[379]. Zapowiedź: /Albo: Lakmusowy/.

Labirynt. Lapidarium. Las>Lakmusowy< (papier(ek)))? Grzegorz Turnau wydaje album: L z okazji swoje okrągłej rocznicy urodzin. Jest to być, mnożę? Może podróż przez czas.Po widokach na przeszłość (album pt: 7 Widoków w Drodze do Krakowa) roztaczamy kraj_ (i )_obrazy wspomnień, zapomnień, i (prze)widywań?   Dwadzieścia dwa lata temu Teresa Kotlarczyk zaproponowała Kompozytorowi współprace przy okazji powstawania cyklu programów poetyckich, które kiedyś, czyli w zamierzchłej epoce (kiedy to teksty piosenek tworzyli, w większości ci, którzy się na tym znali) były bardzo popularne. I tak powstały melorecytacje, albo rzeczone formy, które łączyły tekst z melodią.

Koszula, którą zdejmuje Grzegorz Turnau, zdejmuje z półki, ocala(jąc) od zapomnienia. Powstała w sposób następujący „rad nie rad „do istniejącego demo, dograł w tym roku swój głos. Co oznacza, nie mniej, nie więcej podróż w czasach i przestrzeniach. Oto „duet”, zapowiadający dwupłytowy, a w z a s a d z i e trzy płytowy album (podwójne cd) i dvd (już trzecie w dorobku Artysty (pierwsze z teledyskami: płyta: Do Zobaczenia,drugie koncertowe:Och Turnau, Och Teatr).

Proponuję wysłuchać (wsłuchać się) w wiersz Tadeusza Śliwiaka, i warstwę muzyczną, oraz, zobaczyć pomysł na promujące wideo.

[Muzyka  i wykonanie: Grzegorz Turnau,
Słowa – Tadeusz Śliwiak, źródło nagrania].

Drobiazg w oczekiwaniu na album, który swoją premierę będzie miał  trzynastego października 2017 roku.

 

 

Reklamy

[377]… By powrócić.

Zastanawiasz się może czym jest uroda?

Czym jest i jak sma(kuje) uroda chwili? Barwy, zapachy, smaki, faktury, spacery, wzory. Mozaiki, gesty i tiki. To wysłuchanie koncertu w filharmonii,  gdzie dźwięk ma nie tylko brzmienie, ale i smak, zapach i obraz, to fuzja, i przenikanie, synteza, trans-fuzja, podróż w czasie, nie tylko dlatego, że niektóre z nich potrafią opaść jak mgła tuż przed świtem. Kon-

tekst-

-Ty

Niektóre  z nich mogą unieść się jak pyłek, zawrócić

Twoją uwagę, rozbawić, połechtać, czy rozbabawić, a Ty jesteś na konkretnym krześle, czujesz ciężar swojego ciała, widzisz ludzi może niektórych zasłuchanych, i tych co grają, i tych co nie słuchają wcale. Otula Cię muzyka, którą możesz odbierać wieloma zmysłami, w antrakcie napić się kawy, pójść na spacer, albo spojrzeć w niebo. Gdzieś tam zobaczyć konfiturę pośpiechu, i zmęczenia, by znów powrócić… Żeglować od przestrzeni do przestrzeni. Przez muzykę, która nie poddaje się testamentom i lamentom, stworzona w konkretnym zdumieniu, czy rozpaczy, rozpatrzy, a może właśnie z pobudek grawitacyjno- praktyczno zobowiązaniowych (kolejny rachunek za prąd). I znów trzeba będzie zrobić zakupy, i stać nieserowych kork_ach!, odebrać dzieci ze szkoły i lekcje od życia….

…(być może, być mnożę) Twoje myśli. Kołyszą się od akordu do akordu.

 

Niezależnie po której stronie partytury siedzisz.

 

[Daniel Barenboim piano Manuel de Falla – Nights in Spanish Gardens, Chicago Symphony Orchestra, źródło nagrania].

[281]. :-).

[Game day. Jon Schmidt,Piano Guys,  źródło nagrania].

Siedzimy, a z nami świat. A przynajmniej jego część. Ta, którą można ogarnąć okiem, dotknąć ręką, pomacać stopą. To wlewa, to wylewa, ziewa, ktoś chodzi, ktoś chłodzi, krzyczy, milczy, rozlicza, wylicza, zapamiętuje by zapomnieć, albo odwrotnie. Siedzimy w cieple, wlewa się do uszu zamszowy szum. Jest ciężko, brzuchy narzarte zdaniami, przydawkami, podmiotami…

X: No i teraz trzeba wyjść, nikt nas nie teleportuje, co za nieszczęście…

Ja: No i teraz można wyjść, nikt nas nie teleportuje co za szczęście. Można, a to j e s t  s z c z ę ś c i e.

[Dla przypomnienia].

Tyle, krótkich niby wpisów, pora już powrócić do tradycji artykułów. Poczekaj, jeszcze chwilę… A co tam! Oto forpoczta:

 

[Piano Guys, źródło nagrania].

[15+2].[18+2]. Klamry.

Mleczarka lub Nalewająca mleko, ok. 1660, Jan Vermeer, Rijksmuseum, Amsterdam, [źródło zdjęcia]
[Mleczarka lub Nalewająca mleko, ok. 1660r, Jan Vermeer, Rijksmuseum, Amsterdam, (źródło zdjęcia)].

Porządkuje [oczy]wistości. Spojrzenia wejrzeń i podejrzeń. Zmieniam świat , świst, świt na przedpołudnie, to drugie na popołudnie, złudnie marudnie albo wieczór na ten, który oddycha czernią nocy.

Ogląd(_)[m]am. Oglądam.

Ciało.

Swoje. I przesypuje myśli. Klepsydra. Katedra.

Hieronimus (Bosch) i Jan (Vermeer). Zaglądam przez ramię Czesławowi (Miłoszowi). Uczestniczę w życiu zużywając czas_ów_(ni[c]ki). Może zdarzy mi się rozlać czas do butelek, słowników i słoików, dojrzewać będzie po(_)woli nabierać rys[ów] wspomnień. Napomnień. Byle nie świadectw…

}***{

    Ciekawe to doświadczenie, dożyć starości. mniej, niż obawiałem się, myślę o tym, co było, z wyjątkiem chwil, kiedy słabnie wola zwrócona ku temu, co powinienem zrobić dziś i jutro. Przeszłość jest ogromną księgą,  z obrazkami, ale podmiot jej nie ukazuje się wyraźnie, rozchwiany, nieuchwytny, proteuszowo zmienny i przez to zawstydzający. Medytacja pociesza odważaniem strat i nabytków, bo jednak nie tylko się traci: z upływem lat przybywa nam zmysłu architektonicznego i klarowność przęseł, i linii jak w krysztale wynagradza za niedostatek ciepłych barw. Zarazem uczymy się rezygnacji, skoro już wiadomo, że dystansu pomiędzy światem, i jakąkolwiek wypowiedzią nie da się, choć kiedyś mieliśmy taką nadzieję, pokonać.

[Ziemia Ulro, s. 115.]

… starość okazała się gorzką wiedzą , ale także niepokojem, nienasyceniem, i większym niż kiedykolwiek podziwem dla cudowności życia, a także bezustannie utrzymywaną nadzieją, że jeszcze wprawię rękę, i będę podobny do tych japońskich malarzy, którzy dopiero obchodząc swoje dziewięćdziesiąte urodziny, mówili: „zaczynam umieć malować”.

[Zaczynając od moich ulic, s 494].

Cytaty pochodzą z książki: [Traktat o życiu. Myśli wybrane. Czesław Miłosz,Wybór i układ Joanna Gromek – Illg, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2014, s 17-18].

[Aga Zaryan, (też tu) Księga Olśnień, EMI Music Poland/Blue Note Records, 2011, Piosenka o końcu świata, Czesław Miłosz].

Na stronie pierwszej obraz Giorgione, Stara kobieta (La vecchia), źródło.

Skrócony odnośnik do tekstu: http://wp.me/p59KuC-PK

223. Lekko.Cicho. Przyjemnie.

Przechodzę nie tyle od młodości do starości, bo mam takie przeczucie, że w tej ostatniej zagnieździłam się od jakiegoś czasu, ale przechodzę kryzys czytelniczy. Nie będę się tu wdawała w szczegóły, chociaż to podobno w nich siedzi diabeł, może właśnie dlatego?dobrze, że nie chodzi. Tylko nieruchomo tkwi, jakżeż można tkwić ruchomo? Ale nie o tym. Zorientowałam się, że od pewnego czasu nie było tu nic o muzyce. A, że pewien pianista przekonuje, że wszystko ma swój czas. I robi to w sposób dobry (muzyczny) i do tego owy jazzowy. Nie sposób zgadnąć co będzie tematem przewodnim dzisiejszego wpisu.

Zwłaszcza, że album jest lekki, łatwy i przyjemny (nie mylić proszę z przyziemnym).

album
[A time for everything, Yaron Herman Trio, LaBorie Jazz Records, 2007,źródło okładki].

Znajdziemy tutaj siedem kompozycji Izraelczyka, i sześć zapożyczonych, od chociażby Alexandera Scriabine‚a po Cohena, którego Hallelujah zamyka niniejszy album.

. Tak więc spokojnie może to być album od którego możemy próbować zaprzyjaźnić się z magicznym (i nierozumianym [?]przynajmniej dla niektórych) gatunkiem jakim jazz jest, yes, yes, yes! Wiem, że Yaron Herman (o którego dokonaniach już wspominałam) bo o jego albumie cały czas mówimy, gra w sposób matematyczny,czy może być inaczej jeśli pobierało się lekcje u Ophera Brayera? I owy sposób gry dla niektórych wystarczający argument, by nie słuchać, drugim argumentem jest dobór repertuaru jazz to jazz, a nie muzyka pop(ulatrna) albo nie daj Losie klasyczna. Moim zdaniem niesłusznie. Przypominają mi się słowa Chłopeckiego, który był za utrzymaniem podziału gatunkowego na muzyki, a mówienie o jednej (dobrej albo złej) uważał tyleż za przejaw mizdrzenia się do publiczności, co niekompetencji i nieuctwa prelegentów*. Cóż, każdy człowiek ma prawo do własnego zdania. Słuchając albumu A Time for everything pojawiają się pytania (nie sądzę, by były one przypisane tylko do tej płyty) na ile pozwalamy (nie pozwalamy) się stworzyć nauczycielom/kom,autorytetom [w grze Yarona słychać Jarretta,(do którego jest już porównywany) od wielu lat, ale także Paula Bley, czy John’a Coltrane’a, nie sposób nie usłyszeć Bacha, ale i, czego jesteśmy świadkiniami i świadkami tutaj przywoływania motywów muzyki popularnej kulturze, w której jesteśmy zanurzeni, zanurzone, jak zmienia nas formalna edukacja (przecież widać sznyt odebranej, zwłaszcza muzycznej — jeśli przysłuchamy się w jaki sposób rozwija/ł się jazz). Tak czy owak warto zanurzyć uszy. Czy to znaczy, że jazz (albo inny gatunek muzyki) wraca do Listów ? Stanowczo: nie. Wszak nie może wrócić to, co nigdy nie zostało (po[d])rzucone. Jeszcze jedno, albumu fajnie słucha się wieczorem, albo w nocy. Otóż, jestem zdania, ze jest to właściwa pora (i nie chodzi o warzywo) do zażywania (albo czasami zżywania- nie mylić proszę ze zżymaniem) muzyki, kiedy wszystkie światła gasną, zasypiają pośpiech, zmartwienia, powinności i zabiegania.

(O bieganiu, też już było).

Artysta: Yaron Herman

Tytuł albumu: A Time for Everything

Data realizacji: 2007 rok.

Wytwórnia: LaBorie Jazz Records

Gatunki: Contemporary Jazz / Post-Bop/Progressive Jazz

Czas trwania: 65:37

Lista kompozycji:

1. Army Of Me (Björk) (6:05)

2. Stompin (Yaron Herman) (3:42)

3. Layla Layla (Natan Alterman / Mordechai Zeira) (5:25)

4. Interlude (Yaron Herman / Matt Brewer / Gerald Cleaver) (1:10)

5. Toxic (C.Dennis / C.Karlsson / P.Winnberg / H.Jonback) (4:30)

6. Neshima (Yaron Herman) (5:19)

7. Paluszki (Yaron Herman) (5:22)

8. Prelude No.2 in B flat Major, Opus 35 (Alexander Scriabine) (2:34)

9. Message In A Bottle (Sting) (4:46)

10. MMM (Yaron Herman) (6:05)

11. Monkey Paradise (Yaron Herman) (3:55)

12. In The Wee Small Hours Of The Morning (David Mann / Bob Hilliard) (5:33)

13. El Toro (Yaron Herman) (3:27)

14. Hallelujah (Leonard Cohen) (7:45)

Sprawcy zamieszania:

Matt Brewer — bass

Gerald Cleaver  — perkusja

Yaron Herman — piano

[źródło nagrania].

*Chłopecki nic nie wspominał o prelegentkach.

219. Szurając.

Upal. Upał.

Minął.

Dym z papierosa. Pety niedbałości uparcie niezauważalnie drążą czerń.

Oddycha miarowo.

Beton, kurzem się krztu tusząc. Nie, to tylko przesłyszenie. Śśświst, szmer ledwie. Nie, nie, to nic. To tylko organizm. Własny. Burczenie w brzuchu. Dialog ze światłem. Nie sycącym, niknącym, cym, cym, cym.

Monolog ze świat[ł]em.

Wracamy.

Na dworzec.

Perony.  z żelazną konsekwencją uskuteczniają  niewidzialność. Najbardziej gorzkie są te, na których już nie czeka

nikt. Nie wodzi spojrzeniem nerwowo spoglądając na zegarek. Nie rozkłada kroków, ani zdań wielokrotnie zmożonych pośpiechem i uprzejmością, wobec kogoś, kogo zapewne nie spotka już nigdy więcej.

Raźniej jest

ćwiczyć czekanie, odmierzając  tęsknotę we dwoje, troje i więcej liczebników cierpnących w poczekalniach zmarznięte myśli. Odmieniając na nie tak znowu próżną pogawędkę.

Persony. Nie. Perony. Najbardziej zardzewiałe zdrętwieniem zgorzknienia są te, na które nikt nie przybiega zdyszanym spojrzeniem, mdlejącym krokiem i ze spragnioną nadzieją, że już za chwilę, zobaczy, usłyszy, dotknie, będzie łapał [w]dzięki w pół, w ćwierć, w moment ledwie.

Gubimy powroty i powitania. Z nieodrobionymi lekcjami — ćwiczeniami z utraty. Patrząc niewidzącymi oczyma, rdzawym spojrzeniem pod powiekami. [Do]kona(ł) się Niepowrót.

191. [Trzy szybkie].(5).

Znam i takich znawców i znawczynie jazzu, którzy (które) wiedza kończy i zaczyna się na tym co nagrał Leszek Możdżer,a i to wiele. Uważają, że wiedzą wszystko, ale gdy przychodzi do podania ulubionego wykonawcy, czy wykonawczyni, podają tego, który jest stricte popowym, ale kojarzą, znaczenie i zbieżność słów Leszek i Możdżer, i wiedzą, że to nie jest przypadek, ale na pytanie o ulubiony album, albo propozycję tytułu — mówią: Nie wiem, nie słuchałam/em. Tak, tak nagrał wiele, to prawda, ale nie chodzi o ilość, nawet o jakość nie chodzi. Tylko o dozoru pozór. Gdy podaje te, najbardziej znane, także echoooo. Ooooo. Nie będę się roztkliwiać i rozwodzić nad tymi znawczyniami i znawcami, bo ślubu z nimi nie brałam.

Dlaczego więc o nich wspominam,i to w zdaniu pierwszym? Otóż, dlatego, że odrzucając pierwszą warstwę, która się nasuwa sama, nachalnie i banalnie. Pytanie brzmi, co można zaproponować tym, które i którzy chcą zaprzyjaźnić się z jazzem? A zdarzyło im się wiedzieć o istnieniu Leszka Możdżera. Co można zaproponować, tym, które i którzy chcą zacząć przygodę z jazzem? I się zarazić, a nie zrazić, i być może zanucić, a nie zanudzić. Oto kolejny wpis, z cyklu: Trzy szybkie.

O przyjemnych niezobowiązujących i popowych (a może tylko przystępnych?) wokalach jazzujących pisałam wcześniej, tak więc idąc tropem tury klawia. Mogę spokojnie zarekomendować rześki, energiczny, kipiący ekspresją,(presja stała się eks? Nie, nie presji nigdy tu nie było)  jazz  w wykonaniu Michaela Wollnego, tak tak panowie się znają. Zdarzyło się im razem występować (np w Berlińskiej Filharmonii). Łączy ich (Wollnego i Możdżera) także wspólna wytwórnia. Pierwszy jest zdecydowanie osobą poszukująca w sposób ciekawy. Jeśli ktoś/ia zapragnie sięgnąć to spokojnie po dwie ostatnie płyty można sięgnąć śmiało. Michael znany jest ze współpracy z Heinzem Sauerem, ale także z innymi muzykami, można spokojnie podrążyć ten temat i sięgnąć po albumy osób z którymi współpracował.

Muzyk potrafi śmiało i sprawnie żonglować motywami muzycznymi nie ma w tym ani półnuty pozerstwa, czy wywyższania się, w trio na równych prawach słyszymy i basistę i perkusistę. Nad biegłość i żonglowanie gatunkami wybija się na plan pierwszy radość muzykowania. [O Wollnym wspominałam również przy okazji pewnego pudełka, i harmonii). Weltentraum to śmiała opowieść, tak, tytuł może być dla nas znajomy, a i na ową ekspresję nie pozostaniemy obojętne i obojętni. Ciekawe w jakim momencie swojej biografii muzycznej będzie za lat dziesięć, albo dwadzieśćia?

Kolejnym pianistą jest Marcin Masecki ze swoimi Mazurkami. Można powiedzieć, że spokojnie wpisuje się w nurt muzyki minimalistycznej, grając na strukturze, z drugiej, nie traktuje muzyki klasycznej jako odrębnego, zakurzonego bytu. Mam wrażenie, że od tego postrzegania muzycy młodego pokolenia odchodzą. Bardzo częstą by nie napisać nagminną praktyką jest sięgnięcie po klasykę i przeszarżowanie jej. Którą z dróg podąży Masecki,czas pokaże, a ucho usłyszy. Wykształcenie i nagrody to jedno, muzyka drugie. Chociaż bywa, że idą w parze, a para nie idzie w gwizdek. Tak, grody i na,  niewątpliwie mogą przyciągnąć naszą uwagę, a człowiekowi, który pracuje na rozpoznawalność swojego nazwiska jest łatwiej zostać zauważonym. Niewątpliwie Mazurki są ciekawą propozycją.  Warto się w nie wsłuchać. Pójść za propozycją pianisty, przyjrzeć się co jeszcze znajduję się w muzycznym spektrum wrażliwo[ln]ści i uwagi. Z utytułowanymi artystami jest taki kłopot, że warto przyglądać/ przysłuchiwać i dotykać tego co i w jaki sposób robią odsuwając wiedzę na temat nagród (nie dlatego, by były one niesłuszne, ale dlatego by móc czerpać z danej perspektywy najbardziej i najpełniej, nie dekoncentrować się).  Bez przymusu, ale z możliwością tylko wtedy możemy dotknąć przyjemności słuchania.

Trzecim albumem jest Moments, przedostatni album wspomnianego już Sławka Jaskułke, uczcił w ten sposób narodziny córki. Chwytał momenty zanurzał  w barwach kontekstua[ktua]lnych dźwięku. Mimo tego, że koncertować mu przyszło na chyba wszystkich kontynentach z czołowymi przedstawicielami gatunku, nadal w Polsce jest mało znany. Oczywiście, dla tych co zanurzeni są w jazzie, nazwisko Jaskułke, łatwo można umieścić na partyturze. Pięćdziesiąt pięć minut entuzjazmu i kojącego ciepła. Tak w skrócie można określić album. Piszę o nim gdyż łatwo go przegapić, a szkoda…

Niewątpliwie wrócimy, i to całkiem niebawem, do dokonań pianistów. Może już teraz macie swojego faworyta, albo tego- o którym chcielibyście wiedzieć więcej?

Oczywiście, w słuchaniu tego co proponuje Leszek Możdżer nie ma nic złego.Więcej, na albumy czekam z uważnością i radością. Pierwszy muzyczny wpis na blogu, właśnie dotyczył jednego z nich. Oczywiście, że znajdą się krytyczki i krytycy tego co, w jaki sposób, w jakim stylu robi Leszek Możdżer… Cóż… Można wzruszyć ramionami i słuchać.

I można na tym poprzestać. I się tym cieszyć. I każdej osobie wedle potrzeb. I wiedzy. Właśnie o nią tu chodzi. Biega. Warto wiedzieć, że warto [po]słuchać, i nie jest prawdą, że w muzyce posłucha, i że wszystko już było. Trzej panowie, zostali obsypani nagrodami, nie jest tak, że grają sobie gdzieś tam daleko… Daleeeko. Warto zanurzyć uszy. I zmrużyć oczy. By dać się ponieść i zaskoczyć. Wspólny mianownik trzech zaproponowanych płyt? Każda osoba znajdzie swój, to niewątpliwe.
Z jednej strony są aktualne, rymorytmiczne, z drugiej, widać, słychać i czuć tę radość muzykowania, z trzeciej może będą rodzajem forpoczty do zanurzenia się w jazzie, albo i poszperania w klasyce gatunku? PSI.Spokojnie, można sprezentować na okazję wszelaką.

PSII. Dobrego, wollnego, może nieco leniwo-uważnego weekendu…

[83+2]. [A_]varia.

Jest  czas gdy wszystko się butwieje, wybrzusza,nabiera wiz[n] i krzy się niemiłosiernie i nie jest to bynajmniej Picasso.

Nie wyrabiam na krętach i  zakrętach. Przepraszam, tych którzy i które czekają na nowy wpis z nie nowego cyklu.

Oczywiście mogłabym machnąć recenzję, pożonglować kropką i kreską i  z (nie) uporządkowaną czcionką, ale to nie było by fair. Tak czuję. Jakoś. Oczywiście można raz na jakiś czas popełnić wpis lekki, łatwy i przyziemny… I jest tu takich trochę.Hę. Książki prezentowane tu są także takie „prezentowe”. Oczywiście można sięgnąć także po te poważniejsze wypisy z rzeczy_oczywistości i światopodglądu. Przyjemniejsze, a na pewno dłuższe. Bo tych także dostatek.

Wspominałam, kiedyś,że będę pisać rzadziej, i to właśnie się dzieje, i to można zauważyć, ale nadal lubię to i to także lubię.

Osoby niecierpliwie zapraszam do lektury tekstów, które się już ukazały drzewiej… Im dalej w las tym czcionki więcej, i więcej, wiem że nie pozwalacie się jej zakurzyć… Zapraszam do treści spisu! Choć przecież nie muszę. A może Ktosia lub Ktoś pogłowi się nad kursem konia, tfu, nie idźmy tą czcionką drogą,  rozwiązaniem konkursu? Przy podaniu trzech odpowiedzi prawidłowych  grawitacja (nie mylić z gratyfikacją) satysfakcja gwarantowana.:) Nie mam wątpliwości, że na komentarze odpowiadać będę na bieżąco, może nawet na wrząco? 🙂

Pozdrawiam, niech Wam czcionka lekką będzie (czasami) i pobudzającą do myślenia!

W sam raz do porannej, wieczornej, albo o zgrozo!- popołudniowej –kawy!

5000Lib!

[kompozytor:Zbigniew Preisner , partie wokalne: Elżbieta Towarnicka].

171.Cztery szybkie: Pieśni łagodnych, czyli ta filmowa niedziela.

    Muzyki można słuchać na wiele sposobów, ilu ludzi, tyle możliwości, upodobań i nawyków. Pewne gatunki narzucają sposób uczestniczenia w muzyce (bo tak wolę o tym myśleć), ale nie koniecznie jest on jedyny, choć bywa wiodący. Np w filharmonii, bywają wyjątki, takie jak np Grupa Mozarta, ale jej członkowie wpisują się w pewną, rozrywkową konwencję, inaczej przecież słucha się requiem, którego oni (chyba) nigdy nie zagrają w kabarecie. Jeśli przyjrzeć się anatomii orkiestry to pewne instrumenty wiodą prym, walczą o przewodnictwo, jak skrzypce z (młodszym) fortepianem – o laur pierwszeństwa i takie, które nigdy nie wejdą do kanonu— jak gitara, czy bandoneon, ci co ją biorą we władanie, są zapraszane i zapraszani do gmachu, tak by przyciągnąć nową widownię, która za zwyczaj nie przychodzi by posłuchać Bacha, czy innego Liszta.

Muzyka filmowa, już dawno wyszła z ciasnych ilustracyjnych ram tego, do czego została powołana. Czy ktoś/ia pamięta, taperów grywających w kinie i ich związek z jazzem w latach 20 i 30 ubiegłego wieku?

To jaką rolę odgrywa w obrazie jest niebagatelna, zwłaszcza, że wynalezienie nośników takich jak płyta kompaktowa, nie pisząc o cyfrowym zapisie dźwięku uwolniło muzykę od filmu. Ten proces zaczął się już wcześniej wraz z wynalezieniem prototypu gramofonu, a następnie stworzeniem pierwszej wytwórni płytowej. Potem już pogalopowało. Sierpień się starzeje by minąć nieubłaganie, i ubłaganie zresztą też. Mamy zatem okres urlopowy jeszcze. Co zatem polecam? To zależy. Dzisiaj niezobowiązująco. Cztery płyty. Do wieczornego  niezobowiązującego słuchania.

Hans Zimmer, Kod Leonarda da Vinci,Universal Music Polska,2006 [źródło zdjęcia].
Hans Zimmer, Kod Leonarda da Vinci,Universal Music Polska,2006 [źródło zdjęcia].

     Jan A. P. Kaczmarek pogratulował Hansowi Zimmerowi, faktu, że jego muzyka do Kodu da Vinci została uznana za tak sugestywną, że według szefów wytwórni zaistniała konieczność jej ocenzurowania. Zawsze byłam zdania, że krytyka, a co dopiero pisać o ingerencję, jest ukrytym komplementem, nie piszę o wymiarze ekonomicznym, i wiele, bardzo wiele mówi, o osobie, tej, która się jej podejmuje, a nie, tej, która jest jej obiektem. To prawo odnosi się również do muzyki. Można socjologicznie rozpatrywać takie obrazy popkultury jak saga o młodym czarodzieju i uniwersum stworzonym przez Rowling jak i Kodzie da Vinci, i jest to bardzo, bardzo zajmujące i ciekawe. Porzućmy ten wątek jednak. Hans Zimmer miał tę możliwość, przynależną nielicznym, że przyglądał się produkcji filmu od niemal samego początku,nie musiał zatem tworzyć na szybko,mógł eksperymentować, choć i tak spotykamy charakterystyczny podpis kompozytorski,który nie ma nic wspólnego z popisem (czytaj proszę megalomanią), bardzo szybko,jako sprawny w swojej sztuce, i mistrz, zyskał naśladowców, żeby nie napisać kopistów (bo kompozytorek zwłaszcza na szczycie, jest niewiele). Czego tutaj nie znajdziemy, pewnie skondensowania wśród tematów wiodących, opowieść się rozlewa, płynie, niespiesznie i niezaprzeczalnie. Oczywiście, w nawiązaniu do fabuły wiele jest przestrzeni gdzie występuje śpiew chóru. Hiperbolizowałabym gdybym stwierdziła,że Zimmer odkrył jakiś nieznany ląd,ale jest coś więcej niż sprawne połączenie elementów, tych,z których jest znany.   Sopran Hili Plitmann doskonale skupia uwagę, i jest mocnym elementem struktury. Wynalezienie ruchomych obrazków postawiło przed twórczyniami i twórcami muzyki nowe zdania, odpowiedzi na nowe potrzeby również rynku. Nie znaczy to jednak, że filmy z założenia komercyjne, nie zasługują na dobrą oprawę muzyczną, a ta osoba, która się tego podejmie musi być kojarzona z wyrobniczym stylem  Hans Zimmer stworzył wiele utworów, które pozostaną w pamięci, na stałe wpisał się do podręczników historii muzyki, nie jest to ani usprawiedliwienie— bo cóż tu usprawiedliwiać, ani wywyższenie— tylko stwierdzenie faktu. Może będzie to forpoczta dla niektórych do sięgnięcia po muzykę klasyczną. Można wiele czcionki wylać,że to tania komercja,że wiele w muzyce już powiedziano, i należy sięgnąć do źródeł. Ależ oczywiście, mówią do nas wieki, chociaż uszczypliwi napiszą, że mówią do nas weki. (Syty głodnego nie zrozumie, można by napisać w tej konwencji), ale nie będziemy wpisywać się w przepychankę retoryczną, ona niczemu (dobremu) nie służy. Kompozytor ujął mnie dziełami współtworzonymi z Lisą Gerrard. Tak, wiem, na pierwszym miejscu, na jednym oddechu wymieniany jest Gladiator, nie, nie słucham całej ścieżki, ale piosenka na zakończenie, którą melizmatyczne wyśpiewuje Australijka jest dla mnie bardzo ważna. Dlaczego zatem, nie coś ze wspólnych projektów? Tylko muzyka do Kodu? A aaa dlaczego nie?

Harry Potter i Kamień Filozoficzny, John Williams, Rok: 2001 Wytwórnia: Warner Sunset / Nonesuch / Atlantic
Harry Potter i Kamień Filozoficzny, John Williams, Rok: 2001 Wytwórnia: Warner Sunset / Nonesuch / Atlantic [źródło zdjęcia].

     Jestem zdania, że gdyby nie muzyka Johna Williamsa, to uniwersum Harrego Pottera nie było by aż takie magiczne. Piękniście poprowadzona narracja, pomysł i smak. Hedwig’s Theme wpisał się na stałe do muzyki, nie tylko,kompozytorzy, którzy będą pisać muzykę do dalszych części będą nawiązywać do niego, ale,bez mała można stwierdzić, że wiele osób kojarzy właśnie ten motyw, który ulega rozwinięciu i nie jest przypisany do jednej postaci. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, tak może powiedzieć zarówno Rowling, jak i Williams,który rozpisał muzykę do pierwszych trzech części sagi. Nie pierwszej, bo to on, przecież udźwiękowił Gwiezdne wojny. Każde pokolenie, nie tylko ma swój czas, ale i formjące, wpisane w popkulturę filmy, bez wątpienia saga o młodym Czarodzieju jest jednym z nich. Muzyka będzie się zmieniać, tak jak i główni bohaterowie dojrzewać w mrocznych czasach. Bardzo polecam dwie ostatnie części Insygniów Śmierci, bardzo dobrze się stało, że producenci zdecydowali rozdzielić odstani tom opowieści na dwie części. Doskonale Alexandre Desplat potrafi prowadzić temat na strukturze, rozbudowując i przesuwając figury harmonii.

Zbigniew Preisner Weiser, 2001 Silvia Screen Koch Poland [źródło zdjęcia]
Zbigniew Preisner Weiser, 2001 Silvia Screen Koch Poland [źródło zdjęcia]

     Weiser. Umieszczenie w tym tryptyku Preisnera będzie dla niektórych złamaniem niepisanych reguł, świętokradztwem, ale co tam. Mogą sobie mówić,że muzyka jest demokratyczna, nie jest, wystarczy w sposób socjologiczny spojrzeć na uczestniczki i uczestników orkiestry, chodzi oczywiście o instrumenty. Prymat i wieczny spór toczą ze sobą skrzypce, które starsze, chcą być zawsze pierwsze, i fortepian. Poza kanonem są takie instrumenty jak bandoneon,albo popularna gitara, ale o socjologicznym postrzeganiu muzyki innym razem, być może. Zbigniew Preisner już nie pierwszy raz gości na tym bogu ze swoją muzyczną intuicją. Tematy, które sączą się i pozostają w naszym umyślenie muszą być rozbudowane, barokowe, i zaczynać wywaleniem czcionki na drugą, a może i trzecią stronę. Tutaj temat główny jest prosty, osadzony na kilku dźwiękach. Rozpisany na fortepian i trąbkę, naprzemiennie, nie konkurują zatem ze sobą Leszek Możdżer, któż rozpoznaje jego sposób gry, i frazowanie Steve’a Sidwell’a. Temat jest sposobem na zbudowanie nastroju. Anthony Pashek  i Elżbieta Towarnicka doskonale prowadzą nas przez tę opowieść.

Pora umierać, Włodek Pawlik, Polskie Radio, 2007,[źródło okładki].
Pora umierać, Włodek Pawlik, Polskie Radio, 2007,[źródło okładki].

    Pora umierać to film Doroty Kędzierzawskiej, dwa lata od premiery został obsypany nagrodami, chociaż rola muzyki została wszędzie podkreślana, to niestety, o samym kompozytorze zrobiło się głośno, dopiero gdy został nagrodzony Grammy, chociaż i ścieżka do Rewersu została dostrzeżona i nagrodzona. Ponieważ o tym ostatnim pisało się wiele, a o  tej pierwszej prawie w ogóle, a konstrukcja albumu jest nietuzinkowa, o samym filmie pisałam już wcześniej.Partie solowe fortepianu wprowadzają nas w skojarzenia z muzyką Erica Satie.  Dwadzieścia jeden preludiów, które tworzą kanwę narracji. Jedenaście tematów nagranych z orkiestrą, są to ważne momenty dla akcji filmu, lecz dla struktury płyty dwie ścieżki się uzupełniają. Nie trzeba monumentalnych neoromantycznych partytur by przyciągnąć i poprowadzić uwagę słuchaczki/ słuchacza, Włodek Pawlik doskonale to wie. Trąbka Piotra Ziarkiewicza i jej piękne solo na długo zostanie w pamięci. Dlaczego zatem, te,a nie inne albumy? Przecież to komercja,już słyszę głosy oburzenia.No, cóż, oczywiście, nie znam,ani jednej osoby zajmującej się muzyką, która nie chciała by zarobić, jak i takiej, która nie chciała by by jej zawód stał się źródłem utrzymana. Oczywiście, że można polecić muzykę Chopina (zwłaszcza w kraju, w którym co trzecia nazwa nosi jego imię i nazwisko), Beethovena, albo Mahlera. Może muzyka filmowa będzie forpocztą dłuższej przygody dostrzegając nieoczywiste rozwiązania, sięgnąć po inne gatunki… A dlaczego właśnie te albumy? Może macie swoje ulubione?

[95+16].[Saturday Jazz Pianist]. David Kioski/ Consequences/Criss Cross/ 2012.

david_kikoski_consequences
david_kikoski_consequences

 Sobota. Zatem jeśli sobota, to jazz, jeśli jazz to piano. Jeśli piano, to nasz cykl. Davida Kioskiego polscy słuchacze i słuchaczki jazzu znają ze współpracy z Michałem Urbaniakiem. Pianista nie rozpieszcza nas częstym wydawaniem płyt, można powiedzieć lapidarność przede wszystkim. Nie wpisuje się zatem w tradycje muzyczek i muzyków jazzowych. Płyta, którą dziś bierzemy na warsztat, jest nie tylko nagrana w doborowym towarzystwie. To jego osoba kojarzona jest z wytwórnią Criss Cross. Dla osób chcących posłuchać wybitnych kontrabasistów to także fantastyczny album (występuje tu Christian McBride). Panowie wielokrotnie razem współpracowali. Doskonale rozumieją się na scenie, nie współzawodniczą ze sobą, a to, daje fantastyczny efekt dla słuchaczki/ słuchacza. Oto nagranie numer dziewięć, tak kończy się płyta… A jak zaczyna? Zachęcam do zapoznania się z twórczością Davida i jego kolegów. Nie dajmy tej temu albumowi odejść bezszelestnie… Co o tym sądzisz?

  1. Blutain
  2. Russian Roulette
  3. Drama.
  4. Placidity
  5. Mr. JJ
  6. (Still) A Glimmer Of Hope
  7. Consequences Part I
  8. Consequences Part II
  9. Never Let Me Go

David Kikoski – Consequences

Format: CD,

Wytwórnia: Criss Cross,

David Kikoski – p, Christian McBride – b, Jeff Tain Watts – dr.

A jaka piosenka niezmiennie kojarzy mi się z sierpniem, który dzisiaj się zaczyna, o tym… Może kiedyś…

 

146. Mgnienie.

[Carpe Lumen, Elijah Bossenbroek, A Matter of Substance Records. 2007].
[Carpe Lumen, Elijah Bossenbroek, A Matter of Substance Records. 2007 rok].

Tak już jest,że w powszechnej świadomości kompozytor(ka) to człowiek, który: programowo nie żyje, miał okresy (żył i tworzył „od” „do”), a jego (jej) dzieła, tak zmurszałe, co godne pochwały. Nabożnego wręcz stosunku. Bzdura. Nonsens. Kompozytorki i kompozytorzy muzyki klasycznej, to nie jest wymarły egzemplarz człowieka wyciętego z (programowo) odległych epok. Dowody? Raczej, ze względu na temperaturę uczuć i otoczenia potrzeba wody.Do wody zatem, ale nie pod prąd. Energetycznie, lekko, powabnie, bez efekciarstwa: Elijah Bossenbroek ze swoją płytą Carpe Lumen. Chwytaj rozkoszny słodko gorzki pośpiech zmurszało filcowego dnia, chwile, które więdną śmiercią zdarzeń ozdobione. Chwytaj, światło co skrzy się by zgasnąć. Zasnąć.

Jeśli się poddać, to tylko melodyjnorytmicznemu pięknu tej płyty. Nagranie tytułowe brzmi tak, czy nie przywodzi na myśl 10 łatwych utworów na fortepian? Jeśli tak,to jeszcze jeden argument przemawiający (grający) za tym, że dzielenie muzyki na gatunki nie ma sensu, no poza może jednym. Takim mianowicie by ukazać cechy charakterystyczne danego dzieła, w pewien sposób uporządkować, ale na litość boską i ludzką, nie dajmy się porządkowi przyporządkować:

[95+12]. [Saturday Pianist jazz].Sylvie Courvoisier, Joëlle Léandre, Susie Ibarra – Passaggio/Intakt/2002

W tamtym tygodniu sobota zdarzyła się w piątek, no cóż, mea culpa.

Nie, nie, cykl jeszcze trwa, choć zamknęliśmy dziesiątkę, o czym przekonać się można czytając wpisy oznaczone tagiem [Satuday pianist jazz], czy to tutaj, czy tam, czy jeszcze na innym blogu. Podział jest widoczny, choć ustanowił się całkiem przypadkiem, i niechcący, albowiem nie ustanawialiśmy co, kto i dlaczego, chociaż moje wpisy (za wyjątkiem pierwszego) zawsze pojawiają się wcześniej, o ósmej czasu polskiego, najpóźniej. A jak widać na zeszłotygodniowym obrazku, czasami, jeszcze wcześniej…

Nic to. Zamknięta dziesiątka.

Wyszłam z założenia, i jeszcze nie wróciłam, że jazzu nie zawsze warto (nie to nie ocena, to sposób patrzenia) poznawać linearnie. Od klasyki do współczesności, co więcej, sądzę również, nie dyskredytując, ani nie dowartościowując wyborów— fakt, że komuś może nie podobać się jazz klasyczny (Monk, Ewans, Ella F), nie zagustuje właśnie w tym gatunku muzycznym… Albo rozsmakowując się właśnie w wyżej wymienionych nie pokocha jazzu instrumentalnego eksperymentalnego, fantastycznego, frenetycznego (niekoniecznie inaczej). Muzyka to proces, jak wspominałam w pierwszym dotyczącym muzyki poście,  co więcej muzyka to budowanie relacji (na różnych poziomach). Ponieważ ma być to wpis z cyklu, sobotnich, nie będę wdawała się w dysputy filozoficzno muzyczno jakieś tam ważne.

Muzyka to także poszukiwanie i znajdowanie.

I wybór, i dobór, i po prostu słuchanie.

można iść którędy się chce. Muzyka to także sposób na przełamanie stereotypów. Jazz kobiecy. No, właśnie, z czym się Państwu kojarzy? Z lirycznym wokalem. A no, właśnie, z czarną piosenką Elli F, kawą i papierosami. Z barami, walką o prawa Kobiet, walką o prawa Czarnych. Generalnie z opowieścią. Czy granie ma płeć? I dlaczego jest tak mało kompozytorek w muzyce tak poważnej, jak i w jazzie (wielu pianistek i pianistów jazzowych posiada wykształcenie klasyczne jako podstawowe) to pytania ważne, i dlatego nie będę próbować na nie odpowiadać w tej chwili, aczkolwiek, na bank je poruszę na tym blogu, chociaż trące. Nadal niestety są aktualne.

Płyta, którą dzisiaj Państwu proponuję to   album wydany przed trzynastu już laty. Pianistki Sylvie Courvoisier, do współgrania zaprosiła  Joëlle Léandre, Susie Ibarra.  Zapraszam do wysłuchania Passaggio, że nie kobiecy, że nikt by się nie spodziewał, trio tworzą kobiety?, że i owszem bywały przypadki właśnie takiego grania, ale rzadko i to występy solo piano (patrz:–i słuchaj– Irene Schweizer i Johna Zorna, z którym występowała i nagrywała)…Chociaż zwolennicy i zwolenniczki jazzu tradycyjnego, klasycznego (chociaż i takie granie  nie jest już nowością) dopatrzą się spojrzenia  Cecila Taylora. Moim zdaniem pierwsza perspektywa nie wyklucza drugiej.

Jaka jest muzyka uchwycona na tym krążku? Nie, nie, nie jest to chaos, nie jest to nowy porządek, i nie jest to wyważenie otwartych drzwi….  Gdyby tak było pewnie album nie znalazłby się w zestawieniu. Chociaż, jest ono na wskroś subiektywne… Do szpiku czcionki. Znaczy, atramentu, znaczy, tego czarnego, ten tego… A zresztą, właśnie zresztą, i bez reszty… Warto posłuchać całej płyty by się przekonać.

 

Courvoisier / Léandre / Ibarra
Passaggio,Courvoisier / Léandre / Ibarra, Intakt 2012r.

Courvoisier / Léandre / Ibarra,Wytwórnia: Intakt Album: Passaggio,Data wydania: 03.05.2002 r.

Sprawne ucho wychwyci, że jest to łączenie horyzontów zdarzeń, połączenie free jazzu z akcentami muzyki klasycznej. Nie zastanawiałam się nad tym, czy takie nazwiska jak Penderecki czy Bacewicz, przez delikatność nie wspomniawszy o Lutosławskim zachęcają… No, ale tak, można śmiało znaleźć odniesienia i echa takiego właśnie grania. Nie, nie jest to album wtórny… Doskonały na sobotę. A zwłaszcza sobotni wieczór, gdy już opadnie skwar i mrok zaczyna podchodzić do okien.