[386]. Aranżacja szarości i czerni…

Mglisto. Mżysto. Dżdżysto. Zimno. Ciemno. Woda z cytryną, pomarańczą, miodem, zbirem-imbirem, i miętą (bez rumianku). Jako remedium na liść opadł. I wszelki inny opad. Godziny minutnikami nadgryziony mierzwią zmierzch. Ech…Ząb, i to nie czasu, się skruszył. Szkoda. Szkoda również, że innej skruchy nie widać, nie słychać i nie czuć.

Kawa. Lubię ten smak na języku. Ciepło w gardle. Temperaturę kubka. Lekką, niewidoczną prawie parę unoszącą się nad nim. Nie lubię zimy w detalu, ani w hurcie. Chociaż, jeśli taki mamy klimat, to są dobre strony (nie tylko) literatury, można pocieszyć się ciepłym napojem i kaloryferem. Ad vocem czytania, czy tu, czy tam, czytam. Chociaż nie było tak od razu. Co więcej, mając lat jedenaście, dwanaście, z jednej (i to nie papierowej) strony nie wyobrażałam sobie, i nie potrafiłam doświadczyć, jak coś takiego jak składanie zdań może służyć roz ryw ce,i ludzie czynią tak z własnej, nie przymuszonej woli! W dużej mierze przez leki i tury serwowane w szkole jak najbardziej powszechnej. Z drugiej również nie papierowej strony (a czytników wtedy nie było) przecież w domu były książki, co więcej nie służyły do podpierania ścian, czy okien. Sporo czcionki wylałam jeśli chodzi o czytanie na tym blogu. Doszłam jednak do wniosku, że zmienię metodę czytania na przyszły rok, choć lista pozostanie. Księga szeptów. Uff. Westchnień i nie rzadko tchnień geniuszu, zapewne, ale wtedy nie u mnie. Nie na mojej półce, a i teraz w muzeach, albo w bibliotekach…. Jeśli coś niecoś szeptało mi do ucha, to raczej nie zachwyt nad literaturą (częściej skowyt i zgrzytanie zębów). Chociaż zdarzały się i takie nie liczne przypadki kiedy to czytałam z zapartym tchem, ale przypadki te, jak wiadomo, podkreślają grubą kreską, regułę. Regułę gramatyczno-statystyczno- statyczną. Nie lubiłam czytać.  (I tak, oto eufemizm).

 

Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać. Biblioteka jest zbiorem snów zapomnianych, ale utrwalonych, jest szansą nieustannego powrotu, a każdy powrót może tu na powrót stać się pierwszym przyjściem. /Jerzy Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność/.

Właściwie po co czyta się książki? Co więcej: W jakim celu się je nabywa (i to drogą kupna częstokroć drogo)? Po co buduje się biblioteki utraconej pamięci zewnętrznej? Nie jest to banalne pytanie. Chociaż opiera się o niego (czyli rzeczony banał, nie mylić z bananem, albo batatem) dosyć znacząco. A dzieje się chociażby tak dlatego, że: a) jest często powtarzane (owo pytanie) i odpowiedź wydaje się oczywista, b) dziś wszyscy potrafią czytać (choć nie koniecznie ze zrozumieniem, czy podążaniem za intencją autora/autorki), c) czytanie stało się modne, i nawet jeśli ktoś/ia nie uskutecznia tej czynności, to kupuje książki, żeby dobrze komponowały się jako wystrój mieszkania. I tak mnożyć można, o ekologicznym paleniu w piecu nie wspomnę. Wdrożenie wyrażenia w egzystencję (niekoniecznie) własną: Żyć (z) liter turą przybiera różne wymiary, nawet gdy ona zmienia swą muskulaturę czcionki i  słowa w makulaturę. Oto zaklęty krąg. Chociaż, z księgozbi(o)ru, choćby najbardziej mikrego, nie przebrnie próby czasu. Po niektóre z zakupionych książek, na pewno nie sięgniemy. Skąd ta niezbita, niezachwiana, pewn:ość? Z doświadczenia? Moja półka z książkami jest mała. Nie, nie ponaglają tony piętrzących się tomów. Nie spoglądają z wyrzutem litrów liter. Mieszczą się spokojnie na regaliku.  Po części dlatego, że nieopatrznie i z uporem nie godnym, ale być może głodnym podziwu, pożyczałam na (jak się okazało) wieczne nieoddanie, i zagubienie. Jak sobie po(d)liczę… Ech. Zapiera dech. Ale nie o to chłodzi, o rozwodzeniu, i zawodzeniu nad ostygłymi, czy wręcz chłodnymi stosunkami międzyludzkimi.

Naprawdę nurtuje mnie pytanie:po co właściwie czytamy? Jestem zdania, i to nie jednego, i złożonego w Kancik, że żadna lektura nie może zmienić biegu życia. Tak więc żadna przyprawa, czy nawet, wyprawa na ludną, czy bezludną wyspę i taszczenie tam tomów, nie wchodzi w rachubę. No, chyba, że na podpałkę. Histeria i histeoria zna takie przykłady (vilde: losy Biblioteki Aleksandryjskiej). Co zruszyło, skruszyło to pytanie. Sytuacja taka, gdy czytacz (bo w tym przypadku osobnik męski) sięga po książkę, która jest mu daleka (świato a już na pewno- poglądowo) i z samego tego faktu, cieszy się niezmiernie, po czym ocenia ją bardziej niż miernie. Ale przecież: sięgnął po swoje męskie zasoby cnót wszelakich. I wre i wrzeszczy na całe Inter i nety, że przeczytał, ale miałkie, nieciekawe i nudne. Ale przeczytał.

 

I tak zdaje sobie doskonale sprawę z faktu, że zmiana (jeśli już by miała zajść) to sięga znacznie, znacznie głębiej i jest znacznie bardziej złożona niż przeczytanie książki. Po wtóre, samo przeczytanie (w tym nie gramatycznym, przypadku praktycznym ) książki, nie czyni człowieka otwartym na chociażby inne spojrzenie na świat. A już dobitne komunikowanie tejże kwestii jest/może być, w tej konkretnej sytuacji, odbierane jako: a)usprawiedliwianie się przed otoczeniem, sięgnął po tę książkę, więc… b) obwieszczaniem jakim jest się otwartym na świat.. I tak, zaznaczam dobitnie co następuję:

a) Piszę o konkretnej sytuacji, o tej jedynej, więc: nie uogólniam;

b) nie chodzi o stosunek do danej prozy, przybranie pewnej pozy, która rzeczywiście może nie odpowiadać danemu egzemplarzowi człowieka. I tak jak z kuchnią jeśli ktoś/ia wychowała się  na danych smakach kulinarnych, na początku niektóre dania mogą nie smakować ze względu na swoją odmienność.

c) dla mnie: osobiście, przeczytanie książki, która jest daleka od moich światopo(d)glądów, to pierwszy, a nie ostatni, czy ostateczny, broń Losie, krok. I tak, zdaje sobie sprawę, że to nie rzadko proces trudny, żmudny,  niejednokrotny i niejednorodny, acz konieczny, i nieodzowny.

 

Patrząc na pytanie z meta-poziomu. Zapytuję się Siebie. Po co czy tu, czy tam, czy(-)tu, czytu, czytam? I szczerze. Nie jest to odpowiedź prosta, czyli zdrapując warstwę wierzchnią: oczywista. Można wszak czytać tak, by nie stać się uparcie osobą zaznajomioną, z literaturą, czyli w tym znaczeniu: oczytaną, o erudycji nie wspomnę. Zresztą, ta, ostatnia im dłużej żyję, tym jestem przekonana, że wydarza się przypadkiem niegramatycznym, czy jest produktem ubocznym, niezamierzonym, i trudno mierzalnym. Im bardziej ktoś/ia chce uchodzić za erudyt[k]ę, tym bardziej będzie skazana na porażkę, która niechybnie przyjdzie, nawet jakby się miała wlec za pierwszym wrażeniem. Erudycja wychodzi poza jedną ze sztuk. I jest procesem, nigdy niedokonanym ze swej natury.

Jeśli, człowiek czyta, dla zapominania, jak to ujął Jerzy Pilch w przytaczanym powyżej cytacie. To w zasadzie dlaczego? Dla zmarnowania czasu, i to nie gramatycznego, ale tego, który jest nam dostępny tutaj, teraz. Teraz- zaraz, czy zaraz-potem, nieodwracalne mielenie,  mijanie, mijanie, przemijanie. To jest w takim przepadku sposób zabijania czasu, a przecież za Albertem powtarzając, to nihil novi, tylko nieliczni potrafią go wskrzesić. Można marnotrawić go na szereg innych sposobów, a nie na tak kosztowny jak akurat czytanie.  Nie jestem pewna, czy czytaniu służy jeden (i to nadrzędny) cel. Pewnie nie. Dlaczego tak rozwodzę się nad odpowiedzią, dlatego chociażby, że jej kształt, wpłynie na to, po którą z dostępnych mi książek sięgnę, albo: czy w szczególe powezmę taki zamiar.

A co jeśli spojrzę na czytanie z jeszcze szerszej perspektywy? Nieumiejętność czytania w języku obcym jest dzisiaj powodem kompleksów, czy nieumiejętności życiowej (nie wspominam o instrukcjach obsługi sprzętów wszelakich zapisanych jak się zdaje w językach ojczystych… Czytaniu ze zrozumieniem). A co jeśli nie piszę o tym. Kto/sia dziś potrafi „przeczytać” malarstwo,architekturę, muzykę? (W tym ostatnim przypadku nie chodzi o zapis nutowy). A przecież i to się czyta! I to także jest umiejętność. Czytamy również ludzie zachowania, niejednokrotnie mówi się o kimś, że można z niego/ niej, czytać jak w otwartej książce.

Tak więc przyjmując ostatnią perspektywę patrzenia na czynność czytania, diametralnie inaczej rozłożone zostają akcenty. Nie chodzi tutaj o samą czynność sięgnięcia po inną (niż zwykle) literaturę. Sam fakt pochłaniania litrów liter, wraz z innymi płynami, nie uczyni z nas osób oczytanych. Z drugiej strony, i niech będzie to strona muzyczna, można by powiedzieć, a raczej, zważywszy na ucho- oko i liczności przyrody napisać. Po co komu wiedza, że np europejska polifonia rodzi się z chorału gregoriańskiego? Może z tradycji śpiewów burdonowych? Najpierw najstarsze śpiewy dwugłosowe towarzyszące odprawianiu liturgii, choć nie wiemy, skąd dokładnie się one wzięły, i czy akompaniament portatywu (przenośnych organów), odkrywały jakąś rolę? A jeśli tak to jaką?Dlaczego więc  najstarszą formę europejskiej polifonii nazwano organum (z gr. narzędzie, instrument) portatyw (łac portare nieść)? Coraz to więcej znaków zapytania.

 

Porwanie córek Leukippa. To historia gwałtu, przemocy. Czy możliwość odczytania tego dzieła, przypadkowo przytoczonym, czy będzie to odczytane jako/ i/albo zilustrowanie mitu greckiego, historia podległości kobiet, albo mariaży na dworach królewskich, gdzie małżeństwo było traktatem handlowym, zależy od tego ile wiemy o wiekach przeszłych. O historii już samego dzieła, jak i malarza, czy malarzy konie malował Jan van Eyck, który zdążył zyskać własne imię i nazwisko. I to jakie!A podejście do Śmierci Marata, od arcydzieła do obrazu stanowiącego obrazę dla malarstwa? A dziś przykład nie tyle poręczny co owy podręcznikowy. Świadek histerii. Historii. Monografista Napoleona,malarz, który uszedł z życiem, umarł król niech żyje król, świadek trzech epok, zręczny żongler, ale nie będziemy zatrzymywać się dłużej przy tym przykładzie, a przy innym. Mianowicie:

Oto starsza Mona Lisa, w kulturze anglosaskiej można by go porównać chociażby ze swojską Bitwą pod Grunwaldem. Aranżacja szarości i czerni (nr 1). Matka artysty prze(d)stawia się następująco:

[Whistlers Mother, James Abbott McNeill Whistler, Przedstawiona osoba: Anna McNeill Whistler miejsce stworzenia Londyn,olej,muzea w Paryżu: Luwr (kiedyś), Musée d’Orsay (obecnie)źródło zdjęcia].

Matka jest tylko jedna? Nie sądzę, chociażby Matka Whistlera.

Cóż można powiedzieć o tymże portrecie? (Nie) miłe dla oka, ot, co. No jeśli tak, to będziemy jednym z głosów Salonu. Nie pierwszy, nie drugi, nie trzeci to raz, fraza niezrozumienia. Autor namalował obraz, z zamiarem spieniężenia. Usilnie się o to starał. Bezskutecznie. Przynajmniej wtedy. Jak to jest, że obraz stworzony w Londynie stał się sztandarowym dziełem Stanów jak najbardziej Zjednoczonych Ameryki? Dzieło wyklęte, zapomniane, przetwarzane przez popkulturę, byt z niebytu. I tam. I tu. Znak czasów, znaczek w pamięci i na cześć matki Ameryki, znaczek wydany przez pocztę amerykańską w latach 30. ubiegłego wieku. Daleka jestem od przypisywania geografii myślenia, nie zmienia to faktu, że peregrynacje obrazu można streścić następująco: Londyn odrzucił, Paryż zrozumiał, a Ameryka uczyniła z niego przemysł. Cóż. Pewne wzorce nie ulegają zmianie. Ale wróćmy do początku.

 

To jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy podróżnik wśród malarzy i malarz wśród podróżników. (Wahanie może wynikać stąd, że wspomniany Rubens także peregrynował, chociaż ten fakt można przypisać śmiało funkcji, którą pełnił). James, jako dziecko odwiedził Rosję (jego ojciec-który miał wykształcenie techniczne- pracował przy budowie kolei moskiewskiej Petersburg- Moskwa). Tam też zapoznał się ze sztuką, nie tylko studiowawszy w Cesarskiej Akademii Nauk. Już będąc w ojczyźnie miał poświęcić się karierze wojskowej, ale nie był zachwycony tym pomysłem (ojca), którego spełnienie porzucił wraz z jego śmiercią. Zapewne coś wspólnego z tym, że został wydalony z akademii wojskowej miał fakt, że jego romans z naukami jak najbardziej ścisłymi, a ściślej rzecz ujmując z chemią i biologią, był nader krótki, i nie treściwy, a gdy dołożymy jego niesubordynację wynik staje się jasny do przewidzenia, ujmę to tak[t] nader czytelny. Nic nie zaiskrzyło, nie było chemii. Nie objawił się duch geniuszu. A dużo później podróżował Chile, Meksyk, Afrykę, jako dwudziestolatek wyemigrował z Ameryki do Europy ( Paryż, Londyn).

 

Po pierwsze Paryż. I wielcy tego czasu Manet, czy Baudelaire przyjęto go tam bardziej niż chłodno. No, nie tylko dlatego, że taki mamy klimat. A jeśli nie Paryż, to co? Londyn. Sceny z życia cyganerii to nie tylko trend sztuki XIX wieku. James także zachłysnął się pragnieniem zdobycia świata. Po niepowodzeniu artystycznym na salonach zmienia adres zameldowania. Jego granice wrażliwości zostały przekroczone, a więc i on wyjmuje paszport z kieszeni. Odrzucony zostaje jego obraz Za pianinem, na poczet Impresjonistów, których James „nie rozumi”, Wraz z synem podróż podejmuje matka (już wdowa). Tam  gdzie Ty Kajus, tam i ja Kaja. Zresztą, to nie pierwsze i nie jedyne jej dziecko, które podejmuje trud ewakuacji, emigracji.

 

Figura matki. Ascetyczna? Dosyć można wyczytać z jej fizjonomii. Wychowywała dzieci w surowym duchu, oddana bardzo praktykom religijnym, protestantka. Członkini kościoła kwakrów. Mieszka z synem pod jednym dachem. On na dole. Ona u góry. I cóż… Nie, nie to czego byśmy się mogli spodziewać… James, prowadzi dosyć, nie, bardzo, bardzo swobodny tryb życia, Piotrusia Pana, fruwa z kwiatka na kwiatek, zyskuje miano Motylka (tak nazywa  go nawet Rodzicielka) lecz nie wtrąca się w jego życie. Może dlatego, że taki jest jej charakter, może dlatego, że wcale nie musi tego czynić? Symbioza. Roznegliżowane sesje i scysję są codziennością, również jego matki, ta zauważywszy to wycofuje się i nie daje po sobie poznać, czego była świadkinią. Cóż, bywa i tak. Ale odnotować należy, że James, odprawia swoją długoletnią kochankę. Spędzili ze sobą bagatela osiem lat. I tak nad domem „zyskuje” pieczę Matka. Jest jego prawą ręką, poznaje środowisko w którym zanurzony jest jej syn. Nie tylko kolegów, ale i koleżanki… Może zatem, jak głosi jedna z anegdot, obraz, o którym mowa jest rodzajem podziękowania, ukłonu w stronę Matki?

 

Czerpanie z malarskich tradycji dalekiego wschodu i bliskiego zachodu, Niderlandów, jest widoczne na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka nieuzbrojonego w szkiełko. Sięga do zapomnianej tradycji obrazów profilowych (czasy renesansu, ale  wczesnego). Centrum kompozycji to postać kobieca, ukazana w cała. Ascetycznie przyodziana w czarną, skromnie surową suknie i czepiec. Poza skoncentrowana, tło vermeerowskie, hołdując zasadzie renesansowego złotego podziału. Pierwszy punkt przecięcia twarz, drugi: stopy, podreslona przez kotarę, i podłogę. Obrazek to widok Tamizy, zameldowanie w Londynie. Przewrotność? Gdzie tu przewrotność, a rama drugiego obrazu? To znak dziewiętnastego wieku, powiew nowoczesności. A więc otwarta kompozycji. Czy nie korci Cię aby przesunąć drugą ramę obrazu i zobaczyć co się tam znajduje? Dlaczego malarz, który ma pełną swobodę ustawienia kadru, rzucenia światła, czy geometrii obrazu, decyduje się na ten krok? A no właśnie dlatego, żeby poflirtować z fotografią, jako najnowocześniejszym środkiem (sic!) obrazu i wyrazu.

A może uwiecznienie Matki to przypadek, zgrzyt i chichot i (chil)lout  losu? Może żadna z modelek nie życzyła sobie wielogodzinnej ekspozycji, zastygnięcia w pozie nie_wy_godnej? Nie doczekał się malarz modelki, więc może nie marnując czasu, farb i atłasu, chociaż… Ostatniego nie miał w zanadrzu. Na początku miała stać, ależ dla siedemdziesięciosiedmioletniej kobiety, to pozycja wprost, i na boku wymarzona. Wiele osób wiedziało, że jeden portet powstawał podczas np siedemdziesięciu nie godzin, a sesji! Chociaż jego technika jest…Taka, że konserwatorka tejże pracy załamała ręce. Własne. A szczęka jej sama na podłogę Luwru opadła. Kary godna. Myśl genialna, ale biorąc pod uwagę podszewkę, czyli warsztat, wychodzą braki i brak terminu, brak gruntu. To, że pracę możemy dziś podziwiać, to jest cóż cud. Formalne poszukiwania są ważniejsze, nawet tytuł, który w XIX wieku jest najważniejszy, a u Jamesa przypomina dzieło muzyczne, no bo inną ze swoich oprac nazywa Nokturnem. A poszukiwania malarskie, skończyło się procesem o zniesławienie, który ów James wygrał był z krytykiem, który postulował, że temat i realizm i zaplecze akademickie jest najważniejsze. Odszkodowanie? Oczywiście. Ćwierć pensa, co zmusiło malarza by zastawić wszelkie dobra, które posiadał by zapłacić prawnikom…

To protoplasta Jacksona Pollocka? Ależ tak! Śmierć rzemiosła? Możliwe. Bardzo możliwe. Przenikanie się purytanizmu i dekadencji. Prostoty i wyrafinowania, który widać dopiero na drugi, albo i kolejny rzut oka. Świat techniki (odwołanie do fotografii) i tradycji. Co dzieje się za kotarą? Kto się za nią znajduje? O czym myśli Matka, która niańczy nieślubne dziecko syna. Znamienne, że ten ożeni się dopiero po śmierci rodzicielki, czy to upływ czasu to spowodował był? Prostota kompozycji, i środki wyrazu niech Cię nie zmylą. Jak można czytać prze=czytać, od-czytać ten obraz? Jakie kryją się tam wartości? Dlaczego właśnie ten obraz wkroczył do popkultury? Jakie życiorysy splatają się na ten kraj_obraz?

Wracam do pytania o czytanie. Literatury, czy obrazu. Po co sięgam po książki, nie wiem, to znaczy, nie wiem, czy istnieje jedyna odpowiedź, wiem, jedno warto sobie zadać owe zdarte już pytanie po wielokroć, i rzetelnie się nad odpowiedzią zastanowić. I nawet gdy sięgamy po romans, który także może być dziełem sztuki, to warto to czynić świadomie. Nie każda osoba także musi zmieniać zdanie, ale do diaska niech, nie kryje się z tym pod pozorem dobierania lektur. W jakim celu czytam obrazy? Po pierwsze dlatego, że sprawia mi to niebagatelną przyjemność. Nie tylko dlatego, że pozwala odsłonić kurtynę, ale przypomina, że dzieło to, jak i wszystko nie powstało w próżni, namoknięte, nasączone jest znaczeniami, zdarzeniami, życiorysami, kolorytami, i kolorami, nawet jeśli jest to Aranżacja szarości i czerni...


Na miniaturce wspomniany znaczek Poczty Amerykańskiej: Whistler’s Mother 1934 Issue 3c, [źródło].

Reklamy

10 myśli na temat “[386]. Aranżacja szarości i czerni…

    1. Dziękuję. Pilch obszernie pisał o czytaniu w swoim dzienniku, którego lekturę, szczerzę polecam. Natomiast z przytoczonym cytatem, im dłużej się nad nim myślę, to tym bardziej się nie zgadzam, acz tenże ma w sobie coś. A i owszem, np tenże film z 1997 roku bodajże miałam na myśli pisząc o wkroczeniu owego obrazu w rejony pop-kultury. A nawiązań jest sporo. Znamiennym jest również to, że porównywany jest do Mony Lisy, która przecież też jest obecna w świadomości masowej, chociażby poprzez memy… A Ty. dlaczego czytasz?
      Uściski przesyłam.

  1. Czytam bo lubię, wyniosłam to z domu. Czytam bo jestem uzalezniona od czytania, a teraz od słuchania audiobooków. Zgadzam się z Pilchem, zapominam kto zabił, kto i z kim, kto był czyim synem, a nawet nazwisko autora. Są jednak takie książki, które pamięta. Pozdrawiam

    1. Mnie z kolei uderza kategoryczność wpisana w cytat. A przecież są książki o których, jak piszesz się pamięta. A może chodzi o to, co i w jaki sppsób się zapomina, albo: w jaki sposób pamięta? Jakie znaczenia się nadaje. Przecież są smaki dzieciństwa, są też takie książki, które przeczytane w wieku późniejszym tracą swój urok, albo co gorsza nigdy go nie posiadały. .. Nie wiem.

    1. Uważam, że nie mogą zmienić życia,mogą być jednym z przyczynków… Tak uważam, ale masz słuszność z życiem autora/autorki (!).
      A z kwestią odmiany świata, to poproszę o uszczegółowienie wypowiedzi 🙂 bo jest zbyt ogólna by się do niej odnieść. 🙂 Pozdrawiam

  2. Jesli wyjatkowo ciezka ksiazka spadnie na glowe i w ten sposob zakonczy zycie swojej ofiary, to w ten sposob zmieni zycie na bezzycie. Tadam

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s