[472]. U…Rrrywki. (Albo czkawka?) Kafka raz.

John Lennon powiedział kiedyś, że życie to coś, co dzieje się wokół nas, gdy jesteśmy zajęci układaniem planów.

 

Słowa zasypiają przed wyartykułowaniem zdania. Puzzle. Czy trzy spójniki. Strzyka, (u)składa i cisza. Pełna dźwięk/Uff. Uff… Tylko czasami przed snem przychodzi(jeśli zdąży i podąży) na myśl wspomnienie spojrzenia barmanki (Bar w Folies-Bergere) z obrazu Édouarda Maneta, ale już nie słowa Franza (Zrozumieć szczęście, to jakby zrozumieć, że grunt, na którym stoisz, nie może być szerszy od dwóch stóp, które go pokrywają).

 

***

[Trzy spójniki, Michał Łanuszka, źródło].

Reklamy

[471]. Niepozorny kwadracik.

Jakże nie lubimy czytać etykiet. No, ale są wyjątki, rosną sobie spokojnie na półkach i pęcznieją pewnością, że jednak, jeśli już ktoś/ia po opakowanie sięgnie, to przeczyta. Chodzi o opakowania ziarna prawdy i przepychu, czyli czarne złoto w filiżance (albo kubku- z pewnością smak(i)owym). Dlatego dziś po wkrótce i po kropce o hieroglifach, które możemy napotkać podczas niecnego procederu.

Zadziwia mnie fakt, że nie poszukujemy informacji o kawie, którą wkładamy sobie do ust i na język. Zadowalamy się dwoma informacjami (jeśli już) to z jednej strony, czy to jest ziarno, czy jednak mielona, no i czy arabica czy jednak tłusta robusta trafia w twe gusta. Chociaż to i tak nie wiele.

Czytaj Dalej „[471]. Niepozorny kwadracik.”

[470]. Solaris.

Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy. Chcemy znaleźć własny, wyidealizowany obraz; to mają być globy, cywilizacje doskonalsze od naszej, w innych spodziewamy się znowu znaleźć wizerunek naszej prymitywnej przeszłości. Tymczasem po drugiej stronie jest coś, czego nie przyjmujemy, przed czym się bronimy, a przecież nie przywieźliśmy z Ziemi samego tylko destylatu cnót, bohaterskiego posągu Człowieka! Przylecieliśmy tu tacy, jacy jesteśmy naprawdę, a kiedy druga strona ukazuje nam tę prawdę — tę jej część, którą przemilczamy — nie możemy się z tym zgodzić!

[Solaris, Stanisław Lem].

[Solaris, Stanisław Lem, audio książka, źródło fotografii].
Lubię  to, to też lubię.(I jeszcze…)

Ma mniam macać czcionkę uszami, o ile nagranie jest dobrej jakości, najlepiej adaptacja pęczniejąca w dźwięki, arty- k(alk)ulacje, efekty (nie) specjalnie, a proza i cz-nie swojskie. Słowem, adaptacje. Kreacje krążące po orbicie  Dlatego zdecydowałam się na zapoznanie się w tej formie, z dziełem,  t y m dziełem Pana StaniSława.

Czytaj Dalej „[470]. Solaris.”

[469]. Krótko.

Wiesz, że uniesienia kciuka w górę, lub wskazanie nim w dół- wywodzi się z czasów starożytnego Rzymu, a dokładnie walk gladiatorskich? Gesty.

Pomyśl, co tak naprawdę masz na własność, ale tak na prawdę. I naprawdę. Ci. Ciało. Gdziekolwiek jesteś, jesteś tam dlatego, że sprawnie się posługujesz. Jest z nami zawsze.Nawet jeśli czujemy się samotni.  Gdy chwytamy filiżankę z czarną, parującą kawą, gdy robimy krok śpiesząc się do pracy, gdy przeżuwamy pospiesznie śniadanie, gdy oddychamy, gdy czekamy na autobus niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, gdy oddychamy, kochamy się, spieszymy, czy usiłujemy powrócić do zdrowia. No i są jeszcze książki. Zapachy, pamięć o nich, wspomnienia innego rodzaju. Stanisław Lem, o którym mówią (niektórzy) że czytał wszystko. O ile to możliwe, ukuł kiedyś prawo, które brzmi następująco: Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina. Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy książki zapomniane, można nazwać przeczytanymi? I po cóż wiedza pomiędzy okładkami zawarta, zwarta przetarta?

[468]. Sień je. O przedsionkach (albo zupełnie o czymś innym?).

Każdy ma swoje własne zamiłowania(…) Mnie natomiast ogromną przyjemność sprawia dowiadywanie się różnych ponurych rzeczy z trudnych książek. [Tako rzecze Lem, Stanisław Lem].

Już.  W wilgotnym powietrzu i zamglonej startości starości szarości mimochłodem wdychanym i wyjechanym przeszuranym i przeczołganym. W bet o nowej wilgoci świtu ff, lekkim zeschłym powiewie liści i zadumie Baczyńskiego, czy Vermeera, a może to tylko gra cieniorytów: oddechów ciem i motyli. W (łykowa)tych łykanych zaokrągleń godzin, głodzie witaminy D. I w k(r)o(r)kach, które zwiększają się gdy asfalt się łuszczy. I w skroplonych tęsknot. W wypalonym knocie dnia, uporze dymu elektrycznych nitkowatych światłach elektrycznych bibliotek i wielkopowierzchniowych sklepów, bynajmniej nie cynamonowych.

A jeśli czytasz, to temat rozpisany na tachanie tomiszczy. Tusz i obłok. Tuż obok. I jazz jest. Jest?

 

Szelest. Psyt. Jest tam Kto?

[468]. Śmiechu warte (albo warte śmiechu) ale czy aby na pewno?

I.

Zaczęli grzać. Nareszcie bo neuronalia mi zamarzały, nie wspominając o ciele, swoim własnym.

II.

A teraz nawet nie można sobie pozwolić na zapadniecie w letarg. Mijam. Ta(r)g próżności. Trzyma m(i)nie w kierun q do rzeczywistości, to rozmowy, książki i kawa. Drętwo, chociaż jesień zaczyna krążyć w żyłach i aortach miast i w(i)si. Nieuchronna uwertura grudnia być może bez śniegowych grud i niezaprzeczalnej radości z pierwszej bitwie na śnieżki. Rok się kruszy. Idziemy w starość.  Tak niezaprzeczalną jak i nieuchronną.

III.

[śmiechu mi trzeba, sdm, źródło]

Ze śmiechem należy się obchodzić ostrożnie: jest zaraźliwy

[Goglol]

Czytaj Dalej „[468]. Śmiechu warte (albo warte śmiechu) ale czy aby na pewno?”