[366]. Nie tylko o psie, który jeździł koleją, czyli: smutne koleje egzystencji czworonogów. Uff…

Będę legać,znaczy nalegać chodźmy pobiegać. Nie traćmy ciszy gdy ją usłyszysz. No dobrze, dla tych, które/ którzy nie są jednak entuzjastkami/entuzjastami wysiłku fizycznego, ten tego, a może nawet nie. Nie wprowadzajmy podziałów, i podziałek, i innych grzywek. Nie tu zaś jest pies pogrzebany. A no właśnie. Ostatnio Qbuś wspomniał był coś o tymże czworonogu. Tak więc ad rem! (I nie chodzi o fazę snu), ale o to, że zabieram się do tego wpisu, jak pies do jeża…

[Domowa piosenka, muzyka : Krzysztof Marzec, słowa:Ewa Chotomska, wykonanie: Jarosław Bułka, źródło].

Powiedzmy, napiszmy, raczej, w tych deko (-)racjach i oko licznościach. Ten podobnież najlepszy przyjaciel homo sapię, nssss. 🙂 Czyli  człekokształtnych uprawiających którąś z dyscyplin olimpijskich, na ten przykład: ekstre(mo)mentalne wdrapywanie się na czwarte piętro gdy nie jest czynna winda (do nieba: [czytane na melodię, prawie do nieba wzięłaś mnie, albo: do nieba, do piekła…).

Ale!  Czworonóg o którym wspomniałam,  nie ma najlepszej p(r)as(s)y…Chociaż ustaliliśmy, że przysłowia nie są mądrością narodów.

Oto pies. Jaki jest, każdy widzi… Chyba. Chyba to się pchła na… No właśnie…

 

(W najlepszym razie) można być jak on wyszczekanym (nie mylić z wyszczotkowanym, nie chodzi tu o dbałość o higienę jak najbardziej osobistą) ,nie jest to też podkreślenie tembru szczeku, szczęku, tfu, głosu, czy też możliwości szczekania (w językach) [na]j bardziej obcych, porównanie do francuskiego (pieska)też nie jest wskazaniem na istotność związków, z ojczyzną Piotra Curie. O ni. Określenie to może być co najwyżej kompletnym mętem.
A jeszcze w epoce „jak Cię widzą, tak Cię piszą” powiedzenie o kimś, że jest : jak psu z gardła wyjęty, nie jest określeniem wrzasku mody, raczej okrzyku litości (chociaż jak patrzę na niektórych panów przychodzących do teatru…Niektórzy prezentują się ni pies ni wydra) Nie powiedziałabym też, że lubię kogoś jak psy dziada w ciasnej ulicy, do mojej chociażby dobrej (nie)znajomej osoby. Chociaż by przyszła w wymiętym nie wiem jak ubraniu. Nie szepnęłabym tak nawet!

 

Nie dla psa kiełbasa, dobra p(r)assa. I można zakląć (do wyboru, niepotrzebne skreślić*): psiakrew, psiamać, psiakość, tylko na co? Wiadomo przecież, że psy szczekają a karawana jedzie dalej. Nawet ta, frazeo(mniej)logiczna, czyli przedpotopowa, bo  bez gps-u. Można co najwyżej (a raczej najniżej) zejść na psy, w ramach protestu (nie mylić z pretekstem)  albo mieć widoki na przyszłość, przyszłą kość, czy też pogodę pod psem. Można wyć jak pies (do księżyca). Nie z zachwytu,bynajmniej) a ze skowytu, tu i tu, i jeszcze, tam. Tamtamtaramtam. I to bez względu na metrologiczny meldunek: czy jest zimno jak w psiarni, czy raczej jak upał w piekarni. Chociaż nie. Trafiło się ziarenko,można być wiernym jak pies, ale z kolejnej już strony, i tanie mięs psi jedzą, nie chodzi tu o to, że menu raczej I psi I psy na kimś wieszać.. I tak mogłabym wyliczać, i strzępić czcionkę… A jakże… Wszystko pod psem! I to nie tylko psem ogrodnika! Albo innego nicka. Czy(-) tam mikołaja (nie świętego do tego). Przecież pod psem, może być i życie, niekoniecznie czworonożne, i charakter, I menu, nie chodzi o wcześniej wspomniane,szycie pod psem jest też. Jest też, przywoływana tu piosenka, Bar pod zdechłym psem, ad rem!

I tak jak już doskonale wiemy, związek frazeologiczny nie musi mieć sensu. Za grosz. I gdzie jest pies pogrzebany? A no, to powiedzenie znane było już dawno. Krąży taka oto legenda: W Turyngii, podczas wojny trzydziestoletniej, pewien zakochany, przyuczył psa na listonosza,i tak oto mógł wymieniać ze swą lubą korespondencję mimo znaczengo oddalenia i trwającego krwawego konfliktu, a po tym, jak zginał (ów czworonóg) właściciel wyprawił mu uroczysty pogrzeb, a na nagrobku „da lieght der Hund begraben” Nie wiemy, czy to tylko ładna powiastka, czy prawda, ale faktem jest, że to powiedzenie przejęliśmy od zachodnich sąsiadów. Skąd wzięło się powiedzenie: wieszać na kimś psy? To określenie funkcjonuje w wielu (europejskich) językach. Dawniej istniało wiele zwyczajów, by przedłużyć osobie, która wyrządza zło, karę, nawet (a i przede wszystkim) po śmierci, stąd branie ciał spod szubienic, na sekcję, której wykonanie było powtórnym napiętnowaniem (o tych praktykach już wspominałam) była praktyka wieszania psów razem z osobami na których wykonywana była kara śmierci (czasy wieków średnich). Z kolei psa pięknie sportretował Ezop, w jednej ze swych bajek, to ten czworonóg, który zagarnął owies, i nikomu go nie dawał dostępu,ale raczej wiązałabym to z udomowieniem czworonogów, i zadaniami powierzonymi przez właściciel(k)i. Sam nie zje tego, czego pilnuje, a że pies częstokroć był układany w tym celu by strzec terytorium, nie tylko pies ogrodnika, co sam nie zje, a drugiemu nie da…

Tu nie do końca, a pamiętajmy, każdy ogon ma dwa, 🙂 jest prawda na wierzchu. Cofnijmy się w czasie, i przestrzeni. Pieskie życie, to marny żywot, i wegetacja. Psy, niejednokrotnie żyły w nędzy. Dlatego, że ludzie byli nie zamożni, nie klepali się po brzuchach (które były puste niejednokrotnie) ani po ramionach, ale klepali biedę. Bidę z „nyndzą”. Bryndzą i musztarda po [o]biedzie :)Psy, miały jeszcze gorzej również z tego względu, bo rozpowszechnione było takie przekonanie, że głodny pies, to pies dobrze, to jest skutecznie strzegący zagordy, o właściwym, to jest wysokim poziomie agresji.

Za to opowieść o Królu Janie III Sobieskim, który zapragnął mieć tresowaną (niczym pies) wydrę, której właścicielem był Jan Chryzostom Pasek (ten autor  pamiętników), i który owo zwierzę wytrenował w wielu umiejętnościach, i z bólem serca oddał monarsze, który to  dowiedziawszy się o wspaniałych wyczynach wydry, zabrał je do pałacu. Po dwóch dniach zwierzę uciekło z komnat. Miał je zastrzelić myśliwy, który za to wykroczenie dostał był 1500 batów (zamiast kary śmierci) a potem był zmarł. Tyle, że to bajka, to podanie wielokrotnie powtarzane i przetwarzane, jest błędne. Wcześniej funkcjonowało powiedzenie : ni rak. ni ryba (durak kandyba),ni z pierza, ni z mięsa. I stąd też mamy ni to, ni owo.  Skąd się wzięło to powiedzenie? Nie wi(a)domo…Cicho wszędzie, ciemno wszędzie, co to będzie, co to będzie. Mara… Ale dzisiaj nie o tym…

[(15+2)+(334)]+1. Klamry (II).

Moment.
Bez mięt. I ów skończyło się rumiankowanie. Bez. Podwyższonych pięt. Stóp znaczy. Nie procentowych, tych i owych ścięgien achillesowych. Temperatury utemperowane.

Chmurlandia, i wino-wajca burza, grad znad myśli. Spal-onych. Bary ton ów takich już nie ma, odtaje czcionka. U…au. Upał. Uśmiecha się przez zielon-ość. Pomieszana, pomarszcz-ona hałasem. Trasa coraz to szybszego ruchu. Nawet w sierpniu,tuż za oknem (tym na świt, i tym na świat). Fastryga czasu, fatyga zmarszczki. Zbieżność równo-leżników, zależników. Mnogość

Moment.
Mięta złamana sokiem z maliną. (I potęgą ten tego, pierwiastkiem m(n)oże? nietęgą miną. Oddech.

Moment.Trzeci. <czyli już nie tango, a jeszcze nie bryż)
Klamra. Light Made Lighter. Trio forte pianowe. Nawiązanie do myśli Evansa (Billa), a więc chwila. Jeszcze nie czerstwa, a już czwarta. Puszczanie kręgów na pięciolinii, oka do Keith’a (Jarrett) albo Matthew (Shipp’a). Lewa ręka. Instrumenty, których rolą jest niejako pilnowanie (wyznaczanie rytmu) mają urlop.Nawet jeśli to już było…

Zastanawiające są krzesła w wizji Mariusa Borgeauda** Przecież nikt na nich nigdy nie siedział…I nie zamierza. Nawet owad z rzędu prostoskrzydłych (Orthoptera) symbol niestałości.
Co innego obrazy Hollanda. Vermeera. Czy tego no, co w nazwisku ma ukrytą rodzinę... A oprowadzał możnych po swych pracowniach i był mistrzem reklamy. RemBRAndT. A i ten, co w zasadzie i w kwasie niewiele o nim wiadomo… Albo…Albo poczytaj[my] listy. Tam zawsze spokojniej? One mają przyszłość choć przeszły (i doszły) z przeszłoteraźniejszości. My z XX wieku z szelestu papieru.

Klamry.

A cień się wzdłuża (na obrusie).

*Nawiązanie do albumu C. Taborna Light Made Lighter, z 2001 roku, zwłaszcza do nagrania otwierającego album pt.Bodies We Came Out Of.
**Marius Borgeaud, Biały pokój, Kozmo, dziękuję za przypomnienie o tym obrazie!

[365]. Lemnistkata skończona*.

Konsekwencja myśli wyrosłych ze snów dziecięcych [w]stawaniem nigdy [na(z)]byt wczesnym. W sierpniu zawsze piosenka do wiesza Ewy Lipskiej. (Może to sierpień, ale drzew tu nie ma, a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach./Nikt nie przypływa. Homerycki żart/i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart./Nikt nie przypływa)*. Miesiąc [ten] najlepiej smakuje nocą z notatkami na mankietach czynionych (po)śpiesznie. Oby końcowe frazy nie były krańcowymi. I odwrotnie. Gdzie(?)ż kałuże nieba i spoglądań za horyzont]nadgryzioną  zaledwie zaledwie przewróconą ósemką to znaczy: czasem teraźniejszym.(Teraz większym/teraz mniejszym). Z nie często słyszanym odgłosem silnika spalinowego, jako atrakcyjnego urozmaicenia dni. I oranżada w proszku, w woreczku ze słomką. Upał skwar i kreda(czasami nawet kolorowa), skwar miar i gra w klasy. Gwizd lokomotywy nazbyt rzadki obiecywał przygodę, kanapki z serem i sałatą zieloną. Wchodziło się prawie zawsze przez okno.

 

Amplituda starzenia się, a nie temperowanie temperatury. Deszcze dreszczy, albo odwrot/nie.

 

*tylko czy Bernoulliego,Bootha, czy Gerona?

 

** Wspomniany wiersz, to Dotąd doszliśmy, Ewy Lipskiej, do którego Grzegorz Turnau napisał muzykę, piosenka pod tym tytułem umieszczona została, na drugim albumie artysty, z roku 1993 Pod światło, Pomaton EMI.

[364].[po]LEMizowanie i LEM(oniada).

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec II, Wołowiec 2017].
Le Mans to miasto nad rzeką Serthe w południowo Zachodniej Francji. Ośrodek Cenomanów, ale o nim pisać nie będę. Lemiesz to składowa pługa. Nie mylić z poleceniem LEM mierz! Nie będzie w tej notce od oddzielaniu ziarn od plew, ani o sprawdzeniu ile Lema w Lemie. Będzie za to o książce. Lem, życie nie z tej Ziemi to biografia pióra Wojciecha Orlińskiego. Książka, z którą mam nie lata marmolada i Lem-on- (ci) i [a] da mam nie lada kłopot.

Z lekturą zaznajamia się szybko. Jedni poczytają to za plus inni  wręcz przeciwnie. Schludnie wydana z ładnym zdjęciem na okładce. A ile treści się w niej zmieści? Czyli, dla kogóż jest ona przeznaczona?

Po pysznej scenie otwierającej, której cytować nie będę, pan Wojciech Orliński zapowiada w prologu: Będę pisał, co mi wiadomo— a nie „jak było”. I owszem mamy tutaj garście szarad, przedstawienie sceny, a potem jej rozszyfrowanie, była li ona? Z jakiej perspektywy? A czy na pewno? Bo taniec Stanisława z datami był dość powszechnie znany (dla entuzjastek i entuzjastów) twórczości pisarza.

Zaznaczyć należy jedno, Autor rzeczonej biogragii pisze z tej właśnie perspektywy [entuzjasty] co rodzi takie a nie inne konsekwencje. I jest to doskonała opowieść odczytywana  której (pod)  mógłby brzmieć”Moje życie z twórczością Stanisława Lema” i nie będzie to stanowiło wady. A i nie znaczy to, że proporcje w jakiś sposób są zachwiane. Stanowi to określenie narracji, snucie historii. Podążanie za opowiadaniem, może stanowić nawet pomoc w zrozumieniu rzeczywistości dawnej, młodszym Czytelnikom i Czytelniczkom.

To, że nie wiemy prawie nic o dzieciństwie pisarza oraz jego młodości (chociaż o tej, już trochę więcej) nie zdumiewa. To, że rodzice są ledwie zarysowani w biograficznej opowieści również, ale że Żonie i Synowi poświęcone jest tak mało miejsca? Więcej znajduje w niej przestrzeni umiłowanie Lema do motoryzacji. Przy czym nie chodzi mi o to, by nagłe wchodzić komuś z butami w życie. Przy zachowaniu proporcyj i dobrego gustu.  O pewnych wątkach dowiedziałabym się znacznie więcej, i nie chłodzi tutaj o relacje rodzinne tak jak ta z synem Tomaszem, chociaż to także, ale np o lekturach Lema, czy jego sposobie prowadzenia rozmów, np tych związanych z medycyną.

Gdybym miała przyrównać lekturę książki do obrazu, to na myś(ni[]ck)l przychodzi mi Georges Seurat  ze swoim Niedzielnym popołudniem na wyspie Grande Jatte. Ze względu na technikę wykonania obu dzieł.

To co wraca również uwagę osoby czytającej to język, którym Lem  i jego korespondenci się posługują. (Takie słowa jak blaga czy są z rzadka dziś w użyciu, a przy tym neologizmy Lemowo Staszkowe, albo odwrotnie* są pięknej urody). Skąd, aż skąd te pieśni Lema o niemożności i zastoju w Pracy Twórczej, w czasie, dodajmy pisania arcydzieł? Przekonanie (a może lepiej napisać przeświadczenie?) to, jak dowiadujemy się z lektury, nigdy Autora nie opuści.

Razi mnie sentymentalizm tej książki, krzepa bohaterów, papierowość bohaterki. Coś mi tam zalatuje Remarkiem z jego Trzech towarzyszy. Jest w tym jakieś gówniarstwo. A mówiąc spokojniej- autorowi nie wolno robić bohaterom przyjemności tylko dlatego, że im sprzyja. Romans w końcu mógł się skończyć jak w powieści, ale warunkiem koniecznym byłaby osobowość tej ukochanej narratora, a w istocie jest ona pustym miejscem.

[Lem. Życie nie z tej Ziemi. Wojciech Orliński, Agora/Czarne, Wołowiec 2017,Stanisław Lem o Powrocie z gwiazd w liście do Beresia, s. 208].

Pytania powyższe pozostają bez odpowiedzi, chociaż omówienie dorobku Lema zajmuje trzon książki, tropienie wątków autobiograficznych, rozszyfrowywanie ich. To doskonała koncepcja, zwłaszcza dla tych osób, które dopiero zamierzają się zapoznać z dorobkiem Autora. Jest to moja pierwsza książka o tej tematyce, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dalszy ciąg (nie matematyczny) wątków lemo-logicznych, a tematy nie rozwinięte w tej pozycji są wcześniej omówione gdzie indziej. Nie ma to być usprawiedliwienie, jeno głośne zastanawianie się nad przyczyną, czy koncepcją, może ktoś  kto czyta/ł biografię zechce o wrażeniach podyskutować ze mną.

Poza tym od śmierci bohatera (tejże książki) minęło już, a w przypadku pisania książek biograficznych ledwie jedenaście lat. Z jednej, można by było napisać z pierwszej, strony tworzenie książki jako pierwszej biografii jak i potem kolejnych (oddalonych w latach, co się rozumie jako konsekwencje) skutkuje takimi a nie innymi konsekwencjami (wszak te będą zawsze). Chociażby to, że żyją Najbliżsi Autora. Korespondencja, z drugiej strony, a więc i kolejnych jestem ciekawa jak na dorobek  autora Solaris będą patrzyły pokolenia dziś wchodzące w życie? Zwłaszcza, że żyją one już z trzecim okiem technologicznym/informatycznym. Tutaj (niezależnie gdzie ono się mieści) zaczyna się oddychać Internetem.

To co zdziwiło mnie, a jest zaledwie wspomniane w książce, to problemy pana Stanisława ze zdrowiem, i chroniczne niedomaganie fizyczne. To, np. że nie słyszał dobrze, kładłam na karb wieku, nie zaś wybuchu w czasie niepokojonym, a w zasadzie dwóch, z których uszedł z życiem. Nie mówiąc (nie pisząc) już o innych dokuczliwościach życia. Nie tylko to mnie dziwi, także sposób wyłuskiwania rzeczywistości, (kraj)obrazy, horyzontów zarówno zderzeń i zdarzeń. Rzeczywistości słowem nie pixelem malowane.

Druga kwestia: jak byłam młodsza (dużo) to łączyłam poczucie Lemowskiego pisania z Mrożkowym poczuciem humoru i rzeczy [oczy]wistości, i choć wiem od dosyć dawna, że Panowie się zaprzyjaźnili (chociaż w tej książce jest to wątek mniej niż poboczny. Może dlatego,że parę lat temu została opublikowana korespondencja obu Gentlemanów. Nie zdążyłam się z jej treścią jednakże zaznajomić gdyż nieopatrznie pożyczyłam książkę na wieczne, jak się okazało, nieoddanie…)

Czy książka pomogła mi w zrozumieniu fenomenu Stanisława Lema? Nie, a to dlatego, że pierwszym ważnym rozmówcą na TE tematy był i mam nadzieje jest i jeszcze będzie i tu zwracam czcionkę w Twoim kierunku, tak Twoim [Xipil]. Mam nadzieję, że podzielisz się (nie że Się sklonujesz,albo spierwiastkujesz, nie mylić z odpierwiastkowaniem, broń Cię Logiko!i wszelkie wielbłądy gram!atyczne) wrażeniami z lektury, bo to, że książkę przeczytasz… To pewne. Na pewno sięgnę jeszcze po lekturę z kręgu tych, napisanych przez Stanisława Lema. Tylko którą?

Zapraszam do dyskusji. I smacznego czytania. Warto.