[264+1]. Modulacja świt[ł]em i myślą, czyli tekstament.

     Zanim skreślę kilka gęstych słów o książce, to zwrócę uwagę na sposób wydania, bo warto. Twarda, ascetyczna oprawa, druk na papierze dobrego gatunku, tak jak reprodukcje zamieszczone na końcu. Przejrzysta czcionka (tyle, że w tytułach brakuje mi bezszeryfowej, która jest właśnie do tego przeznaczona). Mimo swoich gabarytów książkę wygodnie trzyma się w dłoni. I wyśmienicie prezentuje się się na półce.  Jedyne co, osobiście jestem zwolenniczką umieszczania przypisów u dołu strony, jeśli te zawierają inne informacje niż odniesienia do tekstów i dzieł (a tak jest w tym przypadku). A treść? No cóż.

[Joanna Pollakówna, Zapatrzenie. Myśląc o obrazach, myśląc o malarzach. Słowo Obraz Terytoria, Wydanie I, Gdańsk 2012 r, źródło zdjęcia].
[Zapatrzenie. Myśląc o obrazach, myśląc o malarzach. Joanna Pollakówna. Słowo Obraz Terytoria, Wydanie I, Gdańsk 2012 r, źródło zdjęcia]. Na okładce reprodukcja Cyklopa Redona z 1914 roku, olej/ płótno, Otterlo, Kroller- Muller Museum.

Chociaż pisanie o sztuce kojarzy się raczej z wydawnictwami specjalistycznymi to Joanna Pollakówna kieruje swoje słowa do szerokiego grona pisząc przejrzyście. Książka  stanowi zbiór prawie wszystkich tekstów, i jest to bodaj ostatnia, poetki, eseistki i historyczki sztuki, stanowiąca jej testament.  Wędrówkę w świt zapatrzenia zaczynamy od renesansu (włoskiego), tej krwawej obfitej w wojny, ale i dzieła sztuki, epoki, by dać szansę barokowi, ale teksty nie są ułożone w sposób linearny, bo znajdziemy tutaj zarówno surrealistów, sztukę polską, przyjęcie takiego następstwa tekstów przyczynia się do podkreślenia ich  osobistego wydźwięku. Zwłaszcza, że jeśli przyjrzymy się, (nie zapatrzymy) temu co i w jaki sposób pisze Pollakówna. Znajdziemy dialogi między tekstami, a obrazami, ich interpretacje, czy wyobrażenia, a nie opisywanie. Pewne dopowiedzenia, a nie sprawozdania, czy odnoszenie się tylko do faktografii. To stawia wobec Czytelniczki/ Czytelnika, określone wymagania, to jest uważnego bycia z tekstem.

Jeśli zaś chodzi o sylwetki malarzy, to znajdują się tam ci, którzy  w większości, pielęgnowali w sobie niezgodę, postrzegali świat w jakiś sposób asymetrycznie, a może utratę?

Brakuje mi w esejach Pollakówny, kobiet.

Malarek.

Moje wrażenia już zdążyły już wystygnąć, gdyż po książkę sięgnęłam w zimie, to co nasuwa mi się obecnie, to skojarzenia koloru, światła, faktury, i geometrii, dobieranie dzieł wedle takich kryteriów sprawiło, że osoba zaznajamiająca się z felietonami autorki ma szansę się zapatrzeć, a może i zatracić.  Stosunkowo  niewiele jest tam, podawania faktów, wygryzania się w teorię sztuki, nie  to raczej zanurzenie, ale takie, które nie [z]nuży czytelnika i czytelniczki, spisanie własnych wrażeń, oddziaływań, zapamiętań i zapatrzeń. To przykład tego, że Sztuka, może (i tutaj na pewno jest) o s o b i s t ą     r e l a c j ą służy tak zachwytowi, co rozumieniu świata.

Czasami myślę, że zapatrzenie, jest bliskie sensualnemu zatraceniu, co nie umniejsza jej wartości, a ukazuje jedną z perspektyw, jaką można przyjąć. Czyni sztukę czymś na wskroś bliskim, osobistym, czyli, znaczącym i nieprzemijającym.

Książka jest doskonałym pomysłem na prezent, zwłaszcza jeśli nie będzie  pierwszą, dotyczącą tej tematyki.  Może być za to pierwsza, autorstwa Joanny Pollakówny, stanowiąca forpocztę jej sposobu rozumienia sztuki.

 

Reklamy

[239+4]. Przysłowia nie są mądrością narodów. (#by pamiętać).

Czas wcale nie leczy ran. Sam w sobie nie ma właściwości uzdrawiających. Jedyne, co potrafi. To m i j a ć. To od nas zależy, jak go wykorzystamy.

[Ganbare! Warsztaty z umierania, Katarzyna Boni. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016 rok, wyróżnienie własne].

[Gabare! Warsztaty z umierania, Katarzyna Boni, Wydawnictwo Agora 2016, źródło zdjęcia].
[Gabare! Warsztaty z umierania, Katarzyna Boni, Wydawnictwo Agora 2016, źródło zdjęcia].

PS. O tej książce zapewne jeszcze napiszę.

273. Opowieść na dobranoc.

— Widziałam film, w którym pan grał.

— Też jesteś wielbicielką Mistera Q?

—- Nie. Grał pan ojca, który nie znał własnego syna. Po raz pierwszy spotyka się z nim w barze, na stacji benzynowej.

— Ale tego filmu nikt nie ogląda.

— Jest tam mój ulubiony dialog. Pana syn mówi: „Dlaczego nie byłeś dla mnie ojcem?” Pan na to: „Nie sądziłem, że jestem gotów”. Ten dialog uświadomił mi coś ważnego.

— Co?

— Że nikt nigdy nie jest na to gotowy, więc nie ma się czego bać.

/ΩΩΩ Ω ΩΩΩ/

—[Mężczyzna 1]No więc główny bohater leży na łożu śmierci. Mruczy:. Powinienem był poświęcić się Tobie, i naszej miłości.  Zamiast marnować życie na karierę w ubezpieczaniach.

— [Mężczyzna 2]: A może mówi do niej coś zwykłego?Prostego. W rodzaju…: Trzymaj się.

— [Mężczyzna 3]: Nie. Do końca musi coś być o fizycznym bólu. Co myślicie o tym? : Morfina też już nie działa…

— [Kobieta]: Nie przypomni sobie o czymś nieistotnym? Może powie coś w stylu… Nie wiesz co się stało z tym breloczkiem, który dostałem od Ciebie dwadzieścia pięć lat temu? Tym, w kształcie podkowy?

— [Mężczyzna 5]. N i e.  Na łożu śmieci bohater milczy. Ona mówi:. (…) Zmarnowałam przez Ciebie tyle czasu. Najlepsze lata mojego życia. 

[Dialog z obrazu, Młodość, w reżyserii Paolo Sorrentino, który także napisał także scenariusz. Francja, dramat, 2015].

 

Niby nic nowego. Niby zestawienie zgranych klisz: Młodości ze starością. Doświadczenia z jego brakiem. Soczystości z kruchością zmarszczek. Przemijania z czasem. Krótko i długodystansowych spacerów. Zużywanie życia. Bez epitetów. Emfazy. Zbędnych dodatków, ekstraktów. Jak w kalejdoskopie. Zobaczcie same, spojrzyjcie sami. Chociaż plakat nie zachęca.

[Młodość. Paolo Sorrentino Francja 2015, źródło zdjęcia].
[Młodość. Scenariusz i reżyseria: Paolo Sorrentino Francja 2015, źródło zdjęcia].

 

272. Jeszcze jeden krok. /”Miejsce kobiet jest na szczycie”/.

[Annapurna. Góra Kobiet. Arlene Blum, źródło zdjęcia].
[Annapurna. Góra Kobiet. Arlene Blum, Annapurna. A women’s place. Agora SA. Warszawa 2014,źródło zdjęcia].

Mam nadzieję, że ta książka pozostanie ze mną na długo. Nie tylko jeśli chodzi o warstwę ową sprawozdawczo- tekstową. Mam nadzieję, że ta pozycja będzie w jakiś sposób sobie wiadomy we mnie pracować.

O Annapurnie wiedziałam wiele, wiedziałam jak bardzo wymagający jest to ośmiotysięcznik. Wiedziałam ile osób zginęło chcąc osiągnąć szczyt,czyli wejść i z niego zejść. Wiedziałam, że Piotr Pustelnik zdobywał ją pięć razy, by dokonać tego dopiero za ostatnim podejściem.  Wiedziałam… Tak. Wiedziałam.

 Mogę napisać, śmiało, że znałam zakończenie herstorii zanim o niej przeczytałam w tej książce, a mimo to, jestem pod jej wrażeniem.

Z kilku powodów.

Napisać książkę reportersko- sprawozdawczą. Zwłaszcza jeśli chodzi o wyprawy wszelkiego autoramentu jest trudno, zwłaszcza gdy chcemy: a) uniknąć sensacji, b) trzymać czytelniczki i czytelników w zaciekawieniu, c) napisać coś, co się sprawnie czyta, bez dłużyzn, i nieciekawych fragmentów np dla laiczki i dla laika, d) pozostaje w pamięci nawet gdy odłożymy książkę na półkę.

Jeśli nadal czytasz te słowa, pewnie spodziewasz się, albo prze_czuwasz w czcionce, i być może w pixelach, ach, że będę chwalić. Tak, zaprawdę powiadam Ci, będę. I to robię bez wahania. I to nie tylko dlatego, że jest to sprawnie napisany reportaż, z „ciekawej”wyprawy, ale bez wątpienia, jest to podstawowy punkt wyjścia. Wyjścia w góry, na górę, by sięgać coraz to wyżej. Zobaczyć więcej, i głębiej sięgnąć.

Na świecie jest czternaście ośmiotysięczników, czyli takich szczytów, które mierzą sobie więcej niż osiem tysięcy metrów i chociażby z racji tego człowiek istota rozumna i przekraczająca granice (tak geograficzne jak i inne, choć nie wszystkie) zechciał/a się na nie wspiąć. Nie na granice, ale na góry, na szczyty, tak piękna, jak i rozpatrz. y. I roz_patrzy. Roz_patrzy. Patrzy i widzi. Widzi i wodzi. Wodzi i spostrzega.  By rozpapapapatrzeć  nie tylko swą kondycję, poznać Siebie i innych, jak i z różnych nie wspomnianych tu przyczyn.

Cztery z ośmiotysięczników znajdują się w Karakorum. Ich zdobywanie zaczęło się już w XIX wieku, ale tak naprawdę pierwszy z nich, został osiągnięty dopiero  w 1950 roku, czyli stosunkowo niedawno (wtedy to mówi się, że chirurdzy zaczęli nie tylko uśmiercać ludzi, ale ich leczyć, dlatego, że rozwinięciu ulegała aseptyka, ale to inna bajka, ważna, ale opowieść nie na ten czas. Chociaż rozwój medycyny i techniki usprawnia wspinanie. Według mnie to najbardziej wymagający sport). Chociaż oczywiście wpinanie istniało i wcześniej. O wiele wcześniej, a jeśli chodzi o szarpijki i o szerpów, to ich kultura jak i miejsce zamieszania wymuszają ten rozdaj sportu, co dla nich jest sposobem na zarabianie pieniędzy, a nie czystą rekreacją. Ot, jak geografia potrafi zdeterminować życie. Jego upływ. Człowiek wspinał się tak na wyżyny ewolucji jak na pagórki chcąc dogonić horyzont jak tylko nauczył/a się chodzić.

Również Polska, ma niemałe tradycje wspinania się mówi się o złotej dekadzie polskiego himalaizmu.(Zdaniem niektórych, ale nie tak znów nielicznych, czasy te już dawno minęły) Nie wystarczy wspomnieć ani o Wandzie Rutkiewicz, ani o Jerzym Kukuczce. Można śmiało napisać, że nie tylko między nimi istniała nić, czy lepiej napisać lina porozumienia, ale również  rywalizacja, czy zazdrość, jeśli chodzi o osiągnięcia, zarówno Rutkiewicz jak i Kukuczka jak i inni sportowcy i sportowczynie zasługują na wpis. Oddzielny. Dziś jednak nie o nich, ani o rywalizacji między nimi. Chociaż sama Arlene Blum pisze, że nie było by kobiecej ekspedycji na Annapurnę I gdyby nie idea polskiej himalaistki.

[Anapurna from Pokhara, albo inaczej Szczyty Annapurny, źródło zdjęcia].
[Anapurna from Pokhara, albo inaczej Szczyty Annapurny, źródło zdjęcia].

Annapurna, właźcie, Annapurna właśnie!  Ma wiele imion, Bogini żywicielka, czy Bogini Żniw, to tylko nieliczne, ale trafne. I procko odstraszające. Stety niestety nieskutecznie. Albo: nie dość skutecznie.

Polsko – amerykańską ekspedycję kobiecą, w którą to została wpisana idea równouprawnienia we wspinaniu,  taka była idea, przecież zdobywanie szczytów przez kobiety dopiero kiełkowało.Nie było dane iść czekan w czekan, ani  zorganizować Wandzie Rutkiewicz i Arlene Blum, z różnych względów (zyskanie pozwoleń, terminy), ale ziarno wiary, nadziei i zamierzeń zostało zasiane na podatny grunt. Miejsce kobiet jest na szczycie, takie oto hasło przyświecało ekspedycji.

Książka opowiada historię amerykańskiej wyprawy, i choć stanowi ona trzon opowieści to dla osób chcących poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą kobiecego zdobywania szczytów, albo zdobywania gór przez kobiety, pomocna będzie nie tylko zamieszczona bibliografia, ale w narrację wpleciona zostawały wplecione inne wątki, równie ciekawe. Co ważne dla p o l s k i c h czytelniczek i czytelników znajdujemy tu wspomnienie o  Wandy Rutkiewicz, może zachęci to Ktosie lub kogoś do sięgnięcia po inne książki?

  Opowieść, to nie tylko relacja ze szlaku, ta  sięga nieco wcześniej,  niż tylko przytoczenie narracji i opisane drogi, tej fizycznej, ale również przygotowań, i nie kończy się wraz z osiągnięciem szczytu, obejmuje więcej. Wspominając o tym, co   zmieniło w uczestniczkach wyprawy, co działo się po zakończeniu przedsięwzięcia. Warto wspomnieć, że w trakcie wyprawy zginęły dwie alpinistki z drugiej grupy, atakującej szczyt. Tak więc konieczne było poradzenie sobie z tak dramatyczną stratą.  Zwycięstwo miało posmak goryczy, a nawet złości. Słodko gorzki laur.

Także podczas lektury nasunęły mi się pytania. Jasne, że żyjąc w danym momencie, czy w chwili nie spostrzegamy pełnego obrazu, jeśli chodzi o całokształt życia, życioobrys. Życiorys.Życioszkic. Jasne, że życie rozumiemy wstecz, a przeżywamy w przód. Jasne, że pragniemy realizować marzenia, ale czy możemy postawić granicę, jeśli tak, to gdzie, którędy i jak ona przebiega? Czy można (i to skutecznie) komuś zakazać wejścia na szczyt? Jeśli posiada doświadczenie, i przepełnia go/ ją pasja, żar i tak właśnie wyobraża sobie życie pełną piersią.  Zakładając, oczywiście, że pogoda jest stabilna, posiadamy taką widzę jaką posiadamy,czyli najlepszą w danym momencie, i że człowiek może stanowić sam o sobie. Przecież osoby, które zginęły to były doświadczone alpinistki, które ze sobą wspinały się od lat…

Z jednej strony rodzące się wspinanie kobiece. Z drugiej zdobycie szczytu, z trzeciej trauma śmieci, zapłacenie wysokiej ceny za możliwość realizowania marzeń. Z czwartej rozwój, świadomość, bycie w grupie, związane z tym procesy, zauważenie ceny jaką płaci się za liderowanie grupie, opisanie nie tylko zachodzących wówczas przemian społecznych (które jeszcze się niestety nie dokonały), ale także indywidualnego dojrzewania.

Wątek procesu grupowego to jedna z osi książki, ważnej, osi dlatego również warto się zaznajomić z jej treścią. Chociaż pisze tę książkę liderka ekspedycji, problemy troski i radości mamy ujęte z wielu stron, spisane schludnie, ale zarazem barwnie, bez emfazy i przynudzania. Każda z kobiet, biorąca udział w przedsięwzięciu jest widoczna w tych narracjach, opowieściach. I każdej wkład jest doceniony. Takie są wrażenia z lektury. Moje. Osobiste.

Kobieca wyprawa, na nie łatwy szczyt dziesiąty co do wielkości ośmiotysięcznik, znajdujący się w Nepalu (śmiem wątpić, czy jakikolwiek ośmiotysięcznik może zyskać takie miano), ten na którym lawiny schodzą bez ładu i składu i tylko Bogini Żniw może je przewidzieć.

To również walka o równouprawnienie, ale i opisanie dialogu międzykulturowego (i wpisanych weń różnic) jak również indywidualnego rozwoju uczestniczek.I towarzyszących im szerpów. Próby przełamania stereotypów wszelakich. Tak dotyczących uprawiania alpinizmu (dyktat wieku) jak również statusu kobiet, tak w Ameryce, w Polsce, w Nepalu (wymóg zatrudnienia szarpijek— który się nie powiódł).

Indyjska bogini plonów (bo jej imię nosi góra) szczerze swojego bogactwa pieczołowicie. A warto wspomnieć, że to imię nosi pięć szczytów skupionych w  dosyć dalekiej, a na pewno nie bliskiej, „okolicy”. Tak jak każda osoba w życiu może znaleźć swój Everest tak każda może znaleźć swoją boginię plonów i żniw, zaniechań, niewiary, pragnień…

Im dokładniej wczytamy się w treść książki, co nastąpi bez potyczek czy przeszkód, tym więcej będziemy miały okazję z niej wziąć dla siebie. I jeszcze starczy dla Innych. ;-). Namaste!

PS I. Mam wrażenie, że góry nosimy w Sobie. Czasami można zużyć życie żyjąc w ich cieniu, nie znając ich nawet, nie wspominając o wspinaczce…

PS. II. Zostawiam tu ślad piosenki Krzysztofa Napiórkowskiego (o którego twórczości pisałam już wcześniej)  Tym razem do wiersza Twardowskiego, który moim zdaniem zyskał znaczenie nowe.

271.

Francuski himalaista i  alpinista Maurice Herzog, kiedy po raz pierwszy wchodził na Annapurnę,a zdobył ten  bardzo wymagający  ośmiotysięcznik (3 czerwca 1950 roku) miał powiedzieć:

Kiedy podejmujemy się najcięższych zadań, korzystamy ze wszystkich zasobów, jakie posiadamy, i dopiero wtedy widzimy potęgę i wspaniałość człowieka.

Gór się nie zdobywa. One po prostu są. To przy takich okazjach część siebie, i mamy okazję także przy zdobywaniu góry  z sobą now_ym/ą pobyć, trochę się poznać.

Vilhelm Hammershøi, Sonnige Stube, 1901
[Vilhelm Hammershøi, Sonnige Stube, 1901, źródło zdjęcia].

Lubię to. Ten obraz. Jak się zastanowić to r ó  w n i e ż dlatego, że najważniejsze dzieje się p o i za kadrem.

PS. I. Uskuteczniam oszczędne pisanie. Wpis pojawia się automatycznie.

PS II. Poza, dziwne słowo, Owe. Warstwowe wielo. P(r)o[i] za B(Ż)ycia. Pro chili . Za.

270. Jest taki czas.

Niedziela. Nie, po niedzieli, noc jednakowo czarnosierpniowa. Pewne jest jedno:Jest późno, jest później niż późno. Ale jest.Oczy kleją się do mózgu, jest takie miejsce w środku czaszki, pomiędzy oczami… Zostawiam ślad. Proszę o cierpliwość, aktualnie zjadam swoje myśli, gonię, porządkuję, zatrzymuję się. Próbuję poczochrać chaos. Chyba to było we wtorek ? We wtorek, albo w piątek, jest godzina grubo po dwudziestej drugiej, rozmawiam, moje ciało uświadomiło mi, że nie jadło kolacji. Zaraz, zaraz (i nie chodzi tu o bakterie, ani o inne wirusy) uświadamiam sobie, że mało, że kolacji nie (śniadania, obiady, kolacje: wypożyczalnia, to jeszcze obiadu też nie pochłonęłam… Oczywiście, że nie chodzi o to, by być osobą zajętą, ale tą, która efektywnie działa. Doprowadza swoje zamierzenia do końca. Krok za krokiem. Nie sztuka udawać, że jest się zabieganą. I „w niedoczasie” to taka poza, albo rzeczywiste nieumiejętne zorganizowanie się. Piszę to dlatego, żeby prosić Cię o cierpliwość. Nowe wpisy na pewno będą, coś się kroi, coś przycina, a coś przepoczwarza. To się zdarza. Nie będę sypać tuizmami, że nie chcę publikować czegoś żeby tylko było. Jest tyle słów i tyle stów, i tyle sów. I tyle i jeszcze więcej różnorodności się w świecie mości, że ja ze swoimi spojrzeniowejrzeniami i czochraniem słów i znaczeń, mogę poszczekać, poczekać znaczy.

Pisałam nie tak znowu dawno, że zaczęłam relaksomedytację (wiesz ile lat sobie to obiecywałam? No i dobrze, że nie wiesz. Zbędny to kawałek niewiedzy). Nie wiem, czy robię to w sposób prawidłowy. Nie będę pisała tu o efektach, ach, ach, wytrwałości, i tak dalej. Na pierwsze za wcześnie, a drugie, wiadome. Po cóż więc strzępić pixele? Napiszę o czymś na czym się dzisiaj złapałam. I nie chodzi o ćwiczenie refleksu (światła, własnych rekcji, ani foto_synezy, chociaż innych syntez_a i (nie) torów być może, może być. Ale nie idźmy tą drogą, nawet jeśli na końcu tunelu jest światło. Światło, nosisz je w sobie.), ale o re_ fleksję (Za Wikipedią: Dział gramatyki zajmujący się opisem form wyrazowych). Co było przed, po  fleksji? (Jeśli o to chodzi, to raczej nie biega o liczby zespolone, nieważne, czy w postaci kanonicznej, czy innej, nie chodzi też o wyspę należącą do Francji: Île de Ré — czy jakoś tak[t]) Re, czyli powtórzenie, fleksja, czyli przemiana (z łacińskiego). Ale ad rem, nim zastanie mnie faza REM. Wtem. Złapałam się na trzech „rzeczach”:

Pierwsza: używamy, wręcz nadużywamy słów, w taki sposób, i nie popijamy znaczeniem po połknięciu, albo w trakcie międlenia, mielenia i przemiany, że nie dość, że pewne związki i rozwiązki znaczeniowe, powiedzenia, czy znaczenia, są tak refleksyjnie używane, ot przyzwyczajenie. Zdziwiłam się.

Gdy zdałam (zdać dziwne słowo, zdawało się w czasie akademickiego/studenckiego żywota pościel do pralni), zdałam sobie sprawę, że życie składa się z chwil. A w zasadzie z chwili. Jednej. Niepodzielnej. Tej, która trwa. Teraz. W której słyszę stukanie klawiszy, tykanie zegara cichy pomruk wentylatorka, czy czegoś tam w komputerze. Czuję moje napięcia w ciele. I piekące o czy oczy. A też zwolniony tryb myślenia (ale: nie zwolnienie z myślenia, nie ma L4 od myśli karmienia). Słyszę kompanie komarów, a w zasadzie (i w kw…Asie)to komarzyc, bo to one upuszczają nam krew. Wyodrębnić potrafię i wiele innych tętnień. I nie muszę się w tym przypadku napocić, ale napoić, to czasami się przydarza, przytrafia i przypadaje, a i jest konieczne (o czym tutaj). Wracając do tematu, tu.  Cisza jest złożonym (wielokrotnie) zjawiskiem, już obiecywałam, że o tym napiszę. Ileż to razy mówi się, a nawet śpiewa: ważne są tylko chwile, właśnie. Nadużywanie, nadprzyzwyczajenie. Gdyby człowiek, żył chwilami,a nie latami, w zrównoważonym stopniu, to nie tylko perfekcjonizm by umarł, nie było by prokrastynacji, ale to szansa na zmianę. Myślenia i bycia.

Druga: Życie chwilą, a życie w chwili, to diametralna różnica.

Trzecia: mała różnica umożliwia dużą różnicę.

I czwarta tak na zakończenie tego wpisu, bo mózg przechodzi już w stan uśpienia, i mamiony jest obietnicą snu, a tu maraton liter (liter nie litr) chodziarz. chociaż jak ktoś/ia potrafi przeliczyć, ile to jest litr liter to i tak tkać może. A tu maraton taki głos mary. O marach było i markach (znaczy, nie firmach- ale znaczeniu nocnego marka: dla chętnych akcja wyszukiwarka b0daj wpis 166]. Znajdź jeden ze swoich ulubionych obrazów i spójrz, tak jakbyś oglądał/a go raz pierwszy. Jeszcze raz. Wy i godnych (nie głodnych) snów!

[Fragment: Podwójne życie Weroniki, reż. Krzysztof Kieślowski, muzyka: Zbigniew Preisner, źródło nagrania]. Dlaczego właśnie ten fragment? Dlaczego Preisner, bo był jednym z pierwszych, o którym pisałam na blogu. Bo tego albumu zawsze słucham w nocy. Tak się składa. Po prostu, bez intencji. I dzieje się to rzadko.  W odróżnieniu do innych płyt tegoż…

 

269. /InspirAkcja/: Osiem sposobów na poprawę humoru(1).

Skrócony (od)noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-Z3

Będzie o wdrożeniu wrażeń. Znaczy jest.

Będzie inaczej niż zwykle. Znacz[y] już się dzieje.

Taki lajf.

Ad Ren, czyli przez Rzekę.

Albo do rzeki.

Albo do rzeczy,

czyli do myśli. Wyszperanych: Na /spóźniony/ początek dwóch: cudzych, przysposobionych i oswojonych, autorzy, najpierw popisali się błyskotliwością, potem zostali  podpisani, potem (ale nic nie śmierdzi) lecimy z… A z resztą, bez reszty, ale z całością, przeczytaj sam/a ⊆.

Niech twoje ścieżki będą będą wąskie, kręte, odosobnione, niebezpieczne i prowadzą do najpiękniejszego widoku. Niech twoje góry wznoszą się w chmury i ponad nie.

[Edward Abbey „Benedicto”].

albo inaczej:

Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma własną nazwę. Nazywamy je nadzieją.

[Jostein Gaarder – Dziewczyna z Pomarańczami]

[Kto się ceni, Golec uOrkiestra, czyli równowaga przede wszystkim. Źródło nagrania]. Równowaga przede wszystkim! :-)

Pić czy nie pić? Pytanie stare jak p r a p r a   p r a pra [m]gnienie.Chili wołanie, po wołanie. Wsłuchanie się we wnętrze.  W wewnętrzny włos, by rozdzielić go na czworo O! Rozgłos, wielogłos. Jeśli pały poprzedza u, czyli skwar jak cholera jest,wiadomo, pić. Dużo. Niegazowanej przez obłe o bez żadnych kresek i ogonków wody.Osiem szklanic dziennie. Codziennie [więcej: szczegółów]. Tym razem konkretnych sposobów na poprawę humoru (i nie chodzi o średniowieczne regulowanie płynów w organizmie).

Pierwszy wpis nieregular[z]nica, z cyklu: InspirAkcje. Nie wiem jak Ty, zawsze lubiłam (i to się nie zmieniło) poznawać, przebywać, i uczyć się od  osób, które żyją w sposób inspirujący i interesujący Mądrzy, piękni i odrobinę zawirowani, zwariowani pozytywnie, stawiający i realizujący swoje cele, które służą nie tylko konkretnej osobie, ale czynią świat lepszym, i wygodniejszym miejscem do życia.

Dlaczego zdecydowałam się na ten wpis, a być mnożę na stworzenie tego mini cyklu? By się zmotywować, i podążać krok za krokiem, dzień za dniem. Zmiana, ta wewnętrzna (nie zewnętrzna) przychodzi niezapowiedzianie, a już na bank rzadko grają fanfary. (Nie chodzi o jakieś fun’owskie fary). Dlatego, jeśli zechcesz mi towarzyszyć, ten cykl, z mniejszą, lub większą częstotliwością będzie kontynuowane, daj znać. Będę pisać. Skrobnij  w komentarzu pod tym wpisem. Do rzeczy! Znaczy, nie że do konkretnych tych, ten tego sprzątania, krzątania, czy chrząkania. O pierdzeniu, w stołek, w powietrze (wątpliwie go wzbogacając), nie mówiąc, ba nie pisząc, ba nie myśląc nawet (o tym, a nie, że w ogóle).

∇∇ ⊃∇∇∇⊂ ∇∇∇⊃ ∇∇∇ ⊂∇∇∇⊃ ∇∇

Gdy znajdujesz się w ciemnej dolinie, gdy owa ciemność smołą zalewa Ci uszy i oczy, zdajesz sobie sprawę, że oto znajdujesz się gdzieś, gdzieś w głębokim d…A świat stoi przed Tobą otworem… Ale nie tym, którym byś chciał/a.  Dawno, dawno temu, czyli wczoraj, nie za górami, nie za lasami, nie za siedmioma dolinami, ale dokładnie, ba!, Bardzo dokładnie wiadomo  gdzie jesteś, choć nie orientujesz się, czy masz grunt pod nogami, czy już się osuwa, to kwestia chwili. Czujesz coś co  tętni czarnym strachem Nieznanego lesie. Jesteś albo gdzieś pomiędzy: grzęzawiskiem niespełnionych złudzeń, a kurwa jak tu beznadziejnie,   zamiast urządzać sobie piknik nad wiszącą skałą,  nie ma sensu zaprzeczać, że tak nie jest. Rysowanie błękitnego nieba, i afirmowanie, wizualizacja nie dają prawie nic. Prawie, poza przyspieszonym kursem w kierunku frustracji. A to bardzo wiele. Może być to drogowłaz, którędy się nie szwendać. Weź głęboki oddech. Jest prawie za darmo, ale warto go docenić. Wydech. I kolejny. (Nie, nie bez kofeiny, poproszę).

Nic, tylko woda i woda, lekko pofalowana. W jednym miejscu marszczy się i rozbija o kamienie. Tęczowe krople spadają na powierzchnię. wzburzoną i kipiącą. W kałuży tapla się pluszcz. Dziwny ptak, który jednocześnie kąpie się i śpiewa. Jak okiem sięgnąć,rozciąga się górzysta okolica z nitką rzeki pod stromymi zboczami.Przy brzegu zbiera się biała piana. Na jej powierzchni huśta się sosnowa szyszka, a na niej leży wymęczona pszczoła, nic nieznacząca nawet wobec bemaru nadchodzącej śmierci.

[Żelary, Kvieta Legatowa, wyd. Kowalska/Stiasny, 2006 r s.3 tłum.Dorota Dobrew].

Vilhelm Hammershøi, Sonnige Stube, 1901
Vilhelm Hammershøi, Sonnige Stube, 1901

#1. Pobądź w ciszy, ze swoim ciałem i swoimi myślami.

Po prostu. Pięć minut. Całym sercem. I właśnie w tym miejscu W którym j e s t em. Gdzie j e s (w)t e m. Poczuj(ę) swoje ciało. O d dycha_j/m. Wdech. Wydech. Przytul(am) myśli. Poczoch(m)raj wspomnienia. Dotyk.Bądź. Co bądź. Jestem Jeśli chcę/sz: pisz. Bądź. Smaku-/ę/j. A jeśli nie możesz poświęcić całych pięciu, niech będą cztery. Trzy, albo z innej strony. Na początek minuta. Jedna minuta dla samej siebie.

Kto zaczyna medytować ze mną? :-). Pytam poważnie. Rozważnie. I w tej chwili czcionka mi się uśmiecha.  Ahoj! Chodzi o to, by Być. Tu. I teraz. TenRaz. Pobyć, pogłaskać, potańczyć ze swoimi myślami. Albo chociaż towarzyszyć. Szyć życie na miarę.  Nauczyć się  tego. Pierwszy krok w praktykowaniu Obecności. Zobacz(yć) Siebie. Ze wszystkich strun i stron (nie chodzi o teorię strun) raczej o stanięciu w prawdzie. A więc taniec. Czyli ruch. Tylko w działaniu można w pełni siebie doświadczyć. Zobaczyć. I widzieć. Czuć i doświadczać. Zobaczyć siebie. Baczyć, czyli  Pobyć . Po- być. Być po, być przy Sobie. Łagodnym, i mądrze wymagającym (a nie smagającym). I rozumiejącym.

O ciszy jeszcze będzie, nie raz. Nie dwa. I nie z jednego poziomu. Cisza i ja w ciszy jest ważne. Bierz udział w swoim życiu, również tworząc i zachowując się w ciszy. Nie, zachowując ciszę. Zaangażuj się, nie przeżuj. Można przeszyć i przeżyć życie na pół etatu. I na wdech eteru. I w taki sposób sprowadzić się do parteru. Można. Jak mawiają starożytni Indianie jest wielka różnica między poświęceniem, a zaangażowaniem. Przy tej okazji bardzo często przywołuje się przykład jajecznicy na boczku, ze świeżym szczypiorem, popieprzonej i posolonej wedle uznania, osobiście wolę gdy jaja są ścięte. Tak oto jest to obraz (nie rentgenowski) poświęcenia – w przypadku świni ,i zaangażowania— w przypadku kury. Czyż nie czyni to różnicy? Świadomy wybór. Czasami nieźle ograniczony między wykałaczką, a bierką, ale warto się przynajmniej przyjrzeć. Powąchać, jak termit, obmacać. Wyczuć mackami organoLepTycz(y)nie, czyż nie? Warto przynajmniej spróbować. Oddychaj, Czuj. /Po/Znaj się. Jesteś jedyną osobą, z którą spędzisz, stworzysz resztę swojego życia. Spójrz wgłąb Siebie. Do_ tknij. Tknij. Utkaj. Do tchnij. Oddychaj. Prostuj się wewnętrznie. Nie wszystko od razu widać. Plon kiełkuje powoli i po woli.

 

#2. Zacznij dzień od słuchania swojej ulubionej muzyki.

Nie da się zdobyć góry. Można na nią wejść, postać chwilę na jej szczycie, a potem i tak wiatr zdmuchnie nasze ślady.

[Jim Whittater].

To pozwoli Ci wstać ubranym w dobrym humorze. Rozruszać się, wstać prawą nogą, lewa nie jest wcale gorsza (pozdrowienia dla lewo:ręcznych/ nożnych). Drobiazgi są ważne. Tak jak utrzymanie porządku, czy zieleń na parapecie. Kawałek świata, za który jest się odpowiedzialną. Słuchanie dobrej, ulubionej muzyki dobrze nastraja i umysł i ciało, pozwala wprawić je w ruch, to kolejna zasada dynamiki, i przeciwdziałania grawitacji. I myśli, tak by się chciało cokolwiek by się miało. Również zakończenie dnia, ulubioną melodią, taką która wyciszy ucieszy i uczesze myśli do snu jest prostym i skutecznym pomysłem. Nie musi to być zaraz wysłuchanie płyty. Wystarczy jeden kawałek, niekoniecznie do tańca. Jeśli nie gustujesz w tej aktywności, możesz ją poznać, od innej strony, albo

#3…stworzyć sobie inny rytuał,

(inny niż parzenie kawy, czy przygotowanie śniadania) bo jeść trzeba, a nie o to chodzi, co jest konieczne, ale o to, co wprowadzi nas w dobry nastrój, pozwoli powrócić, zanucić dzień, a nie za nudzić, zanim jeszcze, albo dopiero co się rozpoczął. Może to być rozciąganie się, czyli rodzaj gimnastyki, może to być wysłuchanie konkretnej audycji, albo: przeczytanie kilku zdań, z książki, którą aktualnie bierzesz na tapet. Osobiście mam tak,że stosuję te dwie metody zamiennie, to jest, czasami słucham muzyki, a czasami (gdy dysponuję większą ilością minut) sięgam po książkę, za zwyczaj czytam dwie na raz. Jedną mam taką na porę wieczorowo-powstańczą :-).

#4.Bezinteresownie wykonaj przysługę dla drugiego człowieka, obcego, znajomego,

niskiego, grubego, wysokiego, czy chudego, ale w taki sposób, by się nie dowiedział, że to od Ciebie, a jeśli już się to nie uda, powiedź by podał dalej, czyli zrobił coś, co jest ważne i wartościowe dla  tego kogoś, (nie co Tobie wydaje się właściwe i piękne) zrób to, po prostu,by dobro i bezinteresowność krążyły w świecie, także za Twoją sprawą i zaangażowaniem. Tak po prostu, robienie życia w taki sposób by wykonywać dobre uczynki, czyni Ziemię smacznym i wygodnym miejscem do życia. Doświadczania i smakowania. I spełniania marzeń. Tak, wiem dobro powraca, może nie od tej osoby, od której byśmy oczekiwali, nie w tym momencie, ale ono krąży. Dzięki ludziom.

#5.Zrób to, co dawno odkładałeś/ odkładałaś

…”Na potem”, „na kiedyś”,”na przedtem, tem” na po kolacji, śniadaniu, rozwodzie… Zrób pierwszy, albo kolejny krok. Pomału.  Po prostu. Jeden.  Nie od razu matron, czyli ton z wysokiego C. Chociaż jeśli chodzi o niedobór witaminy c, a dalekie wyprawy, to właśnie jej niedobór powlił dziesiątkować szkorbutowi ludzkie gromady wagabundów. No nic. Znaczy, coś. Jeden mały krok. Ale teraz. Choć nie koniecznie po prostej, albo jak po sznurku. Jeśli przyrzekłaś sobie, że będziesz więcej pić, to w tej chwili porzuć czytanie (by po chwili do niego wrócić) by nalać sobie wody. Jeśli dawno z kimś nie rozmawiałeś, zadzwoń, pierwszy. Jeśli zobowiązałaś się do napisania kolejnego rozdziału pracy magisterskiej, licencjackiej (każdej innej): pisz. Teraz. Mała zmiana. Jeden krok. Byle teraz. Ciągle się tego uczę. Nawet tortu nie można zjeść całego na raz. (Na raz, na dwa…).

Cz to będzie w porządku? Czy będzie w porządku zaczynać od nowa i czuć? Zaczynać od nowa i liczyć na coś?

[Umiłowana,Toni Morrison, tłum. Renata Gorczyńska,Świat Książki, Warszawa 2014].

 

#6.Jeśli się zorientowałeś, zorientowałaś, że popełniłaś błąd, natychmiast go napraw.

(…)Wolę siebie lubiącą ludzi
niż siebie kochającą ludzkość.
Wolę mieć w pogotowiu igłę z nitką.
Wolę kolor zielony.
Wolę nie twierdzić,
że rozum jest wszystkiemu winien.
Wolę wyjątki.
Wolę wychodzić wcześniej.
Wolę rozmawiać z lekarzami o czymś innym.
Wolę stare ilustracje w prążki.
Wolę śmieszność pisania wierszy
od śmieszności ich niepisania.
Wolę w miłości rocznice nieokrągłe,
do obchodzenia na co dzień.
Wolę moralistów,
którzy nie obiecują mi nic.
Wolę dobroć przebiegłą od łatwowiernej za bardzo.
Wolę ziemię w cywilu.
Wolę kraje podbite niż podbijające.
Wolę mieć zastrzeżenia

[Możliwości, Wisława Szymborska].

Wolę naprawiać, niż wyrzucać. Naprawiać niż usuwać. Pamiętać niż wymazywać. Uczyć się niż trwać. Dlatego jestem za tym, by  szczerą intencją, kontynuować. Jeszcze raz, raz. Czytą myślą i zaangażowanym działaniem.Co potrzebne jest wiedzieć, by to uczynić, a co „muszę”, chcę zrobić? By następnie to zrobić. W jaki sposób rutynowo się zachowujesz po popełnieniu błędu? Nie chodzi o to, by się biczować wyrzutami trądziku, albo sumienia, biega o to, by wiedzieć, by rozpoznać, i wrócić, albo wyznaczyć kurs. Spokojnie i niepokojenie, ale koń by się uśmiał, konsekwentnie. Nie? Otóż, tak, pamiętaj, że…

#7. Zawsze, ale to zawsze. Zawsze możesz zacząć od nowa.

Mądrzej, piękniej, pewniej. Nie ma idealnego momentu. Jest aż teraz. Frazes, być może (frazes nasiałam, nie prezes). Ale to często umyka,nie ma idealnego momentu, są momenty, ( i nie chodzi o filmy z momentami) właściwe, takimi są te, w których podejmujesz i k o n t y n u u j e s z działanie. Mogą być to kąty ostre proste i prążkowane. Mogą być chwile trudne, chili czarnej rozpatrzy, zanim nie rozpatrzysz i nie spojrzysz, że każdy początek to tylko ciąg dalszy. Skojarzenie, które przychodzi mi na myśl, to zdobywanie góry, gdy jest naprawdę wysoka, to na różnych wysokościach rozbija się obozy, wychodzi trochę do góry, aklimatyzuje, hartuje organizm, i wraca do bazy,spędzając tam kilka dni, gdy jest okno pogodowe, można podjąć atak szczytowy, ale nie jest to (jak wiemy pewne). Gdyby człowieka bez aklimatyzacji przetransportować na szczyt, pozostało by mu mniej więcej dziesięć minut życia, i to w męczarniach. Nieciekawa i niebezpieczna przygoda. A i czas, który zostaje zależny jest od wysokości Góry. Pewne rzeczy można dostrzec tylko cofając się o dwa kroki.

#8. Zrób to, albo… Tego nie rób.

To dwie drogi. Nie ma czegoś takiego jak „spróbuję”. Nie można latać w dwóch kierunkach na raz. Chociaż… Życie rozumiemy patrząc w przeszłość, a przeżywamy w przyszłości, dlatego tak trudno uchwycić Teraz. Chociaż, wierzę, że jest to możliwe.

Aaaa Twoje sposoby na poprawę humor rumoru?

Nie byłabym sobą, gdybym nie przypomniała tego co mawiał Steve Jobs(przy całej świadomości jak  złożoną, czy skomplikowaną, czy kontrowersyjną był postacią) a co upublicznił w spocie z 1997 roku, „Myśl inaczej”:

Ludzie wystarczająco szaleni, by sądzić, że mogą zmienić świat,są tymi, którzy go zmieniają.

Piszę rzadziej, ale mam nadzieję, że jakakolwiek by nie wiązała się z artykułami częstotliwość, to oznaka dojrzałości, i nie chodzi tu o rybie szczątki. Nie blog nie przeszedł w hibernację, mimo tego, że kilkakrotnie to ogłaszałam. Po prostu są rzeczy do uporządkowania. Do zrobienia, by móc pójść dalej, pełniej i piękniej. Wszystko radośnie, zdanie, zwłaszcza okrągłe, są poznawane, a potem powtarzane niczym mantry, aż trącą frazesami. Czasami (nie gramatycznymi) trudno zrozumieć i poczuć, i za tym właśnie iść, że czas i tak minie, że to co warto zrobić, warto zrobić dobrze, niekoniecznie za pierwszym, albo drugim razem. Nie rozpychając się łokciami, czy czcionką, we własnym rytmie, niekoniecznie samej, czy samemu. Czas mija, kolejny świt nie pyta o daty, niezadowolenie, czy kolejną zmarszczkę. Będzie dobrze. Będzie lepiej. Nie można nauczyć się ufać sobie na przyszłość, albo na przeszłość. Tylko teraz.

PS.#9 Sposobem jest wdzięczność. Jeśli się jej dopiero uczymy, można zacząć po prostu od przytulenia siebie samego/ samej. Uśmiechnijmy się do myśli, także własnych. Tak wiele osób chce żyć, pragnąć, kochać, tęsknić, starać się, mieć możliwość stania, stania, siedzenia chodzenia, stania się lepszym człowiekiem, stania w korkach, bo to przywilej, tak wiele osób śmiertelnie chorych, chce mieć konfort (a przecież to prawo) życia bez bólu, tak wiele osób chce móc robić czas. Tak, im dłużej żyję, a może bycie jest coraz bardziej zorganizowane dążę do przekoania, że c z a s    s i ę   r o b i. Jego się nie spędza (to pejoratywnie nacechowane słowo).

[Cisza na skronie, na powieki słońce, Anna Maria Jopek ,ID 2007, źródło nagrania].

Zapraszam do dyskusji. ⊃.

∇∇ ⊃∇∇∇⊂ ∇∇∇⊃ ∇∇∇ ⊂∇∇∇⊃ ∇∇