[327]. Człowiek o ciekawych nazwiskach.

[Walter Isaacson, Steve Jobs, tłumaczenie: Przemysław Bieliński, Michał Str,ąkow, Insignis,2011, źródło nagrania].
[Walter Isaacson, Steve Jobs, tłumaczenie: Przemysław Bieliński, Michał Strąkow, Insignis,2011, źródło nagrania].

Chciał by opowiedział o jego życiu, gdyż przeczytał jego uprzednią książkę, tą o Franklinie. Ten zgodził się, ale bez entuzjazmu —  po długich zabiegach, z zastrzeżeniem, że  nie proszący nie będzie dążył do kontrolowania wszystkiego, co jak dobrze wiemy, było jedną z jego wad, która w pracy bardzo często (ale nie zawsze) była zaletą.

Zdążył w ostatnim momencie, gdyż to, że Steve zmaga się — nie po raz pierwszy zresztą — z rakiem dowiedział się od żony, to ona uświadomiła mu, że  tej walki Jobs nie wygra, na melodię, która by go zadowalała, umiera. Nie będę rozwodziła się nad tym kim był kreator Nadgryzionego Jabłuszka.  Czytam tę książkę z innych perspektyw, i to także jest siłą tej publikacji. Nie jest to publikacja, dla entuzjastów/entuzjastek technologii, marketingu, socjologii, czy czynów postaci, którą sportretował Walter Isaacton, nie jest to także opowieść o dojrzewaniu, brawurze, snach, i smakach (o) wielkości. Przynajmniej nie tylko.

Im więcej przybywa mi lat, tym jestem bardziej krytyczna względem przeczytanych biografii, i sięgam po nie coraz to rzadziej. Gdyby nie Przyjaciel, który zakupił tę pozycję dla swojego Brata, sama pewnie bym nie sięgnęła, a przynajmniej teraz tak to widzę, nigdy nie wiadomo, co by było gdyby, i nie warto się nad tym rozwodzić. Oczywiście wiem, kim był Steve Paul Jobs.

Czytając mam wrażenie, że właśnie takiej życzyłby sobie Steve, ten wyrośnięty wagabunda z  marzeń, włóczęgi, konfitur z czasu i przestrzeni,  dojrzały emocjonalnie, świadomy. Ów proces dojrzewania można dostrzec  i je, pasje, zalety i wady, klimat tworzącej się dopiero Doliny Krzemowej (a w zasadzie jej legendy) i wiele, wiele innych aspektów. Połączenie tych składników daje w konsekwencji bardzo smaczną mieszankę, którą chce się popijać łyk za łykiem delektując się słowem, obrazem, i wartką akcją. Tak, to wydarzyło się na prawdę, a czytasz ten wpis na ekranie, czy to telefonu, czy komputera (osobistego).

Pan (ten, który patrzy na nas z okładki, spogląda bez mrugania) nauczył się godzić ze sobą sprzeczności, buddysta, który uważał, że przywiązanie do posiadania rzeczy jest przeszkodą, z drugiej przecież je kreował, ba! kreował nie tylko je, ale określanie Siebie poprzez ich posiadanie. A to tylko Pixar, tfu pixel w morzu bitów. Przyprawą jest jeszcze fakt, że teraz prawie każda osoba ma w swoim gospodarstwie domowym przynajmniej jeden komputer w domu, i nie rzadko (sic!) jest to laptop, do tego telefon dotykowy…I właśnie dlatego można przyjrzeć się swoim pragnieniom, czytając tę wieść za wieścią. To opowieść, która toczy(ła) się w dalekim kraju, urodziła się tam, pęczniała, zataczała coraz to szersze kręgi. Nie jest to pieśń li tylko o technologii. Można tu też wyczytać skąd wziął się minimalizm, tak ten, na punkcie którego teraz wszyscy szaleją. To historia sukcesów i spektakularnych upadków. I to w jaki sposób można się z nich podnieść. A w tle niebywałe przepadki, przypadki i synergia zderzeń i zdarzeń.

Wiele ze zdań Stevena przeszły (buddyjskim krokiem) do popkultury i z namaszczeniem są powtarzane, i je także tu znajdziemy, zobaczymy przez (nieco) uchylone drzwi jak (nie zawsze) działa marketing i jakie tego są skutki.  Do tego szczypta dekoracji, znanych nazwisk, także polskich.

W gwoli ścisłości, nie należałam i nie należę, ani do wyznawców Jobsa, ani do sympatyków (sympatyczek), ani też do przeciwników (przeciwniczek).

Jeśli już lekturę macie za sobą, jak Wam się (nie) podobała?

Jeśli nie zamierzacie jej przeczytać podzielcie się tytułem książki (może być to [auto]biografia, choć nie musi) którą warto przeczytać, i zdanie komentarza, dlaczego właśnie ten tytuł? Dziękuję. I zostawiam z piosenką.

[W lesie, w lesie, Michał Bajor, źródło nagrania, MTJ największe przeboje].

PS. Mam jeszcze jedno pytanie, czy masz pomysł skąd tytuł tego artykułu?

Reklamy

[326]. Na szczęście.

gdyby Giordano mógł się uśmiechać to z pewnością by to uczynił otulając oddechem niczym Kot z Cheshire  frazę V=43πR3 [do siódmej potęgi] nagość nagłości w całej okazałości /(okazołzowitości obfitości) otwarte w posłowiu(co ciałem niebieskim się stało i trzy literową formę przybrało): jak, jak, j a k objąć i uczesać myśli i nie  pocieszać się gwarancją grawitacji tą, która karmi Atlasa równowagą  i głaszcze pewną  i prawą ręką  odpowiedzi zdziwienia  te mogące zachłysnąć się nie tylko tym świat(ł)em (od_bittem tłem ) [bły-](za)-snąć oto niespodziewane ćwiczenia z utraty (pewnci) szkieletu z(a)mienności  zmiennych niepodzielny refren pioseneczki  wierzyć w wiedzę, a oznacza  to uczyć (się) bez ustanku panie Holst! Oznacza to również, wakat na Etacie  Pępka Świata.

Na szczęście.

Co jeszcze powie nam mechaniczne oko Jamesa Webba, a czego nie zdążył wyszeptać nam Spitzer ?

[Gustav Theodore (von) Holst ,Orchestra: BBC Symphony Orchestra ( z towarzyszeniem chóru kobiecego)
pod batutą Sir Adriana  Boulta(źródło nagrania)].

Jeszcze grubsza historia wszechświat:a/ów.  Uff. Na szczęście.

*tak wiem, brakuje przecinków i innych wycinków, ale to zamierzone i zmierzone, choć nieco zmierzwione. Ech.

hammershoi_ida_reading_a_letter[Vilhelm Hammershøi , Ida, czytająca list, źródło zdjęcia].

Analogowy list i koperta.

[325]. Do czytania nocą (II).

Czterdziestej zimy liśćopadł .Na barki, ma[r]ca dotyka. Połyka. Jest.

Nicują smolistolistne myśli, myśląc jasne  głaszcząc i gładząc cie[-]nie przez przetak w milliczenia t[r]akt. Tak  wilgotnieją  pieśni (w)inne, pienią się wszędobylskie pleśni zapo/na/pomnienia. Mieniąc  nieco szkic oddycha lepkim m[e]chem. Podszczypujesz wiedzi  od strony pytania . O(d)-(o)powiadania. Powiadania. Dania. Da.

I ryba. Po grecku.

To oczywiste. Niskie ciśnienie sferycznostatyczne.

 

***

 

[Lisa Gerard, Zbigniew Preisner, Ewa Lipska– Dokąd? źródło nagrania].

[(314)+1]. Dwanaście poniedziałków. /Ćwiczenie pierwsze/.

/… Bo żaden czas stracony nie jest, bo każda chwila drogę wskaże…/

[Krzysztof Cezary Buszman].

Chciałam się zapytać, czy robisz postanowienia? Czy tylko postanawiacie, że tym razem? Że już na pewno. Rzucisz palenie, a nie żonę, albo męża. Nie, nie będzie jednak, ani o jednym, ani o drugim. Wspominałam już o inicjatywie #12Poniedziałków.   Jeśli chcesz, przyłącz się. Proszę weź czystą kartkę papieru zapisz na górze:

Czynności, których wykonywanie mnie uszczęśliwia (jednocześnie takich, które respektują wolność drugiego człowieka— to wiadome, dla porządku zaznaczam):

i wypisz koniecznie d w a d z i e ś c i a  takich, może być więcej, ale nie mniej. Zagwarantuj sobie tyle czasu ile Ci potrzeba, bez telefonu, radia grającego gdzieś w tle. Wypisz, następnie wypisz na drugiej kartce dwadzieścia sposobów na p r a k t y k o w a n i e w codzienności. Teraz i tu gdzie właśnie jesteś. Teraz. Nie teraz-zaraz, albo zaraz-potem.

Jeśli np: czuję wdzięczność za to, że moje kubki smakowe doznają szczęścia za to, że wypijam spokojnie pierwszą  kawę, to zapisuję na kartce, że rano po śniadaniu, a przed wyjściem do pracy o godzinie___ szykuję sobie filiżankę świeżo zmielonej kawy, w ulubionym kubku i wypijam ją po woli i powoli. Z ulubioną muzyką w tle. Do każdej wypisanej czynności, wypisuje po dwadzieścia sposobów jej praktykowania. Wiem, wiem wydaje się dużo, na pierwszy rzut oka, a może i ucha, ale przecież po pierwsze dwadzieścia sposobów to na tyle wyGODNA liczba by poczuć swoją kreatywność, po wtóre jeśli robimy to co lubimy, to przecież mamy wiele możliwości ku temu, a jeśli zapomniałeś, albo zapomniałaś, to przecież to jest doprawdy doskonała okazja by sobie przypomnieć… 🙂  Zatem, i za tamten smacznego wykonywania ćwiczenia. 🙂 Daj proszę znać w komentarzu znać o efektach swojej pracy. Będzie mi miło gdy napiszesz. Następnie zdecyduj, co dziś zrobisz, i w jaki sposób. Chociaż to było by pięć minut spędzonych na spacerze.

A ode mnie jeszcze taki drobiazg, a w zasadzie to nie ode mnie, ale  od Doroty Osińskiej:

[Dorota Osińska,Biec w nadzieję,  z albumu Teraz, MJ, 2015 r, źródło nagrania].

 

***

Wczoraj zastała mnie wiadomość, że Danuta Szaflarska nie żyje. Po_wiem, a raczej napiszę, że zaskakuje mnie jej osobowość, nowoczesność, nie nachalność, skromność, prawda, i humor, a przecież nie powinno zaskakiwać.  Nie znałam Pani Danuty, chociaż oczywiście oglądałam i Zakazane Piosenki, i Pora Umierać. Z nostalgiczno- piękną, lekką, muzyką Włodka Pawlika. O tym ostatnim obrazie pisałam na blogu. Mam wrażenie, że Dorota Kędzierzawska na nowo odkryła nie tylko aktorstwo Pani Danuty, ale i ją samą. Gdziekolwiek Pani teraz jest mam nadzieję, że mówi do Pani strumyk, ogrzewa słońce i pachnie siano, nie daleko szepcze las. Jak się dotyka ziemi, to idzie się lekko. A wkoło jest Śleboda! Dziękuję za ten wywiad. Pozostawiam sznurek bo uważam, że warto wysłuchać, zapoznać się, i zapamiętać.

 

[Wywiad z Danutą Szaflarską, Narodowy Instytut Audiowizualny, źródło nagrania].

 

[324].Humor(k)reska, „Wiedźmikołaj” to nie (tylko) humordraska, sens tu iskrzy, a (z)dziwienie trzaska.

[Wieźmikołaj, Terry Pratchett, Świat Dysku tom 20, Pruszyński i S-ka, tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, źródło zdjęcia].
[Wieźmikołaj, Terry Pratchett, Świat Dysku tom 20, Pruszyński i S-ka, tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, źródło zdjęcia].

Jeśli Kto/sia chce sobie wymasować (albo wymacać) lingwistycznie neuronalia i inne utensylia myślenia i mylenia, to Wiedźmikołaj Terrego Pratchetta jest doskonałą okazją ku temu (łącznie z zagwarantowaniem delikatkoślawego ich łaskotania).  W trakcie lektury można spokojnie oblizywać palce. I drapać się po mózgoobwodnicy. Ta pięknie brzmiąco rytmiczna fraza, ta sarkastyczna faza. To obieranie znaczenia, łącznie z jego jednoczesnym poleropoznawaniem. Miał mniam, ćwir, ćwir, ćwir znowu Ty? Ach te cytaty z cykorii, alegorii. Galeopiada metaforiady, nie ma rady, czas zanurzyć by nie nużyć się w czcionce na granicy pasemka pisma. Moim, własnym, a może tylko oswojonym (?) zdaniem, można spokojnie, albo nieco wierzgając zacząć przygodę ze Światem Dysku, właśnie od lektury jej dwudziestej części. Od celnych cytatów do pięknej formy, tylko jedno rzucenie wzrokiem. Żonglowanie to jednym to drugim. Ale to nie tylko wy i tchnienie, ale także w jakiś sposób prawda, nie koniecznie, tylko o naszym świecie.  Odwrócenie grafit (i) akcji patrzenia gwarantowane. Nie jest to tylko idealna lektura na (grudniowe) święta. Można spokojnie zdjąć pierwszą, drugą i kolejną warstwę i odczytywać nowe znaczenia bez zmęczenia znieczulenia i zmiętolenia miętowego zdziwienia. A jednak można napisać książkę (która będzie zdatna do użycia (bez konieczności pytania lekarza lub farmaceuty) o czymś, o czym już napisano ich wiele. Dobrze, że nie ocenia się ich po okładce, bo omiecenie jej okiem nie zachęca do podjęcia dialogu z tekstem, pretekstem, i pratekstem. Smacznego. Każda osoba znajdzie to, co będzie miała odwagę zobaczyć. Chociaż zobaczenie nie jest równoważne z widzeniem i wiedzeniem. Chociaż może istnieć związek z wodzeniem (nie tylko wzrokiem) i zawodzeniem (chyba)…Ani nic, ani wszystko nie jest oczywiste. Na szczęście. I nie szczęście, nawet na niechrzęszczenie.

Jakoś tak mi się skojazaistrzyło:

[Ballada o przegranych, Jar Chojnacki, źródło nagrania].

Skrócony od_noś_ni(c)k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1cb

322. Historia lubi się tarzać. Histeria lubi się po…

[Gra o Tron. George R. R.Martin. źródło].
[Gra o Tron. Saga Lodu i Ognia, tom I,George R. R.Martin,prod. Audioteka.pl źródło].

Umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli ma oczywiście zachować ostrość.

[Gra o tron, George R.R. Martin, jedna z mądrości Tyriona Lannistera].

Nie będę budować napięcia. I udawać, że mam rozterki. Nie mam. A w kieszeniach i kiszkach tylko przeciąg. Do tego ujawnię swoje zdanie na temat rzeczonej lektury już teraz. Jakież to niepoprawne… No cóż. Szczerze nie rozumiem zachwytów  wyśpiewywanych nad Grą o Tron. Tak, tak, to nie, nieporozumienie. Czy pójście po rozum do głowy, i zagniecie w akcji. (Nie, nie powiedziałam, ani nie napisałam, że po swój). I tak, pewnie jestem w mniejszości, jakoś nie przejmuję się tym. Często proza Martina jest porównywana z sagą o młodym czarodzieju, Chłopcu, Który Przeżył. W pierwszej trylogii wszyscy (koniec końców) żegnają się z życiem, w drugiej serii – część,  pokaźna, ale dobro, prawość, przyjaźń i miłość zwyciężają.

Miałam możliwość wysłuchania produkcji Audioteki. pl i jestem przekonana, że tę pozycję się właśnie w taki sposób powinno poznawać. Jeśli już. Bo wcale nie jestem tego pewna, że to czas dobrze zainwestowany. A książka zasługuję na swoją legendę (marketingową), którą została otoczona.

Na uwagę zasługuje sposób realizacji, oprawa muzyczna, reżyseria, dobór postaci i głosów.  Gdyby nie to, oraz forma jaką dyktuje takie potraktowanie treści, pewnie nie wytrwałabym i (co nie często mi się zdarza) nie dobrnęła do końca pierwszego tomu. To nie jest tak, że nie widzę plusów, może i mam różne wady, w tym wzroku (jasnowidztwo), 😀 ale nie żeby aż tak. Na plus zapisuję także zastosowany model narracji, rozdział z perspektywy jednego bohatera. Nie jest też tak, że tych jest natłok i łatwo się pogubić, albo trudno odnaleźć. A i takie głosy słychać, to tu, to tam, argument jest zadziwiająco często podnoszony (i nie opuszczany). Czarów tu jak na lekarstwo (trudno dostępne, i sprowadzane z zagranicy. Z granicy niemożliwości), ale za to dużo seksizmu i przemocy więcej niż pod dostatkiem, to mnie zniesmacza. I odrzuca i budzi wewnętrzny ból i bunt, a i inspiracji historią Anglii mało. Tak mało.

Tak, to ostatnie było przyczynkiem sięgnięcia przeze mnie, po tą pozycję. Miejsce akcji i reakcji to przecież nic innego jak Anglia właśnie, z tym, że cuchnąca  średniowiecznym powietrzem (bo przecież w średniowieczu bardziej cuchnęło niż pachniało). Nie, że średnio wieje, wiatr historii oczywiście. Oczy wiście i patrzcie. Chociaż wiatr w oczy. Rozpatrzcie koalicję siedmiu, nie nie siedmiu wspaniałych, ale siedmiu królestw i ich boje o wpływy i, tak, tak, i o tron. A Wał Hadriana? I mur. Co się poci, i co stanowi granice między znanym, cywilizowanym- i tym, co stanowi ciemność. I mur i  Pomór. A czarna straż i życie w regule zakonnej, wyrzeczenie się rodziny i majątku.

A jeśli już jesteśmy przy geografii mylenia, myślenia znaczy się, to warto odświeżyć sobie wiedzę o Persji, czy starożytnej Sparty i wychowywanie chłopców na wojowników.A odniesienie do mitów (greckich) jeśli mowa o Dzieciach Lasu.  A rody? To już piętnastowieczna historia i Wojna Dwóch Róż. A Ned Stark? No dobrze, to dwie postaci. Odniesienie do Walezego, ściśle rzecz ujmując, sposobu jego śmierci, albo chociażby Joffrey Baratheon i jego pierwowzór. A zderzenia zdarzeń? Cóż, historia zna takie przepadki, i takie, gdy twórca czy twórczyni czerpie całymi garściami z różnych dziedzin nauki, i umiejętnie zszywa historie w jedną potoczystą narrację, za to też lubię fantastykę, i inną fantastyczną styczną,  ale tu już wybiegamy za bardzo w przeszłość. Lektura książki może być zaproszeniem do tropienia historii świata. Historii, która lubi się powtarzać w niekoniecznie nowych deko_racjach. (Kto wie, może cierpi na echolalie?).

Czy warto czytać? (Kiedyś już o tym pisałam).  Tak, w zupełności, a raczej, w szczególności, tyle, że nie wiem, czy Grę o Tron, chyba, że właśnie w takim kluczu. Co do serialu, to stety się nie wypowiem, gdyż nie miałam przyjemności zobaczyć. Pierwsze co usłyszałam, i co zatrzymało mi się w uszach była przeróbka tego motywu. I tak, najpierw  tę wersję, dopiero nie tak dawno było mi dane usłyszeć oryginał. Tak, to polski zespół, a jego repertuar to szanty. A nazwa ładnie wpisuję się w opowieść o sadze, a przecież istnieje daleko wcześniej, niż historia opowiedziana przez George’a R. R. Martina.

[North Cape, Gra o Tron, cover, źródło].

A Tobie jak się (nie)podobała książka? A raczej jej treść.  Dlaczego warto, a dlaczego niekoniecznie sięgnąć po tę cegiełkę? I po jej następne części. Wykluczam inne zastosowania jak np podparcie chyboczącego się stolika, albo podparcie okna ( tego na świt i  świat ). Czym cechuję się według Ciebie dobra fantastyka? A może warto zobaczyć serial? A może jednak warto… ? A może jest i tak, że miałam za duże oczekiwania… Nie wiem.

Od_noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-1bN

[95+12]. Nie czekaj na wiosnę, (u)śmiechnij się już dziś.

[Wake, Blue Note,2005 Okładka albumu, źródło zdjęcia]
[Wake, Blue Note,2005 Okładka albumu, źródło zdjęcia].

Ostatnimi czasy niegramatycznymi dostatnio, składa się tak, że nie mam za dużo ani możliwości, ani ochoty zanurzać się w muzyczne pejzaże, ale czasami zajrzę w te, dźwiękowe, te i owe horyzonty zdarzeń i zderzeń. Zamiast podążać wytartym szlakiem nowości i innych ości ja zapraszam moich Gości, czyli Was, do poszperania trochę głębiej. Osoba, która czyta blog nie od dziś, a powiedzmy, od soboty, szóstego czerwca 2015 roku, zna już Iiro Rantalę, albo jakoś tak trafiła przepadkiem na wpis z tamtego dnia. Lubię powroty, czasami. (Nie chodzi o powtórzenia gramatyczne). Niespieszne. Radosne. Gdy nie ma się bałaganu w oczach i wiatru w kieszeniach. Jazz kojarzony z geografią Północy bywa kojarzony z wyważeniem dźwięku, i przyjemnym chłodem. Nic bardziej mylnego jeśli chodzi o odniesienie do Wake.

A ponieważ już trochę przymroziło, i czas chłodu nam nastał, choć dzień się wzdłuża i wynurza, ja zapraszam do zapoznania się z dwunastoletnim pięknie i piekielnie radosnym, prostym, albumem z tamtej strony wdzięku. Jeśli chciałabym zachęcić do zaprzyjaźnienia się z jazzem lekkim, łatwym, przyjemnym, przyjaznym i treściwym, to z chęcią poleciłabym album z 2005 roku. Zwłaszcza, że mamy tu zarówno odniesienie do klasyki [np  Ellington] jak i kompozycje autorskie Finlandczyka. Album stanowi spójną całość. Dlatego niejako zaprzeczeniem było by umieszczanie jednego nagrania.  Poniżej utwór trzeci, zagrany na żywo (jak kość trochę słaba :)):

[źródło nagrania].

[317]. #…Bo Świat jest ciekawy! (1).

[Maraton, źródło zdjęcia].
[Maraton, źródło zdjęcia].

Na dzień dobry, a jakże! Mam dla Ciebie zadanie. Jeśli tylko chcesz się zastanowić, zapraszam. Oto ono. Proszę opisz to, co widzisz na  obrazku znajdującym się po lewej stronie.

Inaczej, Jakbyś go przedstawił/a komuś, kto/sia go nie może zobaczyć?A nie może go zobaczyć,  bo na: przykład: znajduję się za kotarą.  W jaki sposób byś to uczynił/a komuś, kto  się spieszy? Albo: nie widzi? Albo nie słyszy? Jeśli dowiesz się, że osoby, z którymi właśnie przebywasz, nie widzą, albo nie słyszą/ nie widzą od urodzenia, czy to zmieni Twój sposób powiadania o tym, co widzisz na obrazku, sposób w jaki go przedstawisz drugiej osobie? Choć mamy do dyspozycji tylko  jedną ilustrację, to daję głowę, a jestem z nią zżyta, że  owe trzy opisy, o które właśnie Cię poprosiłam będą się od siebie różnić Czy jeden z nich jest dla Ciebie trudniejszy? Jeśli tak,to który z nich i dlaczego? Naprawdę zachęcam do poeksperymentowania i – przed dalszą lekturą tekstu, wykonaniem zadania. Jeśli chcesz, to podziel się wrażeniami. Jeśli chcesz to możesz kogoś zaprosić do zabawy. Wybrać sobie to, jaką ta osoba przyjmie (na czas wykonywania zadania) rolę i, rzecz j a s n a (sic!) bez pokazywania jej ilustracji, opisz sposób jak najbardziej wierny to, co widzisz.

***

Jest taki dział nauki, nosi nazwę, language production, osoby zaangażowane w badania, zastanawiają się nad tym w jaki sposób są tworzone przekazy językowe a to obejmuje zarówno to co mówią, nadawczynie i nadawcy przekazów, jak  i to ,jakie intencje im towarzyszą przy tym, w określonym czasie, jak również patrząc na proces tworzenia procesów językowych z meta poziomu: procesów, narzędzi jakich używają by stworzyć przekaz. Tworzenie przekazów językowych dotyczy zarówno języków sztucznych jak i naturalnych, języka migowego, brajla, jak i innych…  Jak opisywałeś/opisywałaś obrazek? To od czego zacząłeś/ zaczęłaś? A czy Twój sposób opowiadania zmienił się, w sytuacji, gdy dostarczyłam dodatkowych wiadomości o odbiorcach/ odbiorczyniach Twojego komunikatu?  O czym wtedy pomyślałaś/ pomyślałeś?  Co dla Ciebie było najbardziej istotne? Co ważne? A co bez znaczenia? Tak, za każdym razem, gdy wypowiadasz się nie tylko” musisz” pomyśleć, ale rzeczywiście myślisz  m.in o tym do kogo będziesz mówił/a. Co więcej. O doświadczeniach tej osoby, jej płci, wieku, a także o tym, czy Ty i Twój odbiorca i odbiorczyni, macie wspólne doświadczenia, a co Was różni.A co z tym związane.  Jaki zakres wspólnej wiedzy posiadacie? I o jeszcze wielu innych kwestiach. Nie? Spotykając sześciolatka na ulicy przecież nie będziesz fundował mu trwającego półtora godziny wykładu na temat czarnych bzdur, znaczy dur, znaczy dziur. Czarnych dziur. Chociaż, możesz to zrobić, jeśli Cię poprosi (są Tacy, przyroda zna takie przepadki, którzy w wieku lat czterech raczą się samodzielnie Lemoniadą ;d).

Rodzaj algorytmu, to jest swoisty przepis wspólnej komunikacji przedstawił  w 1975 roku filozof H Paul Grice jego zdaniem, i to nie jednym, złożonym, by intencja osoby mówiącej była czytelna wypowiedź powinna być dostosowana:

  • do okoliczności, w których została wypowiedziana;
  •  do znaczenia toczącej się konwersacji;

Do tego określił on cztery reguły formułowania wypowiedzi:

  • reguła ilości — dostarczaj tyle informacji ile jest to konieczne, by pozostać zrozumiałą i jednocześnie nie za mało, i nie za wiele, by być zrozumiałym/ zrozumiałą. Zadaj sobie pytanie, co słuchacz/ka już zna? O czy może wiedzieć, o czym na pewno wie? Jaki duży jest zbiór wspólnych doświadczeń, odniesień?
  • reguła jakości — niech wypowiedź będzie prawdziwa. Mów to, co wierzysz. Powołuj się na fakty. Pamiętaj o tym, na czym opierasz swoją wypowiedź, jakie są jej filary/wartości.
  • reguła odpowiedzialności — Twórz przekazy dostosowane do poziomu odbiorców i odbioczyń. Nie każdy jest Heideggerem. :). Nawet kwestie zawiłe można przedstawić w sposób zrozumiały, to jest: np przejrzysty.  Reguła odpowiedzialności nakłada na nas obowiązek powiązania wcześniejszych wniosków z tym, co powiesz za chwilę. Czyli chodzi o to, żeby jednocześnie konstruować tak wypowiedź, żeby nie widać było szwów.
  • reguła sposobu — by Twoja wypowiedź była jasna, jednoznaczna w przekazie, i uporządkowana. Bądź wyrozumiał_y/a jeśli ktoś/ia popełnia błędy. Sprawdź, czy Twoja wypowiedź była zrozumiana zgodnie z Twoją intencją.

 

No dobrze, możesz po (i) wiedzieć, to wszystko pięknie b r z m i , ale jak określić, to w jaki sposób nakreślić, albo ocenić obszar wspólnej wiedzy? Swoje rozwiązanie w tej kwestii  zaproponowali trzydzieści cztery lata temu Catherine Marshall i Herbert Clark. I tak wyodrębnili oni trzy obszary na które warto zwrócić uwagę odpowiadając sobie na powyższe pytania, s są nimi:

  1. fizyczna współobecność —- sytuacja ta dzieje się wtedy gdy zarówno nadawca (nadawczyni) jak i odbiorca (odbiorczyni) przekazu znajdują się w tym samym miejscu. Dotyczy to w równej mierze sytuacji jak i przestrzeni fizycznej. Np. warunki w jakich jest przeprowadzona rozmowa. Inaczej będziemy rozmawiać na lotnisku, inaczej w klubie, kawiarni, a inaczej na sali warsztatowej.
  2. językowa współobecność — np gdy rozmowa, która się toczy, jest kolejną na ten sam temat użytkownicy i użytkowniczki języka posiadają wcześniejsze informacje.  Szukanie i z n a j d o w a n i e wspólnych punktów odniesienia na różnych poziomach wypowiedzi.
  3. Przynależność do tej samej grupy — na podstawie wspólnych grup i należności do nich osoby określają zakres wspólnej wiedzy. Gdy poznajemy kogoś, widząc tę osobę po raz pierwszy, często, by nie napisać zawsze pytamy się, do jakich grup on/a należy. Temu służą np pytania o zainteresowania, hobby, zawód. Fusell i Krauss zwracali uwagę także na inny aspekt, tego zachowania, czyli przyjmowania a priori, czy bycie przekonanym/ przekonaną o posiadaniu jakieś wiedzy, przez osoby, z którymi rozmawiamy.

Na przykład gdy wypowiedziałam zdanie: (Są Tacy, przyroda zna takie przepadki, którzy w wieku lat czterech raczą się samodzielnie Lemoniadą ;d). To tym samym uśmiechałam się  Xpilu do Ciebie, znaczy, przywołałam sytuację, kiedy wspominałeś o tym, że szybko zacząłeś czytać, samodzielnie, i że pierwszą książką były, Bajki Robotów Lema Stanisława. Gdybym założyła, że wszystkie osoby czytające, w tej chwili,  ten tekst, w tej chwili, znały ten fakt, nie wyjaśniałabym  teraz znaczenia tego zdania.

Aby nasza wypowiedź została zrozumiana zgodnie z intencją, którą kierujemy do odbiorczyń i odbiorców koniecznym jest zredukowanie dwuznaczności. (Poza wyjątkami, kiedy są one  porządnie pożądane :D). Kto/sia mi powie co znaczy: On zniszczył zamek? albo: Znów widzę te gołąbki! en w drzwiach, czy może mówimy o tym, że jakaś budowla właśnie została zbudrzona? Widzę gołąbki, które użeźniają mi odchodami balkon,który tak się składa, że d o p i e r o   c o sprzątałam? Chodzi o gruchającą parę przy stoliku obok, czy o to, że właśnie mam smak na potrawę z ryżu, pieczarek i kapusty? Warto się upewnić, i to nie tylko gdy zajmujesz się językiem (i nie mam tu na myśli bycia laryngolożką, albo szewcem). Kto/sia nie zajmuje się językiem?  Pamiętam z dzieciństwa gdy byłam z wizytą u rodziny. I jedna z Cioć (ta, której się nie odmawia) zaproponowała, że poczęstuje mnie gołąbkiem, na co ja, nieświadomie (i co gorsza!) z radością przystałam, mój entuzjazm ostygł, gdy okazało się, że ten gołąbek jeszcze do niedawna fruwał… Ad rem, (mając w pamięci regułę ilości)  językoznawczynie i językoznawcy przypatrują się procesowi popełniania błędów, gdyż  proces ów stanowi  bardzo ważną informację zwrotną.

Jaką wartość ma dwuznaczność leksykalna? A jaką wagę stanowi kontekst? Mając w pamięci wszystko,co do tej pory przeczytałaś lub przeczytałeś, mam jeszcze jedno pytanie. Czy zauważyłaś, zauważyłeś  ile uwagi wymaga od nas zapamiętanie i przytoczenie wypowiedzi, nie ogólnej jej sensu, ale wypowiedzi, dosłownej? Zastanawiałaś/łeś się dlaczego tak się dzieje, że aż tak trudno przytoczyć słowo w słowo, to co gdzieś usłyszałyśmy, i usłyszeliśmy? Chcąc to sprawdzić, przy najbliższej okazji spróbuj zapamiętać parę zdań, przez kogoś wypowiedzianych, i za kilka godzin przytocz je z pamięci. Otóż, za ową trudność odpowiedzialne są  Procesy myślowe, które zachodzą w naszych umysłach a ściślej rzecz ujmując to co nazywamy sądami. Do tego mamy jeszcze coś takiego jak inferencjami, proces ten polega (w dużym uproszczeniu) na zapełnianiu luk przez słuchaczki i słuchaczy, tak więc nie wszystkie informacje pochodzą od osoby mówiącej*. (Nadawczyni/ nadawcy komunikatu*). Np: Czytałam dziś Słownik Mitów i Tradycji Kultury. Tam jest wiele ciekawych wątków, które chciałabym zgłębić. Przecież nikt n o musi Ci powiedzieć Wertowałam dziś Słownik Mitów i Tradycji Kultury, Tam, czyli w tym słowniku, jest wiele ciekawych wątków, które chciałabym zgłębić.  Nie tylko wiesz, że tam odnosi się do książki, ale masz także w umyśle obraz przedmiotu, jakim jest książka. Wydaje się to przecież oczywiste, ale oczywistym nie jest. Zatem wysuwanie wniosków na temat wypowiedzi i ich liczba może być niebagatelna. Poza tym te wnioski nasuwają się niejako automatycznie. Ale nie muszę pisać, że tak nie dzieje się. Ten proces służy spajaniu informacji, stworzeniu jej spójnego obrazu. Takie składanie puzzli, tyle, że bez spoglądania na dołączony obrazek.

Powyższe akapity to tylko kropla w morzu, a może nawet więcej niż morze. Komunikowanie i porozumiewanie się jest fascynującym procesem. Nie tylko nasze ludzkie, ale również międzygatunkowe. Coraz to częściej naukowczynie i naukowcy przekonują się, że dochodzili do błędnych wniosków, albo mijali te pra pra prawidłowe. I nie chodzi tu o narzędzie które poprzedziło wynalezienie wideł, chodzi np o błędne konstruowanie, albo interpretowanie eksperymentów np z tego względu, że  były one osadzone na  antropocentrycznych założeniach. Jak to miało miejsce gdy badano co szympansy potrafią zrozumieć z naszego języka, czy -a jeśli tak to  – w jaki sposób się uczą. Wysnuto wówczas— jak łatwo się domyślić (zakładam, że tak właśnie jest) wysnuto  błędny wniosek: zwierzęta te nas nie rozumieją, czego dowodemi miało być ich zachowanie, poza tym nie są w stanie się uczyć: w czasie deszczu nie otwierają parasola, lecz chowają się pod gęste, korony drzew! O losie! Naturalnym zachowaniem goryla jest właśnie to drugie zachowanie. Zejdźmy z drzew na ziemię, i to nie dlatego, że teraz nie ma ani deszczu, ani liści 🙂 (Są takie miejsca,które są  jednostajnie przewidywalne meteorologiczne)…

Co jeszcze przegapiłyśmy i przegapiliśmy? Oj wiele, wiele kwestii…

Języki rodzą się,są rozwijane, żyją  (albo i wprost przeciwnie) i tak,  umierają, ale czasami, tak jak łacina (i nie mam na myśli tej, podwórkowej, kruca fuks) z martwych wstają. Mówi się (sic!) [a właśnie, (sic!)], że można rozmawiać o trzech śmierciach tego języka, ale nie będę na ten

[Otóż i on, źródło zdjęcia].
[Otóż i on, źródło zdjęcia].

temat pisać. Chyba, że kiedyś, jeśli wyrazicie taką chęć. Po polsku, w komentarzach poproszę i jeszcze czytelną czcionką, dziękuję :). A właśnie, możesz spytać:(i nie będzie to pytanie z gatunku ratunku naiwnych.).. A kiedy powstał język polski? To też temat na inny artykuł. Można tylko wspomnieć, że taki Mieszko I (to ten gość z portfela, widnieje na banknocie dziesięciozłotowym) nie mówił po polsku. No dobrze, znaczy…  Bardziej wprost przeciwnie… Ściślej rzecz ujmując. Z jednej strony przyjmuje się to za kwestię czysto (sic!) umowną, z drugiej: jeśli, a tak jest rzeczywiście, o języku polskim możemy mówić, w chwili gdy nasze państwo zaczynało istnieć, w ogóle. A nie, znikneło na sto dwadzieścia trzy lata z map świata w wyniku rozbiorów. Panowanie Piastów to okres wcześniejszy, gdzie nie tylko granice się formowały, ale także rejony etniczno- dialektalne. A z trzeciej strony, bo i taka istnieje, o tym czasie, a ściślej rzecz ujmując o języku z tego czasu wiemy nazbyt mało, albo jeszcze mniej.

No dobrze, meandry dziejów, to meandry dziejów i nie ma co się tam zapuszczać bez mapy, kofeiny i dobrego śniadania. No dobrze, żary żartami, odłóżmy je na dowolnie wybrany book, ale jeśli czytasz, ze zrozumieniem ten tekst, i nie jesteś maszyną, ani UFO (co zakładam z ex definitione, tak to właśnie (kolejny) przykład czynienia automatycznych założeń zawartych w w języku, chociaż nie wszystkie założenia mają charakter automatyczny, ale – dla klarowności przekazu i w tym kontekście- nie zajmujemy się innymi) . No dobrze, jesteśmy tu i teraz, znaczy, wiek dwudziesty pierwszy (nie zależnie od wieku, metrykalnego) dzień dwudziesty szósty stycznia, dwa tysiące siedemnastego roku. Widziałeś/ widziałaś kiedyś dziecko. Małe. To dziecko swoje Pierwsze Słowo wypowiada zanim ukończy pierwszy rok życia, albo tuż po nich. Jednak aby to jednak mogło się zadziać, wiele się musi wydarzyć. Ja wiem, że zwykle to  Człowiek, który postrzegany jest jako mało komunikatywny, ale wielbłądzić rzeczą ludzką… Czy jakoś tak… Czyż nie? 😀

Człowiek nie tylko uczy się sposobu w jaki sposób rozróżnić słyszane dźwięki, w tym także ludzką mowę, mowę osób bliskich i  obcych, ich płeć. Odróżnia też co jest jego/ jej językiem pierwszym (ojczystym)a co językiem obcym. Poza tym, człowiek uczy się sposobu w jaki może używać aparatu artykulacyjnego, czyli po prostu gaworzenia, nie tylko wydobywania dźwięków, ale całej gamy wiążącej się z tym ekspresji. Tak, ekspresji, chociaż ma ona charakter przed językowy.

Jednym z mitów sprzedawanych chętnie przez osoby pracujące w szkołach językowych (nie mówię, że przez wszystkie te osoby) jest powoływanie się na fakt, że jeśli nauczyłaś/ nauczyłeś się posługiwać się językiem pierwszym w sytuacji gdy jeszcze nic nie umiałeś, nie umiałaś, to tym bardziej nauczysz się języka (dotychczas) obcego. Powołując się na ten argument, osoby te dowodzą, eufemistycznie rzecz ujmując swojej niewiedzy, a przynajmniej bezrefleksyjnego powtarzania, nie prawdziwych sloganów. Wiadomo dzisiaj bowiem, że niemowlak dysponuje bardzo szerokim repertuarem dźwięków, w tym momencie swojego życia (paradoksalnie nie jest on- ten okres oczywiście -tak postrzegany) wymówić wszystko, każdy dźwięk, dopiero z czasem, ulega on zawężeniu, do dźwięków, które słyszy w swoim najbliższym otoczeniu (geograficznym). Tak więc nie jest to tylko słuchanie, jest to już nabywanie języka. Tworzenie narzędzi, którymi, w późniejszym okresie będzie się dziecko posługiwać. Przychodzi więc czas tworzenia fonemów, czyli takich najmniejszych cząstek elementarnych, którymi będzie się ono posługiwać. Takie rozbieranie sylab na części pierwsze, drugie i kolejne.

Kolejnym mitem jest to, że dziecku udało się coś powiedzieć, bo je poprosiliśmy o to (powiedz: „Tata”, no powiedź „Tata”), i przychodzi to bez wysiłku. Oczywiście wypowiedź ma charakter wolicjonalny, ale nie znaczy to, że przychodzi ona łatwo i bez treningu. Posługując się metaforami bardzo często mówimy o nauce chodzenia, ale często zapominamy o nauce mówienia…  Wróćmy (sic!) jednak do tematu przewodniego.

Po pierwsze słownik rośnie po woli i powoli. Po wtóre, zbiór ten jest nader mały, taka najpotrzebniejsza apteczka pierwszej pomocy.  I można w pewnym uproszczeniu przyrównać ten proces do uczenia się pamięciowego. Dwulatek/Dwulatka, tak kiedy bliżej mu/ jej do trzecich niźli drugich urodzin gdy posługuje się już około pięćdziesięcioma słowami, następuje coś w rodzaju skoku… Potrafią z fonemów zbudować wyrazy…

Takich przełomów jest wiele, naprawdę. Ten tekst miał być na początku zupełnie o czymś innym. Chociaż też o języku. O tym jak trudno, i o tym jak fascynująco się jest uczyć języka obcego, oswajać się z nim. Odnajdywać i tworzyć. Mam jednak jeden wniosek. Nie zatracajmy ciekawości świata. To dzięki niej nadajemy mu smak i barwy. To rodzaj przeprawy i przyprawy. I wyprawy. Świat nie jest oczywisty. Oczywista to oczywistość. Dość.

W jaki sposób teraz opisałabyś/ opisałbyś, przestawiłbyś/ przestawiłabyś pierwszy obrazek?

[Jedno słowo za dużo, sł. Michał Kuźmiński, muz. Michał Łanuszka, źródło nagrania].

————————————————————————————————

*Osoba Głucha, lub Osoba Głuchoniema także mówi w takim sensie, o czym już wspominałam.