznane oblicza.

Jeszcze jedną twarz miasta odkrywa Bunksy. I to bardzo ważną,  komunikacja z przestrzenią miejską.Ma ona charakter jednostronny. Spójrzmy na przestrzeń miejską właśnie z tej perspektywy. Dowiemy się więcej niż o ukrytych mechanizmach władzy. Jak usytuowane są dobra, a co można powiedzieć o przestrzeniach zagrodzonych? Nowych osiedlach, kto od kogo próbuje się odgrodzić? Jak sytuowane są dobra ekonomiczne? Może też więcej niźli byśmy chciały/ chcieli wiedzieć? Czym jest ciało w mieście, czyje to ciało?

Do tego także nie zmusza nas sztuka graffiti?

Nie, nie piszę o wandalizmie, niszczeniu przestrzeni, chociaż to także jakiś komunikat. Oto to co tworzy Bunksy, którego tożsamości nie znamy, co również znamienne, wyrosło z buntu, biedy i brudu, a nagle, nie tylko nadaje wartość obiektom, na których się znajduje, ale i jest obiektem (sic!) pożądania. I głosem w sprawach społecznych. Nie zapominajmy jednak, że Bunksy jest jeden. I to właśnie on przedarł się do tego lepszego świata. Talent zatem nie jest gwarantem sukcesu.Zresztą nie zapominajmy,że twórca takich dzieł jak to wspomniane powyżej, ma wiele tożsamości wnoszących,windujących go w drabinie socjoekonomicznej. Wróćmy jeszcze na chwilę do One nation under CCTV.

Znamienne jest to,że obraz  powstał pod okiem wszechobecnych kamer, jedna z nich doskonale  w p i s u j e   się  w obraz, i  n i e   jest tak jak pies i policjant namalowana, ale działa, spoglądając mechanicznym okiem (a może przez chwilę „przysnęła”—ale jest). Jest jego częścią. Wracając na nasze polskie podwórko,artystki i artyści tworzący w okresie młodej polski postulowali wyjście sztuki na ulicę, niewątpliwie w przypadku tego co proponuje nam Bunksy, tak właśnie się dzieje. Z tym, że — poza wyjątkami— graffiti to sztuka, która przemija,która jest natychmiast zamalowywana, i natychmiast fizycznie nie obecna. Tego obrazu już fizycznie nie ma.

Graffiti jest sztuką, która przemija, znika, bywa zamalowywana. Jest po to by zobaczyć ją z okien samochodu. Zatrzymajmy się na chwilę,  John Urry w Życiu za kółkiem pisze:

Życie w samochodzie umożliwia różnorodne formy uspołecznienia: w rodzinie, wspólnocie,związaną z wypoczynkiem, przyjemnościami przemieszczania się z innymi. Przeplatane one są żonglerką czasem i przestrzenią,zarówno umożliwianą, jaki narzucaną poprzez podróże samochodowe.

[John Urry, (2000) Inhabiting the car [w:] International Journal of Urban Regional Research polscy czytelnicy i czytelniczki artykuł mogą przeczytać w Socjologii codzienności pod red. P Sztomki i M. Biguni- Birkowskiej Wyd.Znak, Kraków 2008, przekład Pauliny Polak, s.413-414].

Zatem miasto narzuca nam nie tylko komunikację, ale i jej rodzaj, wiele osób nie zauważyło by małego obrazka wetkniętego gdzieś w kąt.  a skoro miało dzieło miało być widoczne z okien jadącego samochodu, który jest wpisany w prawidłowości ruchu ulicznego.

To  w jaki sposób się poruszamy, czy to fizycznie, czy intelektualnie wpływa na rodzaj komunikacji.

[Games Without Frontiers, Peter Gabriel [źródło].

 

 

150. Wyobraź sobie, a usłyszysz.Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal?

Osoby, które utraciły wzrok, czy to we wczesnym dzieciństwie, czy po okresie dorastania najefektywniej funkcjonują w społeczeństwie. Wynika to z kliku nakładających się na siebie rzeczy:

Czytaj Dalej „150. Wyobraź sobie, a usłyszysz.Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal?”

142.Zarys, czyli…Sesje na sesji (czyli podrap się umysłem).

Przepis na k[h]it,

albo daj Losie na to, by otrzymać magiczną pozłacaną statuetkę. Wziąć temat uznawany za tabu, tkliwą muzykę, najlepiej osoby z niepełnosprawnością i ograć to kilkoma akordami. Ot, zrealizować, najlepiej w Dalekim Kraju. Hajda. Pstryk. Jest. Wszyscy będą zachwyceni, że przełamuje się tabu, że novum, że w r e s z c i e   się mówi o  t y c h   sprawach… Co prawda, nie idealnie,   a l e   j e d n a k.  W jaki sposób poruszyć, ale tak… by nie śmierdziało…Hmm w granicach bezpiecznych…Hiperbolizuję…[?]

Czytaj Dalej „142.Zarys, czyli…Sesje na sesji (czyli podrap się umysłem).”

120.Dlaczego warto zobaczyć film o Stephanie Hawkingu… (Inaczej).

Można zobaczyć film o miłości, o harcie ducha, o niepełnosprawności i o geniuszu uwięzionym w ciele,  podanym w iście amerykańskim cieście, polanym hollywooodzkim sosie.  Mniam! ale mdłe, ale pyszne. Jak fast food. I co najgorsze można się tym zadowolić.

Czytaj Dalej „120.Dlaczego warto zobaczyć film o Stephanie Hawkingu… (Inaczej).”

88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.

Ani śnieg nie przykrył niedawnych krwawych wydarzeń, ani sromotnego upokorzenia nie zasypał, ani wieści słabości francuskiej armii nie zmroził — na wieczność, nie na wieczność. Hulał wiatr wdzierając się w palta, i skostniałe myśli… Żołnierze niedzielnie bo  w świątek,piątek i niedzielę.W minucie każdej, dzielnie walczyli, ale zaprzepaścili swoje szanse na powrót z tarczą. Wiedzieć trzeba, że kampanie tej przeprawy nie tylko były skrupulatnie zaplanowane przez wroga, ale i stały si forpocztą nowego sposobu prowadzenia i rozstrzygania konfliktów zbrojnych. Z francuskich, kolorowych mundurów pozostały strzępy wypłowiałej tkaniny,obrosłej brudem, sztywnej od mrozu i błocka nieprzydatnej już do niczego.

Słupek rtęci poniżej zera utrudnił (albo nierzadko uniemożliwił) poruszanie się po drogach. Ślady te trudno było zatrzeć nawet niespełna rok po wydarzeniach wojny francusko — pruskiej.

Wiosną gdy przemarznięta ziemia zdecydowała się obudzić do życia, wraz z roztopionym śniegiem ukazywała żałość ludzkiej natury, która ukazuje swoje prawdziwe oblicze w czasach niespokojnie krwawych, pogorzeliska, zniszczenia, ruiny płakały w pełnym lipcowym słońcu. I tak cud, że akuszerka z medykiem zdążyli do owego wystawnego domu o dużych, czystych oknach,wypastowanych parkietach, długich, korytarzach by odebrać poród. (Jakaż to by była sromota nie zdążyć do tak zacnego domu)...

Albowiem wiedzieć musicie, że choć śmierć w trakcie utarczek, buńczucznego gniewu i napęczniałej wojennej rozpaczy przychodzi często pośród ludzi (i długo po niej wraz z hiobowymi wieściami o śmierci bliskich, dalekich krewnych, [nie]spełnionych kochanków na których drodze tylko kres doczesnego życia i bezkresna tęsknota) tak i  rozdzierający ból miesza się z tym, który zwiastuje nowe życie.

Czytaj Dalej „88. (Po)chwała drobiazgów, czyli nie tylko zielone zeszyty.”

85. Wspólny mianownik.

Katarzyna Rosicka  Jaczyńska miała wszystko.

Wszystko.

Pracę którą kochała, w której się spełniała, i w której wyznaczała trendy. Szła śmiałym krokiem nie tylko na wybiegu. To ona jako pierwsza w Polsce (nie wiem czy nie na świecie) zaprowadziła na wybieg nie modelki, zwykłe dziewczyny z energią. A niby teraz to taki hicior.  Gdzie tam… I tam, i tu i tu i jeszcze taam. Tadam. A jak nie dam to Katarzyna sama weźmie. Była piękną kobietą, taką, za którą oglądali się mężczyźni. Nie jeden marzł i marzył o niej w niedwuznacznych sytuacjach. Lubiła ich. 

Lubiła życie na krawędzi. Katarzyna miała wszystko Dom,przestronny, słoneczny, piękny. Dwójkę dzieci— zdrowych, pięknych, mądrych, żywych,inteligentnych. Chłopca i dziewczynkę. Zajmowała się nimi rzadko. Za rzadko. 

[Ale jak wszystko, to wszystko].

Czytaj Dalej „85. Wspólny mianownik.”

33. Zrobię to tylko dla Ciebie.

Ma sto, ba ma nawet więcej mieszkańców. M(i)a_sto, nie milknie. Pulsuje.Tętni. Pluszcze. Szemrze. I sepleni. Migocze. Peszy się- rzadko. Spieszy się—zawsze. Mamrocze. Szemrze.

Przed gmachem opery kolońskiej schodzą się ludzie. Rozeszły się wieści pocztą w koturnach pantoflową, że koncert, że świetny, że premiera. A wiadomo, czas dla entuzjastek i entuzjastów jazzu, wychudły i zmizerniały. I bidnie odziany. Śpiesznie nie. Niby czuć w powietrzu  Etykieta. No cóż, poszła w odstawkę. Dżins i koszulka polo jest najnowszym wrzaskiem mody, na studencką nutę. Bardzo stycznie. Muzyka zbliża ludzi. Autentycznie. Akustycznie. Zwłaszcza.

Czarno. Ciemno. Zimno. Wietrznie. Deszczowo. Czas biegł,pędził. Spacerowała zbliżając się godzina dwudziesta trzecia. Przestęując z minuty na minutę. Tysiąc czterysta krzeseł jeszcze nie ostygło, czekało na to, aż jedni po ostatnim spektaklu opuszczą salę, drudzy- do niej wejdą. Już za chwilę. Już za momencik. Koncert z fortepianem będzie się kręcić.

zorganizowano  go za pięćset funtów, czegóż się spodziewać po siedemnastolatce, która ogarnia zamieszanie? A i owszem, wcześniej Viera Brandes  zaangażowała się  jeden, ba jedyny raz organizując występ Ralpha Townera. A i owszem, odgitarzono odtrąbiono sukces. Dlatego też dzisiaj na widowni wraz z pasjonatami jazzu przez wielkie Dż zasiądą również ludzie z mediów: prasy, radia telewizji. Bilety nie są drogie, najtańszy, w przeliczeniu kosztuje osiem złotych polskich. Akustyczny jazz nie cieszy się polarnością. O czym wie na przykład Bill Evans, który ma w swoim repertuarze takie płyty. Ale przecież można zagospodarować sobie czas w ten sposób.

Zwłaszcza, ze koncert szyty na każdą kieszeń. Także studencką. Podział zysków to 70 do 30 procent. Viera pokrywa wszelkie koszty, także transportu. Kupiła najpierw jeden bilet lotniczy dla dwudziestodziewięcioletniego pianisty, który ma wystąpić, potem musiała  jeszcze jeden gdyż dowiedziała się, że podróżuje w towarzystwie jakiegoś faceta który właśnie założył małą  wytwórnię płytową. Cóż jak mus to mus. Potem okazało się, że panowie zamienili fotel lotniczy na sfatygowany samochodowy i taszczyli się zdezelowanym Renault 4, na trasie Zurych— Kolonia. Cud, miód i… Wertepy. Przytaszczyli się.  Muzyk, nawet gdy jest to klawiszowiec Milesa, doświadczenie dwuletnie, w operze to nie jest częsty widok, ani odsłuch. (Co prawda Martha Argerich najlepiej czuła się nagrywając płyty w nocy, i te odniosły najszybciej komercyjny sukces). Najpierw znów musiano zainstalować sprzęty akustyczne. Przecież wcześniej odbywało się tu przedstawienie i na nic próby. Zmiana dekoracji. Wszystko trzeba było zaczynać od początku. Ustawianie. Mierzenie. Nastawianie. No, cóż (od)biegające (sprintem), od najbardziej skromnych standardów. Mizerny magnetofon,dwa głośniczki,  dwa mikrofony (just in case —wyodrębnienie dźwięków).  I przenośny rejestrator, maciupeńki, sześciokanałowy mikser. O, których szczegółach Viera nie wiedziała tak jak o tym, że  koncert ma być nagrywany. Przecież Keith dopiero co podpisał kontrakt z wytwórnią Impuls odkąd postanowił kontynuować solowy rozdział swojej kariery, kontynuować bo przecież za czasów współpracy z Davisem, a wcześniej z Lloydem nagrywał solowe albumy. —Ale przecież, co szkodzi nagrać? Zwłaszcza, że Columbia odrzuciła propozycje współpracy, a skoro ten nieopierzony właściciel małej wytwórni chce, proszę bardzo. Zwłaszcza jeśli pofatygował się z Niemiec, aż tutaj. Szkoda by było go odprawić z kwitkiem, a raczej z krótką improwizacją, i tak i tak przeminie.

Podejrzane, że się zgodził. To przecież Keith. To on nie toleruje nawet kichnięcia na widowni, wtedy przerywa koncert. Do tego jak przyjdzie mu podróżować, ba przejeżdżać na koncerty, to tylko dwie godziny od miejsca zamieszkania, dlatego nie będzie gościł w europejskich salach, no ten jeden, jedyny raz. Przecież to Stany Zjednoczone i oczywiście Japonia  ale nie dość, że będzie sypiał w tym samym hotelu od lat, to jeszcze w tym samym pokoju i tym samym łóżku. Do tego przecież jest tam wybranka jego serca. Ale nie uprzedzajmy faktów. Te dopiero będą się dziać od 1976 roku.

Wróćmy do piątkowego, deszczowego wieczoru, a raczej nocy.

Ludzie zajmują miejsca. Wchodzą powoli. Zasiadają, poprawiają, moszczą się, szukają swoich miejsc, powietrze niesie gwar rozmów. Słowa. Słowa. Słowa. Najpierw na scenę,po której stoi mały czarny słoń. Wchodzi Manfred okrąża, muska klawisze. To czarne, to białe. Roztrojony.

Na scenę wkracza Keith. okrąża małego czarnego słonia, muska klawisze. To czarne to białe. Roztrojony. Nie będę na nim grał. Wybiega. Najpierw z sali, potem cóż, po schodach, przeskakuje stopnie. Nim Viera się spostrzeże jest już w aucie. Dobiega do niego. Otwiera drzwi.

—Wiem, wiem, mówi połykając słowa bez popijania. Jest źle.

—-Jest gorzej niż źle. Przerywa jej. — Jest gorzej niż źle. Piano jest małe,roztrojone tak, że nie można na nim grać. No, można w środkowych rejestrach. A wiesz jak trzeba walić w klawisze by to się nagrało? Wiesz, ile to wymaga siły. A przecież na tym nie polega muzyka.  Ja nie spałem dwie noce, jestem rozedrgany. Nastrój jest tak jak ten wieloryb, a raczej jedenryb, a w zasadzie mala rybka na środku sceny. Ryby głosu nie mają, a ja nie wyduszę z tego czarnego grata nic. Bezbronna , która tylko skrzeczy. Wszystko szlag trafi. Do tego ta pora. Pora bym się stąd zabierał czym prędzej. Proszę odwieź mnie do hotelu.

— Nie mam prawa jazdy. Keith,   p r o s z ę    zagraj.

— Dobrze, zrobię to tylko dla Ciebie.

Pierwsza część koncertu The Coln Concert, Keith Jarret, ECM 1975;

Zaczynał jako trzylatek. Na lekcje pianina przyprowadziła go rodzicielka. Swój pierwszy koncert zagrał pięć lat później. Repertuar klasyczny, także utwór polskiego kompozytora, Wrocławianina, Maurycego Moszkowskiego plus dwie własne kompozycje. Zawodowym muzykiem zostanie nazwany w wieku lat jedenastu. Osiem lat później wejdzie w skład nowojorskiego zespołu Arta Blakeya,z Charlesem Lloydem zwiedzi świat, zacznie grywać z wielkimi świata jazzu, choć w początkach swojej kariery towarzyszy amerykańskim piosenkarkom, których namiętnie słucha ojciec.   Nawet podczas dwudziestu czterech miesięcy współpracy z Davisem nie zaprzestaje nagrywania z innymi. Powróci do fortepianu akustycznego i to z nim, nie z organami piszczałkowymi, nie z saksofonem, nie z parapetem będzie kojarzony. A o kolońskim koncercie powie, że najlepiej spaliłby wszystkie egzemplarze tej płyty.  Nie jest bowiem ona uznawana za najlepszą, choć bez wątpienia najlepiej znaną i kojarzoną. Tak jak jego sposób gry.

Oligarcha wśród instrumentów. Fortepian, pasja wygrywania i łączenia stylów uratuje mu zdrowie, wtedy gdy nie będzie mógł ani rozmawiać, ani podnieść klapy fortepianu, w wyniku bólów mięśni, i zespołu chronicznego zmęczenia. Lubił grać, wygrywać od  kiedy to zasypiał na klawiaturze jako chłopczyk.

Pewnego roku gdy zaprzestał w wyniku choroby koncertowania, i nie mógł nic zrobić spacerował do swojego przydomowego studia i nagrywał króciutkie utwory, które złożył pod choinką jako prezent dla (ówczesnej) żony. The melody at night with you. Nie wiadomo, czy wtedy narodził się pomysł uwieczniania najważniejszych wydarzeń z życia na płytach jak później stanie się z rozwodem. Wiadomo,  płyta z czasów choroby zostanie wydana, a  Facing You będzie pierwszym albumem dla tej małej wtórni. I tego gościa, z którym podróżował do Kolonii. Tak, to współpraca na lata. Keith Jarret bo o nim mowa, mógłby być nazwany Panem Improwizacją, ale także jako ten, który łączy klasykę, jazz i muzykę etno. Gra nie tylko na wielorybie, także na perkusjonaliach, a zdarzyła się także płyta na której akompaniował sobie na gitarze, fletach… Pomyśleć, że na urodziny chciał dostać słonia… Co by było gdyby nie usłyszał Portfolio ad Ahmad Jamal i nie odkrył jazzu? Nie wiadomo. Pan Ekspresja ujarzmia muzykę używając nie tylko palców i dłoni, ale także rąk. Dla porównania proponuję posłuchać Hirmomi Uehara,która również nie potrafi usiedzieć przy fortepianie. Równie fascynujący widok.

Wiadomo Jarret jest tylko jeden. I Koln Concert jest tylko jeden, nie wiadomo, czy z racji muzycznych cytatów pianisty? Ma przecież w swoim portfolio olbrzymim album dedykowany filozofowi wschodu. Dlaczego koncert koloński jest tak ważny.  Czy z racji zamysłu. Keith wymyślił sobie, że wygra całkowicie improwizowany koncert. Bez nut.  Bez sprawnego fortepianu. Bez wygodnego łóżka, a raczej, wygodnego snu. Bez przygotowania? Zapewne nie, przecież wiadomo, że najlepsze improwizacje, te Wielkie, są najbardziej przygotowany, najbardziej wypracowane. A może w tym przypadku się mylę. Przecież wyjątek potwierdza regułę.

Jedno pozostaje bez zmian. Muzyk nie posiada swojej strony internetowej, nie mówiąc o fanpagu. Do tej pory wieści przekazywane są wśród fanów i fanek. Niezależnie czy gra solo. czy w składzie z orkiestrą. Jedno czego nie potrafi, a co robi, i co słychać także w Kolonii to podśpiewywanie sobie, o jego nieumiejętnościach wokalnych wspomina się tam i ówdzie.

Dlaczego publiczność zareagowała tak żywiołowo na pierwsze dźwięki skoro repertuar był improwizowany?

Ano, dlatego, ze to odwołanie do sygnału kolońskiej opery, zawiadamiający, że właśnie skończył się antrakt… A to dopiero początek… I doskonały album by zaprzyjaźnić się z jazzem.  I wcale nie dlatego, że konkuruje on z Kind of Blue jako najlepiej sprzedającym się albumem jazzowym, albo jest najlepszym jeśli chodzi o pianistyczny jazz solo, czy jazz instrumentalny sensu largo. Dlatego, że jest w nim wszystko. Wirtuozeria, koncentracja, muzyczne obycie, ale przede wszystkim emocja, rozmach, odwaga.

Nie bez kozery w środowisku jazzowym krąży od lat taki oto dowcip:

Trzej wielcy pianiści jazowi: Herbie  Hancock, Chick Corea i Keith Jarret spotykają się w niebie. Herbie mówi: Podobno Pan Bóg powiedział, że jestem najlepszym, najdoskonalszym, najbardziej popularnym pianistą na całym świecie.  Nie, nie, nie — komentuje Chick, to o mnie tak powiedział. Na to odzywa się Keith, panowie, uspokójcie się, nic o was takiego nie mówiłem…

A pomyśleć, że Keith chciał dostać na ósme urodziny słonia… A dostał wieloryba. Na całe szczęście! Smacznego słuchania.

Wpis pisał się z myślą o J.

[16].[W] Imię Sztuki.

O c z y w i ś c i e , ż e   s ł y s z a ł a m o Hrabinie, z Dalekiego Kraju. Mamy odmienną wizję Sztuki i inne życiowe doświadczenia. Ja nigdy nie zagram Julii. Nie ogranicza mnie płeć moja. Jestem tak wspaniałą kobietą jak wyśmienitym mężczyzną. Nie ogranicza mnie me ciało. Nie jestem stworzona do romantycznych brewerii… Paryż jest mój, mój, mój. Cóż, tam Paryż, cóż tam Francja, cały świat należy d o m n i e.  Mogą się śmiać, że przemykam pomiędzy kroplami deszczu. Mogą się śmiać, że mdleję i krwawię na żądanie, że śpię w trumnie, że to wszystko farsa, dramat, i godne pożałowania fanaberie, że straszę pokojówki przygotowując się do roli w moim prostokącie z różanego drewna wyściełanego atlasem.

Że jestem kapryśna? Ot, nie należy zakłócać miru. Paryże i Londyny wybaczą mi wszystko. Ale to ja, ja, ja jestem  krajanką Eugène Delacroixa, o mnie pisze Shaw, cóż tam, Shaw, o mnie pisze świat cały. Jam jest pierwszą diwą Paryża, Francji, Świata. Kobietą, która zyskała dla innych Głos, Ta, Która Przemówiła po wiekach milczenia…

Oczywiście można doszukiwać się podobieństw w biografiach naszych, cóż, takie prawo i przekleństwo Historii. To ja, studiuje po godzinach podłe ciała w prosektoriach. W imię Sztuki. To ja patrzę  w oczy medyków i śmierci. Przede wszystkim śmierci.  Ja uczę umierania, a upadam tak,że pozy moje studiować będą długo po mojej śmierci. Upadam by Zmartwychwstać za miliony.

Elektryzuje, hipnotyzuję, zdobywam. Jestem po prostu Gwiazdą. Nie przeszkodzi mi w niczem amputacja nóg. Czy jestem zapalczywa? —Pan pyta— Ach, to ten epizodzik w  Comédie-Française… Tak spoliczkowałam tą aktoreczkę, ale i tak potem kupiłam ten teatr. I zamysły swoje realizowałam. Niezliczone me talenta. Oczywiście, każda diwa ma humory, lecz ja potrafię się zrewanżować… Errare humanum est…

… Że mam dziwne upodobania, oglądania ludzi, którzy przyszli na plac umrzeć. Egzekucje? Tak widziałam sposób działania gilotyny. Tegoż humanitarnego sposobu rozstawania się z życiem przez skazańców, kalek, galerników, więźniów, sierot,szaleńców, pacjentów szpitali, prostytutek i umysłowo chorych, paralityków, niewolników, tych, którzy   targają się nań z własnej ręki. Studiowałam ciało. W imię Sztuki.

Cóż tam szemrzą adwersarze moi? Że litery poprzestawiałam? Że zarabiałam ciałem własnym na chleb z szynką i szampanem? Cóż, tak moja Matka była metresą. Tak, tułałam się po domostwach różnych, i w różnych pokojach spać mi przyszło. Poznałam życie od (niejednej) po(d)szewki. Jak zarabiam, tak zarabiam. Owszem, od losu nierządnicy, uratował mnie przyrodni brat Napoleona,tak, tego Złodzieja Europy. de Morny kochanek mojej matki. Tej, która wtrąciła mnie do lochu szkoły zakonnej, by mieć ze mną spokój, a wzięła mnie stamtąd, nie  żeby mieć ze mnie pożytek. Umiałam zdobyć poparcie kogo trzeba by się kształcić. A skandale i skandaliki to sposobiki i sposoby na to by mówiono o mnie samej. Trumna, sposób tani i skuteczny już nie mówią o chloroformach, igłach ukrytych w apaszkach, i  chudości. Nie o podłości, upadłości, co najwyżej o wystudiowanych upadkach. Co najwyżej o sposobie w jaki się poruszam, i o hipnotyzującym głosie.

Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).
Henriette Rosine Bernardt (źródło zdjęcia).

Cóż, wasza Hrabina też jest dzieckiem z nieprawego łoża, także pobierała nauki u sióstr, i także wiedziała jakichże protektorów sobie obrać. Mężczyźni, a i owszem, są ważni… Lon TellegerHugo, Flaubert, Dawid Herbert Lawrence, Napoleon III,  Dumas (młodszy),  Zola, Edwarda VII, Tomasz Edison, pyta pan, czy z nimi sypiałam? Galerię jakich imion chce pan utworzyć? A nich gadają, ci, co chcą, jak chcą i kiedy…Widocznie tak być musi. Rzeźbi i reżyseruje się przede wszystkim życie własne. Życie jest Sceną. Moją…

Męża nie kochałam, za to on oddał serce innej. Jak ją zwą? Morfina proszę pana.Casanowa de Sade I.   A i owszem i miłość się czasami zdarza i z to z niej rodzą się,czasami dzieci nieślubne. Tyle, że drogi jej kręte,wyboiste, a jakże to często bywa na tychże stoi rodzina, z którą, wiadomo najlepiej na zdjęciu. Najlepiej z boku. Najlepiej się odciąć…

Że to matka mnie opuściła, no cóż.  Nie muszę się tłumaczyć z przyrodzonego talentu, należnej mi sławy, i prywatnych posunięć.

…Że po stokroć umiem umierać nie potrafiąc żyć, przybieram maski? A czyż taniec z kostuchą też nie jest jego częścią? Mnie pisana od maleńkości, cóż mi pozostało innego niż ujarzmić ją? Że ją sama prowokuję hołdując i hodując zwierzęta dzikie, cóż… A kto mi zabroni skoro cały świat nosi mnie na rękach nie tylko dlatego żebym nie umoczyła sukien drogich…Jeśli owacje, to godzinne, jeśli publiczność, to szlochająca. Tak być musi.

Bo Imię moje Sarah Bernhardt. Złotymi zgłoskami zapisane będzie. Nie przykryje go dyskurs o mym (nie) doskonałym ciele, kurz, zawiść, zazdrość i krytyka ludzka.

———

Sarah Bernhardt [Henriette Rosine Bernardt]— aktorka dramatyczna, pierwsza kobieta, która przemówiła w filmie. Rzeźbiarka, reżyserka, skandalistka.