[240 +1]. Wogle mi się nie podob[n]a.

Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób wyrażania niezgody na świat.

[Stary Prometeusz, [w:] Król mrówek, Zbigniew Herbert, Kraków, a5, s. 88].

Robię wielbłądy, wiele wielbłądów, uff, (jak gorrrąco) karawanę swoją widzę  monotonną, tfu, ogromną (i nie wskutek wad w(_)zroku). Całą karawan[n]ę, w dodatku, ona jedzie dalej. A im dalej w las (chociaż to ogary weń poszły, sa sa) w tym więcej drzew,ech. Jak to mówią, a nawet piszczą, piszą, znaczy się: niech drzewa na nasze trumny rosną jak najdłużej. A co tam! Już widzę swoje, sekwoje! O yeee. Ech, ech. Z drugiej, i kolejnych stron, nie mogę się pogodzić z niechlujstwem język [tym i] owym. Gdy słyszę wogle, albo… Inne kwiatki, to przekręcają mi się okulary na drugą stronę, i nie piszę tu tylko o soczewicy, to znaczy o innych ogniskowych i takich tam kap kap kap kapelusikach, to znaczy cylindrach… Kap, kap płyną łzy. Zgryzoty, tak, że można się odwodnić. Nić naprawdę nić nie pomoże, przyszyj to sam/a! Chociaż nie zamierzam tego udowodnić. Odwodnić. Wracając do tematu. Prometeusz już się nie śmieje. Nie wspomnę o (jego) żołądku.  Co prawda, dał ludziom Ogień, niósł sagan [o]świty, o zez ty, pewnie jemu też sposób prezentowania treści nie tylko leży na /w [w ą] t[o] r o b i e, ale w głowie się nie mieści.

Sadzenie wielbłądów, przyzwolenie na niechlujstwo, nieprzygotowanie, Albo o in tej gęncji. I rozum. I żołądek. Chociaż przez ten [d]ostatni do serca, to znaczy, że jednak kardio- mniej-ar  rytm[e]icznie, Anemicznie? Logicznie? Czy jakoś [w] takt:

[Bezbłędny, z albumu: Dorota Miśkiewicz. The best of, Dorota Miśkiewicz, o której już wspominałam przy różnych okazjach, źródło nagrania].

 Logicznie? Ale z pewnością nie gramatycznie, ale dramatycznie, tak że zęby swędzą i myśli dostają drgawek, czkawek i ogólnie jest nieszczególnie. Szlag mnie trafia, nadal, gdy oglądam vlogi, słucham (pseudo)audycji niby „wyluzowanych”, albo i nawet, co najgorsze, nie,  i merytorycznie  tak naprawdę nie przygotowanych ludzi, którzy dbają o wygląd, o ułożenie rąk (to nie jest prawda, że wieżyczka z dłoni, dodaje nam kompetencji)  ale takie pobieżne wypowiadanie (nie czytał_am/em ale się wypowiem, albo przeczytał/em przeczytałam kilka faktów wrzucę na mój fantastyczny blogostan, vlogostan, zajmę się lifestylem). To papugowanie po tym co jest wrzaskiem mody na Zachodzie. Ja rozumiem, że vlogi na youtube są antytezą teletrelewizji, ale do jasnej, ciemnej, i tej w cętki, cholery, to nie chodzi o to by właśnie takie postępowanie było usprawiedliwieniem, i do tego czymś co należy pielęgnować.

Nie chce mi się o tym pisać,
Ale nie da się nie pisać,
Chociaż mi powinno zwisać
Tak, jak wszystkim wkoło zwisa;
Skoro jednak mi nie zwisa,
No to muszę o tym pisać, tak, czy siak.

[Przyśpiewka byle jaka o europejskości Polaka, Jacek Kaczmarski].

Można się nie zgadzać, można kontestować, można polemizować, ale kurcze dostaję kurczy, myśl mi się kurczy. Mnie się to, mnie się to. to nie podoba! I  ja się nie zgadz[g]am.  Gdyby to jeszcze było marginalne zjawisko. I za taką jakość dostaje się pieniądze. I takie zachowania, wogle się upowszechniają. Cóż. :(. Od Sasanki do polanki!

Prometeusz pewnie jeszcze nie smętny, ale już smutny. I śmiech zasechł mu w nadwyrężonym gardle,zdechł[o] ech[o],  ale by tak miernie nie zakończyć oto garść maści na zmarszczki:

OD SASA DO LASA mylnym jest sądzić, że powiedzenie to  pochodzi od Sasów, czy nazwiska Stanisława Leszczyńskiego, tak wiem, wiem, tak drzewiej uczono! Może od początku, rozróżniamy dwa podobne powiedzenia, obok, tegoż, od którego zaczęłam,istnieje: jeden do sasa, drugi do lasa. Wiem, wiem, historia August: to II to III i rzeczony Stanisław, ale co gdy się tymże nie zadowolimy? W Przypowieściach polskich, autorstwa Salomona Rysińskiego (książki wydanej w 1618r!)  możemy przeczytać: Jedno sa sa, drugie do lasa. Owo sa sa to nic innego jak sposób przywołania zwierząt gospodarskich (coś jak kici kici gdy wołamy przydomowego tygrysasa). Jeśli tak spojrzymy na to zdanie, to znaczenie diametralnie się zmienia. To nic innego jak stwierdzenie pewnego stanu rzeczy, a raczej posłuchu zwierząt, jedno grzecznie podąża za wydaną komendą, drugie hasa niezależnie i spieszy się niespiesznie… Tak  więc należało by rozróżnić sa sa, od sasa, i nie powtarzać błędnie, powołując się na etymologię, którą nie istniała. Oczywiście, nie zmienia to faktu, że język jest tworem żywym, a raczej, żywym organizmem (co uparcie powtarzam) i w wyniku zaistniałych zmian, i kontekstu kulturowo, społeczno, politycznego sa sa uległo przeistoczeniu w Sasa, co nie zmienia faktu, że powoływanie się na konflikt polityczny jako powstanie wyżej wymienionego powiedzenia jest błędem.  Chociaż wielu uchodzi on płazem… A właśnie jeśli już przy żabach jesteśmy…

[fragment programu: 50 Kabaretu OT.TO, Kabaret OT.TO, źródło nagrania].

można komuś, coś płazem puścić, albo coś komuś płazem może ujść, o chodzeniu już było [z serii: w[y]pisy dla osób wytrwałych], ale nie o żaby, nawet duże, nawet wielkie, nawet ropuchy tu chłodzi. Wiesz, co autor/ka powiedzenia miał/a na myśli? A no właśnie nie zażyłość z przyrodą. I inną brodą, brodzenie też nie było domeną, bredzenie tyż. Skacze tu o powierzchnie, ale nie akwenu, tylko płaską powierzchnię broni. (W takiej o[d]słonie powiedzenie się broni] tak, chodzi tu o narzędzie, za pomocą którego staczano pojedynki, i w wyniku których nie jedna szyja rozstawała się z głową. Takie oto płazy spotykamy na kartach XIX wiecznych ksiąg. Z jednej strony (i nie mam tu na myśli stronicy) płaz lub/i płaza służyła do pasowania chłopców na rycerzy, a z drugiej: do wymierzania kar/y. I nie znaczy to, że takie odpłacenie się nie bolało, ano bolało. I to znacznie, ale lepiej zyskać trochę sińców, niż rozstać się z życiem… Własnym. Doczesnym. Ale własnym. Nie dziwi, w tych okolicznościach przyrody, że płaz ma konotację z wyrazem płaski. I nie jest to omyłka. Tak więc płazem, mogło znaczyć (i znaczyło) płasko. Stąd mamy powiedzenie słać się płazem. Co znaczy, płaszczyć się. No tak, to zachowanie u ludzi, a co z żabami, dużymi żabami i innymi płozami? A no może tym razem zameldujmy się, znaczy, zatrzymajmy, przy pozie. Znaczy płozie. Tej u sań… Tak to jedno, ale jeśli chodzi o żaby, to one, przynajmniej drzewiej tak bywało, płazały i płozały, pełzać dopiero zaczęły dosyć niedawno na przełomach   XIX  i XX wieku… Wystarczy uchylić wieko, wytężyć wzrok by dowiedzieć się… Ale o tym, także już było. O zjawisku przejmowania znaczeń, tak by dane zjawisko (i jego nazwę) zneutralizować, pisałam dawniej wspominając o języku.

A co Ciebie drażni w języku? Polskim. Naszym? Albo: Co było dla Ciebie okryciem, wróć, odkryciem?

PS I.Od tego powinnam była zacząć. Tak tak podczytuje, i czasami trafiam na rzetelnie prowadzone blogi,żeby nie było i tutaj składam wielkie chapeau bas! I doceniam. Dzielenie się doświadczeniem, wiedzą, spostrzegam staranność i poświęcenie czasu i chęć uczenia się.I Dziękuję.

PSII. Wpis ukazuje się gdy leżę w łóżku i uskuteczniam moją zażyłość z przeziębieniem, dlatego na komentarze odpowiem w późniejszym terminie. Gdy zakończę ów romans, dziękuję za wyrozumiałość.

[281+1]. O olbrzymie co śpiewa(ł) to głośniej, to cisz/ej/.

[Peter Bence, Fibonacci improvisation źródło] .

[Zestaw do strojenia pianin, źródło zdjęcia]
[Zestaw do strojenia pianin, źródło zdjęcia].

Lato pękło i rozlało się na ch[ł]odniki i na w(_)cale nie [ch]/g_[ł]odne myśli. Piąta para i pora na dłuższe wpisy, wypisy i spacery, listy i liście, widzę to zamaszyście (i nie chodzi o wyrok wad  wzroku, raczej o widoki na przyszłość, bez przeszch[ł]ód). Iście maściste nie mgliste, to spostrzegam- ostrzę i ostrzegram i nie jeden gram znam.  Ach, ach,dzisiaj będzie o olbrzymach, a w zasadzie o jednym, czarnym. Zidentyfikowano wieloryby, w których wnętrzach znajdował się harpun, albo grot strzał, takich, które używano na początku XIX wieku, i olbrzym żyje nadal. Ale nie o tym. Przynajmniej, nie dzisiaj. No tak. Znaczy, nie. :-D. Takie tam głodne kawałki, w czasach średniowiecznych spożywano dwa posiłki dziennie, pierwszy między dziesiątą, a jedenastą a drugi gdy już zmierzchało czyli  o 17.30, dopiero w czasach panowania Tudorów, i to nie od początku,  pojawił się zwyczaj śniadania (piszę o ludziach z wyższych warstw społecznych). Ale o jedzeniu też nie będzie (Casanova polecał by pierwszym posiłkiem było pięćdziesiąt ostryg, piędziesiąt ostryg Grey’a? No nie wiadomo, czyje były, ale wiadomo kto je [z]jadł) no to tyle. Jeśli chodzi o jedzenie, ale nie jeśli chodzi o pra, pra mgnienie, wróć,  pragnienie wiedzy. I jak tu płynnie przejść (a może przebiec) bez zadyszki do tematu, głównego?  Jak napięcie (na jakiej pięcie, na czyjej, ech, może zostawmy kończynę tę) Jak napięcie wzrasta, może czas przejść się po pięciolinii, co prawda, to prawda, na czworo się dzieli włos, głos czasami się łapie, znaczy, łamie, ale nie o tym…

Piano, miejscowość we Francji, a ściślej rzecz ujmując kłania się Górna Korsyka, zaludnienie: 16 osób na kilometr kwadratowy… To znaczy wbić się na kwadrat… Ale nie o tym…

→→→→→→

Wszyscy chociaż raz widziałyśmy i widzieliśmy tego olbrzyma, piękniście lśniącego, dostojnika. Największy mierzy 1,87 mera, waży około dwóch ton (aptekarsko rzecz ujmując 1,8 t) i mierzy ponad sześć metrów (6,04 cm). Najdroższy jaki został wyprodukowany (to ten złożony z okazji Igrzysk Olimpijskich w Pekinie), aby go mógł go nabyć Chińczyk, albo Chinka, któr_y/a zarabia przeciętnie musieliby przeznaczyć na to, bagatelna, dwieście dwadzieścia trzy lata. Życie jest w chwilą. :-/.

O dominację w muzyce, toczą [o]bój dwa instrumenty.W dwóch słowach: Zawracają gitarę, ach. [Użycie czasu teraźniejszego jest tu jak najbardziej (nie tylko na gramatycznym) miejscu] bowiem nie jest to kwestia rozstrzygnięta. I nie jest to kwestia oczywista. I też nie słodzę sądząc, że szybko wybór się  dokona. Dwaj bohaterowie, starszy (i mniejszy) to skrzypce, młodszy i cięższy to… Ten tego, tam, no…Gd założymy parę(i nie chodzi o tą co poszła w gwizdek) zadań i zdań, wyj[g]dzie tak, bez wycia… Jak z nut. O sprawa prosta jak drut, a w zasadzie i w kwasie  nie przeciągajmy struny (napięcie strun zależy od modelu, czyli kłaniają się gabaryty, waha się od 15 do 30 ton). Nadajmy ton, a może po prostu oddajmy głos (i tu jest miejsce na rysunek, film poglądowy, który sobie zobaczy_my)

[Z cyklu: jak to się robi. Źródło nagrania].

Otóż. Wiele inkaustu i pikseli tony poświęcono na to by pisać o barwie, o tonach, interwałach achi wałkach, i młoteczkach, ach (i nie chodzi tu o sławny już gest Kozakiewicza [przypomnienie dla młodszych])  niewiele, a przecież instrument instrumentowi nie równy… I nie chodzi o możliwości, a o… Socjologię, tak właśnie.  Dlaczego mówi się: grać pierwsze skrzypce, a nie grać pierwszy kontrabas? Kontra? że bas? Szapo bas? Szaaa bas? Cicho sza?Cichosza.

No właśnie, o starszym bracie fortepianu być może kiedyś napiszę. Dzisiaj chciałabym się zająć, tym drugim, chociaż często nazywanym pierwszym (i nie ma to nic wspólnego z powiedzeniem niech ostatni będą pieszymi,  pierwszymi). Bo o bieganiu już było. A o spacerowaniu i cerowaniu (nie certoleniu) jeszcze będzie. Teraz przejdziemy sobie mimochłodem po pięciolinii w tem i we w tempie, znaczy się, znaczy się jak z nut… Poprzez geografię  znaczeń i dźwięków, uf.  Dobrze, mogę przerzucać się słowem przekładając znaczeniem, ale nie o to gra. Można zawrócić gitarrrę, ale po co?

Niektóre osoby przerzucają laur pierwszeństwa przyznając to jednemu, to drugiemu instrumentowi. Traktując rzecz (z racji miejsca i charakteru publikacji) można stwierdzić, że obydwa atrybuty kojarzone są ze statusem i władzą. Widać to chociażby po liczbie osób chętnych chcących nauczyć się grać na obu, i porównując tę liczbę z liczbą osób aplikujących do innych klas…

(Chociaż jeśli chodzi o smyki, a raczej ich status, to sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo z jednej strony kojarzą się z Paganinim, a z drugiej— mają charakter iście ludyczny — czyli co, z jednej strony Janko Muzykant? To pociąga za sobą różnego rodzaju konotacje, o których ledwie wspomnę, a z drugiej frak i filharmonia).

Gdy spojrzymy na historię i fakt zrównywania instrumentów, to jest to fakt zadziwiający, wszak prototyp fortepianu pojawił się bardzo późno, a i tenże ulegał modyfikacjom, a raczej przeobrażeniom. Dwieście lat, to nie w trąbę dmuchał, dwieście lat  po tym jak skrzypce rozbrzmiewały pełnym i pewnym dźwiękiem, a do tego dochodzi jeszcze czas, gdy piano zdobywało (niebagatelną) popularność, czyli znów ile musiało wody w kranie upłynąć ile prześnić się snów…

Z reguły nie patrzymy na instrumenty muzyczne jak na wynalazki, a trzeba i w takiej perspektywie rzucić okiem (o czym dowodzi historia Saxa), ale też przecież sam fortepian był unowocześniany (wiwat mechanizm repetycyjny, wiwat   Sebastian Erard dopiero w 1821 roku! Powiedzmy, że zdążył facet w ostatnim metrum momencie),a to dopiero początek spoglądania i podpatrywania, świat nie stoi w miejscu, a przynajmniej nie dla wszystkich i tutaj właśnie mierzymy się z takim przypadkiem, wszak  albo nastają nowe możliwości wraz z z zastosowaniem nowoczesnych materiałów tak jak  dodanie elementów metalowych, jeśli chodzi o ramę — albo jej nowy kształt, w jakim obecnie ją rozpoznajemy, to wynalazek z XIX wieku! Dopiero. Wszak jak brzmi powiedzenie nie od razu parapet zbudowano! Et). A co jeśli dodamy do tego sposób naciągnięcia strun? Co także zmienia strukturę dźwięku, jego głośność? Albo jakość i skład powietrza. Nie, nie wspominam o wilgoci… Ale wróćmy do początku. Na początku był chaos, a potem pojawiła się muzyka… No dobrze, o laur pierwszeństwa bój toczą skrzypce i fortepian. Nie wierzysz?

Jeśli przyjrzymy się choćby reklamom, czy teledyskom popowym, to zauważymy, że widok fortepianu, nawet gdy ten stanowi on tylko statyczny element dekoracji służy niczemu innemu jak właśnie podrasowaniu wizerunku, (pod)niesieniu podwyższeniu  statusu. Nadaniu posmaku luksusu…

Instrumenty nigdy nie istnieją w próżni.  Chociaż mogłoby się nie tylko tak wydawać, ale po prostu i pokrzywu tak nas wessało przyzwyczajenie, że jesteśmy o tym przekonani i przekonane. Dlaczego o tym piszę? Od samego początku, czarne pudło było kojarzone z burżuazją,ze szlachetnie urodzonymi, po prostu. Co nasuwa, trafne skojarzenie, że że ludzie należący do tej warstwy społecznej naśladowali, aspirowali do ludzi sytuowanych bardziej, do elity. Dlaczego kojarzmy klawesyn z arystokracją? No właśnie. Protoplasta fortepianu. To o czym piszę, dotyczy w równej mierze cyklu życia produktu, najpierw dociera on do warstwy najbardziej zamożnej i najbardziej wpływowej, i jest podkreśleniu statusu (tu przykładem może być szlachta w XVIII wiecznej Austrii) dopiero potem przejmuje sposób zachowania warstwa niższa. I tu pojawia się zapotrzebowanie, a jeśli tak, to i odpowiedź rynek. Nie tylko produkty, ale możemy także mówić o takich samych zachowaniach znajdziemy w języku, sposób wyrażania się przejmują osoby aspirujące do pewnych grup społecznych.Przykłady i podkłady można mnożyć. I rozdzielać. Ać.

Do tego wszystkiego mamy przecież moment historyczny. I tak fortepianowi na bank pomogły/ a przynajmniej nie zaszkodziły/ a to już bardzo dużo, przetaczające się właśnie rewolucje:tak  francuską  jak i przemysłową. A to znaczy ni mniej ni więcej, tylko regulacje rynkową zamykającą się w dwóch słowach: popyt i podaż, i władzę wynalazku Fenicjan, a nie regulowanie odgórne, nakazy, i zakazy, kto może, nie może, kto powinien, a kto odwrotnie, chce a nie może…

Jaki fortepian jest każdy widzi… Ale nie każdy słyszy. Dla burżuazji, to po prostu rodzaj luksusowego, bo luksusowego, ale jednak, mebla. Takie tam sprawy. Oczywiście, nie żeby mebel był na położenie oczu, oczy to się stawia, i do tego potrzebny jest słup, up.

Mebel oczywiście to namacalny świadek,  glejt statusu, do czego można by porównać? Do auta, eletelektroniki… Ważne, że można było go nabyć, ale żeby zaraz (albo teraz, albo teraz- zaraz, albo: zaraz potem) grać? No toż już przesada.  Przydawka taka przystawka. Może stół może ławka. Wystarczy, że stoi, a wokół niego wystarczająca ilość powietrza, i cholera! Ciasna? O nie, nie, nie ciasna, byle nie ciasna. Może być…   Jasna i ciemna, i każda inna— byle dość metrażu, wszak fortepianu nie trzyma się w garażu.  Oczywiście i na ten fakt, znalazło się remedium, ale to przecież nie to samo.Wynaleziono różne gabaryty, kształty, o zez Ty! Bałaganu w oczach można dostać od nadmiaru możliwości.    I świeca, i żarówka jest źródłem światła, tyle, że widać różnice. Można sobie wmawiać, albo być przekonanym/ przekonaną, że ta pierwsza stanowi romantyczny element wystroju, i powrót do przeszłości, ale co pstryczek to nie knota prztyczek…

Tak więc  na drugim krańcu pojawiły się art piano, czyli fortepianomeble. Miały zdobyć i zdobić, miały nie być użytkowe.A więc jednak wieszanie oczu…. Przynajmniej, nie tylko, albo tylko przy okazji mogły grać na nerwach, ach byle nie na strefach (erogennych).

Tak jak w latach pięćdziesiątych XX wieku porządna, przykładna, i pożądana miała kuchenkę i telewizornie, no dobrze, powiedzmy w drugiej połowie owej dekady, to w wiktoriańskiej  rodzinie, były obrazy i wieeelki wieloryb, fortepiano znaczy, właśnie o to  chodzi, stoi że duży, wielki. Takie instrumentarium przedłużenia… E[r]go. Ale przecież rynek nie śpi, to nie królewna. Oczywiście można wyróżnić najmniejsze i największe instrumenty. Piszę instrumenty, bo kiedyś,drzewiej właśnie tak nazywano te czarne potwory 🙂 nazwy pianino i fortepian (niesłusznie mylone ze sobą, pianino nie jest gorszym bratem fortepianu, to inny instrument o odmiennej dynamice,sposobie ułożenia strun, co ze sobą jest powiązane.  Pianino, i forte-pian, sama nazwa na tą różnicę wskazuje, przynajmniej polska nazwa, bo już w języku angielskim nie znajdziemy takiego rozróżnienia, chyba, że pojawi się nazwa upright [piano]– określenie jednoznacznie wskazuje na pianino. Zresztą, o nazwach można by rozprawiać i rozprawiać i nie było by to dzielenie barwy na czworo. Przykład kim jest pianist[k]a? Gra na: forte- i czy na pianie? A taper/ka? A czym jest fortepianówka? Zresztą i bez reszty.  Skojarzenie z pisaniem na maszynie jest jak najbardziej na miejscu. Na właściwym miejscu. Taper kojarzy nam się z kinem, a taperka z pracą sekretarki.  A jeśli skompilujemy sprawę rodzajami instrumentów przyporządkowanymi do konkretnych gatunków muzycznych? Ale to zostawmy w spokoju, a może i w przedpokoju).

Ponieważ rynek zareagował żwawo na kiesy klientów, to wzbogacił się asortyment tychże. Fortepian to następca wspomnianego klawesynu. W powszechnej świadomości jest on (w odróżnieniu od pianina) przypisywany zawodowcom, a i gabaryty są tu nie bez znaczenia. Dlaczego rozwodzę się nad nazwą? Ponieważ nie jest ona li tylko określeniem przedmiotu, i jak już pisałam przy innych okazjach, wychodzi poza nią. Nie stanowi tylko wyodrębnienia przedmiotu z tła, ale o istocie języka pisałam już na tym blogu, osoby chętne mogą wrócić do tych rozważań i wrzeń, i wrażeń. Tymczasem interludia, tia mnogo ludia, mnogo jak na jeden fortepian:

[A co tam popowa zabawa z przymrożeniem, przymrużeniem klawisza, zostajemy w konwencji nagrań lekkich, łatwych, przyjemnych i efektownych. Ekipa Piano Guys, słynie z takowych, źródło nagrania].

FortePian to pierwszy instrument,władca dynamiki, nie tylko tej tkliwej, ale tej głośniej, nośnej, a nie tylko znośnej. Przecież klawesyn, co by dobrego o nim nie napisać, łączył się nieodmiennie ze zmianą, ale jednak  ręczną zmianą rejestrów, nie za bardzo sprzyja graniu jak z nut, a o płynnych przejściach (jeśli nie mamy na myśli wody), to ciszej, to głośniej to musimy zapomnieć. Tuskin i Erard ze swoim wynalazkiem sześciu pedałów, spóźnili się „nieco” bo na scenie był już czarny wieloryb. A więc po co inwestować w malucha jak można mieć (co jest teraz wyznacznikiem motoryzacyjnego kunsztu i możliwości?) no właśnie. To można mieć. To zupełnie inna sytuacja niż ta, w której znajdował się Sax.

Erard stworzył mechanizm repetycyjny, czyli coś co umożliwia z jednej strony płynne łączenie dźwięków, i szybkie ich przetwarzanie i tak unowocześnił fortepian. No a tu już krótka droga do ukazania swych możliwości, kunsztu, techniki, nadanie znaczenia, i zaznania sławy. Wystarczy wspomnieć o fakcie, że toczono pojedynki muzyczne (tak na skrzypce, jak na fortepian) to przypomina turnieje rycynowe, arcy nowe, znaczy rycerskie, tu także stawką był rząd dusz. I uzależnienie się od orkiestry, a nie tylko jej przewodzenie, wszak niezależnie od tego na ile ról rozpisany był utwór oceniano go biorąc do rąk wyciąg fortepianowy, czego wcześniej nie było bo być nie mogło. I lider (wszak czym innym jest fortepianówka, kiedyś drzewiej można spotkać nazwę fortepianiści)… No dobrze, wspomnę tylko, że teraz może i turnieje, czy owe pojedynki nie są aż tak popularne, ale np bije się rekordy (i nie jest to uderzenie w dzwon), tak jak ten wpisany do Księgi Guinnessa: Najdłuższy koncert trwał (bagatela, nie mogę wstać z fo[r]tela!) 103 godziny i 8 sekund.

Tak kobiety również grywały tyle, że ściśle amatorsko, (okazyjnie w salonach, na życzenie, tak jakoby pokazać się, powiedzieć wierszyk, ukłonić etc). Lider był tylko jeden. Na niego spływała boska gloria, chwała, sława. Chociaż nie do końca, bo o ile skrzypce były instrumentem z klasą i błyszczącym na salonach i filharmoniach, to także otaczała je aura narzędzia niebezpiecznego, diabelskiego, kuszącego, szatańskiego, kojarzącym się co prawda z klasą i kasą, ale również z podrzędnymi lokalami, soczystymi przekleństwami,spelunami,  ociekającym seksem, ekscesem, a to przecież nie przystoi damom. Omm. Nie przystoi kobiecie grywać na takim instrumencie, może męcie? (Z poważaniem dla instrumentalistów/ instrumentalistek) :).

A taki parapet w salonie, za pomocą którego  można się jeszcze zafortepianić, znaczy, zasłonić, a może nawet , pochwalić, poprosić w ramach ciekawostki, by się kobieta pokazała choć, zasłoniła, wszak najważniejsze niewidoczne dla oczu…  I tak jak świat światem: wirtuozi to mężczyźni, a kobiety do… Salonów. Istnieją takie linie myślenia,pięciolinie, że kobiety dlatego zostały tak dobrymi stenotypistkami,, że wcześniej potrafiły grać na forte- i pianie. Takie prywatne zadanie jak okazyjne przygrywanie w domach pozwoliło na:, z jednej strony trzymały kobiety w świecie przypisanym do domu, kształtowanie uległości/charakteru,  doskonały sposób wyrażenia i komunikacji nie wprost, wzmacnianej przez socjalizację u kobiet, ukazanie jako niewiastę ułożoną, cichą, pokorną, dbającą o dobrą atmosferę. Tą, która nie tylko pobiera nauki, ale również potrafi posiąść tajniki  zapisu nutowego (w zamyśle przekaz prosty: nie głupia kobieta), a równocześnie, ma „odpowiednie” do czasu i roli (jej odgórnie narzuconej) ambicje, cóż. To było coś, przynajmniej dla osób zaliczonych do mieszczaństwa.

No i jeszcze jedno muzykowanie, czyli zagospodarowanie wolnego czasu, czas wolny to też wynalazek, ciekawam, kto o tym pomyślał/a? Czasem wolnym nie dysponują wszyscy, w tamtej epoce, epoce pojawienia się fortepianu… Następna sprawa to uprawianie muzyki i sposób jej doświadczania, i uniezależnienie się od wykonań na żywo. Cóż, nieoczywiste, prawda? Przecież cóż, nie można było zapuścić mp3 (o zgrozo! — profanacja), płyty nie tylko chodnikowe ale cd wtedy nie istniały, albo chociaż walkmana nie uświadczysz. Przestrzenią, publiczną,w której miała szansę rozbrzmiewać muzyka, to kościół, ale to specyficzna przestrzeń, przynajmniej przez dłuższy czas. A i wykonania różnego autoramentu,… Jeśli obecnie jest drogie uczęszczanie na koncerty, to jak było drzewiej? Że rzewniej? No na bank. Zwłaszcza jeśli nie było benzyny. No, ale to co rozwijało granie, zwłaszcza amatorskie, amatorskie, czyli domowe,patrz akapit wyżej. Ale nie tylko to.

Pełna harmonia (i nie mam na myśli zabiegu lingwistycznego, a na ten przykład: bas cyfrowany. I akordy. Kwestie dzisiaj tak oczywiste, że aż nie do pomyślenia, że kiedyś ktoś je wymyślił i upowszechnił. Ale to jeszcze nie wszystko, wynalazki (i ich upowszechnienie!) to zbieżność wielu czynników. Wynalezienie druku to także postęp w notacji i wynalezienie sposobów zapisu! A teleelektryczność? A jak wpłynęło wynalezienie pianol na muzykowanie w domach? Nie pisząc o nowoczesnych noś_ni(c)k_ach, ach! No właśnie, nie pisząc o strumieniu danych.  Jan Sebastian (który w na zwisie pisząc nie skomponował żadnego [u]tworu na fortepian) widząc dzisiejszą jakość muzyki, i sposób jej doświadczania ma szanę zrobić Bach w grobie, nie, nie broń Losie, nie uogólniam…

A mobilność instrumentu? Wracając do metrum, znaczy meritum, do fortePianu Zameldujmy się. Zatrzymajmy się na chwilę tu. Gdyż to właśnie stateczność i statyczność jest wzmacniana przez trudności w jego transporcie. Zupełnie inaczej niż np skrzypiec, czy gitary (no i tutaj też wędrują z nami skojarzenia określonego stylu szycia życia jakże instrument przywdziany w czarno biały frak pasuje do mieszczańskiego salonu!). Ale by odpowiedzieć na mąki, czyli potraktować temat (muzyczny) nieco od kuchni, i męki, i  choć trochę żywot nie wieczny osobom, które grając (nie na nerwach, a przynajmniej nie tylko) zarabiają na tycie i życie, wynaleziono (i to już w XIV) klawikord.

Chociaż, cóż tu kryć, i tak się nie da, ten instrument  miał marną reputację, targetem byli nie tylko młodzi, ale i/ przede wszystkim / dla tych osób, co  mogą być i grzeczni, i nie grzeczni, ale z pewnością nie grzeszą bogactwem i  mogą przymierając głodem, no dobra może perfumy jakieś mają (wszak to nie wynalazek nowy), ale groszem to oni na pewno nie śmierdzą! No i do tego, powiedźmy, a raczej napiszmy, nie jest klawikord taki przenośny jak go malują. Wynalazek elektryczności i jego upowszechnienie namacalnie wpłynęło, ba umożliwiło wynalezienie instrumentów! I tak redukując na przykład struny, czy pudło, można było pochwalić się keybordem (ale reputacja została w dużej mierze ta sama, co odziedziczona po klawikordzie). No ale my tutaj gadu gadu o klawiszach, a nie bierzemy pod uwagę , że właśnie z wynikiem tychże eksperymentów było magiczne pudełko, nazywane… Świnią, czyli akordeonem.  Takie czerpanie, ba zżynanie,  ze starszego brata, znajduje odbicie także w nazwie, tym razem angielskiej, (buton accordion, albo piano accordion, zależnie od odmiany). Tak więc nie tylko unowocześnianie, już istniejących instrumentów (ewolucja) ale i rewolucja (powstanie nowych).

No ale dosyć już o akordeonie, wszak najważniejsza w życiu jest harmonia to wiemy (i tutaj niechcący zaczepiamy się o nieprecyzyjne polskie rozróżnienie na akordeon i harmonię).

Brzmienie piana (nie byle jakiego) tylko Fender Rhodes przejął jazz, a ściślej jego odmiana zwana fusion. Czyli nastąpiło radykalne cięcie od skojarzeń, które postępują wraz  z(a)  keyboardem. Ach te strefy wpływu! A przecież jazz to niebezpieczne napięcie, narzędzie i przyjemność, i głośność i cichość… Ponieważ ten wpis rozrasta się do niebagatelnych zaMIAR uff, jak gorrrąco, znaczy, rozMIARów, zasupłuję, znaczy skonkluduję jednym zdaniem. (Wniosek: Z cyklu: przyszyj to sam/a)….

Gdy się zajrzy pod maskę, tfu klapę, chociażby fortepianu, gdy się przyjrzy nic nie staje się, albo nie pozostaje oczywiste… To nie jest całkiem tak, że wstajesz i wiesz[cz], ale posłuchać możesz (z cyklu: Ocalić od zapomnienia):

[Colin Vallon Trio, o którym już było,źródło nagrania].

[281]. :-).

[Game day. Jon Schmidt,Piano Guys,  źródło nagrania].

Siedzimy, a z nami świat. A przynajmniej jego część. Ta, którą można ogarnąć okiem, dotknąć ręką, pomacać stopą. To wlewa, to wylewa, ziewa, ktoś chodzi, ktoś chłodzi, krzyczy, milczy, rozlicza, wylicza, zapamiętuje by zapomnieć, albo odwrotnie. Siedzimy w cieple, wlewa się do uszu zamszowy szum. Jest ciężko, brzuchy narzarte zdaniami, przydawkami, podmiotami…

X: No i teraz trzeba wyjść, nikt nas nie teleportuje, co za nieszczęście…

Ja: No i teraz można wyjść, nikt nas nie teleportuje co za szczęście. Można, a to j e s t  s z c z ę ś c i e.

[Dla przypomnienia].

Tyle, krótkich niby wpisów, pora już powrócić do tradycji artykułów. Poczekaj, jeszcze chwilę… A co tam! Oto forpoczta:

 

[Piano Guys, źródło nagrania].

[280]. Bez tytułu, ale ze znaczeniem, bez zmęczenia. I smędzenia.

 

i tamte. I nie wszystkiek. Nie wszystek [w dur]unę***.

Się mi Skni ….

za gotycko[wo]gęstymi i tymi, i tymi i tamtymi przeszłymi, przyszłymi, a nadto teraźniejszymi piosenkami z papilarno(nie)linearnymi odciskami prapraprapra* i (choćby) preTekstu, który z każdą myślą będzie gęstniał zrozumieniem, zdziwieniem i nuceniem zapamiętaniem w zachwyceniu. Chwyceniu byle nie marketingowym, owym.  I [n]o!wym

I nie znużeniem, zanurzeniem w tandecie i innej tapecie wszak, niech to szlag![er] wiele z ówczesnych [pewn]ością zdjętych, ściętych i zziębniętych /albo na domiar ([dobr-/zł-/])** ego rozgorączkowanych/ jest tym,  że potrafi napisać tekst, a słowo:

a) staje się ciałem, (szkoda, że nie obcym w gardle osoby piszącej)

b) dostaje zMARszczek i palpi[a]t[r]a[k]cji znaczenia/ zniszczenia

a) słowo… Owo zanucić może zamienić się nie tylko w: „zanudzić”, ale i „nie pamiętać”, ale i [w] zapomnieć, [po]minąć, i … I związać się z praprapragnieniem odgrodzenia od hałasu i cha!_(l)osu  zapomnienia stosu.

I chociaż się zdziwić, zastanowić, zatrzymać ,trzymać za… Za zdanie, za czkawkę przydawki, za słowo, i to nie to, żeby to było o jedno za dużo. Niekoniecznie we wrzątku alfa bety cznym, czym (rym cym czy[n]{?}) można zgrzeszyć zawierzyć zdziwić się zachwyceniem, chwyceniem za najczulsze neurony zmysłów. Uff…

 

Na szczęście są wyjątki.

[Krajobraz z wilgą i ludzie, muz: Marek Grechuta,sł: Tadeusz Nowak  album: Droga za widnokres, źródło: nagrania].

 

*pratekst, czyli palimpsest. Jest, słowo takie jest.

*** można wybrać, z trzech dostępnych możliwości 🙂 a co tam

*** odwołanie do: nie wszystek umrę, ale można przeczytać przynajmniej na trzy sp/ osoby: nie wszystek w dur/ nie wszystek w urnę/ nie wszystek durne etc (ale przecież jeśli nie jest to pierwszy wpis, który czytasz na tym blogu, dobrze o tym nawyku wiesz…)

[279].[Przed][s]spokój?(1)

Zajrzyj w siebie! W Twoim wnętrzu jest źródło, które nigdy nie wyschnie, jeśli potrafisz je odszukać.

[Marek Aureliusz].

[Vilhelm Hammershøi- Die_vier Zimmer, 1914, źródło zdjęcia].
[Vilhelm Hammershøi- Die vier Zimmer, 1914, źródło zdjęcia].

♠♠ ♠ ♠♠ ♠ ♠♠

Przestrzenie [przy]wiedzenia, [przy]widzenia…

[Kt]O! [wy]szedł przez drzwi? M[n]oże po raz nie pie[rw]szy, a  [d]ostatni? [Al]bo odwro[!]tnie? [Kt]O! [od-od]mierz[wi]ał swój [dz]cień centymetrami na fra[s]mudze? Kto(_) dał prze[kr]oczyć próg nudzie? Kto nie [do]rósł do klamki, która już zapadła? Która z hi[s]teorii wkroczyła pew(ł)nym [kr]okiem… Mie[sza]njąc słowa, rozgawory, [po(d)kła]dając miny, rozpalając i rozpadając szelesty… Gęszcząc i gasząc gesty…

 

 

 

[212+4]. Głosowanie[IKD].

Krótko. Propozycje do IKD [info]. Trzy głosować można przez tydzień do piętnastego września do godziny 23.59 poprzez napisanie komentarza z liter ą przypisaną do  pozycji, albo tytułem:

a) Magdalena Grzebałkowska 1945. Wojna i pokój;

b) Zbigniew Herbert i jego Król Mrówek;

c) Magdalena Rittenhause i jej Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero;

d) Arlene Blum Annapurna. Góra kobiet. [O niej pisałam tutaj].

Zapraszam do oddawania głosu, i do dyskutowania o książkach, bo warto. Zróbmy to razem, miejmy z tego frajdę :-).

 

Tymczasem i tamtym borem, a może i lasem, Michał Łanuszka, o którego twórczości  już pisałam, wkłada drobinki, na dno skrzynki.Każda osoba ma ową, może nie nową, może malutką, i rzeczywiście nowiutką?

[Kuźmiński/ Łanuszka; Drobinki, źródło nagrania].

[277]. Uszy[ć].Użyć, tfu, zużyć, żyć by zanurzyć, albo odwrotnie.[Inaczej: Głębia, czyli wrzenie wrażeń].

Nie brakuje Ci jazzu na tym blogu? [Przykładowe wpisy:tutajajajajaj].

Przecier, przecież, w wytartych, starych, ale nie zapomnianych czasach gościł tu, to tu, to tam. Nie, nie napiszę, że się pano, no no no szył. Chociaż artykuły szyte były na miarę (ale nie zdartą). Niech będzie, że się domowił, bo przecież nie za- ani przed- nie chował się między wersjami, wersami, wersalikami, i innymi tapczanami i vice vers[j]a bywał często. Przysiadał do stołu. Może pora powrócić do tradycji pisania, o muzyce? Nie tylko o wydawnictwach, albumach, formacjach? Może. Mnożę pytania. Dorsz. Dość. Ość, by nie stanęła w gardle, bo można śpiewać cienko, cieniusieńko, i będzie to ten, z tych łabędzich…

Powiedziałam, ba napisałam, że jeszcze wyrzeźbię artykuł o ciszy. Tak niewątpliwie, z tym, że musi ona się zestarzeć, znaczy,  stężeć. Bo, ponieważ, gdyż obecnie porządkuje cha cha os. Czyli wtóruję frenetycznemu wybuchowi śmiechu tychże owadoos, a wiadomo, że w tych i tamtych warunkach… Przy szeleszczeniu, zmiętoszeniu materiału, znaczy, zmęczeniu, pisanie (a broń Losie) i publikacja dają efekty mikre, albo: o zgrozo, nie pożądane. Boczne. U-uuf. Para buch. Z uch dwóch.

Miej. Mniej więcej słucham muzyki, ale słyszenie nie uległo zimnie, zmianie, znaczy. Od temperatur i innych temper abstrahując… Można by na odświeżenie napisać o płycie, i to w dodatku nie o chodnikowej, bo jak wiemy, o bieganiu już było. [A ściślej rzecz przypominając mijając tutaj – na ten przykład, a na inny przekład: tu albo wywortnie, tfu, od_wrrr_ot!Nie?].

Dzisiaj będzie przekornie nieco. Małe co nieco. Więcej. Będzie, a w zasadzie, i to nie jednej, już jest, o dwupłytowym albumie, który liczy sobie już siedem lat, jednego z najlepszych pianistów. Koncert zarejestrowany w  Wiedniu, słowem, a może nawet trzema, Volodos in Vienna! Mogłabym napisać wiele, o technikaliach, technice o kolorystyce, pasji, o tym jak prędko wspiął się na szczyt, szczytów, i nadal tam pozostaje (sic!). Mogłabym, ale chociaż raz warto po prostu, po prostej zanurzyć, albo zmrużyć uszy. Tylko, albo aż. Zasłuchać się. Wieczorem zwłaszcza, może być ten, lub owy,  na przekład i na przykład wrześniowy. Taj więc nie będzie o wspomnianych aspektach, tylko nadmienię chybcikiem truchcikiem o skupieniu, które się odczuwa organoleptycznie od pierwszych takt_ów. Uff. A to (jak i wspomniane wyżej elementy) w natężeniu wszelakim pozwala na zanurzenie się, zapomnienie, i zadłużenie w muzyce. Jeśli Ktoś lub Ktosia słucha i szuka prezentów (niekoniecznie, ale może być i również) około gwizdowych, gwiazdkowych, albo innych owych, ten album nadaje się doskonale. Do tego filiżanka lub kubek z dobrą kawą. I gotowe! Wyważenia wrażeń jak nowe.

[25+3].[239+4] .Tylko cykady brzmią jak dawniej. Podobno w ich muzyce słychać głosy zmarłych**

Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną. Czarny, specjalnie przygotowany atrament, powoli się rozpływa i litery tracą swą postać. W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancje i na istotę. Gdy ta pierwsza znika, druga pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego odnośnika: nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść.

[Zupełnie nie wiem dlaczego na myśl przyszedł mi ten właśnie cytat,bo przecież książka, o której będę pisać,to nie ta, z której on pochodzi. Księgi Jakubowe. Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków,2014, s.15].

◊◊◊◊ ◊ ◊◊◊ ◊ ◊◊◊◊

Do nawiązania dialogu z treścią tej książki zachęcił mnie jej podtytuł (jak również okładka, tak, tak).. Potem zaczęłam gdzieś mieć ów tytuł z tyłu głowy, (mogą być mięśnie podpotyliczne) i natykałam się na recenzję. To tu, to tam. Okazało się, że nie jest to  taka opowieść, o której myślałam. Co nie przeszkodzi mi w napisaniu kilku spostrzeżeń.  Na marginesach. Niekoniecznie książki, ale przebywania z lekturą. Chociaż nie nęci mnie pisanie o każdej przeczytanej pozycji, a to miejsce, w którym właśnie jesteś, nie jest blogiem recenzenckim. To.Po pierwsze,miejsce. Miejsce konsumpcji treści: Ganbare!, pociągi, dalekobieżne. bierze mnie treść, i cóż tu daleko nieść, i kryć, że akurat mam pociąg, do lektury w ciągach natury nie geometrycznych, miejscowościach niestatycznych i niestety, nie statystycznych. Także w takich dekoracjach, i relacjach,i akcjach… Dygresji dosyć. Syć się treścią syć.

Okładka: minimalistyczna. Klimatyczna. Co prawda mówi się nie oceniaj książki po kładce, znaczy o! Właśnie. Pisałam, że przysłowia nie są mądrością narodów, bliżej im do ości. Uff. Oceniać okładki, a i owszem, nawet skład tekstu. Tu i tam, marginesy, paginacje,sposób łamania,ale nie pomijać w tym wszystkim treści. Co do innych aspektów edytorskich, nic nie powiem, gdyż obcowałam elektronicznie. Miałam oczekiwania wobec treści, i tylko tyle, że się zmieści, aliści, mniej się ziści.

[Lisa Gerrard — o której już pisałam, i to w jednym z pierwszych artykułów na blogu, ale kto zagląda/i czyta/ , archi_valium? źródło nagrania, album Samsara].

Reportaż. Gatunek który nie wyszedł z mody. Choć wszedł już jakiś czas temu, i po historii literatur[y] i i innych tur spaceruje sobie swobodnie. A zważywszy na to, że autorka Czarnobylskiej modlitwy została odznaczona Nagrodą Nobla, to i wrzaski  akurat tej mody nie przeminą szybko. Przynajmniej nie z tym wiatrem.  Chociaż obserwując dzieje w histerii literatury to można powiedzieć, a nawet śmiało napisać, że pewne trendy pojawiają się cyklicznie, np melancholija, albo, właśnie upodobanie do form sprawozdawczych. Gresji i dy dosyć.

Jest wiele oczekiwań względem podejmowania i realizacji ról społecznych.  Na przykład: Matki. Matki Polki. Któż nie ma skojarzeń względem takiego sformułowania? A no właśnie! Osoby z niepełnosprawnością. Intelektualną. Sensoryczną. Motoryczną. O sprzężonym charakterze, albo i nie. Przetoczyła się dyskusja (w krajach wysokorozwiniętych) o modelach niepełnej sprawności, wraz z wynalezieniem roli osoby chorej zdjęto z człowieka, w którego doświadczeniem jest niepełnosprawność pewne obowiązki (np. pracy zawodowej, założenie rodziny czy inne oczekiwania) a nałożono inne (bycie dzielnym, dzielną, usprawnianie się etc*).  To pierwsza grupa skojarzeń. Można napisać wiele, podając kłady i przy, z różnych beczek. Nie tylko czerpiąc z tej w której spędzić żywot miał Diogenes co nie z jednej jadł synkopy. :). Διογένης της Σινώπης Diogenes tes Sinopes czy tak: jakoś, a nie inaczej.

Drugą jest tożsamość społeczna a różnice kulturowe. Tak w rozumieniu ja niezależnego i ja współzależnego. I ta druga częściej stosowana jest do opisu osób z kręgu Azji Wschodniej. A tym samym odniesieniu się do dziedzictwa konfucjańskiego. Rozłożenie, położenie,  akcentu na inne osoby, a nie (jak to ma miejsce w ja niezależnym) na własną wyjątkowość/ indywidualność, uzdolnienia etc.  Tutaj także wpierane będzie poszukiwanie podobieństw, budowanie na nich. To tyle wstępu. Moim zdaniem koniecznego przy czytaniu i rozumieniu. Mając tę wiedzę, której tu nie zamierzam przytaczać (bo nie o tym zamierzałam pisać) zasiadłam do zaprzyjaźnienia się z rachityczną raczej książeczką autorstwa Katarzyny Boni, a zaczyna się ona tak:

[Ganbare! Warsztaty umierania, Katatrzyna Boni, Wydawnictwo Agora SA. Warszawa 2016r źródło zdjęcia].
[Ganbare! Warsztaty umierania, Katatrzyna Boni, Wydawnictwo Agora SA. Warszawa 2016r źródło zdjęcia].

Ganbare! Tohoku!

Granica pomiędzy tym, kiedy potrzebujesz zachęty, a tym, kiedy potrzebujesz pomocy, jest bardzo cieńka. Japończyk powiedziałby Giri giri.

Czasem Ganbare! zmotywuje Cię do działania. Czasem, gdy słyszysz ganbare!, czujesz się bardzo samotnie.

[Ganbare! Warsztaty  umierania, Katarzyna Boni, Warszwa, Agora SA, 2016 s. 8].

Ambiwalencja, ten stan towarzyszył mi przy czytaniu tej książki. Nie ukrywam, że apatyt mój rósł w miarę oczekiwania, na przeczytanie. Bo w bibliotekach tej pozycji nie było (a jak już miała się pojawić, to niczym cień Minotaura, niby ktoś wiedział, nawet widział, i nawet pokonał… Ale to dawno, i podobnież Mitologia…). Nie miałam świadomości, że to cykl reportaży. Tak, mimo nie cichych nawoływań, i nagabywań i innych bywań mody i wychylanie z każdej półki, półeczki właśnie ten gatunek literacki, mam przesyt, chociaż z rzadka sięgam (czego przykładem może być wspomnienie o książce autorstwa Pawła Smoleńskiego.  [Irak. Piekło w raju]). Bardzo krótkie, lakoniczne, tury miniatur. Forma przemyślana. Bardziej. Znaczy mniej, ale też owo ujęcie w tę właśnie formę odwołuje się do kultury japońskiej, ponieważ opowieści nie mają jednego wzorca nie zostaje owa przerysowana. To niewątpliwie jedna z mocnych cech tej pozycji  . Polka,ale łatwo pójść w zaułek stereotypizacji Japończyków i Japonek. Dzielnego, karnego, zdyscyplinowanego narodu. I otóż. Nie. Na szczęście i wielość nieszczęść, nie.

Mam pewien może nie kłopot z tą pozycją, bo przecież nie muszę niczego rozwiązywać, nie dyskomfort, i nie konkretnie z tą pozycją, ale z kulturą pisania, i nie wiem w jaki sposób ugryźć, albo chociaż tyknąć tę kwestię by zostać zrozumianą, zgodnie z moimi intencjami. Chociaż Katarzyna Boni wykazuje się dozą empatii, gdzieś w potylicy mam niezgodę na to, by pisać o tragediach, sobie po prostu przyjechać, napisać, dotknąć i wyjechać. Nie jest to uwaga ad personam, nie chcę też zamykać moich intuicji w pudełku z etykietką: Przyjechała, zebrała materiał, wyjechała. Wydała i tyle. Nie. To nie o to chodzi. Po pierwsze, czytanie jak i pisanie o dalekich, nieznanych, czy bliskich, jest potrzebne. Zwłaszcza, jeśli robi się to  talentem, a tak jest niewątpliwie w tym przypadku, lecz mnie osobiście czegoś brakuje, jakoby to, co dostałam było ważnym, ale puzzlem, jakbym domagała się części drugiej, tym razem napisanej przez autochtonki i autochtonów.  Chciałabym, więcej, bardziej, z różnych stron, zwłaszcza z tej, która rzuca snop[ek] światłta na przepracowanie (albo i nie) traumy. Chociażby z tej. Jeśli zamierzeniem Autorki było wzbudzenie pragnienia, albo lepiej, głodu, intelektualnego to niewątlenie się jej to udało. Na całe szczęście.  Podobnież było wiele recenzji Ganbare!, ale ja chciałam dodać coś o czym nie było, o przygotowaniu się do przeczytania takich, jak ta pozycji (nie chodzi o podjęcie studiów humanistycznych, zamknięcie się w monastyrze, albo posty), o świadomość pewnych perspektyw, tak jak te, kulturowe,od tego zaczęłyśmy i zaczęliśmy.

Druga  kwestia: by była bardziej czytelną, posłużę się przykładem.

Pojawiały mi się pytania, (nie) całkiem poboczne w trakcie czytania. Choć występują w liczbie jak najbardziej mnogiej, to przytoczę jeden, najbardziej pojedynczy, ot, takie czy Pan Żaba, czyli jeden z interlokutorów wie, że został tak nazwany przez Autorkę? A jeśli tak, a jeśli nie, to co to znaczy? Wedle jakiego klucza dobierani są rozmówcy i rozmówczynie? Czy nadaje się im etykietki? Co jeśli tak, a co jeśli nie? Jak to osoby biorące udział w dyskusji, i czy to właściwie jest jeszcze dyskusja? Jeśli jest granica, to którędy ona przebiega? Czy można skatalogować spektrum ludzkich odczuć i reakcji w celu napisania książki? Nie wiem, czy to był zabieg celowo zastosowany przez Autorkę, niemniej warto sięgnąć po tę pozycję r ó w n i e ż dlatego (choć n i e  tylko) po to by zadać sobie t a k i e, być może nie oczywiste, i nie często podnoszone,  pytania, i obudzić właśnie takie wątpliwości. Spojrzeć nieco z  innej, strony, przespacerować się mniej uczęszczanymi ścieżkami, chociaż trudnymi, i mniej obleganymi, to wartymi, by nimi kroczyć.  W życiu ważne są objazdy. Zajrzenie pod podszewki. Zadawanie pytań. Piszę to w tym aspekcie.

Czy książkę polecam?

Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale dla mnie osobiście przykuwająca uwagę, ze względu na owe pytania (nie) całkiem poboczne.  Myślę, a to czasem mi się zdarza, i nie jest to czas przeszły. Przynajmniej nie tylko taki 🙂 że to nie jest wada tej pozycji. Na pewno przejrzę, a nie tylko przejrzę, co jeszcze (i jak- oczywiście) napisze Katarzyna Boni.

◊◊◊◊ ◊ ◊◊◊ ◊ ◊◊◊◊

Przychodzimy, odchodzimy… Piwnica pod Baranami [O której też już było] Jęczmyk/ Konieczny.

◊◊◊◊ ◊ ◊◊◊ ◊ ◊◊◊◊

*Oczywiście nikt nie przeczy, że rehabilitacja to także proces, czy świadczenia, które powinny być sprofilowane odpowiednio i dostępne dla każdej osoby, bez względu na jej status socjoekonomiczny i inne przesłanki. To tylko jeden z przykładów.

**Tytuł to cytat z książki, s. 12.