[15+2].[18+2]. Klamry.

Mleczarka lub Nalewająca mleko, ok. 1660, Jan Vermeer, Rijksmuseum, Amsterdam, [źródło zdjęcia]
[Mleczarka lub Nalewająca mleko, ok. 1660r, Jan Vermeer, Rijksmuseum, Amsterdam, (źródło zdjęcia)].

Porządkuje [oczy]wistości. Spojrzenia wejrzeń i podejrzeń. Zmieniam świat , świst, świt na przedpołudnie, to drugie na popołudnie, złudnie marudnie albo wieczór na ten, który oddycha czernią nocy.

Ogląd(_)[m]am. Oglądam.

Ciało.

Swoje. I przesypuje myśli. Klepsydra. Katedra.

Hieronimus (Bosch) i Jan (Vermeer). Zaglądam przez ramię Czesławowi (Miłoszowi). Uczestniczę w życiu zużywając czas_ów_(ni[c]ki). Może zdarzy mi się rozlać czas do butelek, słowników i słoików, dojrzewać będzie po(_)woli nabierać rys[ów] wspomnień. Napomnień. Byle nie świadectw…

}***{

    Ciekawe to doświadczenie, dożyć starości. mniej, niż obawiałem się, myślę o tym, co było, z wyjątkiem chwil, kiedy słabnie wola zwrócona ku temu, co powinienem zrobić dziś i jutro. Przeszłość jest ogromną księgą,  z obrazkami, ale podmiot jej nie ukazuje się wyraźnie, rozchwiany, nieuchwytny, proteuszowo zmienny i przez to zawstydzający. Medytacja pociesza odważaniem strat i nabytków, bo jednak nie tylko się traci: z upływem lat przybywa nam zmysłu architektonicznego i klarowność przęseł, i linii jak w krysztale wynagradza za niedostatek ciepłych barw. Zarazem uczymy się rezygnacji, skoro już wiadomo, że dystansu pomiędzy światem, i jakąkolwiek wypowiedzią nie da się, choć kiedyś mieliśmy taką nadzieję, pokonać.

[Ziemia Ulro, s. 115.]

… starość okazała się gorzką wiedzą , ale także niepokojem, nienasyceniem, i większym niż kiedykolwiek podziwem dla cudowności życia, a także bezustannie utrzymywaną nadzieją, że jeszcze wprawię rękę, i będę podobny do tych japońskich malarzy, którzy dopiero obchodząc swoje dziewięćdziesiąte urodziny, mówili: „zaczynam umieć malować”.

[Zaczynając od moich ulic, s 494].

Cytaty pochodzą z książki: [Traktat o życiu. Myśli wybrane. Czesław Miłosz,Wybór i układ Joanna Gromek – Illg, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2014, s 17-18].

[Aga Zaryan, (też tu) Księga Olśnień, EMI Music Poland/Blue Note Records, 2011, Piosenka o końcu świata, Czesław Miłosz].

Na stronie pierwszej obraz Giorgione, Stara kobieta (La vecchia), źródło.

Skrócony odnośnik do tekstu: http://wp.me/p59KuC-PK

238. Jak malował pan Chagall.

… Tak gra i Sendecki.

Zastanawia mnie fakt, że o tym gorlickim pianiście nikt prawie nie wie. No dobrze, prawie nikt. Nie piszę tu o entuzjast[k]ach jazzu, a i tak jak zapytam, to wiele osób, mówi,tak tak, znam tego dziennikarza, ale co on wspólnego ma z muzyką? No widać, nauka nie poszła w las, tylko zgubiła drogę do feelharmonii. AaaaAle do licha, czy innej cholery co to ma wspólnego z czuciem zestrojenia ze wszechświatem? A no, nasz krajan odebrał klasyczne wykształcenie muzyczne, co zresztą (i bez reszty) słychać, widać i czuć. Chociaż z tym drugim to kiepsko coś, ponieważ gdyż azaliż… Chociaż Sianecki Sendecki  nie tyle (chociaż także) grał z nestorami jazzu, takimi jak Michał Urbaniak, ale przecież sam wyznaczał trendy i ścieżki rozwoju jazzu tego przez wielkie Dż (zwłaszcza gdy romans klasyki z jazzem nie stał się modny). Obecnie zadziwiająco o nim cicho. A szkoda. W czasach gdy spytamy się młodych entuzjastów gatunku, bez zastanowienia potrafią wymienić dwa nazwiska: Możdżer, i Pawlik (ze względu na przyznanie nagrody Grammy). Tak, tak, już słyszę to brzydkie słowo na K….Komercja, oczywiście, nie wiem o czym pomyślałeś/ pomyślałaś.  No, ale przecież jazz w swym zamyśle i istocie (zwłaszcza instrumentalny) jest:

a) intertekstualny (mam świadomość, że zapożyczam termin przynależny do literatury)

b) przechodzący ponad granicami reguł

c) różnorodny.

Wiem, wiem Piano Sendeckiego jest dosyć niedzielnogeometryczne. Wiem! Przypomina mi trochę grę Evansa. Odwołania malarskie też nie są bez znaczenia. Wiem, też że pianista nie rozpieszcza słuchaczek i słuchaczy, wydając albumy bardzo, ale to bardzo rzadko, zwłaszcza  takie jak ten: solowe. Co jest dosyć niespotykane wśród muzyków, a wśród jazzowych tym bardziej. Zwłaszcza jeśli pracuje się wśród tych, którzy (które) już uznani zostali i namaszczeni przez publiczność mianem niezapomnianych…

New York Village Voice uznał Sendeckiego za jednego z pięciu najlepszych pianistów na świecie, nie piszę w celu etykietowania, tyle, że naprawdę mało wiemy o Władysławie. Bo nam pamiętać nie kazano. O osobie, która współpracowała (w znaczeniu nie podnoszenia rangi, grzania się w blasku czyjeś sławy, ale nauki i synergii) z takimi osobami jak:  Randy Brecker (a właśnie polecam również duet Brecker & Pawlik) , Marcus MillerLarry Coryell. Album doskonały na weekend, podchodzący już lekko pod wieczór… Jeśli jesteś zainteresowan_a/y by wątki muzyczne pojawiały się częściej, daj proszę znać w komentarzu, i koniecznie jeśli tego nie zrobiłaś/ zrobiłeś wcześniej zajrzyj do treści spisu.

Artysta: Vladyslav Sendecki
Tytuł albumu: Piano
Realizacja: 2007 rok
Wytwórnia: Provocateur
Długość albumu: 58′:44”

Spis utworów:

1. Thousand Island Park
2. Variations
3. Chagall Suite Part 1
4. Chagall Suite Part 2
5. Chagall Suite Part 3
6. Donne Variations
7. Vicius Circle
8. Friendly Garden
9. Harlequin
10. For All Lonely People
Muzycy/Muzyczki:
Vladyslav Sendecki, piano

 

Skrócony odnośnik do tekstu: http://wp.me/p59KuC-P7

[22+1].[122+3][146+2]. Wpis do przeczytania noc[n]ą [porą].

Noc zapada miękką czernią w widzialną rzeczyoczywistość. Skrapla się świat w odcienie czarnego inkaustu.

Rozlewa

konfiturą z czasu

Geometria [wy]dźwięku zawładnęła przestrzenią: Kroków nikt nie wymiótł ze schodów, krzyków nie ugłaskał, myśli nie ukołysał, czynów nie obłaskawił. Śmiechów  nie rozplątał.

I zapach zostawił.

  Ale to wszystko  gdzieś

Dalej.

Głębiej.

Ciszej…

Czcionka poupychana w zdania złożone równo zamknięta w książkach oddycha.Miarowo znaczeniem na[d]danym. Koszule schną na sznurze. Łysa żarówka podgrzewa tlące się wspomnienia podtrzymując w nich usychające życie. Kształty przedmiotów rozprostowują krawędzie znaczeń. Noc dyszy ciężko, czasami snów nadgryzana po woli. Powoli…  

♣♣ ♣♣ ♣♣

Gdybym miała polecać muzykę na rozpoczęty właśnie grudzień, to z pewnością nie omieszkałabym wrócić do znanego nam już Jeroena van Veena. Dwupłytowy album wydany trzy lata temu doskonale nadaje się do słuchania wieczornego. Estoński muzyk Arvo Part  jest doskonale znany polskiej publiczności. Zaprzecza tezie, że muzyk klasyczny to ten, który żył :”od_” „do_”, miał: „okresy”, i oczywiście- już dawno rozstał się z życiem. Bo takie niestety panują powszechne przekonania. Abstrahując od tychże, możemy zmrużyć uszy i  zanurzyć się niespiesznie w fakturze dźwięku. Wypić go do wybrzmienia nuty ostatniej. Jeroen van Ven znany jest z geometrycznego grania.  Przecież to nic innego jak minimalizm, ale jakże inny, niż ten do którego nas przyzwyczaił.

To tak jakby przyłapać świat na wrzącym uczynku, zwalniając kadry. Tu opada liść, tam zarzucają się czerwienią korony drzew, jeszcze dalej pająk czyha w swojej sieci, światło obłaskawia kształt, a cień oddycha miarowo po drugiej stronie ulicy. A może, wszystko to sen? I tylko pozostają kręgi na wodzie?

♣♣ ♣♣ ♣♣

Oddychaj

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wyyyy de  chhhh

♣♣ ♣♣ ♣♣

Jeroen Van Veen, Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music (2 CD). [źródło zdjęcia].
Jeroen Van Veen, Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music (2 CD). [źródło okładki].

Artysta: Jeroen Van Veen
Album: Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music
Kompozytor: Arvo Pärt

Data wydania: 1 listopada, 2013 roku
Wytwórnia: Brillant Classics
Rodzaj: Muzyka klasyczna
Czas łączny: 1:59:12

Spis utworów:

CD I
1 Für Alina No.1 (1976) 20’18
2 Variationen zur Gesundung von Arinuschka (1977) 5’56
3 Ukuaru valss (1973, rev. 2010) 2’54
4 Für Anna Maria No.1 (2006) 1’21
5 Für Alina No.2 (1976) 2’42
6 Spiegel im Spiegel for Two Pianos* (1978) 8’25
7 Pari intervallo for Two Pianos* (1976, rev. 2008) 5’28
8 Hymn to a Great City for Two Pianos* (1984, rev. 2004) 5’14
9 Fratres* (1977, rev. 1980) 11’26
10 Für Anna Maria No. 2  (2006) 1’09
11 Für Alina No.3 (1976) 3’15

Czas albumu 68’15

CD II
1–4 Vier leichte Tanzstücke ‚Musik für Kindertheater’ (1956–57) 7’39
I. Der gestiefelte Kater
II. Rotkäppchen und der Wolf
III. Schmetterlinge
IV. Tanz der Entenküken
5–7 Sonatina No.1 (1959) 7’16
I. Allegro
II. Larghetto
III. Allegro
8–10 Sonatina No.2 (1959) 5’42
I. Allegro energico
II. Largo
III. Allegro
11–14 Partita Op.2 (1958) 7’19
I. Toccatina
II. Fughetta
III. Larghetto
IV. Ostinato
15 Für Alina No.4 (1976) 23’07

Czas albumu: 51’11

Jeroen van Veen, fortepian
*duet na dwa fortepiany z Sandrą van Veen

Nagrano w marcu 2013 roku.

194. Zagraj to jeszcze raz, John!

Dziś, dla odmiany— będzie o muzyce.

I zupełnie nie spodziewanie, o jazzie.

Po serii wpisów lekkich, łatwych i przyjemnych, para w świst, wróć, pora (pora na dobranoc, bo już księżyc świeci, a nie, ja jeszcze przed kolacją)a więc jeszcze jest jedna pora (chociaż Vivaldi twierdzi, że jest ich cztery) pora wkroczyć na dawne ścieżki mylenia, myślenia. (Oto kilka przykładów: pierwszy, drugi, i niech będzie… Trzeci).

Mam serię zaległych tematów, tematów, nie tylko muzycznych (kto(sia) by się podziewał/a? które jeszcze nie ostygły, nie rozprostowały czcionki, ale wszystko po woli i powoli. Jeśli macie pytania to zapraszam.

Stało się, wracam.

Wracam do klasyki, gatunku. Ra_tu_n_ku_, nie:ratunku, nie, raczej: ku,czyli: na spotkanie. A nie, na rozstanie. Na rozgoszczenie się, a nie na zaprzeczenie. I najważniejsze, nie na gombrowiczowskie: jak zachwyca jeśli nie zachwyca!? Sytuacja przypomina trochę tą, z układaniem puzzli bez obrazka, nagle wszystko się składa. Można spokojnie odetchnąć. I słuchać. Jak już wielokrotnie pisałam, nie rozumiem, tego pędu do kanonu.Do zaznajomienia, do konieczności, znajomości. Musisz,musisz, musisz, znać kanon, (zresztą nazwa tej inaczej się pisze) i nie chodzi tu o firmę, takie dawanie glejtu, mówienie o tym kto(sia): tak n a p r a w d ę, a kto(sia) tak na kłamstwo.  Oczywiście, kontekstualne to stwierdzenie, trudno by ktoś kto wykłada na uczelni wyższej nie znał podstaw, ba, powiązań, oddziaływań etc.

Lubię dzieła Wilhelma Sasnala (dzisiaj bardziej znany za granicą naszego kraju, niż w Polsce). Tak, kto(sia) może zakrzyknąć, to może było by novum dekadę temu, albo i wcześniej, ale dziś, dziś to przecież klasyka, ręce same składają się do oklasków. A oczy do spoglądania tego co mieści się między geograficznymi kształtami. Oglądam jego dzieła, widzę, nie tylko jak, ale i co maluje, kadruje, bel, szarość, czerń, balans, wyrwane z kontekst_tu. Spostrzegam rys opowieści, z jednej strony,z drugiej- architektoniczność (wszak to  biograficzna logiczność). Palimpsestość. Akademia Sztuk Pięknych nie była jego pierwszym, macierzystym kierunkiem, w tym właśnie upatruje się niezwykłość spojrzenia tego Artysty.

 Kubek mocnej czarnej z kropka spienionego mleka, i dobra muzyka. Albo bardzo dobra. Wsiądźmy zatem do pociągu nie byle jakiego, ale do niebieskiego ale najbardziej doczesnego. Oto nie kolej na kolej, ojej kolej na  kol… ej kolej na cool Coltraniea, a pociąg do jazzu, przez Wielkie radosne Dż.

[John Coltranie i jego Blue train. Blue Note, 1957, oryginalne nagranie, to jest późniejsze, bo sprzed dwunastu lat].

Płyta ukazała się w czasie gdy Louis Armstrong, oświadczył, że nie będzie uczestniczył w zorganizowanym przez rząd USA tournée po ZSRR. Powodem tego oświadczenia były rasistowskie wydarzenia w Little Rock, a austriacka wyprawa weszła po raz pierwszy na wierzchołek ośmiotysięcznika Broad Peak w Karakorum. W Polsce zaczęto wydawać Filipinkę. W Kościół Mariacki znów przywitał ołtarz stworzony przez Wita Stwosza, wywieziony do Niemiec w czasie II Wojny Światowej.

[***]

Świat już zna Johna, tego najzdolniejszego ze zdolnych saksofonistę. Oto on, grał i z Dizzy (i) Gillespiem, a potem z Milesem (i) Davisem. Zestawienie imion i nazwisk nieprzypadkowe.  By wymienić tyko tych dwóch Ów. Uff. Gigantów Jazzu. Gigant steps chciało by się napisać… Gdy jest się wśród utalentowanych i oddycha się tym samym powietrzem i tą samą frazą, nie trudno jest czynić kroki siedmiomilowe kroki. Takie życia uroki. Na przyszłość przepiękne widoki.

Młody (jeszcze wtedy), zdolny (jak zawsze), do  tego: ambitny, z werwą, nutą nonszalancji i bez pretensji do świata wyrosły z ubóstwa stał się bóstwem. Umarł by zmartwychwstać. Z objęć nałogu do zwrócenia się ku Bogu.

A wszystko z muzyką na planie pierwszym.

Trzydziestojednoletni saksofonista, mógłby powiedzieć,że Był już wtedy rozpoznawalny w muzycznym świecie,  grywał z innymi Wielkimi. Zwłaszcza jeśli Kto(sia) zna punkt startu muzyka.

To jednak, co pozwoliło mu się zapisać złotymi zgłoskami w świecie (nie tylko jazzu) miało dopiero nastąpić. Miało, i nastąpiło (nie jednej osobie na odcisk- też).

  To co zaproponował ten muzyk i jemu podobni patrzyło dalej, wyciągało ucho, poza horyzont zdarzeń. Dziś to oczywista, oczywistość, ale wtedy to były Znaki Objawione. Niezgoda na Nudę, zanucić znaczyło zanudzić. Śmiało można powiedzieć, że to co proponowali Koledzy Coltranie’a  to głos przemiany pokoleń. Idzie i brzmi nowe. Pstryk! Zmiana, przemiana.  To już nie swing, do kolacji dla owych i tych bogatych państwa, ale nowa mieszanka wybuchowa. Jazz miał się stać tym, z czym dziś jest nie tyle kojarzony, co więcej- utożsamiany.

Mało kto pamięta początki jazzu, taneczne, wieczory, przy dużych składach, czy orkiestrach, ach, (patrz proszę na przełomie lat 20. i 30 ub. wieku polska Adria -no mniej więcej, bo wtedy Polacy i Polki uczyli się jazzu, zaczynali pojmować, że coś takiego w ogóle- i szczególe- istnieje…) Oczywiście, że są imiona i nazwiska (zestawione razem), które każda entuzjastka, i entuzjasta jazzu pamięta np Miller, Glen Miller, ale to John gra tu pierwsze skrzypce, pierwszy saksofon. Można powiedzieć, że Miles uratował trąbkę (od skojarzeń militarnych i tych związanych z władzą), a John Coltranie saksofon (od tych samych).

Niesamowitość tego albumu nie polega tylko na tym, że i fanka rocka i rock and roll ‚a i jazzu, gry rozbudowanych składów,  odnajdzie coś dla siebie. Zazwyczaj twórcy twórczynie, którzy/które ujarzmili/ujarzmiły historię uchwycili kilka ważnych czynników, poza własnymi niezaprzeczalnymi umiejętnościami pojawili się w TYM momencie historii świata, czyli w szerszym- najszerszym kontekście sojospołecznym, to wszystko razem wymieszane i podane daje efekt urodzenia bestsellera.

[John Coltranie 1963 rok, źródło zdjęcia]
[John ColTranie 1963 rok, źródło zdjęcia].

To takim personom jak Parker, czy Davis, i w końcu John Coltranie przyjdzie nadawać ton. Bon ton. „Dziwnym trafem”, wszyscy troje ze sobą koncertowali, nagrywali, więc pisanie o wzajemnych inspiracjach było by truizmem.

To wtedy zrodził się bebop,i  cool jazz, i pomiędzy tymi dwoma podgatunkami znalazł się młody saksofonista, który dołożył swoje kilka nut  w wersji hard i kilka kluczy i zaproponował to, co dziś zaliczamy do klasyki gatunku kurs niebieskiego pociągu. Nie jedna osoba za tą sprawą poczuła pociąg do jazzu, ale powiedzieć/ napisać, tylko,że John C dołożył kilka akordów, to było y zbyt mało. Mało zbyt.

Tak więc można powiedzieć, albo w tych okolicznościach przyrody napisać, że kanon zaczyna się od zaprzeczenia zaistniałym regułom, istny oksymoron przyłapany na wrzącym uczynku a więc tworząc nowe, rodzi się z niezgody, albo buntu. Ot, wewnętrzna sprzeczność.

No bo jednak nie jest to nowy gatunek, ale chociażby bebop w wersji dla tych, tych, zaawansowanych i  modalne postrzeganie jazzu, czyli takie konstruowanie improwizacji gdzie podstawę tworzy poszczególny akord i jego pochodna, Coltranie to jedynie cząstka całości, jedna, fascynująca, ale takich (na szczęście) jest wiele. I to stanowi o różnorodności, i pięknie (nie tylko) muzyki.

Trzymając analogową, albo cyfrową wersję tego albumu, mamy w ręku kawał historii. Momentu, w którym rodziła się nie tylko kultura różnych grup społecznych, ale owa, przeklinana do dziś popkultura  której nie chciał dożyć Witkacy, upatrując w niej przekleństwo, klątwę największą. I unicestwienie. I koniec Wolności. Koniec Sztuki. Taki kierunek jak free, musiał więc nadejść.

Można powiedzieć, że rodziło się wszystko, ale to by było nadużycie, po pierwsze, nie wszystko, po wtóre, tylko obszerna część tego co dziś poczytujemy, przyjmujemy za oczywistą oczywistość.Pewnie dlatego tak łatwo nam sądzić, że dziś już nie ma nic do odkrycia (a może to i owo do zasłonięcia

Oto wyrosły w biedzie, Czarny chłopak, który zapragnął grać jazz, oczywiście sława, która go oblepiła swoimi pięknymi wiotkimi makami również zapachniała narkotycznym transem, tym, w który skoczył Parker, i tak jak wielu jemu podobnych, tak i dla niego była to droga bez powrotu. Tego losu uniknął zanurzony i wykąpany w naroktyczno- alkoholowej kąpieli Tranie, który po wielu wyboistych wycieczkach osobistych zdecydował się zwrócić ku Bogu.

Dlaczego ten album odniósł sukces?

Poza czynnikami wymienionymi wyżej,  nagrali go ludzie, którzy doskonale się rozumieli, i wiedzieli co chcą osiągnąć, i czemu zaprzeczyć, co przyjąć, zaproponować, a co odrzucić. Czy mogło być inaczej skoro zjedli razem nie jedną partyturę? Znalazło się tu wszystko. Czy mogło być inaczej jeśli funkcje lidera pełnił po raz pierwszy (choć to także jest dyskusyjne) John, mógł zatem zaprosić takich muzyków jakich chciał? Balans między improwizacją i tematem. Płynna podróż bez przesiadek. Raczej nie pendolino, ale kolej transsyberyjską. A może szybka, gibka przejażdżka na diabelskim młynie?

Na tej płycie nie słychać szwów, ale wsiadając do niebieskiego pociągu możemy podziwiać widoki. Mówi się, i wiele czcionki wylewa na temat tego jak(i) jazz jest trudny, ale gdy posłuchać nam przyjdzie bez uprzedzeń i etykietek możemy zobaczyć i usłyszeć i poczuć, jaki on jest piękny. Chociaż czasy grania free, dopiero nadejdą, wraz z natężeniem kultury masowej rośnie –pęcznieje– także kontra:smakowanie free jazzu, płyta ta jest doskonałą forpocztą tegoż.

Wiadomo, muzyka także podlega modom [patrz proszę, a może poczytaj: minimalizm] i to co dziś nazywamy free, jest bardziej, bardziej, bardziej drapieżne, wyrwane z kontekstu, czyli na przód, czyli to co uczynił z bopem niegdyś John, czynią z free entuzjastki i entuzjaści jazzu. Blue train, choć sam zaprzeczał klasyce, sam też się nią stał. Uproszczeniem jest sprowadzenie dwóch słów (John Coltranie) do dwóch słów (Blue train). I choć dodane dwa do dwóch zawsze daje cztery to warto zauważyć, że John dokąd tworzył zawsze był w awangardzie. Wyznaczał szlak. Widział więcej. I słyszał. I czuł. I na szczęście, zostały albumy, do których można sięgnąć. Tak wiem, prawie każda osoba zestawi jego nazwisko, z tymi wspomnianymi powyżej. Tak wiem, wiele osób powie: to geniusz jazzu. Tak wiem, i ja przywołałam imiona i nazwiska nie przypadkowe, znajome i nie nowe, ale samego Coltranie’a dla siebie odkryłam późno, Później, niż później. Co nie zmienia faktu, że pawie pięćdziesiąt dziewięć lat od premiery albumu John ma dalej coś do zaproponowania, coś do przypomnienia, i coś do pożyczenia (Szymborska powiedziała, że wszystko na tym świecie jest pożyczone) Życzę Wam więc dobrego słuchania.

Aaaaaaaa  a Sasnal?

Dlaczego zaczęłam od niego? A dlaczego nie? Wolność skojarzeń. Po prostu.  On czy to w filmie, czy malarstwie zaprzecza kanonom, i to nie jest novum, jeśli patrzymy na Artyst[k]ę, jak również to, że ma COŚ do Przekazania, i nie jest to czek, albo spadek. Dziwi mnie jedynie fakt, że jest tak mało znany w naszym kraju. Tak, zwłaszcza ten ostatni argument.

—-

W zamieszaniu, tj. w podróży niebieskim pociągiem udział wzięli:

John Coltranie- saksofon, Kenny Drew – fortepian
Paul Chambers – kontrabas, Curtis Fuller – puzon
Philly Joe Jonnes – perkusja ,Lee Morgan – trąbka

191. [Trzy szybkie].(5).

Znam i takich znawców i znawczynie jazzu, którzy (które) wiedza kończy i zaczyna się na tym co nagrał Leszek Możdżer,a i to wiele. Uważają, że wiedzą wszystko, ale gdy przychodzi do podania ulubionego wykonawcy, czy wykonawczyni, podają tego, który jest stricte popowym, ale kojarzą, znaczenie i zbieżność słów Leszek i Możdżer, i wiedzą, że to nie jest przypadek, ale na pytanie o ulubiony album, albo propozycję tytułu — mówią: Nie wiem, nie słuchałam/em. Tak, tak nagrał wiele, to prawda, ale nie chodzi o ilość, nawet o jakość nie chodzi. Tylko o dozoru pozór. Gdy podaje te, najbardziej znane, także echoooo. Ooooo. Nie będę się roztkliwiać i rozwodzić nad tymi znawczyniami i znawcami, bo ślubu z nimi nie brałam.

Dlaczego więc o nich wspominam,i to w zdaniu pierwszym? Otóż, dlatego, że odrzucając pierwszą warstwę, która się nasuwa sama, nachalnie i banalnie. Pytanie brzmi, co można zaproponować tym, które i którzy chcą zaprzyjaźnić się z jazzem? A zdarzyło im się wiedzieć o istnieniu Leszka Możdżera. Co można zaproponować, tym, które i którzy chcą zacząć przygodę z jazzem? I się zarazić, a nie zrazić, i być może zanucić, a nie zanudzić. Oto kolejny wpis, z cyklu: Trzy szybkie.

O przyjemnych niezobowiązujących i popowych (a może tylko przystępnych?) wokalach jazzujących pisałam wcześniej, tak więc idąc tropem tury klawia. Mogę spokojnie zarekomendować rześki, energiczny, kipiący ekspresją,(presja stała się eks? Nie, nie presji nigdy tu nie było)  jazz  w wykonaniu Michaela Wollnego, tak tak panowie się znają. Zdarzyło się im razem występować (np w Berlińskiej Filharmonii). Łączy ich (Wollnego i Możdżera) także wspólna wytwórnia. Pierwszy jest zdecydowanie osobą poszukująca w sposób ciekawy. Jeśli ktoś/ia zapragnie sięgnąć to spokojnie po dwie ostatnie płyty można sięgnąć śmiało. Michael znany jest ze współpracy z Heinzem Sauerem, ale także z innymi muzykami, można spokojnie podrążyć ten temat i sięgnąć po albumy osób z którymi współpracował.

Muzyk potrafi śmiało i sprawnie żonglować motywami muzycznymi nie ma w tym ani półnuty pozerstwa, czy wywyższania się, w trio na równych prawach słyszymy i basistę i perkusistę. Nad biegłość i żonglowanie gatunkami wybija się na plan pierwszy radość muzykowania. [O Wollnym wspominałam również przy okazji pewnego pudełka, i harmonii). Weltentraum to śmiała opowieść, tak, tytuł może być dla nas znajomy, a i na ową ekspresję nie pozostaniemy obojętne i obojętni. Ciekawe w jakim momencie swojej biografii muzycznej będzie za lat dziesięć, albo dwadzieśćia?

Kolejnym pianistą jest Marcin Masecki ze swoimi Mazurkami. Można powiedzieć, że spokojnie wpisuje się w nurt muzyki minimalistycznej, grając na strukturze, z drugiej, nie traktuje muzyki klasycznej jako odrębnego, zakurzonego bytu. Mam wrażenie, że od tego postrzegania muzycy młodego pokolenia odchodzą. Bardzo częstą by nie napisać nagminną praktyką jest sięgnięcie po klasykę i przeszarżowanie jej. Którą z dróg podąży Masecki,czas pokaże, a ucho usłyszy. Wykształcenie i nagrody to jedno, muzyka drugie. Chociaż bywa, że idą w parze, a para nie idzie w gwizdek. Tak, grody i na,  niewątpliwie mogą przyciągnąć naszą uwagę, a człowiekowi, który pracuje na rozpoznawalność swojego nazwiska jest łatwiej zostać zauważonym. Niewątpliwie Mazurki są ciekawą propozycją.  Warto się w nie wsłuchać. Pójść za propozycją pianisty, przyjrzeć się co jeszcze znajduję się w muzycznym spektrum wrażliwo[ln]ści i uwagi. Z utytułowanymi artystami jest taki kłopot, że warto przyglądać/ przysłuchiwać i dotykać tego co i w jaki sposób robią odsuwając wiedzę na temat nagród (nie dlatego, by były one niesłuszne, ale dlatego by móc czerpać z danej perspektywy najbardziej i najpełniej, nie dekoncentrować się).  Bez przymusu, ale z możliwością tylko wtedy możemy dotknąć przyjemności słuchania.

Trzecim albumem jest Moments, przedostatni album wspomnianego już Sławka Jaskułke, uczcił w ten sposób narodziny córki. Chwytał momenty zanurzał  w barwach kontekstua[ktua]lnych dźwięku. Mimo tego, że koncertować mu przyszło na chyba wszystkich kontynentach z czołowymi przedstawicielami gatunku, nadal w Polsce jest mało znany. Oczywiście, dla tych co zanurzeni są w jazzie, nazwisko Jaskułke, łatwo można umieścić na partyturze. Pięćdziesiąt pięć minut entuzjazmu i kojącego ciepła. Tak w skrócie można określić album. Piszę o nim gdyż łatwo go przegapić, a szkoda…

Niewątpliwie wrócimy, i to całkiem niebawem, do dokonań pianistów. Może już teraz macie swojego faworyta, albo tego- o którym chcielibyście wiedzieć więcej?

Oczywiście, w słuchaniu tego co proponuje Leszek Możdżer nie ma nic złego.Więcej, na albumy czekam z uważnością i radością. Pierwszy muzyczny wpis na blogu, właśnie dotyczył jednego z nich. Oczywiście, że znajdą się krytyczki i krytycy tego co, w jaki sposób, w jakim stylu robi Leszek Możdżer… Cóż… Można wzruszyć ramionami i słuchać.

I można na tym poprzestać. I się tym cieszyć. I każdej osobie wedle potrzeb. I wiedzy. Właśnie o nią tu chodzi. Biega. Warto wiedzieć, że warto [po]słuchać, i nie jest prawdą, że w muzyce posłucha, i że wszystko już było. Trzej panowie, zostali obsypani nagrodami, nie jest tak, że grają sobie gdzieś tam daleko… Daleeeko. Warto zanurzyć uszy. I zmrużyć oczy. By dać się ponieść i zaskoczyć. Wspólny mianownik trzech zaproponowanych płyt? Każda osoba znajdzie swój, to niewątpliwe.
Z jednej strony są aktualne, rymorytmiczne, z drugiej, widać, słychać i czuć tę radość muzykowania, z trzeciej może będą rodzajem forpoczty do zanurzenia się w jazzie, albo i poszperania w klasyce gatunku? PSI.Spokojnie, można sprezentować na okazję wszelaką.

PSII. Dobrego, wollnego, może nieco leniwo-uważnego weekendu…

190.[Jazz jest]. Sztuka łączenia (wielo)kropek.

Jazz is not dead, it just smells funny.

[Frank Zappa].

Olga Tokarczuk obwołana AntySienkiewiczem została wyróżniona nagrodą Nike 2015 roku. Co ciekawe, i Henryk i Olga piszą na przełomie wieków. I on, i ona zupełnie inaczej rozumieją historię. On kobiety upycha w tradycyjnychrolach niewidocznych, miłych,uległych, kochanek, druga przywołuje kobiety z Zapomnienia i Mgły. Nie czytałam. Jeszcze. Recenzji nie będzie. Zostawiam na zimę, tylko nie wiem, którą. Tomasz Mann, w Czarodziejskiej Górze, pięknie pisze o muzyce. Bezczelnie go podczytuje. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wstyd jest nie czytać grubych książek, zwłaszcza tych uznanych. Zupełnie nie wstyd zaś nie znać historii muzyki, albo malarstwa. Tak, oczywiście, nie nawołuje do rzeczy niemożliwych, Znania się Na Wszystkim. To jest nieszczęście, drugim jest to, gdy jesteśmy o tym przekonani. Tak więc zostawmy owe. Jak zacząć? Już trochę pisałam o tym. Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy, ciekawość rozumiana różnie i różnie powodowana. Nie od razu, nie zawsze,”trzeba” zacząć od Bacha (chociaż są i tacy którzy polecają :)). Choć aha jest bardzo pomocne.

Jazz jest nieodwracalnie podszyty buntem, dlatego też,  niebezpieczny jest dla dyktatur. Różne kwestie mogą przywodzić do jazzu, moda, wiadomo, liryzm tak w słowach jak w partyturze im głębiej wchodzimy w filozofię i świadomość dźwięku mamy okazję zobaczyć i doświadczyć więcej, bardziej. Dziś, zostawiam tylko tę uwagę, a album, lekki, liryczny. Nośny. Bez opasłych ksiąg.

Przeglądając, podpatrując i nasłuchując ten blog, można się przekonać, jeśli by ktos/ia tego potrzebował/a, iż zdecydowanie jazz nie umarł, i czasami śmieje się do nas zabawnie. Jak to wieszczą niektórzy ani jedno, ani drugie nie umarło, choć wieszczono to już i muzyce klasycznej i jazzowi, co więcej wspomniane dwa gatunki bardzo często idą w parze, i ta para nie idzie w gwizdek, a jak już się zdarzy to jest to To! (Bo tak się składa co dla jednych jest gwizdkiem, dla drugich jest gwizdkiem…) Jazz, dwa, trzy,  jazz, dwa, trzy  jazz wraca tutaj, gdzie już zdążył się zadomowić.  I nie jest to partaczenie czytatur**, wróć czytanie partytur, bynajmniej, albo by [jak] najmniej, albo przyjemniej przy(_)najmniej , czyli nie tylko.

Przecież skłonność improwizacyjna wpisana w jazz przypisuje się temu, że pierwsze wykonawczynie i wykonawcy nie znali nut! Zatem pytanie jest, czy podbudowa teoretyczna i praktyka szkoły muzycznej, szkodzi, czy pomaga? Nie rozstrzygniemy tego sporu, przypatrując się muzyczkom i muzykom bardzo wielu z nich korzysta z  doświadczeń klasycznych, jest na to zapotrzebowanie na rynku. Przy czym rozgraniczam dwie kwestie: uczestniczenia w szkole muzycznej i czerpania zeń, oczywiście, pewne nawyki zostają, czy tego chcemy, czy nie. Chociażby umiejętność frazowania, czy wspomniana, czytania pary z tur, party tu, znaczy partytur.

Jeśli jesteś osobą, która wiernie (nie mydlić z biernie, albo binarnie) czyta zawartość blogu, to wiesz, że ja chromatycznie i chronicznie nie lubię, nie uznaję, i nie widzę sensu w dzieleniu muzyki na gatunki jeśli się jej słucha. Oczywiście takie postępowanie ma sens, i bywa pomocne np w dostrzeganiu pewnych prawidłowości, wynikowości, w pewnej wnikliwości badaczki dostrzeganiu prądów i mód. Co się tyczy słuchania, tu najważniejsza jest prawdziwość muzyki i szacunek dla osób ją tworzących, czyli do nas wszystkich.

Wiele pytań i odpowiedzi daje nam Jazz. I to tu, to tam, będą nam one wyłazić spod Kantów i rogów i obojów. Oboje, właśnie. Obój to najstarszy instrument w drzewie, to on podaje orkiestrze dźwięk, by mogła „się nastroić”, ale  żeby nie zanudzić, bo zanucić jest tu trudno, to przystąpmy po tej przydługiej introdukcji do prezentacji płyty.  Zastawiałam się, czy aby nie zaproponować coś z kanonu, albo czegoś z nowości, albo jeszcze coś z innego klucza (wiolinowego lub basowego), ale w końcu odłożyłam dywagacje wszelkie na bok i proponuje album Ten. Dlaczego właśnie Ten, a nie inny…

Po części dlatego, że jest to nawiązanie do tego co już się zdarzyło, po części dlatego, że go słucham z przyjemnością- co jest oczywiste, po części dlatego, że nie wahałabym się sprezentować go osobie, która nie słucha jazzu, ale ceni jak to się często mówi: dobrą muzykę i po części zważywszy na konstrukcję albumu. Ten, tego, tej płyty znaczy się. Słucha się…

[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok, źródło okładki].
[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok].

Jason Moran. I jego zespół. Obchodzą dziesięciolecie, a że nie mijają go z daleka, i manierycznie, ale szanując to co za i przed nimi to wydali płytę. Wszak okazje czynią naszą płyto_tekę bogatszą. Gdyby sądzić ją tylko po okładce, jest niepozorna. Dziesięć czarnych kropek, nie przywodzą na myśl żadnych skojarzeń, bo ani to układ stresyjny sesyjny zespołu, ani pianista przy swym parapecie, próżno nawet szukać nazwy zespołu, albo tytułu albumu. Nic. Nic. Nic. Po powierzchni, wszystko dzieje się w środku.

Chociaż jej treść można śmiało odnieść (byle nie od_nieść) do oszczędnego charakteru okładki zaprojektowanej przez Adama Pendeltona. Zwięzłość i skromność bardzo mi gra. I pasuje i nie psuje. Jest lekkość i radość. I zwarty styl. I rytm. I zabawa. Ludzie, zwłaszcza nie słuchający jazzu na co dzień szukają w nim właśnie cech wymienionych powyżej, które stanowią o jego przystępności. Gdy jednak przysłuchamy się uważniej mrużąc uszy usłyszymy nie tylko nawiązania do tych, którzy już byli, i ode_grali (sic!)ważną rolę w biografii muzycznej Morana. Może ktoś/ia sięgnie po klasykę? Wtedy Monk nie będzie kojarzył się li tylko z detektywem, który ma nie tylko antytalent do rozwiązywania zagadek, ale także wiele fobii, a z pewnym muzykiem (Crepuscule With Nellie),a Holiday z wakacjami,  dyle (i innymi) matami: SPA-ć, czy nie SPA-ć?—-Oto jest pytanie…Ale z Billie Holliday (Pas De DeuxLines Ballet utwór napisany do stawienia, strawienia, przedstawienia baletowego), w Feedback Pt. 2 czuć posmak Hendrixa, w  Gangsterism Over 10 Years — Davisa. W To Bob Vatel Of Paris —Byarda. A w nagraniu wcześniej odnajdziemy tropy: Mala Waldrona i Andrew Hilla (tego ostatniego był uczniem). Jest jeszcze co najmniej jeden ukryty dowód na to, że muzyka  nie jedno ma Imię to pamięć, także Morana o  Conlonie Nancarrowie. Są też tu od(-)nośniki do klasyki…

Ale i bez odnajdywania tych tropów i tripów album jest skondensowany. Stanowi całość (dobrze, że nie całą ość). Opowieść, czyli to co następuje po wieści. Mnie przekonał. Nawet nie musiał, gdyż wystarczy, że dałam się prowadzić dźwiękom zaproponowanym przez Morana,   Waitsa i Mateena.Wystraszy, znaczy wystarczy grać, i nie jest to gra na zwłokę.

W gruncie rzeczy i rzeczy lotnej płynności jazz bywa łączeniem kropek, ale liczy się wszystko to co dzieje się w międzyczasie. Taka to rozgrywka! Bez popisów, ale nie znaczy, że bez [po]lot_ów. Dobry, album na zaprzyjaźnienie, a nie na zadrażnienie się z jazzem. Osoby, których doświadczeniem życiowym, długo trwającym i niemijającym (ani rozmijającym) jest słuchanie zzzuja właśnie także znajdą tu wiele dla siebie, bo to po prostu dobry album jest. Do tego co tworzy Jason Moran na pewno wrócimy.

A może słuchaliście, jakie są Wasze wrażenia?

*można poszukać w treści spisie, tam wszystko jest uporządkowane.

**partaczenie czytatur, zwrot często używany w szkołach muzycznych odnoszący się do sposobu czytania partytur… Tak więc określenie nie jest mojego autorstwa.

[29+2]. Na mar[gin]esie, banalne refleksje.

To zresztą  Zygmunt Konieczny sprawił, że student historii Zbigniew Preisner, wtedy noszący inne nazwisko, powrócił do muzyki.

— Był rok 1975, szedłem rynkiem i usłyszałem z księgarni muzycznej śpiewane przez Ewę Demarczyk wiersze Baczyńskiego z muzyką Koniecznego. Przypomniałem sobie, ze w liceum też pisałem muzykę do wierszy, może zatem nie warto odcinać się od muzyki, a należy zacząć uczyć  i zostać kompozytorem… Z perspektywy czasu widać, że nie była to myśl pozbawiona racji.

[Głowy piwniczne, Wacław Krupiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2007, s.163].

Szymona Zychowicza tak jak Janusza Radka do Piwnicy przyprowadził Grzegorz Turnau. Ten pierwszy jest oszczędny  w wydawaniu albumów autorskich.I bardzo dobrze. Aż trudno uwierzyć, w tych czasach, że ktoś może (a może być tak oszczędny w wydawaniu płyt).  I tak jestem zdania, że muzyki, o ile to oczywiście możliwe słuchać na żywo. Bo koncert, to nie tylko, choć przede wszystkim, muzyka.

Warto,

warto, zanurzyć uszy, i zmrużyć oczy (wersja dla odważnych: postąpić odwrotnie). I po(d)_ i nad_słuchać.

[Anna od cokołów, Szymon Zychowicz sł. S.Zychowicz, muz D.Kabaciński{źródło}].

     Niejednokrotnie mówi się o tym, że dzisiaj nie ma czego szukać i co znaleźć, nie ma czego słuchać. O kulturze (nie)słuchania było, a jakże, można odświeżyć sobie czcionkę. Oczywiście, teraz prawie każda osoba zajmująca się muzyką jest pewna tego, że potrafi ujarzmić harmonię (wszak ta najważniejsza jest w życiu) i nie chodzi tylko o władanie świnią, wróć, akordeonem. Choć i to można. I nie ma prawideł, ani wytycznych.

        Częstokroć owej pewności towarzyszy przekonanie, że po_trafią napisać słowa, no bo przecież, każdy i każda nimi włada. Wiele mówi się o miałkości dzisiejszej kultury popularnej. Pora zadać sobie pytanie: czego tak naprawdę szukamy, i co potrafimy znaleźć i czym się zadowolić jako osoby piszące, czytające, bywające i chłonące. Nie chodzi o to by być zawsze po_ważną osobą, można być przed_ważną, też ujdzie, w tłumie rozszalałych imadeł. Teraz jeśli piosenka niezbicie, niezaprzeczalnie posiada tekst, frazę zaopatrzoną w sens, cóż od razu staje się literacką, szkoda, że w takim oto dwudziestoleciu nie było piosenek, ani aktorskich, ani o zgrozo! Literackich…Oczywiście zgodzę się, że czasy owe są mitologizowane, jako złote naszej świeżo odzyskanej wolności. Takie prawidła czasu? Niepowrotnie utraconego…. To taki antykwariat istnienia.

Świat Literacki w 1996 roku wydał wiersze Michała Zabłockiego: Natężenie świadomości, ale o współpracy obu panów,nie będziemy tutaj rozprawiać, choć ich echa wybrzmiewają na rogach czcionki, w podkreśleniach i uzupełnieniach. Wystarczy nadmienić, że otwieramy książkę na przypadkowej stronie i okazuje się, że znamy to ten, to ów wiersz, zwłaszcza jeśli przyszło nam słuchać twórczyń i twórców  Piwnicy pod Baranami za czasów Joanny Gareckiej i Piotra Skrzyneckiego.

[Natężenie świadomości, muz. G. Turnau, słowa. M. Zabłocki].

 

Ale są też takie, które nie były nam znane, jak chociażby ten:

Żelazne stopy

Wchodzimy w wielki, puszysty krajobraz,

a w krajobrazie—- malutkie uszczelki,

trybiki tycie, nie do rozpoznania.

niewygaszone chronometry trwania.

Oczy omdleją, nim dojdziemy do kresu

w ignorowaniu wystających sprężyn

i coraz większych, coraz większych dźwigni,

kółek, przekładni, plastikowych wieży.

Przed nami leżą złomowiska stali,

ohydne trupy naszych pięknych marzeń.

Miękcy, puszyści, tuśmy zatrzymali

żelazne stopy— naszych dusz stelaże.

[Żelazne stopy, Michał Zabłocki,Świat Literacki, Izabelin 1996 s.68].

... Dlaczego z utęsknieniem właściwym nostalgii wracamy do Kabaretu Starszych Panów? Wgryzamy się mimowolnie w Słowo i Znaczenie? Przecież tyle tu żartów dowcipów, scenek wyciętych z kabaret_tonów.Może to uderzenie w czułą nutę na Ssss? Nie, nie sentymentalizm, ale snobizm? Może po prostu, i po krzywemu, piosenka jest…Czasami, słuchając takich, jak powyżej czuje się staro, czuję się wycięta z innej bajki, nieprzystająca jakoś dobrze mi z tym, że nie poradnie gubię dzisiejszych czasów rym. Nie kryję się z tym. Nie chodzi o to, że czas bezpowrotnie miniony, stał się przeszłym, a przez to znajomym i zgubionym, za tym, za którym można tęsknić.

Piosenka jest …Dobra na wszystko?

[Piosenka jest dobra na wszystko, Kabaret Starszych Panów].

Nie chcę utyskiwać, kruszyć czcionki, i łuszczyć minut na stwierdzenia okrągłe, że za moich czasów było… Nie ma to najmniejszego sensu. Jedno chcę powiedzieć.

Zapraszam do poszukiwań.  Do antykwariatów, do księgarń i bibliotek, płytotek, do zadawania pytań, co warto, co można… Pewnie i tak wszystkiego nie zdążymy zasmakować, ale warto czegoś  spróbować.  Choćby otworzyć nie własną bajkę, nie swoich opowieści zasmakować. Zdań nie pierwszych, nie drugich czynników, nadgryzionych już czasowników…

Takie oto banalne refleksje (nik_om[u] niepotrzebne prawdy) , naszły mnie gdy wyjmowałam z półki wiersze Michała Zabłockiego.  Trochę jak znalezienie zeschłego liścia w książkach już od dawna zaśniętych, tych i tamtych zamkniętych.

A dla tych osób, które ucieszyły się narodowym czytaniem Lalki, do lektury— o tutaj!— ogólnie zachęcam do buszowania po treści spisie! Z poziomu wygodnego fotela i znad kubka niedzielnej,  i nie dzielnej, może trwożnej, może nie podzielnej, ale zawsze pysznej, czarnej kawy.

171.Cztery szybkie: Pieśni łagodnych, czyli ta filmowa niedziela.

    Muzyki można słuchać na wiele sposobów, ilu ludzi, tyle możliwości, upodobań i nawyków. Pewne gatunki narzucają sposób uczestniczenia w muzyce (bo tak wolę o tym myśleć), ale nie koniecznie jest on jedyny, choć bywa wiodący. Np w filharmonii, bywają wyjątki, takie jak np Grupa Mozarta, ale jej członkowie wpisują się w pewną, rozrywkową konwencję, inaczej przecież słucha się requiem, którego oni (chyba) nigdy nie zagrają w kabarecie. Jeśli przyjrzeć się anatomii orkiestry to pewne instrumenty wiodą prym, walczą o przewodnictwo, jak skrzypce z (młodszym) fortepianem – o laur pierwszeństwa i takie, które nigdy nie wejdą do kanonu— jak gitara, czy bandoneon, ci co ją biorą we władanie, są zapraszane i zapraszani do gmachu, tak by przyciągnąć nową widownię, która za zwyczaj nie przychodzi by posłuchać Bacha, czy innego Liszta.

Muzyka filmowa, już dawno wyszła z ciasnych ilustracyjnych ram tego, do czego została powołana. Czy ktoś/ia pamięta, taperów grywających w kinie i ich związek z jazzem w latach 20 i 30 ubiegłego wieku?

To jaką rolę odgrywa w obrazie jest niebagatelna, zwłaszcza, że wynalezienie nośników takich jak płyta kompaktowa, nie pisząc o cyfrowym zapisie dźwięku uwolniło muzykę od filmu. Ten proces zaczął się już wcześniej wraz z wynalezieniem prototypu gramofonu, a następnie stworzeniem pierwszej wytwórni płytowej. Potem już pogalopowało. Sierpień się starzeje by minąć nieubłaganie, i ubłaganie zresztą też. Mamy zatem okres urlopowy jeszcze. Co zatem polecam? To zależy. Dzisiaj niezobowiązująco. Cztery płyty. Do wieczornego  niezobowiązującego słuchania.

Hans Zimmer, Kod Leonarda da Vinci,Universal Music Polska,2006 [źródło zdjęcia].
Hans Zimmer, Kod Leonarda da Vinci,Universal Music Polska,2006 [źródło zdjęcia].

     Jan A. P. Kaczmarek pogratulował Hansowi Zimmerowi, faktu, że jego muzyka do Kodu da Vinci została uznana za tak sugestywną, że według szefów wytwórni zaistniała konieczność jej ocenzurowania. Zawsze byłam zdania, że krytyka, a co dopiero pisać o ingerencję, jest ukrytym komplementem, nie piszę o wymiarze ekonomicznym, i wiele, bardzo wiele mówi, o osobie, tej, która się jej podejmuje, a nie, tej, która jest jej obiektem. To prawo odnosi się również do muzyki. Można socjologicznie rozpatrywać takie obrazy popkultury jak saga o młodym czarodzieju i uniwersum stworzonym przez Rowling jak i Kodzie da Vinci, i jest to bardzo, bardzo zajmujące i ciekawe. Porzućmy ten wątek jednak. Hans Zimmer miał tę możliwość, przynależną nielicznym, że przyglądał się produkcji filmu od niemal samego początku,nie musiał zatem tworzyć na szybko,mógł eksperymentować, choć i tak spotykamy charakterystyczny podpis kompozytorski,który nie ma nic wspólnego z popisem (czytaj proszę megalomanią), bardzo szybko,jako sprawny w swojej sztuce, i mistrz, zyskał naśladowców, żeby nie napisać kopistów (bo kompozytorek zwłaszcza na szczycie, jest niewiele). Czego tutaj nie znajdziemy, pewnie skondensowania wśród tematów wiodących, opowieść się rozlewa, płynie, niespiesznie i niezaprzeczalnie. Oczywiście, w nawiązaniu do fabuły wiele jest przestrzeni gdzie występuje śpiew chóru. Hiperbolizowałabym gdybym stwierdziła,że Zimmer odkrył jakiś nieznany ląd,ale jest coś więcej niż sprawne połączenie elementów, tych,z których jest znany.   Sopran Hili Plitmann doskonale skupia uwagę, i jest mocnym elementem struktury. Wynalezienie ruchomych obrazków postawiło przed twórczyniami i twórcami muzyki nowe zdania, odpowiedzi na nowe potrzeby również rynku. Nie znaczy to jednak, że filmy z założenia komercyjne, nie zasługują na dobrą oprawę muzyczną, a ta osoba, która się tego podejmie musi być kojarzona z wyrobniczym stylem  Hans Zimmer stworzył wiele utworów, które pozostaną w pamięci, na stałe wpisał się do podręczników historii muzyki, nie jest to ani usprawiedliwienie— bo cóż tu usprawiedliwiać, ani wywyższenie— tylko stwierdzenie faktu. Może będzie to forpoczta dla niektórych do sięgnięcia po muzykę klasyczną. Można wiele czcionki wylać,że to tania komercja,że wiele w muzyce już powiedziano, i należy sięgnąć do źródeł. Ależ oczywiście, mówią do nas wieki, chociaż uszczypliwi napiszą, że mówią do nas weki. (Syty głodnego nie zrozumie, można by napisać w tej konwencji), ale nie będziemy wpisywać się w przepychankę retoryczną, ona niczemu (dobremu) nie służy. Kompozytor ujął mnie dziełami współtworzonymi z Lisą Gerrard. Tak, wiem, na pierwszym miejscu, na jednym oddechu wymieniany jest Gladiator, nie, nie słucham całej ścieżki, ale piosenka na zakończenie, którą melizmatyczne wyśpiewuje Australijka jest dla mnie bardzo ważna. Dlaczego zatem, nie coś ze wspólnych projektów? Tylko muzyka do Kodu? A aaa dlaczego nie?

Harry Potter i Kamień Filozoficzny, John Williams, Rok: 2001 Wytwórnia: Warner Sunset / Nonesuch / Atlantic
Harry Potter i Kamień Filozoficzny, John Williams, Rok: 2001 Wytwórnia: Warner Sunset / Nonesuch / Atlantic [źródło zdjęcia].

     Jestem zdania, że gdyby nie muzyka Johna Williamsa, to uniwersum Harrego Pottera nie było by aż takie magiczne. Piękniście poprowadzona narracja, pomysł i smak. Hedwig’s Theme wpisał się na stałe do muzyki, nie tylko,kompozytorzy, którzy będą pisać muzykę do dalszych części będą nawiązywać do niego, ale,bez mała można stwierdzić, że wiele osób kojarzy właśnie ten motyw, który ulega rozwinięciu i nie jest przypisany do jednej postaci. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, tak może powiedzieć zarówno Rowling, jak i Williams,który rozpisał muzykę do pierwszych trzech części sagi. Nie pierwszej, bo to on, przecież udźwiękowił Gwiezdne wojny. Każde pokolenie, nie tylko ma swój czas, ale i formjące, wpisane w popkulturę filmy, bez wątpienia saga o młodym Czarodzieju jest jednym z nich. Muzyka będzie się zmieniać, tak jak i główni bohaterowie dojrzewać w mrocznych czasach. Bardzo polecam dwie ostatnie części Insygniów Śmierci, bardzo dobrze się stało, że producenci zdecydowali rozdzielić odstani tom opowieści na dwie części. Doskonale Alexandre Desplat potrafi prowadzić temat na strukturze, rozbudowując i przesuwając figury harmonii.

Zbigniew Preisner Weiser, 2001 Silvia Screen Koch Poland [źródło zdjęcia]
Zbigniew Preisner Weiser, 2001 Silvia Screen Koch Poland [źródło zdjęcia]

     Weiser. Umieszczenie w tym tryptyku Preisnera będzie dla niektórych złamaniem niepisanych reguł, świętokradztwem, ale co tam. Mogą sobie mówić,że muzyka jest demokratyczna, nie jest, wystarczy w sposób socjologiczny spojrzeć na uczestniczki i uczestników orkiestry, chodzi oczywiście o instrumenty. Prymat i wieczny spór toczą ze sobą skrzypce, które starsze, chcą być zawsze pierwsze, i fortepian. Poza kanonem są takie instrumenty jak bandoneon,albo popularna gitara, ale o socjologicznym postrzeganiu muzyki innym razem, być może. Zbigniew Preisner już nie pierwszy raz gości na tym bogu ze swoją muzyczną intuicją. Tematy, które sączą się i pozostają w naszym umyślenie muszą być rozbudowane, barokowe, i zaczynać wywaleniem czcionki na drugą, a może i trzecią stronę. Tutaj temat główny jest prosty, osadzony na kilku dźwiękach. Rozpisany na fortepian i trąbkę, naprzemiennie, nie konkurują zatem ze sobą Leszek Możdżer, któż rozpoznaje jego sposób gry, i frazowanie Steve’a Sidwell’a. Temat jest sposobem na zbudowanie nastroju. Anthony Pashek  i Elżbieta Towarnicka doskonale prowadzą nas przez tę opowieść.

Pora umierać, Włodek Pawlik, Polskie Radio, 2007,[źródło okładki].
Pora umierać, Włodek Pawlik, Polskie Radio, 2007,[źródło okładki].

    Pora umierać to film Doroty Kędzierzawskiej, dwa lata od premiery został obsypany nagrodami, chociaż rola muzyki została wszędzie podkreślana, to niestety, o samym kompozytorze zrobiło się głośno, dopiero gdy został nagrodzony Grammy, chociaż i ścieżka do Rewersu została dostrzeżona i nagrodzona. Ponieważ o tym ostatnim pisało się wiele, a o  tej pierwszej prawie w ogóle, a konstrukcja albumu jest nietuzinkowa, o samym filmie pisałam już wcześniej.Partie solowe fortepianu wprowadzają nas w skojarzenia z muzyką Erica Satie.  Dwadzieścia jeden preludiów, które tworzą kanwę narracji. Jedenaście tematów nagranych z orkiestrą, są to ważne momenty dla akcji filmu, lecz dla struktury płyty dwie ścieżki się uzupełniają. Nie trzeba monumentalnych neoromantycznych partytur by przyciągnąć i poprowadzić uwagę słuchaczki/ słuchacza, Włodek Pawlik doskonale to wie. Trąbka Piotra Ziarkiewicza i jej piękne solo na długo zostanie w pamięci. Dlaczego zatem, te,a nie inne albumy? Przecież to komercja,już słyszę głosy oburzenia.No, cóż, oczywiście, nie znam,ani jednej osoby zajmującej się muzyką, która nie chciała by zarobić, jak i takiej, która nie chciała by by jej zawód stał się źródłem utrzymana. Oczywiście, że można polecić muzykę Chopina (zwłaszcza w kraju, w którym co trzecia nazwa nosi jego imię i nazwisko), Beethovena, albo Mahlera. Może muzyka filmowa będzie forpocztą dłuższej przygody dostrzegając nieoczywiste rozwiązania, sięgnąć po inne gatunki… A dlaczego właśnie te albumy? Może macie swoje ulubione?

[95+17].[Saturday Jazz Pianist].Matanë Malit/Elina Duni Quartet/ECM/2012

Ósmy sierpnia. Sobota. Sobota jak sobota. Szósty dzień tygodnia. A jeśli tak, no to zapraszamy na Saturday Jazz Pianist. Po raz… Ostatni. Po raz piętnasty, ale zanim to nastąpi, dziękuję Ci Jazz You Too, że skorzystałeś z mojego zaproszenia, i uczestniczyłeś w tej inicjatywie. Dziękuję wszystkim Osobom Czytającym blog, tych którzy/ które czytają skrycie, jak i tych, którzy/ które komentują. Tak, widzę sta i inne styki. Przybywa nas, przybywa do pieczenia chleba. I to śpiewająco, i jak z nut. ♦

Obok jazzującego nurtu, tu i ówdzie. Pojawiają się albumy niezależnie, ale i tworzy się, piszę cykl drugi.[Klasyczne Korepetycje — w dobrym tonie]. Muzyka nie zniknie, z tego blogu. Bo w dużej części to właśnie blog o charakterze muzycznym.  ♦

Nie wiem jeszcze czy soboty pozostaną jazzowe, czy pianistyczne, chciałabym zasięgnąć Twojej opinii (można słać emalie,albo wypowiedzieć się w komentarzu). Nic nie jest postanowione, różne koncepcje się ważą (nie mylić ze zważeniem, prędzej z zauważeniem)♦.

Pora po introdukcjach dokonać prezentacji tego tygodniowej. Uświadomiłam sobie, że były pianistki, byli pianiści, instrumentaliści, ale nie było duetu instrumentalno -wokalnego. W jaki sposób dokonałam wyboru? Pomyślałam kto gra i trąbi, znaczy śpiewa i wyciągnęłam rękę w kierunku płyt♦.

Artystka/Zespół: Elina Duni Quartet
Tytuł: Matanë Malit
Data realizacji: 21 października 2012 roku,

Matanë Malit,Elina Duni Quartet,ECM, 2012
[Matanë Malit,Elina Duni Quartet,ECM, 2012, źródło okładki].

Wytwórnia ECM Records
Rodzaj: Contemporary Jazz
Czas: 53:49
Spis utworów.
1 Ka Një Mot  5:11
2 Kjani Trima  4:06
3 Kur Të Kujtosh  4:06
4 Vajzë E Valëve  5:29
5 Unë Ty Moj  3:55
6 Erë Pranverore  3:34
7 Çelo Mezani  5:41
8 Ra Kambana  4:15
9 Çobankat  5:14
10 Kristal  4:52
11 U Rritt Vasha  3:24
12 Mine Peza  3:56

Osoby muzykujące
Elina Duni śpiew
Colin Vallon piano
Patrice Moret kontrabas
Norbert bębny/zestaw perkusyjny
Nagrano w lutym  2012 roku w Studios La Buissonne, Pernes-les-Fontaines.

Jak w przypadku innych albumów wydanych w ECMie mamy do czynienia z bardzo liryczną płytą. Mało, ta płyta to spektakl. Spektakl, który skradł moje serce. Za którym podążyła moja uważność. Tak wiem, że Colin Vallon był już bohaterem cyklu, ale jako lider, dzisiaj, jest częścią  zespołu. Co łączy wspomniane albumy (nie, nie tylko wytwórnia), ale także liderka Elina Duni, która wymyśliła tytuł poprzednio omawianego Rugga tłumaczy się jako podróż, chociaż są też tacy, którzy/ które tłumaczą jako wiatr.

Przenieśmy się za górę, bo takie jest tłumaczenie tytułu, za zaczarowaną górę. Elina wykonuje pieśni nie tylko o miłości, samotności, czerpiąc partyturami z folkloru albańskiego, ale także o bohaterkach i bohaterach, którym przyszło brać udział w wojnie. Jak mało wiemy o Albanii? Jak wiele możemy się dowiedzieć, to znakomita forpoczta poszukiwań.

Dzisiaj Elina ma trzydzieści cztery lata. Urodziła się w komunistycznej Albanii, dorastała w domu o tradycjach artystycznych. Gdy drogi rodziców się rozeszły, zmieniła adres zameldowania na szwajcarski. Brała udział w przeglądach piosenki dziecięcej, zdecydowała się na kontynuowanie tej drogi kształcenia. Ukończyła konserwatorium genewskie w klasie fortepianu, W swojej twórczości łączy wątki muzyki świata, jazzu, bluesa. Wieść głosi,że to właśnie Colin Vallon spytał  czy zna  tradycyjne utwory albańskie, zorientowała się, że nie tylko innym ludziom, wychowanym w innym kręgu kulturowym, ale jej samej są obce. Rodzice, nie chcąc narażać się na prześladowania zaniechali tego rodzaju wiedzy.

Jak widać Jak słychać Bałkany to nie (przynajmniej nie tylko) nuty w tonacji a’la Bregovic. Głos obok głębokiego brzmienia fortepianu i asymetrii rytmu, jest kolejnym instrumentem. Nie wiem co bardziej mnie przekonuje, świadomość z jaką zostały zintegrowane wszystkie elementy, tembr głosu,  ułożenie dźwięków, dysponowanie ciszą, czy hersorie/historie. Wybierzmy się za górę, niewątpliwie czarodziejską.

Tak, tak, Paulino, tę płytę niewątpliwie wpisałabym na listę prezentową podchoinkową.

[95+15].[Saturday Jazz Pianist]. Rruga/ Colin Vallon Trio/ECM/2011.

Kolejny tydzień. I kolejne albumy na naszych blogach wpisane w pianistyczny cykl.Upały wszędzie. Chyba, klawiatura się topi pod palcami, nie wspominając — z grzeczności o czcionce. Nie będzie zatem długich introdukcji, w cyklu

Potrzeba mi partytury prostej, nie wymagającej płyty, która będzie się sączyła powoli  i po woli ze zrozumieniem dla mych zmysłów, i która może zabrzmieć spokojnie, radosną melancholią, przywiewać myśli o krajach innych, czy to dalekich czy bliskich.

Czy wymyślono na nowo proch, albo chociażby brzmienie klasycznego tria? Nie, ale czy trzeba to robić?

[Colin Vallon i jego Trio w utworze tytułowym:Rruga].

[Rruga, Colin Vallon Trio, ECM, 2011,źródło zdjęcia].
[Rruga, Colin Vallon Trio, ECM, 2011,źródło zdjęcia].

Artysta: Colin Vallon Trio
Tytuł albumu: Rruga
Rok realizacji: 2011.
Wytwórnia ECM Records
Czas albumu 53:56

Spis utworów:

1 Telepathy  5:05
2 Rruga     4:33
3 Home    4:08
4 Polygonia  6:51
5 Eyjafjallajökull  4:53
6 Meral     5:07
7 Iskar  2:50
8 Noreia  5:07
9 Rruga, Var.  6:31
10 Fjord  4:00
11 Epilog  4:47

Muzycy:

Colin Vallon fortepian;
Patrice Moret kontrabas,
Samuel Rohrer perkusja;

Zarejestrowano w maju 2010 roku w Studios La Buissonne, Pernes-les-Fontaines.

Do tego artysty niebawem wrócimy. Może nie będzie tak upalnie?

148. Energia.

Nie wiem czy Państwa, ale mnie najprawdopodobniej tak, ba, bez najprawdopodobniej, ale w postaci bezczelnie czystej wciągnęło poszukiwanie płyt do sobotniego cyklu Saturday Pianist Jazz, i aż żal, że się on kończy, z nuty na nutę, powoli, z partyturę na partyturę… Nieubłaganie. [Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie jest wierzyć, że coś trwa wiecznie? A może jednak?]

Jeden z albumów, który pretendował do sobotniej prezentacji wygląda (i brzmi) jak poniżej, ale po co czekać do soboty, skoro płyt i dźwięków urodzaj?

Czytaj Dalej „148. Energia.”

[95+12]. [Saturday Pianist jazz].Sylvie Courvoisier, Joëlle Léandre, Susie Ibarra – Passaggio/Intakt/2002

W tamtym tygodniu sobota zdarzyła się w piątek, no cóż, mea culpa.

Nie, nie, cykl jeszcze trwa, choć zamknęliśmy dziesiątkę, o czym przekonać się można czytając wpisy oznaczone tagiem [Satuday pianist jazz], czy to tutaj, czy tam, czy jeszcze na innym blogu. Podział jest widoczny, choć ustanowił się całkiem przypadkiem, i niechcący, albowiem nie ustanawialiśmy co, kto i dlaczego, chociaż moje wpisy (za wyjątkiem pierwszego) zawsze pojawiają się wcześniej, o ósmej czasu polskiego, najpóźniej. A jak widać na zeszłotygodniowym obrazku, czasami, jeszcze wcześniej…

Nic to. Zamknięta dziesiątka.

Wyszłam z założenia, i jeszcze nie wróciłam, że jazzu nie zawsze warto (nie to nie ocena, to sposób patrzenia) poznawać linearnie. Od klasyki do współczesności, co więcej, sądzę również, nie dyskredytując, ani nie dowartościowując wyborów— fakt, że komuś może nie podobać się jazz klasyczny (Monk, Ewans, Ella F), nie zagustuje właśnie w tym gatunku muzycznym… Albo rozsmakowując się właśnie w wyżej wymienionych nie pokocha jazzu instrumentalnego eksperymentalnego, fantastycznego, frenetycznego (niekoniecznie inaczej). Muzyka to proces, jak wspominałam w pierwszym dotyczącym muzyki poście,  co więcej muzyka to budowanie relacji (na różnych poziomach). Ponieważ ma być to wpis z cyklu, sobotnich, nie będę wdawała się w dysputy filozoficzno muzyczno jakieś tam ważne.

Muzyka to także poszukiwanie i znajdowanie.

I wybór, i dobór, i po prostu słuchanie.

można iść którędy się chce. Muzyka to także sposób na przełamanie stereotypów. Jazz kobiecy. No, właśnie, z czym się Państwu kojarzy? Z lirycznym wokalem. A no, właśnie, z czarną piosenką Elli F, kawą i papierosami. Z barami, walką o prawa Kobiet, walką o prawa Czarnych. Generalnie z opowieścią. Czy granie ma płeć? I dlaczego jest tak mało kompozytorek w muzyce tak poważnej, jak i w jazzie (wielu pianistek i pianistów jazzowych posiada wykształcenie klasyczne jako podstawowe) to pytania ważne, i dlatego nie będę próbować na nie odpowiadać w tej chwili, aczkolwiek, na bank je poruszę na tym blogu, chociaż trące. Nadal niestety są aktualne.

Płyta, którą dzisiaj Państwu proponuję to   album wydany przed trzynastu już laty. Pianistki Sylvie Courvoisier, do współgrania zaprosiła  Joëlle Léandre, Susie Ibarra.  Zapraszam do wysłuchania Passaggio, że nie kobiecy, że nikt by się nie spodziewał, trio tworzą kobiety?, że i owszem bywały przypadki właśnie takiego grania, ale rzadko i to występy solo piano (patrz:–i słuchaj– Irene Schweizer i Johna Zorna, z którym występowała i nagrywała)…Chociaż zwolennicy i zwolenniczki jazzu tradycyjnego, klasycznego (chociaż i takie granie  nie jest już nowością) dopatrzą się spojrzenia  Cecila Taylora. Moim zdaniem pierwsza perspektywa nie wyklucza drugiej.

Jaka jest muzyka uchwycona na tym krążku? Nie, nie, nie jest to chaos, nie jest to nowy porządek, i nie jest to wyważenie otwartych drzwi….  Gdyby tak było pewnie album nie znalazłby się w zestawieniu. Chociaż, jest ono na wskroś subiektywne… Do szpiku czcionki. Znaczy, atramentu, znaczy, tego czarnego, ten tego… A zresztą, właśnie zresztą, i bez reszty… Warto posłuchać całej płyty by się przekonać.

 

Courvoisier / Léandre / Ibarra
Passaggio,Courvoisier / Léandre / Ibarra, Intakt 2012r.

Courvoisier / Léandre / Ibarra,Wytwórnia: Intakt Album: Passaggio,Data wydania: 03.05.2002 r.

Sprawne ucho wychwyci, że jest to łączenie horyzontów zdarzeń, połączenie free jazzu z akcentami muzyki klasycznej. Nie zastanawiałam się nad tym, czy takie nazwiska jak Penderecki czy Bacewicz, przez delikatność nie wspomniawszy o Lutosławskim zachęcają… No, ale tak, można śmiało znaleźć odniesienia i echa takiego właśnie grania. Nie, nie jest to album wtórny… Doskonały na sobotę. A zwłaszcza sobotni wieczór, gdy już opadnie skwar i mrok zaczyna podchodzić do okien.