[452]. Stań. [W]stań posłuchaj jak Tomasz Stańko gra(ł). Przystań. Zmruż uszy. O przyStańkach.(O)Stańce, czyli to co zostało…

każdy moment wyboru jest momentem odwagi. Po takich momentach pojawia się we mnie głębokie zadowolenie.

W końcu wszytko powstało z wielkiego wybuchu. I to jest właśnie rzeczywistość. Od katastrofy do katastrofy. Najważniejsze to nie ulec lękowi i dokonywać wyborów.

[ Koniec rozterek,[w:] „Zwierciadło”,  2008, 8/1942, s. 14].

(O)Stańce, czyli to co zostało…

Właściwie następny artykuł jest zaplanowany na czwartek i tak miało zostać. Tylko, że właśnie teraz, przed chwilą odpaliłam sieć, i nie chodzi mi o powieź, ale o wiecie… I przeczytałam, że Tomasz Stańko nie żyje, pierwsza myśl, jak to to już? Wiem, nosił wiek pogodnie z wyprostowanymi barkami. Ale jak to, już? Jak ktosia polecała mi jeden z Jego albumów, kiedy to zaczynałam słuchać gatunków na dż. Powiedziała z niezbitym przekonaniem, że to muzyka trudna, wymagająca… Wydaje mi się wraz z tym jak wrastam w wiek, że to jedno z ulubionych i hołubionych przekonań przez osoby, które słuchają jazzu (ale niekoniecznie się nim zajmują). Stań. Przystań. Potrzyj uszy i posłuchaj tego co zostawił co stworzył Tomasz Stańko. I jakich wyborów (poza i muzycznych) dokonał. Rysa, czy katastrofa, o której wspomina  a może i blizny, ale i radość życia,radocha refleksja  były dla niego ważne, czyli całość, różne smaki, faktury, kolory! Posłuchać treści opowieści bez słów. Przystańki przy Stańce. Przystań. Przestań narzekać przystań przy Stańce, przy stańce zrób, pozę przyjmij przeżuj prozę proszę. I słuchaj. Przy Stańce przez tańce rytmu i rytmu przejdź mokrą stopą. Dumaj baw się. Próbuj.Płyń.

Czytaj Dalej „[452]. Stań. [W]stań posłuchaj jak Tomasz Stańko gra(ł). Przystań. Zmruż uszy. O przyStańkach.(O)Stańce, czyli to co zostało…”

Reklamy

[395]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Dziś lekkostrawne i krótko. Pod moje palce trafia pudełko. Okazuje się,że w nim, a jakże!- jest srebrny krążek nie jestem zdziwiona ani trochę gdyż stoję przed regałem z płytami. Ani tym, że materiał na nim (tym krążku oczywiście) jest sprzed lat trzynastu. Nie rozumiem tego pędu by słuchać nowości, nowości, aż tu nagle okazuje się, że to tylko to, czym się otaczamy to jakieś gorące, ba wrzące, które musisz, chcesz, konieczności.

Z drugiej strony, nie myślę, by zanurzanie się w klasyce było jedynym słusznym wyborem. Chcę powiedzieć, że zapominamy o tym co zostało nagrane, zapisane chociażby przed dekadą. Czas płynie wartko.

 

Przedstawiam bez dalszych wstępów i występów. Bohaterkę dzisiejszego artykułu:

Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette i Universal Syncopations. I chociaż album ten nie ma wysokich notacji. To moim zdaniem choćby dla przyjemności, czy zaznajomienia z gatunkiem można niezobowiązująco posłuchać. Nie wiem, czy jest to wystarczająca rekomendacja. Szczerością nie ma się co podpierać, ani pocieszać. Pora jednak się streszczać:

1 Bamboo Forest 4:38
2 Univoyage 10:54
3 Tramp Blues 5:19
4 Faith Run 4:58
5 Sun Flower 7:21
6 Miro Bop 4:03
7 Beethoven 7:19
8 Medium 5:10
9 Brazil Waves 4:26

Każda przygoda, czy to z muzyką, plastyką, akrobatyką, czy czytaniem (ze zrozumieniem) koniecznie musi mieć, nie nie punkt wywrotny, czy zwrotny, ale początek. Nie trzeba płyt ambitnych brać od razu na warsztat, z drugiej strony, dlaczego nie? Chodzi o przyjemność smakowania, a gustu, czy też umiejętności słuchania (w tym przypadku) nabiera się z czasem, wysłuchaną ciszą i wciskanym hałasem. Przeżeglować między dźwiękami dobrymi, między nietrafionymi w kontra i punkt. To truizm. Być mnożę, ale ważny. Przecież dopiero z hektolitrami wysłuchanej muzyki mamy szansę, się dowiedzieć, co jest ozdobnikiem, a co treścią, nie powinno nam to odbierać przyjemności z poszukiwań, a zaChwyt nie musi zawsze trzymać wysokiego C (albo w tym przypadku Z). Nie trzeba wymyślać koła, nawet krążka srebrnego. Oczywiście można się zachwycić wszystkim, albo prawie, gusta są różne, można się bez napinki i spinki nauczyć słuchać muzyki, a jazz nie jest (i nie musi być) skomplikowany, ani zbytnio prosty. Poznawanie czegoś też może być przyjemne. Truizm? Może być.

[Universal Syncopations, Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette,ECM, Oslo, 2003, źródło zdjęcia].
A jakie są Twoje płyty, którymi chciałabyś/ chciałbyś się podzielić? Cieszmy się dźwiękami. Splotami, tropmy radości. I żeby się nauczyć smakowania, poszukiwania i znajdowania.

 

 

 

[379]. Zapowiedź: /Albo: Lakmusowy/.

Labirynt. Lapidarium. Las>Lakmusowy< (papier(ek)))? Grzegorz Turnau wydaje album: L z okazji swoje okrągłej rocznicy urodzin. Jest to być, mnożę? Może podróż przez czas.Po widokach na przeszłość (album pt: 7 Widoków w Drodze do Krakowa) roztaczamy kraj_ (i )_obrazy wspomnień, zapomnień, i (prze)widywań?   Dwadzieścia dwa lata temu Teresa Kotlarczyk zaproponowała Kompozytorowi współprace przy okazji powstawania cyklu programów poetyckich, które kiedyś, czyli w zamierzchłej epoce (kiedy to teksty piosenek tworzyli, w większości ci, którzy się na tym znali) były bardzo popularne. I tak powstały melorecytacje, albo rzeczone formy, które łączyły tekst z melodią.

Koszula, którą zdejmuje Grzegorz Turnau, zdejmuje z półki, ocala(jąc) od zapomnienia. Powstała w sposób następujący „rad nie rad „do istniejącego demo, dograł w tym roku swój głos. Co oznacza, nie mniej, nie więcej podróż w czasach i przestrzeniach. Oto „duet”, zapowiadający dwupłytowy, a w z a s a d z i e trzy płytowy album (podwójne cd) i dvd (już trzecie w dorobku Artysty (pierwsze z teledyskami: płyta: Do Zobaczenia,drugie koncertowe:Och Turnau, Och Teatr).

Proponuję wysłuchać (wsłuchać się) w wiersz Tadeusza Śliwiaka, i warstwę muzyczną, oraz, zobaczyć pomysł na promujące wideo.

[Muzyka  i wykonanie: Grzegorz Turnau,
Słowa – Tadeusz Śliwiak, źródło nagrania].

Drobiazg w oczekiwaniu na album, który swoją premierę będzie miał  trzynastego października 2017 roku.

 

 

[376].Gram gramatyki. Pro- (albo) -myk.



Jesteś w ciemnym pokoju. Tak ciemnym, że owa smolistość czerni razi w oczy. Oddychasz. Stoisz. Robisz krok, gołą stopą, czujesz chłód podłogi. Tniesz przestrzeń.Wnikasz w nią. Powoli. Bardzo powoli. I jest Ci przyjemnie.

Albo:

Spacerujesz brzegiem morza. Stajesz. Decydujesz się, wejść do wody. Widzisz jak ona obmywa Twoje stopy. Czujesz wilgoć i kształt, woda go  nie posiada, a fala i kropla jest  nim. Słyszysz morze. Jego zapach i chłodne powietrze, które wciągasz nozdrzami. Czujesz mokry piasek pod palcami. Wchodzisz. Jego drobinki zabierasz na stopach, głębiej. Pamiętasz to uczcie jakie daje opór wody?

Albo:

Jeszcze inaczej.

Album o którym dzisiaj mowa, rozpoczyna się… Ciszą. Medytacyjną, a potem lekko, niczym kręgi na powierzchni wody dźwięk się rozchodzi. Dwie ilustracje powyżej to niby skojarzenia. Dźwięk jest warstwowy o twardej, ale nie surowej fakturze, przynajmniej na początku. Pozwala zogniskować uwagę. Wchodzi spektrum bardzo dobrze dobranych instrumentów. Kwintesencją nie jest orkiestra, a nastrój.   Jeśli Ktoś/ia lubi odnajdzie tu bliźniaczą liczbę Garbarka, skojarzenie z norweskim saksofonistą jest jak najbardziej na miejscu. Jest to album jakby był wyjęty spod ucha Manfreda. Konceptuarium,fuzja, forma i faktura. Co więcej, album się nie zestarzał. Gdy włączysz przycisk play, daj się poprowadzić muzycznym pejzażom nad brzeg ciszy, by unieść się nad horyzontem zdarzeń, nie zderzeń, zapachów, barw, dotyków, ale nie zwierzeń.

 

Cisza.  Po(_)woli wynurzający się głos skrzypiec, delikatny wtór harfy i towarzyszące perkusyjne przeszkadzajki. Eksplozja smyków przejęta  przez czarnego olbrzyma i (wspomniany już) saksofon, i kręgi kolejnych interpertacji. Z każdym przesłuchaniem wchodzisz głębiej. I głębiej. I jest Ci spokojniej. Smak odprężenia i skupionej, a pozornie leniwej,ciekawości unosi się w powietrzu. Wdech. Zapominasz tylko dlatego żeby mieć powód by sobie przypomnieć. Album stanowi całość, tak bardzo, że nawet nie spostrzegasz, kiedy się kończy, co więcej nie widzisz, nie czujesz i nie dotykasz szwów, ani nawet pauz między utworami. (wy)Dźwięk wymyka się wyrazom, słowom, i gramatykom powszechnego znaczenia, znoszenia, czy zmęczenia. Radość dojrzała, dojrzała wielość odcieni nastrój uff. Strój. Stój. Rozciągnij myśli . Myśli Ci się, choć nie myli i nie mydli. Posłuchaj. Usłysz. Poczuj. Zasmakuj. Pobłądź. Pobądź. Żeby pobyć, czasami niegramatycznymi można „trzeba?” pobłądzić? Nawet (a może zwłaszcza) jeśli nie słuchasz zazwyczaj takiej muzyki, albo stronisz od świadomie wydawanych dźwięków. Spróbuj.

Może ktoś/ia powie, że jest to płyta inspirowana niemiecką wytwórnią, tym co się tam zdarza, moje doświadczenie jest takie gdy polecam ten album, gdy się go włączy natychmiast ludzie jej słuchający zapominają o skojarzeniach. Chciałam napisać, że jest to płyta ascetyczna, ale nie. Jest to miejsce, w którym łączą, przenikają się faktury. Miejsce muzyk eksperymentalnej, klasycznej, i jazzu. Jeśli ktoś/ia chce się wyciszyć przy muzyce, jeśli szukasz tego „czegoś”, jeśli chcesz poznać inny smak jazzu, jeśli myślisz, że muzyka jest nudna, i że wszystko już było, zapraszam Cię serdecznie do wysłuchania całości, albumu.

 

Oto trzecie nagranie (chociaż jestem przekonana, że w tym przypadku bardziej wspierające jest zaczynanie smakowania od początku, ale cóż):

 

[Sfera Szeptów, Alchemik, nagranie tytułowe, źródło nagrania]

Album do wielokrotnego słuchania. Może nie na akord (sic!) akordy tu są uważnie dograne dograne i spróbowane. Smacznego.

[357].Nad Oceanem Spokojnym.



Nie jest to album, którego  się słucha łatwo, uchem nie wprawionym w histerię, histerorię, znaczy hidstorię jazzowe. Nie nawykłym do tego rodzaju narracji. I nie chłodzi wcale i o cal nie chodzi o to, że zachwyca jeśli nie zachwyca.  Słuchanie muzyki, poza oczywistą, a raczej nauszną, czy między-uszną przyjemnością, to także nauka tejże czynności. Materiał zarejestrowany na krążku przyciąga uwagę i jej nie puszcza. I choć dla świeżych adeptek/adeptów jazzu może odbiegać od wyobrażeń muzyki przyjemnej utożsamianej z prostą linią melodyczną i kojącym woalem wokalu, wchłanianym wraz z kawą w jakimś małym, może nadwiślańskim lokalu to…

 

Zaczynamy od peregrynacji w przeszłość,  wraz z hiszpańskimi  najeźdźcami.Nie wiedział żeglarz Vasco Nunez, że na cześć dokonanego odkrycia, ktoś będzie pisał nie tylko pieśni,ale i nuty jazzujące.Chociaż, mógł o tym marzyć, gdy nie dojadał i marzł.  Nie ma tu zbędnych znaków i nawiązań.  Instrument ten, czy ów, perkusesyjne czy śpiewy, nawiązują do przeszłości mieszkanek i mieszkańców Panamy, monolog w dialekcie Guna także nie jest przypadkiem. A i tytuł, chociażby nagrania otwierającego jest znamienny: Ponowne odkrycie Morza Południowego. A to wszystko podane w transfuzji, czy fuzji tradycji nowoczesności i przy doskonałym warsztacie muzyków biorących udział w zamieszaniu. A biorąc pod wgląd ich muzyczne biografie to zaiste fascynujące To album któremu przewodzi Panamczyk na cześć okrągłej rocznicy istnienia państwa, z którego pochodzi. (Wystarczy wspomnieć osoby, z którymi współpracować mu przyszło i od których się uczyć mógł:  Shorter,  DeJohnette, Sandoval Joe Lovano, o  Gillespiem nie wspominając). A może to przede wszystkim jest pewnego rodzaju podsumowanie działalności muzycznej Danilo Péreza? Jakkolwiek jest nie zamierzam się dłużej rozwodzić nad miksturą dźwięków. Można jej smak na języku. Choć opowieść i wieść nie jedna interludium wzięta jest na języki.

[źródło nagrania: Rediscovery of the South Sea, Danilo Perez].

 

Artysta: Danilo Pérez;
Album: Panama 500;
Rok ukazania się albumu : 2014;
Wytwórnia: Mack Avenue Records
Rodzaj muzyki: World Music, Contemporary Jazz,  Fusion
51:58 minut

Utwory:

01. Rediscovery of the South Sea
02. Panama 500
03. Reflections on the South Sea
04. Abita Yala (America)
05. Gratitude
06. The Canal Suite: Land of Hope
07. The Canal Suite: Premonition in Rhythm
08. The Canal Suite: Melting Pot (Chocolito)
09. The Expedition
10. Narration to Reflections on the South Sea
11. Panama Viejo
12. Celebration of Our Land

Muzycy:

Danilo Pérez – piano, cowbell
John Patitucci – electric bass (2); acoustic bass (3, 4, 9)
Ben Street – bass (1, 5, 8, 11)
Brian Blade – drums (2 – 4, 9)
Adam Cruz – drums (1, 5, 8, 11)
Alex Hargreaves – violin (1, 2, 8)
Rogério Boccato – percussion (2, 3, 8)
Milagros Blades – ripcador (1, 7), caja, pujador (7)
Sachi Patitucci – cello (3)
Román Díaz – percussion, chant (1)
Ricaurte Villareal – caja, güiro (1)
José Angel Colman – vocals in guna language (3)
Eulogio Olaideginia Benítez – gala bissu (4), gala ildi (12)
José Antonio Hayans – Gammuburwi (12)

[352].Tête–à-tête.

[Anouar Brahem Trio, Dave Holland, John Surman, album pt:Thimar, 1998, ECM, źródło obrazka].
W dyskusji pod ostatnim wpisem wspominałam, że nie słucham muzyki od dłuższego czasu.

I jest to prawda, co można wywnioskować po zawartości blogu. Niemniej, od przypadku do przepadku sobie myślę, że może warto by było do tradycji pisania o jazzie, zwłaszcza, że wiele osób uważa, że to nic innego jak próba pogłaskania cha!osu. Chciałam się z Tobą podzielić nie nową już bo już dawno pełnoletnią płytą, którą stworzył Tunezyjczyk Anouar Brahem pt:. Thimar, nagraną dla ECMu w 1998 roku. Lutnię/lirę  oud poznała polska publiczność dzięki temu, że Anna Maria Jopek na swoich koncertach i nagraniach zdecydowała się wzbogacić instrumentarium. Kto/sia lubi długie, niespieszne frazy, trzymanie nuty. Możesz zamknąć oczy i po gimnastykować myśli dać się prowadzić dźwiękom i wdziękom i wdziękom rzeczy nie oczywistości. MedytA[tra]kcja. Jedenaście nieprzegadanych utworów, które składają się na spójną opowieść wieść od dźwięku do ciszy i powrotem,  czy to wewnętrzną, jak oddech Świata, czy wewnętrzną niczym podróż, i nie chodzi o jakieś wyblakłe kolory,ale szept tête–à-tête. Oto utwór otwierający płytę”

[w wolnej chwili podrzucę Spotify Anour Brahem Trio, źródło nagrania].

[331]. [Nie]Powroty.

Głowa i namysł. I zmysł, nie szósty bynajmniej. Nie chciałam składać słów w ten oto wzór. Szedł, szedł od pięty, od wersu do puenty. Od słowa, po przez rytm i rytm, do znaczenia bez zmęczenia.

Szedł, szedł.

I Odszedł.

Jeśli to nie jest pierwszy artykuł, który czytasz na tym blogu, to wiesz, albo się właśnie dowiadujesz, że twórczość Wojciecha Młynarskiego była mi bliska nawet gdy bywała mi daleka. Niewątpliwie odzywał się wtedy, gdy miał coś do powiedzenia, nie tylko pisał teksty piosenek, nie tylko tłumaczył (dzięki Niemu piosenka francuska nie ma przed nami tajemnic, ale jest przełożona pięknym, literackim językiem) jest też autorem librett, tak do musicali jak do oper. Mistrz suspensu, smakowitego tekstu, rymu i rytmu, treści co w pięknej formie się mieści,  wzniósł piosenkę do kategorii Sztuki przez wielkie Sz. Absolutnie! Wielcy odchodzą gęstym krokiem, po cichu łapczywym pośmiechem i pośpiechem absurdalnym. Na szczęście zostają teksty. I preteksty. Pra,pra… Teksty. Nie, nie znam wszystkich. Absolutnie! Wypadało by strzelić puentą, i rzutkim wierszem, ale myśli nie pomieszczę. Panie Wojciechu, dziękuję. Można się nie zgadzać, ale warto znać smak tekstu Wojciecha Młynarskiego, zachęcam do tego.

[Absolutnie,Wojciech Młynarski, Wojciech Młynarski prawie całość, źródło nagrania].

I jeszcze jedno najlepiej chyba oddać uwagę rozmowie na dwa głosy :

 

[Ona rozmawia, audycja Agaty Młynarskiej, rozmowa z Wojciechem Młynarskim, Radio Pin, źródło nagrania].

 

[286]. Konfitury.

Ci co mnie znają to wiedzą, że jeśli chodzi, a w tym wypadku tak jest, o skłaskładanki, skakanki, składaki i inne pokłady sinusoidy, to raczej nie dla mnie zabawa. A[n] to logie, wolę ole! A i to z przyprószeniem oka w rosole, jakąś dobrą szczyptą maggi. Dosyć, dosyć jeśli chłodzi o kulinaria, chociaż zamierzam jeszcze coś zaserwować. Jeśli zaś idzie, a idzie spacerologię uprawia, o antologię, to wybredna jestem, i na horyzoncie widzę dwie, może cztery, sześć g[ł]odne posiadania, z tym, że ani jednej nie mam. Chociaż znam. Nie powiem, bo to nie miejsce, ale mościć się mogę napisać. Znam. Introdukcja dedukcji była długa. Zazwyczaj lubię robić własne. Niezbyt rozwlekłe i nie zbyt ciasne, na swój wewnętrzny, prywatny użytek.

I do tej pory  (pora ma znaczenie, choć nie jest to danie Misia Uszatka co spożywa na wieczerzę) do tej pory się zastanawiałam dla kogo są właśnie te, wyprodukowane i przepuszczone przez wykres i ucho nieznajomej osoby w wytwórni. Bo jeśli ktoś/sia zna, i jest zaznajomiony dobrze z twórczością: X, Y, Z i  reszty alfabetu to po co? A jeśli ktoś/ia nie zna, to po co zdawać się na gust obcych osób? I ich wybór? Nie przeciągając (zbytnio) struny, można zdradzić już dzisiejszy album, wydany przez ACT dwanaście lat temu. Lubię wyciągać nieco tylko przykurzone albumy. Może i znane. Albo wprost przeciwnie, To z jaką prędkością dźwięku nabywa się nowe, zapominając już o tych co zasłyszane, a może posiadane [?] brzmi trwożnie, jeśli zdamy sobie z tego sprawę. Kupujemy, jemy, jemy,gros gromadzimy stos. Byle tylko czkała nówka sztu[cz]ka. I tak tego nie zabierzemy…

[Magic Moments 2: The Ultimate Act World Jazz Anthology Vol. VII,Various Artist, ACT, 2004, źródło zdjęcia].
[Magic Moments 2: The Ultimate Act World Jazz Anthology Vol. VII,Various Artist, ACT, 2004, źródło zdjęcia].

Entuzjastki i entuzjaści lżejszego wydania jazzu, takiego, którego doskonale słucha się nie tylko z kubkiem czekolady, kawy, albo czegoś mocniejszego (a może i bez tego), ale za to  w drodze.

Gdziekolwiek ona prowadzi. Miłe dźwięki odnajdą w magicznym pudełku. To fantastyczny album do tego by zaznajomić się z nim  nocą, podczas przemieszczania się z punktu A do punktu B, i reszty alfa i betu. Czasami nawet można bet zamienić na wygodne (bo jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz) łóżko, albo inny fotEL. Będzie lekko, piękniście po prostu zzzzza…!Ma!szyście. :-). Doskonale na słotę, gdy na jesień ma się ochotę, ale na przesilenie okolicznościowe, liczne i  cykliczne, ale (jak ma się rozumieć)  nowe  już nie. To część siódma, ale doskonale nadaje się do tego, by była pierwszą. I czasami jedyną. Może ktoś/ia się skusi? Do własnego poszukiwania i znajdowania? Z koloratur, zachwytu i partytur szykowania, na zimę konfitur? Hę. Hmmm. Takie muzyczne spotkanie wśród znajomych…

[To dla tych co jarrra gitarra, jako ilustracja muzyczna nagranie La Habana A Oscuras, zapożyczone z innej płyty, w prezentowanej antologii znajduje się pod numerem trzecim, źródło nagrania].

Smacznego!

Album: Magic Moments – Magic Moments 2 – The Ultimate ACT World Jazz Anthology Vol. VII
Data wydania: 2004
Wytwórnia : The ACT Company ‎– ACT
Gatunek: Jazz
Czas: 1:01:26

Nagrania:

1. e.s.t. Esbjörn Svensson Trio – O.D.R.I.P. (Radio Edit) *
2. Norah Jones / Joel Harrison – I Walk The Line (Radio Edit)
3. Gerardo Nunez / Paolo Fresu / Perico Sambeat – La Habana A Oscuras *
4. Viktoria Tolstoy – Dear Diary *
5. Terry Lyne Carrington, Greg Osby, Adam Rogers, Jimmy Haslip – Ethiopia *
6. Ramon Valle Trio – Dilsburgh Morning Light *
7. Muriel Zoe – Bye Bye Blackbird
8. Perico Sambeat / Brad Mehldau – Mirall (Radio Edit)
9. Rebekka Bakken / Julia Hulsmann Trio – Same Girl
10. Richie Beirach / Gregor Huebner / George Mraz – Chant (Radio Edit)
11. Huong Thanh / Nguyen Le / Paul McCandless – South Delta Song
12. Marsmobil / Roberto Di Gioia / Till Bronner – Hand In Hand (Radio Edit)
13. Rigmor Gustafsson / Nils Landgren – Makin’ Whoopee
14. ElbtonalPercussion / Christopher Dell – Freak Taeb (Radio Edit)
15. Jens Thomas / Christof Lauer – Be Yourself
16. Nils Landgren Funk Unit – Thank You For The Music *

* Wcześniej nie wydano.

[277]. Uszy[ć].Użyć, tfu, zużyć, żyć by zanurzyć, albo odwrotnie.[Inaczej: Głębia, czyli wrzenie wrażeń].

Nie brakuje Ci jazzu na tym blogu? [Przykładowe wpisy:tutajajajajaj].

Przecier, przecież, w wytartych, starych, ale nie zapomnianych czasach gościł tu, to tu, to tam. Nie, nie napiszę, że się pano, no no no szył. Chociaż artykuły szyte były na miarę (ale nie zdartą). Niech będzie, że się domowił, bo przecież nie za- ani przed- nie chował się między wersjami, wersami, wersalikami, i innymi tapczanami i vice vers[j]a bywał często. Przysiadał do stołu. Może pora powrócić do tradycji pisania, o muzyce? Nie tylko o wydawnictwach, albumach, formacjach? Może. Mnożę pytania. Dorsz. Dość. Ość, by nie stanęła w gardle, bo można śpiewać cienko, cieniusieńko, i będzie to ten, z tych łabędzich…

Powiedziałam, ba napisałam, że jeszcze wyrzeźbię artykuł o ciszy. Tak niewątpliwie, z tym, że musi ona się zestarzeć, znaczy,  stężeć. Bo, ponieważ, gdyż obecnie porządkuje cha cha os. Czyli wtóruję frenetycznemu wybuchowi śmiechu tychże owadoos, a wiadomo, że w tych i tamtych warunkach… Przy szeleszczeniu, zmiętoszeniu materiału, znaczy, zmęczeniu, pisanie (a broń Losie) i publikacja dają efekty mikre, albo: o zgrozo, nie pożądane. Boczne. U-uuf. Para buch. Z uch dwóch.

Miej. Mniej więcej słucham muzyki, ale słyszenie nie uległo zimnie, zmianie, znaczy. Od temperatur i innych temper abstrahując… Można by na odświeżenie napisać o płycie, i to w dodatku nie o chodnikowej, bo jak wiemy, o bieganiu już było. [A ściślej rzecz przypominając mijając tutaj – na ten przykład, a na inny przekład: tu albo wywortnie, tfu, od_wrrr_ot!Nie?].

Dzisiaj będzie przekornie nieco. Małe co nieco. Więcej. Będzie, a w zasadzie, i to nie jednej, już jest, o dwupłytowym albumie, który liczy sobie już siedem lat, jednego z najlepszych pianistów. Koncert zarejestrowany w  Wiedniu, słowem, a może nawet trzema, Volodos in Vienna! Mogłabym napisać wiele, o technikaliach, technice o kolorystyce, pasji, o tym jak prędko wspiął się na szczyt, szczytów, i nadal tam pozostaje (sic!). Mogłabym, ale chociaż raz warto po prostu, po prostej zanurzyć, albo zmrużyć uszy. Tylko, albo aż. Zasłuchać się. Wieczorem zwłaszcza, może być ten, lub owy,  na przekład i na przykład wrześniowy. Taj więc nie będzie o wspomnianych aspektach, tylko nadmienię chybcikiem truchcikiem o skupieniu, które się odczuwa organoleptycznie od pierwszych takt_ów. Uff. A to (jak i wspomniane wyżej elementy) w natężeniu wszelakim pozwala na zanurzenie się, zapomnienie, i zadłużenie w muzyce. Jeśli Ktoś lub Ktosia słucha i szuka prezentów (niekoniecznie, ale może być i również) około gwizdowych, gwiazdkowych, albo innych owych, ten album nadaje się doskonale. Do tego filiżanka lub kubek z dobrą kawą. I gotowe! Wyważenia wrażeń jak nowe.

[3+1]. Trop pro_ (i) wadzący na ulicę Słowiczą.

Gen porażki w sobie miał, albo: wpis okoliczn_ość i_owy:

Szli tędy ludzie biedni, prości
(widziałem ich)
bez przeznaczenia, bez przyszłości
(widziałem ich, słyszałem ich)
Szli niepotrzebni, nieprzytomni,
kto ich zobaczy, ten zapomni
(widziałem ich, słyszałem ich)
Szli ubogiego brzegiem cienia
i nikt nie stwierdził ich istnienia
(widziałem ich, słyszałem ich)
Oni o nas, a my o nich
nic nie wiemy – tylko tyle
że bywają nagłe zmierzchy
i przychodzą pewne chwile
Oni o nas…
Szli tędy ludzie biedni, prości
(widziałem ich)
bez przeznaczenia, bez przyszłości
(widziałem ich, słyszałem ich)
Śpiewali skargę byle jaką
i umierali jako tako
( widziałem ich, słyszałem ich )
Już ich nie widzę i nie słyszę
Lubię trwającą po nich cisze
(widziałem ja, słyszałem ja)

[Szli tędy ludzie, Bolesław Leśmian].

Był świadkiem na ślubie Żeromskiego, tak samo jak i on umarł na serce. I tak samo jak wielbiciel szklanych domów był pisarzem. Bolesławowi, czy Aleksandrowi poświeciłam jeden z pierwszych wpisów, na tym blogu. Dlatego nie zamierzam się powtarzać, mogę jedynie odesłać doń. Nie wiem co obaj panowie sądzili by o Warszawie, takiej, jaką jest dzisiaj, czy byli by za utrzymaniem przy życiu Pałacu Kultury i Nauki, czy optowali by za  jego zburzeniem. Tak, wiem, znam odrobinę historii, ale szybka w sądach nie jestem, tak też wyroków nie feruję.

Czytaj Dalej „[3+1]. Trop pro_ (i) wadzący na ulicę Słowiczą.”

243. Na każdy temat. Albo: O przemianach. W kraju, którego nie ma?

[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III, źródło zdjęcia].
[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III, źródło zdjęcia]. Wszystkie cytaty zaczerpnięte z tego wydania, format ebook].

[Skrócony [od]noś(ni[c]k) do tekstu:  http://wp.me/p59KuC-Qa ].

Nie będę pisać o tym, że książka napisana przez Mariusza Szczygła to obowiązkowa lektura, nie tylko ze względu na treść, ale i formę. Nie będę o tym pisać nie dlatego, że to  nie jest stwierdzenie zachęcające, by po książkę jednak sięgnąć, a jak i sięgnąć to i przeczytać. Rozumiem, że nie każdą osobę interesują przemiany, które zachodziły w  kraju, który już nie istnieje. Proszę także  zwrócić uwagę na to, że pomijam bardzo ważny fakt, taki, mianowicie, że nie trzeba się (nie) zgadzać z Autorem, co do wysnutych twierdzeń, by ową pozycje, która już dawno uzyskała miano kultowej (o tym też nie wspominam) jednak sięgnąć. Gdy mamy już wyjaśnione o czym nie będę wspominała, pozostaje tylko jedno. To, o czym tekst, będzie, a w zasadzie (bo nie w kwasie), o czym jest.

Jestem osobą, która nie specjalnie interesuje się Czechami, (albo: Czechosłowacją) a jednak, to co mnie zdziwiło, to  fakt, że tak wiele — jak na laiczkę — wiem. Ile się ostało faktów, skojarzeń, nabytych „gdzieś, przy okazji”. To niewątpliwie sprawiło mi satysfakcję, niemniej, będąc świeżo po lekturze Gottlandu, utkwiły mi w pamięci cytaty:

„Szanowny Panie Bata, jak żyć?”

„Trzeba porządnie się uczyć — odpowiada Tomik. — Spoglądać wokół siebie otwartymi oczyma. Błędów nie powtarzać i wyciągać z nich wnioski. Uczciwie pracować i widzieć nie tylko swój własny zysk.”

[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III,s.32]

Przyzwyczailiśmy się patrzeć na cmentarz jako miejsce, gdzie trzeba przychodzić, by lamentować. A przecież cmentarz ma, jak wszystko w świecie, służyć życiu,. Dlatego powinien tak wyglądać, by nie straszył, aby żywi mogli go odwiedzać, w spokoju i radości. Należało by tam chodzić jak do parku. Pobawić się, pograć, wspomnieć dobrze zmarłych (…)

[s.43]

Jedna z najciekawszych myśli, zawarta w bestsellerze — jaki Ivana T. napisze na własny temat za pięćdziesiąt lat — będzie brzmiała: „Kobieta jest jak torebka z herbatą. Żeby wiedzieć, jaka jest naprawdę, musisz ją wrzucić do wrzącej wody”

[s.75]

 

Mistrzowsko napisana książka, nie jest ta, która przypnie się do każdego tematu, ale jest polifoniczna w swej wymowie. Truizm? Być może, ale nie: może być. Czytanie to ćwiczenia z patrzenia. I dostrzegania. Okazać się może, że życie to sztuka słuchania, a nie tylko patrzenia. Smacznych cytatów, o sztuce, wyboru, i [wy]trwania w nim jest tu wiele, ale niech każda osoba poszuka i znajdzie swoje, może okazać się, że (nie) całkiem przy okazji zna[jdzie] te, które dotyczą o budowania na różnicach, dziedzictwa kulturowego, czy patrzenia, dostrzegania, i… I jeszcze wielu innych czas_o_wnicków. Kto/sia by się spodziewał/a, że Mariusz Szczygieł napisał książkę dotyczącą rozwoju osobistego? 🙂

***

[Antonín Dvořák: Slavonic Dance in G minor, Op. 46 No. 8 / Sir Simon Rattle, conductor · Berliner Philharmoniker źródł0].

242. Skroplona melancholia.

[Imágenes (Music For Piano),Dino Saluzzi - Horacio Lavandera,ECM, 2015, źródło okładki].
[Imágenes (Music For Piano),Dino Saluzzi – Horacio Lavandera,ECM, 2015, źródło okładki].

Dino Saluzzi jest instrumentalistą, urodził się z muzyką krążącą w żyłach. Proponowany dziś album nie wiadomo, czy należy bardziej do muzyki jak najbardziej poważnej, czy jeszcze do jazzu. Jak wielokrotnie pisałam, obecnie już nie trend, ale właściwość taka jest, że muzyczki i muzycy klasycznie wykształcone i wykształceni zanurzają się w jazzie już całkiem jawnie. Co, oczywiście, w pierwszym rzędzie, na zanurzenie ucha, ma wpływ na rodzaj i fakturę brzmienia. Wyobraź sobie, że siedzisz na tarasie, i słonce leniwie decyduje się zajść za chmury, Ty obserwujesz to, w rękach masz ulubiony napój. Smakujesz rzeczy nie oczywistość, w tle sączy się muzyka… Tak, kompozytorzy/kompozytorki muzyki klasycznej, istnieją, żyją, tworzą, wbrew temu co się powszechnie zwykło uważać… Ba, to co stworzyły/ stworzyli jest słuchane. A wiec to nie tylko pieśń przeszłości… Wychylmy zatem szklanice, po brzegi pełne melancholii, haustem, do dna.. Obracając w palcach zmierzchający już dzień, cień,  nadchodzący sen… Konfitura czasu. Partytura_tura sensu..

Dino SaluzziHoracio Lavandera

Tytuł albumu: Imágenes (Music For Piano).

Data premiery: 22 maja 2015 roku.
Wytwórnia: ECM Records ‎
Czas: 59:06

Lista utworów:

01. Imagenes (10:11)
02. Los Recuerdos (7:26)
03. Montanas (9:18)
04. Romance (3:15)
05. La Casa 13 (5:47)
06. Claveles (6:22)
07. Moto Perpetuo (1:07)
08. Media Noche (5:53)
09. Vals Para Verenna (3:38)
10. Donde Naci (6:10)

Muzyka – Dino Saluzzi
Fortepian: Horacio Lavandera

Nagrano w  Rainbow Studio, Oslo in Listopadzie 2013.Zrealizowano na zlecenie ECM Production.

Skrócony [od]noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-PY