213.O szwach, podeszwach, podszeptach, i podpatrywaniach, gubieniach i trwaniach. Chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piecho[tą].

      Zazwyczaj po kolacji najpierw zmywam naczynia, a dopiero potem siadam, by napić się ze wszystkimi herbaty. Pewnego wieczoru Jim chciał mnie wyręczyć, więc powiedziałem: „Dobrze, ale jeśli chcesz zmywać, musisz wiedzieć jak to się robi”. Jim się obruszył. „Nie żartuj! Myślisz, że nie wiem, jak zmywa się naczynia?”Odparłem: ” Są dwa sposoby zmywania. Pierwszy  —to zmywanie naczyń, po to by je umyć i drugi sposób: zmywanie dla zmywania.

[Cud uważności. Zen w sztuce codziennego życia prosty podręcznik medytacji, Thich Nnat Hanh, przełożyła  Grażyna Draheim, Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa, 2008,   s.17-18].

      W  języku hebrajskim istneje litera, na temat, której powstają traktaty historiozoficzne,  filozoficzne, legendy dudnią poprzez wieki przetartymi głoskami i głosami, łuszczy się czcionka w niejednej tonacji atramentu i argumentu (tudzież piksel łaskawie zaświeci). Liter tura, to nie zawsze, i nie często (nawet) literatura. Nie będziemy jednej, jak i drugiej- kłopotać. Nadgryzać i kosztować. Nie będzie nas to nic kosztować.  Nie będziemy ich zużywać i nadużywać by przedstawiać (o zgrozo), i przestawiać choćby w zarysie jej historii. 

Litera, o której wspomniałam to  alef.

Nikt już nie pamięta jej dźwięku,  nie potrafi wymówić, a jednak skrzy się w meta pamięci. 

Problem istnieje, nie ze względu na skomplikowaną artykulację, jak można by przypuszczać, ale: z jednej strony: problem ten tkwi (jak zwykle) w szczególe:   a ten we skazaniu   na dźwięk,   z drugiej strony:  nie wiadomo jak nadgryźć kwestię ze względu na swą Prostotę, tę przez wiekie Pro.  I jeszcze, to Alef nie jest znakiem, albo przedstawieniem dźwięku, tak jak zwykło się to rozumieć. To rodzaj niemego wsparcia dla samogłosek, które współwystępują w jej towarzystwie.

Paradoks. Para i doks. (doks =doc). Para– wspomnienie kropli wody, dok[s]- fonetyczne zapożyczenie z angielskiego, plus chwilowa słowotwórczość?(*skojarzenie z dokumentem). A więc wspomnienie tego, co było… Zestawienie kilku rzeczywistości nadgryzających się wzajemnie. Albo para jako dwoistość, po_mnożenie, albo nadmnożenie… Przemożne żonglowanie znaczeniem. Znamieniem słowa, sumieniem rozumienia, mienia, mania, posiadania. Znania, kosztowania, używania. Bycia, tycia, doznawania. Pssssyt. Iskierka  g a s ł a, gusła,  gasła,  gusta…. zgasła.

Jednocześnie można powiedzieć, a nawet napisać (sic!) wcale nie minąwszy się z prawdą, że to najważniejsza z liter w hebrajskim alfabecie. Ostrość nieobecności, nieobecność niedogodności…

A stroniąc od metafor i neologizmów można powiedzieć, że to raczej takie przyłapanie go na gorącym, ba, wrzącym uczynku, dźwięku gdy  ten zaczyna dziać się w gardle. Spinoza wspominał o otwarciu się dźwięku w gardle.  Dlaczego wspominam o alef, dając jednocześnie na początek wpisu cytat o [nie] zmywaniu naczyń? Z kilku względów. Wglądów i wyglądów, też.

Po pierwsze, chcę zwrócić uwagę na ciekawą i wielowątkową historię tej litery.

Po wtóre- chcę musnąć nie oczywistości, i delikatności.  I podszewki zastanowienia. Niezależnie od tematu, przewodniego, i podwodnego, znaczy,zmywanego, zmywalnego, doświadczanego, czy tylko dotkniętego, muśniętego, tego i tamtego. Niezależnie czy jesteśmy w „tu” i „teraz”, czy „tam” i w  „potem”.

[***]

   To zastanowienie, prowadzi nas, albo prowadzimy siebie przez świat zastanowieniem ku kwestiom, które stawały pewnością w prze(-)ł y k u i oku. A po podejrzeniu i przejrzeniu, i przyjrzeniu się, już takie nie są. Jeśli zaś gra idzie o delikatnć to piszę się o niej w kontekście zwrócenia (nie tak jak się zwraca resztę, ale tak jak się daje i przyjmuje, ale nie tak jak się przejmuje, (czyli albo zanadto, albo bez namysłu. Jakiegokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek, czyli równowaga).

Podejmuję więc temat delikatności także w kontekście zwrócenia :  s z c z e g ó l n e j  uwagi na kwestie, te, lub inne. Kto postuluje bycie delikatnym na co dzień? Wobec kogo? No i koniecznie m u s i  istnieć p o w ó d (nie chodzi o stronę procesową, ale o bycie w procesie [psychologiczny]).  Nie chodzi też o stapianie po wodzie, po wód kres. I nie chodzi o koniec rautu…

A delikatność b e z  okazji?

Co wzmacnia alef? Niewidoczna, a jednak pierwsza? Nie, nie taka znów niedostrzegalna,nie przeźroczysta, i -bynajmniej, nie stojąca na uboczu. 

K w e s t i a    d e l i k a t n o ś c i , nie w aspekcie s e n s u a l n o ś c i. Tylko głębiej, nie po wierzchu, nawet nie po wierzchołku. I nie (tylko) wobec osób, które postrzegane są (ogólnie- lub w danej sytuacji) jako wrażliwsze, słabsze? I — pytania nadprogramowe- gdzie znajduje się źródło siły? Czy okazywanie komuś delikatności może być środkiem do ustalenia hierarchii, narzędziem nacisku (ucisku)? Czy, wtedy (jeśli to nadal możliwe) jest to nadal delikatność? Czy z niej pozostają tylko ości, które stają w gardle? Czy wszystko można złapać, doświadczyć, przeżyć, dotknąć… Chociażby najnajnajdelikatniej? Czy potrafisz wziąć  w opuszki palców parę, jaki ma ona wtedy kształt? Czy alef nadal istnieje? I czym jest zmywanie naczyń?

[***]

       Jest jednym z tych Artystów, którzy umeblowali moją wrażliwość, dodawał swoje komentarze, wobec wymagań, które należy stawiać wykonawczyniom i wykonawcom, ale przecież nie tylko im, ogólnie uczestniczkom i uczestnikom kultur(y) niezależnie w jakiej roli występują i z jakich perspektyw doświadczają oglądu rzeczywistości. Jego twórczością pod i na_siąkałam po woli i powoli. Stopniowo.  Niespieszną konsekwencją. Dziwnie (czyli jak? Nieprzystająco, czy niekonsekwentnie? Czy może mętnie?)  to z a b r z m i, (sic!) ale co tam, (i tu też) pewności delikatności z jaką wszedł  ze swoimi propozycjami momentami była wstrząsająca, zabawna i  kojąca. Przykład zatem jak najbardziej na miejscu, swoim. Przecież to nie rozchwiane, niezdecydowane wibrato ale wsłuchanie się i Odkrycie tego co i w j a k i  sposób robi pozwoliło mi sięgnąć myślą, uczynkiem i (za)słuchaniem Dalej.I było mi bliżej. I ciężej i lżej. Jak w tyciu. Jak w życiu. Nie chodzi o efekt jojo, tylko o pewną gramatykę i gramaturę gramatyki rzeczywistości.

[Popołudnie, Michał Bajor, z trzeciego albumu].

}***{

     Myślę,  że to co mnie przekonuje  to kwestia smaku, inteligencji, i humoru, tego szukam również w sztuce,kul_turze  i w wśród innych tur i tam i nie tylko par_(czworokątów)[t]y_  (i innych tur) tur. Na umór? W mol, czy w dur? I bez i ze zwątpieniem, to mi zostało. Stało i leżało i gimnastykowało się przez lata. Gimnastykowało bo ruch, jak wiadomo — to zdrowie. Podobno.

Usprawiedliwienie (by nie podejmować trudu dyskusji) jest jedno, niepodzielne i zużyte do granic niemożliwości i nasuwa i zsuwa się samo (w skutek wy_tartych krawędzi czcionki): de gustibus non est disputandum. A pytam: dlaczego?  Nie, nie przepraszam,  i nie przepraszam, ale wciąż pytam. Pytam: dlaczego nie? Chodzi o dysku[r]sję a nie dyskredytowanie. Chodzi o pokazanie, by ktoś/ia mógł (lub mogła) dostrzec, zapoznać, posmakować. Przychodzi mi na myśl, przekład i przykład (nie bez związku, a ze związkiem, takie to o to ro-związki, podwiązki…). Ad rem! W odmianie ram, dam,  na razie.

Wiem, że nasiąknęliśmy wespół zespół  gramatyką, grawitacją i dydaktyką Bagnetu na broń, ale to zwodnicze i zasadniczo ugruntowane. Władeczek oprócz tego, że  rósł jadł rosół w niedzielne i inne dzielne popołudnia, chował się pod wielkim czarnym fortepianem by uniknąć żmudnie smędzonych, spędzanych godzin które miał spożytkować na  ćwiczenie gam, by kiedyś tam, czyli w odległej przyszłości mógł powiedzieć: „gram”. I nie było by to granie na nerwach, ani na strefach erogennych… Wizje występów solowych (mono_gram, ale nie dramatycznych: mono_dram) miała Babka, ale mieć przestała. Z czasem.

      Władeczek, pełen młodzieńczej egzaltacji, mężniał konsekwentnie, raz wyraźniej, a raz mętniej. Rósł i wzrastał środowisku kobiet, przez nie wychowywany (antenaci linii męskiej bardzo szybko zmarli). Biografowie i biografki pewnie napiszą jeszcze jak środowisko w którym został wychowany wpłynęło na jego przyszłość, ale dziś nie o tym.

Gdy powstały Legiony Władysław Broniewski, bo o nim mowa, uciekł walczyć, co ważne przebył drogę z Płocka (zabór rosyjski) obrzucany prawie że kamieniami, wcześniej pisał egzaltowane wiersze, wydawał gazetkę szkolną do której pod różnymi pseudonimami tworzył by zapełnić szpalty (Młodzi idą) nie dorósł jeszcze do wojny (jeśli kto/sia może kiedykolwiek dorosnąć), a już HISteoria i historia krzyknęła: „Baczność” i Władeczek z gorącym sercem nie bacząc na niesprawiedliwość i inne ości, pognał na pole nie jednej bitwy, i nie jednej wojny.   Brał udział w  Polsko- Bolszewickiej (tak, tak) — cóż niewygodny i nie godny był to fakt dla władz przyszłych, będą taić ten fakt, ale on od taje, tak jak i nastaną inne rzeczywistości by ukazać, choć przez mgnienie, rzeczy oczywistości, w innym świetle, i na odmiennym tle.

Tym, a raczej tamtym czasem, to on Broniewski (wy)rzuca rzeczywistość żakowską po trzech miesiącach, i rusza w bój. Dostaje Virtuti Militari i cztery Krzyże Walecznych, prawie dwudziestopięcioletni kapitan doskonały w walce, nie sprawdza się wśród raportów za biurkiem, ubrudzony, utrudzony i przestraszony wojenną rzeczywistością wychodzi do zewnętrznego świata, ale nie światła,  poeta z pokolenia Skamandrytów, wskutek tego co przeżył, nie przystaje do perspektywy jaką włada Książę Poezji . Jego ówczesne wiersze naznacza wojskowy dryl i rym i rytm. To w wojsku próbował zabić, a raczej zapić ból, to  zaczyna się jego choroba alkoholowa.

Zrzuca mundur, wraca na studia. Kocha na akord. Ba, uwodzi na akord. I czerpie garściami ze zmysłowych doświadczeń. W swoim diariuszu opisuje zarówno kochanki, kontakty z kobietami świadczącymi usługi seksualne, i choroby STD i STI, na które cierpiał. Wszystko z aptekarską dokładnością, nie przepisywał co prawda, jak Iwaszkiewicz swojego dziennika, lecz notował co do joty.

Gdy był w związku narzeczeńskim z pierwszą (liczebnik wskazuje, więc, że nie ostatnią) żoną pochwalił się, czy też podzielił się wiadomością, że będzie miał dziecko, z inną, i że ona ta przypadkowo poznana, kobieta, nie chce tego dziecka usunąć, a on, przecież ma się żenić, przecież nie wie co zrobić, i jak rozwiązać ów konflikt…

Broniewski zaczytuje się też tym, co pisał Majakowski, (mieli okazję się poznać później, jego fascynacja ostygła). Jego stosunek do władz był niejednoznaczny, i przekłamywany niejednokrotnie. Jak widać skutecznie. Cierpiał w więzieniach sowieckich, o czym się nie mówiło, nie wspomniawszy o pisaniu.Znana i powtarzana do bólu jest anegdota, o tym, jak odmówił napisania nowego hymnu Polski, o tym co wyśpiewywał będąc na rautach (i na rauszu) znane są jego rozmowy z Ireną Krzywicką, chociaż – tak, to prawda, znane od niedawna. Gdyż był to,  w powszechnej świadomości, poeta jednoznaczny, jakże krzywdząca to opinia.

Nie chodzi o to, żeby wspomnieć, iż  pomagał ludziom, a czynił to  bez względu na przekonania polityczne, społeczne, czy jakiekolwiek inne, chodzi o to, że zawładnęła pamięcią o nim władza PRLu,  a to człowiek o, jakże się mówi brzydko- wyższościowo, fascynującej biografii. Człowiek zagmatwany… Czy spełniony? Nie wiem, czy doceniony? Z pewnością nie. I jako człowiek, i jako Artysta. Nie we wszystkim można się z nim zgadzać lecz poprzestając na tym, co zwykło się nam mówić, lat temu kilkanaście, pozostaje — przede wszystkim- ze szkodą dla nas. In presja? In pasja? Nie, już nie. Każda osoba, czytająca ten blog, albo wręcz przeciwnie, głaszcząca tylko litery wzrokiem, albo jeszcze  bardziej przeciwnie, nie czytająca go wcale, czy też z niezgody, czy z niewiedzy, że istnieje (i ma się dobrze) potrafi się uczyć i potrafi się nauczyć. I gromadzić i zużywać i dzielić nie tylko skórę na niedźwiedziu, ale i się wiedzą.

Impresja— ledwie wspominam, o tym i owym, o pożegnaniach, opłakiwaniach, powrotach, zmartwychwstaniach (chociażby jego drugiej miłości, miłości Wielkiej, o której myślał, że  zmarła, wydana na porzarcie Historii, w najczarniejszej i najbardziej okrutnej wersji — w obozie zagłady, to dla niej porzucił emigrację, to ją już opłakał i z nią się pożegnał gdy schorowana śmiertelnie wróciła do kraju, to on płacił rachunki za jej pobyty w szwajcarskich prewentoriach, to jemu historia wystawiła słony rachunek, zacierając przydziałową biografię, przycinając ją do czasu przeszłego). Nie wspominam o tragicznej śmierci Córki Bzdurki, wtedy to utracił sens życia (miał epizod ubezwłasnowolnienia, i odosobnienia, co pozwoliło mu na przeżycie jeszcze kilku miesięcy). Zmarł na raka krtani. Straszna to śmierć.

Gdy o tym piszę, przypomina mi się fakt, jak Kafka, cierpiący z tego samego powodu błagał by lekarz wstrzykiwał mu morfinę prosto w tchawice (tchawica to rodzaj umięśnionej rurki), by pozwolił mu odejść, że jest w takim stanie,że zazdrości roślinom deszczu, samodzielności i samaku wody… Straszna śmierć. Głodowa. Gdy nie można wymówić, wyszeptać, wypowiedzieć słowa, gdy z tych słów utkane było życie, a nawet gdyby nie to przecież, żadna różnica,  umysł pozostaje jasny i świadomy, ciało odchodzi, ukazując swoją władzę i niewładność.  Ość. Dość.

Władysław (władca sław[y]?) Broniewski zawłaszczony przez jedną z narracji, jest bardzo skrzywdzonym, gdy w kontekście biograficznym  odczytamy wiersz Bar pod zdechłym psem,  w sugestywnym wykonaniu Michała Bajora staje się nie tylko  fantastycznie opowiedzianym momentem, sceną rodzajową, ale i wstrząsającą hist[e]orią. Dlatego, ten przykład i przekład jest na miejscu, w kontekście wpisu uzasadnionym. Kto(sia) by podejrzewał(a) Broniewskiego o taki wiersz, słysząc po raz pierwszy to wykonanie nie wdając się    w   s  z c z e g ó ł y?

[Bar pod zdechłym psem, Michał Bajor, muzyka: Włodzimierz Korcz, słowa: Władysław Broniewski].

Podobnie jak ma to się z autorem Ulissesa, w Dublinie. Gdyby przyjrzeć się trójce: Broniewski, Kafka, Joyce punktów, jeśli nie wspólnych to stycznych, jest więcej, niźli statystycznych (tych wynikających ze wspólnej profesji) chociaż jednej, ale zatrzymajmy się chwilę przy kawce (dużej, czarnej, mocnej, ciepłej w zmrożonej filiżance), wróć, Kafce. I będzie to  chwila dłuższa...

 W Pradze jest ponoć wiele produktów, sygnowanych jego imieniem i nazwiskiem. Chociaż on, chadzał utartymi szlakami, podróż z miejsca pracy do domu, albo na odwrót zajmowała mu nie więcej niż kwadrans. Czy mamy szansę dziś zrozumieć Franciszka? Dla niego to już nic nie zmieni, a dla nas? Urzędniczo podporządkowana rzeczywistość? Tak, bez wątpienia. Ale to: „tak, bez wątpienia” to takie szkolne przyklepane, ugłaskane i uformowane rozumienie, nie podważone niczym wcześniej, nietchem,  i innym tchem o Nietzschem innym razem, co nie znaczy, że dziś jest o niczym...

Ad rem! Franciszek Kafka nie był urzędnikiem niespełnionym, poranionym i piszącym w czasie pracy, marznącym (być może) marzącym (czasami) ale nie karmiącym się mrzonkami i snami. Sprzedano nam nieszczęśliwy, niespełniony obraz urzędnika, który zapragnął być pisarzem, a my, bez mrugnięcia okiem, czy też szkiełkiem i okiem, czując i wierząc kupiliśmy to bez dwóch zdań (zwątpienia)[* zwątp + pienie – pienie ros. śpiewanie. Zwątpienie- wykonywanie pieśni na część zwątpienia 🙂 )]. A jak to zwykle bywa, sprawa ma się inaczej, niż jesteśmy do tegoż przyzwyczajone i przyzwyczajeni. I przyczajeni nie w tej rzeczy oczywistości. Po tej długiej introdukcji, zmierzam do celu. Spróbujmy ten obraz uzupełnić, przynajmniej jego fragment. (Bez smętku i sentymentu, tam, czy tu).

Anegdota, podczas gdy Franz czytał swoim przyjaciołom swoją najgłośniejszą powieść (a ściślej rzecz ujmując, to co miało nią się stać) autentycznie płakał ze śmiechu, i nie był to płacz rzewny.  Nie tylko sugestywnie pisał, ale mógłby, w przyszłym życiu, zostać aktorem. Gęstość mroku, jego intensywność zdumiewa jeśli spojrzymy na to, co rzeczywiście było. (Tak jak w przypadku Broniewskiego).

Człowiek,pochodzący z bogatego domu, w którym mówiło się po niemiecku. Człowiek, który ubóstwiał towarzystwo, potrafił się nie tylko w nim odnaleźć, ale przewodzić, bywał w najlepszych klubach, uwielbiał teatr, sztukę, kawiarnie, ciekawy był koncertów, potrafił ponoć grać na fortepianie. Bon vivant? Z ciekawością poszukiwał swoich tożsamości. Nie zupełnie. Wychowywany przez surowego, ba despotycznego ojca (patrz, charakter starszego Witkiewicza) w otoczeniu trzech starszych sióstr, które go kochały ponad życie (zginęły w obozach koncentracyjnych). Zwłaszcza najmłodsza z tegoż grona. Wspominając o dzieciństwie pisarza, należy nadmienić, o dosyć bolesnym fakcie, który nie usprawiedliwia, bynajmniej, postępowania Hermanna, dwóch jego  synów, którzy wcześniej przyszli na świat, rozstali się z nim zbyt młodo, nie poznawszy Franza. Zmarli we wczesnym dzieciństwie. Franz Kafka doświadczył zimnego chowu, nie mógł się poskarżyć, że coś go boli, albo, że czegoś się boi- raz, w takiej sytuacji, ojciec zamknął go na balkonie, w nocy, z kategorycznym nakazem, uspokojenia swoich emocji, miał go wpuścić ponownie do domu, jeśli ten się uspokoi. Gdy Franz dorośnie napisze list do ojca, który będzie dla niego swoistą formą autoterapii, psychoterapii, jeszcze przed nastaniem Freuda*. Ojciec nie rozumiał nie tylko świata, który należał wyłącznie do Franza, ale ubliżał i konfratrom, i stosował opresyjne nakazy i zakazy. Max Brod(przyjaciel, wykonawca testamentu pisarza, który się sprzeniewierzył jego woli, nie spalił jego dzieł, nie tylko je wydał, nadając tytuły, ale także niektórych z nich próbował— na szczęście bez powodzenia- zmienić treść) ten oto Max, napominał rodziców, że ich postępowanie, pcha Franza w ramiona śmierci. A zważywszy na fakt, że dom rodzinny, opuścił przeżywszy niespełna cztery dekady. I to z  powodu wielkiej miłości, wcześniej utrzymywał znajomości korespondencyjne, przynajmniej z kobietami, a poza Felicją, z którą był zaręczony— otaczał się kobietami o silnym charakterze. Znane są jego listy, a raczej ich część- te, których nie zdążył spalić, albo których nie skonfiskowało Gestapo. (Związki z nimi to temat fascynujący, wystarczy nadmienić z imienia i nazwiska: Milena Jesenská, Felicja Bauer, Dora Diamant.Nietuzinkowe postaci). A może to jest tak, że nie bez znaczenia, była postępująca (w tempie galopującym) choroba, i przeczucie skończoności? Owa skończoność towarzyszyła mu od dzieciństwa, nie (tylko) dlatego, że zmarło dwóch braci, ale także dlatego, że sam był słabego zdrowia, i zmuszony był korzystać z usług prewentoriów. 

Tego nie wiemy, przynajmniej, na pewno. Człowiek, który miał przepowiedzieć holokaust, ale go — na szczęście— nie doświadczył, i tak jego twórczość i osoba, kojarzona jest ze smolistym, nieprzeniknionym i nieuniknionym mrokiem. Krok za krokiem. Szukanie i znalezienie pod podszewką, pod poduszką, i pod powieką.

  

          Bo chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piechotą, tą by się zetrzeć i radośnie zestarzeć. Problem w tym, że w patrzeniu i spostrzeganiu nie rzadko nie dostrzegamy szwów. I by to, w końcu, móc uczynić, potrzebny jest trening. A to wiążę się z mozołem, z poświęceniem czasu, i z błądzeniem, czyli nie rzadko z kwestiami niewygodnymi, których chcemy uniknąć.  Podeszwy się zdzierają, mokną, może i buty uciskają, podszeptom, nie zawsze można (za) i przed- wierzyć, tym z nich, które dotrą do naszych uszu(i nie zetrą się w szum).  Czasami przyjdzie nam się zgubić (wiedzę- tak jak nie potrafimy złożyć w całość tej dotyczącej alef, nie potrafimy rozróżnić, co legendą, mitem, a co podaniem naukowym, czasami przyjdzie nam zgubić Siebie) zatracić, zmarszczyć, zniesmaczyć, zadowolić fast foodem pewności, i nim sycić. A zmywanie naczyń, cóż, coraz częściej używa się jednorazówek, tak jak coraz to częściej nie naprawia się rzeczy(-), tylko [oczy]()wistością jest nabywanie nowych, czystych, nietłukących…

Jest jeszcze trwanie, lecz by nie było to fałszywie rozumiane, by nie pruło się, nie zacierało i nie przechodziło gładko, i niezauważalnie w wegetowanie, ale to już zależy  w równej mierze i od Ciebie i ode mnie. Tutaj nie potrzeba wielkich snów i słów.  A tam, gdzie są niezbędne Wielkie Kwantyfikatory, jeszcze bardziej konieczne są czyny. Działanie. Byle nie korozja, nie rdza i zaniechanie chęci, gdy inspiruje, a nie tylko nęci.

[W lesie, Michał Bajor, album: Twarze w lustrach, 2002, tutaj z albumu koncertowego :Michał Bajor 30/30 Największe przeboje,Agencja Artystyczna MTJ,2005].

i się nie stało… Nic? Czy aby: na pewno? A jeśli już to czy potrafisz je wziąć  w opuszki palców, jak wspomnianą parę?

*Freud i kobiety to także temat, na kozetkę, tak samo jak jego traumy z dzieciństwa, gdy był szykanowany ze względu na pochodzenie, jak i zasobność (a raczej) nie zasobność portfela. Innym tematem były jego eksperymenty ze środkami zmieniającymi świadomość, i to przez całe życie. Austriak zmarł na nowotwór jamy ustnej.

211. Ups, za, za, „za” i „po”. No nic. Trudno. Zapomniałam… (Jaki był tytuł wpisu?)… Ktos(ia) pamięta? Nie?

Czy to konieczne? – pyta Eurydyka. Hermes uśmiecha się i milczy. Idą. A ciemność rozstępuje się przed nimi. i zaraz na powrót zamyka. Tak kroczą przez niezliczone bramy.

— Czy to naprawdę konieczne? – pyta Eurydyka — Orfeusz jest stary – mówi- więc niedługo będę z nim żyła.

Z a p o m i n a m zupełnie z jakich ziół robi się napar, który leczy jego obolałe od śpiewu gardło. Co znaczy wstawanie o świcie, i czego chce mężczyzna, kiedy dotyka mego brzucha.

— Wszystko sobie p r z y p o m n i s z – mówi łagodnie i bez przekonania Hermes.

[Król mrówek. Prywatna mitologia. Zrekonstruować próbował, i przypisami opatrzył Ryszard Krynicki, Kraków, Wydawnictwo a5, s.8- wyróżnienie własne].

Są.Smaki, zapachy, przebłyski, które (za)mieszkują  przeszłość(i). I   t y l k o   tam wyznaczają wektor swojej obecności. A może tylko w takowym s t ę ż e n i u wytężenia proporcji przez nią zawłaszczane?

Gdy się wzdłużamy, a już na pewno gdy wyrastamy z młodzieńczych fascynacji, marzeń, i złudzeń (o! Zwłaszcza tych ostatnich) one wychyną na powierzchnie naszych rzeczywistości coraz rzadziej, a się mylę? Może dzieje się  tak samo, tylko mniej śmielej? Nie rychlej? Trzeba je wypchnąć, leciutko pociągnąć za  paluch u nogi, by przekroczyły ledwie widoczną, przykurzoną kreskę, tą, która wyznacza granicę, pogmerać, rozprostować myśli, pogimnastykować słowa, pogłaskać zastanowienia, spojrzeć inaczej, uczyć się wymagać od siebie...

Tego nie wiem.

J e s  z c z e. [To słowo: albo daje nadzieje, albo… odwleka (nawleka?) nieuchronne wypadki].

     Przychodzi do mnie w różnych okolicznościach przyrody i takowych dekoracjach. Chyba, od zawsze traktowałam go jako opis procesu zakochania, czy/i trwania miłości,  uczucia większego, trwałego, choć zmiennego w swej naturze.  Próbę,  i to udaną, uchwycenia na gorącym, ba na wrzącym uczynku procesu, d z i a n i a   s i ę.    A teraz p r z y c h o d z i (nie powiem, że nie ma nikogo w domu, skoro przyszedł, to go wpuszczę, a zatem) przchodzi czas, gdy okazuje się, że nie wszystkie piosenki są o miłości. [Wiersz Ewy Lipskiej pt. Krótka bajka, bo o nim piszę, został  opatrzony muzyką i wyśpiewany]. 

Bardzo Dobrą twórczość poznawałam po tym, że można było ją odczytywać z wielu perspektyw, patrzeć nań z wielu płaszczyzn, a ona tylko zyskiwała, choć czas, robił to co jedynie potrafi i to najlepiej,  upływał. Ale i dodawał znaczeń, wystawiał na próby, i postarzał rysy twarzy.  

Okazało (ukazało:) się, że jest to wiersz o naturze, a przede wszystkim o procesie (procesach):  widzenia, patrzenia i spostrzegania.

Są takie wiersze Ewy Lipskiej, które zatrzymywały mnie od razu. W mgnieniu. 

Gdy go usłyszałam  powrócił ten i tamten smak, zapach, u c z u c i e. Jakie? A no,  nie wszystko możemy zdefiniować od razu. Przyciąć, wyciąć, ująć, uformować,  w słowa, które mają swoją gramaturę, gramnaturę, znaczy gramatykę. 

To trochę jak z atomem.  

Nie wiadomo jak wygląda, ale już Człowiek go rozbił, rozebrał na czynniki pierwsze, drugie i kolej – (na inne) -ne. Aby uzyskać obraz atomu naukowcznie i naukowcy używają najnowszych mikroskopów, za pomocą których można [w y] c z u ć, ale nie zobaczyć. [(Prędzej można baczyć, czyli: mieć na uwadze, ale można też zboczyć- chociażby z wytyczonej drogi. Nie nie, idźmy tą drogą)]. To tak jakbyś zbliżył/a dłoń do ekranu telewizora na minimalną odległość, tak by jednak go nie dotknąć.  C z u c i e. Przeczucie.  Mgnienie. Przypominanie pamięci. Podróż na obrzeża map.

T a  m,    c z y l i    D a l e j. 

[Przykład]:Zanim dziecko nauczy się mówić, długo przed tym faktem, odbywa tak niebywałą podróż, o której jeszcze nie wiele wiemy. Zanim wyda odgłosy chociażby przypominające ludzką mowę. Gdy już, już, zbliża się do momentu w którym zaczyna tworzyć rozpoznawalne słowa, ma w asortymencie swoich zachowań takie możliwości artykulacji, o którym fizjologom, filozofom, a zwłaszcza lingwistkom  się nie śliniło,  śniło, a nawet gdyby, to no cóż — aliści ten sen nigdy się nie ziści.

Badał i opisał tę kwestię Roman Jacobson, zauważył on bardzo ,że dziecko które już gaworzy może zgromadzić takie możliwości artykulacyjne, których nigdy nie znajdziemy w jednym, ani w grupie języków. I taką sytuację umiejscowioną w czasie określił rozkwitem gaworzenia. W tym  momencie możliwości językowe człowieka są n i e o g r a n i c z o n e.

Między gaworzeniem, a pierwszymi słowami u dziecka nie nie istnieje wyraźne przejście, dla laiczki, czy laika sytuacja jest płynna. Gdy dziecko przechodzi do fazy przedjęzkowej do pojawienia się pierwszych słów traci niemal całą zdolność tworzenia dźwięków. Gdyby przyjrzeć się sytuacji bliżej wygląda to (w wielkim skrócie) tak Człowiek jest zanurzony w danej kulturze (także językowej), zatem zaczyna posługiwać się konkretnym językiem. Nie potrzebuje wszystkich spółgłosek, samogłosek. Zatem dziecko zostaje ukierunkowane. To co niepotrzebne, zaczyna zanikać. Człowiek pewnych dźwięków nie będzie w stanie wymówić już nigdy. (Zatem argument stosowany przez osoby namawiające nas do nauki języków, które są dla nas obce, że to tak dziecinnie proste, że nawet szkrab nauczy się płynnie władać gramatyką, słownictwem, że przecież każda osoba uczyła się swojego macierzystego języka kiedyś… Jest nietrafiony, ale marketingowo skuteczny. Chociaż, oczywiście, autorka jest za tym by zacieśniać znajomości lingwistyczne. I nabywać zdolność posługiwania się językami już nie obcymi. Granice naszego świata, są granicami języka jak mawiał austriacki filozof— Ludwig Wittgenstein). Wiele dźwięków wspólnych dla gaworzenia i mowy, którą posługują się dorośli ludzie również zanika, i dopiero w t e d y  to zaczyna się faza nabywania języka. Dlaczego o tym wspominam?

Z dwóch powodów:

Pierwszy: już nadmieniłam, kwestia nabywania i posługiwania się czymś tak oczywistym jak język rodzimy, jest bardziej skomplikowany (i piękny) niż nam się próbuje to przedstawiać chociażby przy okazji namawiania do różnego rodzaju działań w kontekście naszych zdolności lingwistycznych, a w zasadzie ich rozwinięcia— nie czas by to opisać (ale można wspomnieć). Niejako przy okazji. Philip Zimbardo mówi o tym, że nauka ta ma charakter stricte kontekstualny. Innymi słowy, dziecko zwraca uwagę na kontrasty (fonemy– to najmniejsze jednostki znaczeniowe języka) między dźwiękami. I tu, napiszę o czymś o czym, często zapominamy (sic!) jako osoby słyszące. W przypadku języków migowych —tak, tak istnieje wiele języków migowych* — dziecko zwraca uwagę na kontrasty w pozycji rąk.

[Zapominam, Michał Bajor, Michał Bajor 30/30 Największe przeboje,Agencja Artystyczna MTJ,2005].

Drugim powodem jest kwestia zapominania, by wydobyć coś z indywidualnej, czy zbiorowej,  pamięci najpierw trzeba puścić to w n i e p a m i ę ć  Nabywanie języka, o czym piał Jacobson, jest możliwe dzięki (niedocenianemu) akcie zapominania, swoistej dziecięcej amnezji, o której pisze, dotyczy ona nie języka sensu stricte, ale nieograniczonej zdolności artykulacji.

Oczywiście sam akt przypominania sobie, nie wieloaspektowy. W psychologii znany jest chociażby problem fałszywych wspomnieńZaczynając pisać ów  tekst, przywołałam kwestię zapominania (przypominania)  w innym (nomen omen- lub odwrotnie 🙂 )kontekście. Obie sytuacje  n i e są w swej naturze symetryczne: Zapominanie i przypominanie, lecz istnieje  pewien obszar wspólny.

By coś wyciągnąć, trzeba włożyć. By mieć przeszłość, trzeba zużywać życie, ale tak, by czynić to w sposób świadomy  (Tu jest haczyk, nie jeden czy to z  resz, czy bez reszT[y]).  By mieć wspomnienia należy gimnastykować teraźniejszość. (Wiąże się to także [ale nie tylko] z wychodzeniem ze strefy komfortu, ale: nie strefy bezpieczeństwa). I z szeregiem innych konieczności. Kolokwializm? Być może? (Czy: może być? różnicuje, bo oba pytania odnoszą się do dwóch różnych kwestii) A co, jeśli zapomnimy? Albo nigdy nie pamiętaliśmy?Albo nie zdążyliśmy się nauczyć? Albo nie wiemy j a k? Albo nie możemy? Niezależnie od wątpliwci i pytań: łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

[***]

Już Henry Murray przed II Wojną Światową, 1938 roku, pisał o potrzebie osiągnięć.  Nasilenie jej u każdej osoby ma odmienny poziom. Kolejnym badaczem, który zdecydował się kontynuować temat był David McClelland to on, wraz ze swoimi współ- pracownikami (i) -pracowniczkami piętnaście lat później opracował narzędzie, które pozwoliło na określenie natężenia tej potrzeby, a następnie zbadano związki pomiędzy siłą motywacji do osiągnięć w różnych społeczeństwach i warunkami, które wspierały tę motywację, co prowadziło do rezultatów (w kontekście osiągnięć w środowisku pracy). Co ciekawe,  osoby o wysokim współczynniku [n Ach] n i e k o n i e c z n i e (albo nie zawsze) są chętne by ciężej pracować,  gdy oceniają zadanie jako trudne  szybko rezygnują. Akcent, czy też różnica,  leży w innym obszarze, osoby te charakteryzują się wysokim poziomem potrzeby wydajności. Ot!

Porzucając kwestie uwarunkowań i oddziaływań psychologicznych, wspomniałam również o tym, że ważna jest zarówno umiejętność: widzenia, patrzenia,  i spostrzegania. Specjalnie je rozgraniczyłam. Nie, nie będę pisała o różnicach i zakresach pojęciowych, nie nadmienię też o związkach i oddziaływaniach jakie zachodzą pomiędzy tymi trzema aspektami. Posłużę się przykładem.  Obraz, który mam na myśli kiedy trafił do Kolekcji Królewskiej, a stało się tak dwieście pięćdziesiąt cztery lat temu,  został przypisany innemu malarzowi, co dziwne bo Frans van Mieris the Elder (Starszy) nie żył w tym samym czasie co Johannes…

Lekcja Muzyki (Dama przy wirginale w towarzystwie mężczyzny), 1662-1664 olej/płótno Londyn, Buckingham Palace, Royal Collection, Jan Vermeer van Delft
[Lekcja Muzyki (Dama przy wirginale w towarzystwie mężczyzny), 1662-1664 olej/płótno Londyn, Buckingham Palace, Royal Collection, Jan Vermeer van Delft [źródło zdjęcia].

Vermeer. Nim spostrzeżono omyłkę minęło sto lat (Cóż to względem wieczności?). Tak, tak, wiem obrazy łączy tytuł. I tylko on. Narracje przedstawione są zupełnie innymi historiami.

Patrząc na pracownię malarską, to w niej scena się rozgrywa (choć na początku możemy nie zdawać sobie z tego spawy) nie sposób nie znaleźć punktów wspólnych, wystarczy położyć wzrok na oknach i podłodze, by wiedzieć, że to sprawka Vermeera… Pomijając  wspomnienie sytuacji przypisania autorstwa, z jednoczesnym jego pozbawieniem, obraz jest ciekawy z jeszcze co najmniej jednego powodu. Cóż widzimy w lustrze? Krawędzie sztalugi, czyli obserwator jest obecny również t e r a z, nie jest nim osoba stojąca przed płótnem (ba nie tylko ona- czy to będziesz, Ty, czy ja, czy ktoś jeszcze inny), pierwszeństwo ma malarz. To j e g o spojrzenie, jego perspektywa.(O czym zdajemy się nazbyt chętnie zapominać). Napomnienie znajdujemy (gdzieżby indziej?): w lustrze. To tam, ujawnia  się niedyskrecja, czy też: ambicja (lepiej brzmi?) fragment sztalugi. Ślad zaledwie, ale to wystarczy.

Po trzecie: pokrywa klawesynu przesunięta lekko ku stronie prawej, po lewej nie sięga krawędzi klawiatury (co ma znaczenie: kompozycyjnej matematyki, wiwat prawo optyki). Po czwarte: zwróć proszę uwagę na usytuowanie postaci kobiecej, z punktu mechaniki, (wspomnianej zaledwie przed chwilą) optyki, po prostu jest niemożliwe by jednocześnie  mieć głowę skierowaną ku rzędzie klawiszy i przechyloną ku towarzyszowi, pierwsza wersja obrazu była zgoda z tym, co ukazuje lustro. Czy malarz z a p o m n i a ł  o tym co przedstawione, a w konsekwencji, przestawione  lustrze?

 

 

PS. O czym j e s t powyższy tekst?

Nie, nie jest to pytanie, z cyklu „ulubionych”, szkolnych:. co autorka miała na myśli. Gdy autorka się na myśli, (co nastąpi, byle nie na odcisk- chociażby czcionki) to autorka  powie… A raczej, biorąc pod wzgląd dekoracje, i inne inne gramy okoliczności przyrody: napisze. Słowo daje. Jak zawsze (i zresztą, i bez reszty). Słowo (i znaczenie).

199. Buty van Gogha.

Zapisuję czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

ogniowi – myśł
niech kwitnie ogień

ziemi którą kochałem za bardzo
ciało moje jałowe ziarno

a powietrzu słowa i ręce
i tęsknoty to jest rzeczy zbędne

to co zostanie
kropla wody
niech krąży między
ziemią niebem

niech będzie deszczem przezroczystym
paprocią mrozu płatkiem śniegu

niech nie doszedłszy nigdy nieba
ku łez dolinie mojej ziemi

powraca wiernie czystą, rosą,
cierpliwie krusząc twardą glebę

wkrótce zwrócę czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

– nie powrócę do źródła spokoju

[Testament, Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok].

Testament, jaki zostawimy, my ludzie opuszczający początek wieku? Jakże stary wydaje nam się początek XIX stulecia, a to zaledwie sto lat, cóż to wedle wieczności…?Zastanawiam się, zresztą, i bez reszty jak się okazało, nie tylko ja (gdzieżbym śmiała uzurpować sobie prawo?),  jak to jest z nastrojami pożytku publicznego ego początku wieku dwudziestego pierwszego.

Jeden: mówi mi, że nie jest nieszczęśliwy, ale nie czuje by było szczęśliwie.  Drugi: odzywa się tylko wtedy gdy potrzebuje wypłakać się na ramieniu… Obrazki z wystaw(y). W mediach modny temat w czarnym dziewiętnastowiecznym płaszczu, chociaż nie, z jednej strony smutek z drugiej pigułka  Krzysztof Rutkowski pisze o tym tak:

Od dawna zastanawiam się, czym różni się obecny fin de siecle od dziewiętnastowiecznego, bo różni się poważnie. Doszedłem do wniosku, że przede wszystkim wiekiem morderców. Pod koniec obecnego stulecia najzupełniej bezinteresownie zabijają się dzieci. (…) Dziewiętnastowieczna dekadencja bardziej zdawała się optymistyczna, więcej w niej było nadziei. Teraźniejszość smutniejsza jakaś, chociaż na pierwszy rzut oka powinno być odwrotnie (…)

[Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12].

Myślę, że jednym z powodów może  być taki nie potrafimy dotrzymać kroku postępowi. Umożliwiliśmy dłuższe życie pojawiła się starość, a została ość. Rodzą się dzieci, które niegdyś umierały, albo były poddane ostracyzmowi społecznemu, ekstremalny przykład w starożytnej Sparcie. Obecnie mamy osoby z niepełnosprawnościami, ale nie potrafimy, czy też nie chcemy zbudować mechanizmów społecznych, które były by ze swojej istoty inkluzywne. Od czasów rewolucji technicznej dysponujemy czasem wolnym, to także wynalazek, produkt, kultury, ale nie potrafimy, i co najważniejsze nie chcemy się nauczyć jak spędzać czas ku pożytkowi i przyjemności. Spędzać czas. Cóż to za wyrażenie, pędzi to się bimber. Pędzi się na złamanie karku (a o to, dzisiaj nie trudno). Od spędzania blisko już do przepędzania. Depresja, melancholia? Bezkresność. Ość, której ni przełknąć, ni wypluć.

[Melnancholija, Grzegorz Turnau, album 11:11 Pomaton Emi 2006, wersja zremasterowana 2011].

Jak ciężkich przeżyć trzeba być świadkinią by cieszył samodzielny krok, zapach malin, słońce, wiatr, korek w drodze do pracy, deszcz, bieg… Albo jak ciężko musi być na duszy by tę przyjemności komuś odebrać, komuś, albo samemu/ samej sobie?

Jest jeden czas. Ułamek ledwie gdy smutek jest usankcjonowany, wpisany, oczekiwany. Ale nie zapominajmy, że mówimy to z naszego, europocentrycznego punktu widzenia, czucia, słyszenia i dotykania. Przeżywania. To nie jeden obrządek ma prawo do chowania zmarłych.

Czytając Dziady Mickiewicza można wyznaczyć tropy i tripy. Zaduszki były powszechnie obchodzone przed nastaniem chrześcijaństwa wśród Słowian, tak jak i w innych kulturach grzebaniom zmarłych towarzyszą obrzędy. To  nic innego jak rodzaj polisy na życie przede wszystkim doczesne. Palenie ognia czy też zniczy ma wskazywać drogę duszom, drogę do nieba, wiedzieli o tym celtyccy druidzi, którzy oświetlali drogi blaskiem ognia w czasie święta Samhain.

Odprawienie obrzędów miało gwarantować obfite plony i spokojne życie doczesne. Gdy ludność zamieszkała w Irlandii zaczęła emigrować np do Stanów jak najbardziej Zjednoczonych to pojawiło się święto, które dziś możemy obserwować jako Halloween.  Co ważne święto to obchodzone było nie tylko jesienią, jak ówcześnie, ale kilka razy w roku stosowano różne obrzędy, śmierć nie była odsuwana w niebyt, w cień, ale można powiedzieć, że była towarzyszką życia, bliżej jej do wizerunku jaki przedstawił Jacek Malczewski: kobiety o pełnych biodrach niż kościotrupa z kosą.Jakże łatwo zdyskredytować to, czego się nie rozumie, albo czego się człowiek boi. Strach, podobno lubimy się bać. Śmiem wątpić. Lubimy się bać na niby. Na żarty. Na teraz- zaraz, albo na zaraz-potem. Pstryk. Przełączyć kanał w telewizorni. Humor to nic innego jak mechanizm obronny. Tak jak rytuały.

Rytuały. Drzewiej w naszej kulturze równie ważny był początek maja gdy wszystko się rodziło, pachniało i rozwijało, jak początek listopada. Zostawiano wtedy pieczywo z wypieczonym znakiem krzyża, wyśpiewywano pieśni, w nekropoliach specjalnie wypiekane dla zmarłych. O tymże chlebie już zapomniano, tak jak o innych stosowanych zabiegach, innych się w ogóle dziś nie kojarzy ze świętem zmarłych.

Tak jak pustego talerza zostawianego podczas wieczerzy wigilijnej. Dzisiaj mówi się, że to dla osoby wędrującej, albo zagubionej, drzewiej była to jedna i ta sama osoba, niezależnie po jakim ze światów się błąkała, mogła zasiąść z nami przy wspólnym stole. Taki ślad widnieje też w słowie dziady, dlatego też drugiego listopada baczniej, czy przychylniej patrzono na wagabundów, i żebraczki. Może tych, których spotkamy w ten właśnie dzień, to nasi bliscy, zagubieni w rzeczywistości, [nie]dawno zmarli? Dlatego mogli oni nie tylko liczyć na posiłek w domach, ale i przed kościołami wystawiano suto zastawiane stoły. Zwyczaj ucztowania przetrwał w tradycji prawosławnej, tam uczty wyprawia się na cmentarzach.

Światło i dynia. Ta ostatnia była materiałem bardzo tanim, można było zrobić lampion, i światło będzie się tliło. Pomimo deszczu. Deszczu jesiennego. Tak jak opada liść, tak opada kropla, jedna, druga, trzecia, pięćdziesiąta.  Światło siła życiodajna i niszcząca zasługuje na oddzielny wpis. Można postrzegać je z wielu perspektyw, mówi się o duszach, że gasną, że gaśnie życie w człowieku, że rozbłyska, że trwa, albo, że się tli. Rytuały związane z ogniem są ważną częścią kultury człowieka. Niezależnie w której epoce przyszło mu żyć. Żyć i umrzeć. Kościół jak każda władza chciał zapanować nad duszami i ciałami tych, co pozostali na Ziemi. I jak każda instytucja przejmująca wierzenia i budująca uniwersum przejmowała dawne wierzenia.

W roku 998 św. Odilon, ustanowił  dzień na obchodzenie Dnia Zmarłych. Przypadał on uroczystościach Wszystkich Świętych, podówczas obchodzono święta w maju. Papież Bonifacy IV w 610 roku  nakazał by czcić relikwie męczenników za wiarę. Sto dwadzieścia jeden lat później papież Grzegorz III postanowił, że  święto obchodzone będzie w listopadzie. Są takie dni w roku, dni zadumy, refleksji, ale tak naprawdę chcemy zapomnieć, unieważnić, albo zemścić się ręką śmiertelną – jak pisała Szymborska.  Wymazać śmierć. Nie przemawiają już do nas liczby. Te krzyczą z dzienników, filmów, są jak najmniej przekonywujące…

W dużych miastach umiera po kilkuset ludzi w tygodniu. Zdarza się, że ponad pięćset. W Warszawie umiera ponad dwa tysiące ludzi miesięcznie. Niezależnie od pory roku, obranych zamierzeń, planów i marzeń. Każde ciało kiedyś chciało, pragnęło, zazdrościło,kochało.Plany miało,pragnęło denerwowało się, złościło, spieszyło do pracy, na randkę, czekało na autobus…

Do utraty tchu, przeklinało, cieszyło się, smuciło, czytało, czekało, piło, śniło, spóźniało się. Nie tak rzadko nie zdążyło pragnąć, kochać, znać, marzyć, oddawać się miłości, zazdrości, biegać, czuć wiatr we włosach, stąpać po trawie. Ich stopy nie były łechtane źdźbłem trawy.

Ani jednym.

Ktosia była córką, może zdążyła być matką, córką, siostrą…Ktoś synem, ojcem, bratem, na pewno są dziećmi, byli… Ktoś wyszedł tylko do kiosku, do kina, ktoś w ogóle nie ruszył się z domu. Zjadł kromkę z masłem, sałatą, popił/a czarną herbatą. Ostatnia wieczerza, albo nie, poszedł spać z pustym żołądkiem, żeby nie przytyć, bo zapominał/a kupić chleba, czarnego, był tylko taki, biały, pszenica —biała śmierć, cukier: biała śmierć. Herbata łypiąca na nas swym czarnym, gorzkim okiem. Nie, nie będzie się przecież  truć. Już nie ważne, a sen? Wieczny.

Niebezpieczny jest sen wieczny.

Bez ostrzyżenia i   bez ostrzeżenia, bez fanfar, bez światełka w tunelu, by wiedzieć skąd spieprzać. Ktoś modli się o śmierć. O to, by spokojnie odejść, by już nie cierpieć. By choć raz bez trzeszczenia w stawach, bólu głowy, żołądka, skóry móc wyprężyć ciało, zjeść, zasnąć, zejść. Żyje. Tak, jeszcze żyje, w zdrętwiałym ciele, ciele, które zdradza.

Oddycha, może niezbyt miarowo.

Ale skutecznie zaciąga się powietrzem, rwie je.  Łapczywie połyka. Mówi cicho. Nie zapomina. Pamięta zapachy lata, szkoły powszechnej, może prewentorium z dzieciństwa? Tużurek, tarcza, najpiękniejszy wykrochmalony wrzask mody, granat z bielą. Wykrochmalona koszula. Kant spodni.

A dzisiaj… Dzisiaj pierzchnie.

Kurczy się do niewygodnego łóżka, wymiętoszonego prześcieradła, umęczonych wspomnień, tęsknot za czułością, bliskich już dalekich. Spieszących się. Gdzie? Byle dalej. Do Nie wiadomo Gdzie. Ale to nie musi być reguła, i często nie jest. Chorują młodzi, dzieci, nastolatki, nastolatkowie, z marzeniami i makijażami na twarzach, przestrachem, grozą, może ulgą, bez nadziei na zmianę. Teraz. Albo za chwilę.

Stwierdzenie zgonu. Dwie godziny.Transport ciała do specjalistycznego pomieszczenia nazwanego post mortem czeka się na wystąpienie oznak śmierci — plam opadowych, sztywności trupiej, czy mętnienia rogówki…

Po wyciągnięciu ciała z chłodni ciało ma dwa do trzech stopni Celsjusza. Stężenie pośmiertne trzeba przełamać, tak jak sztywność w stawach. Można to zrobić łagodnie i profesjonalnie.Tak by można było ubrać w ulubioną koszulę, spodnie, spodenki sukienkę, do wyruszenia w ostatnią drogę. Do zapamiętania.

Owszem czasami, to znaczy, gdy niezbędne jest wykonanie sekcji,  trzeba rozciąć czaszkę, jeśli tak — to piłą elektryczną. Narzędzia tak jak wszystko w tym fachu, musi być specjalistyczne. Umiejętności- wielorakie.

Wykonując sekcje wyciąga się mózg, który jak wiadomo jest płynny. Potem wkłada się wraz z po sekcjonowanymi narządami. Do czaszki wkłada się ligninę.

Od śmierci do pogrzebu powinny minąć trzy dni.  Do tego czasu, czyli wystawienia trumny, ciało powinno przeleżeć w chłodni. Ciało zmienia się, różnie. Zależnie od tego, w jakich warunkach jest pozostawione: albo się zeszkieetuje, albo zmumifikuje, albo się rozpadnie. Siedem lat, tyle potrzeba czasu, by zatarł go czas. Można oczywiście wykonać ekshumację. Można w tym samym czasie pogrzebać inne ciało.

Można  spopielić, albo wyschnąć. Jeśli ciało jest zabalsamowane nie zjedzą go robaki, ale tylko wtedy. Tylko wtedy.

Twarz śmierci traci mimikę, mięśnie wiotczeją. skóra zaczyna zwisać, zanikają kontury ust. Oczy się zapadają, kurczą się koniuszki palców, tak jak przy zażywaniu zbyt długich, gorących kąpieli. Tyle, że zwiększone teraz umiejętności chwytne, nie będą już potrzebne. Następuje strupieszenie, następuje zapadanie się tkanek miękkich. Po  śmierci puszczają zwieracze, wycieka mocz. Siła mięśniowa waży tonus, obniża się po śmierci o dwadzieścia jeden gramów. Tak, można wyliczyć dzisiaj magiczne dwadzieścia jeden gramów.

By oczy się nie otwierały, drzewiej kładziono na nie monety, niektóre osoby wierzyły, że to myto, przepustka do lepszego świata, ale tak naprawdę to sposób by oczy się nie otwierały.  Nie zawsze to działało, zależy czy stężenie pośmiertne już nastąpiło, jeśli monety położone były natychmiast to oczy już się nie otworzą. Można je (stężenie pośmiertne)  przełamać. Przeciera się powieki, lekko się je naciągając, stosuje się specjalne silikonowe wkładki, tak samo modeluje się za pomocą silikonu twarz.

W ciele zachodzą takie procesy biochemiczne, o których już dzisiaj wiemy skutkujące ubytkiem wagi. Drzewiej mówiło się o uchodzeniu duszy. Nadal analizuje się tę kwestię.

Bez znieczulenia, bez czekania, bez zwłoki ale w zwłokach następuje rozkład. Na początku pełza, by potem szturmem wziąć organizm. Zaczyna się na poziomie komórkowym. Płyny ustrojowe uchodzą z ciała. To co może, wiotczeje, kurczy się. Człowiek, każdy, nie wiadomo jak stary, jak nie sprawny (w mniejszym, albo większym stopniu), młody, stary, średni, giętki, gruby, chudy, profesor(ka), czy żebrak/ żebraczka nie wiadomo albo wręcz wiadomo jak wymuskany przez Życie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody.Po śmierci ciało zaczyna parować.

Wystarczy dzień by w martwym już ciele zagnieździły się robaki. Wyjmuje się je długą pęsetą. By uchronić żywych, którzy przyszli się pożegnać od kłopotów, chorób, by nie tylko zatrzymać rozkład, zniszczyć bakterie, wirusy, grzyby, pleśnie, gazy gnilne, zdezynfekować, zniszczyć brzydkie zapachy, by przywrócić osobie zmarłej wygląd zażyciowy, by skóra znów się zaróżowiła, można zamówić balsamację. Nie, nie jest to ta, którą serwowano faraonom w starożytnym Egipcie.

Wciera się balsamy w ciało. Zanim jednak to nastanie trzeba zabezpieczyć wszystkie  jego otwory, by zapewnić bezpieczeństwo osobom, które dokonują takich zabiegów. Przygotowują osoby zmarłe w ostatnią podróż.

Przecież płyn może prysnąć na przykład do oka, albo w inne wrażliwe miejsce, a w nim mogą znajdować się wirusy. Niekoniecznie chodzi  wirus HIV, ale także, wirus  żółtaczki typu C, albo prątki gruźlicy,a te ostatnie nie umierają wraz ze śmiercią osoby, te ostatnie są aktywne przez jeszcze k i l k a   t y g o d n i.

Potem można przystąpić do  toalety pośmiertnej, konserwacji, zatrzymania procesu gnilnego. Zatrzymania bo jeśli już się zaczął, nie można cofnąć, można go jedynie zatrzymać. Rozkładające się ciało wydziela trujące substancje, siarkowodory  i metany (gazy ciężkie), bakterie gnilne,  beztlenowe, laseczki zgorzeli gazowej, pałeczki odmieńca pospolitego, laseczki sienne…  Można by wymieniać długo i wytrwale,… Po śmierci cały organizm jest zakażony, oddany we władanie wroginiom i wrogom, został skolonizowany. Nic w przyrodzie nie ginie.

Także to przede wszystkim względy sanitarne powinny być przyczynkiem do tego by poddać zwłoki takiemu zabiegowi. Balsamacja, którą można porównać do przetaczania krwi,  wspomagana jest masażem. Najpierw nakłada się krem na skórę, dzięki któremu nie zdziera się  jej wierzchniej warstwy— naskórka. Po co masuje się zwłoki? Po to by ze wszystkich jam ciała wyprowadzić krew, która nie tylko bardzo ciemnieje po śmierci, ale przede wszystkim to za jej przyczyną ciało gnije.

Po wtóre wprowadza się za pomocą kaniul do żył i tętnic, a rozprowadza za pomocą pompy mechanicznej specjalne płyny balsamujące, to wtedy wykonanie masażu pozwala na rozprzestrzenianie się go w żyłach. (Bazą takich płynów są formaldehydy, które konserwują, zabezpieczają i dezynfekują, ale to nie wszystko,  zawiera także lanolinę, która czyni skórę bardziej miękką, zawiera składniki koloryzujące, dlatego taki balsam, jeden z sześciu, dobiera się indywidualnie, zależnie od tonacji cery). Tak, jest coś takiego jak tanatokosmentyka. Kosmetyka pośmiertna, można wyszczuplić, poprawić, wygładzić,zrobić makijaż, zwykle stosuje się zerowy, jak najbardziej neutralny i naturalny,  ale to na końcu…

Nie tyko do żył wprowadzany jest wspomniany balsam, do tętnic również jest on  wstrzykiwany  wypycha płyny fizjologiczne. Za pomocą drugiej wprowadzonej tym razem do  żył wpompowuje się z organizmu krew. Skrzepy jeśli są zostają rozpuszczone, udrożniony cały układ, ciało zakonserwowane, przywraca się naturalny kształt ciała, koloryt skóry, ciało pachnie łagodnie, malinami.

W innym porządku balsamuje się ciała, które są  przywiezione są z dróg, po wypadkach komunikacyjnych, po samobójstwach. Kiedy tętnice i żyły ulegają zniszczeniu, są poszczerbione, przerwane, zmasakrowane zwłoki. Po pierwsze w takich sytuacjach niezbędna jest sekcja, po drugie ciało jest zmasakrowane trzeba pozszywać, narządy, tętnice, żyły…

Cały proces balsamacji u osoby, która nie uległa wypadkowi trwa półtorej godziny. Gdy potrzebne było przeprowadzenie sekcji zwłok, także jest możliwe przeprowadzenie takiego zabiegu, z tą różnicą, że narządy wewnętrzne zalewane są specjalnym płynem i wkładane do czerwonego worka (kolor ma tu znaczenie, czerwony przeznaczony jest do odpadów biologicznych) później worek wkłada się do ciała, które się zaszywa. Narządy tak jak i ciało- wysychają. Jeśli ciało nie zostało poddane sekcji, to narządy obszczykuje się do jamy brzusznej.

Można oczywiście skremować ciało.

Piece, podobne jak te, w którym przygotowuje się pizzę, z tym, że te osiągają większą temperaturę (od ośmiuset do trzech tysięcy stopni). Po kremacji zostaje proch. Przed dokonaniem tejże wypytuje się  o wszystko. O znaki poszczególne znaki szczególne, blizny, tatuaże, choć oswojone ciała najbardziej obce. Przebyte operacje wszelakiego autoramentu choroby… Ciało zostaje umieszczone  w drewniej trumnie. Bez zdobień, bez lakierowania.  Ciało i jego narządy wewnętrzne mniejsze kości spalają się całkowicie. Kawałki większych, tak jak jest to w przypadku kości udowych trzeba zmielić w elektrycznym młynku specjalnie przeznaczonym do tego celu. To taki większy bęben można porównać do tego, który znajduje się w pralce. W środku znajduje się dziesięć ołowianych kul. Do młynka wkłada się kości wraz z prochem. Proces w nim zachodzi przez czterdzieści minut.  I w tymże czasie już zmielone na proch  ulega wystudzeniu.  Proces trwa dwie i pół godziny.  Z dorosłego człowieka pozostają dwa lub trzy litry szarego prochu.

.

 [Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].
[Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].

Lubimy jako ludzie być zajęci, ale nie efektywni, to ostatnie wymaga wysiłku, takiego jaki jest konieczny do wytworzenia nawyku, to pierwsze jedynie pozoru. Nasza zajętość, zwłaszcza zauważalna jest w dużych miastach, to ona ma być wyznacznikiem statusu, ważności, modnie jest się spieszyć, dokąd(ś) dążyć i obowiązkowo się spóźniać. Mieć zaduszoną czcionkę gdzieś w plecaku, w podręcznej nie za grubej książce.

A mnie się przypominają Buty  Vincenta. Vincenta van Gogha nie Czaszka z palącym się papierosem, ale właśnie buty, te buty. W nich jest wszystko. Wszystko co powinno, od sznurówek, po języki i sznurówki. Wszystko. Co powinno być. Nic ponadto. To po nas zostanie, buty, koszulki, zeszyty, płyty, biurka, może rozmowy, zdjęcia, może wspomnienia, może ulubione powiedzenia, Może… Ile trwa ludzka pamięć? Co wiemy o swoich pra, pra,pra babkach i dziadkach? Czy wiemy co ich cieszyło, smuciło, ulubione zdania, książki… Nie, nasza pamięć sięga tylko do dziadków, może i pradziadków, babci, prababci. Czy wiemy jak wyglądali, jakie mieli nadzieje, plany, marzenia, żale, czym chronili się przed zimnem, czy lubili gruszki, czy raczej jabłka? A przecież to pradziadkowie prababcie, a dalej? Co wiemy o przeszłych pokoleniach, nie obcych nam ludzi, ale tych, co krew z krwi i kość z kości… Może mamy nos po praprababci? To samo spojrzenie jak się złościła… Może… Takie wielkie może i morze niepamięci, tak mało czasu. Ledwie garstka by nie zostać zapamiętanym, by zostać zapomnianą.

—-

Literatura:

  • Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok;
  • Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12
  • Bez strachu. Jak umiera człowiek, Magdalena Rigamonti, Adam Ragiel, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2015r.

[162+4]. Refleks [i] ja: O tym jak czytamy, albo o slogan_ach! A już na pewno o władzy.

 

The Lady with an Ermine Leonardo da Vinci [źródło zdjęcia].
The Lady with an Ermine, Dama z Gronostajem, Leonardo da Vinci  [źródło zdjęcia] Olej na desce. Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie.

Dziecięciem będąc nie potrafiłam zrozumieć jaki sens jest wydawania płyt klasycznych.

I nie chodzi o to,

że były to melodię bez słów, lecz o to, że na jednym czarnym krążku zupełnie koło siebie sadza się różnych kompozytorów, albo dzieła jednego jednej ale jakże z odległych „epok”. Potem gdy nabrałam biegłości i w mol i w dur sytuacja nabrała nie tylko kolorów, ale i kształtów, nie wspominając o rumieńcach…

Nie jestem z tych, którzy chmurnie i dumnie wołają Horowitz największym pianistą był! [To ten facet, który napisał muzykę do kreskówki Tom i Jerry]. 😦 / 🙂 Albo pouczają, że każdy wykształcony Polak i Polka powinni znać kanon, poruszać się na przestrzeni epok w SZtuCE. Znaleźć swoje ulubione, wilgotne, zmechacone, nie przetrącone mięsiste miejsca.  Miejsca krytyczne i miejsca styczne. Obszary i inne kolory. Znaki, stwory.

Nie chodzi o to, że mało czytamy, tak ktoś kiedyś gdzieś, np tacy włodarze Biblioteki Narodowej raportują, że mało czytamy. Owszem. Tylko problem analfabetyzmu wtórnego leży zupełnie gdzie indziej, a my jak mantrę powtarzamy, że mało, że jeszcze mniej, czy tu, czy tam, czy ta  czy tamta czytasz.  Oczywiście, że nie wrócimy do czasów, gdy na XIX dworach zapraszano gości i mieszkańców, służbę i wszyscy jak jedna żona lub mąż słuchali czytanej książki. Chociaż, niestety, nie wiadomo, czy tak się nie stanie…

Skupmy się na tych osobach, które nie wstydzą się czcionki i wiedzą jak jej używać, albo tych, dla których owa lekką jest i basta.

Problem polega na tym, że nie nabywa się umiejętności transponowania wiedzy między dziedzinami SZTUKI. Brak synergii, ale nie to jest najgorsze. Nie traktuje  się sztuki w sposób holistyczny. Nie chodzi o to, by żywić się tylko Gérardem Genettem, względnie tym co napisał Michael Foucault... Chodzi o to by móc nie tylko zmóc, ale spacerować z pełną mocą spacerować między dziedzinami sztuki, czytać obrazy, uczestniczyć w kulturze wizualnej, czy ikonalnej, muzycznej… I każdej innej.

Co nam da wiedza, że Bitwa pod Grunwaldem namalowana przez Matejkę nie jest obrazem historycznym, a odnosi się do historiozofii? Co nam  da wiedza o tym co i jak malował  nie boski Bosch? Dlaczego Dama występuje z łasicogronostajem, nie tylko dlatego, by podkreślić jej ciążę, ale wpisać w portret jej curriculum vitae, opowiedzieć jej historie, w taki sposób by urzekła i poprowadziła, ale tylko tych, którzy na to zasługują.  Na początku gdy Czartoryscy nabywali obraz nie była znana tożsamość modelki, a zwierzątko choć nie kanapowe, uważano za element dekoracyjny, naturalny dopiero w wiekach późniejszych sięgając do ksiąg mądrych i zasuszonych dowiedziono, że to zwierzę, choć nie wiadomo, czy to fretka, czy gronostaj, czy łasica w języku greckim  nosi nazwę galée a więc koresponduję z  nazwiskiem Gallerani, można więc odnieść je do personaliów kobiety uwiecznionej na obrazie, ale nie tylko. również przypisać je Ludovicowi Sforzy, którego nazywano nie inaczej jak  Ermellino, czy w końcu zaznaczyć, że był kawalerem  Orderu Gronostaja, nie pisząc już o godle. Taką historię miłosną możemy zdekodować, ze względu, na fakt, że młoda Cecylia, poetka,  była przeznaczona innemu mężczyźnie, a i Lodovic miał poślubić  Beatrice d’Este. Tak więc możemy wyczytać z obrazu nie tylko mariaż, ale przede wszystkim historie. Nie tak rzadko zdarza się, jak we wspomnianej Bitwie pod Grunwaldem, że są zawarte elementy, albo postaci, których na obrazie być nie mogło, nie są to błędy, ale świadoma decyzja malarza. Spacer na orientacje w sztuce pozwala nie tylko złapać dystans, ale dowiedzieć się więcej o świcie i świecie, oczywiście bardziej go komplikuje, implikuje i wzbogaca. Utrudnia.  Nie tylko w naszym postrzeganiu zmienia się świat, można by powiedzieć, a i śmiało napisać, że zachodzi efekt motyla szczególnie na przestrzeni świata.

Nie tylko dlatego, że potrafimy dostrzegać obowiązki sztuki wobec świata. Zedrzeć politurę i partyturę i inną turę oddzielić pewne kwestie, by ujrzeć inne, ważniejsze, dla przykładu: Cecylia, tak, ta uwieczniona ze zwierzątkiem, prowadziła dysputy z uczonymi, znała biegle łacinę,  podobnież sama pisywała wiersze były one niezrównane, ale w tym czasie nie ceniono sztuki tworzonej przez kobiety, takoż nie zadbano o to, by utwory się zachowały, pytanie: dlaczego? Czy jest jaka(ś) sztuka ukryta?  Czy sztuka objaśnia świat? Jeśli tak, to czyj?I na jakie aspekty rzucony jest rekfleks światła?

Jeśli uczymy się w jaki sposób czytać, ale przede wszystkim uczestniczyć w sztuce, nie tylko w dydaktyce, nie jesteśmy skazane i skazani na to, by patrzeć tylko w kierunku, w którym nam każą. Jako odbiorczynie i odbiorcy sztuki nie tylko jesteśmy po tej drugiej stronie, ale aktywny sposób uczestniczenia w tym procesie stawia nas równocześnie po stronie twórczyń i twórców.

Nie zadowalamy się pierwszymi asocjacjami. To jest tak jak z obłaskawianiem obcego języka, nie tylko nie zdajemy się na osobę tłumaczki, czy tłumacza, ale same i sami potrafimy tworzyć, dostrzegać, [de]konstruować zależności, spostrzegać je i zyskujemy moc wpływania, wyboru. Oczywiście, że myślenie boli. Jest niewygodne, dostrzegamy, że świat nie jest sprawiedliwy, nie zawsze przyjaznym miejscem do życia, dzięki temu możemy, jeśli tylko chcemy, wiemy w jaki sposób, czynić go lepszym, znośniejszym, i bardziej przyjaznym, ale też bardziej, pełniej, namiętniej się cieszyć tym, co jest nam dane, tym co musimy niejednokrotnie wziąć. W czasie gdy powstawała Dama, Leonardo tworzył Wieczerzę, (ta Ostatnia wieczerza…) zajmowała go gra światła cienia, tła, a umieszczenie weń postaci, konwencji, jak elementy współpracują i wpływają na siebie. Lekki skręt tułowia i głowy, ku prawej stronie, w wąskim kadrze, z prawej strony pada też więcej światła. Nagłe poruszenie. W zamierzeniu kochanka miała być umieszczona na innym tle, które zostało zamalowane. Tyle, że uczyniono to dokładnie, można dostrzec luki, prześwitują to grafit, to błękit.  Stracił więc na tym obraz, koncepcja też stała się niejasna,dziewczyna uwięziona,  by wydobyć go poprawiono detale. Gronostaj albo łasica, albo… ? No właśnie, nie wiadomo, raz szala przechyla się na jedną, raz na drugą stronę. Wiadomo, że zwierzę było symbolem macierzyńskiej miłości, ale także fakt, że nie cierpiało brudu, tak więc takie cechy można przypisać kochankom, pierwszą młodej Cecylii, drugą Ludovicowi.

Nasza kultura opiera się na nadmiarze, nadprodukcji, w związku z czym nasze doświadczenie zmysłowe stopniowo coraz bardziej traci na wyrazistości. Warunki współczesnego życia (…) osłabiają naszą zdolność odczuwania.

Tak pisała w 1964 roku w  jednym  w swoich esejach Susan Sontag, pisała również o tym, że jedna sprawa to widzieć więcej, i wiedzieć więcej ,a druga całkiem odmienna, to odsunąć tę wiedzę i zobaczyć dzieło w postaci czystej. Nie wiem, jednak czy takowa forma istnieje, może istnieć gdyż Sztuka nie istnieje w próżni, a jej wytorom nadawane są a priori powinności, które musi, może, nie powinna, nie może spełnić. O tym w jakim przyszło nam żyć świecie, na co wyrażamy zgodę, a na co nie możemy takiej udzielić, kto jest dopuszczany do tworzenia sztuki, i jakie wizerunki grup społecznych są utrwalane i przekazywane. Dlaczego została powołana do życia, (sic!) funkcja mecenatu? Dlatego by wpływać, kształtować gust, przekazywać treści, zarządzać strachem i wiedzą. Utrzymywać status quo. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o… Władzę. O dyskursy, o mechanizmy, o znaczenia… I tak będzie, niezależnie od tego, co postanowimy i jak czytać, oglądać, słuchać. Wybór należy do nas. Nie, nie jest łatwy, nie jest przyjemny, choć bywa. Wiedza nie oznacza wszakże obdarcie z piękna, ale może oznaczać, ni mniej ni więcej, że to co uważaliśmy za piękne (wzniosłe, prawdziwe) takim  już nie będzie. Taka jest cena wiedzy i władzy. Wysoka.

Susan Sontag, Przeciw interpretacji [w]: Przeciw interpretacji i inne eseje,  Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 25.

161.Anatomia strachu, [albo] lekcje anatomii.

Nikt się przede mną nie skryje,

wszystkim żywym urywam szyję.

[Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią, przypisywany autor: Mikołaj z Mierzyńca].

[Louis Hector Berlioz: Requiem (Lyon 2012).
Dyrygent: Leonard Slatkin, Tenor: Steve Davislim, Orchestre National de Lyon, Choeurs de Lyon].

Jeśli wybrańcy bogów umierają młodo,

co począć z resztą życia?

Starość jest jak przepaść,

skoro młodość jest szczytem.

Nie ruszę się stąd.

Choćby na jednej nodze pozostanę młody

[Wizerunek, Wisława Szymborska, Tom: Sól, Wiersze wybrane, Kraków, 2012, s.95].

Czytaj Dalej „161.Anatomia strachu, [albo] lekcje anatomii.”

[Klasyczne korepetycje-w dobrym tonie]. Nie tylko guzik (z pętelką).

W średniowiecznym świecie trąd potwierdza aż po naoczną oczywistość, że być chorym to tak samo jak być martwym; ciało zniszczone, rysy zniekształcone, wysięki. Rozkład nie jest jedynie tajemniczym mechanizmem choroby, jest powolnym postępowaniem (…) jest również jej stroną jawną, jej potworną inscenizacją.

  [Historia zdrowia i choroby. Praktyki sanitarne od średniowiecza, do współczesności. Georges Vigarello, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2011, s16].

[Bajka średniowieczna, Kaczmarski, Łapiński, Gintrowski, Pomaton EMI].

   Średniowiecznym światłem i światem zarządza strach, mrok i strzelistość (gotyckich* katedr, tych, w których człowiek czuje się jak pyłek). Tak to widzimy, spoglądając na obrazy, słuchając dźwięków i wydźwięków, przekraczając progi chłodnych kościołów, wrtując grube, smoliście zapisane księgi. Tak chcemy patrzeć i to widzimy. Jako mroczny, duszny, choć długi przedsionek Odrodzenia. Odrodzenia, czyli forpoczty nowego, w zamyśle, lepszego,  życia. Pewnie nie wiecznego, ale do szpiku kości i czcionki (zemsty ręki śmiertelnej) opartego na (u)wadze i Człowiekowi jako marze wszechrzeczy.

   Prawda, o ile jest jedna i niepodzielna, leży gdzieś pośrodku.

W średniowieczu wymyślono nie tylko okulary, czy czek podróżny, weksel (za sprawą Templariuszy), o czym już wspominałam, ale wiele innych, do dziś używanych, w mniejszym lub większym stopniu, konceptów, czy rzeczy np logikę, puby, zegarki, czy koszule zapinane na guziki. Oczywiście, jest kłopot z przypisywaniem autorstwa ludziom, noszącym nie tylko na swoich barkach strach przed chorobami i śmiercią, ale przede wszystkim imiona i nazwiska i idee. Społeczeństwo, a przede wszystkim jednostka, jako koncepcja narodzi się później. Nie mówiąc o patentach, albo o prawach autorskich. Chociaż próbowano radzić sobie inaczej Leonardo da Vinci, w swoich projektach, znacznie wyprzedzających epokę rozumu (sic!), w której przyszło mu tworzyć, umieszczał celowo jeden, lub dwa błędy. Chronił się w ten sposób przed wykradzeniem rękopisów, szkiców, i to nie on jeden. I nie on pierwszy…

Wracając do wieków średnich

i…Okularów,które wtedy zostały wynalezione,twórca, albo twórczyni, wcale nie chciał/a  rozpowszechnić tego wynalazku. Tak więc kwestia nauki jako dobra wspólnie wypracowanego jest… Przereklamowana, by nie rzec, że to istny humbug. Owszem idea, szczytna, ale realizacja… Można by rzec

Errare humanum est.

Błądzić, wielbłądzić, wiele błądzić, a racja! Racja i prawda. To w jaki sposób zmieniały się wieki średnie, ich podejście do nauki, można prześledzić (nic tylko wielbłądy i śledzie) nie tylko przyglądając się konkretnym dziedzinom (takim jak medycyna z równowagą humorów, klejnotami zdrowia, przypraw i aromatów, oczyszczeń, sproszkowanych pereł i napojów w złocie), ale także wizerunkom, np przestawieniem cnót i jej zaprzeczeń. To temat bardzo nośny przez wieki utrwalany piórem i pędzlem:

[Program Wojna postu z karnawałem. Siedem grzechów głównych. Kaczmarski, Łapiński, Gintrowski, Pomaton EMI].

Temperantia,

i jej wizerunki to kolejny przykład. Opiekunka nauki i techniki, śniona i ucieleśniona i cnota umiarkowania,  miała bardzo wiele twarzy i jeszcze więcej atrybutów, obrastała w nie z czasem (sic!) i postępem technicznym. Oto widzimy kobietę ubraną w  młodość, ponętną i sensualną z natury, która zgrabnie  przelewa wodę ze dzbanka, panuje nad  życiodajną cieczą. Ta wycięta ze średniowiecznych wyobrażeń trzyma dzbanek i kielich wina, ale tylko przez mgnienie, chwilę, moment. Potem zyskuje techniczne atrybuty Modestia z: klepsydrą, zegarem mechanicznym i uzdą i ostrogami  Stoi na… Skrzydłach wiatraka. Oto nie tylko wrzask mody i awangarda, ale przede wszystkim to wyraz postępu, uchwycenie go w ryzy, osadzenie w czasie i przestrzeni, jak również kryjące się za owymi symbolami nakazy zachowania się: uzda. Nie ma przypadku.Nigdy. Zawsze.

    Wieki średnie oparte na strachu, wielkim tchnieniu Boga, przekonaniu o kruchości życia, tak, tak to się zgadza, ale to tylko jedna strona medalu, czy monety. Bo jak ma się nie bać człowiek, który nie zna medykamentów, w dzisiejszym rozumieniu oczywiście bo sztuka leczenia trwa od prawieków, nie ma  na półkach aptecznych antybiotyków. Jeden język, jeden przekaz: żyj przykładnie. Jutro możesz nie mieć czasu na pokutę, możesz już rozstać się ze swym marnym ciałem, członki mogą odmówić ci posłuszeństwa, nie będziesz miał/a  władania nad myślą i uczynkiem. Możesz rozstać się z życiem nie za swoim przyczynkiem, nie grzesz więc myślą i uczynkiem. (Nawet Andersen, w swych dziennikach zapisywał skrupulatnie: co, gdzie, z jaką intensywnością strzyka, boli i piecze, a przecież żył o wiele, wiele lat później).

Czego zatem używano w wiekach średnich?

    R o z u m u ! Tak, chociaż ów skąpany był w trwodze, Boskim strachu, grzechu… Wymyślono nie tylko  czek (Templariusze)kredyty i ubezpieczenia ,oczywiście nie miały one charakteru powszechnego, skonstruowano ster piórowy żagiel łaciński, zanim połączono dwa wynalazki i stworzono karawele minęło trochę czasu (a właśnie: czas!) ale przecież to ta sama epoka. Używano strzemion— w zależności od miejsca pochodzenia występują różnice w konstrukcji. Najstarsze to te, pochodzenia hinduskiego, ale są także te, z Azji Środkowej  są i skandynawskie, ale te z Państwa Franków są the best of the best.

Pług nie tylko odesłał radło do lamusa, ale przede wszystkim wdarł się przebojem i przyczynił się do zmian w sposobie osadnictwa, podziału plonów, rozumieniu własności etc. Nie wiadomo, skąd pochodzi ów wynalazek, jaka nacja, go używała po raz pierwszy. Cóż, sukces ma wielu ojców…Tak pretensje zgłaszają zarówno Celtowie,Frankowie jak i  Słowianie. Koń, za sprawą osprzętu (podkowy oraz chomąta) stał się zwierzęciem pociągowym a młyn grecki (zwany też bałkańskim) wyposażony  przekładnie (przekładnia palcowa) staje się prototypem tych,które pojawią się  w średniowieczu małych młynów, poruszane przez wodę. Nie robi to wrażenia? Cóż, może nam spowszechniały sprzęta, ale to właśnie w takie, mniejsze młyny mogą się zapatrzeć właściciele ziemscy. I postawić sobie taki przybytek obok wielkiego młyna miejskiego, to istna mechaniczna żyła złota. A  młyny  paryskie? Aaaa wiatraki. Wiatrowe tartaki… Tak, tak, tak tartak wiatrowy, to jest to. Czy wiatrak_ach wymyślonych w Iranie, zmodernizowane w Europie, a raczej, dostosowane do warunków klimatycznych (wiatrów zmiennych). Czyż to nie pachnie nam mitem?  Czarownice mieszkające w domku na kurzej nóżce…  Tak tak, tu prawda miesza się z mitem, strach z myślą nieujarzmioną, niesforną i konstruowanie wynalazków, choroby, sny, smaki, humory, potwory, amory i…

    Nie nie tylko strach o wielkich żółtych białkach (cóż w tym życiu nie jest oksymoronem— rzekła milcząc młoda staruszka!), rachitycznych kończynach, przyprawiony modłami, wodą (nie tylko święconą) i czerstwą, bardzo symboliczną kromką chleba. A i włosiennica… Poza tym turnieje rycerskie, gdy i zabawy na świeżym powietrzu (były też gry przypominające do złudzenia piłkę nożną!) O! Oooo o czymś zapomniałam?Ja?

Czytaj Dalej „[Klasyczne korepetycje-w dobrym tonie]. Nie tylko guzik (z pętelką).”

[Klasyczne korepetycje-w dobrym tonie]. Bardzo około. Około okolicznościowo.Fête de la Musique.

Apollo obdziera Marsjasza ze skóry,Jusepe de Ribera, olej na płótnie, [źródło zdjęcia].
Apollo obdziera Marsjasza ze skóry,Jusepe de Ribera, olej na płótnie, [źródło zdjęcia].

  Czas płynie nieubłaganie, i ubłaganie też płynie, wiruje,snuje, zatacza kręgi. Mija(c) zużywa czasowniki, wypławia przymiotniki, zdziera przysłówki, i inne słówka nadgryza, dla nadsłówek też nie zna litości, a przynależnym jest napisać, że  mięśnie szczęki ma i on silne, ostre, nienażarty jest nie na żarty. Wpłynąłam na suchego przestwór oceanu (…) Jedźmy, nikt nie woła! Czyli widoki na przyszłość, o przeszłości przez delikatność nie wspominając, eufemistycznie rzecz ujmując, mgliste, ale na wskroś rzeczywiste…

Powróćmy tymczasem na ojczyzny łono, tfu, do niedalekiej przeszłości, przenieśmy swą duszę zmiętą wytęsknioną. Dwudziestego pierwszego czerwca obchodziliśmy święto (chociaż my Polki i Polacy obchodziliśmy je z daleka, z baaardzo daleka) i  jakoś nikt nie stara się, i my się nie staramy by dystans ten uległ zmniejszeniu... Próby były, owszem, ale na nich się skończyło, zanim cokolwiek się zaczęło.

Czytaj Dalej „[Klasyczne korepetycje-w dobrym tonie]. Bardzo około. Około okolicznościowo.Fête de la Musique.”

136.Podróż pstrokatego pstrąga.

[Skumbrie w tomacie, Konstanty  Ildefons Gałczyński, Mecz Poetycki 2015r. rozegrany z okazji imienin Poety z Czarnolasu].

Gałczyński! Fircyk, elegancik, bonvivant, birbant, ratowany z niejednej opresji przez Tuwima, wyciągany za uszy, i za nie jeden rękaw, ale także niedoceniany poeta, Miłosz cóż, eufeministycznie rzecz ujmując, wykazywał conajmniej dystans, do tego co stworzył Konstanty.  Skumbrie, to nie kolejny wesoły wierszyk, zresztą, a raczej bez reszty, poecie łatwo przyprawić gębę wesołka, warto bezpiecznie zdrapać to, co o czym jesteśmy przekonani, by wywrócić zawartość czcionki na drugą stronę, pstrąg! Zaraz, zaraz (i nie chodzi o taką dużą bakretię, albo wirusa) skąd, Gałczyński na urodzinach Jana, Pstrąg!

Czytaj Dalej „136.Podróż pstrokatego pstrąga.”

127.Przykład(y) i przekład(y).Filozofia smaku czy(li) smakowanie wyobraźni.

[Wielki Odktywco Wyobraźni wiersz Ewy Lipskiej w interpretacji Grzegorza Turnaua, z roku 1993 zamieszczony na płycie Pod światło, Pomaton EMI].

Można odnieść wrażenie, że wyobraźnia nigdy nie jest na miejscu, swoim miejscu. I nie chodzi (sic!)tu o wdrukowany nomadyczny nakaz istnienia, ale o groźnie brzmiące rozkazy i deliberacje: Co ty sobie wyobrażasz, albo wprost: Nie wyobrażaj sobie! Albo:  Nie masz za grosz wyobraźni!  (nie ważne, czy wypowiedziano ten sąd przed czy po denominacji). Przez delikatność nie wpominawszy o słowach Alberta atrakcyjnie (no bo niby jak inaczej) wiodące na pokuszenie Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne. Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe.

Czytaj Dalej „127.Przykład(y) i przekład(y).Filozofia smaku czy(li) smakowanie wyobraźni.”

109. Wszystko jest muzyką (albo o czymś zupełnie innym).

Podglądamy i porządkujemy historię. Wysuwamy wobec niej żądania.  Chcemy ułożyć ją linearnie. Niezależnie czego ona dotyczy. Czy socjologii, czy fizyki, czy muzyki. To nasz nawyk, wyniesiony ze szkoły,  gdzie wszystko szybko, krótko, i pod klucz— i to niekończenie wiolinowy.

Czytaj Dalej „109. Wszystko jest muzyką (albo o czymś zupełnie innym).”

108. Jeśli nie wejdziesz do lasu.

Aż trudno uwierzyć, że największy pianista świata (albo jeden z trzech największych) żyjący(ch), w ten, o którego nazwisko wymawiamy myśląc jednocześnie improwizacja. Na jednym tchu, na jednym akordzie. Nie myślał nawet o jazzie.  Miłości do muzyki klasycznej nigdy się nie wyrzekł. Nie sięgał do niej w ramach li tylko urozmaicenia repertuaru. Puszczenia oka do publiczności. Nie przesiąkł ją tak, aby nie móc odejść od kanonu, o czym świadczy zanurzenie w jazzie. Przecież on, dzisiaj już siedemdziesięcioletni doświadczeniem jest z niego ulepiony. A album koncertowy z Kolonii to nadal najlepiej sprzedająca się płyta nagrana solo w Historii Jazzu. Wiem, że niektóre osoby myślały, ba, były pewne, że znajdzie się on w naszym cyklu Saturday Pianist Jazz.  Zwłaszcza, że w piątek obchodził swoje okrągłe urodziny. Zmiana kodu siódemka z przodu. Nie trzeba nikogo przekonywać, że Keith to top on the top.  I nie jest to także moim celem. Niezależnie od tego jakiej i w jaki sposób słuchamy muzyki to jedna z obszernego dorobku płyt znajdzie się w naszej płytotece. To tylko kwestia czasu, i portfela. Choćby najmniejszej płytotece będzie miejsce dla Jarreta.

Jeśli już ktoś zacznie słuchać jej w sposób świadomy, to nie jest w stanie wybrać dziesięciu, dwudziestu, stu najlepszych płyt, nie wspominając (ze względów logicznych) o jednej, którą miałby wziąć na mityczną obowiązkowo bezludną wyspę.  Dlatego takie w akcje jak chociażby Saturday Pianist Jazz, czy wszystkie inne wpisana jest porażka jeśli traktujemy je poważnie. To takie mrugnięciem okiem. Popatrzcie, taki świat także istnieje. I jest on piękny. Nie snobistycznym, światłem odbitym, ułudą obietnicy, ale rzeczywiście zachwycający.

To tak jak wędrówka przez las. Jeśli nie wejdziesz, nic się nie wydarzy.  Jeśli jednak przekroczysz linię, to  nie tylko rozpocznie się przygoda,ale zobaczysz, dotkniesz i usłyszysz wiele. Takich dróg, którymi warto kroczyć jest wiele. Ważne by widzieć ponad to kim dzisiaj jesteśmy, przyszłe możliwości i umiejętności drzemiące w człowieku. Być może brzmi to patetycznie. Ale i praktycznie. O Einsteinie krąży (zbyt) wiele mitów, na przykład, że nie był zdolny się uczyć, albo, że tak go postrzegano w szkole. Za to jeśli chodzi o Piotra Curie to rzeczywiście miał problemy z czytaniem i pisaniem. O ile potrafił bez zmieszania wizualizować pojęcia matematyczne, o tyle z wyżej wymienionymi umiejętnościami… Hmm Pewnie dzisiaj stwierdzono by u niego dysleksję. Ojciec nie chcąc by chłopiec podupadł i został zaszufladkowany jako nieuk zdecydował się na tryb nauczania w domu, którego podjęła się między innymi matka i nauczyciel, z którym później pozostał w serdecznych stosunkach. Czy wiadomo było, że zostanie uhonorowany Nagrodą Nobla? Pierwszej propozycji nie przyjął gdyż nagroda miała być przyznana  tylko jemu, a wiadomo, że badania prowadziła z równym zaangażowaniem jego żona, Maria.  Wiadomo było, że był jak żona pochłonięty nauką, badaniami, liczbami i odczynnkami. Gdy zmarł pod kołami dorożki, Marii zaproponowano to samo stanowisko na Sorbonie. Na ten wykład przyszło rekordowo wiele ludzi rządnych sensacji, a Maria ubrana w czerń z właściwym sobie ascetyzmem i zaangażowaniem zaczęła wykład w tym samym miejscu, w którym Piotr skończył. Można powiedzieć, że zarówno ona jak i Akbert wynieśli naukę do rangi sztuki, nie stronili od zagrywek czysto marketingowych. Oczywiście to jedna strona medalu (często pomijana) drugą jest to, że odkrycia przypadały na czas rewolucji przemysłowej. Szaleństwo (skutecznie podkręcane przez prasę) na punkcie radu orarneło bez mała cały świat. Wizerunki uczonych (bo przecież nauką zamowali się głównie mężczyźni, kobiety pozostawały w cieniu) stały się medialne. Nauka wkracza na salony i pod strzechy, czy  Sztuka (a nią przecież jest  Muzyka) też może?

O czym ówcześnie rzadko się mówi, a co niejednokrotnie już podkreślałam. Muzyka to także proces, to przede wszystkim proces. A raczej procesy, co szczególnie wybrzmiewa na koncertach. Bo ten, to nie tylko święto, dźwięków ale przede wszystkim wielopoziomowy proces komunikacyjny.  I tego można się nauczyć, żeby nie napisać, że to warunek niezbywalny. Także sztuki wizualne, te nowoczesne zrodzone w XXI wieku, jak i te tworzone drzewiej opierają się na komunikacji. Oczywiście, jeśli proporcję miedzy komunikowaniem  a Sztuką, czy propozycją jakie wysuwa artystka/artysta zostają zaburzone to odkryjemy to, i jeśli będziemy świadomie dokonywali wyborów jest wielka szansa, że nie wrócimy do tego co nam będzie proponował/a. Nie chodzi także o to, by Artyst(k) była menagerem (menagerką), bo nie każda osoba może z powodzeniem być Rubensem.Albo władcą, czy władczynią, którzy reprezentując swój status społeczno-ekonomiczno- intelektualny reprezentowali swoje zbiory.

Rubens, ach Rubens.

Miał zostać prawnikiem, a został pierwszym w rodzinie malarzem, nie o tym marzyła matka, samotnie wychowująca dzieci po śmierci ojca. Posłała go na terminowanie głównie ze względów praktycznych, gdyż za wikt i opierunek u mistrza nie trzeba było płacić.

Sztuka mieszania barw i patrzenia pod światło była kojarzona z rzemiosłem, ale na szczęście trafił na wspaniałego nauczyciela, który kazał mu peregrynować do Włoch. To matka sfinansowała mu podróż. Wycisnął z tych ośmiu lat to, co się dało. Nie zdążył pożegnać się z chorą matką, ani siostrą. Wróci do Antwerpia, już w honorach. Bieda, którą pamiętał z lat dziecinnych, a którą odżegnana została przez zaradność matki odeszła w cień, do innego, skromnego domostwa. Wiedział on w jaki sposób malować, jaką fakturę zastosować, jak mieszać barwy. I jak patrzeć optymistycznie. Jak gromadzić symbole i ludzi. Jak ujarzmić rządzę posiadania. Zastrzegł w testamencie by jego dzieła (chociażby projekty) zostały pod jednym adresem meldunkowym. Wiedział jak zachęcać uczniów. W jaki sposób pomagać w karierze, bo czyż przewodnik nie prowadzi wycieczki, i on, i ona dojdą co celu, on zawsze będzie na przedzie. Tycjan, polecał innych portrecistów, zwłaszcza jednego, dziś nieco zapomnianego Giovanniego Moroniego nie bał się konkurencji.

Bardzo często z komunikowaniem mylone są inne kwestie. Nie tylko pojęcie „liderowania”.  Pod jego pretekstem  czy też zakomunikowania (się) proponuje się odbiorcom sztuki Dzieła zebrane the best of… muzyki klasycznej/jazzu etc. Kuszące to. I złudne. I a wykonalne. Jeśli chcemy spojrzeć holistyczne.

To, czyli próba zamknięcia dorobku w rankingu  tylko powoduje jedno, zamieszanie, ale także zgranie pewnych motywów, aż do bólu. I zastosowaniu chaosu. Dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele i to jak fałszywie. Gdy potem przyjdzie nam słuchać oryginału, no cóż, albo nie mamy na to ochoty, albo mamy tak silne asocjacje, że nie słyszymy tego co jest, albo nie mamy okazji doczekać do końca, a ten, jak wiadomo, wieńczy dzieło. Nie wspomnę o dzwonkach na komórki, i to nie są te, szare, ale jak najbardziej wypasione, ale elektroniczne.

Nie chodzi o to by nie odwoływać się do nurtu popularnego, takich przykładów mamy na pęczki. We wszystkich dziedzinach sztuki.  Chociażby pierwszy z brzegu: Chick Corea i Gary Burton:

[Tutaj w wersji live, można usłyszeć również na płycie Hot Hause z 2012 r0ku].

Jest to zabieg celowy, sięganie po taki repertuar.Wiem, wiem, The Beatles to zespół kultowy.Orkiestra Sierżanta Pierza odmieniła postrzeganie muzyki, tak brzmienie jak i sama okładka albumu obrosły nie jedną już legendą. Tak jak zespoły czy soliści/ solistki popowe sięgają po składy orkiestrowe, by uszlachetnić swoje śpiewanie, tak osoby, które występują w salach filharmonii, albo składach jazzowych nagrywają płyty z muzyką popularną by puścić oko do publiczności, by pokazać inne aranżacje, może (mam  taką, o taką, nadzieję), że dlatego by pokazać, że tak naprawdę muzyka nie ma nie tylko granic, ale i gatunków. Można ją czytać na wiele sposobów.

Tak jak architekturę, czy obrazy można dekodować także w procesie komunikacyjnym i nie musi oznaczać to szkolnego, nudnego elaboratu. Na szczęście. A jeśli taki to finał zyskuje, to albo grono nauczycielskie, dało stłamsić swój zmysł i iskrę nauczania zgasić, zamknąć (ucząc) pod klucz, albo nigdy to się nie wydarzyło, bo owej iskry nigdy nie było.

  Sztuka nie powstaje w próżni, nawet kosmicznej. Tworzona na dworach, pod okiem mecenatów, w konkretnych warunkach, gospodarczych, pod konkretnymi adresami geograficznymi. Nie zapominajmy o tym. Nie rodzi się (a przynajmniej nie tylko) z natchnienia. Czy wpisana w program, czy programowo go odzucająca, istnieje. Teraz i tutaj. Nie idźmy na skróty, nie sugerujmy się spisem stu książek, które warto przeczytać przed śmiercią. 1000 najpiękniejszymi płytami muzyki klasycznej. Potraktujmy sztukę jako wymagającą przygodę. Taka jest moja propozycja.