[357].Nad Oceanem Spokojnym.



Nie jest to album, którego  się słucha łatwo, uchem nie wprawionym w histerię, histerorię, znaczy hidstorię jazzowe. Nie nawykłym do tego rodzaju narracji. I nie chłodzi wcale i o cal nie chodzi o to, że zachwyca jeśli nie zachwyca.  Słuchanie muzyki, poza oczywistą, a raczej nauszną, czy między-uszną przyjemnością, to także nauka tejże czynności. Materiał zarejestrowany na krążku przyciąga uwagę i jej nie puszcza. I choć dla świeżych adeptek/adeptów jazzu może odbiegać od wyobrażeń muzyki przyjemnej utożsamianej z prostą linią melodyczną i kojącym woalem wokalu, wchłanianym wraz z kawą w jakimś małym, może nadwiślańskim lokalu to…

 

Zaczynamy od peregrynacji w przeszłość,  wraz z hiszpańskimi  najeźdźcami.Nie wiedział żeglarz Vasco Nunez, że na cześć dokonanego odkrycia, ktoś będzie pisał nie tylko pieśni,ale i nuty jazzujące.Chociaż, mógł o tym marzyć, gdy nie dojadał i marzł.  Nie ma tu zbędnych znaków i nawiązań.  Instrument ten, czy ów, perkusesyjne czy śpiewy, nawiązują do przeszłości mieszkanek i mieszkańców Panamy, monolog w dialekcie Guna także nie jest przypadkiem. A i tytuł, chociażby nagrania otwierającego jest znamienny: Ponowne odkrycie Morza Południowego. A to wszystko podane w transfuzji, czy fuzji tradycji nowoczesności i przy doskonałym warsztacie muzyków biorących udział w zamieszaniu. A biorąc pod wgląd ich muzyczne biografie to zaiste fascynujące To album któremu przewodzi Panamczyk na cześć okrągłej rocznicy istnienia państwa, z którego pochodzi. (Wystarczy wspomnieć osoby, z którymi współpracować mu przyszło i od których się uczyć mógł:  Shorter,  DeJohnette, Sandoval Joe Lovano, o  Gillespiem nie wspominając). A może to przede wszystkim jest pewnego rodzaju podsumowanie działalności muzycznej Danilo Péreza? Jakkolwiek jest nie zamierzam się dłużej rozwodzić nad miksturą dźwięków. Można jej smak na języku. Choć opowieść i wieść nie jedna interludium wzięta jest na języki.

[źródło nagrania: Rediscovery of the South Sea, Danilo Perez].

 

Artysta: Danilo Pérez;
Album: Panama 500;
Rok ukazania się albumu : 2014;
Wytwórnia: Mack Avenue Records
Rodzaj muzyki: World Music, Contemporary Jazz,  Fusion
51:58 minut

Utwory:

01. Rediscovery of the South Sea
02. Panama 500
03. Reflections on the South Sea
04. Abita Yala (America)
05. Gratitude
06. The Canal Suite: Land of Hope
07. The Canal Suite: Premonition in Rhythm
08. The Canal Suite: Melting Pot (Chocolito)
09. The Expedition
10. Narration to Reflections on the South Sea
11. Panama Viejo
12. Celebration of Our Land

Muzycy:

Danilo Pérez – piano, cowbell
John Patitucci – electric bass (2); acoustic bass (3, 4, 9)
Ben Street – bass (1, 5, 8, 11)
Brian Blade – drums (2 – 4, 9)
Adam Cruz – drums (1, 5, 8, 11)
Alex Hargreaves – violin (1, 2, 8)
Rogério Boccato – percussion (2, 3, 8)
Milagros Blades – ripcador (1, 7), caja, pujador (7)
Sachi Patitucci – cello (3)
Román Díaz – percussion, chant (1)
Ricaurte Villareal – caja, güiro (1)
José Angel Colman – vocals in guna language (3)
Eulogio Olaideginia Benítez – gala bissu (4), gala ildi (12)
José Antonio Hayans – Gammuburwi (12)

[353]. Pocztówka z przeszłości.

[Open piano, Wojciech Kamiński, Polish Jazz, źródło zdjęcia].
Bez zbędnych wy[s]tępów uff. Napiszę tylko, że pora odkurzyć linie na tym blogu, nawet ich pięć jeśli ktoś/ia ma chęć. Chili będzie o jazzie. I (co się przecież nie wywiolinuje, znaczy nie wyklucza) lekko i przyjemnie. Wyciągniemy z mroków i mroczków zapomnienia album Wojciecha Kamińskiego pianisty, aranżera, kompozytora. Jeśli ktoś/ia nie zapoznała się z jego twórczością to już (najwyższa pora). Zdaję sobie sprawę,że słuchanie jazzu, przez wielkie, albo największe z większych dży, stało się modne, i można zażywać tych [w]dzięków z różnych powodów,(bez) z racji wywodów. I gromko gombrowiczowsko zakrzyknąć donośnym szeptem: jazz dobrym jest, jak nie zachwyca jak zachwyca. Można też, po prostu bawić się słuchaniem muzyki, przypomnieć sobie lata minionych me_ lodię. Bo to takie sięgnięcie do przeszłości bez ości młodości. Czasami przywołani poszarpanego metrum.  – parzystego 2/4 (z wyjątkami), umiarkowanego tempo złożonego i  silnie synkopowanego rytmu (przecież to ragtime). Joplina twórczość zostaje przywołana nie tylko ze względu na nieśmiertelne The Entertainer. Zwróć proszę uwagę na skład zespołu. Nie mogę się zdecydować, które z nagrań tu zacytować, żeby zachęcić do posłuchania. Mam wrażenie, że albumu słuchać należy w całości, opowieści przechodzą od niechcenia jedna w drugą. Szybciej się kończą niż zaczynają. Może lepiej po prostu, po cichu włączyć play, w odtwarzaczu?

 

Nagrania:

1. Codzienny blues / The Daily Blues;
2. Deszczowy maj / A Rainy May
3. The Wika Rag;
4. The Entertainer;
5. Wchodź po trzech / Enter After „Three;
6. Autumn Leaves
7. Ruchome schody / Escalator
8. I Wish I Could Shimmy My Sister Kate
9. Blues dla dziewczyny / Blues For A Girl
10. Jazz Me Blues

Muzycy:
Wojciech Kamiński – piano
Zbigniew Jaremko – tenor saxophone
Henryk Majewski – trumpet
Janusz Zabiegliński – alto saxophone, clarinet
Władysław Halik – bass saxophone
Zbigniew Konopczyński – trombone
Marek Bliziński – guitar
Janusz Kozłowski – bass
Jerzy Bartz – drums.

[95+12]. Nie czekaj na wiosnę, (u)śmiechnij się już dziś.

[Wake, Blue Note,2005 Okładka albumu, źródło zdjęcia]
[Wake, Blue Note,2005 Okładka albumu, źródło zdjęcia].

Ostatnimi czasy niegramatycznymi dostatnio, składa się tak, że nie mam za dużo ani możliwości, ani ochoty zanurzać się w muzyczne pejzaże, ale czasami zajrzę w te, dźwiękowe, te i owe horyzonty zdarzeń i zderzeń. Zamiast podążać wytartym szlakiem nowości i innych ości ja zapraszam moich Gości, czyli Was, do poszperania trochę głębiej. Osoba, która czyta blog nie od dziś, a powiedzmy, od soboty, szóstego czerwca 2015 roku, zna już Iiro Rantalę, albo jakoś tak trafiła przepadkiem na wpis z tamtego dnia. Lubię powroty, czasami. (Nie chodzi o powtórzenia gramatyczne). Niespieszne. Radosne. Gdy nie ma się bałaganu w oczach i wiatru w kieszeniach. Jazz kojarzony z geografią Północy bywa kojarzony z wyważeniem dźwięku, i przyjemnym chłodem. Nic bardziej mylnego jeśli chodzi o odniesienie do Wake.

A ponieważ już trochę przymroziło, i czas chłodu nam nastał, choć dzień się wzdłuża i wynurza, ja zapraszam do zapoznania się z dwunastoletnim pięknie i piekielnie radosnym, prostym, albumem z tamtej strony wdzięku. Jeśli chciałabym zachęcić do zaprzyjaźnienia się z jazzem lekkim, łatwym, przyjemnym, przyjaznym i treściwym, to z chęcią poleciłabym album z 2005 roku. Zwłaszcza, że mamy tu zarówno odniesienie do klasyki [np  Ellington] jak i kompozycje autorskie Finlandczyka. Album stanowi spójną całość. Dlatego niejako zaprzeczeniem było by umieszczanie jednego nagrania.  Poniżej utwór trzeci, zagrany na żywo (jak kość trochę słaba :)):

[źródło nagrania].

[286]. Konfitury.

Ci co mnie znają to wiedzą, że jeśli chodzi, a w tym wypadku tak jest, o skłaskładanki, skakanki, składaki i inne pokłady sinusoidy, to raczej nie dla mnie zabawa. A[n] to logie, wolę ole! A i to z przyprószeniem oka w rosole, jakąś dobrą szczyptą maggi. Dosyć, dosyć jeśli chłodzi o kulinaria, chociaż zamierzam jeszcze coś zaserwować. Jeśli zaś idzie, a idzie spacerologię uprawia, o antologię, to wybredna jestem, i na horyzoncie widzę dwie, może cztery, sześć g[ł]odne posiadania, z tym, że ani jednej nie mam. Chociaż znam. Nie powiem, bo to nie miejsce, ale mościć się mogę napisać. Znam. Introdukcja dedukcji była długa. Zazwyczaj lubię robić własne. Niezbyt rozwlekłe i nie zbyt ciasne, na swój wewnętrzny, prywatny użytek.

I do tej pory  (pora ma znaczenie, choć nie jest to danie Misia Uszatka co spożywa na wieczerzę) do tej pory się zastanawiałam dla kogo są właśnie te, wyprodukowane i przepuszczone przez wykres i ucho nieznajomej osoby w wytwórni. Bo jeśli ktoś/sia zna, i jest zaznajomiony dobrze z twórczością: X, Y, Z i  reszty alfabetu to po co? A jeśli ktoś/ia nie zna, to po co zdawać się na gust obcych osób? I ich wybór? Nie przeciągając (zbytnio) struny, można zdradzić już dzisiejszy album, wydany przez ACT dwanaście lat temu. Lubię wyciągać nieco tylko przykurzone albumy. Może i znane. Albo wprost przeciwnie, To z jaką prędkością dźwięku nabywa się nowe, zapominając już o tych co zasłyszane, a może posiadane [?] brzmi trwożnie, jeśli zdamy sobie z tego sprawę. Kupujemy, jemy, jemy,gros gromadzimy stos. Byle tylko czkała nówka sztu[cz]ka. I tak tego nie zabierzemy…

[Magic Moments 2: The Ultimate Act World Jazz Anthology Vol. VII,Various Artist, ACT, 2004, źródło zdjęcia].
[Magic Moments 2: The Ultimate Act World Jazz Anthology Vol. VII,Various Artist, ACT, 2004, źródło zdjęcia].

Entuzjastki i entuzjaści lżejszego wydania jazzu, takiego, którego doskonale słucha się nie tylko z kubkiem czekolady, kawy, albo czegoś mocniejszego (a może i bez tego), ale za to  w drodze.

Gdziekolwiek ona prowadzi. Miłe dźwięki odnajdą w magicznym pudełku. To fantastyczny album do tego by zaznajomić się z nim  nocą, podczas przemieszczania się z punktu A do punktu B, i reszty alfa i betu. Czasami nawet można bet zamienić na wygodne (bo jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz) łóżko, albo inny fotEL. Będzie lekko, piękniście po prostu zzzzza…!Ma!szyście. :-). Doskonale na słotę, gdy na jesień ma się ochotę, ale na przesilenie okolicznościowe, liczne i  cykliczne, ale (jak ma się rozumieć)  nowe  już nie. To część siódma, ale doskonale nadaje się do tego, by była pierwszą. I czasami jedyną. Może ktoś/ia się skusi? Do własnego poszukiwania i znajdowania? Z koloratur, zachwytu i partytur szykowania, na zimę konfitur? Hę. Hmmm. Takie muzyczne spotkanie wśród znajomych…

[To dla tych co jarrra gitarra, jako ilustracja muzyczna nagranie La Habana A Oscuras, zapożyczone z innej płyty, w prezentowanej antologii znajduje się pod numerem trzecim, źródło nagrania].

Smacznego!

Album: Magic Moments – Magic Moments 2 – The Ultimate ACT World Jazz Anthology Vol. VII
Data wydania: 2004
Wytwórnia : The ACT Company ‎– ACT
Gatunek: Jazz
Czas: 1:01:26

Nagrania:

1. e.s.t. Esbjörn Svensson Trio – O.D.R.I.P. (Radio Edit) *
2. Norah Jones / Joel Harrison – I Walk The Line (Radio Edit)
3. Gerardo Nunez / Paolo Fresu / Perico Sambeat – La Habana A Oscuras *
4. Viktoria Tolstoy – Dear Diary *
5. Terry Lyne Carrington, Greg Osby, Adam Rogers, Jimmy Haslip – Ethiopia *
6. Ramon Valle Trio – Dilsburgh Morning Light *
7. Muriel Zoe – Bye Bye Blackbird
8. Perico Sambeat / Brad Mehldau – Mirall (Radio Edit)
9. Rebekka Bakken / Julia Hulsmann Trio – Same Girl
10. Richie Beirach / Gregor Huebner / George Mraz – Chant (Radio Edit)
11. Huong Thanh / Nguyen Le / Paul McCandless – South Delta Song
12. Marsmobil / Roberto Di Gioia / Till Bronner – Hand In Hand (Radio Edit)
13. Rigmor Gustafsson / Nils Landgren – Makin’ Whoopee
14. ElbtonalPercussion / Christopher Dell – Freak Taeb (Radio Edit)
15. Jens Thomas / Christof Lauer – Be Yourself
16. Nils Landgren Funk Unit – Thank You For The Music *

* Wcześniej nie wydano.

[281+1]. O olbrzymie co śpiewa(ł) to głośniej, to cisz/ej/.

[Peter Bence, Fibonacci improvisation źródło] .

[Zestaw do strojenia pianin, źródło zdjęcia]
[Zestaw do strojenia pianin, źródło zdjęcia].

Lato pękło i rozlało się na ch[ł]odniki i na w(_)cale nie [ch]/g_[ł]odne myśli. Piąta para i pora na dłuższe wpisy, wypisy i spacery, listy i liście, widzę to zamaszyście (i nie chodzi o wyrok wad  wzroku, raczej o widoki na przyszłość, bez przeszch[ł]ód). Iście maściste nie mgliste, to spostrzegam- ostrzę i ostrzegram i nie jeden gram znam.  Ach, ach,dzisiaj będzie o olbrzymach, a w zasadzie o jednym, czarnym. Zidentyfikowano wieloryby, w których wnętrzach znajdował się harpun, albo grot strzał, takich, które używano na początku XIX wieku, i olbrzym żyje nadal. Ale nie o tym. Przynajmniej, nie dzisiaj. No tak. Znaczy, nie. :-D. Takie tam głodne kawałki, w czasach średniowiecznych spożywano dwa posiłki dziennie, pierwszy między dziesiątą, a jedenastą a drugi gdy już zmierzchało czyli  o 17.30, dopiero w czasach panowania Tudorów, i to nie od początku,  pojawił się zwyczaj śniadania (piszę o ludziach z wyższych warstw społecznych). Ale o jedzeniu też nie będzie (Casanova polecał by pierwszym posiłkiem było pięćdziesiąt ostryg, piędziesiąt ostryg Grey’a? No nie wiadomo, czyje były, ale wiadomo kto je [z]jadł) no to tyle. Jeśli chodzi o jedzenie, ale nie jeśli chodzi o pra, pra mgnienie, wróć,  pragnienie wiedzy. I jak tu płynnie przejść (a może przebiec) bez zadyszki do tematu, głównego?  Jak napięcie (na jakiej pięcie, na czyjej, ech, może zostawmy kończynę tę) Jak napięcie wzrasta, może czas przejść się po pięciolinii, co prawda, to prawda, na czworo się dzieli włos, głos czasami się łapie, znaczy, łamie, ale nie o tym…

Piano, miejscowość we Francji, a ściślej rzecz ujmując kłania się Górna Korsyka, zaludnienie: 16 osób na kilometr kwadratowy… To znaczy wbić się na kwadrat… Ale nie o tym…

→→→→→→

Wszyscy chociaż raz widziałyśmy i widzieliśmy tego olbrzyma, piękniście lśniącego, dostojnika. Największy mierzy 1,87 mera, waży około dwóch ton (aptekarsko rzecz ujmując 1,8 t) i mierzy ponad sześć metrów (6,04 cm). Najdroższy jaki został wyprodukowany (to ten złożony z okazji Igrzysk Olimpijskich w Pekinie), aby go mógł go nabyć Chińczyk, albo Chinka, któr_y/a zarabia przeciętnie musieliby przeznaczyć na to, bagatelna, dwieście dwadzieścia trzy lata. Życie jest w chwilą. :-/.

O dominację w muzyce, toczą [o]bój dwa instrumenty.W dwóch słowach: Zawracają gitarę, ach. [Użycie czasu teraźniejszego jest tu jak najbardziej (nie tylko na gramatycznym) miejscu] bowiem nie jest to kwestia rozstrzygnięta. I nie jest to kwestia oczywista. I też nie słodzę sądząc, że szybko wybór się  dokona. Dwaj bohaterowie, starszy (i mniejszy) to skrzypce, młodszy i cięższy to… Ten tego, tam, no…Gd założymy parę(i nie chodzi o tą co poszła w gwizdek) zadań i zdań, wyj[g]dzie tak, bez wycia… Jak z nut. O sprawa prosta jak drut, a w zasadzie i w kwasie  nie przeciągajmy struny (napięcie strun zależy od modelu, czyli kłaniają się gabaryty, waha się od 15 do 30 ton). Nadajmy ton, a może po prostu oddajmy głos (i tu jest miejsce na rysunek, film poglądowy, który sobie zobaczy_my)

[Z cyklu: jak to się robi. Źródło nagrania].

Otóż. Wiele inkaustu i pikseli tony poświęcono na to by pisać o barwie, o tonach, interwałach achi wałkach, i młoteczkach, ach (i nie chodzi tu o sławny już gest Kozakiewicza [przypomnienie dla młodszych])  niewiele, a przecież instrument instrumentowi nie równy… I nie chodzi o możliwości, a o… Socjologię, tak właśnie.  Dlaczego mówi się: grać pierwsze skrzypce, a nie grać pierwszy kontrabas? Kontra? że bas? Szapo bas? Szaaa bas? Cicho sza?Cichosza.

No właśnie, o starszym bracie fortepianu być może kiedyś napiszę. Dzisiaj chciałabym się zająć, tym drugim, chociaż często nazywanym pierwszym (i nie ma to nic wspólnego z powiedzeniem niech ostatni będą pieszymi,  pierwszymi). Bo o bieganiu już było. A o spacerowaniu i cerowaniu (nie certoleniu) jeszcze będzie. Teraz przejdziemy sobie mimochłodem po pięciolinii w tem i we w tempie, znaczy się, znaczy się jak z nut… Poprzez geografię  znaczeń i dźwięków, uf.  Dobrze, mogę przerzucać się słowem przekładając znaczeniem, ale nie o to gra. Można zawrócić gitarrrę, ale po co?

Niektóre osoby przerzucają laur pierwszeństwa przyznając to jednemu, to drugiemu instrumentowi. Traktując rzecz (z racji miejsca i charakteru publikacji) można stwierdzić, że obydwa atrybuty kojarzone są ze statusem i władzą. Widać to chociażby po liczbie osób chętnych chcących nauczyć się grać na obu, i porównując tę liczbę z liczbą osób aplikujących do innych klas…

(Chociaż jeśli chodzi o smyki, a raczej ich status, to sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo z jednej strony kojarzą się z Paganinim, a z drugiej— mają charakter iście ludyczny — czyli co, z jednej strony Janko Muzykant? To pociąga za sobą różnego rodzaju konotacje, o których ledwie wspomnę, a z drugiej frak i filharmonia).

Gdy spojrzymy na historię i fakt zrównywania instrumentów, to jest to fakt zadziwiający, wszak prototyp fortepianu pojawił się bardzo późno, a i tenże ulegał modyfikacjom, a raczej przeobrażeniom. Dwieście lat, to nie w trąbę dmuchał, dwieście lat  po tym jak skrzypce rozbrzmiewały pełnym i pewnym dźwiękiem, a do tego dochodzi jeszcze czas, gdy piano zdobywało (niebagatelną) popularność, czyli znów ile musiało wody w kranie upłynąć ile prześnić się snów…

Z reguły nie patrzymy na instrumenty muzyczne jak na wynalazki, a trzeba i w takiej perspektywie rzucić okiem (o czym dowodzi historia Saxa), ale też przecież sam fortepian był unowocześniany (wiwat mechanizm repetycyjny, wiwat   Sebastian Erard dopiero w 1821 roku! Powiedzmy, że zdążył facet w ostatnim metrum momencie),a to dopiero początek spoglądania i podpatrywania, świat nie stoi w miejscu, a przynajmniej nie dla wszystkich i tutaj właśnie mierzymy się z takim przypadkiem, wszak  albo nastają nowe możliwości wraz z z zastosowaniem nowoczesnych materiałów tak jak  dodanie elementów metalowych, jeśli chodzi o ramę — albo jej nowy kształt, w jakim obecnie ją rozpoznajemy, to wynalazek z XIX wieku! Dopiero. Wszak jak brzmi powiedzenie nie od razu parapet zbudowano! Et). A co jeśli dodamy do tego sposób naciągnięcia strun? Co także zmienia strukturę dźwięku, jego głośność? Albo jakość i skład powietrza. Nie, nie wspominam o wilgoci… Ale wróćmy do początku. Na początku był chaos, a potem pojawiła się muzyka… No dobrze, o laur pierwszeństwa bój toczą skrzypce i fortepian. Nie wierzysz?

Jeśli przyjrzymy się choćby reklamom, czy teledyskom popowym, to zauważymy, że widok fortepianu, nawet gdy ten stanowi on tylko statyczny element dekoracji służy niczemu innemu jak właśnie podrasowaniu wizerunku, (pod)niesieniu podwyższeniu  statusu. Nadaniu posmaku luksusu…

Instrumenty nigdy nie istnieją w próżni.  Chociaż mogłoby się nie tylko tak wydawać, ale po prostu i pokrzywu tak nas wessało przyzwyczajenie, że jesteśmy o tym przekonani i przekonane. Dlaczego o tym piszę? Od samego początku, czarne pudło było kojarzone z burżuazją,ze szlachetnie urodzonymi, po prostu. Co nasuwa, trafne skojarzenie, że że ludzie należący do tej warstwy społecznej naśladowali, aspirowali do ludzi sytuowanych bardziej, do elity. Dlaczego kojarzmy klawesyn z arystokracją? No właśnie. Protoplasta fortepianu. To o czym piszę, dotyczy w równej mierze cyklu życia produktu, najpierw dociera on do warstwy najbardziej zamożnej i najbardziej wpływowej, i jest podkreśleniu statusu (tu przykładem może być szlachta w XVIII wiecznej Austrii) dopiero potem przejmuje sposób zachowania warstwa niższa. I tu pojawia się zapotrzebowanie, a jeśli tak, to i odpowiedź rynek. Nie tylko produkty, ale możemy także mówić o takich samych zachowaniach znajdziemy w języku, sposób wyrażania się przejmują osoby aspirujące do pewnych grup społecznych.Przykłady i podkłady można mnożyć. I rozdzielać. Ać.

Do tego wszystkiego mamy przecież moment historyczny. I tak fortepianowi na bank pomogły/ a przynajmniej nie zaszkodziły/ a to już bardzo dużo, przetaczające się właśnie rewolucje:tak  francuską  jak i przemysłową. A to znaczy ni mniej ni więcej, tylko regulacje rynkową zamykającą się w dwóch słowach: popyt i podaż, i władzę wynalazku Fenicjan, a nie regulowanie odgórne, nakazy, i zakazy, kto może, nie może, kto powinien, a kto odwrotnie, chce a nie może…

Jaki fortepian jest każdy widzi… Ale nie każdy słyszy. Dla burżuazji, to po prostu rodzaj luksusowego, bo luksusowego, ale jednak, mebla. Takie tam sprawy. Oczywiście, nie żeby mebel był na położenie oczu, oczy to się stawia, i do tego potrzebny jest słup, up.

Mebel oczywiście to namacalny świadek,  glejt statusu, do czego można by porównać? Do auta, eletelektroniki… Ważne, że można było go nabyć, ale żeby zaraz (albo teraz, albo teraz- zaraz, albo: zaraz potem) grać? No toż już przesada.  Przydawka taka przystawka. Może stół może ławka. Wystarczy, że stoi, a wokół niego wystarczająca ilość powietrza, i cholera! Ciasna? O nie, nie, nie ciasna, byle nie ciasna. Może być…   Jasna i ciemna, i każda inna— byle dość metrażu, wszak fortepianu nie trzyma się w garażu.  Oczywiście i na ten fakt, znalazło się remedium, ale to przecież nie to samo.Wynaleziono różne gabaryty, kształty, o zez Ty! Bałaganu w oczach można dostać od nadmiaru możliwości.    I świeca, i żarówka jest źródłem światła, tyle, że widać różnice. Można sobie wmawiać, albo być przekonanym/ przekonaną, że ta pierwsza stanowi romantyczny element wystroju, i powrót do przeszłości, ale co pstryczek to nie knota prztyczek…

Tak więc  na drugim krańcu pojawiły się art piano, czyli fortepianomeble. Miały zdobyć i zdobić, miały nie być użytkowe.A więc jednak wieszanie oczu…. Przynajmniej, nie tylko, albo tylko przy okazji mogły grać na nerwach, ach byle nie na strefach (erogennych).

Tak jak w latach pięćdziesiątych XX wieku porządna, przykładna, i pożądana miała kuchenkę i telewizornie, no dobrze, powiedzmy w drugiej połowie owej dekady, to w wiktoriańskiej  rodzinie, były obrazy i wieeelki wieloryb, fortepiano znaczy, właśnie o to  chodzi, stoi że duży, wielki. Takie instrumentarium przedłużenia… E[r]go. Ale przecież rynek nie śpi, to nie królewna. Oczywiście można wyróżnić najmniejsze i największe instrumenty. Piszę instrumenty, bo kiedyś,drzewiej właśnie tak nazywano te czarne potwory 🙂 nazwy pianino i fortepian (niesłusznie mylone ze sobą, pianino nie jest gorszym bratem fortepianu, to inny instrument o odmiennej dynamice,sposobie ułożenia strun, co ze sobą jest powiązane.  Pianino, i forte-pian, sama nazwa na tą różnicę wskazuje, przynajmniej polska nazwa, bo już w języku angielskim nie znajdziemy takiego rozróżnienia, chyba, że pojawi się nazwa upright [piano]– określenie jednoznacznie wskazuje na pianino. Zresztą, o nazwach można by rozprawiać i rozprawiać i nie było by to dzielenie barwy na czworo. Przykład kim jest pianist[k]a? Gra na: forte- i czy na pianie? A taper/ka? A czym jest fortepianówka? Zresztą i bez reszty.  Skojarzenie z pisaniem na maszynie jest jak najbardziej na miejscu. Na właściwym miejscu. Taper kojarzy nam się z kinem, a taperka z pracą sekretarki.  A jeśli skompilujemy sprawę rodzajami instrumentów przyporządkowanymi do konkretnych gatunków muzycznych? Ale to zostawmy w spokoju, a może i w przedpokoju).

Ponieważ rynek zareagował żwawo na kiesy klientów, to wzbogacił się asortyment tychże. Fortepian to następca wspomnianego klawesynu. W powszechnej świadomości jest on (w odróżnieniu od pianina) przypisywany zawodowcom, a i gabaryty są tu nie bez znaczenia. Dlaczego rozwodzę się nad nazwą? Ponieważ nie jest ona li tylko określeniem przedmiotu, i jak już pisałam przy innych okazjach, wychodzi poza nią. Nie stanowi tylko wyodrębnienia przedmiotu z tła, ale o istocie języka pisałam już na tym blogu, osoby chętne mogą wrócić do tych rozważań i wrzeń, i wrażeń. Tymczasem interludia, tia mnogo ludia, mnogo jak na jeden fortepian:

[A co tam popowa zabawa z przymrożeniem, przymrużeniem klawisza, zostajemy w konwencji nagrań lekkich, łatwych, przyjemnych i efektownych. Ekipa Piano Guys, słynie z takowych, źródło nagrania].

FortePian to pierwszy instrument,władca dynamiki, nie tylko tej tkliwej, ale tej głośniej, nośnej, a nie tylko znośnej. Przecież klawesyn, co by dobrego o nim nie napisać, łączył się nieodmiennie ze zmianą, ale jednak  ręczną zmianą rejestrów, nie za bardzo sprzyja graniu jak z nut, a o płynnych przejściach (jeśli nie mamy na myśli wody), to ciszej, to głośniej to musimy zapomnieć. Tuskin i Erard ze swoim wynalazkiem sześciu pedałów, spóźnili się „nieco” bo na scenie był już czarny wieloryb. A więc po co inwestować w malucha jak można mieć (co jest teraz wyznacznikiem motoryzacyjnego kunsztu i możliwości?) no właśnie. To można mieć. To zupełnie inna sytuacja niż ta, w której znajdował się Sax.

Erard stworzył mechanizm repetycyjny, czyli coś co umożliwia z jednej strony płynne łączenie dźwięków, i szybkie ich przetwarzanie i tak unowocześnił fortepian. No a tu już krótka droga do ukazania swych możliwości, kunsztu, techniki, nadanie znaczenia, i zaznania sławy. Wystarczy wspomnieć o fakcie, że toczono pojedynki muzyczne (tak na skrzypce, jak na fortepian) to przypomina turnieje rycynowe, arcy nowe, znaczy rycerskie, tu także stawką był rząd dusz. I uzależnienie się od orkiestry, a nie tylko jej przewodzenie, wszak niezależnie od tego na ile ról rozpisany był utwór oceniano go biorąc do rąk wyciąg fortepianowy, czego wcześniej nie było bo być nie mogło. I lider (wszak czym innym jest fortepianówka, kiedyś drzewiej można spotkać nazwę fortepianiści)… No dobrze, wspomnę tylko, że teraz może i turnieje, czy owe pojedynki nie są aż tak popularne, ale np bije się rekordy (i nie jest to uderzenie w dzwon), tak jak ten wpisany do Księgi Guinnessa: Najdłuższy koncert trwał (bagatela, nie mogę wstać z fo[r]tela!) 103 godziny i 8 sekund.

Tak kobiety również grywały tyle, że ściśle amatorsko, (okazyjnie w salonach, na życzenie, tak jakoby pokazać się, powiedzieć wierszyk, ukłonić etc). Lider był tylko jeden. Na niego spływała boska gloria, chwała, sława. Chociaż nie do końca, bo o ile skrzypce były instrumentem z klasą i błyszczącym na salonach i filharmoniach, to także otaczała je aura narzędzia niebezpiecznego, diabelskiego, kuszącego, szatańskiego, kojarzącym się co prawda z klasą i kasą, ale również z podrzędnymi lokalami, soczystymi przekleństwami,spelunami,  ociekającym seksem, ekscesem, a to przecież nie przystoi damom. Omm. Nie przystoi kobiecie grywać na takim instrumencie, może męcie? (Z poważaniem dla instrumentalistów/ instrumentalistek) :).

A taki parapet w salonie, za pomocą którego  można się jeszcze zafortepianić, znaczy, zasłonić, a może nawet , pochwalić, poprosić w ramach ciekawostki, by się kobieta pokazała choć, zasłoniła, wszak najważniejsze niewidoczne dla oczu…  I tak jak świat światem: wirtuozi to mężczyźni, a kobiety do… Salonów. Istnieją takie linie myślenia,pięciolinie, że kobiety dlatego zostały tak dobrymi stenotypistkami,, że wcześniej potrafiły grać na forte- i pianie. Takie prywatne zadanie jak okazyjne przygrywanie w domach pozwoliło na:, z jednej strony trzymały kobiety w świecie przypisanym do domu, kształtowanie uległości/charakteru,  doskonały sposób wyrażenia i komunikacji nie wprost, wzmacnianej przez socjalizację u kobiet, ukazanie jako niewiastę ułożoną, cichą, pokorną, dbającą o dobrą atmosferę. Tą, która nie tylko pobiera nauki, ale również potrafi posiąść tajniki  zapisu nutowego (w zamyśle przekaz prosty: nie głupia kobieta), a równocześnie, ma „odpowiednie” do czasu i roli (jej odgórnie narzuconej) ambicje, cóż. To było coś, przynajmniej dla osób zaliczonych do mieszczaństwa.

No i jeszcze jedno muzykowanie, czyli zagospodarowanie wolnego czasu, czas wolny to też wynalazek, ciekawam, kto o tym pomyślał/a? Czasem wolnym nie dysponują wszyscy, w tamtej epoce, epoce pojawienia się fortepianu… Następna sprawa to uprawianie muzyki i sposób jej doświadczania, i uniezależnienie się od wykonań na żywo. Cóż, nieoczywiste, prawda? Przecież cóż, nie można było zapuścić mp3 (o zgrozo! — profanacja), płyty nie tylko chodnikowe ale cd wtedy nie istniały, albo chociaż walkmana nie uświadczysz. Przestrzenią, publiczną,w której miała szansę rozbrzmiewać muzyka, to kościół, ale to specyficzna przestrzeń, przynajmniej przez dłuższy czas. A i wykonania różnego autoramentu,… Jeśli obecnie jest drogie uczęszczanie na koncerty, to jak było drzewiej? Że rzewniej? No na bank. Zwłaszcza jeśli nie było benzyny. No, ale to co rozwijało granie, zwłaszcza amatorskie, amatorskie, czyli domowe,patrz akapit wyżej. Ale nie tylko to.

Pełna harmonia (i nie mam na myśli zabiegu lingwistycznego, a na ten przykład: bas cyfrowany. I akordy. Kwestie dzisiaj tak oczywiste, że aż nie do pomyślenia, że kiedyś ktoś je wymyślił i upowszechnił. Ale to jeszcze nie wszystko, wynalazki (i ich upowszechnienie!) to zbieżność wielu czynników. Wynalezienie druku to także postęp w notacji i wynalezienie sposobów zapisu! A teleelektryczność? A jak wpłynęło wynalezienie pianol na muzykowanie w domach? Nie pisząc o nowoczesnych noś_ni(c)k_ach, ach! No właśnie, nie pisząc o strumieniu danych.  Jan Sebastian (który w na zwisie pisząc nie skomponował żadnego [u]tworu na fortepian) widząc dzisiejszą jakość muzyki, i sposób jej doświadczania ma szanę zrobić Bach w grobie, nie, nie broń Losie, nie uogólniam…

A mobilność instrumentu? Wracając do metrum, znaczy meritum, do fortePianu Zameldujmy się. Zatrzymajmy się na chwilę tu. Gdyż to właśnie stateczność i statyczność jest wzmacniana przez trudności w jego transporcie. Zupełnie inaczej niż np skrzypiec, czy gitary (no i tutaj też wędrują z nami skojarzenia określonego stylu szycia życia jakże instrument przywdziany w czarno biały frak pasuje do mieszczańskiego salonu!). Ale by odpowiedzieć na mąki, czyli potraktować temat (muzyczny) nieco od kuchni, i męki, i  choć trochę żywot nie wieczny osobom, które grając (nie na nerwach, a przynajmniej nie tylko) zarabiają na tycie i życie, wynaleziono (i to już w XIV) klawikord.

Chociaż, cóż tu kryć, i tak się nie da, ten instrument  miał marną reputację, targetem byli nie tylko młodzi, ale i/ przede wszystkim / dla tych osób, co  mogą być i grzeczni, i nie grzeczni, ale z pewnością nie grzeszą bogactwem i  mogą przymierając głodem, no dobra może perfumy jakieś mają (wszak to nie wynalazek nowy), ale groszem to oni na pewno nie śmierdzą! No i do tego, powiedźmy, a raczej napiszmy, nie jest klawikord taki przenośny jak go malują. Wynalazek elektryczności i jego upowszechnienie namacalnie wpłynęło, ba umożliwiło wynalezienie instrumentów! I tak redukując na przykład struny, czy pudło, można było pochwalić się keybordem (ale reputacja została w dużej mierze ta sama, co odziedziczona po klawikordzie). No ale my tutaj gadu gadu o klawiszach, a nie bierzemy pod uwagę , że właśnie z wynikiem tychże eksperymentów było magiczne pudełko, nazywane… Świnią, czyli akordeonem.  Takie czerpanie, ba zżynanie,  ze starszego brata, znajduje odbicie także w nazwie, tym razem angielskiej, (buton accordion, albo piano accordion, zależnie od odmiany). Tak więc nie tylko unowocześnianie, już istniejących instrumentów (ewolucja) ale i rewolucja (powstanie nowych).

No ale dosyć już o akordeonie, wszak najważniejsza w życiu jest harmonia to wiemy (i tutaj niechcący zaczepiamy się o nieprecyzyjne polskie rozróżnienie na akordeon i harmonię).

Brzmienie piana (nie byle jakiego) tylko Fender Rhodes przejął jazz, a ściślej jego odmiana zwana fusion. Czyli nastąpiło radykalne cięcie od skojarzeń, które postępują wraz  z(a)  keyboardem. Ach te strefy wpływu! A przecież jazz to niebezpieczne napięcie, narzędzie i przyjemność, i głośność i cichość… Ponieważ ten wpis rozrasta się do niebagatelnych zaMIAR uff, jak gorrrąco, znaczy, rozMIARów, zasupłuję, znaczy skonkluduję jednym zdaniem. (Wniosek: Z cyklu: przyszyj to sam/a)….

Gdy się zajrzy pod maskę, tfu klapę, chociażby fortepianu, gdy się przyjrzy nic nie staje się, albo nie pozostaje oczywiste… To nie jest całkiem tak, że wstajesz i wiesz[cz], ale posłuchać możesz (z cyklu: Ocalić od zapomnienia):

[Colin Vallon Trio, o którym już było,źródło nagrania].

[277]. Uszy[ć].Użyć, tfu, zużyć, żyć by zanurzyć, albo odwrotnie.[Inaczej: Głębia, czyli wrzenie wrażeń].

Nie brakuje Ci jazzu na tym blogu? [Przykładowe wpisy:tutajajajajaj].

Przecier, przecież, w wytartych, starych, ale nie zapomnianych czasach gościł tu, to tu, to tam. Nie, nie napiszę, że się pano, no no no szył. Chociaż artykuły szyte były na miarę (ale nie zdartą). Niech będzie, że się domowił, bo przecież nie za- ani przed- nie chował się między wersjami, wersami, wersalikami, i innymi tapczanami i vice vers[j]a bywał często. Przysiadał do stołu. Może pora powrócić do tradycji pisania, o muzyce? Nie tylko o wydawnictwach, albumach, formacjach? Może. Mnożę pytania. Dorsz. Dość. Ość, by nie stanęła w gardle, bo można śpiewać cienko, cieniusieńko, i będzie to ten, z tych łabędzich…

Powiedziałam, ba napisałam, że jeszcze wyrzeźbię artykuł o ciszy. Tak niewątpliwie, z tym, że musi ona się zestarzeć, znaczy,  stężeć. Bo, ponieważ, gdyż obecnie porządkuje cha cha os. Czyli wtóruję frenetycznemu wybuchowi śmiechu tychże owadoos, a wiadomo, że w tych i tamtych warunkach… Przy szeleszczeniu, zmiętoszeniu materiału, znaczy, zmęczeniu, pisanie (a broń Losie) i publikacja dają efekty mikre, albo: o zgrozo, nie pożądane. Boczne. U-uuf. Para buch. Z uch dwóch.

Miej. Mniej więcej słucham muzyki, ale słyszenie nie uległo zimnie, zmianie, znaczy. Od temperatur i innych temper abstrahując… Można by na odświeżenie napisać o płycie, i to w dodatku nie o chodnikowej, bo jak wiemy, o bieganiu już było. [A ściślej rzecz przypominając mijając tutaj – na ten przykład, a na inny przekład: tu albo wywortnie, tfu, od_wrrr_ot!Nie?].

Dzisiaj będzie przekornie nieco. Małe co nieco. Więcej. Będzie, a w zasadzie, i to nie jednej, już jest, o dwupłytowym albumie, który liczy sobie już siedem lat, jednego z najlepszych pianistów. Koncert zarejestrowany w  Wiedniu, słowem, a może nawet trzema, Volodos in Vienna! Mogłabym napisać wiele, o technikaliach, technice o kolorystyce, pasji, o tym jak prędko wspiął się na szczyt, szczytów, i nadal tam pozostaje (sic!). Mogłabym, ale chociaż raz warto po prostu, po prostej zanurzyć, albo zmrużyć uszy. Tylko, albo aż. Zasłuchać się. Wieczorem zwłaszcza, może być ten, lub owy,  na przekład i na przykład wrześniowy. Taj więc nie będzie o wspomnianych aspektach, tylko nadmienię chybcikiem truchcikiem o skupieniu, które się odczuwa organoleptycznie od pierwszych takt_ów. Uff. A to (jak i wspomniane wyżej elementy) w natężeniu wszelakim pozwala na zanurzenie się, zapomnienie, i zadłużenie w muzyce. Jeśli Ktoś lub Ktosia słucha i szuka prezentów (niekoniecznie, ale może być i również) około gwizdowych, gwiazdkowych, albo innych owych, ten album nadaje się doskonale. Do tego filiżanka lub kubek z dobrą kawą. I gotowe! Wyważenia wrażeń jak nowe.

261. Gimnastyka myśli.

[Remembrance, ECM,2010, źródło zdjęcia].
[Ketil Bjornstad, Tore Brunborg, Jon Christiensen, Remembrance, ECM,2010, źródło zdjęcia].

Dla tych, którzy miast audiobooków wolą przepływającą swobodnie muzykę. A może i dla tych samych, tylko w innych okolicznościach przyrody i deko_ racjach dnia?

Gdy leniwie spływają minuty, skraplając się w słoneczne, pachnące wiosną godziny, zakwitające feerią barw. Iskrzących się na powierzchni dnia. Warto zaciągnąć się jazzem.

Proponowany album jest słonecznie harmonijny. Początkowo miał być nagrany w duecie,  który prywatnie zna się wyśmienicie. Skończyło (a może zaczęło się na tym, że jednak do tanga, trzeba trojga, w tym, jednego pana z magicznym instrumentem (klik, klik) którego gra przywodzi na myśl Jana Garbarka, nieco chropowate granie, dodające wyrazistości albumowi podkreślając jego atuty, między innymi geometryczne harmonie.

Nostalgia przylana na wrzącym uczynku rozprostowuje zagmatwane myśli. Ale nić tu z argumentów sentymentów, zmróżyć uszy wystarczy i przycupnąć na granicy dźwięków utworu pierwszego by się przekonać, że warto, by zasmakować. I się zauroczyć.

[Utwór otwierający album, źródło nagrania].

Więcej o muzyce, albo/ i recenzowanych albumach znajdziesz w treści spisie.

Zapraszam.

[242+1]. Nastąpił. Ciąg dalszy. Trzynaście miejsc zamieszkanych przez melancholiję.

Kiedy stoimy przed obrazem w muzeum, nie mogę wiedzieć co człowiek stojący obok mnie w nim widzi — może zupełnie nie to co ja. Podobnie wobec strony zadrukowanej wierszem.  czy prozą, w niewielkim tylko stopniu można s p r a w d z i ć, jak ją pojmuje i czego się w nim dopatrzy (…) Ale wszystkie różnice w rodzajach odbioru słowa czy linii, czy barwy mnożą się przez siebie, i oto ja i mój bliźni żyjemy w dwóch  różnych światach, udając, że żyjemy w jednym. Niewykluczone, że stosuje si to też do odbioru języka  i całej kultury (…)

[Ogród nauk, Czesław Miłosz,Znak, Kraków, 2013 rok, s 186, rozstrzelenie tekstu, własne].

O języku (o jerzyku tylko jeden raz) pisałam wielokrotnie, i nie chodzi o fizjologie, ale o cielesność i urzeczywistnienie już tak. Wystarczy sprawdzić w treści spisie. W zasadzie, słowa Poety są dla mnie potwierdzeniem, tego, co już dawno i nie przy tej okazji napisałam. W tym fragmencie uderzyło mnie słowo: sprawdzam. Czyni się tak, jeśli nie jest się czegoś pewnym (lub pewną), gdy  jest się przekonanym (lub przekonaną), że jest z goła (i ubrana) zupełnie inaczej niż poświadcza nam to interlokutor[ka]. Ale wpis nie o tym miał być, nawet nie o miedziorycie autorstwa Albrechta Durera z 1514 roku…

Wspomniany już Janusz Limon zaznaczył, że:

Genom człowieka w jednej komórce liczy 3.2 miliarda nukleotydów, które w obrebie genomu mogą stworzyć 192 miliardy kombinacji kodonów. Ta liczba kombinacji nukleotydów tworzących nasze geny, porównywalna jest z szacowaną liczbą 200 miliardów gwiazd we wszechświecie. każdy z nas jest niepowtarzalny.

[Przestrzenie i zaułki, Janusz Limon,Słowo, Obraz, Terytoria, Gdańsk,2015 rok, s.64].

Jak to się dzieje, że przemawiają do nas tylko wielkie kwantyfikatory. A nie zupełnie pojedyncza liczba niezbywalnie pierwsza. Chyba, że dotyczy i dotyka, osobiście nas. Yuan Mei w tłumaczeniu Czesława Miłosza brzmi tak:

Kiedy nadchodzą chmury

Kiedy nadchodzą chmury, góra istnieć przestaje.

A kiedy nadchodzą, pokazuje, czym jest mocne

Górowanie

Jak myślisz?

Czy góra wie?

[Przekłady poetyckie. Wszystkie.Czesław Miłosz,Znak, Kraków, 2015, s534].

Miało być. O trzynastu miejscach, w których rozmierzwiła i zadomowiła się melancholija, i oczywiście, jest. O debiutanckim albumie Torda Gustavsena. Wiem, że niektóre i niektórzy z Was tęsknią za cyklem jazzowym, i nasiąkniętymi nimi sobotami. (Nie mylić z sabotami, ale jak ktos/ia  woli… To, oczy_wiście, można]. Melancholia nie rozumiana jako, czarna żółć, choroba wielkiej zmiany. Pisze tak, bo przecież jej wzmożenie następowało w czasach wielkich prze[z]mian, gdy ludzie w bólach i mąkach rodzili nie zawsze, swoje czasy. Patrz proszę: koniec XIX wieku. Doskonałym stadium przypadku jest chociażby Lalka autorstwa Bolesława Prusa, no, w ostateczności Aleksandra Głowackiego. Krzysztof Rutkowski, który popełnił książkę dotyczącą tegoż dzieła pisze w niej:

Lalka jest arcydziełem symetrii i lustrzanych odbić, podwojeń i powidoków. Arcydziełem — ponieważ symetrie, podwojenia i powidoki nie są nachalne i nie są zupełne, ujawniają się i kryją w mitach przepowiedniach z nadzwyczajną subtelnością.

[Wokulski w Paryżu, Krzysztof Rutkowski, Słowo, Obraz Terytoria, Gdańsk, 2010 cytat zaczerpnięty z rozdziału 4].

Zasiadając w przedsionku melancholii, zanurzam dłonie w myślach. Powracam do Liczb Niezbywalnie Pierwszych. Liże i liczę. Milczę. Szukam, mam nadzieje, że (choć) czasami znajduje.

[Skrócony [od]noś[nick] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-Q2%5D.

PS. Mam trochę zaległości, następny wpis pojawi się, gdy nadrobię, to znaczy pozbędę się ich bez znieczulenia. A miało być o Changing Places… Słucham tej płyty w kolorze blue, i nie wiem, dlaczego zyskała aż taką popularność. Owszem, przyjemna (nie napisałam: przyziemna) owszem, gen tęsknoty w sobie ma, ale żeby hit? Zapomniałam, że polski klimat w 80 procentach składa się z melancholii…

242. Skroplona melancholia.

[Imágenes (Music For Piano),Dino Saluzzi - Horacio Lavandera,ECM, 2015, źródło okładki].
[Imágenes (Music For Piano),Dino Saluzzi – Horacio Lavandera,ECM, 2015, źródło okładki].

Dino Saluzzi jest instrumentalistą, urodził się z muzyką krążącą w żyłach. Proponowany dziś album nie wiadomo, czy należy bardziej do muzyki jak najbardziej poważnej, czy jeszcze do jazzu. Jak wielokrotnie pisałam, obecnie już nie trend, ale właściwość taka jest, że muzyczki i muzycy klasycznie wykształcone i wykształceni zanurzają się w jazzie już całkiem jawnie. Co, oczywiście, w pierwszym rzędzie, na zanurzenie ucha, ma wpływ na rodzaj i fakturę brzmienia. Wyobraź sobie, że siedzisz na tarasie, i słonce leniwie decyduje się zajść za chmury, Ty obserwujesz to, w rękach masz ulubiony napój. Smakujesz rzeczy nie oczywistość, w tle sączy się muzyka… Tak, kompozytorzy/kompozytorki muzyki klasycznej, istnieją, żyją, tworzą, wbrew temu co się powszechnie zwykło uważać… Ba, to co stworzyły/ stworzyli jest słuchane. A wiec to nie tylko pieśń przeszłości… Wychylmy zatem szklanice, po brzegi pełne melancholii, haustem, do dna.. Obracając w palcach zmierzchający już dzień, cień,  nadchodzący sen… Konfitura czasu. Partytura_tura sensu..

Dino SaluzziHoracio Lavandera

Tytuł albumu: Imágenes (Music For Piano).

Data premiery: 22 maja 2015 roku.
Wytwórnia: ECM Records ‎
Czas: 59:06

Lista utworów:

01. Imagenes (10:11)
02. Los Recuerdos (7:26)
03. Montanas (9:18)
04. Romance (3:15)
05. La Casa 13 (5:47)
06. Claveles (6:22)
07. Moto Perpetuo (1:07)
08. Media Noche (5:53)
09. Vals Para Verenna (3:38)
10. Donde Naci (6:10)

Muzyka – Dino Saluzzi
Fortepian: Horacio Lavandera

Nagrano w  Rainbow Studio, Oslo in Listopadzie 2013.Zrealizowano na zlecenie ECM Production.

Skrócony [od]noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-PY