[1+1].[2+1].[145+1].[175+1].[183+1] Flora i fiołki, albo (znów) o czytaniu.

Skrócony od[noś]ni(c)k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-VP

Aforyzmy są kłamstwami podniesionymi do godności prawy

[Ewa Wiktor]

Filozofowie tak samo podlegają modzie jak stroje, muzyka, budownictwo itp

[Vauvenargues]

[Myśli ludzi wielkich, średnich, oraz psa Fafika, Marian Eile- Kwaśniewski, Iskry, 2008].

Przez internety przetacza się fala masująca intelektualne strefy erogenne, za sprawą [nie]czytania., te wszystkie achy,ochy, i ubolewania, zliczania i zaliczania się do niektórych, nie z nadzieją, a z pewnością, że do elity..Moim zdaniem, a tak, będę je wygłaszać! (i będzie to zdanie złożone, i to nie jedno, niestety) z czytaniem  nie jest to tak tragicznie, jak się powszechnie mówi, i jak diablo maluje, a wiadomo nie taki on straszny, tylko malarce, czy malarzowi talentu nie zbywa, albo i wyobraźni, albo jednego i drugiego, masują tylko swe ego.

Piętnaście milionów ludzi, to nie w kij dmuchał, a jeśli już w takowy i jednak, to pamiętajmy, że każdy kij dwa końce ma. A kto kijem wojuje ten od kija ginie. I choć tak jak pisał Sapkowski :lepiej zaliczać się do niektórych niż do wszystkich, zachwyt z jakim ludzie w Polsce zachwycają się, że należą do tych co na wierzchołku, która czyta (ze zrozumieniem, i wcale nie [tylko] instrukcje obsługi) posiada i kupuje książki, jest dla mnie więcej niż żenujący. Pompują ego, do granic niemożliwości. Oczywiście, nie wszyscy, i nie zawsze.

Nastała moda na czytanie, powieści, kryminałów, biografii, może od czasu do czasu jakiś bezradnik(ów)? To tyle, uff… No i oczywiście teraz, reportaże, wiadomo młoda moda. Lepiej być na czasie niż na czatach, a ten pierwszy niech będzie teraźniejszy.  I to tyle. Ilość przede wszystkim. Jakość? Niekoniecznie. A książki, coraz to droższe, niezależnie od formatu. Tak dosłownie jak i metaforycznie pojmowanego. Humbugów na półkach coraz to więcej, i więcej i tego tam, o czym wyżej, czyli końca nie widać.  Przykre jest to, jak ludzie czytają chłam szczycąc się ilością, zliczając i chwaląc się, ot co. Jak każda przeminie, z wiatrem czasu, by nie napisać, że z jego pierdnięciem. Oczywiście, nie każdy i nie zawsze ślizga wzrok po czcionce unurzanej we wrzaskach mody.Nastanie inna. byle by nie nastawała ani na duszę, ani na odcisk! Póki co to tu, to tam, chwalenie się biblioteczkami, wyzwaniami, ilością przeczytanych (a nie pamiętanych) książek, ile to się nabyło w trakcie tygodnia, miesiąca, humbug, humbugiem, humbug pogania, byle rackę napisać. Byle zdążyć, byle… Brylować, nierzadko, chociaż! To ostatnie i nie zawsze. wędruje ze wspomnianymi wyżej. Teraz się nie czyta, teraz bierze się udział w maratonach, jakość rzadko łączyła się z ilością. Powtarza się zasłyszane zdania, pieści pamięcią, formułki, przekonania,  ze szkoły rzadko weryfikując, zażywając takiej lektury  np Jak dyskutować, o książkach, których się nie przeczytało, byle nie wyjść na  ignorant[k]_a/ę. A jeśli już to chyłkiem wyjściem awaryjnym…

404593_483780248307885_1519711515_n
[źródło zdjęcia, Sztuczne Fiołki].

Nie czytałam: od zawsze,cokolwiek to znaczy, nie urodziłam się z książką w prawej, czy lewej ręce. Litery składać uczyłam się z trudem, mozolnie. I poza wyjątkami, bez przyjemności. Chociaż lubiłam jak to mnie czytano,uważam to za jedną z najbardziej intymnych czynności, chociaż są jeszcze słuchowiska, czy książki mówione, dzieci czytają dorosłym i vice wersja, ale nie awersja…

    Każda osoba chce mieć zdanie własne, wygładzone i słuszne, nie do prawdy pretendujące, ale bywałe ją w istocie, i to niepodzielną… Ale wysiłek podjąć myślenia.co to, to nie, to zawżdy skryć się w aforyzmy, w brak czasu, bieg lat,i wielość innych brewerii… A, jeszcze jedno,  często każda osoba chce mieć własne zdanie wydrukowane i opatrzone okładkami i własnymi inicjałami, chociażby inicjałami… Co to, to nie. Zbytecznie zabawki, a że jak wieść gminna niesie, i sprzeciwu nie znosi, nie nadgryźniętatatatata, przez ząb czasu, ani nie przeżuta przez soki trawienne dat, myślenie nie boli… Jakież to płonne nadzieje, złudne przekonania, żuchwałe pomysły, wymysły może dlatego tak trwałe, choć niesłuszne.

Diderot powiedział kiedyś, powiedział, i zostało to zapamiętane i zapisane(albo odwrotnie) lepiej zużywać się niż rdzewieć. A zardzewieć nad czcionką, to nie zużyć życia, a zaznać tycia. I tyci,tycia. Chociaż mózg przy czynności czytania zużywa kalorie tak jak przy ćwiczeniach fizycznych, tyle, że mniej.Ale dobre i to, darowanemu koniowi (chociaż by był trojański, albo Pegaz jaki) w zęby, choć drewniane czy papierowe się nie zagląda.  Dzisiaj nie tylko każda osoba chce pisać, pisać o książkach, byle kilka zdań skleconych za recenzje ulatuje, a powieści? A wiersze? A dylematy, a dramaty? Chociaż oczywiście, są i rzeczy opisanie słuszne, i pracowitości wymagające, i przygotowane należycie…

Pracować,przerabiać, skreślać, wymazywać, wyciągać. Wielcy pisarze zawsze tak robili. Przeczytaj pan uważnie Lenorę.

[Mydło, czyli radzimy się powiesić, Konstanty Ildefons Gałczyński, Iskry, Warszawa 2010, s.13].

[źródło zdjęcia, (Sztuczne Fiołki)--- jak wyżej]
[źródło zdjęcia, (Sztuczne Fiołki)— jak wyżej]

Komu chce się skreślać? Kto czcionkę znosi? A komu ona kulą, błędem, wielkim, wiele błądem u nogi? U ręki, u nadgarstka?W czasach gdy internety są tak dostępne, wszechobecne niczym duch, mara? Komu chce się czekać? Pewno, że są i tacy.

A życie toczy się poza okładkami, chociaż i te są poprzeczne, czasami jak stół się chybocze? Kiedy to można podłożyć pod głowę miast poduszki, albo inne to zastosowanie odnaleźć…Czy takowe reperkusje brał pod wzgląd i w9y0gląd Gutenberg

Flora Tristan wiedziała i o tym, jak słuszną rzeczą jest pisanie. Kobieta zapomniana, pierwsza z emancypantek, by nie napisać tego obrzydliwego słowa na eF… Babka Eugène Henri Paul Gauguina, ale to za mało! I znów kobieta znana, czy też trafniej nazwać opisana (sic!) przez losy mężczyzny, ale niesłusznie  zapomniana. Żyła ledwie lat czterdzieści i jeden, intensywnie, ostro. Niebezpiecznie, tak przynajmniej było to odebrane, gdyż zdecydowała się przekroczyć konwenanse. Pół Peruwianka, wywodząca się ze szlachty, i to nie byle jakiej! Jakże ważną personą była⇒(by),ale że w związku z narodowością księdza ślub ich rodziców był nieważny, to w świetle i istocie prawa tamtego czasu Flora była,  e[c]hem,e[c]hem bękartem, i jako dziecko z nieprawego choć pewnie wygodnego, łoża, nie miała praw do spadku po ojcu, zamożnym i możnym, i jako się napisało, zmarłym. A w tym czasie, dzieci należały do ojca niezależnie w jaki sposób poczęte.  Nici z zabezpieczenia zatem. I nie była to nić Ariadny. Wychowywana przez matkę,a nadmienić tylko,  żyły w niedostatku.

Pracowała, bo wysyłanie, czy zsyłanie dzieci na zarobek nie było rzeczą, ani nową, ani haniebną,  jako pomocnica grawera, musiała odpierać zalety swojego pryncypała, nachalnego, nieokrzesanego, i wytrwałego w natarczywościach, a że kropla krąży i drąży skałę, tak…  Los podsuwa propozycję (matrymonialną) nie do odrzucenia. Małżeństwo, nie tak jak w bajkach, żyli w przemocy, której dopuszczał się mąż wobec żony, i to we wszelkich jej rodzajach, żyli krótko i nad wyraz nieszczęśliwie, przynajmniej Małżonka, młoda i niedoświadczona, bo w chwili przyrzeczenia przed Bogiem i plebanem miała wiosen zaledwie siedemnaście.

Flora będąc w ciąży, z Aliną (która zostanie matką wspomnianego malarza) więc dopiero trzecie dziecko nosząc pod serduchem. Zdecyduje się, odejść, a  w zasadzie (i w kwasie) uciec od męża. A pamiętajmy, że obowiązywał wówczas kodeks Napoleona, który nie był dla kobiet, używając eufemizmu,ani pomyślany, ani  pomyślny…

Ona to sprzedawała nici, to była guwernantką, by móc przeszyć od pierwszego do pierwszego nici związać, na jako taką kokardkę, albo chociaż zupeł (nie gordyjski, a sprawa to była gardłowa: przeżyć) od krewnych ojca zażąda spadku, aby tego jednak dokonać, i by cień szansy zachować na powodzenie (ale nie chodzi tu o wodę) przedsięwzięcia musiała się przemieszczać, tj. podróżować, zostawić dzieci u opłacanej z własnej kieszeni niani, podróżować, co nie było zgodne  wraz z mężczyznami. Po pierwsze pielgrzymować przez wielką wodę do Peru, statkiem, na kraniec świata i możliwości swoich. Zyskuje sympatię i tyle tylko, no może poza mizerną ręciną, wraca do Francji, i wtedy to mąż zaczyna ją prześladować (łasy na spadek, który przecież zapewne zyskała, bo inaczej być nie może) i tu kończy się  moja przydługa introdukcja, a opisanie losów Fory Tristan urywa, no może warto wspomnieć, bo takowa była intencja, publikuje w tym czasie: Wędrówki pariaski, to jest przyczynek nie do mizernej popularności, ale do sławy, bo język, którym się posługuje jest niezwykle sugestywny, a temat nie poruszany, wpisany weń jest gen egzotyki, a i wspomnienia jest z czego czerpać, to wszak wyprawa do Ultima Thule.Wiadomo, że peregrynacje nie tylko kształcą, przynajmniej niektórych (co już ustaliliśmy).

Iwaszkiewicz, nasz rodzimy pisarz,Jarosławem zwanym jeśli wierzyć córce, Marii, twierdził, że to, co uruchamia talent i apetyt na pisanie,a wręcz czyni tę czynność możliwym są właśnie podróże, a więc życie, ruch, kalejdoskopem zdarzeń zabawa. Warunek sine qua non. Ruch więc poza ciążenia czcionką, która cień bywa, że rzuca długi…

Co do tego, jak i do szkolnej wiedzy, i jej weryfikacji warto wspomnieć li tylko nadmienić,musnąć skoro nie tak dawno wspominaliśmy średniowiecze) sytuację kobiety w  owych czasach, ale bez lubowania się w esejach i elaboratach i innych taboretach.

Nie zasilały one ław w aulach uniwersyteckich, a słowo studentka przez wieki oznaczało li tylko we swej istocie, towarzyszkę (łoża) studenta. Nieliczne z nich brały udział w życiu na dworach. Chociaż wychwalanie chanson de geste  bardziej zniekształca obraz ówczesnych kobiet. Uwięzili kobiety w ideałach piękności i westchnień — i to dawno, dawno, tylko narzędzia się zmieniały, mieniły i kształty przeobrażały. —  Pozbywając tym samym samodzielności (myślenia i działania). Bogucka przyrównuje stosunek do kobiet i wychwalanie idei miłości dworskiej jako narzędzie, utrwalenia podrzędnego stosunku kobiet wobec mężczyzn.

Podczas gry, wędrowania, czy innych czynności, w czasownikach zamkniętych,  to mężczyźni, zdobywali, oswajali i opisywali światy i dziwy jako swoje, wybranki ich serc siedziały, czy to w metaforycznych, czy fizycznych wieżach, równo wysokich i trwałych.

Jakież to rażenie miały pieśni langwedockie, czy też prowansalskie, albo niemieckie, które roznosili truwerzy i trubadurzy! Tak oto kobieta, zdrowa (sic!), wysoce urodzona(sic!), mająca koneksje i majątek, stała się zakładniczką piętna i piękna. A zmuszona została do pudrowania performatywności gestów. Przy tym musiała być niedostępna, i wyzuta z żądzy, niemniej powabna i ułożona (na właściwym boku), godzić niezgodności i niedogodności. Takie oto były czasy, okraszone pieśniami i podaniami chociażby takimi jak  Tristan i Izolda, co bazowały na  przyswojeniu i przeobrażaniu mitów celtyckich, to one wszak stały się podwaliną opowieści, która przetrwała do naszych czasów. Oczywiście bywały wyjątki, od reguł ustalonych, ale tych, jak wiadomo niewiele. O jednym, i to nie całkowitym, już wspominałam, a i Eleonory nie omijały (eufemizmu znów używając) przykrości. Eleonora Akwitańska, pierwsze małżeństwo unieważniła zręcznie, ale drugie z Henryka II Plantageneta równie „szczęśliwe” przypłaciła więzieniem kilkunastoletnim, podczas gdy małżon[ek] dzięki jej koneksjom i bogactwom zdobywał wpływy… Ale to ona, uwolniona już od twardej ręki Normandczyka, nie tylko biegła w politycznych potyczkach rządziła będąc regentką Ryszarda III, to ona stworzyła osławiony (słusznie) w Poitiers, i to co warto zaznaczyć, na dworze tym na równych prawach uczestniczyły tak kobiety jak mężczyźni.

Tak więc w samym sercu mizoginistycznego średniowiecza wybuchło nagle, zupełnie niespodziewanie, niezwykłe uwielbienie dla kobiety. Było to jednak zjawisko bardzo ograniczone, zarówno socjalnie, jak i czasowo. Miłość dworska szerzyła się wyłącznie w elitarnych kręgach dworsko – możnowładczych; nie dotknęła nawet średniej szlachty, środowisk mieszczańskich, tym bardziej chłopskich. Tu, na ludowym poziomie społeczeństwa, stosunki między mężczyzną a kobietą układały się wedle tych samych co zawsze patriarchalnych wzorców, a ich celem była przede wszystkim prokreacja.

[Gorsza płeć, Kobieta w dziejach Europy od Atlantyku po wiek XXI,Maria Bogucka, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2006, s. 48-49].

Wędrując swobodnie poprzez czas i przestrzeń, bez paszportów, stref czasowy i torsji i innych przyjemności, mogę wspomnieć sytuację Claudel albo Orzeszkowej, albo o ustanowieniu święta ósmego marca, albo o Świętosławie kto/sia słyszał/a? Gdyby tak przegrzebać wydarzenia, wymieszać daty, przedtem odkurzone, kobiet zapominanych,  albo pamiętanych nie wedle intencji znajdujemy więcej, coraz to więcej, tyle, że wielokrotnie urodzenie, koneksje im pomagają,  a i to słabo, przejść do herstorii — a gdzie reszta, z ambicjami, talentami, marzeniami, predestynacjami… —Niechybnie zapomnianej. Każda osoba, chce mieć własne zdanie, ale nie każda podejmuje trud myślenia, jak rzed[k]ł, klasyk/

A ja myślę, że całe zło tego świata bierze się z myślenia. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu nie mających predyspozycji.

[Narrenturm, Andrzej Sapkowski, SuperNowa, Warszawa,2002].

O tych i o innych dziwach i dziejach nie uczą w szkole,  bo i szkoła nie na tym polegać ma. Tylko na biegłości w pomyślnych deklaracjach i definicjach. Ach, o bieganiu już było, i będzie. Niebawem. A o czytaniu? Czy tam, czy tu, zapewne w treści spisie, do którego lektury (i właściwych od[noś]ni[c]k_ów zapraszam wytrwale. Aaaaaahoj!

4 myśli na temat “[1+1].[2+1].[145+1].[175+1].[183+1] Flora i fiołki, albo (znów) o czytaniu.

  1. Też mam wrażenie, że wśród czytelników dostrzec można aurę snobizmu.
    I nie rozumiem czytelniczych wyzwań. Nie wiem czemu one służą. Prawdę mówiąc równo drażni mnie ubolewanie nad upadkiem czytelnictwa, jak też to usilne nakręcanie czytelniczych postaw. Być może z racji wieku, a być może dlatego, że książka, odkąd tylko nauczyłam się czytać, była mi zawsze najmilszą towarzyszką, czuję, że stoję nieco z boku, poza głównym modowo-książkowym nurtem, choć bywa, że czasem daję się ponieść entuzjastycznym reakcjom.
    Ale życie jest krótkie, czas ograniczony… przestałam mieć dylematy, że zamiast czegoś powinnam coś innego.
    No i wreszcie wiem dlaczego moje pisanie nigdy nie wyszło poza sferę miłego hobby – choć umiejętności nie brak i styl dobry, ale nie lubię podróżować;-)

    PS. O Ziemiomorzu myślę (gdy nie myślę o remoncie;-)) i zbieram się do zabrania głosu pod Twoim ostatnim artykułem na ten temat, tylko po pierwsze: trudno mi się teraz skupić; a po drugie: drażni mnie, że większość moich wrażeń jest podobna do Twoich, w związku z czym czuję się zupełnie nieodkrywcza i znów zostaje mi tylko potakiwanie;-)

    1. Zastanawiałam się czy żyjesz, ale chyba jednak tak. Dzień dobry bardzo.
      Oj, tak, tak, i jeszcze raz tak. (Teraz ja potakuję).

      Mam takie samo odczucie poczucie wzmożone marketingową otoczką, i to samozadowolenie, wypływające z tego, że należymy do elyty, bo czytamy. Ale raz, nie wszyscy, dwa: bardzo wiele osób podnieca się modą na czytanie, tylko, że jakość nie idzie z jakością, tak książek, jak i sosobu czytania, zapamiętania i obcowania z książką. Oczywiście, nie zawsze, ale (jeśli nie bardzo często, to coraz częściej). Mówi się o poziomie czytelnictwa, ale nie inwestuje się w biblioteki, nie inwestuje się w kompetencje pań i panów tam pracujących, a jeśli już (bo zdarzają się i takie inicjatywy, to rzadko), i dokooptowuje vat, książki, te uznawane przeze mnie za wartościowe, bardzo często są (bardzo) drogie, owszem są promocje, ale mój gust bardzo często nie jest z pozycjami, które są takowymi obięte, zbieżny.
      Może (i tu stawiam pytanie) bycie poza głównym nurtem książkowym, może taką cenę płaci się za obycie na rynku, owszem udaje mi się czasami nabrać na coś, ale dzięki Losowi, coraz to rzadziej. Jeśli zdarza mi się kupować książki to coraz to bardziej wybrednie (poza kryterium ponad trzy razy, jeśli wiem, że sięgnę po daną pozycję więcej niż trzy razy) to jeszcze cena gra nie bagatelną rolę.A więc mając do wyboru coś innego albo książkę, wybieram to pierwsze. W tym roku w księgarni byłam parę razy i finalnie raz kupiłam coś na prezent.
      Poziom wydawanych książek też się obniżył, i nie chodzi o to, by czytać tylko literaturę wysoką. Tak jak pisała pod którymś z artykułów Recenzentka w każdym rodzaju literatury osiągnąć mistrzostwo, niezależnie od gatunku.

      Jeszcze nasunął mi się jeden wniosek, jak i kiedy obserwuje to co teraz wokół czytania i z nim samym się dzieje, to odnoszę nieodparte wrażenie, że chodzi o to by (jak najwięcej, i w jak najkrótszym czasie) czytać, a nie, by prowadzić dialog z tekstem, czasami to się zdarza z edytorem tekstu, ale to nie to samo.
      Co do podróży można uprawiać te wewnętrzne również/ a może bardziej? Owocne? A wydaje mi się, że takie właśnie są Twoim udziałem? Choć o przemieszczaniu się fizycznym nie wiem nic, jeśli chodzi o Twoje ulubione kierunki.
      Nie wiem dlaczego sądzisz, że Twoje pisanie nie wyszło poza hobby? A chciałabyś by tak się stało?
      PS. Bardzo chętnie przeczytam co masz do powiedzenia o Ziemiomorzu! Oj tam, oj tam, może Tobie się wydaje, że się powtórzysz. A tak naprawdę uważam, że poza wyjątkami gdzie się działa z intencją skopiowania tekstu (więc nie o tym przypadku mówimy, i nigdy nie sądziłam, nie przyszło mi to do głowy, że tak robisz- piszę uprzedzając ewentualnie) to jestem zdania, że nie ma czegoś takiego jak powtórzenie, czy wręcz potakiwanie bo:
      po pierwsze można wzmocnić czyjś głos (co samo w sobie też jest wartością)
      po wtóre z takiej wymiany zdań może zrodzić się zupełnie dalszy ciąg. Lubię rozmowy z Tobą, są wnoszące i/ również z tego względu, że treściwe.
      Piszę o książkach tutaj właśnie dlatego, by podać je dalej, i by o nich dyskutować.
      Z fantasy, gdzie nastąpił niemożebny wzrost humbugów, planuje cztery wpisy, ale to nie teraz. I nie zaraz.
      Po trzecie dyskusja jest ciekawa jeśli (a w to nie wątpię) prowadzi się ją z zaangażowaniem.
      Po czwarte: Ty masz Ziemiomorze na świeżo, ja czytałam na raty [1-5] plus opowiadania.
      Po piąte Ty czytałaś, a ja słuchałam, myślę,ze to może mieć znaczenie. Chociaż może się mylę.
      Czekam zatem.
      Zdradzisz co remontujesz?

  2. Sypialnię odnawiamy. I idzie nam to jak krew z nosa, ale tak to jest, gdy się robi głównie po pracy i tylko w weekendy można nadgonić. Najtrudniejsze rzeczy mamy już za sobą i nawet już trzecią noc śpimy na nowym miejscu:-) Ale zostało jeszcze sporo popierdułek do dopieszczenia, parę otworów do zrobienia, trochę podmalowań, drzwi… Jednym słowem – jeszcze nam to trochę zajmie. A potem trzeba będzie ogarnąć resztę przestrzeni w domu, bo przez sypialnię wszystkie inne tematy leżą i kwiczą (żeby nie powiedzieć, że się zastraszająco zasyfiają).

    Taaaa, jako nastolatka chciałam napisac ksiażkę. Nawet zaopatrzyłam się w papier (bo nie było wówczas komputerów), ale mnie to przerosło. Może powinnam była zacząć od opowiadania?;-). Potem chciałam być dziennikarką… ale u mnie z wieloma chciejstwami tak się dzieje, że się rozchodzą po kościach. Może za mało chcę? Albo nie naprawdę? Także piszę tylko hobbystycznie na blogu. Dobrze, że społeczeństwo wymyśliło coś takiego jak blogi:-) I dzięki temu widzę, że jest nas więcej takich niespełnionych literacko. Dla niektórych nawet blog staje się trampoliną do spełnienia. Podziwiam.

    I wdzięczna też jestem, że społeczeństwo wymyśliło biblioteki:-). Naprawdę w naszej bibliotece sporo ciekawych rzeczy można znaleźć, może nie od razu nowości, ale kto powiedziął, że „starości” nie są warte przeczytania? Są i to jeszcze jak:-). A jeśli książka domowa, to tylko taka naj, naj. Mam kilka takich, a resztę (choć przecież i tak nie mam ich wiele) z powodzeniem mogłabym oddać do biblioteki. Już nawet się raz do tego zbierałam, tylko gdy tak zaczęłam przeczesywać tytuły, to okazało się, że z żadnym nie potrafię się rozstać… (Bo mnie w ogóle trudno się rozstać, gdy się do czegoś przyzwyczaję…).

    1. Nic mi nie mów o zaległościach (ale pisać możesz :-)) tydzień z okładem, a to bardziej dwa, wszystko mi się skomplikowało, skomplikowało wcześniej, potem przeziębienie plus dentysta, i takie tam.
      Najbardziej lubiłam zeszyty w kratkę. Grube osiedziesięciostronicowe, albo sto. Ze słonecznikiem, albo takie brązowe z napisem: „brulion”. Najlepiej z marginesami, ech. A jeśli chodzi o pisanie…
      Biblioteki to doprawdy dobry wynalazek, lecz nietratwy, nietrwały (patrz biblioteka Aleksandryjska). :-). Chodzi o to, by inwestować w sposób mądry w umiejętności ludzi pracujących w bibliotekach… :-).

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s