[509]. Pora na pora? Nie, pora na nicki i inne poradniki.

Nie tak dawno temu, pisałam o tym, jaki jest pierwszy krok do bycia Sobą. Wniknęła i kwestia poradników.

Reniyu wspominałaś, o tym, że nie lubisz ich. A nawet nie cierpisz.  I dodałaś tę myśl: „kto umie robić – robi, kto nie umie robić – naucza… czy jakoś tak;-)”.  Przypomniało mi się, jaki cytat był powieszony na jednej ze ścian uniwersyteckiej sali. Dziś się dowiedziałam, że powiedzenie to przypisywane jest prof. Janowi Miodkowi (nie wiem, czy jest On jej autorem, czy tylko zwykł przytaczać) sentencja brzmi następująco:

Teoria jest wtedy, kiedy wiemy wszystko, a nic nie działa! Praktyka jest wtedy, kiedy wszystko działa, a nikt nie wie dlaczego. W tym pomieszczeniu łączymy teorię z praktyką. Nic nie działa i nikt nie wie dlaczego.

To, że lektura książki nie może zmienić życia, już pisałam, i to dość wcześnie(j). I nadal jestem tego zdania, niestety. (Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego zapraszam do lektury artykułu).

Pora na temat przewodni.

Zaznaczam, że są i te rzetelnie napisane. I taki ledwie wczoraj skończyłam czytać jeden z nich. I mogę polecić, co niniejszym czynię. (Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni) pewnie także takich jak ta, książek jest więcej. Choć i tutaj nie unikniemy powtórzeń z innych publikacji (jak na przykład wspomnienie o nieśmiertelnych: pętli implantacyjnej, albo o doświadczeniach Ascha- ten o długości odcinków, czy innego: testu pianki). Pora na radę, czyli jak to jest z tymi poradnikami? Temat jest obszerniejszy niż, na początku może się wydawać. I ten tekst stanowi forpocztę do dyskusji.

[Bzdety czego nie powie Ci dietetyk,Traci Mann,Agata Trzcińska-Hildebrandt,Buchmann, Grupa Wydawnicza Foksal, źródło].
Rzetelne napisane, obfite w wiedze poradniki dziś także są publikowane, tyle tylko, że dzisiaj trudniej je znaleźć.

Żeby jednak być sprawiedliwą zatrzymam się przy tej kwestii, nie tylko zresztą -i bez reszty- przy niej. Zapraszam.

Po pierwsze rynek książki (jako poligon marketingowy) się zmienia w sposób bardzo dynamiczny. Nie chodzi tylko o to,o  że papier przestał być drogi tak jak miało to miejsce w XIX wieku, o czym już pisałam) ale także o to (choć nie tylko) o to, że teraz każda osoba, która opublikuje komunikat w mediach społecznościowych może uznać się za pisarza lub pisarkę- nie przeszkodzi to opublikować książki (czy jednak będzie za osobę taką uważana powszechnie- to kwestia odmienna). Po wtóre coraz częściej mówi się, o influenser[k]ach, czyli osobach których zadaniem jest kształtować gusta, no właśnie, czyli nie potrzeba wcale zajmować się twórczym pisaniem- wystarczy mieć rzeszę odbiorców i odbiorczyń. A czy rzecz powszechna w odbiorze jest wymagająca?   Nie, nie zamierzam iść na wojnę z osobami, które zajmują się zarządzaniem naszą uwagą.

No właśnie. Podobno trzydzieści lat temu ośmioletnie dzieci potrafiły skupić uwagę na osiem minut, dzisiaj, w dobie mediów, które nazywa się społecznościowymi, nastolatkowie i nastolatki potrafią utrzymać ją statystycznie przez sześć minut. Bój o naszą koncentracje toczy się nieustannie. A internet jest powszechny. To wszystko razem przekłada się na uwaga: konsumpcję treści, właśnie konsumpcję treści nie książek.

 

Jeśli chodzi o nowe technologie, e-czytnik, który według mnie jest bardzo pomocnym urządzeniem. Zrozumie to każd-y/-a porzeracz/ka książek, która choć raz pakowała się w dłuższą podróż. A jeśli do tego jeszcze lubiła muzykę, a było to w epoce kamienia łupanego (czyli nie tylko przed elektronicznymi czytnikami, ale także przed mp3) mnie zrozumie. Mój ból kręgosłupa i ból egzystencjalnego wyboru. Tylko, że mózg musi nauczyć się zapamiętywać treści pochłaniane za pomocą elektronicznych urządzeń, tak jak robiliśmy to wcześniej. Tyle, że czytniki istnieją od niedawna. I mózg jeszcze nie wie, jak zapamiętać treści książek na dłużej (stąd myślę, duża popularność serwisów blogowych i pisania recenzji- chociaż nie tylko z tego powodu).

 

Myślę, że dzisiaj, książki naukowo popularne są de facto (bardzo często, lecz nie zawsze) mylone z treściami poradnikowymi.

 

Niestety, bardzo często czyta się na akord, promuje się mocno postawy czytaj więcej, ale jeśli chodzi o liczbę książek, które są mniej absorbujące o treść, liczy się to, czy stykają się statystyki,a  sprzedaż i kreacja marketingowa książek jest coraz to bardziej rozbudowana. Mniej wymagamy jako czytelniczki i czytelnicy od książek popularnonaukowych (wiem, uogólniam) i taka postawa ma co najmniej dwa źródła. Po pierwsze: być może nie mamy wzorców, takiego czytania, nazwijmy je w skrócie,  wymagającego- czy też trudnego. W księgarniach sieciowych jeszcze dwanaście lat temu było o wiele więcej pozycji stricte naukowych, czy literatury pięknej niż obecnie, a to tylko dekada z okładem.

Po wtóre: sporo mówi się o tym jak to czytanie jest zwyczajem elitarnym, co według mnie nie jest prawdą, przynajmniej w Europie, a niewspółmiernie mniej wspomina się o doborze treści, ależ przyjemnie zaliczać się do wybranych. Nieprawdaż?

Po trzecie: Nauka czytania nie jest praktykowana, i nie chodzi mi o składanie literek, a prowadzenie dialogu z tekstem. O umiejętności krytycznego myślenia i dyskutowania z ludźmi którzy prezentują odmienne zdanie. I tu także swój udział mają portale zwane społecznościowymi. Coraz głośniej mówi się o tym, że dobieramy znajomych, którzy są podobni nam, ciekawa nazwa? Znajomi: nam znajomi, czyli reprezentują także wartości nam znane i przez nas podzielane. Niektórzy twierdzą, że zatracamy umiejętność rozmowy, z tymi, którzy mają odmienne zdanie. Łatwiej jest (nie mówię o wszystkich tutaj czytających ten tekst) wyprosić z grona znanych (chociaż w teorii nam osób) kogoś kto jest daleko, niż zrobić to twarzą w twarz. Nie konfrontujemy się, przynajmniej nie tak często ze zdaniem odmiennym, ograniczając się do tego co znane i co przez nas jest podzielane.

 

Nie widzimy często także konieczności obcowania z tekstem trudnym na przykład gdy nie jest konieczny nam do pracy, dla przykładu fajnie by było zaznajomić się z malarstwem, albo z jakąś książką z tego tematu, ale po Filozofię obrazów Jean- Jacquesa Wunenburgera sięgniemy (statystycznie) prędzej jeśli jesteśmy krytyczką/krytykiem sztuki, albo na emeryturze (przynajmniej tak sobie zwykliśmy obiecywać).

 

Możliwość tego, że każda osoba może napisać poradnik (i go opublikować) to czy przebije się z treścią wartościową, a nie rzadko wymagającą to już inna sprawa. Prowadzi nas do kwestii już wspomnianej większy wybór, i proporcjonalny margines błędu, ale to nie koniec, a raczej początek. Chodzi o to, żeby przyjrzeć się Sobie. Jakiego rodzaju informacji szukam bo pragnę, a jakiej realnie potrzebuję. Czy po poradnik, sięgam dlatego bo ta wiedza, którą posiadam się nie sprawdziła,czyli występuje luka kompetencyjna, którą zidentyfikowałam, czy chcę się dowiedzieć czegoś nowego, a więc i trudnego do przyswojenia także być może nie zgodnego z moim dotychczasowym paradygmatem? Czy jest to rodzaj usprawiedliwienia,grania na czas z mojej własnej strony. Nie stosuję wiedzy, o która – o czym jestem wewnętrznie przekonana- jeśli będzie praktykowana, w określony sposób, przyczyni się do wprowadzenia i u t r z y m a n i a realnej zmiany. (O zmianach, napiszę jeśli zechcesz).

 

Oczywiście nie tylko stan wiedzy się zmienia (na szczęście!) także sposób jej prezentacji, warunki kulturowe, konteksty, dlatego  nasz wewnętrzny konik morski bryka sobie radośnie pożądając tego co nowe, kochamy nowości- z ewolucyjnego punktu widzenia.

To dlaczego poradniki nie działają, to temat na inny artykuł. Warto podjąć szczerą i realną próbę, a raczej wyprowadzeniu zwyczaju by zmierzyć  się także z trudną wiedzą. Dlatego to o czym piszę, czyli o konieczności weryfikowania czego realnie potrzebuję, wykonywania ćwiczeń dialogu z tekstem (jak to nazywam na prywatny użytek) lektury naukowych tekstów, odnoszę do siebie, co nie przeszkadza mi czytać również dla przyjemności, nie tylko takie teksty. Przecież nikt nie każe mi zasypiać się i budzić z Biochemią Harpera pod poduszką. A to o tym śpiewała Dorota Miśkiewicz?

 

[Budzić się i zasypiać (z Tobą) Dorota Miśkiewicz-  Caminho, 2008, źródło].

 

Reklamy

2 myśli na temat “[509]. Pora na pora? Nie, pora na nicki i inne poradniki.

  1. Problem z poradnikami jest taki, że ich autorzy przedstawiają własny sposób na pokonanie jakiegoś problemu. I ja nie wątpię, że dla nich jest to doskonały sposób, naprawdę działa i chcą się nim podzielić z całym światem i przekonać, że to jest właśnie to! A przy okazji zarobić na swoim pomyśle pieniądze. To nic złego. Mogłabym napisać poradnik jak prowadzić budżet domowy i oszczędzać, bo uważam, że mój system jest doskonały. Albo taki, jak żyć i nie korzystać z poradników;-) Ale prawda jest taka, że każdy musi wypracować sobie swój własny system na własne bolączki. Przyswajanie cudzych rozwiązań bywa zazwyczaj nieskuteczne, działa na chwilę, ale to chyba normalne skoro jest rozwiązaniem zewnętrznym a nie wypracowanym „ze środka” człowieka… Moim zdaniem poradniki to ciekawostki, jeśli kogoś dany temat interesuje, albo jest ciekawy, jak ktoś sobie z czymś radzi, z pewnością nie są receptą i nie załatwią problemu.
    Mam na myśli poradniki typu – żyj i oszczędzaj, żyj i bądź szczęśliwy, żyj, jedz wszystko i chudnij, zwalcz depresję, żyj szczęśliwie w związku… itp

    1. A widzisz, napisałaś o bardzo ważnej kwestii, którą niewyraźnie zaznaczyłam, dziękuję. Toważne. Moim zdaniem, acz mogę się mydlić, mylić, jest to, że poradniki (o których wspominasz typu: „Mam na myśli poradniki typu – żyj i oszczędzaj, żyj i bądź szczęśliwy, żyj, jedz wszystko i chudnij, zwalcz depresję, żyj szczęśliwie w związku…” nie są poradnikami. Bo gdzie tu rady? Albo porady, raczej wytyczne, Zgadza się, że działające rozwiązanie musi być uwewnętrznione, to wiąże się na przykład z motywacją, ale czy konicznym jest żeby pochodziło z wewnątrz. To zależy o czym mówimy pisząc o wnętrzu. Chęć zmiany, ta owa iskierka, i rozpoznanie zdecydowanie tak, a wypracowanie systemu, to już- bardziej skomplikowana sytuacja- z jednej strony warto, i to jest warunek powodzenia, brać pod uwagę indywidualną sytuację danej osoby. Z drugiej , zależy co rozumiemy przez poradniki.
      Z trzeciej: książki same w sobie, nawet najlepsze, najsprawniej i najrzetelniej napisane nie zmienią rzeczywistości. To tak jakby po gruszkach spodziewać się jabłek, chociaż i pierwsze i drugie są owocami. Wspominałam o tym tutaj: https://5000lib.wordpress.com/2014/12/10/405/

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s