[538]. Jak (nie) zostać mistrzem.

Dzisiaj także o książce.
Byłam entuzjastycznie nastawiona co do zawartości. Czas przeszły. Nie przypadkiem.


Niestety, zawiodłam się. Zwiodłam w spacerologiczne dygresje.
Nauczyłam się na podstawie tego zdarzenia, że zdecydowanie nie warto, w moim przypadku sugerować się zdaniem osób, których nie znam, odnośnie lektur (oczywiście).
Może i ta książka będzie dla Ciebie. Może, (ale raczej morze na pewno nie:)).
Do mnie nie przemawia. Jest iście amerykańska w wymowie (i nie chodzi tu o rozłożenie akcentów).
Bardzo wiele tu lania wody, można wręcz zmoknąć. I się przeziębić- nie polecam.
Odnośnie przyjętego punktu prowadzenia narracji, tak popularnego dzisiaj „story”…(Nie, nie chodzi o zasłony).
Pomysł ujęcia treści jest taki:nakreślenie sytuacji poprzez pryzmat postaci (Curie, Edison, Ford) i lekcja, która wynika z danej sytuacji (taktowana jednowymiarowo).
Co do pierwszej kwestii: po pierwsze męczący wzorzec. Jeśli się czyta pierwszą tak napisaną książkę, może i jest ciekawa, jeśli dwudziestą pierwszą, to zaczyna doskwierać, uwierać sposób pisania — jeśli dwieście pierwszą ma się po prostu dość,serdecznie można się zmęczyć— dlatego, to co można zamknąć w dwóch zdaniach, zamyka się na dwóch stronach (wersja optymistyczna). Tu szkoda czasu.
Co do „lekcji” wiele z nich jest banalnych, niektóre tak jak koncepcja dziesięciu tysięcy godzin, jak wiadomo, o czym często się już pisze i mówi nieprawdziwe, idea po raz pierwszy została przedstawiona przez innego amerykańskiego pisarza i tak poleciało, tyle, że wiele wody już w kranie upłynęło i wypadało by tą koncepcję sprostować, jeśli już o niej zamierza się pisać. Niestety, mity żyją wiecznie, dzięki właśnie takim publikacjom.
Jeśli spojrzy się na zawartość holistycznie to wiele z zaleceń sobie przeczy.
I — co najważniejsze— nie sposób wprowadzić w życie, może i brzmi pięknie, ale na tym się kończy. Czy w książce jest mowa o narzędziach, rozwiązaniach, jeśli tak to bardzo ogólnie np czytaj książki z dziedzin pokrewnych, albo(nieco dalej) dogłębnie znaj swoją dziedzinę i dziedziny, n i e związane z Twoją aktywnością. Świetnie, czyli mam być Ominbusem/ką. Tylko jeszcze trzeba żyć, jeść, i spać etc Kto by nie chciał wiedzieć dużo (albo: dużo więcej)? Wiele zaleceń się powtarza, to takie produkowanie treści dla niej samej. Do tego jeśli przyjrzeć się uważnie to naprawdę mało konkretów, jeśli w ogóle są. Dziesięć tysięcy godzin? Cóż naprawdę mam w to wierzyć? Jeśli już dawno koncept ten został obalony, nie on sam, ale to jak zostaje przedstawiony szerokiej publicyści jakimi z błędów obarczony…No dobrze, żeby nie poprzestawać na jednym przykładzie przytoczę drugi. Jako jeden z Geniuszy jest nam przedstawiony Edison… Cóż… Naprawdę? Rozumiem, że na początku ruchu pozytywnego myślenia te przykłady stały się modne, ale dzisiaj, już więcej wiemy o Panu Edisonie…



Jeśli zatem jest to dla Ciebie pierwsza książka dotycząca kreatywności (tego procesu, o którym pisze Autor, że nie da się go określić słowami,a dla każdej osoby ma on charakter indywidualny– to po cóż poświęcać temu książkę?), może być (a to nie pewnik) ciekawa, ze względu chociażby na jej konstrukcję. Niemniej.
Z drugiej strony, i— niestety— każdej kolejnej, jeśli oczekujesz konkretnych narzędzi to jest duża szansa, że się zawiedziesz. Treść można przyrównać do zupy krem, fajnie wygląda,może i pachnie zacnie i zachęcająco, objętość spora, ale szybko znika z talerza, ale czy się nią najesz? Czy pamiętasz co jadłeś (jadłaś) tydzień temu (w założeniu, że nie było zatrucia pokarmowego). No właśnie.
Dużo w niej emfazy (w treści: książki- nie zupy), okrągłych zdań, z których nic nie wynika. Poza tym jej ową można streścić w propagowaniu idei:
Ucz się u innych, eksperymentuj w drodze do biegłości a osiągniesz mistrzostwo. Czas jest Twoim sprzymierzeńcem. Do tego, jeśli mowa o inteligencji społecznej (bardzo skrótowo)można odczytać jako zachętę do manipulacji.

Audiobook czyta Roch Siemianowski co niektórym może przypaść do gustu, niektórym zaś -niekoniecznie.(Dla ciekawych, zaliczam się do drugiej grupy).
A i jeszcze jedno, od czego warto by było zacząć pisanie tej recenzji, warto odnotować jeszcze jeden fakt, mianowicie: Autor skupia się na kreatywności (czy tak jest w rzeczywistości?) A mistrzostwo to nie tylko kreatywność. Książka wiele obiecuje. Niewiele zaś spełniając.
Punkt przyznaję za okładkę. Jak wiadomo po niej nie ocenia się treści, ale jeśli ktoś zdecyduje się na zakup tego co pomiędzy okładkami, jest szansa, że książka ładnie będzie prezentowała się na półce.
Lekturę szybko się czyta, jeśli wybieramy inną formę niż audio, tutaj rytm czytania i prędkość mamy z góry ustalony. A może polecisz jakąś książkę? Nie po jakąś książkę, i nie pierwszą z brzegu…

Źródło okładki.

4 myśli na temat “[538]. Jak (nie) zostać mistrzem.

  1. Twój opis nie zachęca…

    Moja propozycja to „Muzyka pop z Vittuli” (autor: Michael Niemi). Nietypowo jak na mnie, bo nie SciFi i nie o matematyce. Bardzo, bardzo sympatyczne czytadło. Nie dość, że wciąga, to jeszcze z głębszym przesłaniem (a nawet kilkoma).

    1. Nie, nie zachęcam, i nie jest to Prima Aprillis. Czytam teraz trzy tytuły…
      Ten, który polecasz mignął mi gdzieś ostatnio, a nie zwróciłam uwagi, ale to się zmieni. Dziękuję.
      A ja przeczytałabym coś ciekawego o matema, mate te ten tego teges cotangens… Ten tego wiesz… Ale tak dla humanistki. Bez szaleństw, a zrozumieniem, tak żebym się nie scałkowała całkiem propabli i stycznie. ..Mogą być nauki pokrewne, nie mylić z nauczkami.

      1. Problem z matematyką jest taki, że każdy – z wyjątkiem może jednej setnej promila populacji – gdzieś tam trafia na mur nie do przeskoczenia. Dla mnie to jest cholernie frustrujące, o czym zresztą już wiele razy wspominałem tu i ówdzie. No bo tak: jak czytam, że grupa X wydała nowy album, to mogę sobie posłuchać i albo mi się spodoba albo nie. Jak czytam, że firma Y wypuściła nowy model auta, to sobie o nim mogę poczytać i mi się podoba albo nie. I wszystko w miarę rozumiem. Ale gdy czytam, że Wiles czy Mochizuki czy inny Smirnov udowodnili to czy tamto, to zanim nawet zabiorę się za lekturę, wiem na 100%, że będzie dobrze jeżeli przekopię się przez tytuł i notkę wydawniczą…

        Dlatego chociaż chwalę się na lewo i prawo, że lubię matematykę, tak naprawdę lubię tylko swoje wyobrażenie o sobie rozumiejącym i lubiącym matematykę.

        „Lilavati” zna? Jeżeli nie zna to niech pozna…

        1. Ładnie napisane. Z jednej strony skojarzyło mi się z nieprzekładalnością pewnych doświadczeń, z drugiej- spoglądaniu sobie samemu przez ramię, a to już coś, z trzeciej- i ostatniej- moje lekcje matematyki… Pominę milczeniem.
          Nie zna, pozna. (Po)Dziękuje (z przyjemnością)!

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s