[333].Z notatek na marginesie(II).

Przedmowa powinna informować,dla kogo książka jest przeznaczona. Czytelnika należy ostrzec (…)

[John Summerson].

*** *** ***

 

PrzySzedł świat(ł)opo(d)gląd. Wiosna rozkwita w pączkach przy (i )puszczeń. szeleszczeń zielonej lekkości (k)roku. Kawa smakuje bardziej subtelną czernią nawet ta, pita gdzie indziej. Rooo(ck)zciąganie. Oddech. Praca przepony.Mądrość cia głaszcze  myśli. Smak dobrego snu nadgryziony przez (po)ran[ne godziny. Przestrzelone zamyśleniem i lek i turą grama (tema)tycznie ułożonych lit[er] w litr nie jedynego akapitu. Kap kap złuszcza się wyłuszczeniem też haust inkaustu te[z] tu i jeszcze tu. A mo(r)że wtem tam…Kałuża nieba.Nie bo Oczy szeroko przymknięte. Spod powiek gęsia skórka smaków [tęsk]not no[_]ty pragnień, mgnienia spełnień, wonności powinności, ości porażek, rachunki czasów t(ł)oczy się życie w zapowiedzi czasowników skropionych czterema porami lata. Pory gęsiej skórki…Po wiek…

Dwudziesty pierwszy.  Pierwszy i… [D]ostatni ?

Reklamy

[(292+1)+1][314][(314)+1)+1]. (#12 poniedziałków:) Kobieta w czerni, albo pożegnanie z Marią.. Część trzecia (prawdopodobnie) ostatnia.

[Przedostatni walc, Wojciech Młynarski, źródło nagrania].

Skrócony odnośnick do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1ei

Wiele krojów czcionek i inkaustu nie jednego haust zużyto by pisać o razach (nie od- ani u-) pierwszych, ale jak może smakować robienie czegoś po raz ostatni? Jeśli oczywiście, mamy tego świadomość. Zasypiamy się i budzimy ze świadomością tego, że jeszcze tyle czasu przed nami, że tętno i krew będą krążyć, że zobaczymy kolejny zachód słońca, a wschód pewnie prześpimy w ciepłym śnie o lepszym jutrze. Jest tylko dzisiaj, i wspomnienie wczoraj, i nadzieja na jutro. Jest tylko dzisiaj. Jest teraz. Ta chwila. Tylko ta chwila. Nie ma innej.Ta chwila.

Z drugiej strony, warto sięgnąć w przeszłość. Być może kiedyś trzymał/aś/eś w ręce kalejdoskop. Jak byłam dziewczynką fascynowała mnie tańcząca geometria. Warto odkurzyć historię. Zatem pomni i pomne, tej wiedzy usiądźmy przytomnie w wieści opowieści co tyle treści w sobie mieści. (dla osób nie czytających wcześniej: część pierwsza, część druga):

[Stephen Hawking].

To, że Maria i Piotr Curie oraz Ernest Rutherford konkurowali, albo inaczej brali udział w wyścigu wiadomo, i tak to dyskutowali na łamach czasopism naukowych, powtarzając swoje doświadczenia (małżeństwo Curie nawet użyczyło swojemu konkurentowi próbkę destylatów toru i radu, dałby radę go nabyć -choć za uiszczeniem wysokiej opłaty— we własnym zakresie).  Za niedługo, bo w 1903 roku Maria obroni swoją pracę doktorską. Podobnież była pierwszą kobietą we Francji, która uzyskała ten tytuł. W tym to czasie Piotr w kieszeni swojej marynarki nosił bromek radu… Napisać, że promieniał szczęściem, to była by hiperbolizacja. Teraz już wiemy, że nie było to bezpieczne rozwiązanie. I on także to wiedział.

Jak wiadomo, siedem lat wcześniej, (1896 roku) umiera Alfred Nobel a pozostawionym przez niego majątkiem będzie zarządzała Szwedzka Akademia.  Gdy rodzinie milionera podważenie ostatniej jego woli się nie udało, czas przyszedł (i pozostał) na przyznanie pierwszych nagród. O pierwszej nagrodzie z fizyki już pisałam, ale fakt na który warto zwrócić uwagę, i co znamienne rok później, Nagrodę otrzymali Pieter Zeeman i Antoon Lorentz za badania nad wpływem magnetyzmu na zjawisko promieniowania, a przygotowanie do tychże badań, czyli cały szereg mrówczych prac (o czym się już nie wspomina) wykonał nie kto inny jak… Piotr Curie.  A on jedynie został nominowany do otrzymania tej nagrody… Zwykło się mówić (choć o przy i słowiach już było), że co się odwlecze to nie uciecze… No, chyba, że jest się kobietą… Poza tym, że Maria została wymieniona w liście, który był glejtem do otrzymania Nagrody Nobla przez Panów Piotra i Henriego, to zostały tam zamieszczone zmodyfikowane fakty, dotyczące odkrycia dwóch pierwiastków radu i polonu. No, a to co wykonała Maria, to przecież fakty, o których wie każdy naukowiec, który jest zorientowany w materii, z którą ma do czynienia, czyli… Nic wielkiego.  Najbardziej zdumiewające było to, że wśród sygnatariuszy listu znalazł się Lippmann, dla którego Maria była tylko ubożuchną studentką, z dalekiego (i to nie istniejącego) kraju. O całej sytuacji to jest znieważeniu Marii powiadomił Piotra Magnus Gosta Mittag-Leffler znany matematyk. Piotr zaś odpowiedział, że wkład Marii jest równoważny i jeśli tylko panowie zostaną nominowani do Nagrody Nobla, on tejże nie przyjmie. I tak dzięki zabiegom niemieckiego Matematyka i oporowi Piotra Maria także uzyskała Nominację . Oczywiście nie przeszło to bezkolizyjnie, niektórzy członkowie komitetu mieli protestować zasłaniając się względami formalnymi, to jest wcześniejszemu sporządzeniu dokumentu, ale dzięki temu, że Maria była już wcześniej (i to dwa razy) nominowana do otrzymania nagrody stało się możliwe skorygowanie  treści dokumentu.

I tak d o c e n i o n o jej wkład za zapoczątkowanie nowych badań w dziedzinie fizyki, wytrwałość, oraz niezwykłą doskonałość metodyczną. Curie odkryli zjawisko promieniotwórczości.  To, że Piotr się zbuntował, i nie zgodził się na pominięcie wkładu żony, to jedna sprawa. Małżeństwo Curie przyjęło nagrodę (chociaż  podział finansowy nie był sprawiedliwy bo potraktowano ich jako jedną osobę) to już budziło zdumienie w środowisku naukowym, ale to, że odmówili przyjazdu do Szwecji… (Ha! Bob Dylan nie był pierwszy, który wywinął taki numer…Przed nim była Polka! Nasza RADaczka!) Ale dosyć żartów, tu chodziło o sprawę poważną. Naprawdę. Maria znów ma nawrót depresji. Zeszłego lata, poroniła (o czym się nie mówi, w zasadzie o wielu aspektach życia naukowczyń się nie dyskutuje, nie tyle, by roztrząsać prywatne sprawy, ale dla nauki właśnie, wyciągania wniosków etc). Nie, to nie skutek choroby popromiennej. Śmierć ukochanego ojca, potem dziecka, następnie niedożywienie,zmęczenie i praca, czyli powtórka znanego scenariusza, to wszystko odbiło się na stanie zdrowia Polki. Becquerel sam odbierał nagrodę, która podówczas, nie była tak znana jak dzisiaj.

Roztargnienie jest niebezpieczne tak samo w laboratorium jak i na ulicy, o czym przekonał się Piotr Curie i jego żona. Czwartek dziewiętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset szóstego roku padało rzęsiście. Toczy i tłoczy się życie na przejściach dla pierwszych, drugich i trzecich pieszych w kolejce po śmierć. Louisa Manina, woźnicę feralnego tłum chciał (i o mało swojej obietnicy nie zrealizował) zlinczować w odwecie. Nie, nie dlatego (a przynajmniej) nie tylko dlatego, że dowiedziano się kto zginął pod kołami szaleńczo mknącej dorożki.Paryż, jak i w ogóle Francuzki i Francuzi byli podminowani sytuacją gospodarczą. Nastroje, eufemistycznie rzecz ujmując były wybuchowe, a rzecz uściślając strajk goni strajk, wreszcie zaczyna się mówić o warunkach pracy, braku zaplecza socjalnego etc. Warto sobie przypomnieć o jednej rzeczy zaczęto pisać o koncepcji dzieciństwa, jak je dzisiaj pojmujemy w tysiąc dziewięćsetnym roku. Drzewiej dziecko to taki mały dorosły. Dzieci pracowały w kopalniach, w warunkach trudnych do wyobrażenia. [Stąd też w baśniach pisze się o krasnoludkach, to dzieci, skarłowaciałe, które nie mają szans, na to by prawidłowo rosnąć. Nie mówiąc już o odżywaniu się, radości, czy zabawie. (O czym już w wspomniałam)] zabezpieczenia społeczne, warunki pracy. I to bardzo ważne aspekty życia społecznego, które teraz są podnoszone przez mieszkańców, zwłaszcza, że a) nie tak dawno  na łamach prasy, z każdej szpalty wrzeszczały tytuły o wypadku pod ziemią, b) ministerstwo spraw wewnętrznych zyskało nowego kierownika. Gdyby istniała wtedy chociażby telewizja, na miejscu byłyby wszystkie ekipy, a i wykonywano by symulację wypadku. O czym myślał wtedy Piotr? Czy wypadki (sic!) potoczyły by się (sic) bezpieczniejszą drogą, gdyby wracając ze spotkania z profesorami nauk ścisłych, zastał jednak swojego wydawcę, do którego wstąpił? Gdyby nie ten strajk pracowników drukarni… Redaktorzy nie mieli by o czym pisać. Jean Perrin mówił, miał mówić później, że gdy przekazał hiobową wieść o śmierci jej ukochanego zachowała stateczną postawę. Nie powinno to nikogo zdziwić, od dzieciństwa uczona uczona była tego by nie zdradzać swoich emocji, czy chodziło o matkę i zachowanie dystansu wobec córki, czy maskowanie uczuć wobec ojczyzny, której nikt nie raczył umieścić na mapach świata. Jej listy, jej dziennik z tego okresu jest pełen czułości, dziennik najbardziej tajny zdradza skrywane skrzętnie między papierem a atramentem, miłość, czułość i tęsknoty jotę.

Jakże przykre w tym wszystkim i to, że przez opinię publiczną postrzegana była jako żona uczonego, tak, żona uczonego, ten status też straciła, jakże miało się okazać, bezpowrotnie. Wywalczyła sobie Maria, a nie otrzymała w spadku, jak zwykło się pisać, katedrę fizyki ogólnej na Sorbonie. Jakież było zdziwienie publiczności, gdy zaczęła wykład tam, gdzie Piotr skończył, bez zbędnych peregrynacji, czy rzecz ujmując rzecz miej literacko, propedeutyki. Piątego listopada roku tysiąc dziewięćset szóstego. W tym czasie obie córki rezydowały u dziadka, który podął się ich wychowania, a matka, pierwsza kobieta, która uzyskała katedrę wyższej uczelni, jak zwykła to robić wsiąknęła w naukę. W tym czasie także należy uregulować własność radu, a Maria broni swojego wkładu intelektualnego. To z jednej strony, prywatnie przez dwa lata organizuje nauczanie zbiorowe, jak to się drzewiej nazywało mając na względzie dobro i rozwój córek, ale żeby ich nie izolować, zapewniając poprawny przebieg socjalizacji (inaczej rzecz się miała u Witkacego, który miał wszystkie rzeczy materialne, również te trudno osiągalne, ale nie chadzał do szkoły powszechnej) w tym liceum wykładowcami/wykładowczyni są nobliści/noblistki. To się nazywa dobór kadry. Do tego Maria zatrudniła guwernantkę, która uczy córki polskiego.  To co pozwoliło Marii oprzytomnieć to oczywiście, sprawa nauki, a raczej, pisząc wprost toczenie bojów na tym polu z lordem Wiliamem Thomsonem. Phi, powie może ktoś/ia któż to jakiś tam lord, którego Historia nie pamięta… Jeszcze rok przed śmiercią fizyk ów twierdził, że rad nie jest metalem. I zaprzągł w te rozważania prasę.  Opisał to jako ołów z helem. Rutherford miażdżył argumenty Kelvina w prasie naukowej, ale ten nie ujrzy ostatecznej, zwycięskiej rozgrywki Marii. W ostatnim roku pierwszej dekady roku tysiąc dziewięćsetnego wraz z Andre Debierneem otrzymuje kilka miligramów białego metalu, to ostatecznie zamyka rozgrywkę, ale to tylko wygrana bitwa, nie wojna. Przynajmniej na razie. W tym samym roku Maria w dwóch tomach wydaje swoje prace pt. Traktat o promieniotwórczości. Dzięki hojności Andre Carnegie Maria pracuje we własnym, wspaniale wyposażonym laboratorium jak również dzięki zaangażowaniu Armeta de Lisle‚a. Dysponuje takim zapleczem technologicznym i finansowym, o którym dzisiaj śnią naukowcy, nie tylko naukowczynie, na całym świecie. Tymczasem świat się podpala, wrą nastroje nacjonalistyczne, z jednej strony, z drugiej nauka rozwija się jakoby wbrew polityce. Maria bierze udział w pierwszym Międzynarodowym Kongresie Promieniotwórczości, na którym poznaje Lise Meitner, która nazywana jest nie inaczej jak „niemiecką Curie” z racji podobieństw w życiorysach.

Eugeniusz Curie umiera bez pośpiechu i po cichu w cieniu Wielkiej Historii, teraz to Maria musi zaopiekować się córkami. Ale jak zwykle to bywa we wszystko wmieszała się nie, nie tyle historia, co polityka z sosem nacjonalistycznym, ksenofobicznym i nienawiści wobec kobiet. No i uprzedzeniami wobec osiągnięć naukowych.  I w takim klimacie rozgrywa się na łamach prasy kandydatura Marii do Akademii Nauk, nie zostanie zaliczona do tej grupy, i będzie nad tym ubolewać do końca życia, oczywiście ubolewać skrycie, jak to miała w zwyczaju. Dwóch głosów zabrakło. Prasa nie była przychylna Marii, jej rolę określano jako współpracowniczki męża, albo „inteligentną i bardzo oddaną małżonkę”, a to eufemistyczne określenia, zarówno w świetle rzeczy już opisanych, jak i tych, które wkrótce miały nadejść. Głównymi autorami, tych zajść, których wskazuje historia mieli być: Julien Coudy i Henri Bourgeois. Maria uczestniczyła będzie również w pierwszym Kongresie Fizyki Solvaya. Do Brukseli w 1911 roku zjadą najwięksi uczeni. W Listopadzie prasa ujawnia romans z Paulem Langevin. I to krótki lont, który rozpala burzę, fizyk, który podówczas był już w separacji ze swoją żoną, a ich kłótnie były sławne ze swych decybeli, rozmachu, i potłuczonych naczyń, przy okazji. Gdy ma się te wiedzę trudno dać wiarę, o zarzutach powielanych w prasie, że P o l k a oto rozbija d o b r e  f r a n c u s k i e małżeństwo. Rozpętał się sztorm, nie tylko są wysuwane żądania by uczona zrezygnowała z wykładów na Sorbonie, ale generalnie wyjazdu z Francji, po prostu wyginania, i do podania się tej egzekucji namawiała ją Bronisława, przecież w Polsce, obejmie nie tylko takie stanowisko, które by ją interesowało, ale i z laboratorium nie będzie problemu, zwłaszcza, że sprawa polską była nie tylko żywo zainteresowana, ale i utrzymywała kontakty. I jeszcze jeden pan, namawia ją do powrotu do ziemi ojczystej, noblista, Polak: Henryk Sienkiewicz, kierując do Czcigodnej Pani list. to on również zapytuje jeszcze o jedną sprawę, mianowicie, czy zgodziła by się powołać podczas  swojego pobytu za Oceanem komitetu, którego głównym zadaniem było by zbieranie składek na powstanie w Polsce Instytutu Radowego. Posłańcy Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (któremu przewodniczył Kazimierz Żorawski, tak ten sam Kazio, który nie potrafił i nie chciał się przeciwstawić woli rodziców, by mógł poślubić biedną guwernantkę) mieli przekonać Marię do powrotu na ojczyzny łono. Nie do przecenienia zostaje jej wkład w naukę polską, wpierała rodzimych naukowców na wszystkie dostępne sposoby. Ad rem!

Taka sprawa to przede wszystkim sytuacja gdy przyjaźni, mówi się sprawdzam, i bez wątpienia, ci,którzy dotychczas deklarowali przyjaźń, Marii, ten egzamin zdali na szóstkę. Należy pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze w czasach trudnych dla naszych Bliskich to my zdajemy egzamin, ale gdy nas dotykają złe obroty spraw ziemskich, to okazuje się kto rzeczywiście jest naszym przyjacielem, kto potrafi nie tylko z jednej strony okazać nam gesty przyjaźni, poważania, szacunku, z drugiej zachęcić do działania, do wytrwania w drodze do celu. Kto w nas wierzy. Ad rem! To czas dla Marii trudny, prasa ją znieważa.

Nie jest rozstrzygnięte, czy Paul doznawał przemocy fizycznej ze strony żony, chociaż i takie podania można znaleźć, dość napisać, że jego małżeństwo, które prawnie było w separacji, należało już do przeszłości. Gdyby tylko Maria była mężczyzną, nie było by sprawy, o życiu Alberta [Einsteina] nie pisało się wiele, a było o czym. To nie wymiana przyjacielskich listów, i zamiana koloru sukien z czerni, na biel. Listy owe sprzedane zostają prasie przez żonę uczonego w akcie zemsty. Opublikowane pt. Historia miłosna: Pani Curie i profesor Langevin. Znamienny tytuł. Dalej są oskarżenia, emigrantka, której Francja udzieliła schronienia, która była biedna,  odbiera dobrego męża przykładnej Francuzce, chociaż trzeba, by być rzetelną, powiedzieć i to, że dziennikarz, który rozpętał to piekło na ziemi, skierował list z przeprosinami do uczonej, ale nic to nie pomogło, prasa miała o czym pisać. Oto biedna kobieta, wdowa rozbija idyllę francuziej kochającej się, rodziny. Machina poszła w ruch. a czcionka paliła się i rozpalała umysły nie tylko Paryżan. Żona uczonego wniosła pozew o alimenty i oskarżyła małżonka o cudzołóstwo. I pistolety miały wystrzelić, nie w przenośni, lecz zupełnie na poważnie, gdyż Langevin pozwał Tery’ego na pojedynek. W tym czasie wieści te przetoczyły i przekroczyły wszelkie granice… nie tylko absurdu, zdrowego rozsądku, ale przede wszystkim geograficzne. W tych dekoracjach, gdzie ani deka racji nie ma Georges Urbain kieruje do Paula ów sławny List nie tylko w obronie moralnej Curie, ale przede wszystkim ujawniając kulisy zajścia. I tak, z jednej strony sprawa sądowa w toku, z drugiej przyznano Marii dwukrotnie Nagrodę Nobla, co do tej pory pozostaje wydarzeniem bez precedensu. Ale aby to zrozumieć należy spojrzeć głębiej, albo jak kto/sia woli z szerszej perspektywy. Nie chodzi o roztoczenie parasola ochronnego nad wdowa Curie, czy o solidarność uczonych (hahahaha) jeśli już prędzej to można (jeśli już trzeba przyjrzeć się) to rozpatrzeć sytuację jako rywalizację między fizykami, a chemikami. Tak pierwsza Nagroda Nobla to kamyk (a raczej głaz, kamień węgielny) do pierwszego ogródka, druga, do drugiego. To pogodzenie dwóch środowisk, biorących udział w wyścigu. Radioaktywność to nie tylko początkująca, ba raczkująca dziedzina, ale łączy dwie dyscypliny. Co warto też zauważyć, a o czym niewiele się mówi, jeśli po odbiór pierwszej Nagrody Nobla z dziedziny Fizyki Curie, nie mogli przybyć, ze względów już wspomnianych, to jeśli chodzi o drugą domagano się od Marii by po drugą nie stawiała się osobiście, uczynił to listownie Savante Arjemius, no nie ma co myśleć o obronie uczonych, a powodem była sprawa Langevina. Wyobrażasz sobie taki list skierowany do mężczyzny? Czy muszę pisać, że Maria pojawiła się w Sztokholmie? Uprzednio, odpisawszy na list. Teraz już afera zmienia nazwę zataczając coraz to szersze kręgi. Do tego gdzieś ginie fakt, że procesu sądowego o zdradę jednak nie będzie, taki szczególik na marginesie histerii i historii  afery Curie. I tak przybywają trzy, Maria, Bronisława i Irena. Zauważone zostaje jeszcze jedno, słaba kondycja fizyczna Noblistki. Nie tylko jej bladość, ale potrzeba fizycznego podtrzymywania, wspierania się to na ramieniu siostry, to córki. Pięciodniowy maraton. Gratulacje nie mają końca, można dostrzec wśród nich także list, którego nadawcą jest nie kto inny jak Planck, ale nie każdy był taki przychylny, czy chociażby prawdomówny, wystarczy przyjrzeć się korespondencji Rutherforda, którą jednak tutaj, przez grzeczność pominiemy myśleniem i milczeniem. Dość stwierdzić, że do Marii skierował list pochwalny, komplementujący. Niemniej pod koniec roku 1911 Curie trafia do szpitala. Potrzebuje odpocznienia. I tak udaje się na kilka miesięcy do Hampshire za namową przyjaciółki i na jej zaproszenie.

Po przyjeździe Maria zmieni adres zameldowania, na paryski. Maria przewodzi badaniom nt. pierwiastków promieniotwórczych naucza, wygłasza referaty. Wyszła z bojów ręką nie tylko obronną, ale jak twierdzą historycy silniejszą. Na jednym z kongresów Fizyki Solvaya dołącza do niej córka (Irena oczywiście) ze swoim mężem. I spotyka tam też znajome twarze wśród nich wspomnianą już Meitner, która teraz pracuje w Berlinie ze swym mężem Otto Hahnem.

Czternaście lat przed wybuchem II wojny światowej Maria wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. Będzie gościnią także w Instytucie Francuskim w tym mieście, opowiadała o paryskim instytucie Radowym chciała by taki powstał również w Warszawie. W jej starania zaangażowane były różne osoby od Meloney po Huberta C Hoovera. I tak na schodach Białego Domu, w obecności dygnitarzy (warto wyróżnić w tym miejscu Paula Claudela, o jego siostrze napisałam pierwszy artykuł zamieszczony na blogu) z rąk prezydenta otrzyma czek, który będzie kamieniem węgielnym instytutu, który zostanie wybudowany na warszawskiej Ochocie przy ulicy Wawelskiej 15 uczestniczyła tak w pracach projektowych, położenia kamienia węgielnego jak i otwarciu dzisiejszego Centrum Onkologii.

Podczas Wielkiej Wojny Maria z córką były na froncie, prześwietlały rannych żołnierzy za pomocą przenośnych aparatów rentgena. O czym także mało kto wie, tak naprawdę ryzykowały życie własne. Te pojazdy zyskały znamienny przydomek Małych Curie. Przebadano milion sto tysięcy wojaków, którzy inaczej musieli by umrzeć. A przecież mogły siedzieć wygodnie w swoich fotelach w instytucie zaliczanych do czołowych na świecie i prowadzić badania nad radioaktywnością. To ona uda się do francuskich ministrów proponując utworzenie specjalnego oddziału służby radiologicznej, to ona wyrusza wraz z nastoletnią Irką na front. Na pierwszą linię ognia. Ale takie posunięcie wymaga poparcia, które Maria, a jakżeby inaczej uzyskuje, auta renault i limuzyny zostają przemodelowane godnie z jej projektem. I takich samochodów za jej sprawą i sprawnym zaangażowaniem powstało ponad dwieście. Och, to taki gest cudzoziemki… Biednej guwernantki, która się chroni w ramionach męża, i grzeje

w jego sławie. Tyle, że prawie każda osoba mądra jest po tym jak ktoś/ia jednak przezwycięży trudności, wtedy usta i kieszenie ma wypchane frazesami w stylu:” jesteś dzielna”, „ja to zawsze w ciebie wierzyłem/ wierzyłam” etc. Marne pocieszenie, a właśnie jeśli już o Marnę chodzi to Maria i Irena pojechały w pełni wyposażonymi małymi Curie, na front podczas bitwy nad Marną jeszcze jedno warto zauważyć ów projekt, jak można było tyle ważnego sprzętu ważącego od ok 250 do 300 kg umieścić w jednym samochodzie o niewielkich rozmiarach. Jeśli komuś przychodzą na myśl podróże fiatem 126p to niech daruje sobie porównania. Trzeba było zmieścić nie tylko urządzenia, które wytwarzały wysokie napięcie, zawory, trzy lampy i statywy, stolik, zapas płyt i innych materiałów fotograficznych, a także ekran służący do prześwietleń.kasety, zasłony do przyciemniania, aparaty ochronne dla operatora, narzędzia medyczne,kable, części zapasowe, apteczki, zespoły prądnicowe, i komplet narzędzi do badania rannych i prowadzenia operacji, personel liczący trzy osoby: kierowce, laboranta i medyka/ Montowanie aparatury trwa, uśredniając, kwadranse dwa. Warto pamiętać, że szpitale były prowizoryczne, najlepszym sprzętem dysponowały panie Curie. I to wszystko mknie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Nie dziwi więc spostrzeżenie, że w Belgii i Stanach Zjednoczonych Maria postrzegana jest (a przynajmniej była jeszcze nie dawno) jako lekarz. Tak, jako medyk. Po powrocie z Wielkiej Wojny, opublikuje swe raporty, które spisuje w wolnych chwilach. Nie, nie zabezpieczały się ołowianymi garniturami, chociaż wiedziano o zgubnym wpływie promieni X już wówczas. Bo jakże by inaczej tłumaczyć powstałe kursy zastrzeżenia, że aparaturę mają prawo obsługiwać wyłącznie technicy i lekarze przeszkoleni w tym zakresie nosząc odzież ochronną specjalnie przeznaczoną w tym celu? To mit, że Maria nie wiedziała o zgubnych skutkach promieniowania. To przecież ona angażuje się osobiście w kształcenie przyszłych laborantów, j i laborantki (dwadzieścia kobiet)ej zdolności pedagogiczne i andragogiczne często się pomija, jako nieważne. To ją na tym stanowisku zastąpi córka, Irena. Oboje wykształcą sto pięćdziesiąt kobiet w ciągu czterech lat wojennych jak i po zakończeniu działań zbrojnych. Punktów stałych i tymczasowych było 500, a mobilnych Curie 300. A personel jednego autka wykonuje przez dwa lata dziesięć tysięcy badań na siedmiu tysiącach rannych. To tak jak ratować miasta od nieuchronnej zagłady.

Jako pięćdziesięcioletnia kobieta w 1914 roku wyrusza w podróż za ocean po cenny gram radu. Zawojować Stany niemniej Zjednoczone pomoże jej Missy. Finał już znamy.

Nikomu nie zwierza się ze swojego cierpienia, można dostrzec symptomy, jeśli się o nich wie, ciągle pociera ręce tak jakby marzła wystawiając dłonie na mróz. Piszę na tablicy ogromniaste cyfry, litery nieskładnie, ale nikomu nie powie, że nie widzi.Bez powodzenia przechodzi operację katarakty, widzi od tej pory podwójnie, ćwiczy się w pisaniu i czytaniu, bez powodzenia. Dalej jest zwierzchniczką laboratorium najlepszego na świecie. Dalej nie jest przyjęta do grona Akademii Nauk, dalej nad tym ubolewa. Dalej, skrycie. Zostanie zaproszona do grona osób, które mają zasiadać w Komisji Współpracy Intelektualnej znanej jako CICI pod przewodnictwem Henri Bergsona. Maria zawsze zabiegać będzie o pokój, chociaż mit, pielęgnowany będzie inny, pieśń o oderwanej od spraw doczesnych idealistki, marzycielki, kobiety dzielnej, kobiety odzianej w surową czerń. To ona przyjmuje do pracy w swym laboratorium ludzi, którzy staną się wielcy tak jak Bernard Goldschmidt, który będzie w przyszłości szefem Komisji Energii Atomowej.

Historia Marii Skłodowskiej, którą świat zna jako Madame Curie, kobietę, która promieniowała sławą. W jednym ze swoich listów adresowanych do Herthy Ayrton napisała:

Jedynie za pomocą pokojowych powiązań będziemy w stanie stworzyć pokojowe społeczeństwo(…) Aż trudno sobie wyobrazić , że po tylu stuleciach rozwoju ludzka rasa ciągle nie wie, jak rozwiązywać problemy bez uciekania się do przemocy.

Szkoda, że te słowa te, w odróżnieniu do jej dziedzictwa,  nadal pozostają aktualne. Maria za życia została legendą, po części sama dorzuciła do niej kila zdań. Niemniej, niestety, nie zmienia to faktu, że jej życie nadal pozostaje nieznane, poza oczywiście faktem, że jest jedyną osobą odznaczoną dwukrotnie Nagrodą Nobla, pierwszą kobietą, i obcokrajowczynią, która została pochowana na francuskim Panteonie. A szkoda. To biorąc pod wzgląd fakt, że jej życiorysem można obdzielić spokojnie jeszcze jedną osobę, to niewiele. Oczywiście, z jednej strony jej imię i nazwisko wymieniane jest jednym tchem wśród kobiet, które zmieniły świat, wśród Ważnych Polek, Francuzek, czy np. Sufrażystek, ale na tym wiedza często się kończy. A może warto by się zaczynała, by poznać Marię jako kobietę pełną namiętności, która uczyła i nauczyła się walczyć nie tylko o słuszne sprawy narodowe, ale i o własne, o to by zapisać się w historii z aptekarską precyzją. Romans z naukowcem francuskim  nie dodał jej legendzie rumieńców, jak to niektórzy pisarze niejako w obronie ówczesnych przytaczają pisarze, ale pozwala nakreślić klimat ówczesnej epoki.

Wpis ten ukazuje się jako trzeci artykuł, którego postacią główną jest Maria Salomea ze Skłodowskich Curie. Jak również w oznaczony tagiem #12 poniedziałków. A to dlatego, że poniżej znajduje się

Zadanie dla Osób chętnych:

Uzbrojon_y/a jesteś w magiczne przedmioty? (Papier i ołówek, pisak, pióro? ) i nieświęty spokój. Odpowiedz sobie na piśmie na pytanie:

Gdybym miał/a możliwość podróży w czasie i przestrzeni to dziesięć osób, które chciałbym/chciałabym poznać:

  1. ______________________
  2. ______________________
  3. ______________________
  4. ______________________
  5. ______________________
  6. ______________________
  7. ______________________
  8. ______________________
  9. ______________________
  10. _______________________

Gdy już wypiszesz, wybierz pięć, z tego grona. Następnie wypisz powody dlaczego właśnie te, a nie inne osoby? Jeśli są to członkinie, bądź członkowie Twojej Rodziny, którzy na przykład nie żyją, zapisz sobie refleksje, dlaczego właśnie te osoby chciałbyś, chciałabyś poznać? Co możesz teraz zrobić? Np zacząć poznawać historię Twojej Rodziny, pytać tych którzy żyją, albo samemu, samej/samemu zacząć np pisać dziennik? Jeśli wśród osób wymienionych są postaci historyczne, to zdecyduj, że w tym roku kalendarzowym sięgniesz po dwie książki np biograficzne. Jeśli chcesz, w wolności podziel się swoimi refleksjami poniżej, a może chcesz o kimś jeszcze przeczytać na tym blogu? Zapraszam do treści spisu, i do dyskusji poniżej. Ten artykuł jak i to zadanie może być przyczynkiem do poznania tak własnej historii, w perspektywie makro, poznanie losów wybitnej naukowczyni, a może przyczynkiem do poznania losów własnej rodziny. Jeśli ulica przy której mieszkasz nosi czyjeś nazwisko, może to okazja by się życiorysowi tej osoby przyjrzeć bliżej? Jeśli tak, to napisz w komentarzu poniżej.

Kończąc, ciekawe, czy Maria patrząc na niebo, albo spacerując swoimi ulubionymi alejkami już wiedziała, że to ostatnie chwile? Tego już się nie dowiemy. Doznanie czegoś po raz ostatni, może być równie silne, jak wykonywanie czegoś po raz pierwszy. Maria uwielbiała spacery, zarówno swój dom w Prowansji, zakupiony z drugiej nagrody noblowskiej, jak i alejki francuskiego laboratorium były specjalnie zaprojektowane tak, by znalazło się tam bardzo dużo zieleni.

 

[331]. [Nie]Powroty.

Głowa i namysł. I zmysł, nie szósty bynajmniej. Nie chciałam składać słów w ten oto wzór. Szedł, szedł od pięty, od wersu do puenty. Od słowa, po przez rytm i rytm, do znaczenia bez zmęczenia.

Szedł, szedł.

I Odszedł.

Jeśli to nie jest pierwszy artykuł, który czytasz na tym blogu, to wiesz, albo się właśnie dowiadujesz, że twórczość Wojciecha Młynarskiego była mi bliska nawet gdy bywała mi daleka. Niewątpliwie odzywał się wtedy, gdy miał coś do powiedzenia, nie tylko pisał teksty piosenek, nie tylko tłumaczył (dzięki Niemu piosenka francuska nie ma przed nami tajemnic, ale jest przełożona pięknym, literackim językiem) jest też autorem librett, tak do musicali jak do oper. Mistrz suspensu, smakowitego tekstu, rymu i rytmu, treści co w pięknej formie się mieści,  wzniósł piosenkę do kategorii Sztuki przez wielkie Sz. Absolutnie! Wielcy odchodzą gęstym krokiem, po cichu łapczywym pośmiechem i pośpiechem absurdalnym. Na szczęście zostają teksty. I preteksty. Pra,pra… Teksty. Nie, nie znam wszystkich. Absolutnie! Wypadało by strzelić puentą, i rzutkim wierszem, ale myśli nie pomieszczę. Panie Wojciechu, dziękuję. Można się nie zgadzać, ale warto znać smak tekstu Wojciecha Młynarskiego, zachęcam do tego.

[Absolutnie,Wojciech Młynarski, Wojciech Młynarski prawie całość, źródło nagrania].

I jeszcze jedno najlepiej chyba oddać uwagę rozmowie na dwa głosy :

 

[Ona rozmawia, audycja Agaty Młynarskiej, rozmowa z Wojciechem Młynarskim, Radio Pin, źródło nagrania].

 

[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016].

[(37+1),(327+1)]. Buty, buty i bunty? Nie sprzedawałem butów. Wierzyłem w bieganie.

[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016].
[Sztuka zwycięstwa, Wspomnienia twórcy Nike, Shoe Dog: A Memoir by the Creator of Nike, Phil Knight, tłumacz: Maciej Szczepański, Rebis, 22 listopada 2016, źródło zdjęcia].

Życie to wzrost, albo wzrastasz, albo umierasz.

[Phil Knight].

Już pisałam, że lektura żadnej książki nie jest w stanie zmienić naszego życia. I nadal jestem tego zdania. Zdania wielokrotnie złożonego. Po(d)partego doświadczeniem. Nie tylko moim. Co nie przeszkadza mi sięgnąć po następną porcję treści, co w pomiędzy czarnymi okładkami się mieści. Naturalną konsekwencją jest, że po biografii Jobsa, sięgnę po wspomnienia Phila Knight’a. Tak produkty Nike miałam na nogach dwu, albo nawet trzykrotnie. Pierwsze buty tej firmy wykonane były w Niemczech, super wytrzymałe i wygodne, co dla mnie jest ważniejsze niż, ośmielam się powiedzieć dla każdej innej osoby także tej, która zajmuje się bieganiem. Niestety, następne dwie pary były bardzo dużym rozczarowaniem. (Nie chcę myśleć, że to przez fakt, że kupione zostały w Polsce). Osobiście, zawiodłam się na produkcie, i na marce. Niemniej, jeszcze jej nie skreśliłam. Co jak widać nie przeszkodziło mi zapoznać się z opowieścią Knight’a. Opowieść jest prowadzona lekko, plastycznym językiem. Słucha się tego bardzo przyjemnie, bez wysiłku dzięki temu, że Wojciech Żołądkiewicz zna się na tym co robi i robi to dobrze. Nawet bardzo dobrze, tak, że nie uwaga człowieka jest swobodnie prowadzona w odpowiednim kierunku. Tak, że nie widać szwów. Poza tym, rola lektora/ki jest na granicy widzialności. W tym przypadku czujesz się tak, jakby Phil Night siedział na przeciwko Ciebie z filiżanką czarnej kawy w ręce i popijając swobodnie ciepłym spokojnym głosem wiódł opowieść.Odpowiada mi spokojny sposób prowadzenia narracji.

Jest to książka zupełnie inna niż Jobs. Bo i Phil Knight jest z goła innym człowiekiem, nie będzie to odkryciem Ameryki, zarówno Steve jak i Phil są zupełnie innymi ludźmi. Dlatego też lektura książki jest wnosząca. Nie sposób uniknąć porównań (zwłaszcza jeśli czyta się dwie pozycje w krótkim czasie) zarówno w kwestiach marketingu, podejściu do życia, charakteru, prowadzenia biznesu w zupełności. Jednak pierwsze na co zwróciłam uwagę to oczytanie w pismach religijnych, podróżowanie i podejście do kwestii buntu, tak buntu. Bunt i but.

Tak książka może być motywująca, ale nie na melodię American dream, i nie przez całą narrację wystarczy wysłuchać jak Phil prowadzi wózek inwalidzki swojego przyjaciela (którego zatrudnił dlatego, że go znał, to nie jest akurat motywujące) wiwat bariery architektoniczne. Tyle, że to były lata sześćdziesiąte XX wieku… A u nas czas się zatrzymał… Czas, a i owszem, to portret Ameryki, no może szkic. Z oddali. To z jednej strony odczytywanie i porównywanie z biografią współtwórcy nadgryzionego Jabłuszka. Z drugiej, wyłuskiwanie informacji z drugiego planu. Phil nigdy nie wierzył w moc reklamy, jeśli odpowiadał na listy pracowników firmy, robił to dość rzadko, i lakonicznie. Gdy stworzył firmę Nike, tą którą teraz znamy, za logo stworzone przez twórczyni  Carolyn Davidson zapłacił za nie $35. Z drugiej strony to opowieść o tym, że przyjaźń w biznesie jednak istnieje, chociaż bardzo rzadko się to zdarza.  Ile nieśmiałych osób odnosi sukces w biznesie? Nie chodzi o odniesienie rzeczy na miejsce, odniesienie wrażenia.

Minusem książki jest to, że jej akcja kończy się w latach osiemdziesiątych XX wieku.

Oto garść cytatów:

 Wielozadaniowość nie zawsze jest dobra, można wyśmienicie radzić sobie wykonując zadanie jedno po drugim. Jednozadaniowość pomaga oczyścić umysł.

 

Nie przegrać to nie znaczy zwyciężyć.

 

(..) właśnie pomyślałem, pewność siebie, tego właśnie potrzeba człowiekowi bardziej niż kapitału i płynności. Żałowałem, że sam nie mam jej więcej, i nie mogę jej od kogoś pożyczyć. Z pewnością siebie jest jak z gotówką, trzeba mieć jej trochę by zyskać więcej, a ludzie nie chcą Cię wspierać.

„Niech nam pan sprzeda swoją firmę”— wypowiedział to zdanie bardzo cicho. Przemknęło mi przez myśl, że tak wypowiada się najtrudniejsze słowa w życiu.

Może i nie mamy prawa zwyciężyć, ale ja wiem tyko tyle, że jeśli wyjdę na bieżnię i będę wypruwał sobie flaki do utraty przytomności, a mimo to ktoś okaże się lepszy, i jeśli zmuszę go żeby sięgnął po ostatnie rezerwy sił i jeszcze dalej, a wtedy zwycięży, to będę wiedział jedno: Jest lepszy ode mnie. 

Jesteś jednym z nas, powiedziałem, jednym z nas. On dobrze wiedział co znaczą te słowa. Byliśmy ludźmi, którym nie w smak korporacyjne bzdury. Ludźmi, którzy pragnęli by praca była dla nich zabawą, ale zabawą, która coś znaczy (…) chcieliśmy stworzyć markę, ale też pewną kulturę, walczyliśmy z konformizmem, nudą i monotonią. Staraliśmy sprzedawać coś więcej niż produkt, idee, ducha. Nie wiem czy sam do końca pojmowałem kim byliśmy, i co tak naprawdę robiliśmy (…)

 

W końcu jednak zrozumiałem, że mam tylko jedno wyjście, grać w otwarte karty.

I jeszcze jedno. Warto przeczytać tę książkę jako rzecz o introwertyzmie, rzecz o różnicach, o bucie (a raczej jej braku), butach i buncie, i łagodnym zarządzaniu sobą, ludźmi i firmą. I przede wszystkim o porażkach. Oczywiście nic się nie stanie jeśli tej książki nie przeczytasz. Zupełnie nic.

 

 

(Jeśli lekturę książki masz już za/przed sobą), zapraszam do dyskusji 🙂

Skrócony [od]noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1dR

[239+11].Co czyni różnicę. (#by pamiętać).

z serii #by pamiętać.

Około roku temu przyszła do mnie myśl, przyszła i się zasiedziała. Wymościła sobie pewność i dość.  Pewną ość. Ość.

Z zasobu wertowań  ze spiżarni własnej. Konfitura z mgnień:

Proste nie znaczy łatwe.

5000lib

W chwili gdy zdasz sobie sprawę z tego, że między jednym a drugim nie powinno się stawiać znaku równości, a wręcz jest to wielbłądem. Jesteś o dwa kroki do przodu.

PS. Dlatego drobne i dobre rady tak często nie wystarczą. (rada nie rada, o radzie można przeczytać tu). Zostanie tylko guzik z pętelką.

[317+1]. O grzaniu, rachowaniu i śpiewaniu. (# bo świat jest ciekawy! [2])

Dojrzewała. We mnie.

To ją przyjmowałam, to znów była daleka ode mnie. Może przez ekspozycję? Niemniej, zawsze doceniałam kunszt tekstu Pana Wojciecha Młynarskiego i muzykę Pana Władysława Korcza. Teraz, i o nie przez meteorologiczne fantasmagorie, i niezdecydowanie zimy, czy ma zostać, czy jednak odejść bardziej wgryzam się w mięsisty tekst. Errare humanum est. Nawiązując do poprzedniego wpisu, myślę, że ta piosenka mogła by być medytacją Steve’a Jobsa.

Mam wrzenie, a nawet pewną stałość pewności i ością mi stoi w gardle świadomość, choć rozglądam się uważnie to nie widzę na polskiej scenie muzycznej następcy zarówno Michała Bajora jak i Wojciecha Młynarskiego. Nie grzeje mnie ta myśl. I nie chodzi tu o awarię ani o varię, ani nawet o wariację na temat centralnego ogrzewania mości świadomości, ani ogłady światopo(d)glądu, ogłady ale i ogólnego rzeczy oczywistości w(y)glądu.

To taki teatr wielki zamknięty w strofach i otwarty w refrenie. Pieści uwagę, łechce rozwagę i skłania do myślenia gimnastykując ciekawość, która z biegiem lat odkrywa nowe sensy nasączona rzeczywistością doświadczenia. I tak wplata się sztuka w życie stając się jego częścią. Ogrzej Mnie było napisane dla Krystyny Jandy, tak, aby mogła pokazać swoje umiejętności dramatyczne jak również podrasować wolty, albo (inaczej rzecz ujmując) się wykrzyczeć Włodzimierz Korcz, gdy dostał tekst wiedział, że to majstersztyk, i dla kogo tekst ów był napisany, znał umiejętności Aktorki, cóż pozostało ten tego znaczy się tylko pójść w tango! Pierwsze jej wykonanie miało miejsce we Wrocławiu na Przeglądzie Piosenki Autorskiej podczas którego Krystyna Janda miała owacje na stojąco,  razy trzy,a warto zaznaczyć, że niebył to numer, którego wykonanie wieńczyło koncert. Na jednym z występów usłyszał tę piosenkę (a jakże by inaczej) Michał Bajor, który poprosił o użyczenie utworu, miał wykonać go inaczej, bo w obcym języku,  po angielsku (swoją drogą Bajor był jednym z pierwszych, jak nie pierwszym artystą estradowym, który nagrał album w tym właśnie języku przeznaczony zarówno na rynki zagraniczne jak i polski). Krystyna Janda się zgodziła. Wiadomo, że drzewiej, jak podania ludowe głoszą festiwale ogólnopolskie piosenki rozrywkowej były wydarzeniem i przygotowywano relacje telewizyjne z tego wydarzenia (i to bardzo popularne). Michał Bajor poprosił dziennikarzy by nie publikowali wykonania Ogrzej mnie, mogą wszystko pokazać oprócz tego gdyż Krystyna Janda nie utrwaliła swojego wykonania na taśmie, a on ten utwór jedynie użyczył, nie zrobi tego wcześniej niż ona. I co? I wiecie co  dziennikarze pokazali z recitalu Bajora… Tylko. Ogrzej mnie. Wieść ruszyła w rytm, rym i lód. I lud. I tak Michał Bajor zamienił duży ekran na mały. Maria Czubaszek napisała tekst parodiujący ów utwór,  Bogusław Kaczmarczyk wykroił   charakterystyczną formę i treść, niemniej nie to było najciekawsze, podszedł był do pianisty, i powiedział, że jakoś dziwnie gra te wstawki między zwrotkami, jego kolega , o jego kolega osobisty wykonuje to zgoła inaczej od pianisty na to muzyk powiedział: ale ja tę melodię napisałem… I dalej grał i siedział taki oto ton przybrawszy Ot, Kabareton

[Krystyna Janda, Michał Bajor, Ogrzej mnie, tekst: Wojciech Młynarski, muzyka: Włodzimierz Korcz, źródło nagrania].

Remeau  pisze w swym traktacie o muzyce jako  nauce o dźwiękach,  Budd natomiast przekształca jej definicję jako sztukę dźwięków. Nie, nie będzie to traktat filozoficzny o emocjach w muzyce. Jeśli jednak ktoś/ia chętn_y/a to mogę podjąć temat. Podeprę się jeszcze jednym zdaniem:  Susan Sontag [w: Przeciw interpretacji i inne eseje, Karakter Kraków 2012] pisze:

Sekret komedii tkwi w martwocie reakcji lub reakcji przesadzonej czy też nie odpowiedniej do sytuacji: parodii, właściwego zachowania. Komedia, podobnie jak tragedia, odpiera się na stylizacji odpowiedzi emocjonalnej. Tragedia osiąga swoje cele dzięki wzmaganiu uczuć, komedia natomiast — pokazując reakcje osłabione czy nieodpowiednie w stosunku do normy emocjonalnej. [s.367].

A moim zdaniem, kreacja to dekoracja. Jeśli piosenka (zostańmy przy tym przykładzie) jest znoszona (lekko, nawet barwnie bardzo, nie ledwo co)  jak ulubione dzin[s]y. Czy inne napoje, nastroje niewinne… Troje to już tłok jak mówią alzaccy poeci. A tu już niedaleczko do pociągu do ciągu liczb. Tak tak, jako drugi biegun. Liczby są niejako przedstawiane i przestawiane jako przekład i przykład z drugiej strony spektrum. Albo inaczej: mówi się, że albo ktoś/ia ma uzdolnienia w dziedzinie nauk humanistycznych, albo ścisłych (gloryfikując te drugie).

Oczywiście historia chociażby starożytnej Grecji zna przykłady piękna liczb. Piękno nie miało wówczas statusu autonomicznego. Najpiękniejsze jest najwłaściwsze. Tak więc porcja proporcji. Na ten przekład Homer (nie Simpson, a właśnie to też ma związek ze Stevem Jobs’em) nie podaje definicji piękna. Chociaż, z drugiej, tej piękniejszej strony, wszelkie zło przepisuje (za Grekami) i przypisuje całe zło (wojna trojańska) piękności Heleny. Drugi nurt to blask piętno piękna form geometrycznych. I przypisanie odpowiednich żywiołów…

Presokratycy zastanawiali się nad początkiem świata. Każdy z nich hołdował innej prazasadzie. Ale wspólnym mianownikiem było pojmowanie formy i piękna.

Pitagoras zafascynowany dokonaniami matematycznymi Egipcjan splótł w jedną opowieść takie dziedziny nauki jak kosmologia, nauki przyrodnicze, matematykę oraz estetykę. I to on dał pierwszeństwo Liczbie. A to oznaczało także otwarcie horyzontu trwogi, to znaczy strachem przed nieskończonością. Wszystkie rzeczy mogą istnieć bo są obrazem ładu.  to swoista gramatyka matematyki. I jest to warunek sin qua non  piękna. To właśnie szkoła pitagorejska (a ściślej rzecz ujmując jej uczestnicy) wysnuli wnioski o stosunkach matematycznych  i tym że światem rządzą muzyczne proporcje, a cząstki ich to interwały, stosunek między długością struny a wysokością dźwięku. Teoria proporcji przechodzi miarowym krokiem do średniowiecza, a potem dalej. Niezależnie od tego, czy mówimy o muzyce sfer, czy o (nie tylko) starożytnych świątyniach.

Forma, gombrowiczowska, witkiewiczowska, czy jakakolwiek inna. Co po nas stanie, a co zostanie? Nie nie pójdę w stronę, bierną, czynną jakkolwiek inną. Zapisaną bądź (jeszcze) nie. Ad rem! Pismo, jeśli patrzeć globalnie na historię Człowieka, pojawiło się bardzo niedawno. To ledwie mgnienie – pisma istnienie.  Przez olbrzymią część naszego istnienia na Ziemi doskonale się obywaliśmy bez pisma. I, o czym zdajemy się nie pamiętać, albo nie zdajemy sobie z tego sprawy,  dziś także wiele społeczności nie używa tego narzędzia. Dlatego, że nie jest im ono potrzebne. Spójrz na świat inaczej. Jeśli  byłabyś członkinią, (lub członkiem) małej grupy, oczywistym jest, że pismo jako transmiter wiedzy, podań, narzędzie do uprawiania historii, i drążenia w poszukiwaniu, wykuwaniu przyszłości nie jest Ci potrzebne, albowiem wszelką wiedzę począwszy od jej aspektu kulturowego, po techniczny będzie przekazywana ustnie. Taki rodzaj funkcjonowania sprzyja rozwojowi pamięci. Ludziom, którzy żyją w rytm takich prawideł nie są potrzebne mnemotechniki. Dlaczego bardzo wiele podań ludów które nie korzystały, lub nie korzystają z utrwalania myśli na piśmie zachowały się w formie tańca, czy pieśni? A no właśnie, dlatego. Popatrz zatem na rym i rytm w ten sposób. No dobrze, można przekształcić ważne podania w formę piosenki, a liczby? Co z liczbami, umiesz liczyć- licz na siebie. Один, два, три Kaszpirowski.  No, nie. Nie tędy droga. Pierwszym sposobem zaradzenia zapominaniu (chociaż po rosyjsku, zapamiętać, znaczy zapomnieć) było używanie patyków, które nacinano by nadać im wartość. Taka prapamięć jak najbardziej zewnętrzna i do tego ultra lekka. I ekologiczna. Jedna jednostka jedno nacięcie. Pamięć działa nieugięcie. Do tego narzędzie owe było wielofunkcyjne, zapisywano wszystko, od tego ile osób liczyła dana społeczność, ile ma zapasów na dni chłodne i dni głodne, np Maorysi zapisywali w ten sposób swoich przodków i przodkinie ocalając od zapomnienia. Wydaje Ci się to takie odległe i mało zaawansowane? Nic bardziej mylnego na wsiach angielskich karbowane kije stosowano do 1826 roku i nie była to praktyka stosowana na małą skale. Skąd wiemy, że tak właśnie było, kije rzecz biodegradowalna. A no, bo stosowano również inne (bardziej trwałe narzędzia) takie jak np kości. (W tym świetle, zupełnie inne znaczenie można nadać powiedzeniu: porachuję Ci kości, albo: kości zostały (po)(d)rzucone 🙂 ). Najstarsze znaleziska pochodzą z Turyngii, tak więc nie jest to sposób zapisu, który przynależy do jednego regionu geograficznego. Ale wizerunki na kościach, albo kamieniach nie muszą wcale takiej funkcji pełnić, bo mówi się także i o tym, że to nie jest sposób zapisu należności, czy utrwalania pamięci, ale wyraz sztuki. Wszelkie próby zakotwiczenia sposobu liczenia (bardzo dokładnego) w historii człowieka, trudno odnaleźć. Wiemy, jakie to były narzędzia, np takie sznurki z supełkami można je znaleźć w Chinach i to już w III wieku przed naszą erą, ale kiedy zostały użyte po raz pierwszy. (To jedno) czy zostały wynalezione  z myślą o notowaniu (oo drugie). Nie ma takich dylematów co do sposobu notacji Inków. No dobrze, zależnie od tego jakiego rodzaju materiału używano, było zależne jakiego rodzabju surowiec naturalny był pod ręką (i to dosłownie) trudno bowiem w górach szukać muszel. (A i takie były stosowane).

Jednak jedna sytuacja wymaga wyjaśnienia, a raczej rozgraniczenia, nie każdy sposób używania symboli, jest uznany za pismo. Dopiero gdy istnieje silne związanie między konkretną treścią i znaczeniem ten warunek zostanie spełniony. Ile razy wyrzekamy na ludzi piszących niczym medycy? Albo przyrównując postępowania osoby do kury na grzędzie, albo ta, która ugrzęzła na grządce pisząc pazurem, nie z pazurem. Ale to właśnie pismo, umożliwiło uprawianie (trzymajmy się tej metaforiady) pamięci społecznej, a przy tym i jej dziedziczenie. Podstęp i postęp też był dzięki temu możliwy, na większą skalę. Było niczym wynalezienie koła. (Do zera jeszcze wrócimy). Nie wiemy, w jakim rejonie geogragicznym (geo_ graficznym (sic!)) pojawiło się jako pierwsze. Osobiście nie odczytywałabym (sic!) historii jako ruchu w jedną stronę, pismo umożliwiło, ale jako ruch w obydwie strony, to cywilizacja stawała się bardziej skomplikowana. Łuskano świat znaczeń i nadawano znaczenia.

Ekonomia zrodziła pismo. Przynajmniej na Bliskim Wschodzie, gdzie odkryto liczmany (pod postacią dysków, czy cylindrów). Bryłki gliny. Niby nic, a ruszyły z posag bryłę (i rozumienie i [przed]staw[i]anie) świata. Pismo zawdzięczamy (w dużym uproszczeniu) sposobowi księgowania, to taki młodszy jego  brat. Na początku liczmany utożsamiano z  formą spędzania wolnego czasu,rozrywką zabawą, albo: przeciwnie ze  sferą sacrum. Dopiero  potem badaczki i badacze niezależnie od geografii odkryć doszły i doszli do wniosku, że to nic innego jak jeden ze sposobów księgowania.

Gdy ludzie zaczęli czynić sobie ziemię poddaną i osiadać na niej uprawiając rolę to potrzebny był sposób zapisu, który mówiłby o zasobności gospodarstwa, i ukazywał jego rozwój w czasie na przestrzeni pokoleń. Tak działo się już dziesięć tysięcy lat temu na Bliskim Wschodzie. Rolnictwo,prowadzenie osiadłego trybu życia,  wymuszało niejako handel, albo inaczej, było związane właśnie z takim sposobem egzystencji. A to z kolei wymagało wynalezienia innych narzędzi,które ułatwiły by zarządzanie majątkiem, albo inaczej, ich zastosowanie pomogło nie tylko w utrzymaniu, ale i rozwijaniu, poszerzaniu zasobów i stref wpływu. Tak więc by prowadzić buchalterię potrzebny był system zapisu, i to bardzo precyzyjny, taki wielokrotnego użytku, który można by było przekazać i nie byłby zależny od pamięci osobniczej.

Potrzeba matką wynalazku. Liczmany musiały sprawować swoją funkcje wyśmienicie bo były używane przez kolejne cztery tysiące lat. Gdy ludzie zaczęli się przemieszczać, wpłynęło to także na sposób zapisu. Wyobraź sobie proszę, że do Twojego miasta przybywa znamienity kupiec, który oferuje towary, piękne, dobrej, ba, bardzo dobrej jakości do tego nieznane wcześniej, a użyteczne, które możesz nabyć bo Cię na to stać! W jaki sposób napiszesz, że je nabyłaś (i zapłaciłaś) i w jakiej sytuacji się znajdujesz, gdy widzisz, że on stosuje inny rodzaj nacięć na swoich… Liczmanach?

No dobrze, ale przecież sprzedaż bezpośrednia to jedno, a rozwój w perspektywie makro to drugie.  Nie zapominajmy, że wymiana towarów łączyła się z podróżowaniem. Po pierwsze odległości były bardzo duże, po wtóre nadawca/ wytwórca (nadawczyni/ wytwórczyni) towarów nie rzadko nie widzieli się z tym, kto ten towar zamawiał. To wymagało stworzenia całej sieci powiązań. I tak pojawili się pośrednicy. Ze swoimi zapieczętowanymi woreczkami, pełnymi liczmanów (bulle) poświadczającymi rodzaj towarów i jego ilość. Czek wynaleziono dopiero w wiekach średnich (O!Templariusze).

Gdy okazało się, że glina to podatny materiał na przekształcenia zaczęto zamiast nieporęcznych liczmanów odciskać w niej więcej informacji. Taki rodzaj ja wiem, obrazków. Daleko im było do pisma w dzisiejszym rozumieniu. Te nie powstało od razu, była to wędrówka do słówka.  Peregrynacja do zdania, ni mniej ni, więcej system kroków połączonych. Trzeba było przypisać znakowi fonetykę, sylabę. To zadziało się dużo później, gdy IV wiek przed naszą erą dobiegał końca. I wtedy dopiero możemy mówić o powstawianiu pisma. (To jedna z hipotez) tak, hipotez, bo choć posługujemy się pismem sprawnie (nie licząc instrukcji obsługi sprzętów wszelakich, recept na życie etc) to nadal nie jesteśmy pewni jak to naprawdę było.

Pierwsze były piktogramy, glina i rylec, który potem zamieniono na charakterystyczną trzcinkę. Zmienił się też sposób notacji, z kolumnowego na wersowy (nie mylić z wersem Sowy). Wraz z fonetyzacją zmieniła się także struktura pisma. Tak, to bardzo skomplikowane. I nie oczywiste. Chociaż na takie dzisiaj wygląda. Sposób zapisu od Sumerów przejęli Babilończycy, potem Asyryjczycy. Proces fonetyzacji to sekret ekspansji pisma (jego przetrwania). Bo to właśnie ona umożliwiała ruch w dwóch kierunkach: zapisu i odczytu. (Już widzę oczyma wyobraźni żart rysunkowy, prędkość zapisu/ i prędkość odczytu). Niemniej dopiero wtedy pismo przestało służyć jednej grupie profesji, nastąpiło jego wchłonięcie przez inne dziedziny,jak historia, kultura, sztuka. Jeśli zaś postrzegamy pismo jako połączenie fonetyki z zapisem, to te egipskie śmiało może konkurować z mezopotamskim. Nie wiemy do końca (a raczej do początku) która cywilizacja dzierży rysik pierwszeństwa, szala wiedzy przechyla się na jedną, to na drugą stron(ic)ę zapisaną coraz to nowymi faktami. Niemniej najnowsza technika przychodzi z odsieczą, tak jak i histeoria, histeria, znaczy historia wojen i można stwierdzić, przynajmniej dzisiaj, że hieroglificzny zapis wcale nie był tym pierwszym. Niemniej i tu, i tu służyło ono bardzo przyziemnym celom, administracyjnym.

 

Poparz proszę na sytuację z szerszej perspektywy, Palestyna, Liban, czy zachodnie tereny Syrii to miasta portowe. Port (nie usb) to możliwość handlu, swobodnej wymiany, transferu usług, umiejętności, towarów, tak więc wykształcenie uproszczonego systemu, tj. pisma jest narzędziem kontroli, wchodzi ono w konflikt ze sprawowaniem władzy przez nieliczną grupę ludzi, która sprawuje kontrolę. Niemniej miasta te, na terenach, o których wspomniałam nie były przypadkowymi punktem na mapie, ale łączyły ówczesne imperia, a to znaczy, że ich znaczenie rosło w siłę. Świat nie istnieje w próżni, świat społeczny. Nie ch(ł)odzi o kosmos. Sytuacja kosmopolityczna sprawiała, że warto było wynaleźć prostszy sposób posługiwania się pismem, ta umiejętność będzie dostępna dla większej liczby ludzi. Taki alfabet, za pomocą którego można będzie zapisać nazwy obcobrzmiących miejscowości, adresy meldunkowe, imiona i nazwiska. Prototypy zestawy pierwszej pomocy, składały się z spółgłosek samych. Egipt i Mezopotamia ze swoimi systemami znaków miały w tym swój udział.

Rewolucja na imię miała łacina. Oczywiście są ślady Fenicjan i ich zapisków, tyle, że papirus był dobrym materiałem biodegradowalnym, ach ten klimat! I cóż pozostał popiół i kurz. W wielkim uproszczeniu, pismo rozszerzało się dalej,  z jednej strony jako narzędzie używane przez mieszkanki i mieszkańców Izraela, Palestyny, Aramejki i Aramejczyków (Syria) a potem Arabia. Z drugiej Strony Europa i, oczywiście, Grecy… (w okolicy IX w.p.n,e). Ale to, o czym rzadko się mówi, a co było wynalazkiem greckiej kultury, to przystosowanie alfabetu przez dodanie do zaistniałego zestawu samogłosek, a tu już mamy pełne pole możliwości by oddać każdy dźwięk, przetworzyć z formy mówionej, w pisaną. I zapisaną. I zapamiętaną.

W IV w.p.n.e w Grecji obowiązywał alfabet joński składający się z dwudziestu czterech liter, a dalej powiózł go na swoich barkach (koniach, czy zwał jak zwał) Aleksander Wielki, ten, któremu zachciało się podbić cały świat.

Wróćmy jeszcze na jedną chwilę do piosenki jako takiej. Zastanawiasz się może od czasu do czasu dlaczego tyle osób jest chętnych by śpiewać i to publicznie, z parciem na to lub owo szkło. Być może jest to pragnienie tego ego by przejść do histerii, do historii miarowym krokiem? Kiedyś, by zostać skrybą trzeba było wykazać się dozą konsekwencji, kiesą (nie jedną sakiewką). I pewnie, tak znajomościami. Teraz gdy technika pobiegła sprintem tak daleko, każda osoba może być przekonana, że umie śpiewać, że inni chcą jej słuchać, o pisaniu (tekstów) nie ma co wspominać, wszak to bólka z masłęm. Czy jakoś tak, a mnie to rybka!

Otaczamy się hałasem, chcąc odgrodzić się od szumu zakładamy słuchawki z potokiem słów, głośno jest niemiłosiernie. w pracy, w domu, w drodze z punktu a do punktu b. Wszędzie jest dźwięk, a my, potęgujemy sobie doznania, czasami, a nawet bardzo często mam wrażenie, graniczące z pewną ością, że zacierają się znaczenia muzyki. Oczywiście nie mówię tu o zbiegach i zabiegach formalnie zamówionych i zamierzonych, nawet nie o kiczu, o kąpaniu się w hałasie.Hałas to chaos.  A piosenka to mikrokosmos i makrokosmos w jednym od ogółu do szczegółu i z powrotem biegnąc refrenem wracając wykrotem.

Jak zawsze w tego rodzaju artykułach ( #…Bo świat jest ciekawy!, i 12 poniedziałków, mam propozycje wykonania zadań, jeśli masz gotowość, czas i chęć podziel się proszę refleksjami,albo wynikami w komentarzu poniżej.

Zadania dla osób chętnych:

  1. Spędź dzisiaj czterdzieści minut w ciszy. Wyłącz telefon, dostęp do Internetu, radio, telefon i inne przeszkadzajki. Możesz wybrać się na spacer. Sam/a bez towarzystwa i bez wspomagaczy brzęczących w uszach. Zwróć proszę uwagę na to, co robisz, w jaki sposób stawiasz stopy, jak zachowuje się Twoje ciało, co odczuwasz, być może jesteś rozluźnion_a/y. albo partie mięśni są napięte (zbytnio) które, o czym myślisz, jeśli chcesz się skupić na tym co jest teraz, gdzie ucieka Twoja uwaga, a może jesteś skupiona/y? Jaką trasę wybrałaś, wybrałeś. Może jest coś, co zobaczyłeś, zobaczyłaś po raz pierwszy?
  2. Usiądź weź kartkę i długopis spisz tytuły piosenek i książek, z którymi chciałabyś, chciałbyś żeby osoby Tobie bliskie się zapoznały, takie które ocalisz od zapomnienia. Dlaczego właśnie te? Przeczytaj powstałe listy (każda ma min. 20 max 30 pozycji), czego możesz się dowiedzieć o świecie, o sobie?
  3. Czy jest coś / a jeśli tak: co to jest?/, co zdziwiło Cię po wykonaniu tych zadań? Czego(ś) się dowiedziałaś/ dowiedziałeś? Co to było? Czy łatwo Ci było je wykonać (dlaczego tak, dlaczego nie)?
  4. Czy po przeczytaniu tego tekstu inaczej (a może tak samo)postrzegasz np piosenkę.