[401]. Bom zielona,albo: Smaczliwka ma moc!

[Wielki mały człowiek. Oryginał 2 plus 1,źródło nagrania].

Nazywany owocem maślanym. Oto krewniak gruszki (stąd też, jak i ze względu na kształt-  jego część jadalna określana jest jako gruszka awokado, żeby było zabawniej z botanicznego punktu widzenia jest… Jagodą. Tak to krewniak tej samej gruchy pod która lubimy leżeć w lecie na dowolnie wybranym boku. On sam, jak i jego właściwości były znane siedemset lat przed naszą erą. Inkowie uznawali je za afrodyzjak, a jeśli chodzi o wartość odżywczą brano je w dalekie wyprawy, za morza, rzeki i góry.  Dzisiaj odkrywany jest na nowo.

Przepis na koktajl mocy.

Nie lubię robić śniadań. Tak mam. Dopiero od niedawna nauczyłam się je jeść. Taki to model.  Nie mam też (nad czym ubolewam) jakiegoś specjalistycznego sprzętu (robota kuchennego,nutribulera czy innego pomocnika, magicznej czwartej nogi, albo ręki trzeciej. Do diaska z arytmetyką). A ponieważ nie przepadam (uwaga: eufemizm) za żmudnym szykowaniem pierwszego polecam… Od czasu do czasu jednak pożyczyć blender ręczny (choćby przedpotopowy) i zrobić koktajl mocy. Pomocny po treningach, albo właśnie jako starter.

  • Jedno  małe awokado, albo pół dużego;
  • pół litra mleka;
  • jeden duży jogurt naturalny;
  • dwa banany (z powodzeniem można zastąpić gruszką);
  • 4 małe kostki czekolady (gorzkiej) im więcej zawartości kakao tym lepiej;
  • jedna czubata łyżeczka cynamonu;
  • opcjonalnie ziarna (dyni, słonecznika [uprażonego], siemienia lnianego);
  • rodzynki;

Owoce miksujemy, dolewamy jogurt, w razie konieczności mleko (jeśli za gęste), miksujemy powtórnie, a dosypujemy cynamonu i na wierzch wiórki z gorzkiej czekolady. Mieszamy i wstawiamy do lodówki. Dobrze jeśli banany były wcześniej zamrożone. Jeśli chcemy możemy użyć samego jogurtu (bez mleka) dosypać sparzone pokrojone rodzynki, płatków owsianych, i mamy wariant drugi, a możemy też zamiast tego ostatniego składnika dosypać trochę siemienia lnianego. Schłodzone pić wedle uznania.

[owoc awokado, źródło zdjęcia].

Nauczmy się smaków życia. Choć smaczliwka ma wiele walorów odżywczych, uczulenie na awokado występuje często jeśli ktoś/ia jest uczulon/a/y na lateks. Podobno stosowane jest w wielu kosmetykach. Oczywiście, tak jest kaloryczne, ale to nie znaczy, że mamy się go wyrzec. Wręcz przeciw_nie.

[400]. To co pomiędzy (uszami). Uwaga, nie chodzi o… Nos! :)

[Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje,
Elkhonon Goldberg, Wydawnictwo Naukowe PWN,Warszawa, 2014, źródło grafiki].

Książkę nie czyni to, co prze(d)stawione jest na jej okładce, przynajmniej, nie powinno, sowa (chociażby tu przedstawiona) była utożsamiana przez człowieka jako (nie tylko) ptasia personifikacja mądrości wśród przedstawicieli/ lek skrzydlatego świata. Do czasu gdy się zorientowano, że nie potrafi ona nawet kontrolować własnej toalety, ale, że jej fizjonomia jest jaka jest, duże oczy, pozorujące tzw. mądre spojrzenie, cóż zrobić. Przesądzone. Sowa mądra głowa. A ppsik! A,a , aaa Propos głowy. A raczej tego, co mieści się między uszami (u homo sapiens). W nauce, tak samo jak i  w innych dziedzinach życia nastają mody. Najnowszym (i najdonioślejszym) jej wrzaskiem jest zainteresowanie umysłem. Mózgiem. Tak, tak zdaje się, że  już prawie wszyscy trąbią w jednej orkiestrze, że nie jest tak, że wykorzystujemy zaledwie dziesięć procent jego możliwości, co było by (nader łatwym, pociągającym -może) wytłumaczeniem postępowania tych, czy owych…To już wiemy.  Ad rem! Zwiększone zainteresowanie pociąga za sobą publikowanie nie tylko rzetelnie napisanych książek z danego tematu, i ja mimo tego, że uważam, przy jakiej lekturze przyjdzie mi poświęcić czas, to wpadam jak neuron w kompot, ot już w tym roku dałam się w takowe lekcje pływania…

Tytuł jak i autorkę, jak i wydawnictwo pominę milczeniem (wspomnę tylko, że jest to nowość, raczej nowa ość w szkielecie literatury popularnonaukowej) . I Ty, Droga Czytelniczko i Czytelniku równie drogi, możesz, jeśli oczywiście chcesz, uczynić pauzę teraz. Nie?  Piszę o tym dlatego, żeby nie dać się zwieść, uwieść. Raz na wozie, raz… Gimnastyka nie umyka. Na szczęście to co piszę powyżej nie dotyczy pozycji Jak umysł rośnie w siłę gdy mózg się starzeje.

 

Dlaczego mamy dwie, a nie jedną półkule? Co łączy talent i geniusz? Mózg i język, źródło (niepo)rozumienia? Errare humanum est? Te i inne pytania zadaje autor, i próbuje na nie udzielić odpowiedzi, przytaczając (czasami) jak zmieniały się teorie i hipotezy dotyczące przekonań na temat funkcjonowania mózgu. Obalając mity na jego temat [przynajmniej niektóre] np ten o przekonaniu, że lewa półkula -jeśli już przy niej jesteśmy- odpowiada za procesy językowe, a prawa: wzrokowo- przestrzenną. Nie jest też tak, że u osób praworęcznych dominuje lewa półkula, i odwrotnie. Nie ma też lustrzanego odbicia tychże. Chociaż ten akurat aspekt nie jest zbyt rozwinięty (a może to apetyt?).

 

Pozycja jest modelowym przykładem tego w jaki sposób można z powodzeniem napisać dobrą książkę popularnonaukową. Dobrą, czyli jaką? Mogłabyś, lub Mógłbyś spytać, bo przecież w określeniu „dobra”, ukryta jest ocena, pozytywna, ale nadal ocena. Nie o nią mi jednak chodzi, lecz o to, że przy takiej lekturze się nie nudzę, nie jest ona (zbytnio) uproszczona, więc autor/ka nie ubliża niczyjej inteligencji (a niestety, coraz to częściej spotykam na swojej drodze takowe książki popularnonaukowe) ani zbyt skomplikowana, chociaż na tyle wyważona, żeby z jednej strony podsumować to, co już wiemy na dany temat, z drugiej- dowiedzieć się czegoś nowego.

 

Jeszcze jeden aspekt wymaga podkreślenia Elkhonon Goldberg przykłada wagę by język, którym się posługuje był transparentny, to jest  ważne.  Jeśli miałabyś, miałbyś ochotę na chwilę relaksu z dobrą lekturą, również w postaci książki czytanej, to Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje jest trafnym i trafionym wyborem. Również dlatego, że pozwala na zastanowienie się co dzieje się z narzędziem, którym dysponujemy (między uszami) gdy zarówno my, jak i on się starzeje. To, że ów proces ma nader złą prasę w naszej kulturze, to jasne, i zakrawa raczej na banał, niż na mądrość, życiową, ale co jeśli starość jest też wynalazkiem ewolucji, a nie drogą w jedną stronę, nieuchronnym podążaniem ku śmierci? I to, jak postuluje autor książki, nie takim złym, jak zwykło się sądzić?

To co czyni lekturę przyjemnym to ciekawostki ze świata kultury, sztuki, czasami polityki jednakże wszystkie one nie są dygresjami a wprowadzają w dane zagadnienie.Zastosowana struktura (treści) od ogółu, do szczegółu, także ułatwiała zrozumienie. Oczywiście, trzeba mieć w pamięci, że jest to książka o charakterze bardziej popularno-  niż -naukowym, stąd pewne uproszczenia, o czym także wspomina autor. Jednakże jeśli szukasz przystępnego wprowadzenia w świat mózgu, a jeszcze bardziej jego starzenia (a to temat raczej rzadziej poruszany) to weź dłoń, albo (nomen omen) na uszy tą lekturę.

 

I jeszcze jedno, uczeń Aleksandra Łurji, emigrant, łączy kulturowe doświadczenia wschodu z zachodem, co dzisiaj jest także rzadziej spotykane. Autor udowadnia, że literatura popularna także może być rzetelnie poprowadzoną opowieścią, choć z racji gatunku zrozumiałą, i prostym językiem opowiedzianą, to nie prostacką bez zbędnych uproszczeń.

To co utrudniało skupienie się, to monotonny (dla mnie) zbyt monotonny głos lektora, i przykrótkie pauzy przez niego czynione,  bo książka, wydana jest także w postaci książki mówionej (jak to się drzewiej określało audiobooka). Także wydaje mi się, że basy są podbite za bardzo (ja miałam wyłączone) a mimo to nader słyszalne.

Reasumując, zapraszam do lektury. Na pewno przyjrzę (albo: przysłucham)  się jeszcze (innym) książkom autora, jeśli takowe będą. Ta na pewno może być dobrym wstępem do obsługi tego, co mamy pomiędzy uszami. Elkhonon z jednej strony patrzy na półtora  pofałdowanej materii z lotu ptaka, a z drugiej zadaje trafne pytania, niby mgnienie, które mogą być zaczątkiem całkiem nowej przygody… A może ktoś/ia czytał/a i chce się podzielić refleksami? Zapraszam :).

Jestem ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jaka część wiedzy przedstawionej w  tej książce będzie aktualna za dekadę, albo dwie? Jak sądzisz? A Twoja ulubiona książka popularnonaukowa? [Po]dzielisz się tytułem? Przyjemności (płynącej z) czytania.

[399]. Pomysł na refren.

Miejsca wspólne, miejsca spójne, miejsca własne. Przestrzeń. Czas. Nieprzekraczalność i dotykalność. Ruch. Wieczory i poranki nasączone, albo rozmownym milczeniem i spojrzeniem w głąb (i nie chłodzi o warzywne deliberacje: oj kap, kap kapusta głowa pusta jak pisał klasyk). Mierzwieniem, a nie mierzeniem czasu. Ten nie ma tu, ani tam, nic do rzeczy, a za to  wiele do miejsc i do osób, do ludzi. Tętno. Smaki, zapachy, okrzyki.Dania, Zdania złożone w kancik.  Nieprzeczytane książki, nieodbyte rozmowy, przeżuty stra rrr ach! Od wyrzutów (su)mienia woli wolną (wolę), po wyrzut adrenaliny, albo innej liny. Może być (od biedy, lepiej starej) (po)most linowy. Wynik echokardiogramu. Gram życia. Mono- czy w zespole- dram. Radę dam. Dobrze, że linia nie jednostajna. O linie trzeba dbać. Tak, tak. Musi być gruba i wyrazista. Ta, czy inna.

Jak to jest, że rzesze osób, które przecież posiadają:imiona, nazwiska, profesje, zdrowie (mniej, bardziej, w ogóle nie wspomniawszy o strzykanie w szczególe) wzrost (albo spadek), wiek (niekoniecznie XXI, a i ten [ledwie][nad]gryziony), posiadają ulubione: jadłospisy, pomysły, wymysły, marzenia i mrzonki, plany i (rzadziej) [aero]plany drugie, trzecie, kolejne (a to już cała flota), może jakąś przyboczną grypę, i to czego tu nie wymienię i nie zamierzam wymieniać, bo mi czcionka zakwasów dostanie. Jak to jest, że te rzesze ludzi pragną być mądre, no dobrze, może nie tyle nieokreślona bliżej zbiorowość (ale pojedyncza i wielka w swych do-myślnych rozmiar-ach), co ludzie najbardziej, ludzie, a raczej człowiek, w liczbie swej najbardziej pojedynczej i pojednawczej i niepodzielnej, choć czasami niegramatycznymi odważnej: pragnie posiąść mądrość, ale ani jedna osoba z tej rzeczonej ogólności nie pranie być stara, albo nie dostrzega (choć czasami może widzieć, ale nie wiedzieć) że to tran_zakcja wiązana, dwa w jednym (czasami przynajmniej, ale bez gwarancji).

 

Stara, starta, strata. Stara się (wyżej wspomniana osoba) rozciągnąć czas i mięśnie, i co najtrudniejsze perspektywy. Zobaczyć więcej, usłyszeć gęściej. Przeszyć bardziej. A perspektywa nie tyle przeszywającego bólu, co zadyszki odstrasza. Zmarszczki czasu moszczą sobie wilgotne miejsca wokół oczu i ust (jakie szczęście, że nie potrzeba jeszcze botoksu).

Zasobnik na pastylki od złych słów i snów pomniejsza się, a opuszki palców już zaczynają drętwieć na samą myśl upływu czasu i sił witalnych. Jeśli jesteś kobietą, masz obowiązek stać na straży urody, nie przyprószonej siwizna startych, łamliwych, i rzadkich  snów. Jeśli wrzaski to tylko mody. Tej, wiecznie młodej, więc i nie każdemu (każdej) przystoi, nie mówiąc już o dotrzymywaniu [k]roku. Jeśli elegancja, to już patyna, znak poszczególny, naznaczenie, szyk (nigdy przestawny, ale zawsze odpowiedni). To już zobowiązuje, ale i związuje, na guzik z pętelką.

 

Dla pocieszenia na kokardkę. Nikt nie chce być stary. Starty na straty, starty na proch. Och. Miał miał. Taki fail start.

Choćby nie wiem w jakie podarki – osłodzić ten wiek. Czas związany ze stratą w roli głównej. Odchodzą Bliscy i dalecy, znani i nieznani, poznani i nie z szansą i bez najmniejszych, nawet tycich. Fakty stają się dokonane, albo podsypane solą gor(y)czy(cy), która nie tylko w oku, ale i w czynach, mowie i zaniechaniu, czyli nie uczynku. Nadzieje skonanie skostniałe, a przynajmniej anemiczne i mniej skłonne do spełnienia, płynne. Z wiekiem płyny trzeba uzupełniać coraz to częściej. I pamiętać o pigułkach, nie tyle po, co przed, i zamiast. Zresztą kolejność  tak przyimki,czyli wcale. Cale też nie ważne wcale, a wcale, bo rozmiar wszak znaczenia nie ma (Dość za to liczy się objętość, ale o tym sza, cicho sza).  Czyny gęściej mierzą się, mierzwią się wręcz, nie z motyką na księżyc więc, a na pewno trzeba wziąć wymiary  na (za)miary. Traci[my] perspektywy, a zyskujemy korekcje ,  a może prędzej korekcję [wz]roku. Kalendarz staje się krótszy,spróchniały,  i jakby czerstwy. Taki pomysł na re– re-tere-fere –refren. En do po-tęgi, tęgo mylę i myślę na(d)terminami.

Mity i te termity, po podgryzają plany mając nie mały apetyt na marzenia, by skrócić je jeśli nie o głowę, to i o mrzonki i inne korzonki, które jeszcze (i)grają (w zielone). Minę mam nie ten tego tęgą zamyśliwszy nad potęgą czasu przepadku, przypadku, czy lo to sru. Sru potykam się połykając powietrze na zdaje się prostej tej drodze.   Za to chodniki jakby bardziej niepraktycznie paraboliczne, para idzie w gwizdek (a lepiej by szedł w gwizd) miny nierówności każą patrzeć coraz to gęściej, uważniej, praktyczniej pod nogi. Choćby się ich miało w naddatku, albo co gorsza, w niedostatku. Patrzeć zawsze ku. Niezależnie od strefy ciążenia grawitacji zdziwień, znudzeń, pobudzeń, myśli pobrudzeń i strudzeń. Zmarszczki myśli. Gimnastyka znaczenia.  Głębia ostrości.

Ruch, znaczy życie. Ot,

To. Puls. Tętno.

Słyszysz?

Czujesz?

Widzisz?

Dostrzegasz?

Rozumiesz.

Umiesz.

Cykl ruchu. Strzałka czasu.

 

miany -Prze.

 

 

 

A miało być zupełnie o czymś innym.

 

[Wszystko gdzieś w nas, z albumu Drugi oddech, Krzysztof Napiórkowski, źródło nagrania].

 

Zbieżność  i podobieństwo miar  i innych jednostek do osób jest najzupełniej przypadkowe.

 

Zdjęcie miniaturki:

[Whistlers Mother, James Abbott McNeill Whistler, Przedstawiona osoba: Anna McNeill Whistler miejsce stworzenia Londyn, źródło zdjęcia].

 

 

[398]. Świat na ziarnku piasku.

Pamiętasz jeszcze jak to było przed świętami w grudniu dekorować zielone drzewko samodzielnie wykonanym na pracach plastycznych łańcuchem z papieru, i wieszać na nim orzechy i cukierki, które bądźmy szczere (szczerzy) czasami lądowały w… Rozpływały się w ustach, a nie w dłoni, albo swój pyszny tort urodzinowy?A jeśli już o słodkościach mowa… A wiesz, że zwykła, pospolita cytryna zawiera więcej cukru niż true_skawki. No dobrze. Istnieje cukier ten w owocach, i ten – syntetycznie uzyskiwany, np w białych kryształkach. Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje dzienną dawkę spożycia cukru nie powinna ona przekraczać 25 gramów. Co z tego jeśli w napojach gazowanych,a rzecz ujmując jeszcze prościej, w jednej puszcze jakieś bąbelkowej przyjemności znajduje się więcej.Uważa się, że jego nadmiar  nie tylko przyczynia się do powstania chorób, ale także  przyspiesza starzenie się komórek organizmu i utrudnia proces uczenia się.

Nazw zastępczych dla tego produktu na etykietach znajdziemy dość sporo (co najmniej sto piętnaście). Nie dziwi ten fakt, gdyż gdyby się tak przyjrzeć jego historii to substancja ta i jej przetwarzanie znana jest ludzkości co najmniej od dziesięciu tysięcy lat. To wtedy zaczęto uprawiać  trzcinę cukrową , kierując się niczym innym, jak jej smakiem, a pić tysięcy lat później rozpoczęto w Indiach  produkcję,  ‚siakkar’ u lub ‚sarkar’u, co  w wolnym tłuczeniu oznacza „piasek”, czyli cukier, i od tego wyrazu pochodzi „sacharoza”. Wiadomo też, że to  Krzysztof Kolumb był pierwszym, który przywiózł do Ameryki trzcinę cukrową podczas swojej drugiej podróży, która odbyła się  w 1493 roku.

Przepis (autorstwa  Andreasa Marggrafa) na uzyskanie cukru z buraków była znana  od 1747 roku , masowa budowa fabryk, które przeznaczone były do produkcji tegoż specyfiku zaczęła się pięćdziesiąt siedem lat po po fakcie wynalezienia receptury.

Gdy najbardziej chyba znany Cesarz Francuzów,  zdecydował o blokadzie kontynentalnej,skutkowało to rezygnacją z produktów spożywczych, które były dostępne tylko kolonii ,aby jednak nie tracić miłego słodkiego życia, to zdecydował się pójść za radą wspomnianego już niemieckiego chemika. Tylko, że  trzeba dodać, że dawny cukier trzcinowy to nie ten, który  obecnie możemy spotkać na półkach sklepowych, wytwarzany w przeważnie (w naszej szerokości geograficznej) z buraków cukrowych, różni się on pod wieloma względami, ale to nie jedyny przykład w Meksyku można spotkać inną odmianę: piloncillo.

 

Odkładając jednak na bok, dowolnie wybrany słodkie ciekawostki na temat cukru, chciałam napisać o moim celu na rok 2017, tak, dokładnie na 2017, to zmniejszenie ilości spożywanego cukru (tego fabrycznie wytwarzanego i jego zamienników). Ponieważ nie wiem jak Wam, ale mnie on nie służy. Oczywiście po pierwsze wiem, że cukier zawarty jest- jak już pisałam w owocach, po wtóre wiem, że ten wytwarzany sztucznie otacza nas zewsząd (np jest w ketchupie!). I tak co znaczy zmniejszenie. (Cele powinny być jasno określone) Doskonale wiedziałam co znaczy w moim przypadku. I tak na początku ograniczyłam jego stosowanie słodząc tylko kawę, potem zamieniłam na miód, dobrej jakości, a potem gdy tego zabrakło, powiedziałam stanowcze nie. I tak nadal zdarza mi się zjeść w towarzystwie kawałek ciasta, czy samodzielnie przyrządzonych (zakonserwowanych za pomocą białego cukru soków owocowych) nie robię z tego tragedii, ale wiem, że to mi nie służy, a takie okazję zdarzają się nie często. Jeśli chcesz, to podzielę się moimi refleksami na temat tego, co znaczy słodzić mniej, i jaki sposób to u mnie przebiegało. Taki był cel napisania tego tekstu. Z myślą, że może komuś to pomoże, albo będzie urozmaiceniem zamieszczonych tu tekstów. Jeśli tak, zapraszam do dalszej lektury, i dyskusji.

O zdrowych zamiennikach już pisałam wyżej, ale nie chodzi o to by jedno zastąpić drugim, nawet najbardziej zdrowym. Przynajmniej mnie o to nie chodziło. Poza tym, po jakimś czasie smak cukru fabrycznie wytwarzanego stał się dla mnie ciężki, i przytłaczał dany napój . Picie kawy bez tego dodatku, całkowicie zmienia jej smak. (Bariści często wspominają o tym, że masowe użycie mleka, czy właśnie- cukru- maskuje kiepskiej jakości ziarno). Doszłam, i to,  do wniosku, że konsekwencją nie stosowania sztucznego cukru (tj. tego, który nie pochodzi z owoców) pozwala mi na odkrycie nowych smaków, a wręcz na nauczenie swoich kubków smakowych odczuwania smaków, np. ulubionej kawy. (Co wymaga czasu i cierpliwości).

Jeśli miałam taką możliwość zaczęłam czytać etykiety zamieszczone na produktach spożywczych,  podczas zakupów, i tak korzystałam z najbardziej popularnych dyskontów, bo jak wiemy te ekologiczne są bardzo drogie. Po jakimś czasie zdecydowałam się powiedzieć osobom, z którymi spędzam największą ilość czasu, że nie spożywam cukru.

Kolejnym krokiem były mikro zmiany w żywieniu, np nauczyłam się jeść śniadania, tak naprawdę musiałam się tego nauczyć, lubię jak ta czynność nie zabiera dużo czasu. Jem do pięciu posiłków dziennie. Przykładowy, proszę bardzo serek  (np wiejski) z bananem, albo z pomarańczą, i cynamonem (tego ostatniego używam sporo, dlatego, że organizm się tego domaga, ciekawostką jest fakt, że ten ostatni, reguluje poziom cukru we krwi). Szybko, zgrabnie, słodko, jeśli organizm tego potrzebuje. Jeśli mam ochotę na słodkości, to np serwuje sobie kostkę najbardziej gorzkiej czekolady, albo daktyle, orzechy, czy słonecznik.

Dopiero po odstawieniu cukru poczułam jak słodkie mogą być owoce, szczególnie polecam i te, i warzywa. Naturalnym krokiem jest, że mam w lodówce zdrową przegryzkę,sezonowe warzywo. Bardzo lubię orzechy, i jeśli tylko mogę są obecne w mojej diecie, w małych ilościach, a często. Jeśli nie masz przeciwwskazań, możesz rzuć gumę, pić miętę z imbirem i cytrusami. Upewnij się, że nie masz niedoboru magnezu (czy często pijesz wodę?) cynku, czy chromu, to one mogą być odpowiedzialne za chęć sięgnięcia po słodycze.

Naucz się relaksować i sprawiać sobie przyjemność np spacerem po lesie, albo sięgnięciem po książkę, zamiast po czekoladę. Szukaj, ciesz się tym. 🙂

Nie traktuj rezygnacji z cukru jako kary, czy przymusu (nawet jeśli ze względów zdrowotnych „musisz” zmienić swoją dietę. Zresztą, nie musisz z niego rezygnować, to wolny wybór! Możesz wsypać łyżeczkę tegoż specyfiku do wazonu w którym trzymasz cięte kwiaty, wtedy będą dłużej cieszyły oko. Pamiętaj, głody mózg pragnie cukru. Przyjrzyj się sobie, zobacz w jakich sytuacjach sięgasz po ten specyfik…

Nie jestem dietetyczką, i nie zamierzam komuś pisać jak i co ma robić, jak się żywić, chociażby, daleko mi jest do prowadzenia bloga life-stylowego, jeśli jednak chcesz, by takie, lub podobne teksty, pojawiały się, od czasu do czasu tutaj, to daj znać w komentarzu. Może któraś z uwag, wymaga doprecyzowania? Albo, chcesz o tym podyskutować? Podzielić się swoim doświadczeniem, zapraszam! 🙂

[272+5]. Przemiany, czyli opowieść o Piotrze Pustelniku.

[Ja, Pustelnik, Autobiografia, wysłuchał Piotr Trybalski, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski, Wydawnictwo Literackie, 2017, źródło fotografii].

Kto choć trochę interesuje się górami, tematami wspinaczkowymi, wie, czego dokonał, a przede wszystkim, kim jest Piotr Pustelnik. Nie chodzi o to, że zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli zdobycie wszystkich ośmiotysięczników. Chociaż oczywiście nie umniejszam tego konania. Chodzi o to kim jest, kim się stał Piotr Pustelnik. O jego model bycia w górach. (I nie chodzi tylko o to, że swój ostatni ośmiotysięcznik zdobył w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat).  To nie arytmetyka,czy kronikarskie obowiązki (po nich tu ani śladu) chociaż tak są daty, wydarzenia, góry, nazwiska, szlaki, to wszystko tu znajdziemy. Zdobył koronę Himalajów i Karakorum jako trzeci Polak po Jerzym Kukuczce, i Krzysztofie Wielickim.

Autor wspomnień powiedział kiedyś, że nie sztuka być dobrym alpinistą, sztuka być starym alpinistą. Wiadomo, nie od dziś, że to wymagający sposób bycia, który nie wybacza błędów. Na tę książkę, czekałam z niecierpliwieniem, i nie zamierzam tego ukrywać. Oto mamy przed sobą nie tylko fascynującą lekturę, wspinacz dołożył starań by żargon, którym się (nie nazbyt często) posługuje był zrozumiały nie tylko dla osób zaznajomionych z wyżej wymienionym tematem. Choć to sprzyja klarowności narracji, nie to jest najważniejsze. Jeśli miałabym określić co jest clou publikacji, to proces. Wewnętrzna przemiana Piotra Pustelnika, i szczera rozmowa z również Piotrem (Trybalskim), który pozostaje jakoby w cieniu, w tle, dopowiada, dopytuje, nie nachalnie, ani nie na kolanach, jest to równorzędna rozmowa dwóch partnerów.Bez krygowania się, z taktem, i o górach, i o życiu w dolinach (także tym prywatnym, lecz bez zbędnego wchodzenia z butami, w najintymniejsze pielesze).

Rzecz inna, że Pustelnik zaczyna swoją przygodę ze wspinaczką, w czasach, które potem, zostaną określone jako złotą erę himalaizmu. Zaczyna się ten czas, a on, chociaż w nie najlepszej kondycji fizycznej, znalazł się we właściwym czasie, we właściwym miejscu, ale to nie wszystko. To, dopiero początek, początek drogi na sam szczyt góry, i to nie jednej. A jeszcze, by sukcesem zakończyć przygodę, trzeba bezpiecznie zejść, w doliny. I tak, dla niezaznajomionych, poznajemy, albo mamy okazję sobie przypomnieć o (nie tylko polskiej) historii himalaizmu, ale i  zrelaksować, ale i zadumać, dowiedzieć się co wspólnego ma z Piotrem Pustelnikiem Amundsen, jak można wspaniale słuchać (przykład Piotra Trybalskiego) i wspaniale opowiadać (Piotr Pustelnik) także, a może przede wszystkim, o rzeczach trudnych,łucie szczęścia, planach, zwieńczonych sukcesem i porażką, o krajobrazach życia, nie tylko z perspektywy szczytu, ani, z perspektywy wielu (szczytów). Porażka i sukces model tej samej monety. Awers i rewers.  zapraszam do lektury. Polecam uwadze. Dobrą rozmowę, o przemianie, pasji, o życiu.

Jedyną rzecz utrudniającą czytanie są podpisy pod zdjęciami, które potem odnajdujemy w tekście ciągłym książki, tak jak to miało miejsce w przypadku autobiograficznej książki o Jerzym Kukuczce. Cóż, taka moda…

 

 

 

 

 

[395+1]. Szybko, chociaż wolno- wolno odwrotnie.

Nie będę pisać,że najczęściej kierunek fusion kojarzy się z kuchnią, a jeśli już z muzyką to bardzo skomplikowaną, której smak dobrze jest znać w towarzystwie, ale najeść się tym nie sposób. I nie chłodzi o to, że najczęściej to kapusta, ziemniaki (nie, nie groch, ten to księżniczkom pod pierzyny, albo o ścianę) no i bombowy schabowy. Ale jeśli chciałbyś/ chciałabyś niezobowiązująco posłuchać jazzu i to z wyraźnie zaznaczoną gitarą (co solo to solo) to rekomenduję na jak najbardziej niedzielne popołudnie i wieczór, album z dziesięcioletnim już stażem.  Yellowjackets  i ich  Lifecycle. Chociaż skład zespołu się zmieniał trwa zmiennie, ale w sposób nieprzerwany od prawie czterech dekad. Zaczynając od R &B przez rock, do jazzu. Mam wrażenie, że dzisiaj, w Polsce, jest to formacja zapomniana, a niesłusznie. I tak uświadczymy tu: na saksofonach Boba Mintzera, na instrumentach klawiszowych Russella Ferrante’a, na basie Jimmy Haslip’a, na perkusji Marcusa Baylora. Dla tych, którzy uważają, że fusion jest jeśli nie niestrawny, to trudny do przyswojenia dla organizmu homo jak najbardziej sapiens. Skosztuj. Zwłaszcza, jeśli nie próbowałeś/ próbowałaś. Przekąska w niedzielne popołudnie.

[Yahoo, Yellowjackets – z albumu pt. Lifecycle, 2008 źródło nagrania].

 

 

[395]. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Dziś lekkostrawne i krótko. Pod moje palce trafia pudełko. Okazuje się,że w nim, a jakże!- jest srebrny krążek nie jestem zdziwiona ani trochę gdyż stoję przed regałem z płytami. Ani tym, że materiał na nim (tym krążku oczywiście) jest sprzed lat trzynastu. Nie rozumiem tego pędu by słuchać nowości, nowości, aż tu nagle okazuje się, że to tylko to, czym się otaczamy to jakieś gorące, ba wrzące, które musisz, chcesz, konieczności.

Z drugiej strony, nie myślę, by zanurzanie się w klasyce było jedynym słusznym wyborem. Chcę powiedzieć, że zapominamy o tym co zostało nagrane, zapisane chociażby przed dekadą. Czas płynie wartko.

 

Przedstawiam bez dalszych wstępów i występów. Bohaterkę dzisiejszego artykułu:

Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette i Universal Syncopations. I chociaż album ten nie ma wysokich notacji. To moim zdaniem choćby dla przyjemności, czy zaznajomienia z gatunkiem można niezobowiązująco posłuchać. Nie wiem, czy jest to wystarczająca rekomendacja. Szczerością nie ma się co podpierać, ani pocieszać. Pora jednak się streszczać:

1 Bamboo Forest 4:38
2 Univoyage 10:54
3 Tramp Blues 5:19
4 Faith Run 4:58
5 Sun Flower 7:21
6 Miro Bop 4:03
7 Beethoven 7:19
8 Medium 5:10
9 Brazil Waves 4:26

Każda przygoda, czy to z muzyką, plastyką, akrobatyką, czy czytaniem (ze zrozumieniem) koniecznie musi mieć, nie nie punkt wywrotny, czy zwrotny, ale początek. Nie trzeba płyt ambitnych brać od razu na warsztat, z drugiej strony, dlaczego nie? Chodzi o przyjemność smakowania, a gustu, czy też umiejętności słuchania (w tym przypadku) nabiera się z czasem, wysłuchaną ciszą i wciskanym hałasem. Przeżeglować między dźwiękami dobrymi, między nietrafionymi w kontra i punkt. To truizm. Być mnożę, ale ważny. Przecież dopiero z hektolitrami wysłuchanej muzyki mamy szansę, się dowiedzieć, co jest ozdobnikiem, a co treścią, nie powinno nam to odbierać przyjemności z poszukiwań, a zaChwyt nie musi zawsze trzymać wysokiego C (albo w tym przypadku Z). Nie trzeba wymyślać koła, nawet krążka srebrnego. Oczywiście można się zachwycić wszystkim, albo prawie, gusta są różne, można się bez napinki i spinki nauczyć słuchać muzyki, a jazz nie jest (i nie musi być) skomplikowany, ani zbytnio prosty. Poznawanie czegoś też może być przyjemne. Truizm? Może być.

[Universal Syncopations, Miroslav Vitous, Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJohnette,ECM, Oslo, 2003, źródło zdjęcia].
A jakie są Twoje płyty, którymi chciałabyś/ chciałbyś się podzielić? Cieszmy się dźwiękami. Splotami, tropmy radości. I żeby się nauczyć smakowania, poszukiwania i znajdowania.