[168+1].[(237+1)+1]. Iść.

Owość_ Wielowymiarowość i wielowarstw_← konfitura i jeszcze jedna tu[i tam]_ra/ Jak usłyszałam tą piosenkę to pierwszy szmer który wzbudził łechtanie moich neuronaliów to kwestia ruchu. Ruchu o którym niejednokrotnie pisałam, nie tylko moje motoneurony pławiły się w endorfinach. I tak sobie zaczepię tę nutkę, by może i Tobie ją zaszczepić:

[Andrzej Zaucha i Anawa, 1973 rok, Abyś czuł, źródło nagrania].

Można sobie odczytywać jeszcze z innych poziomów i pionów, lecz następne moje skojawrzenie numer dwa (pierwsze p o m i n ę). Ruch. I przy tym pozwolisz,  zatrzymamy się na dłużej. Wpuszczeni zostajemy w kanał, i to nie byle jaki bo w kanał kręgowy, w którym znajduje się rdzeń kręgowy, który ułożony jest promieniście, otoczony płynem mózgowo rdzeniowym stanowi on ochronę przed wstrząsami wszelkiej natury np mechanicznej. Ten z kolei otoczony jest workiem opony twardej,  ale chciałabym, w tej krótkiej notatce dzisiejszej wspomnieć o jednym, mianowicie o krążku międzykręgowym, tak zwanym dysku. Składa się on z części: pierścienia włóknistego (który znajduje się w środku) i jądra miażdżystego (jest to od dwudziestu do trzydziestu warstw kolagenu). Prawda jest taka, że ów krążek (nie złoty) starzeje się od dwudziestego roku życia. A można po tym to poznać, że na obrazach jest coraz to mniej w nim wody. Tak wody. Elastyczność maleje. Krążków międzykręgowych mamy  dwadzieścia trzy, a segmentów ruchowych kręgosłupa jest dwadzieścia cztery, różnica ta wynika stąd, że między odcinkiem C1 a  C2 nie ma dysku.  Krążek ów odżywia się przez dyfuzję, można porównać ten mechanizm do gąbki. Co to oznacza? To, że krążek odżywia się przez ruch. Naprawdę, jeśli siedzisz długo to zaczynasz się wiercić, zmieniasz, pozycję, dlatego, że Twój kręgosłup domaga się odżywienia krążka międzykręgowego. Jeśli człowiek długo siedzi ów jest obciążony i nie ma możliwości poruszenia, nie można odciążyć, i nie może nabrać substancji jest ukrwiony z tętnicy rdzeniowej, ale nie o tym, wiadomo, że dyfuzja nie jest jedynym mechanizmem. Dlatego warto się ruszać. Albo siedzieć dynamicznie na poduszce sensomotorycznej, albo na piłce, albo chociaż na czymś miękkim. Z drugiej strony drastyczne zmiany ruchu to jest podjęcie jakieś wymagającej czynności po siedzeniu siedzeniu jest niezdrowe, tak jak ostatni wrzask mody na maratony i inne takie atrakcje. Wiem, wiem, że jest to medialne i w pewien sposób zanurzone w kulturze, ma doskonały PR. Jednak warto sobie zafundować pół lub godziny spacer, codziennie, niż nabawić się urazów, ale biegać by mieć mary na tony. I inne przewidzenia. Co jeszcze warto robić? Ustawiać sobie budzik w odstępach trzydziestominutowych, by natychmiast wstać przejść się, rozprostować, nawet gdy ma się pracę w charakterze siedzącym. Ruch tak, ale szyty na miarę i z rozmysłem. Ruch to też sposób bycia w ciele i bycia z ciałem. Ale to już historia na całkiem inny artykuł i to nie jeden…. 

[Nie rozdziobią nas kruki, SDM, źródło nagrania].

Nie lubię piwa, ale piosenkę można strawestować mając na myśli komfort krążków międzykręgowych, po prostu i po krzywu (raczej to drugie mając w pamięci stan naszych dróg i chłodników) się przejść, czasami (niegramatycznymi i nie dramatycznymi) by wrócić do Siebie.

Uczyń ten poniedziałek dobrym czasem. Smacznego!

Reklamy

[272+3]. …”Szkoda, że zostawiłem raki”.

 

Touching the void, Dotknięcie pustki, Joe Simpson, wyd. Stapis, źródło zdjęcia].
[Touching the void, Dotknięcie pustki, Joe Simpson, wyd. Stapis, źródło zdjęcia].

Musisz podejmować decyzje, nawet jeśli będą złe.

/Joe Simpson/.

Ludzie często, choć nie: „wszyscy” i nie: „zawsze”,   to często mówią, że nie rozumieją, tych, którzy słyszą Zew Gór i nie wahają się za nim podążyć, a nawet gdyby, robią to, mimo sprzeciwu rozsądku, czy jakkolwiek nazwać siłę, która stanowi opór decydują się wyruszyć.

Ja, nie tylko rozumiem, ale i podzielam to patrzenie. Patrzenie i drogę Ludzi [z] Gór.  Dlatego też sięgam po literaturę szlaku. Chociaż nie tylko z tego względu. Nie chodzi o relacje z wypraw. Chodzi o coś znacznie więcej. Znacznie bardziej.

Dotknięcie pustki, to już klasyka. Zapis wyprawy, która odbyła się  w wysokie Andy trzydzieści dwa lata temu. Wtedy to na zdobycie czekała, ostatnia, bardzo trudna, zachodnia ściana Siula Grande (6344 m n.p.m.). Wiele ekip zdążyło skapitulować, wycofać się, poddać, a może ocalić życie? Fakt ten podnosi atrakcyjność przedsięwzięcia w oczach dwóch Brytyjczyków: dwudziestopięcioletniego Joe Simpsona i cztery lata od niego młodszego Simona Yatesa. Młodość na wpół z ambicją i adrenaliną szumi im w żyłach. Głodni i godni Przygody, tak jak wiele osób przed nimi,  śmiejąc się i żartując ruszają na szlak.

  Po siedemdziesięciu dwóch godzinach, dniach wyrzeczeń, wysiłku ponad miarę  i męczarni, przedzieraniem się nie tylko przez pionową ścianę lodu, czy sypki śnieg,  minuty i wytężonej  uwagi  do granic niemożliwości (chociaż te ostatnie zostawmy sobie na potem) uwagi na szczeliny, uwagi na  nawisy sopli  zdobywają upragniony szczyt, s t y l e m  a l p e j s k i m (bez zakładania lin, czy pośrednich obozów).

Ci, którzy tylko przyglądają się osobom wspinającym, chociażby tylko z nizin, chociażby tylko śledzili relacje przed radioodbiornikiem, albo za pomocą innych technologicznych wynalazków otoczeni dobrodziejstwem cywilizacji, ciepłym kocem, gorącym napojem, obecnością Bliskich,  i możliwością zjedzenia  posiłku, który znajduje się w zasięgu ręki (albo chociaż w lodówce), doskonale wiedzą, że najważniejsze jest zejście.  Najważniejsze jest zejście, ale nie z tego świata, chociaż ci co wracają z Gór, myślą, ba może są o tym przekonani (?)— że to ten inny, może lepszy-  Świat pozostawili właśnie gdzieś w oddali… Osiemdziesiąt procent wypadków śmiertelnych zdarza się właśnie podczas zejścia ze szczytu.

Ta pierwsza możliwość rozstania się (z własnym życiem) staje się tym bardziej realna jeśli, tak jak autor dziennika, łamię się nogę, w najmniej sprzyjających (b a r d z o eufemistycznie rzecz ujmując) okolicznościach. Szli we dwóch, nie zdając sobie sprawy z grożących im niebezpieczeństw, ale Życie, zwłaszcza to toczące się w dziko niedostępnych zwodzących pięknem i obiecujących przyrodę górach nie pyta o pozwolenie, przepustki i paszporty mądrości. Weryfikuje umiejętności w praktyce. Teraz. Właśnie teraz.

I tak zostali sami, bez zwierząt pociągowych, cały dobytek zostawiając w bazie. Przy sobie mieli tylko najpotrzebniejsze sprzęty, takie jak kuchenki do roztapiania lodu, włącznie z namiotami trzy dni marszu od drogi… Ale wtedy mieli do dyspozycji po dwie sprawne, młode nogi, ręce, (nawet przez myśl im nie przeszło, że stan ten może ulec zmianie i to szybko) poza tym dysponowali zapasem jedzenia, maszynką, która służyła do roztapiania śniegu i przygotowania posiłku, wiadomo, że w wysokich partiach gór, gdzie powietrze jest coraz to rzadsze, z dala od cywilizacji, zajmuje  to wraz z osiąganiem wysokości, coraz więcej czasu. Do tego pogoda sprzysięgła się przeciwko nim… Nadciągają gęste, białe, nieprzeniknione chmury dokładnie zasnuwając świat, nie ma linii horyzontu. Wszystko jest Bielą. Wszystko jest jednością. Wszystko jest. I nie ma niczego. Tylko Lód. Śnieg, wycie wiatru. Przeszywające zimno.  Bezkres bez nadziei.

Zostawili w bazie Richarda, który miał czekać na ich powrót, nie dysponował koniecznym doświadczeniem  we   wspinaczce,  co więcej nie wiedział w czym zdecydował się wziąć udział,  i do tego nie wiedział nawet  w jakiej części Peru się znajduje, podjął się pilnowania sprzętów w obozie bazowym, taka była jego rola. Poza nim, nikt nie mógł, o ich bytności wiedzieć, a co z tym związane, w razie konieczności wyruszyć na akcje ratunkową.

Nie zapominajmy jeszcze o jednym, przez przeszło trzy dekady temu technika niebywale została unowocześniona. Wystarczy przyjrzeć się temu co pokazują Wanda Rutkiewicz i Artur Hajzer, prezentując najnowocześniejszy podówczas sprzęt, istny wrzask mody. [A można to zrobić tutaj].  Można też przeczytać w jakich ubraniach wyruszali na szczyty polscy himalaiści i himalaistki…Nie, nie usprawiedliwiam, nie oceniam posunięcia Simona, który po walce i towarzyszeniu Joe, decyduje się odciąć linę, którą jest z nim związany, i samotnie zmierzać do obozu by uratować swoje życie.  Tym nie tylko skazując partnera na śmierć, ale i  na powolne, świadome, i samotne rozstawanie się z życiem… Ale nie uprzedzajmy (nomen omen, zły omen) wypadków…

Nadciągają chmury, nie tylko metaforyczne.  Trzydzieści minut po osiągnięciu wierzchołka zabłądzili. Myląc grań z ogromnym nawisem ze śniegu i lodu, który pod naporem Simona zawali się.  Pierwsze ostrzeżenie. Gdy są na ponad sześciu tysiącach metrów, kończy im się gaz, zatem nie mogą topić śniegu i się nawadniać. Schodzą, gdy myślą, że najbardziej niebezpieczny odcinek drogi jest za nimi, Joe który idzie pierwszy, wbija czekan, ale niepewny tego, czy prawidłowo to zrobił, a poza tym, odgłos temu towarzyszący nie świadczył o jego poprawnym umocowaniu, chcę jeszcze raz, to zrobić, tym razem lepiej. Bierze zamach i…

Spada. Spada i w chwili lądowania na wyprostowane nogi, łamię jedną z nich w kolanie. Doskonale wie, że podczas takiej wyprawy jak ta, wyrok w takiej sytuacji jest tylko jeden, bezdyskusyjny, i pewny jak podatki. Nie wygląda to malowniczo. Wraz z siłą towarzyszącą uderzeniu kość piszczelowa ulega przemieszczeniu wbijając się  w staw kolanowy, a potem dalej. Gdy spróbuje na niej stanąć, złamie się z chrzęstem i w tej chwili jego los jest przypieczętowany, a złudzenia (o ile jakieś były, to odeszły). Szok, desperacja, przerażenie i strach przed odrzuceniem, strach przed śmiercią, strach przed… Simon nie zostawia Joego, chociaż taka myśl przemyka przez głowę. Przynajmniej tak się wydaje. Tymczasem zastanawia się, jak ściągnąć go na dół, z dwoma 50 metrowymi linami. Złamana noga obija się, krzyki nic nie dają. Trzeba iść dalej mając do dyspozycji tylko dziewięciomilimerową linę, linię odgradzającą życie od śmierci. Zadymka. I noc. Zadymka i minus przynajmniej  sześćdziesiąt stopni, wiatr, i upływ krwi, odwodnienie, nie można wykopać jamy, w której można się chociaż częściowo schronić przed wiatrem. Wiatrem który dudni, dmie i potęguje odczuwanie zimna.

Są coraz niżej, ale jest coraz to bardziej stromo. Nie mają ze sobą kontaktu wzrokowego, nie mogą się usłyszeć i Joe zawisa na linie, po prostu spada. Nie, nie daleko. Wyjmuje czekany, by jeszcze raz próbować je zamocować w ścianę, po pod nim znajduje się szczelina, a nieświadom niczego Simon zaczyna go opuszczać. Ponieważ liny nie starcza, i ponieważ nie słyszy tego co mówi, a w zasadzie wrzeszczy do niego Joe, szarpie linę, by ten ją rozluźnił, trzeba przewlec węzeł (złączę dwóch lin) by móc dalej opuszczać rannego. Nie ma reakcji ze strony starszego Brytyjczyka. Joe ma dwa plusiki i na tym zamierza się wspiąć po linie, zgrabiałymi rękami, nie czuje palców, ma do dyspozycji jeszcze zęby. Wszystko zawiodło. Joe wisi na linie i czeka na śmierć. A wieje wiatr… Simon odcina scyzorykiem linę. Decyzja przychodzi szybko. I wydaje się właściwa.

Joe spada pięćdziesiąt metrów w smolistą przepaść, w nocy. Simon widzi jak Joe pożerany  jest przez ciemność. I pewien jest, że nie żyje, albo za chwilę rozstanie się z życiem. Ale Joe nie tylko nie tylko nie umarł, ale dopóki nie pociągnie za linę, przekonany jest, że Simon znajduje się na drugim jej końcu. Dopiero gdy widzi,że ta  się nie napręża, ale, że coraz to więcej ma jej w rękach, świadomy swojego położenia, bez środków znieczulających, pełen najczarniejszych myśli, wcześniej nie pił wystarczająco dużo. Jest wiecznie, jest mu zimno, kieszenie i duszę ma pełna zwątpienia, a w uszach Pan/i Śmierć śpiewa mu ostatnią kołysankę.

Gasi czołówkę, pochłania go noc. Śnieg zamarza na ubraniu, tworząc warstwę, której się nie pozbędziesz. Moreny, grzyby nawisy. Moreny, grzyby nawisy. Moreny, grzyby nawisy, Przecież to Andy. Moreny, grzyby nawisy. Smak samotności i strachu, Moreny, grzyby nawisy. Młodość, ambicja i pierwsza góra, wyrok śmierci. Ciemność. Joe woła siarczyste przekleństwa, przecinają ciemność, łzy i sny, łzy i zwątpienie, traci panowanie nad sobą… Przerażenie, zimno.  Richard pchnięty przeczuciem postanawia wyruszyć do osób, których zna tylko imiona. Najdalej jak się da. Spotka Simona.  A Joe?  Wszyscy są przekonani, że pożegnał się z życiem wraz z odcięciem liny, a pewnie i wcześniej… Ból, odwodnienie, brak woli, i ustanie celów.  Paradoks, i to śmiertelny. Lód, śnieg o konsystencji cukru, minusowa temperatura, wyczerpanie, nikłe ślady Simona, które zasypuje wyjący wicher. Desperacja. Zwątpienie, strach, czołganie w ciemności. I czas, który jako jedyny na Ciebie nie zaczeka. Rano, brak jakichkolwiek odcisków w ziemi, Cisza, może poza wiatrem, który gra na lodzie…I gdzie okiem sięgnąć Labirynty szczelin. Zagłodzenia, zbłądzenia, zwątpienia, i…Skały…

W obozie czekają, zdrowieją (Simon) Richard nalega na powrót. Obaj nieświadomi tego, co dzieje się wyżej. Skały oznaczają brak śniegu, chociaż nim też się nie nawodnisz, a brudny śnieg to zagrożenie, jakżeby było inaczej, zagrożenie śmiertelne. Teraz pora skakać na jednej, zdrowej, nodze narażając się na bolesne upadki. To tak jakby za każdym razem, z każdym krokiem (chociaż bez obciążenia, Joe pozbył się sprzętu) doświadczając złamania z przemieszczeniem. I znów zegarek, i znów wyznaczenie celów. Czas, cel, czas, cel, czas- cel w zasięgu wzroku, ważne, by dotrzeć do tej właśnie skały, tylko do tej, a potem. Nie ma potem.  Tylko do następnej. I piękno przyrody, nachalnie wlewające się do duszy.  I skraplająca się woda. I znów upadek. I znów kopanie w poszukiwaniu chociaż kropli. I odwodnienie i zawodzenie, i szum, szum wody, której nie możesz mieć. Szaleństwo.

Joe poddaje się siódmego dnia. Nie ma zadymki, za to gwiazdy. I niebo. A rano kuszące słońce i przekonanie o śmierci, i nie będzie już bólu. I poczucie samotności, odrzucenia, albo porzucenia. Po co można się czołgać w takim momencie? By nie być samotnym w minucie odchodzenia. Tego ostatniego.

Tymczasem Simon przed wyruszeniem z bazy postanawia spalić wszystkie ubrania Joego, taki symboliczny akt pożegnania. Dobrze, że ten nie ma świadomości co dzieje się w bazie, i postanawia napić się wody z kałuży, nie pierwszy zresztą raz. Nie pamięta już który. Sika  w spodnie. Omdlewa fizycznie, nic go nie obchodzi. Nic go nie zamierza obchodzić, ale cele.  Tylko ten jeden. I jeszcze coś, ślady stóp Richarda i Simona. I to przekonanie, że idą tuż za nim.

Zasikany, zdruzgotany, bez godności i gotowości dociera do jeziora. I pierwszy raz, pomyśli,że da radę dotrzeć, da radę dotrzeć do obozu, ale – przecież oni nie mają powodu by tam być. By tam jeszcze być. Trzeba (i)grać z czasem. Udręka, jeśli jeśli ich nie będzie, a nie będzie oznacza to odrzucenie po raz kolejny. I znów płacz,  Nikt  nie woła. Nie ma już czasu, wszystko się roztrzaskuje i gubi. I te krótkie okresy świadomości, śnieg, ciemność, dezorientacja. I intensywny zapach. Torujący śnieżkę, nitkę świadomości. Wyrwę do oprzytomnienia. Przeczołgał się przez latrynę obozu. To już koniec.  To już naprawdę koniec. Nie jest w stanie iść dalej. Krzyczy, i umiera. Z zawiedzionych nadziei usycha i niknie w oczach, strupach, chudnie, to źle, że je zachował, że się jeszcze zdążył połudzić, pocieszać, że pielęgnował i pomagał im rosnąć. A śnieg padał i padał, i padał. A Joe leży. Dwieście metrów od obozu.

Nie jest to książka o dzielności, a tak można było by się spodziewać, i dlatego, że jest wprost przeciwnie pozycja ta ,  swój sukces. Jest to dziennik jeszcze jednej próby i jeszcze jednej próby i… choćby  rozsądek przekonywał zdaniami jak najbardziej złożonymi. Książka o pięknie. I piętnie. O działaniu. O nadziei i apetycie na Niemożliwe. Zwłaszcza, że gdy już jest prawie pewien ratunku, sytuacja— nie po raz pierwszy, i nie po raz ostatni—   odwraca się, i to nie tym- lepszym- otworem. Życie nie odpowiada, nie nagradza nas za starania, dobre chęci. Starania są stracone starte na śnieg. Pada, pada śnieg. Niezapamiętane. Może jest tak, że wszyscy tęsknimy za nie przygodną Przygodą godną Życia naszego Życia głodni. Czy jesteśmy gotowi zapłacić za to cenę? A może, w ogóle, i w szczególe nie wiemy, że możemy być uczestniczkami i uczestnikami T a k i ch, tak, takich przygód. Niezależnie jakie znaczenie temu słowu nadajemy.

A może warto wartko się tylko przyjrzeć? Nie wiem. Może jest zupełnie odwrotnie? I wolimy wertować niespieczenie dni. Smakować. Radować i się wysypiać? Niezależnie od tego jaka będzie Twoja odpowiedź na zadane pytania, po Dotknięcie pustki warto sięgnąć.  Autor: pisarz i alpinista, przekonuje surowym, prostym stylem.  Nie, przekonuje własnym życiem. A zwłaszcza tym, co zrobił w tym czasie. Czasie życia i szeptu śmierci (a może odwrotnie?) Czasu śmierci i szepcie życie.Gdy już czuł na karku oddech chwil ostatnich. Nurtuje mnie pytanie, Kim Człowiek się staje po doznaniach płynących z  takich przeżyć?  Po takich przeżyciach. Prze życiach. Bo Ile żyć przeżył? Kim się staje gdy po dwóch latach  (i sześciu przebytych operacjach) wraca do wspinaczki? A z drugiej strony ciszy, pytam, czego uczy mnie dzień, ten, który właśnie mija? Patrzę na parującą ciecz w kubku. I ciepłe światło żarówki…

Jeśli czytałeś, czytałaś pozycję, to proszę podziel się ze mną wrażeniami na jej temat. Jeśli zamierzasz sięgnąć, daj proszę znać.


  • Tytuł to cytat z książki. Dobrego czytania.

[316]. …I wiesz[cz], co jest grane. Absu[ra]da(va)lium (#2).

Gdy nocą grzęźnie zgrzebnie grzejąc  w ciszy myśli myląc i blednąc, mącąc, biadając, i (czasami, niegramatycznymi) majacząc. Nuci i nudzi. Trudzi i brudzi. Starte stare straty budzi ...I bredzi? I brodzi, nie szkodzi.To dając to zabierając. [Jak]by zbiegł i czas i swetra w praniu ścieg…Pada, pada melancholia i śnieg. I cień i nicień i  śnieg. I śnieg i śnieg. I bieg, i bieg i …

(Z)bieg(ł).

Śnieg, śnieg, śnieg, pada, pada śnieg.  Gdy uwiera i umiera zdaniami złożonymi w obietnicach i  bitwach i spacerach, na  najwcześniejsze: „dużo później” co (wy)stygnie i gnie się w kant, w czasie dokonanym. Skonanym. Gruźliczo groźnym czasem_tańczącym z (ow)ni[c]kami. Niedokończon…[m]ymi? Niemymi.  Nie, nie,nie mym. Może bladym. I ballady Cisz. Sza szsza. Cisz(a) a cisz. Z wysokiego Cis(ł): Spojrzenia, wejrzenia. I wrzenia. Gromy.Dramy. Damy. My? Damy i Walety. Nie. Nie, niemy?  To nie my. Toniemy. Nie, nie, nie my. Zabawki, wspomnienia, napomnienia, wybiela? Wybiera? Z(a)biera. Czucie: a szkiełko i oko(liczności). Czucie pogody dla bożyszczy, a tu coraz m(n)iej (wy)god(n)y widok na morze, widok na: może  potęguje i mrozi i mnoży, (po)widoki na przeszłość i (za)szło(ść), czy na przyszłą ość. Nie czerstwość nie czerwcość. Przyszła przyszłość. Przeszła przeszłość czy bez mała (zo)stała? Czy (z)leżała. Dziwna to p(r)oza. Całkiem poza. Czy może zaszła w…  Na   nie dość wystygłe dość:  „dość”. Czy zdążyła dojść? Proignoza na jutro.W (k)ościach łamie.  Woda, woda, woda wzbiera. I jeszcze. Drepcze. Depesze: Dreszcz na deszcz, czy może jeszcze: dreszcze na deszcze? Deszcz. sz cz. Drę. szcz. W gąszczu. Przemoknięte nadzieje nadziewają się na godne głodne kawałki nadziewane]dziejami. A tu jednak (nasi) byli byli. Może i nawet mili? Myli? Li My(dl)ili. Czy mdli już? Czy może oni (nie) międlili?  Ablucje w [r]ewolucje? Uroda soczysta czy czysta szyta na miarę, czy ta, czy tamta? Czy tam(ta) zgrzyta? Czy z ust, a może gest(_)ów czyta?  Czy to czyni czysto bez [e]m_fazy? Czy  na miarę. Czy na marę, czy na wiarę, czy może  Szansą szasta, wzrokiem chlasta ta, lub inna, całkiem winna* choć… Niewinna. (Nie)wierna? Jeszcze nie minie choć nie rzadko ma nie tęgą minę (do złej ery), chociaż cz/(g)ęściej na minę w tańcu nadepnie niż w niebo- wcięty w niebo- wzięty, spokój nie święty (zo)stanie.(Za)stygnie Prędzej stęknie, prędzej stęchnie niż wymięknie. Częściej  wymięty niż [(wy)mierny wymienny] ..Niżu Wyż to jednak, czy na boku, czy na wznak. Czytać to należy tak: „Uśmiech lo[to]su”. Pro_czyli_ za życia. Za życia. Proza.

*Od wina oczywiście, takiego naparu dla paru napoju. Jednocześnie, zaznaczam, że nie promiluje, nie promuje napojów procentowych, tych lub może owych. Żadnych. Alkohol szkodzi zdrowiu.  Wody. Mineralnej lepiej zażyć. Oczywiście. Albo nie lada też jest  gorzka czekolada.

***

[Dorota Osińska, Song o morzu, album Teraz. 2015, źródło nagrania].

Takie tam z przypadku... Najbardziej twarzowe zdjęcie... [żródło zdjęcia].

[(239+4)+1]. Bliższe ciągi dalsze. Dalsze ciągi bliższe (#by pamiętać).

Każda podróż ma swoje zalety. Kiedy odwiedzasz lepiej rozwinięte kraje, możesz dowiedzieć się jak poprawić swój własny. A kiedy los zaprowadzi cię do tych biedniejszych, nauczysz się go doceniać.

Samuel Johnson, pisarz i leksykograf

Na pierwszy rzut oka i ucha jest to ładne zdanie, przyciąga uwagę ponieważ nie jest tak znane jak poniższe które przytoczę, oraz odwołuje się do nawykowego zachowania ludzkiego, jakim jest porównywanie się z innymi. Nie jest tak, że doceniamy to, co właśnie utraciliśmy. Może być, oczywiście i tak. Ale jest to jedna, m o ż e być i ważna strona, ale jest i wiele innych, a niestety niektóre osoby nauczyły się czytać nagłówki tylko z pierwszej, albo tylnej strony. Można przeczytać to zdanie metaforycznie jako koniec i początek, albo początek i rezultaty osiągnięcia celu.  Albo można również w sposób przecież jest tyle różnych stron, dlaczego inny rozłożyć akcenty. Panie Johanson dlaczego tylko o dwóch możliwościach Pan wspomina? I dlaczego (tak odbieram to co Pan powiedział) ukryte kryterium porównywania się jest warunkiem sin qua non docenienia tego, co się posiada, albo do czego chce się dążyć?

♠♠♠♠♠♠♠♠♠ ♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠ ♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

Przedsiębiorąc się za realizację celu, takiego, który uznajemy za  ambitny (to znaczy wart naszego starania) zwykło się przytaczać często dwa powiedzenia. Pierwsze, przypisywane ludziom Wschodu a dokładnie /Lao Tzu/: Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zdanie wytrych. Zdanie topos. Zdanie, które można przypiąć do każdej okazji. I zobaczyć z wielu stron, że tak przywykliśmy do treści, które ono ze sobą niesie. Drugie: Najtrudniejszy pierwszy krok.

Myśl, z którą chcę Cię zostawić jest taka.Uczestnicząc w najbardziej fascynującej i wymagającej podróży, nie jest tak, że najważniejszym  i/ lub najtrudniejszym jest pierwszy krok. Najważniejszy(m) i/lub najtrudniejszy(m)jest ten, który właśnie stawiasz. Ten, który właśnie stawiasz,ten, który… Może on być najtrudniejszy. I tak bardzo często jest. Albowiem osiągnięcie celu podróży w dwóch perspektywach, zrealizowania postanowienia, wprowadzenia trwałej zmiany i cieszenia się drogą, która prowadzi ku niemu, może być najtrudniejszy w wielu aspektach, z wielu perspektyw. Dlatego, że chcąc żyć pełnią życia, nagle okazuje się, że mamy okazje po temu, by uczyć się nowych dla nas rzeczy, albo rzeczy, które już znamy, ale nowość tkwi w sposobie wykonania. Dlatego tak ważne są ciągi dalsze, które niejednokrotnie stają się ciągami bliższymi. Mahatma Gandhi zwykł mówić, że: świata nie dziedziczymy po naszych rodzicach, pożyczamy go od naszych dzieci. Decydując się na podążanie, pójście tym tropem zadam jeszcze dwa pytania: A co, jeśli pożyczamy go od kogoś innego? Od kogo pożyczyłaś / pożyczyłeś świat, który nazywasz swoim. I jakiego świata sobie i innym życzysz. lub p o ż y c z y ł a ś,    p o ż y c z y ł e ś w już nie nowym 2017 roku?

[314]. Dwanaście poniedziałków. Ów/Uff Po działek, który się zapodział w tym dniu, co nie dzieli. Chili: Wstępniak w niedzielę. Ludzie listy piszą (0/XII).

[sztuczne fiołki]
[sztuczne fiołki, źródło].

Kto/sia czeka z upragnieniem na poniedziałek? Już widzę las rąk… Las wykarczowany… Tu na razie jest ściernisko….Ale Ogłaszam akcję, #a ja lubię poniedziałki!

Po niedzieli. Działek niedzili po. Poniedziałek, który trochę się pogubił. Wy padł, padł wyjątkowo wcześniej. A ja Wpadłam na eugen…Ialny pomysł. I się przy tym nie potłukłam, ani nic sobie nie nadwyrężyłam. Tym razem, z okazji wstępniaka, poniedziałek wydarzył się w niedzielę. Nie dzielę tygodnia, ani włosów na dzwiedziu. Czy co tam. Spieszę donieść i nie potłuc, a raczej śpieszę z wyjaśnieniem, i to bez za dyszki.

Co najmniej raz w miesiącu, będzie artykuł rozwojowy (już widzę oczyma [wyobraźni], i nie jest to kwestia wad wzroku, to wzruszenie i entuzjazm). Owy rozwojowy, szeroko pojęty. Będą także tematy nie podejmowane w głównym nurcie, a co! Rozwojowy. Nie żeby miał problem z rozwinięciem. (Albo wstępem zakończeniem), albo żeby końca nie widać było, wszak rozmiar ze wszech miar znaczenia ni ma. Raz w miesiącu, czyli dwanaście razy w roku. No to zaczynamy? Za -czy przed, czy na,  może pod? kto? No. My.  Zaczytamy. Tak więc spokojnie i znajomo.

Ile razy było o czytaniu?

Nie pamiętam. Bo szczerze napisawszy, nie jest istotna odpowiedź. Nie będę wspominała o tym, jak istotne są postanowienia nie tylko te noworoczne. Nie będzie także o nich, przynajmniej, nie teraz. To, co zrobiłam w 2017 po raz pierwszy, a w chwili gdy to piszę mija właśnie pierwszy jego tydzień, to stworzyłam sobie listę czytelniczą. Zawsze myślałam, że to mnie ograniczy, pozbędzie w jakiś sposób przyjemności płynącej z obcowania z tekstem, myślą, pismem, książką, ale teraz mam podejrzenia (graniczące z pewnością, a nie z pewną ością), że jest zupełnie odwrotnie. Tak więc jestem przekonana (nie skonana , ani z Conana Barbarzyńcy), że nic nie stanie mi ością w gardle. A czcionka lekką mi będzie. Jeśli oczywiście z rozmysłem, namysłem i chęcią stworzy się takie listy. Ludzie listy piszą, zwykłe po lecone… One/ Sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga. A nie to nie tak.

Po pierwsze namysł i refleksja i luz i bambus.

Przyjrzyj się temu co czytasz, na przykład jeśli korzystasz z serwisów to wykorzystaj nie tylko po to by dzielić się lekiem i turą, ale przyjrzyj się jakie informacje kryje o Tobie, właśnie o Tobie. Potraktuj to jako swoisty feed back. Albo Read Back!Jeśli nie korzystasz z serwisów to weź proszę kartkę i długopis, takie archaiczne narzędzia, bardzo niedoceniane, zapisz tyle tytułów, które przeczytałaś, przeczytałeś, wysłuchałaś, wysłuchałeś, zapisz,która z przeczytanych książek była dla Ciebie najważniejsza i dlaczego.

Zobacz, ile w poprzednim roku przeczytałaś/ przeczytałeś książek? Chociaż nie sugeruj się liczbą. Ja w jednym roku przeczytałam, tylko dwanaście.Nie jest ważna ilość, ale jakość czytania. Nie dajmy się zwariować wyzwaniom, postanowieniom dla samych postanowień, albo dla kręcenia marketingową machiną.

Czy możesz wyodrębnić trzy lub cztery główne gatunki?

W jakim celu po nie sięgasz? Dla przyjemności? Dla potomności (bo wypada?) By się rozwijać? Sięgasz po nowinki, świeżynki, czy raczej do klasyki gatunku?A może po książki, które masz na półce? A może po te ostatnie w ogóle (by nie napisać, w szczególe) nie sięgasz?

Po co czytasz? Albo: Jakie umiejętności chcesz rozwinąć?

Do jakich książek chcesz wrócić? Z jakiego powodu? Niedoczytania (może masz wrzuty sumienia, że nie dokończyłeś/ nie dokończyłaś czytania? Jeśli masz kończyć książkę kiepską, to nie rób tego, szkoda czasu. Jeśli zaś wiesz, że jest wartościowa, ale trudna (z różnych względów) zanotuj proszę, że warto do lektury wrócić.

Co z tych lektur zapamiętujesz? Czytać to jedno, zapamiętać drugie, a trzecie wcielić w życie. Nie ma nic złego by czytać, dla samej czynności. Niektóre osoby czytają jednak inaczej. Zapisz odpowiedzi na każde z wyżej postawionych pytań. Nie bój się to nie sprawdzian. To informacja zwrotna dla Ciebie. A po latach może powspominasz? Może się uśmiechniesz? Może coś dostrzeżesz?

Mój system tworzenia listy czytelniczej. W trzech krokach.

a) Zrobiłam spis pięćdziesięciu dwóch książek (tyle ile tygodni ma rok), które chciałabym przeczytać w tym roku. Z różnych względów, ale pisałam jak leci, nie oceniałam, nie ważyłam, która książka jest ważniejsza i dlaczego. Jedynym kryterium to książki do których mam łatwy dostęp. Dlaczego? Żeby nie mieć wymówki w stylu przeczytałabym tą książkę, ale nie ma jej w bibliotece… Nie muszę przy tym posiadać wszystkich tytułów na własność.

b) Zapisawszy przyjrzałam się tytułom. Jakie są tam tylko jako przerywniki? Lektura jakich przyda mi się w pracy zawodowej? Co przeczytam dla własnego rozwoju, nie związanego z pracą? Czego będę miała możliwość posłuchać? Co będzie z tych lektur poręczne, mogę zabrać np do tramwaju, pociągu? Jeśli są książki, których czytanie zaczęłam w 2016 roku (i chcę je skończyć)? Wciągam na listę.

c) z Listy zawierającej pięćdziesiąt dwa tytuły robię taką, która mieści w sobie dwadzieścia. Najpierw patrzę, czy w zapisanych tytułach można wydzielić prawidłowość? Na czym ona polega? Następnie zapisuje odpowiedzi na poniższe pytania.

  • Lektura zawodowa:____________________________________________________________________________
  • Zainteresowanie hobby (poza pracą) : ______________________________________________________________
  • Lektury, które chcę dokończyć (pozostałe z 2016) dlaczego chcę to zrobić?:________________________________
  • Lektura/lektury do której chcę wrócić, dlaczego właśnie ta:_____________________________________________
  • Książka w języku obcym, którego się uczę (audiobook):_______________________________________________
  • Książka, w języku obcym (druk): _________________________________________________________________
  • Książka zupełnie z innej półki (temat, z którym chciałabym się zapoznać, a jeszcze tego nie zrobiłam) :__________
  • Pięć propozycji, o których jeszcze nie wiem:________________________________________________________

Dopiero wtedy z wyżej wymienionego spisu wybieram piętnaście ważnych na ten rok dla mnie książek. Dlaczego tylko piętnaście? Po pierwsze takich, które naprawdę, naprawdę chcę przeczytać.  Po drugie: pięć miejsc pozostawiam wolnych, może ktoś/ia mi coś poleci? Może sama znajdę coś wartego mojego czasu? Może dostanę ciekawą książkę? I nie mam już wymówki przeczytałabym pozostałe, ale się skusiłam… Po to jest margines.I po to jest miejsce na niespodziewane za- dziwienie się światem. Oczywiście, wybrane przeze mnie książki to nie tortury. Może kilka jest takich, które odkładałam na później (na wieczne później) nie za dużo (pięć), ale zostawienie sobie odrobiny miejsca na to, by poznać inny smak, albo zdążyć sobie o czymś przypomnieć uważam za dobry, smakowity pomysł,który nie powoduje niestrawności, a pokazuje, że lista ma nam pomóc, a nie być wiszącym nad nami batem. (Nie mydlić, tfu, mylić w Batmanem)…

Może być tak oczywiście, że nie zrealizuje danego na ten rok planu. Może, może zdarzyć się wiele rzeczy, ale jeśli nie będę miała wizji tego, po co, i z jakiego powodu chcę sięgnąć, to po pierwsze może się zdarzyć tak, że przeczytam wiele humbugów, chociaż te i bez list zdarzają mi się rzadko, bo świadomie kupuję (jeśli kupuję) książki. Może się okazać, że dzięki temu planowi sięgnę po lekturę, z którą zawsze chciałam się zaprzyjaźnić, ale jakoś dziwnie nie było czasu. Z każdej kategorii wybieram jedną, która zostanie przeczytana przeze mnie w pierwszej kolejności, a skoro już jej temat zapisałam, i zdecydowałam się pozostawić (przeszły bowiem selekcje 52/20/15) nie dywaguję nad tym, że może nie mam ochoty jej czytać. Na ocenę tego był czas wcześniej, na etapie selekcji gdy pozbywałam się trzydziestu dwóch tytułów na rzecz dwudziestu.  Teraz mam spis książek, których lektura będzie mi towarzyszyła przez następne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Jeśli sięgnę po tylko jedną z danej kategorii, to po pierwsze jestem już na plusie, bo przeczytałam świadomie, sięgnęłam po najważniejsze, moim zdaniem książki (nie przypadkowo przyporządkowałam, która ma być przeczytana w pierwszej kolejności).

Owszem jeśli spojrzysz na mój wypis kategorii, możesz dostrzec, że jedne z nich zawierają tylko jeden tytuł, drugie pozostawiają miejsce na kilka. Jeśli dla przykładu skończyłam czytać książkę, której lektury podjęłam się jeszcze w grudniu, to poza tym, że ją ukończyłam, mam plus za konsekwencje w zdziałaniu. Do tego treść listy mogę dowolnie modyfikować w każdym momencie, a to oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze: mam plan. Po wtóre: widzę, co odsuwam, a co decyduję się przeczytać. A to oznacza feed back na każdym etapie czytania, nie tylko na koniec roku. I to jest dla mnie ważne.

Mam pytania do Ciebie, dlaczego robisz, lub nie robisz list czytelniczych? Czy moja propozycja jest dla Ciebie ułatwieniem? Dlaczego chciałbyś/ chciałabyś jej spróbować? Albo co Cię przed tym powstrzymuje?

W chwili gdy to piszę, przeczytałam z listy dwie książki. Zważywszy na to, że mija właśnie pierwszy tydzień stycznia, to dużo. I zważywszy na mój system czytania, też nowy. Ale to może na inny wpis.

Jeśli masz sugestię co do podejmowanych przeze mnie tematów w Dwunastu Poniedziałkach (czy w ogóle)  pisz proszę, czy mailowo, czy pod wpisem. Może chcesz by temat rozwinąć? Zająć się innym, jakim. Oczywiście, mam plany, zamierzenia, i z przyjemnością Ciebie wysłucham. Pytanie brzmi: W rozwiązaniu jakiej kwestii mogę Ci pomóc?

Spis nawigacyjny tematów:

#Dwanaście poniedziałków.

Ów/uff poniedziałkowy wstępniak (0/XII):  O idei i zadanie pierwsze: Ludzie listy piszą. Długie polecone Listy czytelnicze.   [styczeń17′].

Ów/uff poniedziałek pierwszy (II/XII):

[292+2]. Rad – nie rad? Rad, czy(li) rad da(je) radę (II).

/The Chordettes: Lolipop, źródło nagrania/. Można by przerobić na lolirad? Da radę?

Oto nowa substancja, która wyłania się z tego materiału, blendy uranowej. Sprawia ona, że powietrze staje się przewodnikiem. Można także mierzyć jej aktywność, dzięki elektrometrowi kwarcowemu, wynalezionemu przez Piotra. Tak właśnie towarzyszyliśmy naszemu bohaterowi drogą prób i błędów.

[wypowiedź Marii Curie, cytat za:Maria Skłodowska Curie, Laurent Lemiere Świat Książki, Warszawa, 2011 s.44, tłumaczenie Grażyna i Jacek Schirmerowie].

Fakt, że moja matka nie szukała ani znajomości z wielkimi tego świata, ani stosunków z wpływowymi osobistościami, bywa nieraz uważany za przejaw skromności. Moim zdaniem było raczej na odwrót: doskonale zdawała sobie sprawę z własnej wartości i bynajmniej nie czuła się zaszczycona kontaktami z ludźmi utytułowanymi, czy ministrami. Była, jak sądzę, bardzo zadowolona z poznania Rudyarda Kiplinga natomiast fakt, że została przedstawiona królowej Rumunii nie miał dla niej znaczenia.

[Wypowiedź Irene Joliot- Curie j.w. s. 55, wyróżnienie własne].

… Że nie przystoi jako ilustracja do artykułu o Marii? Że trudno sobie wyobrazić ją tańczącą, i rozprawiającą o lizakach, slodkich ustach, no, może i trudno, ale przecież utarty wizerunek (żeby nie napisać stereotypowy) to co innego niż codzienne szycie życia, gdzie różne ściegi zbiegają się w jeden wzór (czasami, tak jak w tym przypadku) chemiczny.

Jestem ciekawa, jak Maria Salomea odnalazła by się w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego wieku. O czym rozmawiała z Piotrem, gdy nie rozprawiali akurat o nauce, kryształach, promieniotwórczości… Co przecież rzadkie, ale kto/sia wie… Nie tak jakby się wydawało. O czym rozmawiali podczas owych wycieczek rowerowych? Chociażby te pytania cisną się na usta, kładą się na myśli.

Do słodkości jeszcze wrócimy.Mam mniam, nadzienie,  nadzieję, że szybciej niż się wydaje.   Podejmijmy opowieść w miejscu w którym, jak to  trafnie ująłeś Xpilu, ” trochę jakby się urywa przed zakończeniem” istotnie została cięta uuu. 😀 Usiądźmy zatem powtórnie w sytuacji. Dla tych osób, które nie zapoznały się z jej  częścią pierwszą, chwila wprowadzenia, dla tych, co mają lekturę za sobą, chwila przypomnienia.

Jak wiemy dziesiątego grudnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego szóstego roku umiera wynalazca,który snuł mit, o pokojowym współistnieniu ludzi, znaczy się wynalazca dynamitu, bombowy, by nie napisać rozrywkowy chłop(ak). Gdy rodzinie nie udaje się (a próbowano,próbowano!) podważyć (uff jaki ciężki) testamentu z chwilą śmierci fundatora ustanowiona została nagroda, za wybitne osiągnięcia w nauce.

Pierwsze wyróżnienie z dziedziny, której rozwojowi się właśnie przyglądamy, przypadło jak wiemy Roentgenowi. Jakież to teraz wydaje się niesłychane, przecież korzystamy z jego wynalazku tak często, i nie zastanawiamy się jaką drogę pokonał jego pomysłodawca i w jak krótkim czasie to się odbyło urzeczywistnienie myśli, no i oczywiście,gdzieś tam świta myśl fotografia ręki jego osobistej żony jest tą, którą zna świat. Na trwałe wpisała się w (pop)kulturę.Oczywista, oczywistość. Tak t(r)worzy się historia…

O tym, o czym się zapomina, to fakt, że Becquerel, Piotr i Maria Curie już wtedy byli nominowani do otrzymania tej nagrody, która nie była wtedy aż tak popularna i nie cieszyła się aż taką renomą, przecież dopiero co została ustanowiona. Chociaż oczywiście była ważna. To bohater drugiego planu, lekarz, Charles Bouchard miał prawo nominowania kandydatów, aż do  chwili rozstania się z życiem (po śmierci raczej było by mu trudno 🙂 ). Odznaczeni zostali Lorentz i Zeeman. Tak jak już wiemy, Piotr wykonał większość badań przygotowawczych, ale to ta dwójka zdobyła trofeum.

A kolejny rok sytuacja też nie rysowała się pomyślnie, przynajmniej dla Marii, która nie została ujęta w poczet tych, osób ważnych dla nauki, owszem Piotr i Henryk zostali nagrodzeni, ale Maria, cóż, tak to jest właśnie być Kobietą, naukowczynią, emigrantką. D z i e l n ą nie niedzielną emigrantką, biedną studentką, kobietą w świecie mężczyzn. Przecież ona nie należy do naszego świata… Dla niej przynależne są tylko słowa, słowa,słowa pochwalne, tak by podkreślić to jaka była harda, d z i e l n a (słowo wy_trach, i słowo wytrych ,słowo klucz, słowo zasłona dymna),  Maria skora do poświęceń. Tak stwierdziło czterech jajogłowych, co więcej w liście nominującym wymieniano tylko wkład Piotra i Henryka. To nic, że Maria i jej zaangażowanie w badania były powszechnie znane. A czy wspominałam, że do czwórki pod wezwaniem, która redagowała należał nie kto inny jak Gabriel Lippman? Tak, ten sam, wyznawał pogląd, że co dla innych jest podłogą, dla drugich jest sufitem.  W świetle tego co zrobił, albo czego n i e   z r o b i ł ,ukazuje gdzie sytuował osiągnięcia s w o j e j   byłej s t u d e n t k i. Jak to jest, że ze strony, z której wypatruje się przychylnych spojrzeń dostaje, bardzo często, lecz nie zawsze, zimny prysznic? Tak było i tym razem, Maria mogła do  dokonywać ablucji.

Chociaż, by oddać sprawiedliwość, a raczej dostrzec głos mniejszości, sztuk jeden, nie jest to rachuba równa,  jednakże warto odnotować dla porządku- jakie  twierdzenie wysnuł Magnus Gosta Mittag Leffler, ten matematyk, sądził, że kobiety w nauce są niedoceniane, ich wkład jest świadomie pomijany.  To on ubolewał  nad tym co właśnie się stało, nad wymazaniem dokonań Marii  i przypisywanie ich Henrykowi chociażby w owym liście. To Magnus napisał do Piotra donosząc o postanowieniu kolegów, to on dostał odpowiedź Curie, który wspomniał, że jeśli tylko on zostanie odznaczony to owej nagrody, nie zamierza przyjąć, gdyż wkład w badania jest równy, i nie sposób go sztucznie oddzielać i ważyć. Maria ma swoje zasłużone miejsce i dokonania naukowe. Dalszy ciąg (tym razem nie matematyczny) życia ścieg znamy. Warto też wspomnieć, że Charles Bouchard także raczył przypomnieć, ze Madame Curie była wcześniej nominowana do owej nagrody (i to dwukrotnie), że co prawda postanowień listu się nie zmienia, ale jest to możliwe dzięki temu faktowi tylnym wejściem na scenę została wprowadzona Maria, której zasługi były owszem znane powszechnie, owszem niepodważalne, ale niestety, miała to nieszczęście urodzić się kobietą, nie była traktowana poważnie, a jej pochodzenie jeszcze nie raz zostanie wypomniane. Skąd my znamy tę piosenkę? Niestety, nuta na którą jest ona śpiewana, nie przemija.  Powszechnie jakoś nie mówi się, o tym, że  Maria i Piotr dostali taki wymiar pieniężny nagrody, jakby stanowili jedno. I nie chodzi tu o przysięgę małżeńską.

A właśnie, tak przy okazji,  nie jest prawdą, że tylko Bob Dylan nie przyjechał po odbiór nagrody, Polka też tak uczyniła. Maria doświadczała depresji. Mało kto/sia wiedział/a, że poprzedniego lata poroniła, taki to skutek odniosła nie z pełna miesięczna wycieczka rowerowa na którą wybrała się wraz z Piotrem. Do tego nie mogła uciec w prace, jak dotąd tak przecież czyniła, nie jako sprawy, którymi zajmowali się, biegły ku końcowi, trzeba było poodmykać różne kwestie. żałoba po stracie ojca, z nią także się nie zmierzyła. To wszystko skutkowało tym, że zareagowała psychosomatyczne. Jedynie co mogła,to prowadzić zajęcia, co też czyniła. Tak jak kiedyś jej matka, tak ona teraz odsunęła się od Ireny, tak jak kiedyś mało jadła i piła.

Nie odbyli w grudniu wycieczki do Szwecji, uczynili to pół roku później. A ponieważ nieobecni nie mają głosu, absencja przy wręczeniu nagrody zemściła się z niedowierzaniem czyta się laudacje, którą wygłosił Tornebladh, ręce opadają, nie mówiąc o szczęce. I członkach pozostałych. Nie będę karmić cytatami, kto/sia ciekaw/a niech zajrzy. Powszechne przekonanie, a może lepiej napisać skojarzenie, jest takie, że Maria została odznaczona ze względu na dokonanie odkrycia pierwiastków jednakże, o tym fakcie nie wspomniano. A to dlatego, że Tornebladh bał się, że one nie istnieją, przecież to fantasmagorie, kto by na poważnie brał wynurzenia ambitnej, bo ambitnej emigrantki? Oczywiście znane są próby podważenia istnienia polonu, miał to być jedynie związek chemiczny, i to wcale nie nowy. Na szczęście, no dobrze nie ma to nic wspólnego ze szczęściem, Maria ustosunkowała się do „”rewelacji” wypowiedzianych i opublikowanych przez Willego Marckwalda. pisząc do niego referat po niemiecku, przedtem udając się do laboratorium by jeszcze raz się upewnić czy to ona ma rację.

We Francji następują zmiany, rozdział Państwa od Kościoła, do tego gorąca polityka zagraniczna, umiera Camille Pisarro, ale to jakby mniej się liczy, gdyż…

Nastąpiła, jak to „okrasiła” inna zdobywczyni Nagrody Nobla, katastrofa Sztokholmska, owszem wiedzieli, że sława, uwaga prasy jaką nieoczekiwanie zyskali może być użyteczna, potrzebna i można ją wykorzystać, ale z drugiej strony, i to nie chodzi o szpaltę, rozpoczął się okres szaleństwa, budzący bałagan w oczach. Nie chodzi o wady, ani o zez, ani o astygmatyzm, ani o jasnowidztwo. Zwłaszcza Piotr, który wolał zacisze laboratorium, niech to będzie nawet szopa, w której przeprowadzali doświadczenia, od zgiełku. Piotr który potrafił skupić się tylko na jednej rzeczy w jednej chwili, który udzielał bardzo lakonicznych opowiedz, na zadawane pytania, często zbywał je przytaknięciem, albo wzruszeniem ramion. Zdawał sobie sprawę, że sława jest potrzebna, że dzięki temu mogą otworzyć się drzwi, i to te, które do tej pory pozostawały otwarte, i te do których bezskutecznie kołatali. Może jego zachowanie, ujawnia braki socjalizacyjne? W zamieszaniu, które nagle wybuchło jakby ktoś podłożył tonę dynamitu w spokojnej dotąd okolicy, Piotr żyjący w innym świecie, nie potrafił się odnaleźć? Nie miał wzorców. Wychowywał się w domu. Ponieważ cierpiał na dysleksje, miał prywatnego nauczyciela, co zresztą jak wiemy, było regułą, w wyższych sferach.

Byliśmy dręczeni przez dziennikarzy i fotografów, ze wszystkich krajów świata, którzy posuwali się do przytaczania rozmowy mojej córki z boną i opisywania naszego biało-czarnego kota. Otrzymywaliśmy też liczne prośby o pieniądze, a łowcy autografów, snoby, światowcy, a nawet czasami ludzie nauki, odwiedzali nas w znanym Panu swpaniałym lokalu przy ulicy Lhimind. Słowem ani chwili spokoju w laboratorium i obfita korespondencja do wysyłania co wieczór. Czuję, że taki tryb życia wywołuje u mnie otępienie umysłowe.

[List Piotra Curie do Georgesa Gouy z  dn 22.I. s.57].

To co było zapalnikiem w całej wybuchowej miksturze, to nie przyznanie Nagrody Nobla, chociaż tak zwykło się uważać, dlatego, że spostrzegamy tę nagrodę, przyjmując a priori , że wiążę się z nią prestiż, i że tak zawsze było. To co rozpadało serca i umysły ówczesnych ludzi to nie Nobel, ale dwie inne kwestie:

po pierwsze histeria, a raczej historia życia Marii, jej upór, zapamiętanie w nauce, emigracja (sama przecież budowała tę narrację), spotkanie księcia może nie na białym koniu, ale z probówką w jednej, i kryształem w drugiej, ręce. (Jeśli poszperać w źródłach znajdziemy taką karykaturę Piotra, który jest porównany do Statui Wolności… Stany, stany i skojarzenia, i marzenia, i wierzenia z nimi związane, można zmienić stan nieważkości…) Pomimo tego, że przyznano im dwanaście honorowych doktoratów i inne nagrody, to tylko Piotr był członkiem Akademii Nauk, Marie lekceważono, konsekwentnie do końca jej dni, nigdy nie przyznano jej członkostwa, nad czym (skrycie) ubolewała.

To co  uległo zmianie, opinia publiczna wywierała presję, w wyniku której stworzono nową katedrę na Sorbonie, a którą objął, oczywiście Piotr. Jednak warunki pierwotnie zapewnione przez władze uczelni były żenujące, zważywszy na fakt, komu zostały przedstawione. Piotr przyjął propozycję dopiero gdy prócz pensji miał zapewnione  w pełni wyposażone laboratorium i  możliwość zatrudnienia trzech asystentów, na których zatrudnienie będzie miał wpływ, a i Maria będzie miała zagwarantowane stanowisko dyrektora badań.

Po drugie:  radośnie i bez skrępowania zaczęła wybuchać to tu, to tam, a ściśle rzecz ujmując wszędzie ekscytacja jeśli chodzi o zastosowanie radu, rad (bez) ości, czyli entuzjazmu co niemiara. Miarka się nie przebrała.  Co oczywiście miało także wymowę marketingową. (No dobrze przede wszystkim taką). Tak wiem, co możesz powiedzieć, czytając te słowa, że zaraz, zaraz (i inne bakcyle) jak marketingowa, a terapia radiacyjna, cyna, wróć, nie cyna, a medycyna? Nie zapominaj, jednak proszę, że cyny, wróć, ceny radu były koszmarnie kosmiczne, (a z roku na rok przez cztery dekady nieustająco, uporczywie rosły) a ten fakt miał wpływ na zastosowanie w leczeniu, to jedno, a drugi fakt, o którym nie wolno zapomnieć jest taki: Maria uzyskała z dwóch ton blendy smolistej ledwie jeden gran tego pierwiastka. Nie gram,ani mono d[r]am, ani dream nie, nie chodzi o moje uzdolnienia muzyczne, gran stanowi 0,065 grama. Dzięki wsparciu Centralnego Towarzystwa, rocznie zaczęto pozyskiwać cztery grany rocznie z tony materiału. To nadal mniej niż krop(k)(l)a w morzu potrzeb… Tymczasem sam przemysł radowy (z czego radzi byli ekonomiści, marketingowcy) rósł, pęczniał, wart miliony dolarów.

[Mamona, Republika, Grzegorz Ciechowski, Masakra, źródło nagrania].

Jeszcze bardziej rozpalał wyobraźnie fakt ów,  energię, którą emitował ten pierwiastek można było wielokrotnie rozcieńczyć (obrazowo i matematycznie, rzecz ujmując nawet do sześciuset tysięcy razy) i to używając niedrogich substancji wystarczyło użyć owego bronka, znaczy bromku siarczkowego na przykład. Świat dostał świra na punkcie uzdrowicielskich właściwości radu.  Rad da radę. Przynajmniej takie było przekonanie, a konanie było długie i męczące, ale o tym (nieco) później. Na razie tych dwóch faktów ze sobą nie łączono. A (wcale nie potwory) roztwory radu dodawano do de_serów, do herbaty, do kawy,   toników zdrowotnych, tych i tamtych, i jeszcze tamtych, kosmetyków, nie wiem, czy lizaków, ale nie ukrywam, że tak powszechne stosowanie radu, skojarzyło mi się, z cukierkami i lizakami, do tego rytm i rym jest radośnie nie skrępowany lolirad,lolipop, lorirad pam, pam, pam. Ciekawe, czy kobiety entuzjastycznie „nabywające drogą kupna” rad wklepując sobie tonik z wkładką pod oczy pomyślały, że szykują się w ostatnią podróż? Oto  co mogły powiedzieć osoby używające kosmetyków, albo zakładających stroje, które miały te właściwość, że piekielną, piękną barwą świeciły w ciemnościach: Zakład pogrzebowy „RADość zaprasza, w naszej trumnie wyglądasz jak żyw_y/a”…

Wertując reklamy środków zawierających rad, można przeczytać, że dzięki temu, skóra na zawsze zachowa swą młodość. Szkoda, tylko, że rozstanie z życiem, doczesnym, całkowicie cielesnym, następowało tak szybko… Lekarstwo na potencje, woreczek noszony blisko narządów płciowych męskich, miał wyleczyć z impotencji, zresztą worków było wiele, ten na artretyzm, noszony blisko pasa, miał leczyć i zapobiegać, a wzbogacenie nawozów roślinnych, a  pasta do zębów, nie tylko je wybielała, ale także miała uczynić je mocne, zdrowe, a dzięki systematycznemu jej stosowaniu nie trzeba było się martwić, tym, że trzeci komplet zębów za darmo nie rośnie (fakt, nie był już potrzebny) ale przecież nie o to chłodziło ludziom dobrej woli.

A domowe inhalatory, revigotatory, czy radithory? Kto/sia dzisiaj pamięta o tych urządzeniach? To jednak wszystko nic, Marii przybył członek rodziny, o którym nic nie wiedziała rzekomy doktor Curie, który rozpowszechniał substancje na bazie (rozcieńczonego) radu. Ta nawet zawiadomiła prawnika, była wzburzona postępowaniem nieznanego człowieka. W rewiach na całym świecie, występowały kobiety ubrane tylko w rad, dzięki czemu świeciły w ciemności, tym i owym (na pewno nie przykładem). Kobiety i mężczyźni mieli w portfelach malutkie bromki nasączone roztworem radu… Szaleństwo ludzi z wyższych sfer, którzy zaludnić mieli za niedługo sfery niebieskie. O czym przecież nie wiedzieli, choć mogli, gdyby przeczytali (ze zrozumieniem) artykuł Piotra, który przestrzegał przed… dotkliwymi poparzeniami… To nie jest tak, że zarówno on jak i Maria nie wiedzieli o skutkach ubocznych radu, tylko nikt nie chciał ich słuchać.  Taniec szaleństwa trwa nadal… Odsuwając w dal trudy, znoje, niepokoje…

Małżeństwo Curie zmienia adres zameldowania na bulwar Kellermanna, to miejsce dysput naukowych chociażby z Perrinem, czy Langevinem. No dobrze, od czasu do czasu Maria i Piotr zażywają ruchu na świeżym powietrzu, oczywiście pedałując. A świat szaleje na punkcie pierwiastka, który wydziela niebieską poświatę. Nieliczni , tacy jak np. Otto Walkoff i Friedrich Giesel, zachowują dystans. Sam Piotr wiedział o szkodliwości radu, ale jego nikt nie słuchał [Historia zna takie przypadki- i to wcale nie dlatego ich nie wysłuchano, że wypowiadali się nie gramatycznie…].

Warto zaznaczyć, że Piotr i Maria nie opatentowali ani radu, ani sposobu w jaki go uzyskiwano, dlatego też nie wzbogacili się tak jak na przykład sir Wiliam Crookes twórca spintaryskopu instrument za pomocą którego wykrywano promieniotwórczość, albo Armet de Lisle, biznesmen, z którym państwo Curie podpisali umowę.

Mówi się, że zarówno Maria i Piotr nie dążyli do gromadzenia dóbr doczesnych, ale działali w duchu nauki, nie, nie wykluczam tego, ani tego nie neguję. Rozpatrując jednak tę kwestię  można natknąć się na inne ujęcie sprawy, chociaż, na forum jest ona  rzadziej poruszaną, warto się i temu przyjrzeć. Po pierwsze nie przypuszczano, że rad wzbudzi taką sensację, gdy Piotr pisał do Towarzystwa, by umożliwiono Marii prowadzenie badań w tym zakresie odpowiedzi nie było, bo przecież wszelkie wiadomości były niepewne, nikłe, a zastosowania, chociażby w medycynie, niewiadome, brak widoków na przyszłość, a wiadomo, że zastosowanie rozwiązania w lecznictwie przynosi nieśmiertelność i wymierne korzyści finansowe. Nici z rozświetlenia przyszłości (niebieską poświatą). Przynajmniej na początku tak myślano.

Po drugie Gdy ogląd na tę sprawę uległ zmianie, okazało się, że patentowanie samego pierwiastka nie było by możliwe. a gdy Curie zorientowali się, że jednak warto starać się uregulować tę kwestie prawnie zarówno jeśli chodzi o sam rad jak i sposób w jaki jest on pozyskiwany, to, to już czyniono gdzie indziej, chociażby w Niemczech. Co z tego, że za pomocą innej metody, zresztą, Maria też nie stosowała tylko jednej. Istnieje wiele dróg do Rzymu… I wiele drogowskazów. Nie zapominajmy także o trzeciej kwestii. Wielu naukowców, albo wżeniło się w bogate rody, albo pochodziło z takowych, albo skazywali się na życie w biedzie. Jednakże panowała opinia że niemoralnym jest czerpanie zysku z odkryć naukowych. /Ciekawe co teraz by powiedzieli, gdyby wiedzieli, że sekwencje DNA są patentowane/. Tak więc twierdzenie, o altruizmie i dostępności rozwiązań naukowych ku pożytkowi dla wszystkich była nie tylko mile widziana, ale także społecznie wzmacniana. Nie, nie sądzę by działanie, które podjęli Maria i Piotr było rodzajem świadomej rachuby. Nie zapominajmy o przeszłości Marii, z jednej strony, angażowała się społecznie, chociaż mówi się w psychologii, że nie można ekstrapolować wniosków dotyczących zachowania ludzi przyglądając się temu jak wcześniej się zachowywali, ten wniosek dotyczy silnej woli (i to jest raczej na inny artykuł). Jednakże wracając od altruistycznego wątku, jedna sprawa, to społeczny klimat dotyczący kwestii osiągnięć naukowych i ich wykorzystania, druga to, że nie było możliwe opatentowanie radu i sposobów jego pozyskiwania, trzecia, ale o tym za chwilę… Maria na trzecie imię miała Oszczędność. To dzięki pomocy Curie, Rutherford mógł dowieść, że opracowana przez niego metoda transmutacji jest skuteczna. Pomagali także innym naukowcom rozsyłając darmowe próbki radu wysokiej jakości (ta pochodząca z Niemiec była trzysta razy mniej aktywna). W Hollywood trzy lata przed wybuchem II Wojny światowej, nazwano rad niewidocznym promieniem. A rad, nie ma na to rady przeszedł do popkultury z większym impetem (w głąb i siłą nie jednego wodospadu) niż fotografia ręki Bethy, stało się tak chociażby za sprawą obrazu autorstwa Lamberta Hillyera. Cholera jeśli Kopernik wstrzymał Słońce to Maria Curie, wstrząsnęła Ziemią. Wydawano książki przygodowe, tak jak „Wyścig po rad” czy „Radowa jaskinia” kto/sia dziś o nich pamięta? W ampułkach, maściach, zapytywano, czy w kulach wojskowych też może być, i w proszku do prania do zażywania (tak, mam na myśli te z apteki), wszędzie rad. Lekarstwo na śmierć. Można łykać, można pić, można zażyć, można nosić pod brodą pół godziny dziennie opaski z radioaktywnego kauczuku, to sprzyja pięknu, jeśli oczywiście wierzyć reklamie, wszyscy wierzyli. Prawie wszyscy. Wszyscy śnięci, żywi i nie święci, a przynajmniej szybko rozstający się z życiem. Zbawienie na receptę, tak dla dwunożnych jak i dla czworonożnych i innych, wszak dodawano ów magiczny składnik do pasz. Można spotkać go na wyposażeniu ówczesnych prewentoriów, nie tylko w domach (nie mam na myśli domów pogrzebowych). Tak, owszem słyszy się o nielicznych śmierciach, a to panien pracujących na poczcie, które używały radu do przyklejania znaczków, a to o nowotworach szczęki tu i ówdzie. Dopiero śmierć Marcela Demalandera i Maurice Demitoroux  zyska rozgłos.

Tak powstała specjalna komisja , w której obradach uczestniczyła Maria, komisja opracowywała wytyczne, których miały przestrzegać osoby, pracujące w przemyśle radowym, warto zaznaczyć, że sam pierwiastek we Francji został zakazany dopiero w 1970 roku.

Wróćmy do trzeciej kwestii. Curie choć nigdy nie opatentowani radu, ani sposobów w jaki go pozyskiwali mieli przychody z tytułu praw autorskich. Tak niewątpliwie Piotr i Maria oddali nauce to co najcenniejsze, tak musieli utrzymać swoją rodzinę, tak nauka to sposób na życie. Armet de Lisle (postać przez konkurencje postrzegana w sposób negatywny, ktoś w rodzaju menadżera państwa Curie, ale też właściciel Banku Radowego i redaktor czasopisma „Rad” przemysłowiec właściciel fabryki „Sole Radu” ) finansuje nie tylko wydobycie radu, ale także stwarza Biologiczne Laboratorium Radowe, powołane specjalnie miejsce, w którym naukowcy będą zajmowali się radem i jego zastosowaniem w takich dziedzinach jak medycyna, to tutaj Henri Dominici opracuje metodę promieniowania ultraprzenikliwego. To Curie posiadają tajemną wiedzę,  (jakbyśmy to dzisiaj określili) know how. Przylądając się temu kiedy, w jakich dawkach, i w jakich gałęziach przemysłu rad był stosowany, albo/ i wmawiano ludziom, iż tajemny składnik to rad, tak by byli radzi wysupłać „trochę” grosza, można dostać zawrotów głowy, albo tę część ciała szybko stracić. Naprawdę gdyby nie to, że artykuł się niepomiernie wzdłuża, to mogłabym cytować rodzaje zastosowań, a i przecież wspomniałam już o licznych.

A dzięki operatywności Armeta de Lisle także mogą poradzić sobie z faktem, że nie opatentowali radu, a także obejść austriackie embargo na pozyskiwanie surowca. Zastosowanie radu sprzyjało, a raczej niejako „wymusiło”stworzenie gałęzi przemysłu (pomijając kwestię marketingową) tak jak upowszechnienie druku, sprzyjało stworzenie nie tylko rynku takim jak dzisiaj go widzimy (sic!) ale wytworzenie nawyku czytania, przecież stworzyło przestrzeń do wynalezienia (w średniowieczu) okularów… I innych potrzebnych akcesoriów…

Dlaczego rada pisać o radzie? Dlaczego piszę o Marii i Piotrze Curie. Nie dlatego by ująć, pomniejszyć ich odkrycia, bynajmniej. Chodzi o zniesienie obiegowych opinii, stereotypów. A także do sięgania głębiej. O budzenie ciekawości, bez łykania ości, ale chęci by przyglądać się uważnie(j) światu.

Owszem, Maria była sumienna, wytwarzane i proponowane narzędzia, których używała, dokładność pomiarów wykonywanych za ich pomocą przy jednoczesnej prostocie, jest dzisiaj w erze binarnej, cyfrowej więcej niż zdumiewająca. Oszem poświęciła wszystko co mogła, co miała, należy jednak pamiętać, że sama jeszcze za życia tworzyła własną legendę, wiedziała jak ważna jest  nie tylko sumienność, i poświęcenie, ale także dobrze pojęta dbałość o swoje interesy, czyż inaczej moglibyśmy i mogłybyśmy usłyszeć o Marii Skłodowskiej Curie i jej dokonaniach? Na pewno nie, jeśli masz wątpliwości przyjrzy się proszę chociażby listowi Noblowskiemu.

Owszem, największą wartość przypisywała nauce, i tym co dzięki niej można zdziałać. Koleje jej losu rozpalają nadzieje, i marzenia o lepszym jutrze, dzięki marzeniom, ambitnym celom, wymaganiom stawianym w sposób mądry i konsekwentny. Jednakże wiele w jej biografii jest mitów i stereotypów. Owszem doświadczała dyskryminacji, chociażby ze względu na dwie przesłanki, płeć i pochodzenie, to fakt niezaprzeczalny. Potrafiła nie tylko szukać, ale i znaleźć drogi wyjścia z niełatwych, albo i beznadziejnych sytuacji. Zmagała się z chorobą (ale nie po promienną), potrafiła się śmiać, doświadczała RADości. Czasami szczęścia. Pasjonujące jest życie Marii, im baczniej się mu przyglądamy tym ciekawsze pytania budzi ze snu, jest bardziej inspirujące, przestańmy się zadowalać laurkami…

I jest jeszcze coś, jak pokazuje sytuacja z radem, nie wszystko złoto co  święci tryumfy (nie tylko marketingowe). Najnowsze wrzaski mody bywają szkodliwe nie tylko dla słuchu. Chociaż warto nastawiać ucha, nie warto oka mrużyć. A jak zobaczymy światełko w tunelu (niekoniecznie) niebieskie warto się zastanowić, czy wartko nie spierwiastkować, znaczy spierniczać w odwrotnym kierunku…

PS. Jak można się domyślić, i dozo_baczyć, nie jest to nasze ostatnie spotkanie z Marią. Urywa się jako…

Skrócony od[noś]ni[c]k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-19o