[(15/30)+1]. Vet. Odwet.

[Odwet, Vincent V Severski, czarna owca, Warszawa, 2019, źródło zdj.].

Książki można wysłuchać jako audio lecz nie jak to ma miejsce w przypadku pierwszej części w interpretacji zespołu autorów, a w pana Krzysztofa Gosztyły.
Mniej jest odniesień do literatury szpiegowskiej (w tej części pojawia się odwołanie do Cmentarza w Pradze) i mniej do sztuki- niestety!- tak pojawiają się Ambasadorowie. (Moim zdaniem warto poznać historię obrazu, i oczywiście VII Symfonia).

Czytaj Dalej „[(15/30)+1]. Vet. Odwet.”

[572]. Chodźmy, nikt nie woła.

Miało być świetnie! A jak wyszło? Wyszło bo, bookiem. Po kolei, chociaż o chodzeniu będzie, albo raczej odchodzeniu od tematu. Bardzo dalekim, niech mi ktoś odpowie, czy długaśne dygresje są immanentną cechą wpisaną w formę jaką jest esej?

[Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne, Rebecca Solnit,
tłumaczenie Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak, Wyd: Karakter, 2019,źródło].


Plusy.
O Rousseau było, ale zaledwie kilka akapitów, naparstek.Szkoda,niewykorzystany potencjał (nie kinetyczny, i nie statyczny).
Ciekawostki są, ale w nikłej, naprawdę nikłej ilości, zdecydowanie za mało.
Okładka rzeczywiście ładna, minimalistyczna, zachęcająca do sięgnięcia po lekturę.

Na tym, plusy się kończą.

Jeśli ktoś lubi a’la-filozoficzne wywody, albo gustuje w opisach przyrodniczych Orzeszkowej, albo pamiętnikarskie wywody to proszę bardzo. O ile się orientuję, ale może jestem w błędzie, pozycja nie miała o tym być, a na pewno o chodzeniu nie będzie.Na bank nie jest. Przynajmniej dla mnie. De gustibus non disputandum est, de gustibus non disputandum.
Dla przykładu…

Na początku nasz szlak był dość prosty, wiódł płaskim drewnianym mostem przerzuconym nad strumieniem nawadniającym porośnięte bujną roślinnością brzegi po obu stronach, następnie wił się w górę przez okolone dębami pola kukurydziane Grega i MaLin. Stamtąd droga prowadziła nas przez rów melioracyjny i ogrodzenie oddzielające ich ziemię od rezerwatu Nambe, pierwsze z wielu ogrodzeń pod którymi przyszło nam się przeczołgiwać lub po których musieliśmy się wspinać, niekiedy wręcz zmuszeni byliśmy otwierać zadrutowane furtki , by móc alej przejść. Na terenie rezerwatu ominęliśmy wodospad Nambe, którego grzmot dobiegał gdzieś z głębi wąwozu, choć sam wodospad trudno było dostrzec. Jego niewidoczność przypadła mi do gustu, przypominała bowiem o tym, że nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej, na której podziwia się widoki, ani na terenie uświęconym typowo europejską tradycją przechadzek. Dobiegały nas jego odgłosy, gdy się doń zbliżaliśmy, a dotarłszy do wzniesienia, częściowo mogliśmy go dostrzec, o ile się wychyliliśmy, w całości i wyraźnie jednak zobaczyć go było można z naszego szlaku tylko przez krótką chwilę, z urwiska gwałtownie schodzącego w dół, ku głębokiemu żlebowi poniżej. Rzuciliśmy zatem jedynie okiem na bielejącą po brzegach pianę i nisko położone łożysko strumienia i udaliśmy się w dalszą drogę. Na pierwszym odcinku szlaku staraliśmy się dotrzymywać sobie kroku o poruszać się w równym tempie, dalej jednak przestał on już przypominać drogę, która wydawała nam się tak prosta, gdy Greg pokazywał nam ją na mapach topograficznych. Jemu do rozeznania się w terenie wystarczyły szlaki, rowy melioracyjne i porozrzucane punkty orientacyjne. <<Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś”— powtarzał za każdym razem, gdy ktoś zadawał mu pytanie o to, czy przypadkiem się nie zgubiliśmy. Doskonale bawiliśmy się ego poranka. Sue powiedziała, że spodziewała się raczej, że będziemy iść w ponurym milczeniu, tymczasem wszyscy przerzucali się opowieściami i wrażeniami. Pierwszą przekąską posililiśmy się pod przydrożną topolą nieopodal San Juan na terenie rezerwatu Nambe, przylegającego do gruntów Georga, następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska których pasły się bizony i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.

Po pierwsze: rozumiem, że dla Autorki jest to przeżycie, taka wędrówka szanuję, można było o tym w s p o m n i e ć, tyle, że krócej. Nie dowiedziałam się nic, poza tym, że nie dostrzegła ona wodospadu, i gdzie zjadła pierwszy posiłek, a miał to być rozdział o (zaraz zerknę to Wam napiszę)…
Czy domyślasz się o czym jest przytoczony przeze mnie fragment? Zaznaczę, że masz podpowiedź w tekście, zaraz… Zaraz, który to tekst sam sobie zaprzecza (nie jest to opis wycieczki, ale aspekty, które są opisane rodem z Orzeszkowej). Jeśli jednak nie jest to opis wycieczki krajoznawczej to dlaczego taki opis?

To tak jakby obiecać, że rozdział będzie traktował o żółwiach, a nie o różowych słoniach, i że słonie mają cztery nogi, długą i mocną trąbę, że dzięki dużym uszom, które mogą sięgać nawet półtora metra, tak, półtora metra mogą sobie regulować ciepłotę ciała, a raczej traktować je jako wahlarz, a złowię, no, jak żółwiem raczej są.
I tak, może mi się podobać – i wam, również opis słonia- nawet gdy przeczytam, że posiadają one dwadzieścia sześć zębów – dwanaście przedtrzonowców i i tyle samo zębów trzonowych. Co jednak dowiem się o żółwiach.- a nie, to jeszcze jest inaczej, bo tu jest jeszcze wiedza dotycząca słoni, ale co jeśli nie wspominać o nich, tylko mówić coś takiego, że są duże… I większe na żywo niż mnie się wydawało? No, a złowię, istnieją?

Tak, tak zanim pomyślisz, że nie będziesz zaznajamiał, zaznajamiała się z opinią kogoś, to pisze wachlarz przez „h” (użyte zostało specjalnie/ prawda, że razi- mnie również) dla porównania, w książce także wkradł się chochlik. (Zdarza się najlepszym- jak widać).

Kwestia druga:
Pozwól, że powtórzę: „(…)następnie zaś przewędrowaliśmy obrzeżami tamtejszego miasteczka, mijając konie, drzewa owocowe, indiańskie szałasy, pastwiska, na których pasły się bizony, i porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy pojedyncze domy.
Pominę milczeniem (albo i nie) użycie przecinka przed spójnikiem i, bardzo chętnie zobaczę jak pasą się wolnostojące domy :-)… Wiem, wiem, nie jest to błąd ortograficzny. Wiem, każdemu może się zdarzyć.

Kwestia trzecia: gdzie jest opisywana rzetelna historia chodzenia? Nie dostrzegłam jej mimo prób. Dla mnie to przede wszystkim refleksje osobiste autorki, które może i czasami, acz bardzo rzadko okraszone są jakąś ciekawostką, ale raczej jest przedstawiony jej przedsmak i zamiast clou jak ma to miejsce np w dyskusji o dwunożności,która moim zdaniem wymagałaby rozwinięcia spokojnie można sobie darować opis autorki jak wyglądali badacze, z którymi rozmawiała (wygląd jednego przyrównany został do morsa, o ile dobrze pamiętam, mogę się mylić, bo to dla mnie nie było ważne. I co z tego jak ktoś wygląda, ważne co mówi- przynajmniej dla mnie, a następna kwestia chciałbyś, albo chciałabyś być przyrównana, nawet w dobrej wierze do morsa?), a może miał to być aspekt humorystyczny? Nie wiem. Oczywiście, że nie da się przedstawić na 448 stronach historii … A może jednak jest to możliwe?
I teraz napiszę coś bardzo ważnego, szanuję, że Wydawnictwo podjęło się wydania takiej pozycji, nie podzielam zachwytów nad nią, po raz kolejny przekonuję, się, że entuzjastyczne opinie to nie wszystko. Tak jak oczywiście opinie wypowiadające się bardziej surowo, albo uważane za takowe).
Może to nie książka dla mnie? Może zabłądziłam w swoich, osobistych oczekiwaniach? Może chodzi o to by się tej książce, a może z tą pozycją powłóczyć? Tak by usłyszeć wołanie, a może i (tytułowy) zew. „Zew włóczęgi”. Może.
Jednak zdania takie jak: „Gdziekolwiek idziesz, już tam jesteś” nie przekonują. Oczywiście umiem przeczytać metaforę oczekiwania, tyle, że jeśli umówię się z Tobą na spotkanie, i po godzinie nadal mnie nie ma, w określonym miejscu. A po półtorej gdy zadzwonisz, i odpowiem Ci Gdziekolwiek idę to już tam jestem” czy będzie to miało coś wspólnego z prawdą? Fajnie brzmi, ale powiedz tak swojemu szefowi albo zwierzchnicze, która na Ciebie czeka. Oczywiście, masz rację droga do pracy nie jest włóczęgą, bo nie może nią być ze swej istoty, ale przecież jeśli włóczę się po mieście to także mogę odkąś dojść- np idąc na spotkanie z Tobą.

Mam również wrażenie, że Autorka myli dwie kwestie: marszu z pielgrzymką, nie każdy marsz jest pielgrzymką, tak jak nie każda pielgrzymka marszem. To zbiory rozłączne i nie można- moim zdaniem traktować ich w sposób bliźniaczy jak czyni to Rebecca Solnit. (Z tą różnicą, że jedno z nich ma charakter świecki).

Dlaczego zdecydowałam się napisać tę opinię, nie dlatego, żeby Cię zniechęcić do lektury. Poważnie. Chciałabym podyskutować o tej książce, chciałabym, żeby ktoś, może Ty pokazał/ pokazała mi inną perspektywę, której może teraz nie dostrzegam…
A może warto sięgnąć po coś jeszcze?

I ostatnie dwie kwestie.
Pierwszą powtórzę, każdemu zdarzają się błędy. Dajmy sobie do nich prawo.

Druga: Wcale nie muszą podobać nam się te same książki, wtedy było by nudno.
Może dla Ciebie refleksje Autorki będą pomocne, a opisy przyrody kuszące? Może po prostu się różnimy? Może jednak warto się przemóc i jeszcze raz sięgnąć i przeczytać całą pozycję? A nie tylko około dwudziestu procent? Z chęcią poznam Twoje zdanie. Chciałabym się dowiedzieć również, czy jest to książka reprezentatywna dla Autorki? I tak, z chęcią porozmawiam o wyżej wymienionych kwestiach.

[555]. No i co? Polem.[Po]_(Lem)[ika].

[Niezwyciężony, Stanisław Lem, Audioteka 2013, źródło zdjęcia].

Co byś zrobił/a gdybyś musiał/a zadecydować o losie innej i obcej cywilizacji? Takie pytanie pada w otwierającym akapicie Niezwyciężonego, superprodukcji, której podjęli się HTC i Audioteka. Powtarzam to pytanie, poważnie. Co byś zrobił/a gdybyś m u s i a ł /a nie: chciał/a, ale właśnie m u s i a ł/a zdecydować o losie, życiu nie tylko innej, ale (i/lub) obcej cywilizacji? O to czy ona przetrwa, albo, albo raczej, czy będzie się rozwijać. Pytania drążą i drażnią. Dudnią… Im dalej, im głębiej… Rezonują.

I tak mogłabym napisać o technikaliach: o tym, że zaangażowanie Krystyny Czubówny w roli narratorki było strzałem w dziesiątkę, jeśli pamiętasz czytane filmy przyrodnicze, albo słuchałeś/aś prozy Aleksjejewicz wiesz, o czym piszę. Bardzo cieszę się, że możemy wysłuchać Niezwyciężonego w obsadzie aktorskiej i oprawie muzycznej– właśnie w takiej formie. Może dzięki temu trafi do większej liczby odbiorców/odbiorczyń? A może trafi inaczej? Nie wiem. Dzięki zastosowanym zabiegom, a przede wszystkim narracji opowieść zyskuje nowy wymiar, niemalże dokumentalny. Nawet ci, którzy/ które pochłaniają książkę oczyma znajdą coś dla siebie i w takiej formie.

Znajdziemy tu motyw podróży, oddalenia, nić niepewności, teorie, które określają rzeczywistość,motyw drogi i (nie)poznania, a może nie, może to tylko migotliwe światła, rytm snu i czuwania, poznawania… A więc i ograniczeń, ludzkich, emocji gęstego strachu i…Pytania o przyszłość, przyszłą oś(ć) po której będzie kroczyć istota dwunożna. Pytania istot-

Czytaj Dalej „[555]. No i co? Polem.[Po]_(Lem)[ika].”

[120+2]. Testament.

Jeśli jest to pierwsza książka Hawkinga,albo w ogóle pierwszy kontakt z Autorem, to lepiej od niej nie zaczynać swojej przygody z fizyką. Nie dlatego, że jest trudna, ale dlatego, że nie jest miarodajna.
Angielski wydawca pisze w przedmowie, że została ona dokończona przez współpracowników fizyka. Jest to książka pożegnalna.
To co przeszkadza mi w odbiorze treści to wplątanie w książkę wątków autobiograficznych, ale rozumem skąd to może wynikać. Po prostu książkę trzeba było ukończyć.A już wstęp Redmayne’a tonieporozumienie. Odnieść można wrażenie, że Aktor kieruje światełko uwagi na siebie, a już pisanie o niepełnej sprawności fizyka jego heroicznej walki, i bardzo ekspresywnych brwi… Jak ten aspekt ma się do książki popularnonaukowej? Nie rozumiem.
Autor(zy?) wprowadza(ą) i utrwalają błąd, Galileusz nie wymyślił teleskopu, on go udoskonalił.(Pierwsze znane teleskopy, które można było wykorzystać do poznawania nieba zostały skonstruowane … w Holandii na początku XVII wieku przez… Hansa Lipperheya).

[Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania, S. Hawking, tł, M, Krośniak, Zysk i Spółka, Warszawa 2018, źródło].

Niewątpliwym wkładem Autora jest propagowanie istoty nauki, jej poznawania dla osób, których drogi potoczyły się w sposób inny, tak, że ścieżki ich życia nie przebiegają do/ z instytutów fizyki, chemii,ale nadal potrafią i chcą patrzeć.
Doceniam fakt, że Autor może skierować do mnie swoje pożegnalne słowa. I jakkolwiek wcześniejsze słowa wstępu poczynione przez innych do mnie nie trafiają, są nie na miejscu, to słowo kierowane przez Stephena mogło by z powodzeniem otwierać książkę.
Im bardziej w głąb czytelniczych podróży z książką pt. Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania jest przekonanie, że nie jest to podróż w głąb fizyki, nie należy jej treści porównywać z Krótką historią czasu ale właśnie pożegnaniem Hawkinga z fizyką w tle.
Czy polecam przeczytanie tej książki? Jeśli weźmiesz pod wzgląd to co napisane powyżej, tak. Dla opowieści. Dla wytchnienia. Dla relaksu, i by się pożegnać, albo przywitać z Hawkingiem. Niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy, czy jednak nie? Warto poznać jego poglądy — a nie powtarzać zasłyszane. Czy książka spełnia swoje zadanie? Czy odpowiada na Wielkie Przykładowe pytania:

Czy istnieje BÓG? Albo początek czasu. Jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego istniejemy? Czy nasz Wszechświat jest jedyny w swoim rodzaju? I czy się skończy? Czy są inne istoty rozumne we Wszechświecie? Jakie jest prawdopodobieństwo innego życia we wszechświecie i jak może przebiegać ewolucja? To tylko niektóre z nich.

Im dalej w opowieść tym więcej fizyki w fizyce, a wątki autobiograficzne są tylko spójnikami, wtrąceniami, które pozwolą na toczenie się opowieści w sposób uporządkowany.

Dla kogo jest lektura tej książki? Dla osoby, która chcę zaprzyjaźnić się a astronomią, fizyką, osoby, które zawodowo zajmują się wymienionymi dziedzinami, chyba jednak nie znajdą tam nic nowego, a z dużym prawdopodobieństwem ci, którzy są zaznajomieni z poglądami Hawkinga, który odnoszę nieodparte wrażenie napisał tę książkę dla Siebie samego, jako manifest, albo testament- pożegnanie. Można się z jego poglądami nie zgadzać, ale najpierw trzeba je znać.

Czytałeś, Czytałaś? A może dopiero zamierzasz sięgnąć? Jakie są Twoje wrażenia?

[537]. Słów strugi. Czy instrukcja, i czy obsługi?

Mózg zostaje nam dostarczony w wersji perinstalowanej, nie musimy więc dokonywać skomplikowanych podłączeń, czy konfiguracji, żeby zaczął funkcjonować. Niemniej w fazie uruchamiania, która trwa przez pierwsze lata życia, wymaga pewnej opieki serwisowej. Chcąc zapewnić sobie właściwe funkcjonowwanie mózgu, warto od samego początku zadbać o właściwe zasilanie (nazwane powszechnie żywnością) , o obecność koniecznych cykli odpoczynku i porządkowania (sen) oraz sprawność wszelkich urządzeń peryferyjnych (ćwiczenia fizyczne). Przypominamy, że produkt nie jest objęty gwarancją.


[Mózg. Podręcznik użytkownika,Marco Magrini,Feeria Science,tł: Natalia Mętrak-Ruda, Warsawa 2019, s.70].
[Mózg. Podręcznik użytkownika,Uproszczona instrukcja skomplikowanej maszyny świata.Marco Magrini,Feeria Science,tł: Natalia Mętrak-Ruda, Warsawa 2019, źródło fotografii].


Galaretka 1350 gramów, ta, mieszcząca się między uszętami. samograj, temat rzeka (i to rwąca, porywająca). Rzekłabym: temat bardzo popularny. Stety, albo i nie. Dlatego czemu się dziwić, że powstają książki jakpowyższa, albo wspomniana już. Mózg rządzi?

Czytaj Dalej „[537]. Słów strugi. Czy instrukcja, i czy obsługi?”

[539]. W tem i Lem.

Kto wie, że dzisiaj jest rocznica śmierci Stanisława Lema? Warto się zapoznać chociaż z książkami dwiema, a jeśli nie z samymi to z walorami treściowymi.

Swojego czasu wspominałam o Solaris, albo o biografiołach. Z tej okazji parę wyimków (wartych zapomnienia zatopienia czyli zaplątania w zapamiętywanie):

Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.

Człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz; unaocznienie sobie równoczesnej mnogości procesów, jakkolwiek związanych ze sobą, jakkolwiek się nawet uzupełniających, przekracza jego możliwości. Doświadczamy tego nawet wobec zjawisk względnie prostych. Los jednego człowieka może znaczyć wiele, los kilkuset trudno jest objąć, ale dzieje tysiąca, miliona nie znaczą w gruncie rzeczy nic.

[Solaris]

Kryterium zdrowego rozsądku nie jest do historii ludzkiej stosowalne. Czy Averroes, Kant, Sokrates, Newton, Voltaire uwierzyliby, że w wieku dwudziestym plagą miast, trucicielem płuc, masowym mordercą, przedmiotem kultu stanie się blaszany wózek na kółkach? I że ludzie będą woleli ginąć w nim, roztrzaskiwani podczas masowych weekendowych wyjazdów, aniżeli siedzieć cało w domu?

[Kongres futurologiczny].

Kiedy można być każdym i żywić dowolne przekonania, nie jest się już nikim i nie ma się żadnych przekonań.

[Dzienniki gwiazdowe]

A jaki jest Twój (nie)koniecznie ulubiony cytat z dzieł zebranych pana Stanisława, ale zaplątany w zapamiętanie?

*Źródło zdjęcia.

[528]. Ni w pięć.(#myśli luzem).

Zawsze zostawiam sobie trochę powietrza. Miejsca. Nie przelewa mi się. I nie kapie na głowę póki co. Ostatnio Ktosia zadała mi pytanie, co bele trele co zamierzasz prze czytać, czy tu, czy tam. Stycznie. Stycznie, chociaż jeden styczeń minął.

Czytaj Dalej „[528]. Ni w pięć.(#myśli luzem).”

(272+6)+1. Suple(ment). Portret z oddali, szkicowany w drodze.

W ramach odpoczynku, powróciłam do lektury książki, o której już wspominałam. Uważam, że warto czytać ją niespiesznie. Zresztą, ten rok jest inny, ze względu właśnie na przystanki, czytanie niespieszne, które sobie obrałam za cel i metę. Pisałam już, że zamierzam przeczytać mniej. Miej mniej, miej więcej. Powracanie lub zaznaczanie nowych, niezauważonych cytatów, refleksje, albo po prostu- bez zobowiązań, bez przyczyny branie słów na język.

Czytaj Dalej „(272+6)+1. Suple(ment). Portret z oddali, szkicowany w drodze.”

(15/30). Pijąc kawę gdzieś indziej, czyli Zamęt. (#iskierki).

[żarówka ze szklaną bańką, źródło zdjęcia] #BoŚwiatJestCiekawy!
Jeśli piętnasty wpis w serii #iskierki to znaczy, że jesteśmy na półmetku! Jakże się cieszę, że możemy być tu razem.

Dzisiaj zgodnie z zasadą prze(d)stawioną w tej iskierce. Zrobię coś inaczej. Na lekko, zaczynając tydzień. :-).

Primo: Zaprosić do tego, żeby sięgnąć po książkę, ale z tej półki, i o takiej tematyce, po którą zwykle nie sięgasz. Czy to w zakresie tematyki, czy przedstawionych przekonań. A najlepiej i jedno i drugie. A żeby nie być gołosłowną, to sama przeczytałam, a raczej wysłuchałam Zamętu. Słowo o realizacji dźwiękowej, której podjął się zespół lektorów wespół z pracownikami Audioteki (np przejście między efektami dźwiękowymi, a muzyką- nie wspomniawszy o aktorach i aktorkach, realizator(k)ach). To słowem rekomendacji.

Czytaj Dalej „(15/30). Pijąc kawę gdzieś indziej, czyli Zamęt. (#iskierki).”