[…] I wiesz[cz], co jest grane. Absu[ra]da(va)lium (#3).

 

Stolik,w barze, tuż za rogiem. Tłok. I (złudzeń cierpko-słodki smak) i small, tłook? talk, czyli wałkowanie tych samych tematów(przez [kanciasty, albo okrągły, zależnie od tego czy jest przystępny, posępny, czy przestępny] rok. Przez tego i owego, czy tą, a może tamtą? Ten tego… Hmm. Chroniczne zapalenie dat. Czasu, czasu szmat. zmarszczka ledwie.   Pada ten i ów z nad_ miaru płynów i niecnych zmierzwionych, niedopitych, podjętych, nie podjętych? Wciętych, tych i tamtych zamiarów wymiętych, pada deszcz, waluta wypluta pada, wpada wypłata, padają słowa tułacze (już tłumaczę) i tamtejsze,  i wczorajsze, i  sprane,  sprawne (nie dość), czy czerstwe i dzisiejsze, nie jedno faux pas, też pada, z ripostą bez szans. I pada zmrok. Mrok. Mrok sączy się z nad kieliszka.  Sączą się płyny i słowa, słowa, słowa… Roz…Mowa. Mowa. Mowa. A z głośnika się wymyka muzyka i rytm pyka,pyka, tka się tka na przykład taki gładki… Gadki, gadki, gadki… Toczy się, toczy smer, szmer, ciarki, zamiarki, miarki, mary, zamiary…

[Jak na lotni, Andrzej Zaucha, źródło nagrania].

 

—W życiu harmonia jest najważniejsza. Powiedział akordeonista. Ten, albo inny zupełnie. Choć…

Choć…- podjęła Maria, nie skupiając się zbytnio na temacie rozmowy- Wolałabym stracić głowę z miłości…-Rzuciła beztrosko i jakoby do siebie,zapewne od nie -chcenia poprawiając perukę i upudrowaną facjatę przeglądając w puzderku.

Mario Antonino. Nie pożyjesz ty długo jeśli będziesz prze-(hyp)-rywać w pół słowa! Ot, rozmowa… Mowa-tratwa, drętwa, trawa, jak czci-na na wietrze. Zwietrzę tu nudę.

— Kto szedł na wietrze? Spytał muzyk nie dosłyszawszy, sensu.Siedział jak krótki, idąc do meritum i nie zmieniając metrum rozmowy.

— Jak to kto? Ten człek, który pożegnał się ze wszelkimi skalami….

— Hę?

— Pa, pa, Pascal. -scalając w wyrazy, w zdanie rzucił kto z głębi sali.

— Ja, nie Tadeusz Przerwa- Tetmajer, oburzyła się niemrawo i poniewczasie Mania…Chociaż, może wtedy nie zdążą odczytać wyroku śmierci? – Broni się   przykrywając zmęczenie,czy zmieszanie, a może zmęczenie zmieszaniem?  Nazbyt pospiesznie nerwowym śmiechem. Echem, a może czka, czka, czkawką? Mieszając kolorową ciecz w nazbyt cienkim, rozszerzanym ku górze kieliszku.

Aaa W życiu najważniejszy jest czas…Tylko gdzie ja go zapodziałem? W zacerowanych kieszeniach go miałem, z marszczkach snu, a może tam, tam, a może jednak na wznak tu. Nie widział/a ktoś/ia? Pytał gorączkowo Proust. Psyt.

— Psyt! Syt. Syt.Widywałem, a może zwidziało mi się, że widziałem, tylko Lalki i Em, emancypantki, powiedział Aleksander… Albo… Bolesław? Albo nawet mało apetycznie apatycznie zakrzyknęli razem, nadwyrężając znużony wzrok przesuwając go po  personach, kotarach i zasłonach.  Ej, Może jest u Einsteina? On pracuję teraz co prawda nad masą do kwadratu…

— To na pewno  kwestia pracy u podstaw, choćby pod zastaw, to kwestia gramatematyczna. —Wtraciła rzeczowo Elizawita Pawłowska herbu Korwin, primo voto Orzeszkowa, secundo voto Nahorska— Paste tense ma sens!

-Najpierw masa, potem rzeźba, tylko kto/sia to pierwszy powiedział/a… Mitoraj, czy Abakanowicz? A może Michał co (nie) był Aniołem… ? Nie pamiętam, w  każdym razie należy dbać o linię. Zadumał się Bonaparte. Taki mi to raj gdzie trzeba używać schodów nieruchomych, prze-truchtać się chociażby tak z ósmego na parter codziennie, w ramach dbania o demarkacyjną linię talii. I nie Italii, nić z tego  żadna szyta na miarę wyprawa, geografia wzruszeń, wyruszeń żadna, tylko centymetry w udach. Ach, może się uda. Taki lajf jak to mówią dzieci wiosny,westchnął, wsuwając kolejne już ciastko.  Tak, tak- ciągnął dalej- Należy dbać o linię….Pochłaniał ciastko z bitą śmietaną. Ubitą niezaprzeczalnie śmiertelnie.

—- Linia powinna być gruba i wyrazista, chociażby rzęs, czy to ma sens… westchnęła MariA. Ech, już dawno zaleciłam danym poddanym, jak nie mają chleba niech jedzą ciastka, jak pan.

—No tak,kto jak kto—  podjął Napoleon, puszczając dym z fajki i słowa Marii Antoniny mimo uszu.  —Ty masz go pod dostatkiem. Czasu znaczy, szczęśliwi nie łapią, znaczy nie obłapiają znaczy, nie gubią, nie zliczą Usermaatreasie Ramzesie II Wielki. Nie jedną piramidkę mógłbyś sobie strzelić. I nie była by to piramidka herbaty…Chociaż na pewno z prądem! No przyznaj się, co łykasz na długowieczność? Jakiż to suplement diety, dietę masz pokaźną, poselską, znaczy drakońską, faraońską…

— Prąd to mam we członkach, artretyzm mnie nadgryza, ząb czasu, a może  i cały zębów garnitur, nie tkniętych pruchnicą, dlatego, że pleciesz wać pan piramidalne bzdury, bajdurzysz. Nużysz, i chytrą hydrę masz w głowie Napoleonie, niech ci ją urwę, niech ci ona spłonie. Ciepłej herbaty Ci wlać w termos i zapatrzeć w gorące kalesony. A przede wszystkim wybić Ci ten marsz na Rosję, imaginuj sobie wszak już Karol, ten król szwedzki się przejechał na tymże  przemyśle, pomyśle.  Wyszedł był jak Zabłocki na mydle…

—- Przemyśliwać nie ma co. Był już taki co powiedział co wiedział. Myślę więc jestem i zniknął był w niebycie takie to miał krótkie życie, tycie, tycie. Był, był i krótko tył. Taki pokarm dla duszy go skruszył.  Nie mydl mi pan  uszu, bo oczu nie musisz mydlić, same łzawią od dymu, ani innych członków, które moje są nie myl i nie mydl…Wiadomo nie od dziś, że kąpiele szkodzą niebanalnym zapachom naturalnym.. Ramzesie, ad rem, ja krótko śnię i śpię, to 9z]jawa, wyprawa. Rosja, postanowione! Aaaale on, tenże, jak powiadasz,  Karol, o którym wspominasz nic nie przemycał był! Nie miało więc mu się co roztopić, więc jak?

—Napoleonie! O Losie! Rozsądek jemu, jak i Tobie się roztopił. Rosja, Piotr Wielki! Porażka… Historia lubi się po…

—A no właśnie, Wielki.Wielki. Zamyślonym głosem podjął Francuz. A jam, choć wielki, to ciągle (za)mały. I tak pozostanie, chociaż mam te 168 ,a dokładnie 168, i p ó ł    centymetra wzrostu. No i pieróg jeszcze dodaje swoje pięć! Rosnąc, rosnąć mam chęć.

— Ni w pięć, ni w dziewięć…  I czasami cylinder, nieprawdaż? Za to palto pana wyszczupla. Rzekła konspiracyjnym tonem Maria Antonia Josefa Johanna von Österreich Ale to był szept teatralny…Stęchły i banalny. I w gwarze (choć nie wiadomo, którego języka,choć przydało by się, by swój osobisty, czasami trzymała za zębami, własnymi, rzecz jasna) W gwarze, hałasie, , czy zamierzeniach niedosłyszany zamilkł…

— Nie ma to jak pisać życie jak z nut. – Podjął temat melodyjnie Bach, i nieopatrznie potknąwszy się o inter_ wał, czyli o jakąś kłodę która leżała niechybnie całkiem spokojnie i niezaprzeczalnie, a może to była fałszywa półnuta niezrozumienia wiadomo tylko jedno Bach zrobił bach… Aż rozdzwoniły mu się wszystkie zęby. Choć cicha rozbrzmiała polifonia. Symfonię swe słyszę ogromną. Omm. Ommm. Wyseplenił do siebie.  Plomba mi ledwie z piątki wypadła… Adła. A tym wieku (jak z resztą i bez reszty w każdym innym) zabieg niebezpieczny,  taki spadek formy, choć u fowistów się sprawdził, ale w skutkach swych fizjologicznie identyczny, gdyż trzeci komplet kłów nie rośnie… Przynajmniej za darmo.

—- Tobie dobrze mówić, Janie Sebastianie, Ty masz nawet muzyczne nazwisko, nie wspominając koneksjach. Cała gamma muzycznych skojawrzeń. Wejrzeń… Znaczeń. Rodzina… Ach ro…

No tak, kąśliwie podjął Bach, ach, w życiu najważniejszy jest takt. Napoleonie, a tego najwyraźniej Panu brak. I nie chodzi o posłuch muzyczny, czy klucz wiolinowy identyczny… W życiu, najważniejszy jest, podjął niestudzenie…

(…) upamiętnienie miejsca urwania filmu

 

 

W życiu najważniejsza jest przestrzeń, a właściwie p r z e s t r z e n i e (nie mienie). Wymamrotał półsennie Stefan Banach, niedbale otrzepując się z resztek snów i słów, zsuwając się z (nazbyt wąskiego) łóżka (boleści- a imprezowało się wczoraj w Szkockiej, imprezowało, oooo, nie jedno rozbroiliśmy, rozebraliśmy… Równanie- zamarzył macając swą głowę,czy nadal jest na przyzwoitym miejscu). Wzuł buty, tą parę, którą pożyczył od mistrza van Gogha, no może nieco sfatygowane, dumał. Ależ czego się spodziewać, po używanej parze kupionej na jednym z pchlich targów paryskich, do tego  przemoczył je intencjonalnie, bo przecież były mało przedtem zmęczone używaniem….Zaczął się zżymać sięgając po pierwszego tego dnia papierosa. Wciągając w nozdrza zapach kawy. I dziś trzeba mi wyjść przez szereg  (szereg Fouriera ma się rozumieć) i zmierzyć się z tym  ledwie żywym, choć nie żwawym (przynajmniej jeszcze) dniem, pomyślał… I  tak też zrobił. Najważniejsze są przestrzenie- . Powtórzył matematyk niejako upewniając się w swych myślach.

 

 

***

Chociaż Przestrzenie Banacha, to już całkiem inny (nie muzyczny) temat, na całkiem inny artykuł. Chociaż zależnie, co tam komu w duszy i ciele gra. Takie kiszki, na przekład i przykład, grają tylko żałobne marsze… Żołądek mi się marszczy, obwijając obwisły kręgosłup, dosyć tego! Żegnam się, smacznego!

#I wiesz[cz], co jest grane. Absu[ra]da(va)lium

 

[ Miniaturka, ‚Cumaean Sibyl Sistine Chapel ceiling’ Michał Anioł Sybilla umięśniona jak zwykle postaci kobiece u tegoż malarza, źródło zdjęcia].

 

Reklamy

[386]. Aranżacja szarości i czerni…

Mglisto. Mżysto. Dżdżysto. Zimno. Ciemno. Woda z cytryną, pomarańczą, miodem, zbirem-imbirem, i miętą (bez rumianku). Jako remedium na liść opadł. I wszelki inny opad. Godziny minutnikami nadgryziony mierzwią zmierzch. Ech…Ząb, i to nie czasu, się skruszył. Szkoda. Szkoda również, że innej skruchy nie widać, nie słychać i nie czuć.

Kawa. Lubię ten smak na języku. Ciepło w gardle. Temperaturę kubka. Lekką, niewidoczną prawie parę unoszącą się nad nim. Nie lubię zimy w detalu, ani w hurcie. Chociaż, jeśli taki mamy klimat, to są dobre strony (nie tylko) literatury, można pocieszyć się ciepłym napojem i kaloryferem. Ad vocem czytania, czy tu, czy tam, czytam. Chociaż nie było tak od razu. Co więcej, mając lat jedenaście, dwanaście, z jednej (i to nie papierowej) strony nie wyobrażałam sobie, i nie potrafiłam doświadczyć, jak coś takiego jak składanie zdań może służyć roz ryw ce,i ludzie czynią tak z własnej, nie przymuszonej woli! W dużej mierze przez leki i tury serwowane w szkole jak najbardziej powszechnej. Z drugiej również nie papierowej strony (a czytników wtedy nie było) przecież w domu były książki, co więcej nie służyły do podpierania ścian, czy okien. Sporo czcionki wylałam jeśli chodzi o czytanie na tym blogu. Doszłam jednak do wniosku, że zmienię metodę czytania na przyszły rok, choć lista pozostanie. Księga szeptów. Uff. Westchnień i nie rzadko tchnień geniuszu, zapewne, ale wtedy nie u mnie. Nie na mojej półce, a i teraz w muzeach, albo w bibliotekach…. Jeśli coś niecoś szeptało mi do ucha, to raczej nie zachwyt nad literaturą (częściej skowyt i zgrzytanie zębów). Chociaż zdarzały się i takie nie liczne przypadki kiedy to czytałam z zapartym tchem, ale przypadki te, jak wiadomo, podkreślają grubą kreską, regułę. Regułę gramatyczno-statystyczno- statyczną. Nie lubiłam czytać.  (I tak, oto eufemizm).

 

Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać. Biblioteka jest zbiorem snów zapomnianych, ale utrwalonych, jest szansą nieustannego powrotu, a każdy powrót może tu na powrót stać się pierwszym przyjściem. /Jerzy Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność/.

Właściwie po co czyta się książki? Co więcej: W jakim celu się je nabywa (i to drogą kupna częstokroć drogo)? Po co buduje się biblioteki utraconej pamięci zewnętrznej? Nie jest to banalne pytanie. Chociaż opiera się o niego (czyli rzeczony banał, nie mylić z bananem, albo batatem) dosyć znacząco. A dzieje się chociażby tak dlatego, że: a) jest często powtarzane (owo pytanie) i odpowiedź wydaje się oczywista, b) dziś wszyscy potrafią czytać (choć nie koniecznie ze zrozumieniem, czy podążaniem za intencją autora/autorki), c) czytanie stało się modne, i nawet jeśli ktoś/ia nie uskutecznia tej czynności, to kupuje książki, żeby dobrze komponowały się jako wystrój mieszkania. I tak mnożyć można, o ekologicznym paleniu w piecu nie wspomnę. Wdrożenie wyrażenia w egzystencję (niekoniecznie) własną: Żyć (z) liter turą przybiera różne wymiary, nawet gdy ona zmienia swą muskulaturę czcionki i  słowa w makulaturę. Oto zaklęty krąg. Chociaż, z księgozbi(o)ru, choćby najbardziej mikrego, nie przebrnie próby czasu. Po niektóre z zakupionych książek, na pewno nie sięgniemy. Skąd ta niezbita, niezachwiana, pewn:ość? Z doświadczenia? Moja półka z książkami jest mała. Nie, nie ponaglają tony piętrzących się tomów. Nie spoglądają z wyrzutem litrów liter. Mieszczą się spokojnie na regaliku.  Po części dlatego, że nieopatrznie i z uporem nie godnym, ale być może głodnym podziwu, pożyczałam na (jak się okazało) wieczne nieoddanie, i zagubienie. Jak sobie po(d)liczę… Ech. Zapiera dech. Ale nie o to chłodzi, o rozwodzeniu, i zawodzeniu nad ostygłymi, czy wręcz chłodnymi stosunkami międzyludzkimi.

Naprawdę nurtuje mnie pytanie:po co właściwie czytamy? Jestem zdania, i to nie jednego, i złożonego w Kancik, że żadna lektura nie może zmienić biegu życia. Tak więc żadna przyprawa, czy nawet, wyprawa na ludną, czy bezludną wyspę i taszczenie tam tomów, nie wchodzi w rachubę. No, chyba, że na podpałkę. Histeria i histeoria zna takie przykłady (vilde: losy Biblioteki Aleksandryjskiej). Co zruszyło, skruszyło to pytanie. Sytuacja taka, gdy czytacz (bo w tym przypadku osobnik męski) sięga po książkę, która jest mu daleka (świato a już na pewno- poglądowo) i z samego tego faktu, cieszy się niezmiernie, po czym ocenia ją bardziej niż miernie. Ale przecież: sięgnął po swoje męskie zasoby cnót wszelakich. I wre i wrzeszczy na całe Inter i nety, że przeczytał, ale miałkie, nieciekawe i nudne. Ale przeczytał.

 

I tak zdaje sobie doskonale sprawę z faktu, że zmiana (jeśli już by miała zajść) to sięga znacznie, znacznie głębiej i jest znacznie bardziej złożona niż przeczytanie książki. Po wtóre, samo przeczytanie (w tym nie gramatycznym, przypadku praktycznym ) książki, nie czyni człowieka otwartym na chociażby inne spojrzenie na świat. A już dobitne komunikowanie tejże kwestii jest/może być, w tej konkretnej sytuacji, odbierane jako: a)usprawiedliwianie się przed otoczeniem, sięgnął po tę książkę, więc… b) obwieszczaniem jakim jest się otwartym na świat.. I tak, zaznaczam dobitnie co następuję:

a) Piszę o konkretnej sytuacji, o tej jedynej, więc: nie uogólniam;

b) nie chodzi o stosunek do danej prozy, przybranie pewnej pozy, która rzeczywiście może nie odpowiadać danemu egzemplarzowi człowieka. I tak jak z kuchnią jeśli ktoś/ia wychowała się  na danych smakach kulinarnych, na początku niektóre dania mogą nie smakować ze względu na swoją odmienność.

c) dla mnie: osobiście, przeczytanie książki, która jest daleka od moich światopo(d)glądów, to pierwszy, a nie ostatni, czy ostateczny, broń Losie, krok. I tak, zdaje sobie sprawę, że to nie rzadko proces trudny, żmudny,  niejednokrotny i niejednorodny, acz konieczny, i nieodzowny.

 

Patrząc na pytanie z meta-poziomu. Zapytuję się Siebie. Po co czy tu, czy tam, czy(-)tu, czytu, czytam? I szczerze. Nie jest to odpowiedź prosta, czyli zdrapując warstwę wierzchnią: oczywista. Można wszak czytać tak, by nie stać się uparcie osobą zaznajomioną, z literaturą, czyli w tym znaczeniu: oczytaną, o erudycji nie wspomnę. Zresztą, ta, ostatnia im dłużej żyję, tym jestem przekonana, że wydarza się przypadkiem niegramatycznym, czy jest produktem ubocznym, niezamierzonym, i trudno mierzalnym. Im bardziej ktoś/ia chce uchodzić za erudyt[k]ę, tym bardziej będzie skazana na porażkę, która niechybnie przyjdzie, nawet jakby się miała wlec za pierwszym wrażeniem. Erudycja wychodzi poza jedną ze sztuk. I jest procesem, nigdy niedokonanym ze swej natury.

Jeśli, człowiek czyta, dla zapominania, jak to ujął Jerzy Pilch w przytaczanym powyżej cytacie. To w zasadzie dlaczego? Dla zmarnowania czasu, i to nie gramatycznego, ale tego, który jest nam dostępny tutaj, teraz. Teraz- zaraz, czy zaraz-potem, nieodwracalne mielenie,  mijanie, mijanie, przemijanie. To jest w takim przepadku sposób zabijania czasu, a przecież za Albertem powtarzając, to nihil novi, tylko nieliczni potrafią go wskrzesić. Można marnotrawić go na szereg innych sposobów, a nie na tak kosztowny jak akurat czytanie.  Nie jestem pewna, czy czytaniu służy jeden (i to nadrzędny) cel. Pewnie nie. Dlaczego tak rozwodzę się nad odpowiedzią, dlatego chociażby, że jej kształt, wpłynie na to, po którą z dostępnych mi książek sięgnę, albo: czy w szczególe powezmę taki zamiar.

A co jeśli spojrzę na czytanie z jeszcze szerszej perspektywy? Nieumiejętność czytania w języku obcym jest dzisiaj powodem kompleksów, czy nieumiejętności życiowej (nie wspominam o instrukcjach obsługi sprzętów wszelakich zapisanych jak się zdaje w językach ojczystych… Czytaniu ze zrozumieniem). A co jeśli nie piszę o tym. Kto/sia dziś potrafi „przeczytać” malarstwo,architekturę, muzykę? (W tym ostatnim przypadku nie chodzi o zapis nutowy). A przecież i to się czyta! I to także jest umiejętność. Czytamy również ludzie zachowania, niejednokrotnie mówi się o kimś, że można z niego/ niej, czytać jak w otwartej książce.

Tak więc przyjmując ostatnią perspektywę patrzenia na czynność czytania, diametralnie inaczej rozłożone zostają akcenty. Nie chodzi tutaj o samą czynność sięgnięcia po inną (niż zwykle) literaturę. Sam fakt pochłaniania litrów liter, wraz z innymi płynami, nie uczyni z nas osób oczytanych. Z drugiej strony, i niech będzie to strona muzyczna, można by powiedzieć, a raczej, zważywszy na ucho- oko i liczności przyrody napisać. Po co komu wiedza, że np europejska polifonia rodzi się z chorału gregoriańskiego? Może z tradycji śpiewów burdonowych? Najpierw najstarsze śpiewy dwugłosowe towarzyszące odprawianiu liturgii, choć nie wiemy, skąd dokładnie się one wzięły, i czy akompaniament portatywu (przenośnych organów), odkrywały jakąś rolę? A jeśli tak to jaką?Dlaczego więc  najstarszą formę europejskiej polifonii nazwano organum (z gr. narzędzie, instrument) portatyw (łac portare nieść)? Coraz to więcej znaków zapytania.

 

Porwanie córek Leukippa. To historia gwałtu, przemocy. Czy możliwość odczytania tego dzieła, przypadkowo przytoczonym, czy będzie to odczytane jako/ i/albo zilustrowanie mitu greckiego, historia podległości kobiet, albo mariaży na dworach królewskich, gdzie małżeństwo było traktatem handlowym, zależy od tego ile wiemy o wiekach przeszłych. O historii już samego dzieła, jak i malarza, czy malarzy konie malował Jan van Eyck, który zdążył zyskać własne imię i nazwisko. I to jakie!A podejście do Śmierci Marata, od arcydzieła do obrazu stanowiącego obrazę dla malarstwa? A dziś przykład nie tyle poręczny co owy podręcznikowy. Świadek histerii. Historii. Monografista Napoleona,malarz, który uszedł z życiem, umarł król niech żyje król, świadek trzech epok, zręczny żongler, ale nie będziemy zatrzymywać się dłużej przy tym przykładzie, a przy innym. Mianowicie:

Oto starsza Mona Lisa, w kulturze anglosaskiej można by go porównać chociażby ze swojską Bitwą pod Grunwaldem. Aranżacja szarości i czerni (nr 1). Matka artysty prze(d)stawia się następująco:

[Whistlers Mother, James Abbott McNeill Whistler, Przedstawiona osoba: Anna McNeill Whistler miejsce stworzenia Londyn,olej,muzea w Paryżu: Luwr (kiedyś), Musée d’Orsay (obecnie)źródło zdjęcia].

Matka jest tylko jedna? Nie sądzę, chociażby Matka Whistlera.

Cóż można powiedzieć o tymże portrecie? (Nie) miłe dla oka, ot, co. No jeśli tak, to będziemy jednym z głosów Salonu. Nie pierwszy, nie drugi, nie trzeci to raz, fraza niezrozumienia. Autor namalował obraz, z zamiarem spieniężenia. Usilnie się o to starał. Bezskutecznie. Przynajmniej wtedy. Jak to jest, że obraz stworzony w Londynie stał się sztandarowym dziełem Stanów jak najbardziej Zjednoczonych Ameryki? Dzieło wyklęte, zapomniane, przetwarzane przez popkulturę, byt z niebytu. I tam. I tu. Znak czasów, znaczek w pamięci i na cześć matki Ameryki, znaczek wydany przez pocztę amerykańską w latach 30. ubiegłego wieku. Daleka jestem od przypisywania geografii myślenia, nie zmienia to faktu, że peregrynacje obrazu można streścić następująco: Londyn odrzucił, Paryż zrozumiał, a Ameryka uczyniła z niego przemysł. Cóż. Pewne wzorce nie ulegają zmianie. Ale wróćmy do początku.

 

To jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy podróżnik wśród malarzy i malarz wśród podróżników. (Wahanie może wynikać stąd, że wspomniany Rubens także peregrynował, chociaż ten fakt można przypisać śmiało funkcji, którą pełnił). James, jako dziecko odwiedził Rosję (jego ojciec-który miał wykształcenie techniczne- pracował przy budowie kolei moskiewskiej Petersburg- Moskwa). Tam też zapoznał się ze sztuką, nie tylko studiowawszy w Cesarskiej Akademii Nauk. Już będąc w ojczyźnie miał poświęcić się karierze wojskowej, ale nie był zachwycony tym pomysłem (ojca), którego spełnienie porzucił wraz z jego śmiercią. Zapewne coś wspólnego z tym, że został wydalony z akademii wojskowej miał fakt, że jego romans z naukami jak najbardziej ścisłymi, a ściślej rzecz ujmując z chemią i biologią, był nader krótki, i nie treściwy, a gdy dołożymy jego niesubordynację wynik staje się jasny do przewidzenia, ujmę to tak[t] nader czytelny. Nic nie zaiskrzyło, nie było chemii. Nie objawił się duch geniuszu. A dużo później podróżował Chile, Meksyk, Afrykę, jako dwudziestolatek wyemigrował z Ameryki do Europy ( Paryż, Londyn).

 

Po pierwsze Paryż. I wielcy tego czasu Manet, czy Baudelaire przyjęto go tam bardziej niż chłodno. No, nie tylko dlatego, że taki mamy klimat. A jeśli nie Paryż, to co? Londyn. Sceny z życia cyganerii to nie tylko trend sztuki XIX wieku. James także zachłysnął się pragnieniem zdobycia świata. Po niepowodzeniu artystycznym na salonach zmienia adres zameldowania. Jego granice wrażliwości zostały przekroczone, a więc i on wyjmuje paszport z kieszeni. Odrzucony zostaje jego obraz Za pianinem, na poczet Impresjonistów, których James „nie rozumi”, Wraz z synem podróż podejmuje matka (już wdowa). Tam  gdzie Ty Kajus, tam i ja Kaja. Zresztą, to nie pierwsze i nie jedyne jej dziecko, które podejmuje trud ewakuacji, emigracji.

 

Figura matki. Ascetyczna? Dosyć można wyczytać z jej fizjonomii. Wychowywała dzieci w surowym duchu, oddana bardzo praktykom religijnym, protestantka. Członkini kościoła kwakrów. Mieszka z synem pod jednym dachem. On na dole. Ona u góry. I cóż… Nie, nie to czego byśmy się mogli spodziewać… James, prowadzi dosyć, nie, bardzo, bardzo swobodny tryb życia, Piotrusia Pana, fruwa z kwiatka na kwiatek, zyskuje miano Motylka (tak nazywa  go nawet Rodzicielka) lecz nie wtrąca się w jego życie. Może dlatego, że taki jest jej charakter, może dlatego, że wcale nie musi tego czynić? Symbioza. Roznegliżowane sesje i scysję są codziennością, również jego matki, ta zauważywszy to wycofuje się i nie daje po sobie poznać, czego była świadkinią. Cóż, bywa i tak. Ale odnotować należy, że James, odprawia swoją długoletnią kochankę. Spędzili ze sobą bagatela osiem lat. I tak nad domem „zyskuje” pieczę Matka. Jest jego prawą ręką, poznaje środowisko w którym zanurzony jest jej syn. Nie tylko kolegów, ale i koleżanki… Może zatem, jak głosi jedna z anegdot, obraz, o którym mowa jest rodzajem podziękowania, ukłonu w stronę Matki?

 

Czerpanie z malarskich tradycji dalekiego wschodu i bliskiego zachodu, Niderlandów, jest widoczne na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka nieuzbrojonego w szkiełko. Sięga do zapomnianej tradycji obrazów profilowych (czasy renesansu, ale  wczesnego). Centrum kompozycji to postać kobieca, ukazana w cała. Ascetycznie przyodziana w czarną, skromnie surową suknie i czepiec. Poza skoncentrowana, tło vermeerowskie, hołdując zasadzie renesansowego złotego podziału. Pierwszy punkt przecięcia twarz, drugi: stopy, podreslona przez kotarę, i podłogę. Obrazek to widok Tamizy, zameldowanie w Londynie. Przewrotność? Gdzie tu przewrotność, a rama drugiego obrazu? To znak dziewiętnastego wieku, powiew nowoczesności. A więc otwarta kompozycji. Czy nie korci Cię aby przesunąć drugą ramę obrazu i zobaczyć co się tam znajduje? Dlaczego malarz, który ma pełną swobodę ustawienia kadru, rzucenia światła, czy geometrii obrazu, decyduje się na ten krok? A no właśnie dlatego, żeby poflirtować z fotografią, jako najnowocześniejszym środkiem (sic!) obrazu i wyrazu.

A może uwiecznienie Matki to przypadek, zgrzyt i chichot i (chil)lout  losu? Może żadna z modelek nie życzyła sobie wielogodzinnej ekspozycji, zastygnięcia w pozie nie_wy_godnej? Nie doczekał się malarz modelki, więc może nie marnując czasu, farb i atłasu, chociaż… Ostatniego nie miał w zanadrzu. Na początku miała stać, ależ dla siedemdziesięciosiedmioletniej kobiety, to pozycja wprost, i na boku wymarzona. Wiele osób wiedziało, że jeden portet powstawał podczas np siedemdziesięciu nie godzin, a sesji! Chociaż jego technika jest…Taka, że konserwatorka tejże pracy załamała ręce. Własne. A szczęka jej sama na podłogę Luwru opadła. Kary godna. Myśl genialna, ale biorąc pod uwagę podszewkę, czyli warsztat, wychodzą braki i brak terminu, brak gruntu. To, że pracę możemy dziś podziwiać, to jest cóż cud. Formalne poszukiwania są ważniejsze, nawet tytuł, który w XIX wieku jest najważniejszy, a u Jamesa przypomina dzieło muzyczne, no bo inną ze swoich oprac nazywa Nokturnem. A poszukiwania malarskie, skończyło się procesem o zniesławienie, który ów James wygrał był z krytykiem, który postulował, że temat i realizm i zaplecze akademickie jest najważniejsze. Odszkodowanie? Oczywiście. Ćwierć pensa, co zmusiło malarza by zastawić wszelkie dobra, które posiadał by zapłacić prawnikom…

To protoplasta Jacksona Pollocka? Ależ tak! Śmierć rzemiosła? Możliwe. Bardzo możliwe. Przenikanie się purytanizmu i dekadencji. Prostoty i wyrafinowania, który widać dopiero na drugi, albo i kolejny rzut oka. Świat techniki (odwołanie do fotografii) i tradycji. Co dzieje się za kotarą? Kto się za nią znajduje? O czym myśli Matka, która niańczy nieślubne dziecko syna. Znamienne, że ten ożeni się dopiero po śmierci rodzicielki, czy to upływ czasu to spowodował był? Prostota kompozycji, i środki wyrazu niech Cię nie zmylą. Jak można czytać prze=czytać, od-czytać ten obraz? Jakie kryją się tam wartości? Dlaczego właśnie ten obraz wkroczył do popkultury? Jakie życiorysy splatają się na ten kraj_obraz?

Wracam do pytania o czytanie. Literatury, czy obrazu. Po co sięgam po książki, nie wiem, to znaczy, nie wiem, czy istnieje jedyna odpowiedź, wiem, jedno warto sobie zadać owe zdarte już pytanie po wielokroć, i rzetelnie się nad odpowiedzią zastanowić. I nawet gdy sięgamy po romans, który także może być dziełem sztuki, to warto to czynić świadomie. Nie każda osoba także musi zmieniać zdanie, ale do diaska niech, nie kryje się z tym pod pozorem dobierania lektur. W jakim celu czytam obrazy? Po pierwsze dlatego, że sprawia mi to niebagatelną przyjemność. Nie tylko dlatego, że pozwala odsłonić kurtynę, ale przypomina, że dzieło to, jak i wszystko nie powstało w próżni, namoknięte, nasączone jest znaczeniami, zdarzeniami, życiorysami, kolorytami, i kolorami, nawet jeśli jest to Aranżacja szarości i czerni...


Na miniaturce wspomniany znaczek Poczty Amerykańskiej: Whistler’s Mother 1934 Issue 3c, [źródło].

[385]. Więcej znaków zapytania. Zwiedzam Wszechświat, czyli: o tym co widział i o czym wiedział, bardzo brzydki pies.

Scenka rodzajowa:

Wyobraź sobie proszę, taką oto scenkę jedyną w swoim rodzaju: Oto Dama (jaka jest, każd-y/a widzi, choć nie każdy/każda wie,dama co nie tańczy nigdy sama), pierwszorzędna, no, dobrze, niech będzie, pierwszorzędna, i nie chodzi o to, że drugiego rzędu nie ma, a tło jest czarne (nawet wtedy gdy nie wiadomo,czy było szare, czy nie niebieskie, a może skok w tył i jeszcze widok? Oto myśli natłok wtłaczany jest nam do głowy),  oto tło ale nie mroczne, napiszmy, zameldujmy, że zamalowane (nie wiadomo, czy w czasie tworzenia wizerunku, czy dopiero wieki potem).

Owa dama, Cecylia, bez obrazy schodzi z obrazu, i idzie, i idzie,  to foto i grafa jednocześnie strzelić sobie, nie nie tyle selfie, to bo to  by  mogła i  uczynić sama  ale zdjęcie (przynajmniej dzisiaj: do wyboru. legitymacyjne, do dowodu, jako dowód medycznych mód CT, MRI, od wyboru w czaszce szumi. Chociaż nie.  Nie, nie rentgenowskie, Los raczy jeden wiedzieć, i to nie ten wyciągnięty na loterii, ani ten wyjęty psu z gardła, ileż to razy była prześwietlana promieniami X, Y albo całą resztą alfa i betu czyli  innymi sprzętami gigantycznymi i tymi mniejszymi cybernetycznymi oczami kamery, nie, to, to nie camera obscura na zamieszczenie najnowszej elektroniki ciepnie skóra i to nie ta dzielona na niedźwiedziu, ale własna, przydzielona w standardzie. A wszystko po to by sięgnąć głębiej, dalej, niż  to postulował Wieszcz Adam. O czym piszę, zapewne wiesz.Cz.

Owa Dama zeszła sama, a to dlatego, że czekała na nią, nie nie u grafa i foto świetlana przeszłość,  i na(d)świetlona teraźniejszość, nie mylić z niedoświetloną przyszło i ością, która staje w gardle i to niekoniecznie psu.Ciemnię widzę ciemnię! Trawestując klasyka można by zawołać. Ość ruchu jest jak dla dwunożnych. Znacie ze swojego zapewne standardu, a jeśli nie wszyscy, to z pewncią większość Szanownych Osób Czytających ten tekst, wie jaki jest cykl chodu. Powiało chłodem (i inną liter turą, na przykład tą) takim chłodem głodu (albo odwot_c’nie) co fizjologom, ani fizjoterapeutom się nie śnił, chłodem dygresji… Choć na (p)ozór…  Niech język giętki powie wszystko co pomyśli głowa,(zapewne wiesz, że to inny wieszczył wieszcz) o! Przekleństwo, nie daj (L)osie! Nawet trzymając pion, trzeba trzymać poziom. Taka to oto hydra chytra zagadka. A właśnie, bo odbiegliśmy od tematu (kto odbiegł, to odbiegł). Ni pies to ni wydra się wydarł(a wydawać by się mogło, nie wdają się w zbytnie spory, że wydrzeć się może, wszak to zwierz [jak] żywy, wydrzeć żwawo). A jeśli  to pies, to bardzo brzydki, jak pisała Izabela Czartoryska w liście do syna swego, Adama, który to księżnej sprezentował ową deskę, pomyślał sobie, A dam, -matce mojej- Adam Jerzy się zamyślił, po czym się z zamysłu zwierzył. I jak umyślił tak zrobił, by obraz ten matczyny salon zdobił.  Oto dzieło jak malowane, albo wypisz, a raczej wymaluj, zamelduj dama pierwszorzędna na czarnym tle, które niegdyś widokiem było, chociażby na ówczesną teraźniejszość:

[Dama z łasiczką, albo: Dama z gronostajem,albo z Dama z fretką albinotyczną, albo: Dama z bardzo brzydkim psem, Leonardo z Vinci: Olej na desce  orzechowej o wymiarach 54,7 na 40,3 cm Muzeum Czartryskich, Kraków, źródło zdjęcia].

Przychodzi zatem szesnastoletnia Cecylia, pięknista do fotografa, i rzecze, do rzeczy, a nawet i do ludzi, i to w językach jak najbardziej ojczystym jak i jak najbardziej obcych, i innych tych, do rzeczy zatem,  a raczej do pojedynczego przedstawiciela gatunku Homo— najwyraźniej jeszcze — sapiens. Co widział jej piękność olśniewającą w całej ozdobie, widział i opisywał, łapał się za czaszkę i sapał łapczywie powietrze łapał.

Garść zaleceń dla foto i grafa.

Proszę fotografię do dokumentów, nie musi być biometryczne, bo proszę pana, ja wolę mieć ucho zasłonięte, wedle mód- ni to patetycznie, a na pewno praktycznie. Nie czepiaj się pan, choć jakby się tak zastanowić, I to  podobne do czepca! Ha! Nie, nie, ze wszech miar nie, zwierzak mój zostanie przy mnie! I cóż, że zasłania mnie talię, i  deko dekolt. A perły? Nie, nie, on ich nie zerwie, nie dlatego, żeby się za mało wiercił, tyle, że ich tak naprawdę nie ma…Imaginuj sobie pan, gimnastykując swój umysł.  Nie ma ich, to przywidzenie pierwszej klasy, wystarczy zrobić zdjęcie rentgenowskie, by wiedzieć, że ktoś je zmalował, znaczy, dołożył później, dużo później… Że dziwnie wyglądam, jak przez okno (by nie powiedzieć, jak przez Windows, i to nie cyfrowo, a jak najbardziej analogowo!)Dziw_nie? Z tą linią nad brwiami? Panie, tej półprzeźroczystej woalki też się nie pozbędę, to najnowszy wrzask mody! (Do tej pory w uszach mi piszczy, a cera ma ma zamknięte pory, mógłby foto i graf odpowiedzieć, ale uskuteczniał ciekawe milczenie o bardzo ważkich sprawach). Toż to wszystko dla szpanu, nie dla urody (wszak ją mam! I nie  za wa zaawa zawaham, waham, waham się jej użyć! By sobie  w życiu ulżyć. Wszak polska szlachta nazwała by mnie pyszczkiem bez posagu. Ale cóż tam, mam też inteligencji więcej niż gram. I to nie monogram, a może ważyć na uncję, Utnę więc ten monolog utrę). Oto sfumato, to takie leonadrdowskie, odmłodzenie! (można powiedzieć, a raczej na(d)pisać, że  nie wszystko poszło z dymem! Chociaż wszystko poszło zgodnie z planem) I moda depilowania brwi i czoła. Tak by ich nie marszczyć. Trzeba było wymyślić coś, co dało by łagodny efekt przejścia ze sfer światła do cienia, wszak to rodzaj patrzenia i spostrzegania zmienia, a to ważne i ważkie jeszcze przed użyciem botoksu! Albo i foto szopa. Szopa to mamy, a raczej może fretkę (i to albinotyczną) na załączonym obrazku, no dobrze, heca taka a może nawet draka: jakiegoś zwierzaka, jakaś ta łasiczka taka nawet do gronostaja podobna! Niezła szopka to będzie po latach gdy możni tego świata spróbują odgadnąć co to za zwierz! Mierz się z tym świecie, mierz! Pamiętać należy, że do portretów nie można było pozować przed ukończeniem lat szesnastu, co stanowiło bardzo ważną cezurę. Wkroczenia na salony. I tu wtręnt dydaktyczno- praktyczny. Pamiętajmy, że dziewczyna, która wybierała się nie swój pierwszy bal, wkraczała tym samym na rynek matrymonialny, co było nie lada inwestycją finansową, dla rodziny, tak dla rodziny, bo nie rzadko wynajmowano mieszkania w miastach, ba konkretnych dzielnicach, stroje, dryndy i dorożki… Można sobie imaginować scenę jak to młodziutka Cecylia przekracza próg zakładu fotograficznego, gdzie pracowni/cz/k(a) deklamuje obiecując: szybko, tanio, od ręki (od ręki od nogi, i insze odnogi wliczone w cenę) oczekiwanie mniej niż kwadrans. Co dzisiaj jest pięknem? A co piętnem, nie mamy co do drugiego przynajmniej wątpliwości.

***

 

Dzisiaj słyszymy inne deklaracje, deklamacje, zdania pod-i-nad-rzędnie złożone. I inaczej znakowane i zmalowane:

Przemalowane czarne tło. Autora myślenie zeszło na inny tor i  nie ukończył był widoku, na przeszłość na dokonaną teraźniejszość. Wybija się dzięki temu zabiegowi i zbiegowi liczności okoliczności nie łagodzących, a tajemniczością swą podscycających znaczenia, zmęczenia i wdzenia i przy widzenia, postać kobieca, która to postać może i posiedzieć i postać,  jest personą nie mniej zagadkową niż zwierzak, który jej towarzyszy.

O Cecylii Gallerani tak naprawdę wiemy nie dość wiele. Owszem, uczona ona, włada językami: to greką to łaciną (i to nie ową podwórkową, choć obraca się na dworze ile może:D). W towarzystwie ze wszech miar ludzi sztuki, nauki, przewodniczyła  nie mniej licznym dysputom filozoficznym, ale była nie dość wysokiego urodzenia by postacią swą Sforzę opromieniać. Owszem zwracała uwagę swoją niebagatelną urodą, to ona stanowiła jej posag, to ona była treścią jeśli nie sag, to przynajmniej wierszy. Pochodziła ze zubożałej szlachty, skąd usilne zabiegi  prowadzone przez rodzinę by umieścić ją na dworze księcia. Co się udaje, ba, więcej nawet, ta zostaje jego (ulubioną jak głoszą źródła) kochanką. A sam Leonardo (i nie chłodzi tu o sławną scenę „marynistyczną” kinematografii, to nie ten Leo, chociaż też szkicował- przynajmniej na potrzeby filmu) ten Leo i nardo pisał do niej Najukochańsza moja boska Cecylio! Dalej nie wiemy, gdyż się przedarło, czyli treść listu nie [za]chowała się skutecznie przed mrokami dziejów.

To jeden z czterech portretów kobiecych, który namalował Mistrz z Vinci. A przypisywanych mu obrazów jest więcej niż tuzin. Znany był z tego, że doskwierała mu  prokrastynacja. Wielu ze swoich dzieł nie kończył nigdy, wiele z tych, które jednak ujrzały (sic!) światło jak najbardziej dzienne, było stworzone z nie małym udziałem uczniów, co nie było wszak novum. Wystarczy wspomnieć jakim mistrzem marketingu był Rembrandt! Ale zostawmy  oprowadzanie możnych po swoich pracowniach, tudzież specyficzną wycenę pracy nad obrazem, powróćmy do Vinci.  Damy z…Ze zwierzakiem. niechybnym to znakiem wahania naszego.(Nad czym cierpi eksperckie ego). Działo to bardzo często jest porównywane z (jakżeby inaczej) z Mona Lisą. Nie tylko ze względu na technikę malowania. Jednak sportretowanie Cecylii było rzeczą trudniejszą, ze względu na towarzysza, który jak wiadomo, człowiekiem nie jest, cóż nie da się ukryć… A zatem i przedtem, i przede wszystkim w trakcie… Wielogodzinne sterczenie przed sztalugami bez

[Dama z jednorożcem, Rafael Santi, olej na desce, ok 1505 roku, galeria: Galeria Borghese, Rzym, wymiary: 65 × 61 źródło zdjęcia].
ruchu nie jest wpisane w jego naturę, choćby nie wiem kto chciał jego piękno uchwycić. Jeśli jeszcze porównywać obraz to nam na myśl przychodzi, by nie napisać, że przed oczyma staje, nic innego jak tylko: Dama z jednorożcem, Rafaela Santi, hmmm… Można sobie odpowiedzieć na niezadane pytanie, co do kogo bardziej przemawia, a jeśli już, to w jakim języku? I czy (dość przy najmniej zrozumiałym, czy grama czy statycznie) Czy jest to język piękna… Zachwytu… Zdziwienia? De gustibus non est disputandum  (bo gust się ma). No dobrze, porównywanie porównywaniem…

Ważnym było określić autora obrazu, gdyż to przynajmniej na początku nie było takie proste. Jak wiemy, Leonardo parał się wieloma sztukami, a to, że odkładał kończenie obrazów, wielu z nich tak skutecznie, że nie powstały nigdy, a z tych co jednak zostały doprowadzone do końca, nie było tylko jego zasługą. Dlatego tak ważnym było podjęcie tropów i tripów (wycieczek jak najbardziej osobistych) w celu określenia autora. I to, się udało. Dziś już nie ma wątpliwości, chociażby najmniejszych, kto [z]malował Damę z… Grono staj zostaje. By przypisać autorstwo[wy]starczy porównać bruliony w których umieszczone były nie tyle szkice, niedźwiedzia i psa, co także się zachowało, ale przede wszystkim  ulubione motywy, wykorzystywane po wielokroć (jak to z ulubionymi bywa) przez malarza.   Powstanie, jak i to co jest , a czego naprawdę nie ma obrazie, rozszyfrowywanie szarady jak i peregrynacje obrazu są bardzo, ale to bardzo ciekawe. to tak jak uczenie się posługiwanie nowym dla nas językiem, dzięki czemu możemy się dowiedzieć czegoś o przeszłości, wzbogacić naszą kulturę, także najbardziej osobistą, a nie kulturę bakterii. (Chociaż ta też jest ważna, ale to temat na całkowicie inny artykuł). Można spokojnie też rzucić ciekawostką, przy obiedzie niekoniecznie rodzinnym. Może być też przy posiłku innym.

Dama z gronostajem, bardzo często zwiedzała Wszechświat. I nie jest to przesadą. Nie piszę tylko o wojennych wycieczkach, ucieczkach przed Hansem Frankiem, którego posiadanie tego dzieła doprowadzało do obsesji. Nie chodziło o gonienie łasicy, co o złapanie jej. I to było clou, przynajmniej dla Hansa. .Tajemniczy syndrom: pojawiam się i znikam, ujawnił się już wcześniej bo w wieku XVI i XVII. Z mroku dziejów wydobywa go dla swojej matki (a nie żony a z taką opinią można się spotkać, ale ci to tak sądzą mijają się, o ile mi wiadomo, z prawdą) rzeczony już Adam Czartoryski. Do czasu wybuchu Powstania Listopadowego dzieło znajduje się w Puławach, siedzibie rodowej, potem chcąc uchronić je  przed zniszczeniem zostaje przewiezione do Paryża. Dopiero pod koniec wieku XIX wróci do Polski. A potem przerażający wiek XX i znów Dama zwiedza Wszechświat, w trakcie Wielkiej Wojny trafia do Drezna, potem wraca do grodu Kraka, ale niestety… Bo przygarnia ją wspomniany  Hans Frank, ale na szczęście na nie długo. A potem, znów pojawia się i znika, podobnież jak rzeczony władca na Wawelu. Gdzież znajdujemy Damę? Nie jest to zaskoczeniem, że w prywatnych włościach Franka. Aż powiedziano mu: Franku, s…Padaj… Daj da daj…

 

Dlaczego obraz jest tak fascynujący?

Nie dlatego, że nieukończony widok został zamalowany. Chodzi o symbole. Oczywiście, tak jak w malarstwie to bywa, bywało, i mam nadzieję, że będzie bywało. Co tam kubizm. I rozkład malarstwa XX wiecznego.

[Autor:Giovanni Ambrogio de Predis, Ermelino, czyli Ludovico Sforza, Książę Mediolanu, źródło grafiki].
O linii nad brwiami, o sfumato o przejściach tonalnych już było. O znikających zmarszczkach i perłach, i o chwatach widocznych też było. Po tym jak Ludovico Sforza, (nazwisko nie przypadkowe, to wujek „naszej” Bony) zwany Ludovico il Moro lub Maur, to ze względu na karnację, to inni twierdzą, że na przymioty ducha…Wypatrzył ją sobie zlecił był sportretowanie jej, to takie nie wszystek umrę, nawet gdy zamkną mnie w urnie. A nie było to zwykłe selfie. I nie chłodzi nawet o to, że z rąsi, z kończyny górnej, nieważne, czy z lewej czy z prawej,  tyle, że pamiętajmy, że zlecenie namalowania portretu jest w tych czasach, jak i w przeszłych, rodzajem deklaracji, czy też obwieszczenia łączących związków, ważnych, bardzo ważnych choć takich, które ze względu na konwenanse nie mogą być formalnymi uczynione. Ermelino nie jest tu więc przypadkiem, nie będzie też przepadkiem pamięci. Z włoskiego, czyli języka w którym zanurzony jest obraz, znaczy tyle co… Gronostaj. I na tym podobieństwa się nie kończą, a w ręcz zaczynają… I końca nie mają…

Konsekwencją zinterpretowania widocznych symboli, jest również przypisanie znaczenia. Tak więc nie tylko piękno znajduje się w oku osoby patrzącej. Patrzeć to jedno, a dostrzec (i to trafnie) to drugie, a nawet trzecie (i nie rzecz w trzecim oku.Chodzi o to by mieć prawdę na widoku).

 

Gronostaj.

Wystarczy nadmienić, że Książę Mediolanu używał w swoim godle właśnie gronostaja, a to choćby dlatego, że był odznaczony bardzo ważnym podówczas, Orderem Gronostaja. Sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga? I nie chodzi o dalekowzroczność, jasno- bądź- ciemno- ale nadal: widztwo, czy inne wady (wzroku). Gest kobiety i oświetlenie tegoż przez malarza, może być kolejnym przyczynkiem, by sądzić, że Lodovico i Cecylię łączy więź szczególna, i władca chce to obwieścić światu. Mimo wszystko, acz z zachowaniem smaku. Tak tu i tu, i ówdzie taktu. Tak oto z tego [ro]związku urodziło się synów dwóch. Pierworodny Cesare. Nie przeszkodziło Cecylii, a raczej jej rodzinie wydać ją za innego (arystokratę) a jakże. Powierzyć Hrabiemu Bergamini. Dla porządku, i przyzwoitości, albo i nie, należało by dodać, że stało się tak dopiero po tym, jak rzeczony Maur poślubił był córkę Ercole d’Este: księcia Ferrary i Modeny, oraz jego żony Eleonory Aragońskiej, niejaką Beatrice d’Este (księżną Mediolanu).

Odnotować wszak należy również, że Gronostaj, ten już dwunożny, Książę Mediolanu, po urodzeniu pierworodnego odwdzięczył się podarkiem (godnym stanowiska które piastować mu przyszło:znaczy fantastyczną posiadłością) a drugi syn odziedziczył po ojccu tytuł księcia. Marzenia rodziny z której pochodziła Cecylia się ziściły. A zważywszy, że nie była jedyną jego kochanką… Nie żeby poczynania jego usprawiedliwiać…

 

To jedna, z interpretacji, jedna z racji, a więc było i jest ich więcej.

Jeśli na owym obrazie zobaczymy gronostaja, to jest to symbol czystości, tak dosłownie pojmowanej ze względu na niechęć owego zwierzaka do brudu, „przesadnej” wręcz higieny. Czystości czysto przyziemnej, jak i tej metaforycznej. Nie zapominajmy także o fakcie, że futro z gronostaja było symbolem władzy i oznaczało bogactwo i prestiż. Do tego było bardzo funkcjonalne,  jakże może być inaczej jak w jednym centymetrze sześciennym futra jest dwieście tysięcy włosów.  Tak więc, czytwaszy tak ten portret:  jest to obraz czystości i ascezy (gronostaj żywi się raz dziennie). Jeśli tak zinterpretujemy obraz to to co zostało napisane powyżej o płomiennym romansie między księciem a jego dwórką można między bajki włożyć (Ale jednak tych synów dwóch mierzwi zwoje nerwowe więcej niż na dwoje, na więcej niż na czworo dzieli, i w dni powszednie i przy nie-dzieli…).

  Jeśli jednak zobaczymy łasicę,

to interpretacja, ze względu na znaczenie jakie się temu zwierzakowi przypisuje jest zgoła odmienna! Bo ten symbol to nic innego jak prowadzenie swobodnego życia erotycznego, także i pewnego powabu tej natury, ale to nie jedyne znaczenie tegoż. Łasica zanim udomowiliśmy psy i koty, była zwierzęciem, które strzegło gospodarstwa przed lokatorami na gapę, tych, którzy nie płacili komornego, czyli wszelakiego autoramentu insektów. I nie chodzi o pasożytnictwo, tylko o plagi rzeczywiste. Wszak tak wieki średnie jak i renesans nie był wolny od wszelakich plag i niewygód. ale ad rem!

Kto zatem jest łasicą w tym związku? Łasica, z angielskiego symbolizuje, eufemistycznie rzecz ujmując, przebiegłość. Ale to nie wszystko, wiedzieliście, że to właśnie łasice wydzielają bardzo przykry zapach? Pliniusz Starszy posunął się do stwierdzenia, że ma on moc pozbawienia życia bazyliszków. Ale nie tylko on opisywał zachowania łasicy! W  tekście autorstwa  Harapollona Nilusa, pt. Hieroglify, który  już w 1422 r. znany był (tekst oczywiście) chociażby we Florencji,znany to mało napisane,  bardzo szybko został włączony do kanonu wykształconego obywatela. W tym oto tekście możemy znaleźć się ustęp (nie chodzi o wy-chodek) w którym opisany zostaje egipski hieroglif przedstawiający, nic innego jak tylko  łasicę i jej apetyt (seksualny) o czym wspominać ma też Arystoteles. Zwracają oni jeszcze na jedną kwestię uwagę, mianowicie na na kościstą budowę łasicy, a jeden z fizjologów, czyli persona trzecia (sic!) pisze, że owo zwierzę rodzi przez ucho. Czy w związku z tym przysłonięte ucho Cecylii to tylko wynik ówczesnej mody? I kogo w tym  rozwiązku symbolizuje łasica? Bo to nie takie oczywiste jakby się mogło wydawać. Zwierzątku owemu przypisywano  także moc magiczną, odbierania ludziom głosu, o takiej osobie której zaparło dech w piersiach i nie mogła wydobyć z siebie żadnego tonu pisano, czy też mówiono, że połknęła ona łasicę. Jeśli odrzucić powyżej wspomniane symbole przypisywane temu zwierzątku zostaje jeszcze jeden. Malarz umieszczając zwierzę na obrazie obwieszcza osobom oglądającym ten obraz, powierza im tajemnicę: kobieta portretowana jest w ciąży, a gronostaj, łasica, fretka, czy nawet pies i to nawet bardzo brzydki,  sprytnie trzymane na ręku zasłania krągłości.

Odchodząc powoli od tego jaki to jest zwierzak wiadomo, że na obrazie pierwotnie były dwa jego wizerunki. Jeden większy, drugi mniejszy… Zmianie uległo położenie dłoni po tym jak zamalowano jedno z nich. Zatem koncepcje przypisywane to Cecylii to Ludovico, nie muszą się wzajemnie wykluczać.

 

Co kryje obraz? Jeszcze nie raz zadamy sobie to właśnie pytanie. Dodam jeszcze, że owo pęknięcie w lewym górnym rogu obrazu znalazło się tam po nieopatrznym nadepnięciu niemieckiego żołnierza w trakcie gdy muzeum było plądrowane. I dodam jeszcze jedno. A co tam będę się ograniczać!  Pamiętajcie o Cecylii. Ona nie powinna być znana tylko dlatego, że została sportretowana na polecenie Księcia Mediolanu przez Leonarda da Vinci, władała językami, prowadziła dysputy, nie tyle otaczała się Wielkimi Umysłami, co także takowy narząd jak mózg posiadała, i nie zawahała się go używać. Pisała wiersze po łacinie i po włosku, porównywana była do Safony. Portret ów stał się jej przekleństwem. Czy przeszłaby malowniczym krokiem do historii gdyby nie sportretował był jej Leonardo di ser Piero da Vinci? Nie wiadomo jednak niesprawiedliwym jest pamiętać ją tylko z jednego obrazu. Wszak to dla niej obraza. Obraz ten kryje nie jedną tajemnice, chociaż jest tak niepozorny na pierwszy rzut oka. Dotąd nie wiadomo co naprawdę widział pies. Ni to pies, ni wydra, a jeśli się takim wyda, to z pewnością, jak pisała Izabela, jest bardzo brzydki. Jednak nie o urodę tu chodzi, przynajmniej nie członków fizycznych lecz urodę życia. A jeśli był to czworonóg, to można by nadmienić w zdaniu ostatnim, że z psem się inaczej człowiek komunikuje niż z osobą dwunożną, ale to temat na zupełnie inny artykuł… Jednakże pytanie poza….pozo…Staje: Co widział, i o czym wiedział pies, nawet wtedy gdy był bardzo brzydki?

 

Obraz do śmierci posiadała Gallerani, potem zasłania go nie tyle sfumato, co mrok dziejów. Trafia w ręce Adama, który postanawia go nabyć. Nie wiedząc ani kogo przedstawia, ani kto go namalował! I jak to dobrze, że Portret Cecylii jak go nazywano, został zamurowany (na lat osiem) w Sieniawie, by uchronić dzieło przed grabieżą, a nie przetrzymywany pod szopą w ziemi, polskiej ziemi jak chociażby Bitwa pod Grunwaldem… Ale to już całkiem inna historia…

 

Zwierz się raz: A jaki jest Twój ulubiony obraz? I dlaczego?

Jean-Honoré Fragonard, Huśtawka, olej na płótnie. [Źródło zdjęcia].

[384]. Rymy, rytmy, rytuały.



Zbiłam swój ulubiony kubek, nieuważnie stawiając go na blacie, ten w którym zwykłam pić kawę. Sprezentowany. Nadal uważam, że nawet jeśli narażony był na roztrzaskanie się na wcale nie taki drobny mak, to dobrze, że był używany, a nie zbierał cząsteczek kurzu (a częściej cząsteczki wody, albo i innych płynów). I tak sobie myślę nie siląc się ani na filozofie życiowe, ani na mądrości, sentencje, czy porównania. Zapewne są gorzkie i gorsze rzeczy, które można zrobić przy tej okazji, ale to nie o to chodzi. Rzeczy nas otaczają, szepczą, i konserwują wspomnienia. Także, ale nie tylko.

Zastanawiasz się czasami nad swoimi ulubionymi słowami? Zazwyczaj, zauważamy je przez kontrast, to znaczy, sytuacyjnie, gdy ktoś/ia zwróci na to uwagę. Rozłoży akcenty. Słowa, zmierzwione, zaspane, zapomniane, zużywane, piękne, pękate, wychodzące poza, proza, i poezja. Niezauważane, a może jednak na wznak, albo na book. Skok. Unik. A co gorzkie i gorsze: Zanik. Nie żeby za nick, nie ma tu, a może tam, nic zakrytego, [u]krytego, tego tam,ten, te, trele morele, bum cyk, cyk nic a nic, za nic. Nie, że cyknięte, może muśnięte, dotknięte, no może nadgryzione one, ale nie przeszyte i przeżute,ale czy przeżyte? Te, czy tamte? Dlaczego te, a nie inne? Słowa, meble, myśli, rozmowy, przestrzenie. spojrzenie, perspektywy, spacery, ścieżki myślenia, mylenia, chłodzenia, chodzenia.

Rymy, rytmy, rytuały.

Nasyca świat tętnem. Ożywia, stwarza. tchnie animus, jest w każdej cząsteczce, różnorodny jak obrazki w dziecięcym kalejdoskopie. Puls życia. Rytm. Suk, stuk, stuk pociągu o szyny,obiecuje podróż: drogę i cel. Śpiew kołysanek na dzień dobry, akcentowanie zdań przez Rodziców, Bliskich i Dalekich. Taniec, rozmowy, z zamyśleniami, zachwytami, okrzykami: też tak masz? My-ślnick. Myślnik to przyprawa rytmu. Pulsary. Spoglądając ku górze, chcąc odchylić horyzont zdarzeń, ku gwiazdom, spoglądamy, de facto w przeszłość.

Sieci neuronaliów. (Po)chwycić (w sieć oczywiście) czas, usłyszeć go, wsłuchać się w jego melodie. Zegary biologiczne, równowaga chemiczna. Ciało. Nie niebieskie. A nasze własne, jak najbardziej pojedyncze. Liczba Pi, nie siedzi, wróć,  chodzi o określenie niedokładności pi razy drzwi. A o chociażby naciśnięcie klamki, która jeszcze nie zapadła (w niewietrzny sen) .

Transkrypcja genów i synteza białek biały poemat ewolucji. Od muszki owocówki do człowieka. Nasz wspólny testament, lament, i rym. Sprzężenie zwrotne poza czasem i przestrzenią, a wpisane weń tak mistrzowsko i cierpliwie, że dech zapiera. I nie chodzi tu o automatyczne pranie. I wywabianie (z ukrycia) białych plam, i czarnych dziur. Chociaż na niektóre dźwięki, zapachy, achy, ochy i skojawezenia, słowa, czyny, rytmy i rymy szybciej bije nam serce. Oto puls. Bicie nie na alarm, nie rekordów, a bicie serca. Zanim to mózg zaczął wieść prym w sercu upatrywano centrum. Najbliższe nam, najbardziej namacalne, choć wewnętrzne. Połączenie uczuć, emocji, biologicznych znaków (po)szczególnych. Egipcjanie i Egipcjanki upatrywali z nim źródło sił witalnych, przede wszystkim psychicznych. Układ przewodzący, czy tak nie nazywamy współcześnie zespołu komórek których zdaniem jest zarówno generować jak i rozpoznawać bodźce? A węzeł zatokowy? Który wybija rytm? Dyrygent, wiadomo, serce jest jak muzyk.

 

Już Herofiloz z Aleksandrii wiedział, czuł, przeczuwał i potrafił zbadać fazy pulsu. A to dlatego, że skonstruował urządzenie, z którym wychodził do chorych za pomocą niego mógł opisać określić puls, czyli życie, ale to nie tylko jego brak lub występowanie, stępowanie, krok, nie, to  wypełnienie i chybkość, i wypełnienie (czy także: napięcie i częstość). Homo, który sapie(ns) może właśnie dlatego pomiarkował i podliczył osiemdziesiąt dwa jego rodzaje. Rene Laennec sięgnął tam gdzie oko nie sięga, i wyposażył ucho w stetoskop. Najpierw z papieru i sznurka.

A potem już nie tylko echolalie, ale także echosondy, upamiętnienie mitologicznej nimfy greckiej? Pewność człowieka? Jego technologiczna proteza ciekawości i poznania? Wiliam Harvey (ten od sekcji kanarka, strusia i dwustu innych zwierząt) opisał proces krążenia krwi w ludzkim ciele. To nie muzyka jazzowa, ani sfer (chociaż drzewiej było z nim utożsamiane). Rymy,rytmy, rytuały czyli cykle, po, po, po [w]tarzalność bywa krytykowana, bo przecież ro- (i)- zwój popularny jak najbardziej osobistym, który ma być ad definitione wychodzeniem poza sferę komfortu, czyli coś, co znamy, coś co stanowi o naszym pulsie, rytmie i rymie. Serce, ze swoją hierarchiczną budową, to jedno z pierwszych skojarzeń, jeśli chodzi o rytm, rytm i rytuał, a ja mam – być może drugie, trzecie, albo i kolejne (nie mylić z koleją elektryczną, parową, albo i kolejami (sic!) losu [tu także rytm i czność] a ja skojarzenie nie pierwsze, a piesze. Zwróć proszę uwagę w jaki sposób chodzisz. [K]rok za [k]rokiem. Chcąc przywołać kogoś do porządku (czyli znów rytmu) zachęcamy, albo wręcz nakazujemy do nie bujania (uwaga: ruch) w obłokach, zejścia na Ziemię (uwaga ruch) i stąpania twardo po ziemi!  Rytm, ruch, rytuał? Jeśli jednak ten jest nie miarowy, to zwraca(sz) uwagę na brak płynności, zmienność tempa. (nie)zborność ruchów. Nic nadzwyczajnego? Otóż nie, punkt zwrotny. O, proszę! Znów znak. Przystankowy. Nowy, nie nie nowy. (Z)bieg okoliczności? Somatycznć niestatyczność, a(ż), acz  stabilność, w mowie i piśmie. A jednak się kręci! To jednak życie. Jego znak. Elastyczność. Owartość, ciekawość, a jednak styczność.

 

Zbiłam kubek. Rozsypał się na skończoną ilość form, nie ma już dużego ucha, jest jednak w innej formie, choć nie uniesie ani kropli wody. Jenak smak pozostał. Smak słów, gestów, perspektyw, rozmowy, zachwyty, chwyty i zdziwienia. Szanse i roz i czarowania, strzałki czasu, meta, metafory, fory i biegi na orientacje, i spraw, przeszłości, przyszłości, teraźniejszości, słowa, czyny. Te liczą się najbardziej. Liczą… Uśmiech matematyki czy (nie)pamięci. Obecności, czyli znów ruch. Twój ruch. Oddech, nim także jest. Pi razy drzwi, pi razy oko? Ech, uśmiech Ludolfiny złota pro pozycja, pro czy porcja?Uśmiech niedokładny niczym ten skradziony Mona Lisie, jeszcze pomnożony przez oko, czy drzwi, ech rym.  Ech, wdech i wydech. A może od!wr,ot, nie? Pitagoras by się uśmiał, a może przynajmniej uśmiechnął. A może machnął jakąś (dla ekolożek i ekologów): koniczyną,(dla przedstawicielek i przedstawicieli zawodów medycznych): kończyną, ale czy to ważne? Równo ważne?Nie dociekajmy (sic!). I znów: cząstka do (wskazująca kierunek) i- i ciec. Ciec i ciekać, może być: sączyć ciecz, ale i , w znaczeniu: biegać, a stad już krok, kroczek, do ciekawości. Tak czysto fonetycznie, gram_astycznie, gramatycznie. Ciekawy to ten, co dużo biega, a raczej biegał. Naprawdę. I nie c h o d z i ł o   o biegi na orientację, ani o to, że kto nie ma w głowie ten /ta ma w kończynach jak najbardziej dolnych… No nic, kończ waść czcionki oszczędź, można by strawestować…(Ale, czy strawić też można… Trawienie, to też ruch, ale nie idźmy w tę stronę, na stronę… Ech. Wdech…Wy, dech..).

Idę szukać kubków, smakowych. A nie, wróć, te mam na wyposażeniu… W standardzie.

 

 

[Podróże Pana Kleksa, Z poradnika młodego żeglarza, źródło nagrania Piotr Fronczewski].

*Na miniaturce znów ruch: Jean-Honoré Fragonard, Huśtawka, olej na płótnie. (źródło reprodukcji: Wikipedia).

 

 

#s3gt_translate_tooltip_mini { display: none !important; }