[426]. Dotykanie świata.

[Siddhartha Hermann Hesse tł.: Małgorzata Łukasiewicz,Wyd.: Media Rodzina, źródło zdjęcia].

Można przekazywać wiedzę, ale nie mądrość. Mądrość można znaleźć, można nią żyć, można się na niej wspierać, można dzięki niej czynić cuda, ale wypowiedzieć jej i nauczać nie sposób.

[Siddhartha Hermann Hesse tł.: Małgorzata Łukasiewicz,Wyd.: Media Rodzina].

Czy tu, czy ta tam…

Czytaj Dalej „[426]. Dotykanie świata.”

[425]. Po prostu bez porostu. I tu. I tam. O czytaniu bez filozofii.

Ruda Wstążko, zachęciłaś mnie do tego,żeby zmienić kurs, i napisać zdań kilka na temat czasu spędzanego nad różnego rodzaju krojami czcionki. Sprawa — gdy ją rozciągnąć na materiał blogowy to raczej nie błoga,  a wydaje się prosta. Gdyby ją jednakże przetransportować do praktyki, to taktyki już nie są takie jak się wydaje. Albo właśnie, są, bo się wydają, czyli pozory robią to co potrafią najbardziej najlepiej, mydlą i mylą, albo mydlą bo mylą albo odwrotnie. A kij w___albo lepiej nie, bo będą jeszcze potrzebne.

Dyskusja zaczęła się pod [tym]artykułem.  I pomyślałam, ot, czasami nie gram grramatycznymi mi się zderza, przeskok na neronaliach i pssstryk i o!powiem,a raczej o!napiszę o doświadczeniach.

Czytaj Dalej „[425]. Po prostu bez porostu. I tu. I tam. O czytaniu bez filozofii.”

[422]. Namacalność i praktyczność.

Które z miast i państw nakreślonych na mapie, wiszącej w tle jeszcze istnieje? I w jaki sposób nakreśla swoje granice istnieniem i działaniem? Pęcznieje się, trzęsie, a może trwa? (W zapomnieniu, w zapamiętaniu, w dążeniu, w drążeniu, w czekaniu*- niepotrzebne kreślić]. Wiadomo.Oczywiście, że wiadomo. Mapę wykonał w 1620 roku Balthasar Florisz van Berckenrode.Co przedstawia, a co przestawia? Holandię i Fryzję Zachodnią,  inaczej,(niż  dziś) wzdłuż osi wschód zachód (a nie jako to drzewiej bywało:północ-południe). Cóż więcej wiadomo? Kobieta przywdziana była w vertugalles albo to ciąży stan przemienny po raz ósmy, czy jedenasty? Żona, czy/albo/i kochanka? (Przy)łapana na wrzącym uczynku, niecnym,rozgrzewającym myśli. Kto jest nieobecnym? wiadomo jedno, odzienie wierzchnie pierwotnie miało kolor zielony. Proces utleniania rzeźbi star(t)y obraz, już krawędzie granic jakby za mgłą (pamięci).

Czytaj Dalej „[422]. Namacalność i praktyczność.”

[(417+1)+1]. Zamiary.

Lubię kawę, dobre ziarno, ciepło kubka, smak na języku. Ciężkość płynu i jego strukturę.U-lotność. Lubię jazz i muzykę, która towarzyszy w życiu- obrasta nim i z niego wypływa. Tyciu i dbaniu o tycie (i nie co większe) linię, nie tylko o pięciolinie, melizmaty i inne (nie tylko) muzyczne te(-)maty. Dzisiaj nie będzie gimnastyki dźwięków. Uff. Oddech. Głęboki. Przeponowy. Oczywiście. Wiście oczy, albo połóżcie (wy)godnie wzrok na czcionce. Dziś nie o tym, lecz zagłębiam się w to, po co (jeszcze) chciałabym sięgnąć czytelniczo w tym roku, chociaż nie wiem, czy to dobre, czy (nie) strawne. Może ktoś/ia odmiennie smakował/a, i (nie) poleca: a jeśli tak, to dlaczego?

Czytaj Dalej „[(417+1)+1]. Zamiary.”

[417]. Wprowadź tytuł, czyli poleć książkę.

Już w powietrzu oddech lekki lata,no dobrze, może nie fruwa, ale ledwie pełznie, nie? Jeszcze nie Chałupy welcome to, ale już we dwóch, lub dwoje zanucić można byle rymem i rytmem  nie zanudzić. Już nie, nie Cichosza, chociaż sza lub szuru(m)-burum i nie tylko w kominie nas minie, warto warstwy ubrań zrzucać,rzucać, i kilogramy zmarszczek pieścić doświadczenie swe pokazać światu i świat tu. Rozprostować myśli. W słońcu. Może jakąś czcionką ciekawą, ciekłą, wściekłą? Angażującą znaczy. Skóra cierpnie, a może jednak nie? Wygrzewa swe centymetry w kwietniowym już słońcu. Słowem, i (przy)długim wstępem pytam: Co czytasz?Co chcesz, i możesz polecić? W jednym (przynajmniej) zdaniu dlaczego warto przeczytać? Albo/i jeśli to była pozycja, dzięki której coś w swoim życiu zmieniłaś, zmieniłeś napisz co i dlaczego. Dobrze tak podyskutować sobie o książkach.

Dzisiaj pytanie do Ciebie :-). Zastanawiałam się, czy nie wrzucić tutaj książek, które z jakiegoś powodu chciałabym tu umieścić, ale jednak pomyślałam, że będzie to w jednym z kolejnych artykułów. W nawiązaniu do tego oczywiście. :-). Zapraszam do dyskusji. 🙂

 

 

[400]. To co pomiędzy (uszami). Uwaga, nie chodzi o… Nos! :)

[Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje,
Elkhonon Goldberg, Wydawnictwo Naukowe PWN,Warszawa, 2014, źródło grafiki].

Książkę nie czyni to, co prze(d)stawione jest na jej okładce, przynajmniej, nie powinno, sowa (chociażby tu przedstawiona) była utożsamiana przez człowieka jako (nie tylko) ptasia personifikacja mądrości wśród przedstawicieli/ lek skrzydlatego świata. Do czasu gdy się zorientowano, że nie potrafi ona nawet kontrolować własnej toalety, ale, że jej fizjonomia jest jaka jest, duże oczy, pozorujące tzw. mądre spojrzenie, cóż zrobić. Przesądzone. Sowa mądra głowa. A ppsik! A,a , aaa Propos głowy. A raczej tego, co mieści się między uszami (u homo sapiens). W nauce, tak samo jak i  w innych dziedzinach życia nastają mody. Najnowszym (i najdonioślejszym) jej wrzaskiem jest zainteresowanie umysłem. Mózgiem. Tak, tak zdaje się, że  już prawie wszyscy trąbią w jednej orkiestrze, że nie jest tak, że wykorzystujemy zaledwie dziesięć procent jego możliwości, co było by (nader łatwym, pociągającym -może) wytłumaczeniem postępowania tych, czy owych…To już wiemy.  Ad rem! Zwiększone zainteresowanie pociąga za sobą publikowanie nie tylko rzetelnie napisanych książek z danego tematu, i ja mimo tego, że uważam, przy jakiej lekturze przyjdzie mi poświęcić czas, to wpadam jak neuron w kompot, ot już w tym roku dałam się w takowe lekcje pływania…

Tytuł jak i autorkę, jak i wydawnictwo pominę milczeniem (wspomnę tylko, że jest to nowość, raczej nowa ość w szkielecie literatury popularnonaukowej) . I Ty, Droga Czytelniczko i Czytelniku równie drogi, możesz, jeśli oczywiście chcesz, uczynić pauzę teraz. Nie?  Piszę o tym dlatego, żeby nie dać się zwieść, uwieść. Raz na wozie, raz… Gimnastyka nie umyka. Na szczęście to co piszę powyżej nie dotyczy pozycji Jak umysł rośnie w siłę gdy mózg się starzeje.

 

Dlaczego mamy dwie, a nie jedną półkule? Co łączy talent i geniusz? Mózg i język, źródło (niepo)rozumienia? Errare humanum est? Te i inne pytania zadaje autor, i próbuje na nie udzielić odpowiedzi, przytaczając (czasami) jak zmieniały się teorie i hipotezy dotyczące przekonań na temat funkcjonowania mózgu. Obalając mity na jego temat [przynajmniej niektóre] np ten o przekonaniu, że lewa półkula -jeśli już przy niej jesteśmy- odpowiada za procesy językowe, a prawa: wzrokowo- przestrzenną. Nie jest też tak, że u osób praworęcznych dominuje lewa półkula, i odwrotnie. Nie ma też lustrzanego odbicia tychże. Chociaż ten akurat aspekt nie jest zbyt rozwinięty (a może to apetyt?).

 

Pozycja jest modelowym przykładem tego w jaki sposób można z powodzeniem napisać dobrą książkę popularnonaukową. Dobrą, czyli jaką? Mogłabyś, lub Mógłbyś spytać, bo przecież w określeniu „dobra”, ukryta jest ocena, pozytywna, ale nadal ocena. Nie o nią mi jednak chodzi, lecz o to, że przy takiej lekturze się nie nudzę, nie jest ona (zbytnio) uproszczona, więc autor/ka nie ubliża niczyjej inteligencji (a niestety, coraz to częściej spotykam na swojej drodze takowe książki popularnonaukowe) ani zbyt skomplikowana, chociaż na tyle wyważona, żeby z jednej strony podsumować to, co już wiemy na dany temat, z drugiej- dowiedzieć się czegoś nowego.

 

Jeszcze jeden aspekt wymaga podkreślenia Elkhonon Goldberg przykłada wagę by język, którym się posługuje był transparentny, to jest  ważne.  Jeśli miałabyś, miałbyś ochotę na chwilę relaksu z dobrą lekturą, również w postaci książki czytanej, to Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje jest trafnym i trafionym wyborem. Również dlatego, że pozwala na zastanowienie się co dzieje się z narzędziem, którym dysponujemy (między uszami) gdy zarówno my, jak i on się starzeje. To, że ów proces ma nader złą prasę w naszej kulturze, to jasne, i zakrawa raczej na banał, niż na mądrość, życiową, ale co jeśli starość jest też wynalazkiem ewolucji, a nie drogą w jedną stronę, nieuchronnym podążaniem ku śmierci? I to, jak postuluje autor książki, nie takim złym, jak zwykło się sądzić?

To co czyni lekturę przyjemnym to ciekawostki ze świata kultury, sztuki, czasami polityki jednakże wszystkie one nie są dygresjami a wprowadzają w dane zagadnienie.Zastosowana struktura (treści) od ogółu, do szczegółu, także ułatwiała zrozumienie. Oczywiście, trzeba mieć w pamięci, że jest to książka o charakterze bardziej popularno-  niż -naukowym, stąd pewne uproszczenia, o czym także wspomina autor. Jednakże jeśli szukasz przystępnego wprowadzenia w świat mózgu, a jeszcze bardziej jego starzenia (a to temat raczej rzadziej poruszany) to weź dłoń, albo (nomen omen) na uszy tą lekturę.

 

I jeszcze jedno, uczeń Aleksandra Łurji, emigrant, łączy kulturowe doświadczenia wschodu z zachodem, co dzisiaj jest także rzadziej spotykane. Autor udowadnia, że literatura popularna także może być rzetelnie poprowadzoną opowieścią, choć z racji gatunku zrozumiałą, i prostym językiem opowiedzianą, to nie prostacką bez zbędnych uproszczeń.

To co utrudniało skupienie się, to monotonny (dla mnie) zbyt monotonny głos lektora, i przykrótkie pauzy przez niego czynione,  bo książka, wydana jest także w postaci książki mówionej (jak to się drzewiej określało audiobooka). Także wydaje mi się, że basy są podbite za bardzo (ja miałam wyłączone) a mimo to nader słyszalne.

Reasumując, zapraszam do lektury. Na pewno przyjrzę (albo: przysłucham)  się jeszcze (innym) książkom autora, jeśli takowe będą. Ta na pewno może być dobrym wstępem do obsługi tego, co mamy pomiędzy uszami. Elkhonon z jednej strony patrzy na półtora  pofałdowanej materii z lotu ptaka, a z drugiej zadaje trafne pytania, niby mgnienie, które mogą być zaczątkiem całkiem nowej przygody… A może ktoś/ia czytał/a i chce się podzielić refleksami? Zapraszam :).

Jestem ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jaka część wiedzy przedstawionej w  tej książce będzie aktualna za dekadę, albo dwie? Jak sądzisz? A Twoja ulubiona książka popularnonaukowa? [Po]dzielisz się tytułem? Przyjemności (płynącej z) czytania.

[363]. Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej …”[Czyli tam, gdzie kończą się legendy].

Zabierałam się za ten artykuł jak za jeżozwierza, ten, tego ten z opowiadania jednego, bądź innego stwora potwora (bo nie ma sensu, przecież wszystkie osoby to czytały, zwłaszcza, że serialofilm, zwłaszcza, że gra)… Jest taka grupa tematów, które pojawiły się jako jedne z pierwszych, ale jeszcze nadal są nie napisane, odkładanie, odwlekane oblekane w kurz. No cóż.. Jeśli zatrzymamy się przy dzisiaj opublikowanym, to jest to bez wątpienia (a co tam, i z powątpiewaniem może być) motyw, z którego poruszeniem się nosiłam, ale nosiło mnie też w inne świat(ł)a strony, ale nie idźmy tym tropem. Blask w tunelu może… No właśnie, psyt iskierka zgasła. Ad rem! I nie chodzi o fazy, a przynajmniej fazy snu… A może właśnie to nie jest (z)jawa? Mara, a może strzyże uchem strzyga? Idźmy głębiej, ciemniej, mroczniej, w las, a może właśnie do grodu? [a może og_grodu Bosch się kłania].

Później mówiono, że człowiek ów nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej (…) Nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. [Opowiadania Wieðźmińskie, Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, Audioteka].

Kto/sia nie słyszała o Białym Wilku? Geraltcie z Rivii. Renegacie, człowieku- mutancie wagabundzie, o tym,   Któremu Przepowiedziano/? Nie jest ważne tak naprawdę, czy zaczęłaś, zacząłeś już zacieśniać więzy z sagą autorstwa Andrzeja Sapkowskiego, czy przeczytałaś/eś opowiadania, czy ta przygoda jeszcze przed Tobą. Zasiądź wygodnie w fotelu z ulubionym (bezalkoholowym) płynem w szklanicy i… Czytaj. Zmroź, zmóż, zmruż uszy! Słuchaj.

 

[Materiały prasowe, nagrywanie książek audio na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego, Krew Elfów źródło].

[Krew Elfów, Saga o Wiedźminie tom III, Andrzej Sapkowski, Fonopolis, 2014r, źródło grafiki].
Na początku była wieść, jedna, druga, trzecia, i kolejna, już bez liczebnika przypisanego doń. Potem saga, właściwa. Pięcioksiąg. Opowiadaniami zajmiemy się przy innej okazji. Właściwy pięcioksiąg otwiera Krew Elfów. Nie będę streszczała historii, po pierwsze: dlatego, że nie lubię takowych „recenzji” tak jak tłumaczenie treści piosenki, a o dziwo jest to praktyka coraz częstsza. Po wtóre: o książkach tych napisano już tyle… A będzie jeszcze więcej, gdy serial wejdzie na ekrany.

Rozważania o toż i samości. I tego co wieczne, przewala się przez przestrzeń i czas, chociaż nadgryzione przez niejeden ząb ludzkie namiętności. A pozory robią to, co mają wpisane w geny, i czynią to najlepiej. Mylą twory i potwory są tam, gdzie się ich nie spodziewasz. Najemny zabójca potworów, ratuje świat, choć tego nie chce, zmacawszy, zmazawszy się z własnym przeznaczeniem, odkrywa ludzką twarz i to jest jeden z filarów pięcioksięgu. Galeria postaci jest pełnokrwista, wielowymiarowa, zanurzona w słowiańskiej mitologii. Dorzuciwszy do tego adaptowanie łacińskich powiedzeń. I stylizowany na dawny, język, który posiada fakturę i smak. Nie zawsze jest pyszny, ale zawsze właściwy. Do tego Autor bawi się wadami, doprawiając humorem i spojrzeniem z dysonansu. Mieszając wszystko w najmniej spodziewanych proporcjach. Można bawić się w odzyskiwanie historii. Czarownica to ta, która wie. W odróżnieniu do niewiasty, która nie wie nic. I do tego jest obca (w domu męża). Stare kobiety, często wygnane były do sieni, gdzie panowało zimno, dlatego od takiego losu broniły się i uciekały do lasu, w którym musiały przeżyć, znały się na ziołach, i ekosystemie, którego były, od tej pory, częścią. Dlatego też stanowiły konkurencję dla ludności miejskiej. Mamy społeczeństwo kastowe, które walczy o wpływy. Dobra, te najbardziej doczesne. Historia ma tu swój dalszy, nie matematyczny ciąg. Chociaż samego Wilka jest tutaj mało, to rozłożenie akcentów na wątek Ciri ma swoje uzasadnienie, chociażby takie, by wprowadzić nowych czytelników i czytelniczki, te, osoby, które nigdy nie zaznajomili się z uniwersum stworzonego Sapkowskiego. I chociaż znajdziemy tu znajome motywy, Dziecko Sierotę, (Dziecko Przeznaczenia), wieszczenie w okresie dorastania, motyw snu, niczym wyjęte z romantyzmu. I takie to łuskanie znaczeń ma do zaoferowania rzeczona proza.

Jeszcze chwila, chociaż Wiedźmińska opowieść ładnie wygląda na półce. Warto zapoznać się z adaptacją dźwiękową. Szczególnie zimą, albo jesienią. Dwanaście godzin uczty, gry aktorskiej, i efektów nie tylko dźwiękowych.

A to dwa cytaty na koniec, a może na początek (przygody) z Ciri i resztą ferajny?

 

  • Tam gdzie dziś piętrzą się góry, będą kiedyś morza tam gdzie dziś zwełnią się morza, będą kiedyś pustynie. A głupota pozostanie głupotą.
  • Błędy też się dla mnie liczą. Nie wykreślam ich ani z życia, ani z pamięci. I nigdy nie winię za nie innych.
  • Z tą wodą to głupota (…) Mycie może choremu tylko zaszkodzić. Zdrowemu zresztą też. Pamiętacie starego Schradera? Żona mu się raz kazała umyć i Schraderowi zmarło się wkrótce po tym.
    —Bo go wściekły piec pokąsał.
    — Jakby się nie umył, toby go pies nie pokąsał.

A jakie są Twoje wrażenia, po lekturze? Co zachęciło Cię do słuchania/ czytania? Jak wspominasz lekturę? Jakie widzisz jej atuty?

 

 

 

[343]. Droga Matka.


[Droga 66, Dorota Warakomska, 20212, Biblioteka Akustyczna, źródło zdjęcia].
Droga 66 jest okazją do spotkania z ludźmi i historią, tak tą ukrytą w rodzinnych opowieściach, czy szeptach liści i kraj_obrazów, niesionych przez wiatr, tak i tej społecznej napęczniałych od dat, ukrytych w datach, wydarzeniach… Akcja toczy się swoim rytmem, odnieść można wrażenie, że jedzie się drogą, choć jednocześnie niespiesznie, tak, w sam raz, by móc wysłuchać opowieści napotykanych ludzi. Przyznam, że mam problem z tą pozycją, z dwóch powodów. Pierwszy to używanie słowa: Murzyn (o tych kwestiach już pisałam) a druga to kwestia koncepcji.

Książka którą można spokojnie wziąć ją do pociągu (niekoniecznie byle jakiego), tramwaju, czy czytać rozdział po rozdziale w drodze z/do pracy w całkowicie innych okolicznościach przyrody czyta się szybko. To, że lektorką jest Autorka, jest bardzo dużym plusem. Jednak mam wrażenie, że to co dostaje nie jest opowieścią pogłębioną, to tak jak robienie zdjęć polaroidem. Czy jest to wadą? Może być (zwłaszcza gdy nie jest to pierwsza lektura o historii Stanów Zjednoczonych Ameryki). Przecież może być to przyczynek do sięgnięcia po inną książkę, nie tylko podróżniczą. Zastanawiam się, czy nie jest to lektura, która potwierdza nasze wyobrażenia? Portret z lotu ptaka?

Jeśli chcesz sięgnąć po lektury na lato to możesz przeczytać na przykład te. A T y, co aktualnie czytasz/ polecasz?

[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA].

[272+4]. Szczyty i (za)szczyty, czyli o (nie)możliwościach i motywAkcjach.

[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA].
[Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA,2016, źródło zdjęcia].

Carsolio: –Kukuczka zamykał się przy obcych. Był naburmuszony. Kolumbijczycy trzymają dwa psy. Jeden czarny z grzywą, która przypomina wielką brodę.

– Wiesz jak nazywa się ten pies?-pyta Kukuczkę jeden z kolumbijskich wspinaczy.

— Nie – odburknął. To jest Messner. Drugi pies ma groźny wyraz pyska, warczy.

Kolumbijczycy: – Czy wiesz jak wołamy na tego?

— Nie -znów mruczy Jurek.- Jak zdobędziesz wszystkie ośmiotysięczniki, nazwiemy go Kukuczka. Carsolio: Wtedy Jurek się uśmiechnął.(…)

Dziwił się,gdy się skarżyli, że nie potrafią czegoś zrobić — Jak to , nie potrafisz [zwracał się do synów-przypis 5000lib] To niemożliwe! -mówił- Przecież to trzeba umieć zrobić, jak się nie umie, to się trzeba nauczyć.

[Cytaty pochodzą z książki: Kukuczka, opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście, Marcin Pietraszewski, Dariusz Kortko, Agora SA,2016].

Na wstępie zaznaczę, nie zamierzam nawet wspominać o dwóch kwestiach, mianowicie:

Pierwsza:  rozstrzyganie,czy przekonywanie, odpowiadanie na następujące pytanie: czy  najlepszą osobą wspinającą się jest Wanda Rutkiewicz, czy Jerzy Kukuczka.

Druga jest streszczanie publikację co bardzo często jest spotykane na portalach, czy blogach.To nie jest ,pyk i jest bryk! Szeleszczenie, streszczenie lektur nieobowiązkowych. Opowiadanie o książce w ten sposób mnie nie interesuje, i wierzę, że Was również, chyba, że się mylę? Inaczej, po co czytać? Ad rem! I nie chodzi o fazę snu, o tym kiedy indziej. 🙂

Zostałam wychowana w przekonaniu, że nie ocenia się książki po okładce. I nadal się tego trzymam, z drugiej… Strony (Sic!), przekonałam się, że umiejętność zastosowania zasad, które dotyczą składu tekstu jest równie ważna, co treść i  jest r ó w n i e ż jest wyrazem (sic!) szacunku do osoby, która poświęca czas, a nie rzadko i sumę pieniędzy, by nawiązać dialog z tekstem.  Na uwagę zasługuję fakt bardzo estetyczne wydanie książki, jedyną kwestią, która utrudniała czytanie, czy wręcz mnie irytowała  w tym aspekcie jest sposób podpisywania zdjęć, kopiowanie kilku zdań z tekstu. Schludne wydanie, zdjęcia nie pełniły roli wypełniaczy, a to- niestety- coraz częściej się zdarza, a cytaty z dzienników Jerzego są sprawnie wplecione. Sposób prowadzenia narracji jest wartki i spójny, zapomina się o tym, że książkę tworzyło dwóch autorów. To świadczy tylko o tym, że nie widać szwów. Uwagę przykuwa sposób otwarcia opowieści. Zabieg prosty, ale spełniający zadanie, czyli przykuwający uwagę.

 

To kim był, co osiągnął Jerzy Kukuczka wiadomo, teraz, jeśli jest to pierwsza książka dotycząca wspinaczki i środowiska, po którą zamierzasz sięgnąć, możesz się dowiedzieć, jak żył, jak odbierano  jego postępowanie.Przeczytać o dawnych, a może i nieznanych z autopsji, czasach. Nie tylko o wspinaniu się. Autorom udaje się (przynajmniej nadkruszyć klika mitów). Nakreślają szkic Polski. Tak eufemistycznie rzecz ujmując sprzęt, który miały do dyspozycji polskie ekspedycje odbiegał od tego, którym dysponowały te z zachodniej części świata, ale z drugiej strony, o czym warto pamiętać, na  ufundowanie takich wypraw składało się społeczeństwo, od hut, czy kopalń począwszy, po wszelkich innych zakłada pracy, instytutach skończywszy, których to jednak nie będę wymieniać szanując i czas i czcionkę, dysponowali jedzeniem, wszelkimi rarytasami, czy udogodnieniami, mogli podróżować, smakować świat (we wszelkich jego  aspektach).

Nie jest to pierwsza książka dotycząca tej tematyki, brakowało mi rozwinięcia tematu, relacji zawodowych Kukuczka — Rutkiewicz,czy perspektywy Anny Czerwińskiej, a już wypowiedzi Piotra Pustelnika nie uświadczyłam, szkoda. Oczywiście, jestem świadoma tego, że nikt nie może (i nie powinien nawet o tym myśleć) narzucić takiego obowiązku. Jest też trafnie zbudowana proporcja planów góry versus życie prywatne, wypowiedzi żony Cecylii,czy syna jest jak na lekarstwo. Pewnie wiążę się to z chęcią zachowania prywatności. Przecież nie chodzi o to by o wszystkim pisać, tylko dlatego, żeby uwiecznić to w formie piksel_uff albo w druku.

Zastanawiam się, czy portret bohatera był nieco wygładzony, albo nieco z dalszego planu napisany, czy jednak nie?  I szczerze napisawszy, nie mam  gotowej odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony dostrzegam fakt, że autorzy nie przyczynili się do stworzenia laurki, i całe szczęście, z drugiej nachodzi mnie myśl, że za mało dla mnie było planów na których mógłby być rzutowany np charakter Kukuczki, swoistym przykładem będzie tu zestawienie dwóch przeciwieństw osobowościowych głównego bohatera książki i Wojciecha Kurtyki. Oczywiście, można napisać, że w ten sposób można poprowadzić tok myślenia, że Kukuczka wpisany zostaje w  w stereotyp Ślązaka, z drugiej strony, ukazane zostają złożone charaktery ludzkie. I to, że idąc za pasją, mając odpowiednie wsparcie (czego Jerzemu nigdy nie brakowało) można budować swoje życie w taki sposób jak się tego pragnie. Miał świadomość swoich zalet i wad (nieumiejętność posługiwania się językiem obcym, co próbował mozolnie naprawiać przez podjęcie nauki własnej, albo pytanie o znaczenie trudnych, niezrozumiałych dla niego słów tym razem z ojczystej mowy) czy tego jak odbierają go osoby postronne.Nie będę zdradzała wszystkiego by nie odbierać przyjemności z obcowania z tekstem dlatego tak niewiele jest tu szczegółów, czy cytatów.

 

Po tę książkę warto sięgnąć, nawet jeśli tylko po to by odświeżyć sobie wiadomości. A jakie są Twoje refleksje dotyczące lektury? Niewątpliwie, jeśli Ktos/ia szuka książki w sposób mądry i szczery inspirującej, niech sięgnie. Nie trzeba być ideałem, by osiągać szczyty. Ale, niewątpliwie bez efektywnej pracy, odpowiednich perspektyw, spotkań z ludźmi, nie stanie się nic. Przeczytałabym z chęcią refleksje (dotyczące) Piotra Pustelnika i Wojciecha Kurtyki.

Warto wspomnieć,że Dwadzieścia pięć lat temu zginęła Wanda Rutkiewicz. Kanczendzonga (8586 m w wolnym tłumaczeniu na język polski znaczy: Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem. Pierwszego zimowego wejścia na główny szczyt dokonał duet Kukuczka-Wielicki… Historia zatacza koła…(Ale gór nie przekosi, przenosi).

Wpisy, które mogą Cię zainteresować to:

[272]:Jeszcze jeden krok /”Miejsce kobiet jest na szczycie’/.

[273+(1)].Ryt_[Tu]ały (1).

[271+3] „Szkoda, że zostawiłem raki”.

[GrubSon, Na szczycie, źródło nagrania].

 

[Steen Eiler Rasmussen Odczuwanie architektury, Karakter 2016, źródło okładki strona wydawcy].

[169+1]. Pierwszy krok ku [od]czuwaniu architektury.

[Steen Eiler Rasmussen Odczuwanie architektury, Karakter 2016, źródło okładki strona wydawcy].
[Steen Eiler Rasmussen
Odczuwanie architektury, Karakter 2016, źródło okładki strona wydawcy].
Autor we wstępie jasno określa odbiorców i odbiorczynie swojej publikacji i to jest cenne. Jest to książka dla tych, którzy chcieliby/chciałyby się zaprzyjaźnić z architekturą, lecz wcześniej nie mieli okazji. Niemniej, warto zajrzeć nawet wtedy, gdy nie jest to pierwsza tego typu lektura. Jasny, przejrzysty styl jest jak budowanie przestronnego jasnego wnętrza, który ma okazję stać się dla nas domem.

Jeśli ktoś/ia chciał/aby sprezentować ją komuś bliskiemu, to także pyszny pomysł. Zwłaszcza, że temat architektury i wzornictwa jest teraz bardzo modny. Sto pięćdziesiąt zamieszczonych zdjęć doskonale ilustruje to, o czym Steen Eiler Rasmussen pisze, to sprzyja jasności przekazu, i nawet gdy nie podróżujemy po świecie wygodnie siedząc w swoich czterech kątach (nie zawsze) nieostrych, nie  miałyśmy/mieliśmy okazji doświadczyć budowli,o których mowa możemy chociaż trochę poczuć, zobaczyć, czy nawet usłyszeć o tym co przedstawia Duńczyk.  Dziesięć rozdziałów to dziesięć opowieści, jedna prowadzi ku drugiej. Szkoda, tylko, że niektóre wątki nie zostały pogłębione (jak kwestia słyszenia architektury), czy niektóre zgoła nie poruszone (jak kwestia dostosowań lub ich braku). Nie zmienia to faktu, że może to być fantastyczna książka,z którą można się zapoznać podczas podróży. Forma przypomina eseje, można smakować każdy rozdział w dowolnym czasie, albo jednym haustem przechodząc po kolei od pierwszego do ostatniego. Kierunek zwiedzania dowolny. Smacznego.

Tytuł: Odczuwanie architektury
Autor: Steen Eiler Rasmussen
Wydawnictwo: Karakter
Tłumaczenie: Barbara Gadomska
Premiera: luty 2015 rok
Liczba stron: 256 lub (171 w wydaniu cyfrowym)
Okładka: twarda lub wydanie elektroniczne.

[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016].

[(37+1),(327+1)]. Buty, buty i bunty? Nie sprzedawałem butów. Wierzyłem w bieganie.

[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016].
[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016, źródło zdjęcia].

Życie to wzrost, albo wzrastasz, albo umierasz.

[Phil Knight].

Już pisałam, że lektura żadnej książki nie jest w stanie zmienić naszego życia. I nadal jestem tego zdania. Zdania wielokrotnie złożonego. Po(d)partego doświadczeniem. Nie tylko moim. Co nie przeszkadza mi sięgnąć po następną porcję treści, co w pomiędzy czarnymi okładkami się mieści. Naturalną konsekwencją jest, że po biografii Jobsa, sięgnę po wspomnienia Phila Knight’a. Tak produkty Nike miałam na nogach dwu, albo nawet trzykrotnie. Pierwsze buty tej firmy wykonane były w Niemczech, super wytrzymałe i wygodne, co dla mnie jest ważniejsze niż, ośmielam się powiedzieć dla każdej innej osoby także tej, która zajmuje się bieganiem. Niestety, następne dwie pary były bardzo dużym rozczarowaniem. (Nie chcę myśleć, że to przez fakt, że kupione zostały w Polsce). Osobiście, zawiodłam się na produkcie, i na marce. Niemniej, jeszcze jej nie skreśliłam. Co jak widać nie przeszkodziło mi zapoznać się z opowieścią Knight’a. Opowieść jest prowadzona lekko, plastycznym językiem. Słucha się tego bardzo przyjemnie, bez wysiłku dzięki temu, że Wojciech Żołądkiewicz zna się na tym co robi i robi to dobrze. Nawet bardzo dobrze, tak, że nie uwaga człowieka jest swobodnie prowadzona w odpowiednim kierunku. Tak, że nie widać szwów. Poza tym, rola lektora/ki jest na granicy widzialności. W tym przypadku czujesz się tak, jakby Phil Night siedział na przeciwko Ciebie z filiżanką czarnej kawy w ręce i popijając swobodnie ciepłym spokojnym głosem wiódł opowieść.Odpowiada mi spokojny sposób prowadzenia narracji.

Jest to książka zupełnie inna niż Jobs. Bo i Phil Knight jest z goła innym człowiekiem, nie będzie to odkryciem Ameryki, zarówno Steve jak i Phil są zupełnie innymi ludźmi. Dlatego też lektura książki jest wnosząca. Nie sposób uniknąć porównań (zwłaszcza jeśli czyta się dwie pozycje w krótkim czasie) zarówno w kwestiach marketingu, podejściu do życia, charakteru, prowadzenia biznesu w zupełności. Jednak pierwsze na co zwróciłam uwagę to oczytanie w pismach religijnych, podróżowanie i podejście do kwestii buntu, tak buntu. Bunt i but.

Tak książka może być motywująca, ale nie na melodię American dream, i nie przez całą narrację wystarczy wysłuchać jak Phil prowadzi wózek inwalidzki swojego przyjaciela (którego zatrudnił dlatego, że go znał, to nie jest akurat motywujące) wiwat bariery architektoniczne. Tyle, że to były lata sześćdziesiąte XX wieku… A u nas czas się zatrzymał… Czas, a i owszem, to portret Ameryki, no może szkic. Z oddali. To z jednej strony odczytywanie i porównywanie z biografią współtwórcy nadgryzionego Jabłuszka. Z drugiej, wyłuskiwanie informacji z drugiego planu. Phil nigdy nie wierzył w moc reklamy, jeśli odpowiadał na listy pracowników firmy, robił to dość rzadko, i lakonicznie. Gdy stworzył firmę Nike, tą którą teraz znamy, za logo stworzone przez twórczyni  Carolyn Davidson zapłacił za nie $35. Z drugiej strony to opowieść o tym, że przyjaźń w biznesie jednak istnieje, chociaż bardzo rzadko się to zdarza.  Ile nieśmiałych osób odnosi sukces w biznesie? Nie chodzi o odniesienie rzeczy na miejsce, odniesienie wrażenia.

Minusem książki jest to, że jej akcja kończy się w latach osiemdziesiątych XX wieku.

Oto garść cytatów:

 Wielozadaniowość nie zawsze jest dobra, można wyśmienicie radzić sobie wykonując zadanie jedno po drugim. Jednozadaniowość pomaga oczyścić umysł.

 

Nie przegrać to nie znaczy zwyciężyć.

 

(..) właśnie pomyślałem, pewność siebie, tego właśnie potrzeba człowiekowi bardziej niż kapitału i płynności. Żałowałem, że sam nie mam jej więcej, i nie mogę jej od kogoś pożyczyć. Z pewnością siebie jest jak z gotówką, trzeba mieć jej trochę by zyskać więcej, a ludzie nie chcą Cię wspierać.

„Niech nam pan sprzeda swoją firmę”— wypowiedział to zdanie bardzo cicho. Przemknęło mi przez myśl, że tak wypowiada się najtrudniejsze słowa w życiu.

Może i nie mamy prawa zwyciężyć, ale ja wiem tyko tyle, że jeśli wyjdę na bieżnię i będę wypruwał sobie flaki do utraty przytomności, a mimo to ktoś okaże się lepszy, i jeśli zmuszę go żeby sięgnął po ostatnie rezerwy sił i jeszcze dalej, a wtedy zwycięży, to będę wiedział jedno: Jest lepszy ode mnie. 

Jesteś jednym z nas, powiedziałem, jednym z nas. On dobrze wiedział co znaczą te słowa. Byliśmy ludźmi, którym nie w smak korporacyjne bzdury. Ludźmi, którzy pragnęli by praca była dla nich zabawą, ale zabawą, która coś znaczy (…) chcieliśmy stworzyć markę, ale też pewną kulturę, walczyliśmy z konformizmem, nudą i monotonią. Staraliśmy sprzedawać coś więcej niż produkt, idee, ducha. Nie wiem czy sam do końca pojmowałem kim byliśmy, i co tak naprawdę robiliśmy (…)

 

W końcu jednak zrozumiałem, że mam tylko jedno wyjście, grać w otwarte karty.

I jeszcze jedno. Warto przeczytać tę książkę jako rzecz o introwertyzmie, rzecz o różnicach, o bucie (a raczej jej braku), butach i buncie, i łagodnym zarządzaniu sobą, ludźmi i firmą. I przede wszystkim o porażkach. Oczywiście nic się nie stanie jeśli tej książki nie przeczytasz. Zupełnie nic.

 

 

(Jeśli lekturę książki masz już za/przed sobą), zapraszam do dyskusji 🙂

Skrócony [od]noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1dR

[327]. Człowiek o ciekawych nazwiskach.

[Walter Isaacson, Steve Jobs, tłumaczenie: Przemysław Bieliński, Michał Str,ąkow, Insignis,2011, źródło nagrania].
[Walter Isaacson, Steve Jobs, tłumaczenie: Przemysław Bieliński, Michał Strąkow, Insignis,2011, źródło nagrania].

Chciał by opowiedział o jego życiu, gdyż przeczytał jego uprzednią książkę, tą o Franklinie. Ten zgodził się, ale bez entuzjazmu —  po długich zabiegach, z zastrzeżeniem, że  nie proszący nie będzie dążył do kontrolowania wszystkiego, co jak dobrze wiemy, było jedną z jego wad, która w pracy bardzo często (ale nie zawsze) była zaletą.

Zdążył w ostatnim momencie, gdyż to, że Steve zmaga się — nie po raz pierwszy zresztą — z rakiem dowiedział się od żony, to ona uświadomiła mu, że  tej walki Jobs nie wygra, na melodię, która by go zadowalała, umiera. Nie będę rozwodziła się nad tym kim był kreator Nadgryzionego Jabłuszka.  Czytam tę książkę z innych perspektyw, i to także jest siłą tej publikacji. Nie jest to publikacja, dla entuzjastów/entuzjastek technologii, marketingu, socjologii, czy czynów postaci, którą sportretował Walter Isaacton, nie jest to także opowieść o dojrzewaniu, brawurze, snach, i smakach (o) wielkości. Przynajmniej nie tylko.

Im więcej przybywa mi lat, tym jestem bardziej krytyczna względem przeczytanych biografii, i sięgam po nie coraz to rzadziej. Gdyby nie Przyjaciel, który zakupił tę pozycję dla swojego Brata, sama pewnie bym nie sięgnęła, a przynajmniej teraz tak to widzę, nigdy nie wiadomo, co by było gdyby, i nie warto się nad tym rozwodzić. Oczywiście wiem, kim był Steve Paul Jobs.

Czytając mam wrażenie, że właśnie takiej życzyłby sobie Steve, ten wyrośnięty wagabunda z  marzeń, włóczęgi, konfitur z czasu i przestrzeni,  dojrzały emocjonalnie, świadomy. Ów proces dojrzewania można dostrzec  i je, pasje, zalety i wady, klimat tworzącej się dopiero Doliny Krzemowej (a w zasadzie jej legendy) i wiele, wiele innych aspektów. Połączenie tych składników daje w konsekwencji bardzo smaczną mieszankę, którą chce się popijać łyk za łykiem delektując się słowem, obrazem, i wartką akcją. Tak, to wydarzyło się na prawdę, a czytasz ten wpis na ekranie, czy to telefonu, czy komputera (osobistego).

Pan (ten, który patrzy na nas z okładki, spogląda bez mrugania) nauczył się godzić ze sobą sprzeczności, buddysta, który uważał, że przywiązanie do posiadania rzeczy jest przeszkodą, z drugiej przecież je kreował, ba! kreował nie tylko je, ale określanie Siebie poprzez ich posiadanie. A to tylko Pixar, tfu pixel w morzu bitów. Przyprawą jest jeszcze fakt, że teraz prawie każda osoba ma w swoim gospodarstwie domowym przynajmniej jeden komputer w domu, i nie rzadko (sic!) jest to laptop, do tego telefon dotykowy…I właśnie dlatego można przyjrzeć się swoim pragnieniom, czytając tę wieść za wieścią. To opowieść, która toczy(ła) się w dalekim kraju, urodziła się tam, pęczniała, zataczała coraz to szersze kręgi. Nie jest to pieśń li tylko o technologii. Można tu też wyczytać skąd wziął się minimalizm, tak ten, na punkcie którego teraz wszyscy szaleją. To historia sukcesów i spektakularnych upadków. I to w jaki sposób można się z nich podnieść. A w tle niebywałe przepadki, przypadki i synergia zderzeń i zdarzeń.

Wiele ze zdań Stevena przeszły (buddyjskim krokiem) do popkultury i z namaszczeniem są powtarzane, i je także tu znajdziemy, zobaczymy przez (nieco) uchylone drzwi jak (nie zawsze) działa marketing i jakie tego są skutki.  Do tego szczypta dekoracji, znanych nazwisk, także polskich.

W gwoli ścisłości, nie należałam i nie należę, ani do wyznawców Jobsa, ani do sympatyków (sympatyczek), ani też do przeciwników (przeciwniczek).

Jeśli już lekturę macie za sobą, jak Wam się (nie) podobała?

Jeśli nie zamierzacie jej przeczytać podzielcie się tytułem książki (może być to [auto]biografia, choć nie musi) którą warto przeczytać, i zdanie komentarza, dlaczego właśnie ten tytuł? Dziękuję. I zostawiam z piosenką.

[W lesie, w lesie, Michał Bajor, źródło nagrania, MTJ największe przeboje].

PS. Mam jeszcze jedno pytanie, czy masz pomysł skąd tytuł tego artykułu?