[544]. Wymawiam: dwudziesty wiek…

Wymawiam: dwudziesty wiek i skóra mi cierpnie. Ogromy milczenia. Bo przy całym zgiełku mowy, miliardach słów na minutę,przy rozmnożeniu się prasy, filmu, telewizji,rzeczywistość nienazwana olbrzymieje, natomiast ta druga, przetłumaczona nie nadąża za nią, i jest proporcjonalnie słabsza, niż była w ubiegłym stuleciu. Wie o czym mówię, każdy, kto zdumiewał się nad przepadaniem bez śladu wydarzeń, sytuacji, atmosfery, a także przepadaniem ludzi, i całych miast, i całych krajów, nie jeden też z piszących ubolewa, jak ja ubolewam, że zdołał z poznanej przez siebie rzeczywistości uchwycić tak mało.

[Ziemia Ulro, Czesław Miłosz, Kraków, Znak 2000, s. 66].

Tutaj milczenie nie jest złotem- a i słowo pierzchnie. Nad geografią miast, wsi, bezdroży, można zdrapać zmierzch jedynie (noc? Noc pozostanie). I będzie zapadać coraz głębiej, coraz gęściej, rytmicznie. Będziesz oddychał/ oddychała innym już powietrzem, tak jak instrument Rembrandta, Bacha, czy Chopina był inny bo powietrze weń zamknięte wpływało czy na barwę obrazu, czy dźwięku. Są zderzenia i zdarzenia atomów, o których nie potrafimy rozmawiać, czy milczeć, a jedynie, i to z wielką uporczywością, je zapominać. Kto tłumaczy mi pośród błędów pamięci i postrzegania, zaniechania, rzeczywistość, i czyja ona jest? Gdzie chowam i gdzie znajduję śrubokręt, wytrych, klucz francuski i wiolinowy, jazzową miłość Chopina? —o której nie wiedział- a może tylko nasza pamięć krótka, a może znak przestankowy epoki, powinności i dźwięk, daty zapadły na suchoty… Rozkwit kawiarń, na które mnie nie stać w młodości, a i teraz je mijam z zapachem kawy upchanym po kieszeniach, ukradkowe spojrzenia moich Rodziców, o których nie miałam pojęcia, nawet zielonego, chociaż Oni jeszcze długo, na tak krótkiej drodze, w nie grali. To nazwę nosi: czułość, zaangażowanie, a trzecie jej imię: Miłość. W tym słowie jest i ość, i oś, czyli szkielet, i kompas. Tyle, że nazwać czułością i współrzędnymi musimy je same/ sami, otoczyć gestem, czyli działaniem, i dobrym słowem na- miejmy nadzieje- długą (wspólną) drogę. Wcierać doświadczenia maść w zmarszczki twarzy i przestrzeni. Na przekór zakrętom zapomnienia. Zmęczeniu, zniechęceniu, niepowrotom, zawiedzionym nadziejom, spełnionym tęsknotom, czarnym i białym kotom (przebiegającym z pokoju do kuchni), poprzeczkom zawieszonym za nisko, i za wysoko… Wszystkim fitnessom dnia poprzedniego powszedniego aż po kres, po zakres. Po żar i żarty kiepskie.

Parmenides z Elei, i nie, nie chodzi o wycieczki per pedes Parmenidesa do popularnego francuskiego supermarketu (jakby market nie wystarczył, to musi być i hiper i super, ale nawet bez to nie chłodzi o sklep) ów, wzdycha Parmenides ma się rozumieć, a raczej mógłby, gdyby żył, tylko klika zdań zapisanych heksametrem ocalało, i nie ich zrozumienie spierają się filozofki i filozofowie. I tu także zapomniano. I także usprawiedliwiano.

Metafizyka. Gdy w niej pogrzebiemy jest jeszcze dialog platoński, jakże nazwany Parmenides stanowiący zapis rozmowy z Zenonem -bynajmniej nie tych od oczu zielonych, nie nie, tych, (jego uczniem). Nie wiadomo, czy to jednak nie fantasmagoria, bo wycieczki przed oblicze bogiń, czyni te spotkania niewątpliwie wątpliwym. Jednakże może to i jest przenośnia, a nie teleportacja, racja, ważnym by odróżnić to co jest, od tego, co się ledwie wydaje, więc racjonalizm, rozum. I piękno poznania, nie nie chodzi o krajoznawcze wycieczki. To co prawdziwe jest koniecznością, a poznanie jest możliwe tylko dzięki racjonalizmowi. A zmysły bywają zwodnicze. Nie tylko podczas upału. To prąd- nie wiatr od morza, który przeciwstawia się jońskiej filozofii przyrody. Nie, nie będę streszczać tu jego życia, pisać biografii, to tylko pierwszy z brzegu przykład, a może i przekład tego w jaki sposób człowiek dziedziczy odseparowanie się od świadectwa zmysłów. W jaki sposób można zapominać. Poza tym, my z Panem Parmenidesem się nie zgadzamy się… Jakże tu mieć taki sam pogląd jak ten, człowiek nawet w cierpieniu kocha życie. Otóż, czytając takowe myślę, że Parmenides, nie dotarł był czy per pedes czy nie do granic takiego cierpienia, w którym obojętnieje świat, i nie chodzi mi o to, że teraz jest to postać pomnikowa, udartą nie tylko ze złudzeń, czy pragnień, ale także dojmującego cierpienia. Niestety, niewyobrażalnego, a ziszczonego. Niemniej, pójdźmy z innej strony. Jeśli już o tym wspomniałam, teleportujmy się na średniowieczny targ. Chociaż mówi się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu… A Karczma Rzym się nazywa… Żar, ty na book. Rzymianki i Rzymianie dysponowali drzewiej czymś, co dzisiaj uznajemy za standard. Zanim przejdziemy do czasu gdy wymyślono lombard i okulary, to zatrzymajmy się na chwilę. Mianowicie posiadali w owym mieście, co nie od razu je zbudowano, czy też zorganizowali sobie rozbudowaną sieć dróg, i nie, nie chodziło tu, o wyznaczenie standardów, czy zakosztowanie luksusów, ale było to konieczne, ze względu na sposób zorganizowania rzymskich prowincji, które trzeba było spoić, a uzyskano to poprzez wybudowanie dróg, tyle, że od Rzymu, w kierunku odwrotnym. Nie chodzi też o to, co się teraz mawia, a raczej nie tylko, o swobodne przemieszczanie się wojskowych, ale np o fluktuację ludności, np w celach zarobkowych, czy handlowych. Wiadomo, że dobrej jakości drogi, sprzyjają wymianie towarów i usług. Złoty (choć niekoniecznie) kamień milowy, to znak na oznaczenie środka miasta – coś w rodzaju rapiera, u jego zbiegu znajdowały się główne drogi, czy wyznaczenie odległości jaka dzieli nas od osiągnięcia upragnionego celu podróży. Ponieważ był to doskonały punkt orientacyjny, wzdłuż rzymskich dróg, co tysiąc czterysta siedemdziesiąt osiem i pół metra umieszczano kamienie milowe, milowe dlatego, że tyle właśnie mierzyła mila (tyle, że rzymska) na nim to oznaczano nie tylko nazwę drogi, którą zmierzamy, czy odległość, ale także fundatora, czyli za czasów jakiego władcy został wybudowany trakt Jeśli zatem zaświtało Ci w głowie, że metaforyczne znaczenie kamienia milowego znasz, to, tak, to określenie ma także swoje źródło w czasach starożytnych, ale wróćmy, a raczej idźmy w kierunku średniowiecza, kiedy to drogi wybudowane wcześniej zaczęły niszczeć, istniała konieczność położenia (nie w znaczeniu o którym pisał bard przewróciło się niech leży, cały luksus polega na tym…) nowych szlaków. Na jednym szlaku spotykają się nie tylko pielgrzymi, czy kupcy, ale także mieszczanie, ci straszni mieszczanie jedni z nich podróżują per pedes, drudzy karetami ciągniętymi przez muły dlatego towar nie jest narażony na uszkodzenia, drogi rzymskie, tak dokładnie te same, o których wspomniałam wyżej, zaczynają popadać w ruinę, nie nadają się już do użytku. Dlatego pora wybrukować nowe, tym razem drogowskazem są ślady stóp. Biorąc pod wzgląd naturalne ukształtowanie terenu. W średniowieczu budowanie dróg przypominało wyrastanie ciasta i wrzucanie doń rodzynek, gdzie popadnie, bez struktury, żywe kultury mościły sobie miejsce do życia. Wrócimy jeszcze na średniowieczny targ- na chwilkę, ale nie teraz. Tu kipiało życie, jakże inne i jakże takie samo.

Czas. A trawa rośnie sama.

Tak nie było zawsze. Od zawsze także nie. Chociaż tak łatwo ulec przeświadczeniu, że tak, tak właśnie było i tak bywało na długo przedtem jak stało się to doświadczeniem żyjących na przełomie wieków (XX/XXI). W średniowieczu życie człowieka było nie tylko ściślej określone, np poprzez dziedziczenie statusu socjo-ekonomicznego, co i dzisiaj ma miejsce-i to częściej niżbyśmy chcieli i chciałe, ale poprzez jego związki z przestrzenią, i nie chodzi o eterycznie, czy socjologicznie określoną sensu largo, przestrzeń życiową, ale o przestrzeń geograficzną. I tak o owe drogi także. Poczyna się od dróżki, która wiedzie ku diecezjalnemu kościołowi, czy szlakom handlowym, czy wreszcie, krajowi jako takiemu. Drogi bardziej uczęszczane, to one gwarantowały nie podpadanie nie tyle w przesadę, co w bagno, całkiem realne, błoto i smród. No i nie trzeba było stać jak słup soli, chociaż sól także nie mogła uratować od przepadku mienia w takim wypadku, nawet oliwa zawsze sprawiedliwa, jest tylko w przysłowiach. A i nie ma ani brzytwy na podorędziu której można by się złapać w przypadku spotkania bagiennego, a i nie znam Wiedźminki, czy Wiedźmina, pełniącego straż w tym akurat kwadracie…Chociaż oczywiście występowały różnice, i to wcale nie tak małe jak nam się może dzisiaj wydawać, różnice nie tylko w jakości dróg, tylko o czas, jeśli nie wiadomo o co chodzi, wiadomo, że chodzi o czas, i to mówi nie tylko zegarmistrz. Jednakże zależnie od tego kto mówił, nie nie chodzi o relatywizm perspektywy, ale o to, że eklezjastki i eklezjaści żyjący w średniowieczu, pijący ze źródła wody żywej, odmierzali czas jako tą materię, która dzieli człowieka od życia wiecznego. Czas służył do tego by odmierzać czas modlitw, a nie posiłków, czy spotkań. Czas, który wszystko zapomni, pokryje mgłą, a czasem (nomn omen) zależnie od pory roku i szadzią i lodem… I mrokiem czasów i lądów niebyłych, tak jak wspomina o tym Miłosz w Ziemi Ulro.

Nie było jeszcze żarówki, więc czegoś co uniezależniło by nas od natury, od tego, żeby w zimie nie kłaść się spać zbyt wcześnie, chociaż i tak przecież wstawało się w nocy na posiłek, a w lecie, zbyt późno, ale byłby w błędzie ten, kto myślałby, że to jedyna, choć może jedna z pierwszych, która przychodzi nam na myśl myśląc o czasie:miara. Idee czasu, którą dzisiaj się posługujemy, czy to będzie godzina, minuta, czy sekunda, czy to będzie przeszłość teraźniejszość, czy przyszłość wymyślono by uporządkować życie. A i owszem idea ta nie jest przyrodzona. Albowiem i drzewiej odmierzano nie tylko rzędami dat ale także rządami, może dzisiaj rzadziej się używa sformułowania rządy tego, czy innego władcy, z wiadomych względów (ustrojowych) ale w literaturze można spotkać, takie sformułowania przecież wstąpienie, abdykacja,wystąpienie epidemii to także miara czasu, nie tylko czasów, takimi także były klęski naturalne, oddziaływanie żywiołów, czyli życia w naturze i z natury, i – niestety (w tym przypadku), blisko niej, będąc od niej zależnym. Dopiero w XVIII wieku odkryto wartość czasu, a raczej wartość czasu dla pracodawczyni, czy pracodawcy, wiwat rewolucja przemysłowa, i upowszechnienie się czasu wolnego, nie jako przywileju, który przynależny był szlachcie. W 1355 roku na wieży kościoła znajdującego się w Arie Sur-la – Lys zainstalowano specjalnie dzwony, które to rozbrzmiewały ogłaszając wszem i wobec , nie nie nie chodzi o nawoływania, przyszyj, przeżyj to sam/a ogłaszanie począteku i końca czasu pracy dla rzemieślników i kupców, i tak był to wyraz, czy wydźwięk wielkiego przeobrażenia nie tylko światła, gdy ogłaszano świt, i zmierzch, ale świata bowiem po raz pierwszy w historii dźwiękiem ogłaszano podjęcie innej czynności niż zwołanie się na modlitwy powszechne. To coś więcej niż na początku możemy sądzić, to nie tylko miara inna miara czasu, ale przede wszystkim, wyraz przemian, który dzisiaj nie jest, bardzo często dostrzegalny, albo bywa banalizowany. To nie tylko upatrywanie swojej nagrody za doczesne postępowanie w lepszym, przyszłym, życiu, nie wypatrywanie pociechy w ulżeniu sobie w ciężkim żywocie, ale branie losu w swoje ręce, nie bez kozery mówi się by wykuwać los, przecież nie chodzi o perforowanie losu na loterii pismem Breaile’a! Nie, nie spowodowało to jak wiemy, porzucenie wierzeń (nie kowalstwo, ale spostrzeżenie wartości pracy). Oczywiście bywały i wyjątki, ludzie obracający dobrami, i nie chodzi mi o rzeczy dla kolekcjonerów, ale o osoby zajmujące się kupiectwem doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że czas to pieniądz. Choćby dlatego właśnie, że ich byt często wyznaczany był przez naturę, nie tylko czas żniw, plonów, pełnych spichlerzy, ale np połowów, śledzi (och, to bardzo ważna, i gruba ryba), polowań na zwierzynę, dostarczenia przypraw takich jak sól i pieprz (choć oczywiście nie tylko), czy nagłe wezbranie rzek, co powodowało opóźnienie dostarczenia dóbr. Oto kształtowały się granice, nie tylko ludzkiej wytrzymałości- gdy trzeba było pędzić nieomal, albo niestety zupełnie na złamanie karku, ale także następowało kształtowanie gospodarczych wpływów. W miastach rozumiano czas nie jako żywot człowieka poczciwego (chrześcijanina) ale przede wszystkim jako wytwórcy, czy najemnika, który potrafił nie tylko zapewnić swój byt, ale również podnieść go na wyższy poziom niż wcześniej, dzięki przepracowanym dniom, oczywiście wartości niematerialne także były ważne, czy przeplatało się pierwsze pojęcie z drugim, wszak każdy człowiek ma swoje potrzeby np prowadzenia życia duchowego, należenia do grupy społecznej, wyznawania i urzeczywistniania wartości i ideałów, jednak widać różnicę między wsią, a miastem.

Przecież taki wynalazek jak lombard, to nie wynalazek czasów nowożytnych, a średniowiecza właśnie, czy kredyt, niekoniecznie we frankach, ale oczywiście istniał był, został wynaleziony właśnie w czasach, które nazywamy średnimi (gdy jesteśmy łaskawe) czy ciemnymi (jeśli nie jesteśmy łaskawi) nie posługiwano się tedy pojęciem roku kalendarzowego, ale kredyt już był! A i pożyczek udzielono krócej niźli na rok, szukano ważnych dla społeczności wydarzeń, np do najbliższych żniw- wtedy to też banki się obławiały! 🙂 Dzień zysku był dniem, bardzo często świętego patrona, także rzeczywistość mistyczna duchowa, z materią jak najbardziej realną i tu się mieszały. A dzień patrona wybierano z namysłem np wskazywały na niego ważne wydarzenia, które także planowano wcześniej, można więc się pokusić, że ludzie, którzy przynależeli do różnych środowisk np elity, czy to kościelnej, czy to dworskiej inaczej liczyli godziny i dni- bujda, że szczęśliwi czasu nie liczą, normalnie bujda oczywiście mogą robić to inaczej… Sposoby miar przecież ulegały zmianom i nie chodzi o prawdę czasu i prawdę ekranu, o wertowanie nomen omen żółtych kalendarzy (które należało by spalić) niejednokrotnie osoby żyjące pod tym samym dachem, no w tym samym mieście, mierzyli czas to znaczy jego przypływ odpływ, upływ inaczej np poprzez określenie ilości dni, które minęły od ważnego dla danej społeczności wydarzenia ,i tu widać różnicę, kiedyś – choć przyznać trzeba, że ten akurat sposób rzadziej stosowany był w Polsce, częściej poza naszymi granicami, posługiwano się datami wielkich bitew, czy urodzin osobistości, a bardziej daty śmierci, bo przecież np bardzo rzadko wiemy kiedy drzewiej rodziły się księżniczki, czy książęta, chyba, że byli pierwsze do sukcesji, a i to nie stanowiło reguły, co innego śmierć, ale i to zaczęło się zmieniać, np zaczęto określać czas udzielenia kredytu do…. NP najbliższego jarmarku, a wiadomo, że jarmark odbywał się cyklicznie albo, do dnia św. Marcina (stąd popularność patronów i świąt-nieprawdaż, że niektóre są bardziej popularne niż inne), rytm też wyznaczała geografia, czy pod postacią prowadzenia życia na rzekach, czyli możliwości spławnego transportowania towarów to także wyznaczało możliwość i rytm zaciągania pożyczek, i nie chodzi tu o życzenie dobrego dnia ale o wyznaczenie czasu kiedy to kwota pożyczki miała zostać zwrócona. Nie tak jak zwraca się uwagę, czy treść żołądka, ale tak jak zwraca się dług. I różnorako to w miastach wyglądało, dla przykładu… Lublin, większość transakcji ustalonych było na początek roku to znaczy w styczniu i lutym bowiem kupcy w miastach w dużej mierze utrzymywali się z obrotu futrami litewskimi, a te właśnie w tym czasie transportowano dalej, czyli osoby parające się tym zawodem dysponowali gotówką nie istniała jedna pora, czy jedna pogoda dla bogaczy, przynajmniej w rozumieniu kalendarzowym, inaczej było w miastach portowych. Inaczej w miastach, przy których wyznaczane były szlaki np soli, czy przewozu innych przypraw. Niezależnie jednak od tego jakim towarem obracałeś w itinerariach zapisywałeś nie tylko kilometrówkę, ale i czas niezbędny do dotarcia z miasta A do miasta B, i nie chodziło o rozwiązywanie zagadek matematycznych, ale o miarę czasu, czyli ten był także zasobem, a wiedza o tym w jakim okresie mogę odbyć podróż, wiedzą cenną, cenniejszą równie jak złoto, bo o to chodzi, albo jeździ o popyt, zbyt, i pieniądź. Jeśli dzisiaj utyskujesz na stan dróg w Polsce, to mój (nomen omen) D r o g i, albo moja D r o g a , nie żeby to stanowiło asumpt do usprawiedliwienia, stwierdzenie, że w wiekach średnich może drogi nie były średnie, ale bardzo różne, i tak to stwierdzenie śmiało można to odczytać jako eufemizm. Nie tylko dlatego, że miasta się rozrastały, góry, czy rzeki stanowiły naturalne przeszkody, czasami nie do pokonania, ale o tym, o czym się często zapomina bardzo dużo było terenów…. Bagiennych (co słychać np w nazwach dzielnicach poszczególnych miast, np Białołęka). Jednak transport drogą lądową nie zależał li tylko od pogody, choć ta miała znaczenie szczególne, czy ukształtowania terenu, ale także o czym się bardzo często zapomina od… Gęstości zaludnienia na danym obszarze, czy motywacji, inaczej wyglądało pospieszenie z forpocztą (i nie chodzi o to, że Poczta Polska miała fory) inaczej przebiegał przewóz dóbr i osób (co też nie bez znaczenia pozostałał ich status majątkowy, np podróż na oklep versus podróż w orszaku, podróż reprezentacyjna z zatrzymywaniem się w oko- bywa, że -nie licznych miastach), inaczej pościgi za zbójcami, a inaczej ablegaci królewscy z Bardzo Ważnymi Wieściami. Pamiętacie może te urywki z Wiedźmina, kiedy to Biały Wilk kiedy to przyrzeczone mu zostanie prawo niespodzianki, ratuje z grzęzawisk kupców? No właśnie, to nie wymysł autora, to znaczy, nie tyle prawo niespodzianki, co opis dróg,bagien, uroczysk. Taka sytuacja nie należała do rzadkości. He sku tak to dlaczego nie darować sobie podróż po wertepach….

Oczywiście istniał także transport morski, np na Bałtyku, ale statki nie wyglądały tak jak dzisiaj możemy je sobie wyobrazić, i nie chodzi o użyte li tylko materiały, ale też o to, że były to małe łodzie z jednym żaglem, napędzane siłą mięśni ludzkich rąk, więc większość czasu spożytkowana była na odpoczynek osób, które napędzały statek, a do tego należy doliczyć konieczność napraw, czy walkę z niesprzyjającymi prądami morskimi, wiatrem, czy inną pogodą. Nie, o potworzycach i potworach z głębin nie będę wspominać. I jak się okazuje nie tylko biednemu wiatr w oczy. Co innego krótsze trasy można zyskać trzykrotnie, ale dłuższe to inna już pieśń, nie, nie pleśn przyszłości, ale całkiem realna, która może pokryć wszelkie cenne dobra, z rachuby wynika, że sześćdziesiąt procent czasu podróży to odpoczynek dla załogi, którego to nie można było skrócić- a i tak przecież nie należał on do długich. Do tego jeszcze należy doliczyć dwadzieścia procent na poczynienie koniecznych i naglących napraw. A jeśli wiatr był niesprzyjający, statek po prostu, wbrew przysłowiom, że żaden statek nie jest stworzony by w razie złej pogody stać w porcie, po prostu stał w porcie. Przynajmniej ten średniowieczny. Wiele dróg prowadzi do celu.

Najem krótkoterminowy to nie wynalazek nowoczesności, ten był znany już w średniowieczu, w średniowieczu gdy to zaczęto, przynajmniej w miastach, bardziej cenić pracę, piszę bardziej, bo w miastach przecież to było możliwe, takie spojrzenie wpływa także na postrzeganie terminu, czyli c z a s u, który musiał spędzać uczeń pobierając nauki od mistrza, czy mistrzyni. System cechowy więc miał także swoje umocowanie w czasie i też był pewnym rodzajem miary, mówi się, albo mówiło: jestem na terminie, terminuje u kogoś. Przykład drugi: rok i dzień (przynajmniej) należało przebywać w danym mieście by móc wystąpić o obywatelstwo, mianowanie na czeladnika, czy prawo o przystąpienie do egzaminu mistrzowskiego także określony został po spełnieniu licznych warunków, ale także tych czasowych. Wspomniałam o terminowaniu, nie należy zapominać (sic!) że czas pracy, dzienny był zależny nie tylko od pory roku (mamy do wyboru w naszej stresie klimatycznej wiosnę, lato, jesień zimę, i tylko zimy szal, żal...) ale także od specyfiki cechu, oczywiście istniały także zakazy, np pracy na akord, ale tylko na papierze, a że papier był drogi… No dobrze, żarty na book, ale oczywiście, że mało który cech przestrzegał tego zakazu, wszak to wiązało się z zyskiem również dla miasta. Oczywiście można porównać czas pracy dzisiaj, tak jak i czas pracy np w danym mieście za czasów średniowiecznych, czy nowożytnych, ale nie będzie to miarodajne bo przecież jest czas taki, który możemy określić jawny np różnego rodzaju święta, ale co z czasem w małych firmach, jednoosobowych, albo z działalnością twórczą – czy to kiedyś, czy dziś?Czy wytwóczą, co z pojęciem weny i know hau (nie tylko doktor Dolitttle wiedział jak rozmawiać ze zwierzętami). Co z nieodpłatną pracą kobiet w gospodarstwach domowych w XXI wieku? To, że czyjaś praca nie jest widoczna, czy nie przypisywana, a jej efekty widoczne, to przecież musiała być wykonana przez kogoś. Co z macierzyństwem, czy tacierzyństwem dzisiaj? Pytań i koncepcji jest więcej, niźli się może wydawać na pierwszy rzut oka. Co z wydłużaniem sobie weekendu pomiędzy świętami? Co ze zróżnicowaniem obchodzenia danych świąt w różnych regionach kraju, toż to miało realny wpływ na pracę w danym regionie, a było to ściśle powiązane z lokalnymi tradycjami, bardzo możliwe, że wiele z nich już nie istnieje w zbiorowej świadomości. Oczywiście,że do miast nie często zjeżdżał dostojnik kościelny, czy państwowy, nie codziennie rodził się potomek, czy potomkini królewska, zliczając bardzo pobieżnie w mieście średniowiecznym było od osiemdziesięciu do stu dni wolnych od pracy. to takie luźne tropy i tripy, czyli wycieczki, ale na zasadzie nakreślenia krajobrazu, a nie mapy, Praca pracą, aaaaa A też jej jakość była różna, bo zamysł, że inaczej pracuje się na własny rachunek, niż na polu pańszczyźnianym nie jest, niestety nowy. Inny był też rytm pracy, i to nie chodzi o podział dnia, czy meteorologię stosowaną, ale o rytm pracy, nie było, jak to nazywam mediów anty-społecznościowych, rozrywka była w kościele np śpiewy, czy wspólne wznoszenie modłów, wspólna podróż, czy powrót z kościoła miał oprócz pierwiastka ściśle duchowego także elementy ludyczne, czy też wydarzenia społecznego oczywiście, że msze sprawowano po łacinie,ale cały anturaż wydarzenia to coś więcej, w miastach, a no panie w miastach do tego zażywano rozrywki jedynie wieczorami np w karczmach przy rozcieńczonym (bardzo piwie- pito przede wszystkim bardzo rozieńczone piwo, ponieważ woda, o nie była taka nieskazitelna jak nam się może wydawać, często zasiedlona wieloma drobnoustrojami, których wolelibyście nie spotkać nie tylko dlatego, że nie znano jeszcze wtedy antybiotyków, czy antyseptyki). Na początku średniowiecza zażywanie rozrywek ściśle związane było z tradycjami rodziny pochodzenia i w jej kręgu się bawiono, i ucztowano pod koniec roz-rywka trafiła pod strzechy (karczm) cykl dnia został wydłużony, i nie chodzi o syndrom dnia następnego… Chociaż…Owszem także. W sytuacji gdy cech, czy bractwo zyskało na znaczeniu,różnicowały się także kształt życia mieszczanina, szlachcica, czy chłopki. A też nie należy zapominać o różnicach wewnętrznych czyli istotnie znaczenie będzie miała np wielkość miasta, jego położenie,zróżnicowanie etniczne położenie polityczno-geograficzne np przy szlakach handlowych, stabilizacja stosunków:-wytwór pracy, należność, rynek finansowy, stosunki w jakie miasto owo zawiązało np z sąsiednim, jego zasoby naturalne itd. To w miastach właśnie rytm ten był najbardziej równomiernie rozłożonym rytm pracy i odpoczynku. Rytm, czasami szaleńczy, gdy nie tylko w przenośni trzeba było gonić zyski, ale przecież w miastach rozkwitały także różnego rodzaju idee nawet wtedy gdy padały na bagniste grunta, jednakże wydaje mi się, że obecnie tyrania numeru pesel i dźwięku szurających wskazówek zegarków jest po prostu nie do zniesienia, próbuje się, utrzymać status quo wdrażając kogoś do ram, ram czasowych, w których musi pozostać.

Miasta przeobrażają się, rosną, żyją, oddychają, bądź krztuszą się smogiem i pośpiechem, zmieniają, inaczej żyje miasto pełne gazowych latarń jak z wiersza Ildefonsa Gałczyńskiego, pełne niekoniecznie zaczarowanych dorożek, inaczej postrzegana jest anatomia miasta pełnego samochodów, może ono rosnąć w szerz- posiadamy razem z garażem i domkiem niekoniecznie na prerii ale na obrzach pewną a u t o nomię, w dojazdach i powrotach, nawrotach i podróżach, a jeśli dodamy do tego sprawne windy (to także wynalazek średniowieczny (sic!)) to może ono -miasto- rosnąć w górę. I tak zmienia się ekonomia np Kowalskiego, który dysponuje mieszkaniem na wynajem na ósmym czy czternastym piętrze może zażyczyć sobie większy, wyższy czynsz ponieważ płacisz nie za daremne znoje próżny trud (wspinania się po schodach dzień po dniu- w wyniku gdy winda nie jest na wyposażeniu, albo tak jak w Korei Południowej częste są awarie, i braki w dostawie prądu) tam najbardziej pożądane mieszkania znajdują się na niższych kondygnacjach, miasto może rosnąć… A Ty, będziesz płaciła za widok z okna… Tak, również i za to.

Miasto, które za sto lat, będzie wspomnieniem, albo nawet za trzydzieści, nie wiem, czy będzie zasługiwało na widok, na widoki na przyszłość, chociażby było by z przeszłością… Ile zapamiętamy, ile pamięci o nas zostanie, i kto nas i jak będzie wspominał… Nie wiem. Jedyną rzeczą przyrodzoną jest zmiana. Ale o tym kiedy indziej.

Do przeczytania już w nowym roku, który okazać się może nie nowym. Życzę Ci jeszcze raz, wszystkiego dobrego, optymizmu i dobrych ludzi wokół pysznych rozmów i ciast i potraw, nowych nadziei i początków. Dziękuję za wspólny rok, kolejny już. I do przeczytania i skomentowania, pewnie pod koniec stycznia, a może wcześniej…

Wymawiam średniowiecze… I jak niewiele wiem…

2 myśli na temat “[544]. Wymawiam: dwudziesty wiek…

  1. Witam.
    Wszystkie ścieżki którymi podążam znów mnie tu zawiodły. Pomimo zawirowań staram się być na bieżąco. Konsumuję Twoje treści nie komentując. Obecnie chyba mało mam do powiedzenia, więc milczę. Świetny wpis. Ciekawie napisane ciekawe fakty. Myślę też, że to dobry czas żeby przesłać Ci życzenia wielu dobrych dni owocujących dobrymi wpisami, wielu spotkań z fantastycznymi osobami, pewności w niepewnych czasach. Niech wszystko co trwa teraz znajdzie właściwy koniec, a wszystko co rozpocznie się za chwilę wiedzie Cię tak, by móc poznać i oswoić nieznane. Na koniec zdrowia, czystego powietrza i siły.
    Dziękuję też ( tu ) za życzenia z poprzedniego posta. Chyba sobie je wydrukuję, by od czasu do czasu je przypominać…. Wspaniale napisane. Odpadłem.
    PS ” Wymasujmy swoje myśli…” :-)) Obecnie chyba tego najbardziej mi brakuje.
    Pozdrawiam. Marcin.

    1. Bardzo mi miło, że piszesz. Dziękuję za życzenia. 🙂 Wpadaj jak najczęściej, i dawaj znać, nawet jak nie wiesz co napisać, będzie mi miło. To motywacja do pisania. 🙂 niech ścieżki Cię wiodą. 🙂 Pozdrawiam, dobrych wędrówek z wymasowanymi myślami! Hej.

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s