[406]. [#12 poniedziałków]:Budżet, moje doświadczenia[1].

Pięknisty temat, taki klikalny jak konferencja o wskaźnikach komutatorów przestrzestrzennoczasowych, no dobrze, zostawmy to zanim się pogrążymy i wpadniemy jak inkaust w kompot, czy inna śliwka. Każda osoba wie, że pieniądze wymyślili Fenicjanie (tylko dlaczego tak mało), a przekaz pieniężny i kredyt ci rycerze, dzięki którym, przeklinamy każdy piątek, który wypada trzynastego… Pieniądze w różnych państwach miały różne formy np na terytorium Rzymu płacono niczym innym jak nadbałtyckim bursztynem… Polska to jeden z pierwszych krajów, w którym wprowadzono banknoty papierowe, ale nie zawsze tak było, do osiemnastego wieku oczywiście płacono różnymi monetami, ale także metalami szlachetnymi.

[Bursztynek, bursztynek piosenka z audycji Ciuchcia, źródło].

Nooo dobrze, żarty na bok, i to dobrowolnie wybrany bok, albo na obłok, w kosmos, jednym słowem, na odstrzał. No, ale pod ad rem. Jakiś czas temu zaczęłam prowadzić budżet, i powiem, że to było trudne doświadczenie, ale nie dlatego, że w ten proces jest wpisana konieczność monitorowania wydatków (i przychodów, tak tak tego też), ale nie wcale nie, nie z tego powodu. Budżet domowy to nic innego jak zaplanowanie w czasie i przestrzeni dochody i wydatki, dochody i wydatki, do i wy, dochody, i schody…. Ruchome piaski, i piski? Hę? Co było wspierające? To, że już przed zapisaniem, czyli dokonaniem wydatku dokonywałam preselekcji. To co mnie zaskoczyło, że przez tak długi czas od początku nie miałam czegoś takiego, że pieniądze przeciekały mi przez palce np, przez picie kawy na mieście.  Z drugiej strony, trzeba było zbierać paragony, a nie zawsze dokonywałam zakupów… I tego się nie spodziewałam. Taki myk.

1. Uwagi techniczne. Podstawy. Czym to się je?

  • Dwie kolumny dochody (i tu wszystko, naprawdę:
  • przychód z renty/ emerytury,
  • wynagrodzenie za pracę etatową,
  • z tytułu umów zleceń,
  • umów o dzieło,
  • stypendium,
  • posiadane oszczędności, nie wiem).

Wydatki:

  • opłaty
  • z tytułu najmu mieszkania,
  • komornego
  • (i tu wszystko gaz,
  • internet,
  • energia elektryczna,
  • wywóz śmieci)
  • opłata za telefon
  • transport- bilety kolejowe, tramwajowe, etc
  • środki pierwszej potrzeby: żywność
  • środki czystości
  • chemia
  • odzież i obuwie
  • lekarstwa
  • sprzęt rehabilitacyjny i.in
  • darowizny na cele społeczne, cele, których realizacje wspieram (oprócz przekazywaniem 1% podatku)
  • edukacja:
  • spłata kredytu
  • koszt utrzymania samochodu: benzyna/gaz
  • kultura
  • sport
  • rekreacja
  • wypoczynek
  •  (kawa, alkohol, słodycze).

Są wydatki stałe, które zawsze będą występować, nie zmieni tego ani czas, ani miejsce, ani przestrzeń, i tak będziemy jeść, pić, gdzieś mieszkać, myć się, to co mnie zaskoczyło, to też ilość wydatków stałych. Są też te, drugie, zmienne, to te z nich, które mają syndrom pojawiam się i znikam. Są wydatki konsumpcyjne, przejedzone, i te, które są inwestycją np we własny rozwój. I warto przemyśleć, do jakiej kategorii coś przypiszemy, uwaga: nie każde wydatki z kategorii edukacja są inwestycją. No proszę, czego nauczyłeś/nauczyłaś się na maksa przydatnego w szkole. Wydatki konsumpcyjnie nie są złe.  Moment(y) aha: nawet wydatki, które uznamy za konsumpcyjne można kategoryzować jako stałe i zmienne.  I takie myślenie nad budżetem, cóż, jest, może być fascynujące, bo ów budżet, jest częścią większej całości, to nie tylko kwestia pieniędzy, No ale zatrzymajmy się na tym wynalazku fenickim. Co więcej, moim kolejnym odkryciem jest to, że w czasie charakter niektórych wydatków się zmienia, to znaczy to, co wcześniej upatrywaliśmy jako wydatki na rozwój stają się kosztami, i jeśli dostrzegamy tę prawidłowość, może ona świadczyć o przestrzeni rozwoju.

Planowanie wydatków, czyli zarządzanie budżetem to praca nad swoim charakterem, nie jest to odkrycie kopernikańskie, to coś co przydarza się przypadkiem, na marginesie. By tę pracę zainicjować warto sobie zadać pytanie: Po co na cholerę planować swój budżet? Jeśli motywacja jest zewnętrzna, może zadziałać, oczywiście, jeśli jest wewnętrzna to dostajemy silnik rakietowy do dyspozycji, poznajemy Siebie. To reguła śrubokręta. To czy będziemy tworzyć budżet na piechotę w notatnikach zeszytach, czy exelach, to jest drugorzędne. To co warto przeczytać i usłyszeć to nie tylko zapisywanie poniesionych wydatków i posiadanego przychodu, ale: jest zasada dwóch kolumn stosowania zapisywania planowanych wydatków i planowanych przychodów. I zaczynamy od tego, że zapisujemy je w sposób ogólny. I tak

Przychody:

Wydatki:

Wydatki stałe: Wydatki zmienne: Wydatki stałe:

Ot, wszystko. Całaż filozfiaż będą wydatki: do jakiej kategorii zaliczysz OC? Podatek gruntowy? Książki? Ale kolejną kolumienką, trzecią jest: wydatki nieplanowane, i nie chodzi o to, że pójdę na kawę dzisiaj popołudniu, bo se zapiszę w trzeciej kolumnie. No nie, jak pójdę to blogosławieństwo na drogę! Smakuj, nie chodzi o to, by wiecznie sobie czegoś odmawiać. Odmawiać to można, a zresztą, i bez reszty (tu wymowne machnięcie ręką, nogą, albo ramionami)

Jeśli decydujemy się oszczędzać, to kolejna reguła dodatkowe dochody i oszczędności.

Propozycja pierwszego kroku.

Najlepiej sobie założyć kajecik, albo inny mały, poręczny zeszycikonotesik im bardziej poręczny i mniej skomplikowany, tym lepiej, nie potrzeba żadnych aplikacji, tak to pociągające, ale jak będzie awaria? Najpierw zapisuj, wszystko, dosłownie wszystko co możesz kategoryzować wydatki, dochody.

Co można jeszcze zrobić?

A można, skoro pewne rzeczy są stałe (śmierć i podatki) to można zaplanować budżet kilka dni przed dochodem, tak tak, i to kolejny moment aha, to daje nam dwie przewagi:

Uczenie się myślenia perspektywicznego, zakotwiczenie w czasie, trzecia rzecz, jeśli pojawią się pokusy to będzie to nasza oręż, nasze ubezpieczanie, i nie chodzi o to by sobie wszystkiego odmawiać i od dziś, dwudziestego szóstego lutego, cóż asceza, post o chlebie i wodzie (z kranu- bo najtańsza). Zaplanujmy też przyjemności, jeśli czytamy, to załużmy sobie jeśli mamy taką możliwość, że miesięcznie mamy do dyspozycji dziesięć złotych na wydanie na prasę, książki, i tak może nie zdobędziemy danej pozycji za tę cenę, ale to może pokazać nam nasze realne możliwości i to, ile czasu zabierze nam kupno danej pozycji, która może być hitem, gorącą bułeczką w piekarni, czytelni, a może gdy emocje opadną nie warto jej kupić, a może jednak okaże się wprost przeciwnie, może warto zainwestować w czytnik, ten zakup radzę dobrze przemyśleć, bo może on być kosztowny, nie tylko ze względu na samo urządzenie, ale na pokusie dostania książki jednym kliknięciem, no i książka nie zajmuje miejsca na półce, co może być również wadą (jak i zaletą) kupimy więcej, szybciej i mniej przemyślanie (jeśli w ogóle) a może być też zaletą, a może się w ogóle nie przydać- zauważymy, że nie potrafimy zapamiętywać treści tak, jak to się dzieje w przypadku książek papierowych (zapach i szelest kartek jest mniej ważny). Może okazać się też, że daną książkę mieć trzeba i warto na nią poczekać, albo (jeśli to możliwe) przegrupować część wydatków z innych kategorii by mieć ją szybciej, a może udać się do zapomnianego przybytku: biblioteki?

Pytania kontrolne:

  • Po co i w jakim celu prowadzę budżet?
  • Czy jest to mój własny wybór? (Dlaczego tak? Dlaczego nie?)
  • Jakie kategorie należy umieścić pod szyldem budżet domowy?
  • Co jest wydatkiem, a co dochodem:
  • Które z kategorii są stałe, a które zmienne?
  • Co zrobiłam/ zrobiłem dobrze?
  • A co poprawię w najbliższym okresie (miesiąc) jakie zmiany wprowadzę w moim budżecie?
  • Co mnie cieszy?

Warto chociaż spróbować nawet jeśli masz dochód minimalny i całą serię wydatków, nigdy nie jesteś za biedną, ani za bogatą osobą by nie prowadzić budżetu. Jeśli masz pytania, zadaj je proszę w komentarzu. Rozmowa jest ważna. 🙂

Następny odcinek w najbliższy: poniedziałek albo czwartek 🙂 Do przeczytania. 🙂

Jakie są Twoje refleksje w prowadzeniu budżetu? Co się zmieniło, a co się jeszcze zmienia? Jakie były Twoje początki, fajnie by było gdybyś podzielił/a się opinią 🙂 Dzięki!

Co prawda, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale warto od czegoś zacząć, czyż dzisiaj to nie wspaniała okazja by od czegoś zacząć? No i cóż, można na okrasę dodać zamykając artykuł ciekawostką filo logiczną. , że przytoczone przysłowie znane było już w starożytności, a wiemy o tym stąd, że można się na nie natknąć chociażby czytając komedię Arystofanesa (a konkretnie : Rycerze i Ptaki) ale Arystoteles w Etyce Nikomachejskiej. Tak, tak wiem, że oba dzieła dzieli ni mniej ni więcej tylko wiek cały. I jeśli myślisz, że powiedzenie to pochodzi z bajek, których autorstwo przypisuje się Ezopowi, to jesteś w prawdzie! Bingo. A konkretnie (Rozrzutnik i jaskółka). Przysłowie to znajdziemy we wszystkich językach (tych europejskich) po łacinie prezentuje się ono następująco: una hirunda non facit ver. Popularność czyni mem (nie mam na myśli bio- lololo-logicznego rozumienia tegoż pojęcia), czyli dany pierwowzór obrasta w różne warianty: dla przykładu jedna randka nie czyni małżeństwa, jedna słonka nie czyni zimy, albo chińskie: jeden aktor nie czyni sztuki. Ale mało kto wie, że  bajka to źródło jeszcze jednego przysłowia, mianowicie: będą z tego nici. I nie chodzi o wieszczenie niepowodzenia z prowadzeniem budżetu, bynajmniej, ani, ani przytaczanie, czy toczenie opowieści o Ariadnie, czy Arachne, tym to się nici przydały! Nie bez kozery polski zespół śpiewać może „Przyszyj to sam!” nawołując do pospolitego ruszenia guzikiem, nawet z pętelką i igłą i nitką! I w tej bajce (znamy ją z przekładu Biernata z Lublina) występuje mądra jaskółka. I tak zupełnie na zakończenie, kiedyś sądzono, że jaskółki nie odlatują za morze do ciepłych krajów, tylko wybiera wakacje w kraju, nawet zimowe ferie, i to niektórzy się zarzekali, że przecież widzieli, spotkali jaskółki nad stawami, czy bagnami… A wiedza ta była powszechnie uznana nawet w XVII wieku pisał o tym fakcie ceniony Gabriel Ręczyński.

Z przekonań ludowych wierzono, że uwicie przy domostwie gniazda przez jaskółki to zwiastun szczęścia i dobrobytu, ale nie żeby tylko to taki rodzaj polisy ubezpieczeniowej, czy zapewnienie znalezienia męża (własnego, znaczy przyszłego).

 

Zapachniało Wam wiosną?

Paachniało, przyjajmniej wtedy gdy to pisałam. No i zapomniałam Wam napisać, wracamy do idei #12 poniedziałków. Jeśli chodzi o prowadzenie budżetu, będzie jeszcze jeden wpis w tej materii.

[405]. Klops,czyli keks, kleks znaczy…

Myślę nad tym by powrócić do korzeni. Jeśli chodzi o blog.Pod względem treściowym, słowem, a raczej trzema: szykują się zmiany. Jeszcze nie do końca doprecyzowane,są, są w przedsionku, albo w przedpokoju, jak zwał/a tak zwał/a, ale to nie zawał, ani trzęsienie ziemi, czy klawiatury.

Chciałabym by artykuły pojawiały się w poniedziałek i czwartek, albo chociaż w jednym ze wskazanych wyżej dni. Ponieważ przywiązuję dużą wagę i rozwagę do merytoryki to nie chcę publikować czegokolwiek, byle by coś było, by się kręciło, a raczej czy tu, czy tam czytało. Wierzę w nas, czyli Osoby Czytające, można też sięgnąć tam gdzie wzrok nie sięga, jako to rzekł i zapisał wieszcz. Przynajmniej nie sięga na pierwszy rzut oka (oj karkołomna konstrukcja zdania) czyli do archiwalium. A co tam? Można, można. No to, dlaczego by nie (poczytać)?

A skoro już tak językowo i filo logicznie to dlaczego nie garść ciekawostek z ciekawego języka polskiego? A w zasadzie, i w kwasie, a nie bo to oto o inkauście.

No, dlaczego nie? Znany już za czasów jak najbardziej starożytnych naszych przodkiń i przodków. Z łaciny znaczy mazidło czernidło. I to najmniej urozmaicone określenie, w odróżnieniu od składu. Atrament sporządzano z sadzy, czy żywicy, osadu winnego, no, no mamy już winnego ów kleksów szkolnych uff… Pamiętacie lata sześćdziesiąte, i dziesiątki roków późniejsze? Można by dołożyć jeszcze mątwę martwą czarną, a raczej jej wydzielinę dzielnie do składu owego włączoną, ale ale, atrament to na początku przynajmniej przypominał czarną pastę, na pastwę  i przekleństwo nie tylko białych kołnierzyków młodzieży szkolnej. Dopiero taki specyfik rozcieńczano roztworem ha!dwa i jeszcze: o! A jeśli tegoż dodano więcej, niż wymagało to szkiełko czy oko, to cóż, z roztworu robił się bezbarwny potwór… Który ściekał z pióra… Do pisania tytułów używano czerwonej barwy. Do tworzenia odmiany sympatycznej, czyli zastrzeżonej tylko dla niektórych, używano mleka. Osoba, która odbierała takowy list posypywała go, nie nie popiołem, ale pyłem uzyskiwanym np z węgla drzewnego.

Zależnie od składników trwałość mikstury była różna. (Zapraszam wszystkich Gości, kończy mi się termin ważności) Śpieszmy się pisać listy, tak szybko przestają być zdatne do przeżucia… Niektóre z papirusów egipskich nadal można by było odczytać, gdyby znać hieroglify, a niektóre wprost przeciwnie, czas nie tylko goi rany, cóż napisać o dzisiaj stosowanych paragonach? No, ale tych ostatnich nie zakopujemy w piasku, ale może o czymś nie wiem? Papirusy z Herkulanum utraciły elastyczność i trudno dziś je odwijać, śmiało pomógł w tym wybuch Wezuwiusza. I tak litera nie tylko prawa, ale i lewa i każda inna,  rozsypuje się w proch. Och, zapomniałabym, są także takie atramenty, gdzie adnotacja była czytelna, użyć gąbki, czyli zastosować regułę dwa razy p, przeczytać i porzucić, czyli zapomnieć. Gąbka to także synonim miecza, w takim znaczeniu używał tego słowa cesarz August, nie dziwota więc, że mawia się, że ten kto mieczem wojuje od miecza ginie… A może to dlatego, że w czasach starożytnych, i nie tylko wtedy papirus był towarem nie tyle deficytowym co bardzo, bardzo drogim. Popatrzcie na obrazy, z czasów renesansu, tam w pracowniach, nie ma koszy na papiery również z tego powodu…

I tym akcentem, kładę Kleksa na piksele. O Holender, lepiej skończyć na dziś (i chyba lepiej śpiewająco):

 

[Latający Holender, źródło].

 

[317+1]. Brrrr. Na Jowisza jak (zimno:gorrrąco)!

Uwaga  i inna waga, meteorolodzy i inni wróżbici wieszczą powrót Zimy i to przez wielkie Zi, i to w wielkim stylu. Najlepiej dla ciepłolubnych osób wystrzelić się wtedy wkoko koko eurospoko, w  Kosmos,jakbyśmy tak tam, a raczej tu jeszcze w nim nie byli, no ale cóż, nie spierajmy się o szczeliny szczegółów, wszędzie  byle nie na Jowisza. Tam panują nieziemsko trudne do zniesienia warunki. (I nie chodzi o niezdaną sesję studencką). Jowisz złożony z dwóch nie tylko najpowszechniejszych, ale i najlżejszych pierwiastków, a dokładniej: osiemdziesięciu sześciu procent wodoru i trzynastu, no prawie czternastu helu, reszta to ostatki. Dlatego jest nazywany gazowym olbrzymem nie tylko dlatego, moim skromnym zdaniem powinien byłby (gdybym prezentowała ziemiocentryczny punkt widzenia) być nazwany gazowym żarłokiem gdyż wewnątrz pomieściłby tysiąc Ziem. (I to nie tych obiecanych, ale zapewne tych, bardziej obmacanych od Jowisza). Jego średnica wynosi jedenaście błękitnych planet.  Co więcej  masa to siedemdziesiąt procent masy innych planet. To taki bramkarz stojący u wejścia do klubu.  Już jak się zbliżasz do takiego hmm serwismana, wiesz, z kim będziesz miał/a do czynienia, ba, dostrzec go można nieuzbrojonym okiem! A żeby dostrzec więcej i bardziej wystarczy, że mamy amatorski sprzęt do obserwacji nieba. Bez specjalnie uzbrojonego szkiełka, czy oka, co więcej można mieć i wady (wzroku) a i tak zobaczymy gazowego olbrzyma.

[Jupiter, Zdjęcie Jowisza w naturalnych kolorach wykonane w kwietniu 2014 roku przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a. prawda, że pięknisty? źródło zdjęcia].

Do tego gdyby był człowiekiem pewnie zdiagnozowano by u niego nadpobudliwość ruchową, bo cóż, tak szybko obraca się wokół własnej osi. (Nie, nie to nie narcyz, czy egocentryzm). W rozwiązku z powyższym, nie dziwne jest, że dzień tu trwa (trochę więcej) niż mgnienie oka, no, najkrócej w Układzie Słonecznym dziewięć godzin i pięćdziesiąt pięć minut.

Planeta tańczy w okół słońca (to znaczy obiega je) w ciągu (prawie) dwunastu lat. A przyciąganie jest dwa i pół razy większe niż na Ziemi. Planeta, o której dzisiaj piszę, jest otulona chmurami, które w głównej mierze składają się z amoniaku, siarki i wody, ot, wspaniała atmosfera panuje na Jowiszu:).

Do tego temperatura otoczenia,fanta i styczna. I zmienna. Do nieba, do piekła zabierz mnie, śpiewała, któraś z polskich wokalistek… Nie, wystarczy na Jowisza, bliżej, a jeśli nie, to przynajmniej wiadomo, w którym kierunku. (Tyle, że lądowanie bardziej problematyczne, ale o tym, dalej).  W  górnych warstwach atmosfery Jowisza temperatura wynosi około -145°C. Poznanie przez homo sapiens tej planety i dokonane przez niego pomiary,pozwalają stwierdzić, że ta  wzrasta wraz z głębokością  a dokładniej rzecz ujmując poniżej wspomnianych chmur. Na poziomie, gdzie ciśnienie atmosferyczne jest dziesięciokrotnie większe niż to, które znamy na Ziemi temperatura podnosi się do 21°C Im bardziej w głąb Jowisza, tym temperatura znacznie się podnosi żeby w jego centrum może słupek rtęci mógł wskazać do 24 tysiący °C. A tym samym licytacja Jowisz- Słońce co do temperatury obu, wygrywa bezapelacyjnie ten pierwszy. Tyle, że warto pamiętać, iż  Jowisz od początku swojego istnienia uwalnia swoje ciepło. Spala się nam chłopaczyna.

Jak powstał z martwych, a raczej, z niebytu, cóż dokładnie nie wiadomo. Niektóre osoby mawiają, że Jowisz, to taka nieudana gwiazda, nie chodzi o to, że celebryt(ka) z niego dlatego, że zatrzymał się w pół drogi, to znaczy reakcja termojądrowa nie została zainicjowana.W galaktyce była chmura gazu, taka sama, z której powstało Słońce, wessana została pod wpływem niczego innego, jak grawitacji. Jej materia utworzyła planety, a lwia część przypadła bohaterowi dzisiejszego odcinka, Jowiszowi. Drugie w kolejce było Słońce, a potem cóż, cała reszta, w tym, nasza Ziemia. Wirujące gazy w powietrzu przyciągały materię, gazowy olbrzym nabiera masy (najpierw masa potem rzeźba mawiają fit trenerzy, a przepraszam, teraz jest modne określenie, co, ach co,a coach).  Jowisz pojawia się niczym perła. I to nie przenośnia. To co nie dotarło do Jowisza, zostaje wyrzucone w przestrzeń.

Powstał około 4,6 miliarda lat temu skompresowane pod wpływem grawitacji cząstki kosmicznego pyłu i gazu zaczęły wytwarzać  nic innego jak tylko ciepło. Trawestując słowa piosenki Natalii Kukulskiej, ciepło nosisz je w sobie, je, je , je.(Dobrze, dobrze, już nie śpiewam). Jowisz go co prawda nie je, ale emituje je do dziś,  i tak oddaje go więcej i to dwa razy więcej  niż bliskie nam Słońce. Napomknę, tylko, że masa Jowisza to około jedna tysięczna masy tegoż ostatniego.Do tego ten magnetyzm. No cóż, szczątki człowieka skończyły by marnie, silne pole (elektro)magnetyczne, wprawiłoby, że nie zdążyłby pierdnąć, ani mrugnąć. I drogi czytelniku, skończyłby w pudełku z plastiku. Chociaż nawet nie wiadomo, czy by i to było. No chyba, że ubrał by się jak ołowiany żołnierzyk, ale jak taką masę wystrzelić w koooosmos?

No, ale po co lecieć jeśli nie tylko miękkie lądowanie nie wchodzi w grę? No, cóż, żadne nie jest możliwe, bo przecież to planeta gazowa. Jeśli te, przeszkody, o których wspominałam, zostałby jednak pokonane, to sprzęt opadałby niżej, niżej, niżej coraz niżej, aż zmiażdżony by został przez ciśnienie atmosferyczne. Nawet jeśli by użyć innego repertuaru sprzętów. To na dziś, jest to niemożliwe, acz marzyć można. Jowisz, to zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam,pełni rolę  bodyguarda, niby to przyciąga, by odrzucić w przestrzeń jeszcze dalej to, co niepotrzebne, albo to, co może zagrozić naszej części galaktyki, pełni rolę starszego, opiekuńczego rodzeństwa. Oczyszcza rejon orbit planet zewnętrznych w tym Ziemi, by nic się nie mogło stać. Utrzymanie czystego pola. Dzięki temu mogło pojawić się życie na naszej planecie.

Osiem tysięcy razy częściej komety chcą uderzać w Jowisza, a raczej nie mają wyboru, bo ten je przyciąga niczym magnes. Tyle, że droga jednych sięga na przestrzał i dalej, dalej, a drugim zakrzywia tor, i pędzą w innym kierunku, jakim? Nie wie nikt, bo często”lądują” poza układem słonecznym, tak się układa trajektoria lotu. Prędkość ze wsparciem Jowisza dochodzi do pięćdziesięciu kilometrów na sekundę, a co, po co się rozdrabniać. skoro nie można sięgnąć dalej niż wzrok, okiem nawet uzbrojonym.

Już Starożytni dostrzegli,że Jowisz porusza się wśród gwiazd. Także oni go dostrzegli, to nie dziw, wszakże to trzeci najjaśniejszy punkt na nocnym niebie (po Księżycu i planecie Wenus). Cztery największe księżyce Jowisza odkrył w 1610 roku Galileusz było to możliwe dzięki temu, że teleskop był już powszechnie w użyciu (nie, nie to nie Galileusz jest jego konstruktorem) największy z księżyców, Ganimedes ma powierzchnię większą od Merkurego.

Wzmianki o Jowiszu znajdujemy mitologii, oraz w wierzeniach religijnych wielu kultur. Są przesłanki za tym,że obserwacje Jowisza prowadzili astronomowie babilońscy i miały one miejsce tysiące lat przed naszą erą, nie tylko Galileusz. Czy dziwi zatem fakt, że nazwę planecie nadali Rzymianie, i to nie byle jaką, albowiem,  swojego najważniejszego bóstwa z mitologii – Jowisza. Boga,który podług ich wierzeń, we władaniu miał niebo, burze i deszcze, tak więc stał najwyżej, był najpotężniejszy. Aż dziw bierze, że wielką, czerwoną, charakterystyczną plamę Jowisza, odkryto niedawno po tym,jak „ochrzczono” GanimedesaTo antycyklon o średnicy większej niż średnica Ziemi. Tak więc błękitna planeta nie mogła by jej zasłonić największa burza we wszechświecie, burza, i to bynajmniej nie w szklance wody. Dwadzieścia tysięcy kilometrów średnicy Ziemia, niecałe trzynaście tysięcy. Na obrzeżu plamy wiatr wieje bardzo szybko, a w środku to obszar ciszy, spokoju sielanki. Piękna ilustracja. Niepozorna, a ile kryje tajemnic i pytań.

[Porównanie wielkości Jowisza i Ziemi, źródło zdjęcia].

 

Nie będziemy porównywać burz ziemskich i jowiszowych, bo to nie do wyobrażenia. Wielka czerwona plama, to kłębowisko wyładowań, deszczy i chmur (i nie ma tu ani jednej kropli wody) wielka czerwona plama, to obszar wyżu. Cyklon wykonuje jedno salto w przeciągu dziesięciu dni. Chmara burz,ale dopiero na obrzeżach plamy, skąd ona czerpię energię, może tam właśnie znajduje się wulkan energii, nie wiadomo. Nie wiadomo, dlaczego plama nie przemieszcza się, skąd mniejsze chaotyczne zawirowania, i burze poza wielką czerwoną plamą, gazową planetę spowija kilka warstw chmur, co więcej —- pioruny, a raczej dźwięk, rozprzestrzeniają się cztery razy szybciej niż na Ziemi (pięć tysięcy kilometrów na godzinę). Szybciej też pada deszcz, i to dwa razy szybciej, słupy cumulusów są cztery razy wyższe niż ziemskie. W wielkiej czerwonej plamie wiatr jest nie tyle trudny do przetrwania, tyle, że trudny do wyobrażenia, burze bowiem nakładają się na siebie i krzyżują ze sobą, są jeszcze prądy strumieniowe, które nakładają się na planetę, naukowczynie i naukowcy dopiero poznają ich mechanizm. Nie tyle są one większe, rozprzestrzeniają się one w różnych kierunkach, są też silniejsze, dlatego, że planeta wiruje, dlatego mnogość prądów, i pasy na Jowiszu. W chmurach na pograniczu prądów, pojawiają się charakterystyczne zawirowania. Tak jakby gaz chciał uciec z powierzchni planety. Wiatry także są inne. Wiele się mówi i pisze, o owej czerwonej plamie, ale jest jeszcze coś: Niedaleko Wielkiej Czerwonej Plamy znajduje się Wielki Biały Owal, którego średnica porównywalna jest ze średnicą Ziemi(wreszcie coś porównywalnego!). Owal BA to także antycyklon nazywany -a jakżeby inaczej- Małą Czerwoną Plamą Juniorem. Im bardziej w wgłąb,to więcej pytań, tajemnic i odkrywania.

To co warte odkrycia to mnogość księżyców Jowisza, znanych jest sześćdziesiąt dziewięć, niektóre z nich poruszają się chaotycznie, inne wprost, a raczej elpitycznie, przeciwnie, ale jednak w tym jest metoda, każdy ma swój cel, i swoją orbitę. Cztery największe z nich odkrył Galileusz. Oto i one, tak i oto się prezentują:

[Porównanie rozmiarów księżyców galileuszowych i Jowisza. Od góry do dołu: Io, Europa, Ganimedes i Kalisto. Widoczny fragment powierzchni Jowisza z Wielką Czerwoną Plamą: źródło zdjęcia].

Chociaż niezależnie, w tym samym czasie co Galileusz, niemiecki astronom Simon Marius także je zauważył. Io, Europa, Ganimedes i Kallisto. Zostały one zaproponowane przez Niemca, i tak przetrwały do naszych czasów. Nazwy pochodzą od imion kochanek (i kochanka) Zeusa, greckiego odpowiednika boga Jupitera,czyli znów mitologie i wierzenia. Galileusz określał je jako Sidera Medicea, na cześć rodu Medyceuszy.  Na podstawie swoich obserwacji stwierdził, że księżyce krążą wokół Jowisza. Odkrycie to to kamyczek do tez prezentowanych przez Kopernika, i nie chodzi o prawo ekonomiczne, czy przepis na chleb. Jowisz, także ma pierścienie, i choć nie są tak okazałe jak te, które należą do Saturna, także można je opisać. Składają się z trzech warstw. Najbliższa określana jako „halo”, następnie znajduje się pierścień główny, a najdalej- ażurowy. Te,należące do Jowisza złożone są głównie z pyłu, który zostaje wyrzucany w przestrzeń kosmiczną po uderzeniach meteorytów w jego księżyce. Równowaga w przyrodzie musi być! Nie tylko my, uszyci jesteśmy z ruchu.

Wyrzucony kosmiczny pył utrzymuje się w formie pierścieni wokół Jowisza, a jakże było by inaczej, dzięki jego grawitacji, czy może być inaczej, skoro zmienia ona nawet kształt trzech jego najbliższych satelitów?  Planeta posiada najsilniejsze pole magnetyczne,czternaście razy silniejsze jak to, spotykane na Ziemi. Jowisz to planeta znana, a jednak bardzo mało o niej wiemy. Jupiter w mitologii rzymskiej był władcą wszystkich bogów. Utożsamiany z greckim Zeusem, panem Olimpu, przedstawiany był najczęściej w pozycji siedzącej na tronie, z piorunem w ręku. Inne jego atrybuty to orzeł i dąb. Rembrandt i Rubens do niego się odwoływali, ale przecież nie tylko oni. Nauka o kosmosie, czyli miejscu, w którym wszyscy się znajdujemy, jak i drogi, sztuki i kultury bardzo często się przecinają. I to jest fascynujące, ale to temat na całkiem inną opowieść… Na Jowisza, #…Bo Świat jest ciekawy!,

[403]. Bez (roz)błysku, czyli zupka instant.

[Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd
Kaja Nordengen, Guro Nordengen tłumaczenie: Milena Skoczko,Marginesy,2018 r, źródło zdjęcia].
Książki, szczególnie te, których temat to neuronalna, szeroko rozumiana, czy instrukcja obsługi tego co mamy między uszami, to temat samograj, temat modny i cóż, trudno go zepsuć, acz jest to możliwe.

I to śpiewająco, a raczej fałszująco.Ach, te wrzaski mody.

I lektura książki autorstwa Kaii Guro  Nordengenów pt.Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd, jest tego przykładem. Niestety. Najlepsza jest okładka, a że raczej przywykłam przyglądać się temu, co pomiędzy, to cóż, zawiodłam się, a i, że śpiewać i czytać każdy/a może to czy tu, czy tam, czytam sobie, ku nauce i ozdobie. Nie chodzi o to, że w publikacji są poruszone podstawy podstaw, a o to, że skaczemy z tematu na temat, i nie kończymy go, bo o to wiadomo, trudno, ale nawet si nie przyglądamy, wątki postrzępione i pourywane, niedokończone, bez pomysłu, bez rozbiegu, bez rozgrzewki, bez [roz]błysku. Szkoda. Zaskakują mnie wysokie oceny na portalach czytelniczych, i ot(o) ja także dałam się nabić w butelkę, w czcionkę hunbugu. Acz, jeszcze dam się skusić na te, które publikowane są pod szyldem wydawnictwa Marginesy.

Niestety, lektura nie jest deserem dla intelektu, próżno szukać wisienki, albo nawet truskawki na torcie, to zaledwie zupka instant. Może moje zawiedzione nadzieje bolą tym bardziej, dlatego, że oczekiwałam tej lektury, wypatrywałam czcionki, a co. A tu klops, nasz norweski. Chciałabym znaleźć plusy, tego czasu, który spędziłam nad tą właśnie lekturą, ale nie potrafię sobie przypomnieć ani tychże, ani treści. Smutne. Mam pytanie do Was, Drodzy Czytelnicy i Czytelnicy blogu i lektur popularnonaukowych, tych i owych, czy także macie poczucie, że poziom tych pikuje  (zastanawiam się, czy można pikować w górę)? Że od osoby czytającej nie wypada wymagać wysiłku? Wszystko ma być proste, śmieszne i przyjemne, przyziemne? Czy to ja jestem w wielbłądzie, w błędzie znaczy się? A może macie jeszcze inne [u]wagi? A może to my postępujemy zbyt wygodnie?  Zapraszam do dyskusji.

[402]. Pora? Para w kropkę.

     Dziewięć i pół miliona Polaków i Polek pali papierowe osty, o!rz Ty, papierowe osy, znaczy, papierosy. Aktywnie, nie biernie. Nie nowy, to spo(r)t narodowy.  Nie mierna to liczba wymierna. To bardzo napuchnięta, napompowana dymem liczba (Nikogo nie trzeba o tym przekonywać). Dym wdech i (wy)dech. Bardziej płytki, niż głęboki. Zważywszy na powyższe okoliczności. Ileż to inkaustu wylano, pixelów wysypano pisząc o zdrowym jak najbardziej odżywianiu, mizianiu zwojów i rozwojów -jak najbardziej tych i owych- mózgowych. Można wiele napisać o neuronach, np. to, że obrazek komórki nerwowej taki, jaki znamy, jest już nieaktualny- uproszczony (zbyt). Można by było tworzyć opowieść o tym, że jego budowa odzwierciedla funkcję jaką pełni, co zrozumiałe i (łopato)logiczne. Informacje do neuronów docierają przez zakończenia aksjonalne i oczywiście dendryty (to zwykle, chociaż nie zawsze większa jego część).

Każdy rodzaj neuronów posiada unikalny układ dendrytów. Jak również pojedynczy akson, chociaż są wyjątki i możne go nie być. No można oczywiście napisać, że wymagają wyjątkowo dużych zasobów metabolicznych. Są różne rodzaje synaps, jak również rodzaje neuronów, czy ostatnio „modnych”, komórek glejowych. Można piękniście pisać. Roztaczać styczne i fanta widoki na kosmos w nas. Cały,niepowtarzalny, i dany na własność, na własną oś(ć)– biliard komórek. Osiemdziesiąt miliardów neuronów, podczas sekundy odbiera około stu megabajtów danych,żywi się glukozą i jest w pełni aktywny dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie ważne co, kiedy i jak robisz.

Mózg.

To mit tzw. popularnej psychologii rozwoju potencjału ludzkiego,albo: coachingu,  że używamy tylko dziesięć procent jego zasobów, tak teraz skrupulatnie i często jest to powtarzana informacja, jak wcześniej- z przekonaniem, a niemal i namaszczeniem. Cóż, życie, życie jest nowelą, jak to mawiał Prus, a może Głowacki, pogłówkujmy.  To nie jest prawda, że w dojrzałym, czy starzejącym się mózgu, nie mogą powstać nowe połączenia nerwowe, czy neurony, choć jest to dosyć nowa informacja, już zyskuje na wartości. Rynkowo i całkiem marketingowo. Wystarczy piętnaście minut dziennie, albo godzina tygodniowo, żeby usprawnić, naoliwić swoje zwoje.

Oczywiście mózg człowieka dojrzałego pracować będzie wolniej – i to jest plus- gdyż ten dysponuje ogromną bazą, a im większa, tym dłużej zajmuje proces szukania informacji, a przecież to tylko jeden z procesów. To tak jak kupujemy nowy (niby) smart – na pewno – fon, na początku działa szybko, ale w miarę tego jak naćkamy tam aplikacji… No właśnie. Nie znaczy to, że na starość organ ów, działa gorzej. Oczywiście, to zależy w jaki sposób  go używamy. Nikogo nie dziwi fakt, że jeśli nie dbamy o kondycje fizyczną, z wiekiem opadać nam będzie nie tylko szczęka, cycki (i to u obu płci) ale także wiotczeć mięśnie, ale czy ktoś/ia z nas dba o pofałdowany organ między uszami?

 

Z jednej strony dziwi mnie wrzask mody na minimalizm, wytworzony marketingowo (i to wprowadzić w stan zdumienia nie powinno) a z drugiej, tak przecież dbamy o to by się nie stać rzeczoholikami/czkami. I co? I nawet pielęgnujemy swój mięsień wolnej, acz(sinej), tfu silnej woli, a okazuje się, że sami/ same nierzadko podkładamy sobie kłody pod nogi, oczy i inne organy nie potrafiąc efektywnie odpoczywać. A przecież chcąc osiągnąć dany cel, nieważne, czy będzie to przedsięwzięcie długo-  czy krótkoterminowe, niezbędna jest wytrwałość. I nie tylko ość ale i oś kryje się w tym słowie. A mądrej głowie dość, i tak dalej. No jest jeszcze łoś. 🙂 I jest jeszcze przepowiednia, że wy trwa (cie), ale to już inna para kaloszy, chociaż dobrze, że parta idzie czasami w gwizd, gorzej, jak w gwizdek. Chcąc dbać o swą silną wolę, trzeba się jej przyjrzeć, żeby przejrzeć nie tylko na oczy. Aby dostrzec i widzieć, żeby wiedzieć. Portale społecznościowe nie są skonstruowane tak, żeby przy nich wypocząć, ale dlatego by cały czas angażować naszą uwagę,nieustannie.Możesz odpocząć przechodząc przez autostradę (dosyć abstrakcyjny obraz) albo chociaż przez bardzo ruchliwą ulicę?  I tak, wtedy nasze zwoje są także zaprzęgnięte do pracy, wcale nie wypoczywamy. Aby nakarmić naszą silną wolę, żeby zregenerować ten mięsień, ważnym jest odpoczynek, gem, (re)set, mecz, czy jakoś tak, jak oś rzędnych i współrzędnych. Taki masaż w spa, tak można uderzyć w spa_nie. Drzemka, albo turbodrzemka, albo znalezienie takiej aktywności, która odepnie nas od prądu. Nie musi to być hibernacja w [s]en jak najbardziej zimowy/ letni. Z jednej strony, ulegamy metodzie i modzie ograniczania rzeczy, (minimalizmie! O(j), minimalizmie) a z drugiej nie zauważamy w jaki sposób dajemy się wciągnąć w galopjadę spędzania czasu przed ekranami… Jeszcze tylko pięć minutek. Przecież odpoczywam… Jeszcze jedno  zdjęcie. Byle nie rentgenowskie.  A może jednak? Tak na (w)znak?

Dziewięć i pół miliona ludzi w Polsce, pali. Nie wiadomo ile jeszcze wciąga to świństwo biernie. Niby dbamy, rozciągamy, ćwiczymy, biegamy, jemy. I palimy, nie tylko mosty, za sobą.  I tak wiem, doskonale trzy dekady temu w naszym kraju nad Wisłą, taka aktywność była modna, tylko nie zawsze warto podążać za jej wrzaskiem, bo te donośne piski mogą być nie lada fałszem. 

Para w kropkę, czyli paradoks.

Jeśli jesteś ciekaw/a dalszymi wpisami z wyżej wspomnianego tematu, daj znać w komentarzu.

I zadanie na koniec (a może na dobry początek?):

W każdym z wyrazów wypisanych poniżej zmień tylko jedną literę w taki sposób żeby powstało słowo (istniejące w języku polskim):

  • prym, piec, wanna,
  • ramowy, niestety, kozik,
  • kres, karta, rano, szala,
  • granit, flaga, dynamo.

 

Nastaw budzik na dwie minuty, i w ciągu tego czasu napisz jak najwięcej przymiotników na literę d. Możesz to zrobić także w języku dowolnym, mniej lub bardziej obcym.

Utwórz jak najwięcej nowych słów, ze słowa: Palimsest.

Powodzenia! I smacznego.

[źródło miniaturki: [Vilhelm Hammershøi: Ida Reading a LetterIda Czyta List, źródło  Wikipedia].