[383]. Autobusem przez wtorek.

Nie wie, czy też tak masz, chociaż czasami. I czy tak samo. I co to w szczególe znaczy. Jak smakuje?  Chodzi o gram gramatyki codzienności. Korzystasz z dowolnego środka transportu, i nie ważne, czy są to własne kończyny dolne, czy samochód, tramwaj, dyliżans, czy auto i czy jeszcze bus. Nie tyle oglądasz  świat za szyby. Doświadczasz. Truizm. A raczej tu bez -izmów. (Nie ociera się o słowa angielskie truth). I nie biega, ani nie truchta mi o patetyczne doznania. Poznania, czy zobaczenia. Patrzysz, ale czy widzisz? Ludzi,pośpiech, powolność, po i wolność,  twarze, miny, tłok w autobusie, szukasz, ale czy znajdujesz? miejsca, czasy, zwroty, słowa, bilety: dokąd? Skąd? Na jak długo? I czy w ogóle? Zwracasz uwagę na słowa proszę, dziękuję, przepraszam, a to ciekawe. Naprawdę ciekawe, jakby było ciekawe na kłamstwo. A może słowa, to tylko przystanki, które dają przestrzeń temu, co dzieje się poza nimi. Poza, jedna, druga, trzecia, mina, gest, szelest, spojrzenie i ton. Ton, ton i echo, ech, o! Zdziwienie, emocja. Smak, zapach. Skojarzenie. Pierwsze zdanie, a może jego środek? Środek ciężkości? A może oś ciekawości? Doświadczenia i spotkania. Gdzie zaczyna i kończy się (nie) wiedza, co otwiera, a co zamyka. I czy klamka zapada zdzwieniem, pytaniem, czy raczej na głucho. Na wieczność momentu. Tu, a może tam? Tamte tam. A może nie nawykliśmy, nie nawykłyśmy nasłuchiwać…

 

Które drogi prowadzą do „nikąd”? A może to tylko te, mniej uczęszczane, mniej, lub w ogóle (przez grzeczność nie wspomniawszy o szczególe) tren czy teren niezagospodarowany (jeszcze, i to jeszcze, które niesie nadzieje). Obraz i kraj na skraju. Zupełnie odwrotnie? A może od wrót nie?  Zastanawiasz się, czy i jak dana ulica będzie wyglądała za pięćdziesiąt lat? Kto/ sia wtedy i dokąd będzie się spieszył/a. Kto/sia przeżyję swój pierwszy, drugi i ostatni raz, i czego będzie on dotyczył. Co wtedy będzie ważne, ważkie, o czym zdążę pamiętać. Czy osobiste zapominanie złapie zadyszkę? Co trzeba ugorować na wtorkowy obiad?  Czy zobaczysz swoje pomarszczone czasem ręce? Czy jeszcze wtedy będę mogła pić wodę mineralną. Co wtedy będzie dla mnie ważne? Jaki list byś napisał/a z tego miejsca? Czy utrzymał/(a)bym pióro i myśl. Jakie rozmowy, Obecności.I nicości, nadziejne nadzieje, i nadziane złudzenie,  a może zupełnie o coś innego? Ludzie, twarze, myśli, łapanie się w pół słowa i serce, spotkania, potknięcia, zbliżenia, i oddalenia, były by, będą ważkie i ważne. Co za historie, opowieści, smaki, zapachy i doświadczenia niesie w torbie ta osoba, która siedzi naprzeciw mnie? A raczej  obok. Tuż tuż, Na brzegu, nie chodzi o atrament, zamęt czy czcionkę, ale o mgnienie, moment, istnienie, bycie i stawanie się, dzięki doświadczeniu. Łyk herbaty, jej aromat, smak, ciepło rozlewającsię po krtani.

 

I jedziesz tramwajem, pociągiem, autem, spacerujesz, stoisz w miejscu…. I spoglądasz na grafikę za okno, tuż obok. Czy to miasto jest moje? A co to znaczy? Czy to miejsce jest wspólne, aa może osobne? W jakim względzie? I co to znaczy? Jak widzisz, czujesz, z jakiej perspektywy? A co to ze sobą niesie? Styczne z Kim? Droga  nie ma w jakiś sposób magiczny prymat nad celem (chociażby podróży). To kwestie równoważne. Zależne od rozłożenia akcent_uff. Pauz, przystanków i znaków, przystankowych, zdziwień, rozmów, pytań i odpowiedzi, spotkanych Ludzi.Ale czy spotkać ludzi to spotkać człowieka? Którędy wychodzi się na ludzi, a którędy do pracy? Nie chłodzi o wyjścia awaryjne.

[Port morski, z willą medycejską,olej na płótnie Claude Lorrain, źródło zdjęcia].

***

Zgiełk, zapach przepoconych ubrań, pośpiech, zgubione słowa, poszarpane zdania wrzucone przekleństwa, świdrujący w nozdrzach smród ryb i zmęczenia. Za plecami słychać, krótkie i szorstkie Più veloce, più veloce – ktoś gani umorusanego, na oko  może dziesięcioletniego chłopca, któremu właśnie wyślizgnął się kosz pełen owoców morza. Trudno rozpoznać języki, strony światła i świata z których pochodzą, akcenty, jednak to co wszechobecne to trud, brud, i pośpiech. Nic tylko pośpiech, spracowane dłonie, z brudem za panzoocjami,  starzejące się, pomarszczone spojrzenia jak wzburzone fale na św(a)it na ludzi na rzeczy.wist.ość.

Jak to jest, że w społeczeństwie tak hierarchizowanym, pasterz, którego światem i świtem i światłem powinny być krowy, łąki i niepogody złe, wybił się na świat i został uznanym pejzażystą, takim, wedle którego nauk i przykazań budowano ogrody, parki i krajobrazy? Oczywiście, to nie dowodzi, że każda osoba może „wystarczy tylko, że się postara” to taki ówcześnie  hołubiony mit. Chyba raczej każda osoba się postarza, a raczej starzeje, a może dojrzewa. Co dostrzega? Sierota, nie pobierający formalnych nauk pozostawił po sobie kształt wyobraźni uwieczniony na obrazach. Wychowany przez starszego brata zajmującego się intarsją w wieku lat trzynastu zmienił adres zameldowania z niemieckiego na włoski.

Lotaryńczyk uczeń,  m.in. Agostina Tassiego, uczeń, dobre sobie, raczej chłopiec od sprzątania, i co najwyżej rozcierania farb. To Claude stworzy(ł) własny styl, zachwycający, kim jest ten człowiek w kapeluszu odwrócony do nas tyłem? Jakie ma plany? Co zaprząta jego głowę? Gdzie i czy w ogóle zwykł popijać expesso? Co malarz widział i wiedział, co czuł tuż przed stworzeniem, chociażby tego obrazu? Dlaczego nigdy się nie ożenił? Jakimi (jeśli w szczególe) żonglował rozterkami, zachwytami, pewnościami i przekonaniami wybierając się w świat? Pracowity jak nikt nie udzielał się towarzysko, nie zabiegał o kontakty podczas dworskich uczt i hulanek, brzdęku szklanek. Z czym (oprócz kopiowania swoich dzieł, które na potęgę kradli inni, dlatego stworzył Księgę Prawdy swoich dzieł) się zmagał zanim dopadł go artretyzm, tak silny atak podagry przeszywał jego członki i myśli, że zdecydował się spisać testament (powierzając  prawie wszystko swej nieślubnej córce, którą sam wychował, dalszej rodzinie i przyjaciołom) a potem przeżył jeszcze dwie dekady? Jak smakowało jego życie? I to nie te pełne zaszczytów, tytułów i funkcji. Śmierć zaskoczyła go przy pracy, aż do końca, ale te pełne rozmów, i wędrówek przed świtem.

 

Reklamy

[382].Rytm, albo jego brak. [Pytanie w piątek]

Pytania, które dzisiaj stawiam, i chciałabym byś był/a przy nich co najmniej przez tydzień [jeśli masz ochotę] są następujące?Czy ktoś/sia z nas lubi się męczyć? Zmęczyć? I czy zmęczenie zmęczeniu równe? Jaka jest jego natura? Czy psychofizyczne? Czy fizycznie, czy tylko psychologicznie? Czy jest ono różne czy równe znużeniu? Czy zmęczenie może być wyznacznikiem, czegoś pozytywnego? A jeśli tak, to czego? Możesz się podzielić refleksją fleksją refleksu, jak zawsze, w komentarzu.

#PytanieWPiątek.

 

[Daniel Waples, źródło nagrania].

[381].

Wieczór. Do pod(_)wieczorków, do wód dowód pór. Pięciu. Melodia krok uff. I świat (tł)a. Zadyszana czerń opada op, op, op. Op oopływa kształty. Opus. Niezależny od współrzędnych geograficznych epoki.  Kraj  i obraz westchnień i tchnień sen. Żeby dźwięk zobaczyć głaszcząc barwę, poczuć i potoczyć strunę tknąć od melancholii do odpo(d)wiedzi wiedzie wers wiersza zagubionego w zgubieniu. Przestrzeń ruch i om ość. Oscylacja fascynacja pytań, przynaglań, zamyślań grawitacja.  Gdy wyschnie już akcent ostatniej sylaby. Cisza. Sen. Odcisk  dna dnia myśli dna. Zmierzch smaków. Smak ów zmieszany z czernią która pożera ten wieczór. Niczym z obrazów Vincenta. A może nie. (w)Cale. Zmysł zamysł umysł. Kąt do potęgi oko liczności ostro łagodzących. Kontemplacja. Relacja.

REM. [Re]medium. Sen. Hen, hen, za piętnastą pary turą. Party turą…

[Zupełnie przypadkowe przepadkowe nagranie: Bolero,Bogusław Kaczmarczyk, Dominik Kwaśniewski, źródło nagrania].

Obrazek wyróżniający miniatury wpisu: Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia.

[380]. Muzyka musi posiadać [pre]tekst! (Albo: O niechodzeniu do filharmonii, albo: o chodzeniu w ogólności, albo: o czymś innym, (zupełnie)…).

O bieganiu już było, o chłodzeniu także (i to trzy razy). Dzisiaj o tym, że warto słuchać muzyki. Chłodząc, t[f]u, truchtając (ale nie truchlejąc z zimna) do filharmonii, często człowiek jest przekonany, że musi się znać, a gdy nie miał okazji  się przekonać o tym co i jak, którędy droga, a którędy [kł]oda, raczej czyni triki i uniki. chcąc nie popełnić faux pas. I na wszelki przepadek nie chodzi, albo wręcz odwrotnie, nie ma z kim, nie ma jak, nie wie czy pieszo, czy na [w]znak. Dzieła wiekopomne zanurzone w epokach, prawidłach, wieściach i opowieściach. Na przykład taki Tytan, albo Cztery Pory Chłodu, yyy, [w] [r]oku. Ostatnie stworzone były z tekstem, który był równoprawny. I wskazywał na rozłożone akcenty, użyte instrumentarium i to co rzeczywiście dzieje się w opowieści.  Tym samym można powiedzieć, że Vivaldi przegonił epokę, w której przyszło (sic!) mu żyć, zobaczył przyszłość, ale nie tylko o to chodziło (sic!). To nie tylko lekkość, zwiewność, melodia, która wpada w ucho,z którą łatwo  i zrozumieć, i się utożsamić, przecież kto/sia nie zmiarzł/a kiedyś, w jesienne, albo zimowe popołudnie, kto/sia nie grzał/a się przy kominku, albo nie pił/a czekolady (no dobra, to ostatnie to moja fantasmagoria)… A gdy gołąb przedstawia nam się po włosku (a w jakim innym języku miałby to czynić?) możemy to i przeczytać i go posłuchać. (Takie stereo :)). Aż do początku następnego wieku, prym wiodły instrumenty [roz] dente do rozmiarów orkiestry. Orkiestry tu, o rety, stołki i taborety, orkiestry tam. A Vivaldi wpadł na pomysł by na scenie występować sam. No, niezupełnie. choć w roli głównej. Towarzyszyły mu dziewczyny ze szkoły, w której nauczał (muzyki rzecz śpiewna, rzecz jasna) jak z nut… Często nie mogły one liczyć ani na posag, ani na dobre wyjście za mąż, więc koncertowanie to (nie rzadko) jedyna droga, by się wybić, i tak nie rzadko bywało, gdy towarzyszyły Antoniemu. Poprzez dobór odpowiedniego, lżejszego instrumentarium, klawesyn, skrzypce, był nie tylko bardziej mobilny, ale i odróżniał się od innych twórców (no i Bach, mamy kolejny przyczynek) dobór instrumentarium jest tylko częścią opowieści. Zwykliśmy mówić, pisać i rozumieć muzykę klasyczną, z dzisiejszej perspektywy. Z tej gdy dysponujemy środkami nagrywającymi, wszelkimi innymi stylami, (nie)jasnymi podziałami na muzykę poważną, mniej i na zadaje się muzykę, albo: „bardzo bym chciał/a żeby to była muzyka, bo w moim mniemaniu jest”, przecież muzyka, tą którą dziś zwykło się nazywać poważną, służyła także (a może i przede wszystkim?) rozrywce. Oczywiście, nie każdego było stać na taką formę spędzania czasu i to niekoniecznie wolnego, jeszcze wtedy. Przewagą Antoniego była wiedza, jak, w sposób inteligentny przyciągnąć i utrzymać uwagę słuchaczek i słuchaczy, poszukiwanie i znajdowanie nowych środków nie tylko ciążenia, czy wyrazu (sic!) ale brzmienia. Dlatego muzyka przetrwała trzy wieki, i jest na nowo odkrywana. Guzik, i to z pętelką (a nie z pięciolinią) nie musisz znać dzieł, epok, przyczynków powstania i trwania danego dzieła, czy dania muzycznego. Niech będzie Ci smacznego, idź do filharmonii, jeśli tylko masz okazję. Wsłuchaj się w muzykę, daj się (po)prowadzić. Nawet, jeśli Ci się nie spodoba, może nie trafiłaś/ trafiłeś na swój repertuar, nadgryziesz czegoś nowego. A i jest wiele inicjatyw, nie takich znowu nowych łączenia starego z nowym. Pamiętasz taką sytuację gdy komuś z publiki na jednym z koncertów zadzwonił telefon, a skrzypek niewiele myląc, myśląc podążył za tym… ?

Tutaj mamy jeszcze jeden przykład. Doświadczenia poza granicami:

 

[Windows Waltz, czyli muzyka z widokami: Rainer Hersch performs his waltz based on the sounds used in Windows XP, źródło].

 

Jedna z ważniejszych kwestii w życiu mieć do Siebie i do wykonywanej pracy dystans, i nie chodzi (sic!) o kilo, albo metry do pokonania… Chociaż czasami (niegramatycznymi) pokonuje nas , nie muzyka sfer, a, sztuczna nieinteligencja…

 

Smacznego!

[379]. Zapowiedź: /Albo: Lakmusowy/.

Labirynt. Lapidarium. Las>Lakmusowy< (papier(ek)))? Grzegorz Turnau wydaje album: L z okazji swoje okrągłej rocznicy urodzin. Jest to być, mnożę? Może podróż przez czas.Po widokach na przeszłość (album pt: 7 Widoków w Drodze do Krakowa) roztaczamy kraj_ (i )_obrazy wspomnień, zapomnień, i (prze)widywań?   Dwadzieścia dwa lata temu Teresa Kotlarczyk zaproponowała Kompozytorowi współprace przy okazji powstawania cyklu programów poetyckich, które kiedyś, czyli w zamierzchłej epoce (kiedy to teksty piosenek tworzyli, w większości ci, którzy się na tym znali) były bardzo popularne. I tak powstały melorecytacje, albo rzeczone formy, które łączyły tekst z melodią.

Koszula, którą zdejmuje Grzegorz Turnau, zdejmuje z półki, ocala(jąc) od zapomnienia. Powstała w sposób następujący „rad nie rad „do istniejącego demo, dograł w tym roku swój głos. Co oznacza, nie mniej, nie więcej podróż w czasach i przestrzeniach. Oto „duet”, zapowiadający dwupłytowy, a w z a s a d z i e trzy płytowy album (podwójne cd) i dvd (już trzecie w dorobku Artysty (pierwsze z teledyskami: płyta: Do Zobaczenia,drugie koncertowe:Och Turnau, Och Teatr).

Proponuję wysłuchać (wsłuchać się) w wiersz Tadeusza Śliwiaka, i warstwę muzyczną, oraz, zobaczyć pomysł na promujące wideo.

[Muzyka  i wykonanie: Grzegorz Turnau,
Słowa – Tadeusz Śliwiak, źródło nagrania].

Drobiazg w oczekiwaniu na album, który swoją premierę będzie miał  trzynastego października 2017 roku.

 

 

[378]. (Bo na) warzywach się nie skończyło (I).

Czwartego października, czyli nie dalej jak wczoraj minęła trzecia, rocznica istnienia, pisania, blogu. Tego blogu.  I ‚m a Bond. James Blond. No, dobrze, niekoniecznie blond. Cóż za błąd.:)) (O tym jeszcze będzie) Wielbłąd (a o tym już było) :D!

Zaczęło się od, zresztą, i bez reszty, każda osoba wie (albo może się dowiedzieć) który z wisów był pierwszy. Kontynuując tradycję przedstawia się takowy artykuł:

 

Kraj obrazy, deko racje, i inne atrakcje.

Zacznijmy opowieść od naszkicowania krajobrazu. Kraj obraz. Słowo klucz. Wytrych. I nie chłodzi o detale, drogi wolnego ruchu, autostrady zdziwień, pola mgnień. Lądujemy nie tak znowu daleko. Chociaż niezupełnie blisko we Włoszech (nie na Włochach :)). Mogło by się wydawać, że tuż za miedzą, gdyby nie to, że w XVI wieku. A w zasadzie u jego progu. Gość w dom, los w dom. Czyli splecie się nie jedno życie. Wiadomo, że w tych czasach krew się lała gęsto jak idee wielkiego humanistycznego umysłu człowieka. Co odróżniało ten obszar od innych? Pewnie przychodzi Ci na myśl,zorganizowanie państw- miast, i słusznie, to o czym mówi (a i pisze) znacznie rzadziej to to,że ta część Europy była najsilniej zurbanizowana, a i połowa mieszkańców była zameldowana w ośrodkach miejskich. I nie chodzi tu o Neapol, Mediolan, czy Genuę, albo Florencję. Gdyby chcieć porównać Mediolan z Warszawą to to drugie miasto wygląda przy pierwszym jak ubogi krewny (odpowiednio 115ha, 12 ha a i Kraków wypada blado 58,5 ha). Miasta włoskie zachwycały, smakami, dźwiękami, kształtami architektury, ale także mieszaniną języków, kupców z różnych stron świata i światła, i gubionych kroków na trotuarach, tu a na arach, ach. Chodzi budzącego się smoka (nie, nie o smog) ale raczkujące zakłady produkcyjne, ale też lazarety. Kawy, przyprawy, to wszystko może przyprawić o zawrót głowy. Wszystkiego można było dotknąć, wziąć na język, a nie tylko na języki. (Plotka to stary wynalazek, niektórzy szepczą, że ewolucyjny). Na bank można było się urządzić, i to na nie jeden kredyt. Bo te instytucje już działały, tak jak prawnicy. Można było spacerować to na lewo, to na prawo, a gdy komuś się coś stało, nie ważne, czy stał, czy siedział ledwie, taka Florencja posiadała tysiąc łóżek w szpitalach (to jak leczono drzewiej zostawmy sobie na inny artykuł). W powietrzu unosi się feeria zapachów mieszanina medykamentów, przypraw, spoconych ciał. Gdzieniegdzie przez tłum przeciskali się żacy, którzy uczyli się rachować i kaligrafować a i szkolnictwo wyższe było obecne i to całkiem materialnie (pod postacią czterech uczelni). A to tylko fotografia Florencji, a gdzie Rzym. Wszak wszystkie drogi do niego prowadzą. Chociaż był bratem mniejszym, albo posiadał potężniejszą (wówczas) siostrę, nie chodzi o umniejszanie jego dostojeństwa, a o odmienny charakter i mniejsze rozmiary. Chociaż kościołów tu było dostatek. I nie chodzi tylko o Bazylikę św. Piotra, ale np o  „matkę kościołów” Dan Giovanni na Lateranie, a to li tylko przykład. Tutaj sfera sacrum mieszała się z profanum i nie rzecz w tym, że przybytki duchowej strawy były oddalone od miast, ale o to, że osoby peregrynujące były narażone na utratę nie tylko mienia, ale i życia. I miast zameldować się u siebie w domu pukali już do niebieskich bram.  Drogą do dobrobytu, była kariera handlarza (wyznaczenie szlaku do Indii, szlak do Chin) albo bankiera. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, dla osób ceniących sobie ciekawostki językowe mam wiadomość. Nie wiadomo, czy pierwsi nadali przezwisko mieszkańcom Włoch Francuzi czy Niemcy. Zwali ich nie inaczej, tylko Lombardczykami. Chodziło o to, że Włochy w naszej części Europy to ci, którzy posługują się wekslami, żonglują kredytami. I jeszcze mała uwaga, nie chodzi o to, że tylko w stolicy espresso powstał system bankowy, a o to, że jeśli chodzi o naszą część świata, tak było. Można by wspomnieć także (wracając do kreślenia krajobrazu o Drugim  Bizancjum skąpane w Morzu Śródziemnym nie chodzi tylko o plac św. Marka centrum rzeczonej działalności, ale i o modę, urodę…I złotnictwo, ale to ostatnie to przecież wszystkie miasta-państwa włoskie, co innego produkcja szkła, tak szkła tego artykułu, który teraz posiadamy wszyscy w domach A jeszcze nie wspomniałam o Genui? O huku, pracy bo przecież tam urodzaj stoczni, i bardzo wykwalifikowanych pracowników w tej dziedzinie urodzaj. Ale jak się będziemy tak rozwodzić nad miastami dobrobytami, skarbami… Nigdy nie wyjdziemy na brzeg tematu głównego. Czujecie? Taki mamy klimat. Jedwabie, tkactwo, skórnictwo, futrzarstwo (a surowiec sprowadzano aż z Rosji) a z drugiej strony wyrabiano najlepszej jakości zbroje (tu prym wiódł był Mediolan). A Włochy środkowe? O nich zazwyczaj się zapomina bo przecież tam rolnictwo,pola uprawne, z tym, że warto zaznaczyć, że chłopi (i chłopki przecież bo one także pracowały fizycznie) już w XII a najdalej na początku   XIII wieku byli wolni/ wolne (nie obowiązywała ich pańszczyzna) tu także znany był średniowieczny wynalazek trójpolówki. A w XV wieku zaistniała rewolucja za sprawą małych białych lub brązowych ziarenek [ryżu]. Dieta była zróżnicowana, bo z jednej strony wiją się winorośle, z drugiej warzywa i owoce. Wiele rodów podróżuje do miast. Z drugiej strony wojenki i wojny o wpływy między poszczególnymi ośrodkami, zróżnicowanie społeczeństwa również w mikroskali. Wszystko kipiało rozwijało się, lub zwijało przekształcając, w inne mechanizmy. I  nie chodzi tu o prasę drukarską, chociaż i w tym aspekcie Włochy wiodły prym tak, także w tym. Obok pałaców powstawały biblioteki. A co należy podkreślić, szlaczkiem, kobiety we włoskim społeczeństwie zajmowały równie silną pozycję. Wystarczy spojrzeć na edukacje, w której również uczestniczyły. Znały języki obce, w tym język nowożytnych, wpływowych państw, łacinę, czytały te same książki (co mężczyźni) określenie studentka, odnosiło się do określenia statusu żaka, na równych prawach, a nie jak było to w innych krajach, towarzyszki studenta.

Oto ja.

[Królowa Bona – drzeworyt z dzieła Decjusza De vetustatibus Polonorum z 1521r,Ilustracja Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera T.4 457 – Królowa Bona (z drzeworytu) źródło zdjęcia].
Izabela z rodu Aragonów, tak, dokładnie  tych Aragonów, którzy władali Neapolem i Giangalezza Sforzy  (dla odmiany mąż posiadał był słabą reputację)  rodzice bohaterki artykułu, i trójki dzieci, o których tu pisać nie będę i to nie dlatego, że tylko Bona Maria mogła się zestarzeć…. A i nie zawadzi wspomnieć, że Alfons II Aragoński założył pierwszą włoską Akademię humanistyczną a Bianka Maria żona Franciszka, niestrudzona w bojach (dowodziła obroną Cremony, chociaż to nie wyjątek w rodzie o którym mowa, wyedukowane kobiety, intelektualistki i erudytki. Warto chociażby wspomnieć, o Baptyście Sforzy czy Madonnie di Forli, nie zdziwiłabym się, gdyby przyszła Ci na myśl ciotka niejaka Lukrecja (Borgia oczywiście). I tutaj można się doszukiwać korzeni czarnej legendy władczyni Polski. Urodzonej  o trzynastej trzydzieści, w niedzielę drugiego lutego tysiąc czterysta dziewięćdziesiątego czwartego roku. Nie wiadomo, czy apodyktyczny stryj pomógł ojcu Bony pożegnać się ze światem doczesnym wiadomo tyle, że uzależnił od siebie swojego bratanka również ekonomicznie. Córka nim skończyła rok zaniemogła na zdrowiu (ospa wietrzna). Po śmierci męża udziałem Izabeli była żałoba po ojcu, i bracie. A wkrótce i syna (prawowitego następce tronu) miała utracić. A potem i córkę. Pozbawiona więzi rodzinnych,takich oczywiście, w których miałaby oparcie, a i zaznała ukojenia zmuszana do przeprowadzek, uzależniona ekonomicznie, targana wątpliwościami, strapieniami i wojną (Francuzi przejmują tron) zbiega z włości, z małoletnimi córkami do Neapolu, którym rządzi Fryderyk. I tak oto zmieniają się dekoracje najpierw Mantua, potem Bolonia, Rzym, aż wreszcie gościnne progi  Lukrecji. I tak oto mogły obserwować wkroczenie do miasta Cezara (Borgii). Nad krajem zbierały się wojenne chmury, wybuchowi potyczki chciał zaradzić władca poprzez dyplomację, tą jawną i wprost przeciwnie, jak i przez ufortyfikowanie miasta. Na nic się to jednak stało wskutek papiesko- francuskiej siły wojsk, które na domiar złego były nie tylko bardziej liczne, ale przede wszystkim lepiej wyposażone (artyleria). W 1501 wydany został papieski dokument w którym zapisano, że zgodnie z prawem Neapol zostaje podzielony między władców Hiszpanii i Francji, tak oto Franciszek zostaje bez korony i berła a i bez dachu nad głową już nie królewską, zbiega do Francji, jego żona także uchodzi, tam gdzie Izabela z Hipolitą(która niebawem także pożegna się z życiem, w wieku lat dziewięciu)  i Boną, na wyspę Ischię. Co warto podkreślić ten czarny rok tułaczki został zwieńczony odzyskaniem księstw Bari i Rossano. Osiadłszy w pierwszym, nie zawahała się odbudować swej potęgi i bogactwa. Nie chodzi tu o dobra doczesne, chociaż tymi nie gardzono, i przywiązywano wagę np do tego by zamek był funkcjonalny, dobrze ufortyfikowany i piękny, czy też hodowano rasowe konie, czy sokoły znane w świecie, ale przede wszystkim do ludzi, i nie chodzi o to, że młodziutka Bona także posiadała już swój dwór, ale o to, że Izabela krzewiła idee nauki, sztuki, literatury, interesowała się oświatą, sztuką. Stworzyła specjalną komisję za sprawą jej funkcjonowania miała rozwijać się edukacja i kształcenie, a nauczyciele w szkołach publicznych mieli nie tylko otrzymywać regularną pensję, ale także być zwolnieni z uiszczania podatków, otrzymać dach nad głową, i służby (no dobrze, służby to za dużo powiedziane, napisane ale dodatkowa para rąk do pomocy się przyda). Dotowała klasztory, te, których zwierz nicy zobowiązali się do nauczania ludu Pisma Świętego, była mecenatką artystów, intelektualistów była zwierzchniczką sądów (a dokładnie cywilnego, drugiej instancji w Grottaglie). Po uregulowaniu formalnym sprawowała pieczę nad dochodami skarbowymi Neapolu , a to wiązało się przede wszystkim z podniesieniem stopy życiowej. Cieszyła się nie tylko posłuchem, ale przede wszystkim autorytetem. Potrafiła osiągnąć wielkość dzięki pracy własnej, i pomimo niedogodności i wieloletniego cierpienia. Oczywiście, los ją rzucił w nie lada geografię, przecież Neapol to nie tylko miasto uniwersyteckie, ośrodek myśli, to tętniące humanizmem miejsce mocy. To miasto Akademii Neapolitańskiej, a księżna mogła nasiąkać uczonymi rozmowami, i czyniła tak do woli. Bona pobierała nauki dobrego smaku i kindersztuby u Marii Critopolis, posiadała własnego spowiednika, ale także uczyła się języków obcych, łaciny czy hiszpańskiego, ale także recytowała poezję, czy uczyła się tajnik medycyny, czy filozofii, historii, prawa i administracji, religii i teologii,matematyki i biologii a to tylko wyimki. Jazda konna i wszelkie gry i sporty ruchowe też nie były jej obce. Jakby tego było mało na dokładkę i śpiew i gra na instrumentach nie była jej obca. Czy zdziwi Cię jeśli napiszę, że tańczyć też potrafiła. I to nie byle jak skoro w różnych kronikach ów fakt jest wspomniany?  oczywiście można by powiedzieć, że to tak przecież bywało może nie (a raczej na pewno) wśród najniższych warstw społecznych, ale arystokracji i szlachty, takie zamknięcie w księgach. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze napisałam już wcześniej, że społeczeństwo włoskie było niejednorodne, można było też awansować, nawet jeśli pochodziło się z ubogiej rodziny, co prawda na znaczeniu zyskiwał mieszczanin, co było skutkiem peregrynacji ludności do miast, a i pozycja kobiet była mocna, do tego nie zapomnijmy, że Izabela dbała jeszcze o jeden aspekt (o zgrozo doba ma dwadzieścia cztery godziny, i chyba w XVI wieku też miała, nie? :D) mianowicie o socjalizację na przykład w takim Neapolu…

 

Z ziemi włoskiej do Polski

Początkowo chciano wyswatać Bonę za brata papieża (Leona X) za Juliana Medici. Plany matki były inne od tych, które snuł Ferdynand Katolicki, ona widziała ją u boku nie kogo innego jak u boku księcia Mediolanu Maksymiliana Sforzy. Tak, nie mylisz się, był synem nie kogo innego jak tylko Ludwika il Moro, tego Ludwika… W dodatku, jak to w bajkach bywa, progenitura była dokładnym przeciwieństwem Bony, bo na niedokładne przeciwieństwo nie mamy co liczyć :). Nie ma co liczyć także na to, że tych dwoje zapałało do siebie miłością, raczej bliżej było by do ości, która stanęła była w gardle. No ale cóż poradzić gdy Izabela chciała odzyskać swój Mediolan? A nie zapominajmy,że przecież małżeństwa w tych czasach, zwłaszcza w rodach arystokracji były niczym innym jak transakcją i opisywana sytuacja była regułą, a nie wyjątkiem. Rozważano do rzeczonego ożenku również kandydaturę Księcia Filipa Sabaudzkiego brata księcia Karola III, matka miała nadzieję, że w ten sposób córka odzyska prawa do władania Mediolanem (jej przyszły małżonek po prostu przypomni do kogo ów pracowicie należy). Nie wiadomo jakby się losy Bony potoczyły gdyby Maksymilian nie wyjechał (pod przymusem) do Francji. W tej układance pojawia się także nazwisko Ferdynanda Habsburga… Z tym, że ci drudzy nie byli zainteresowani, przecież rodzina Bony już nic nie znaczy, co innego dawniej, dawniej to była by jeśli nie święta, to świetna partia… A może by tak Wawrzyniec Medici? Przyszły władca księstwa Urbino? I znów kara się odwróciła. Jako że Izabela słuchała uważnie tego co się dzieje na świecie, wiedziała, że drugiego października tysiąc pięćset piętnastego roku zmarła Barbara Zapolya, a tym samym była do zgarnięcia korona Polski. A to kraj nie byle jaki, wiedzie prym w ówczesnej Europie! (Również dlatego, że okolice te nie były nękane przez epidemie czarnej ospy, zgrozy czasów minionych, terytorium to mogło się rozwijać bez przeszkód a ludzie opływać w dostatek). Do negocjacji wkroczył (ponownie) cesarz Maksymilian, a miał ułatwione zadanie bo na jego dworze bawili panowie z owego dalekiego kraju. A i sam Zygmunt I nie narzekał na brak kandydatek pomimo tego, że dobiegał pięćdziesiątki. i tu też obecna była polityka (np jak za pomocą mariażu pozbyć się panów w białych płaszczach z czarnymi krzyżami na plecach i teleportować ich do Italii, inna rzecz, że to był pomysł z najwyższej półki tej z napisem fantastyka historyczna, albo fantastyka histeryczna]. Do tego wszystkiego pośród aktorów sceny politycznej obecny był i król Francji, który, a jakżeby inaczej chciał załatwić i swoje sprawy,ważne by Bona nie interesowała się wdowcem z Polski… Przecież ona ma dwadzieścia dwa, a on czterdzieści osiem (jakby arytmetyka w tym równaniu miała jakiekolwiek znaczenie…). To kto i jakie interesy chciał załatwić wiążąc donnę Bonę z konkretnym mężem (stanu) nie będę się wdawać, wszak to  rzetelny artykuł na blogu, a nie opasły tom. Dodajmy tylko, że sam Zygmunt zdecydował się, że Eleonora będzie jego wybranką, tymczasem, o  błogosławiona niewiedzo! Izabela uderzyła do ofensywy nie szczędząc dukatów. Można powiedzieć, że przeceniane dziś jest analogowe  selfie jakie przekazał  Dantyszkowi nauczyciel Bony, którym przyszły mąż się zachwycił. To akcja szeroko zakrojona, w której brało udział mrowie możnych panów. Pozostało pogodzić niedogodności lokacyjne, spisanie i ustalenie warunków intercyzy, wysokości posagu i sposoby jego przekazania i wiele innych detalików. Czy dziwi fakt, że Izabela wynegocjowała nader korzystne dla niej warunki? Ślub per procura odbył się (gdzieżby inaczej) w Neapolu, a przyrzeczone dobra (posag) rozłożone zostały i w czasie i na raty, ale co najważniejsze do sprawa sukcesji dóbr po matce, tego Zygmunt nie dopilnował. Poselstwo przyjęte przez cesarza w Wiedniu piętnastego września tysiąc pięćset siedemnastego wieku nie udało się uzyskać pisemnych gwarancji, iż donna Bona uzyska sukcesie po matce. A dlaczego ślub per procura w Neapolu? Z tej prostej przyczyny, że to była demonstracja tryumfu Izabeli! Niech no sobie możni panowie popatrzą jak jej potęga odradza się jak mityczny feniks! Co tam jacyś książęta włoscy, niech patrzą i płaczą jaką okazję zaprzepaścili, jak tu sam Zygmunt I wkracza na scenę ten, który przoduje Europie! Nie będę opisywała tu bogactwa obfitości orszaku królewskiego Izabeli, dość wspomnieć, że imprezy towarzyszące festyny wszelakiego rodzaju trwały, bagatela czternaście dni. A nad tem wszystkiem panowała nie tylko uroda Bony, ale także jej umiejętności np. taneczne. Bawiono się tak jakby ten dzień miałby być ostatni.

I chociaż obie władczynie (Izabela i Bona) odwlekały rozłąkę to czas pędził nieubłaganie. Bona miała nie tylko uchodzić do bardzo dalekiego kraju, tak odmiennego kulturowo od jej ojczyzny. Miała ostatni raz zobaczyć matkę, i pożegnać wszelkie bliskie jej osoby. Co prawda mogła zabrać ze sobą (w myśl warunków ślubnych grono to powiększyło się o cztery służki i jeszcze jedną matronę) jedną matronę i dwie młode służki, ale wyobrażasz sobie dozgonną rozłąkę z rodziną? Nawet teraz, gdy wiek XXI nasiąkł technologią na wyciągnięcie ręki, a co dopiero wtedy… Cztery dekady daleko, daleko od słońca Italii, krajanie, którzy z nią wyruszą w podróż do Polski narzekać będą na wilgoć, zimno, nieprzychylny klimat. Inna sprawa, że wyprawa była mordęgą, wystarczy napisać, że tylko Bona radziła sobie doskonale. A gdy u celu podróży na mowę powitalną odpowiedziała płynną, kunsztowną łaciną dostojnicy i panie polskie mogły co najwyżej (a raczej najniższej) zbierać szczęki z ziemi, i masować sobie staw skroniowo -żuchwowy. Może nastąpiło przemieszczenie krążka (i to nie jednego) przy okazji, ale o fizjologii nie będziemy teraz pisać. Przybyłe Włoszki i Włosi podczas pierwszego bankietu zetknęli się po raz pierwszy (i nie ostatni, niestety) z tłustą i ciężką kuchnią polską. Zraszaną nie tylko toastami (a jakże) ale przykrymi dłuuugimi mowami. A nazajutrz przecież dalszy ciąg podróży. Państwo młodzi spotkali się po raz pierwszy dwa kilometry od wjazdu do królewskiego miasta Krakowa gdzie oczekiwał Król Zygmunt wraz ze swoją świtą. I znów ceremoniał. Skracam opowieść bo na opisanie wszelkich peregrynacji, miejsc w pochodach, czy dysput o tym, kto w jakim porządku ma jechać towarzysząc Królowej nie starczyło by czcionki, a gdzie podarki, czy opis rzeczonego wiana? Można by rozbudować opowieść do rana wieść niczym sznury drogocennych korali. Każdy możny miał swój orszak, a tym samym pochód wydłużał się i wzdłużał, pęczniał z każdym postojem czy powitaniem, a nie tylko na ziemiach polskich na trasie przejazdu gromadzili się mieszkańcy i przybyli specjalnie na tę okazję goście. Ludzie ówczesnej epoki nie różnili się specjalnie od nas, zadomowionych w XX, czy XXI wieku. A gdzie tam Kleparz, czy katedra, i znów konwenanse, mowy, czy wielogodzinne ceremoniały.

 

Bona zamieszkała w wyremontowanym w dużej części zamku, który wywarł na jej towarzyszkach i towarzyszach niemałe wrażenie. Zajęła komnaty na drugim piętrze od strony katedry. I znów konwenanse, odwiedziny małżonka wraz z senatorami, niby wytchnienie, ale cóż to skoro jednak nie. A Kraków pęczniał w szwach gdyż do jego bram pukali coraz to nowi wielmoże ze swoimi zastępami nie tylko ludzi, ale i zwierząt. Sam Jerzy, książę Brzegu miał jeśli liczyć tylko konie ich sto czterdzieści sztuk. A przecież one nie żywiły się powietrzem. Trzeba było rozlokować przybywających i nie uchybić ceremoniałowi. Aż cud i uśmiech losu, w którym ukazuje garnitur śnieżnobiałych zębów, iż zaślubiny odbyły się zgodnie z planem (dla lubiących daty osiemnastego kwietnia roku pańskiego tysiąc pięćset osiemnastego).  Potem tylko powrót do zamku i ośmiogodzinna uczta weselna (samych mis wysadzanych szlachetnymi kamieniami i zdobieniami było tysiąc trzysta) a sala złota była nie tylko z nazwy. A potem dla odmiany były uczuty i gdzieś pomiędzy noc poślubna. I tak przez dni kilka. A potem żyli długo i szczęśliwie. Nie, no tak dobrze nie ma. Nawet w bajkach. A Bona dorobiła się i białej i czarnej legendy.

 

Dzisiaj zaślubiny odbywają się w blasku fleszy cyfrowych, czy analogowych, wszystko jedno, a drzewiej nie było inaczej zabawki się tylko zmieniły, tyle, że miały wydźwięk cywilizacyjnych wydarzeń, społeczno-politycznych. Przybywali na nie nie tylko możni, ale przede wszystkim humanistki i humaniści. A ślad owych wydarzeń zapisany został w utworach muzycznych, albo literackich, tak też ocalony od zapomnienia. Ślub to nie tylko przepych i morze trunków to także konsylia naukowe, konferencje i uczone dysputy np filozoficzne. To nie śniło się nawet fizjologom! Taka anatomia weselnej zabawy! Co warto odnotować ślub Zygmunta I z Boną Sforzą jest opiewany w literaturze, nie bez racji (i nie chodzi tu o obfite racje żywnościowe, kilkanaście rodzai mięs i obfitości kęs) ale też należy wyraźną czcionką napisać, że  był to ostatni tak znaczący ślub polskiego monarchy. (A wiele już do dziś wody w Wiśle upłynęło). Przez delikatność nie wspomniawszy o tej w kranie. Smutne to, ale prawdziwe. Ślub Bony z Zygmuntem (jego rozmach) można przeczytać nie  inaczej jak tylko. Polska jest centrum renesansu. I nie chodzi o uczty, bale, rozdawnictwo medali, czy podarków kosztownych (a jakżeby inaczej gdy gościnie i goście się rozjeżdżali). Bo na warzywach się nie skończyło, ba… Nawet nie zaczęło, aaaale o tym, innym razem. Jak łatwo się domyślić, ciąg dalszy nastąpi… Ale spokojnie, nikomu na odcisk.

 

 

 

 

 

[377]… By powrócić.

Zastanawiasz się może czym jest uroda?

Czym jest i jak sma(kuje) uroda chwili? Barwy, zapachy, smaki, faktury, spacery, wzory. Mozaiki, gesty i tiki. To wysłuchanie koncertu w filharmonii,  gdzie dźwięk ma nie tylko brzmienie, ale i smak, zapach i obraz, to fuzja, i przenikanie, synteza, trans-fuzja, podróż w czasie, nie tylko dlatego, że niektóre z nich potrafią opaść jak mgła tuż przed świtem. Kon-

tekst-

-Ty

Niektóre  z nich mogą unieść się jak pyłek, zawrócić

Twoją uwagę, rozbawić, połechtać, czy rozbabawić, a Ty jesteś na konkretnym krześle, czujesz ciężar swojego ciała, widzisz ludzi może niektórych zasłuchanych, i tych co grają, i tych co nie słuchają wcale. Otula Cię muzyka, którą możesz odbierać wieloma zmysłami, w antrakcie napić się kawy, pójść na spacer, albo spojrzeć w niebo. Gdzieś tam zobaczyć konfiturę pośpiechu, i zmęczenia, by znów powrócić… Żeglować od przestrzeni do przestrzeni. Przez muzykę, która nie poddaje się testamentom i lamentom, stworzona w konkretnym zdumieniu, czy rozpaczy, rozpatrzy, a może właśnie z pobudek grawitacyjno- praktyczno zobowiązaniowych (kolejny rachunek za prąd). I znów trzeba będzie zrobić zakupy, i stać nieserowych kork_ach!, odebrać dzieci ze szkoły i lekcje od życia….

…(być może, być mnożę) Twoje myśli. Kołyszą się od akordu do akordu.

 

Niezależnie po której stronie partytury siedzisz.

 

[Daniel Barenboim piano Manuel de Falla – Nights in Spanish Gardens, Chicago Symphony Orchestra, źródło nagrania].