252. Wyimki, przyimki i inne przy…Widzenia (?) Senne mary. Czary mary.

[ Ka një mot, Elina Duni Quartet, ECM, wrzesień, 2012,, źródło nagrania, o albumie przeczytasz tutaj].

Mężczyzn trzech.

Aż dziw bierze, że choć tacy znani, to jednak — w powszechnej świadomości — ulepieni z mitów, nie, nie ze stereotypów, ale z mitów* Nic dziwnego przecież sami tworzyli swoją legendę (tyle, że nie ma do niej mapy) i pieczołowicie dbali o to, by w taki właśnie sposób zapisać się w Hist[e]orii. Ależ im się udało! Pierwszy z nich miał uwolnić siły, wedle których działa człowiek. Drugi, zaludnił ulice Anglii swoimi bohaterami, trzeci był mitem.  I zasnął będąc mitem. Uwięził czas. Zastygł. No, i stworzył logo lizaków Chupa Chups. Oto wyimki z bio i grafii. Figury geo i me tryczne.

Pierwszy z nich: niespełniony lekarz od wzroku.

szykanowany w dzieciństwie, ze względu na pochodzenie i niski status ekonomiczny. Eksperymentujący z narkotykami (co wtedy, w środowisku zawodowym nie było wyjątkiem) i od nich uzależniony, gdyby poszedł pierwszą, majaczącą w oddali ścieżką,byłby bardzo dobrym okulistą. Wżenił się w bogaty ród. Gdy się przyjrzymy bardziej dokładnie temu co i jak robił, nie tylko był tyranem, ale w dłużej perspektywie uprzedmiotawiał kobiety, a na pewno nie chciał ich niezależności. Bez wątpienia były mu potrzebne, tak jak ich kontrolowana emancypacja (cóż za piękny oksymoron!) a gdy przestawały takimi być, odrzucał je, podrzucał, pozbywał się ich… i w gruncie rzeczy, czuł się zagrożony, ale tylko w ich otoczeniu mogła jaśnieć jego gwiazda, przykładem może być relacja z Heleną Deutsch.

Kobieca seksualność, w jego nienaukowej wizji, choć traktowanej jakoby taką była to obraz wybrakowanej/ deficytowej seksualności męskiej. Największym zarzutem wobec wysnutych przez Freuda,   koncepcji jest m.in. to, że nie można ich ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, i że nie są one naukowe, choć w taki sposób traktowane, ale porzućmy dywagacje i zarzuty wobec jego drogi naukowej. 

Pisząc, że nie walczył o prawa kobiet nie odkrywamy Ameryki, ani innego kontynentu (a szkoda, wszak przydała by się jakaś nówka sztuka wyspa nie bezludna, nie tylko na zbliżający się sezon wakacyjny). 

W jego rodzinnym domu panowały feudalne, patriarchalne stosunki, ani jedna z trzech córek, nie poszła na studia, a były uzdolnione, choć ojciec nie chciał tego dostrzec. Żona,która pisała do niego piękne listy,  nie tyle była piastunką domu rodzinnego, ile jej inicjatywa była ciągle tłamszona przez męża. Więcej można przeczytać, chociażby w książce pt. Nieznany ląd. Freud i kobiety.Lektura łatwa, prosta i przyjemna, w sam raz na kończący się upałami i burzami czerwiec. Nie chcąc zepsuć lektury i poszukiwań, zamilknę. Rzucając zdanie zachęty. (W bonusie mogę dorzucić wielokropek)… O Freudzie powstało wiele książek, czcionka nie raz próbowała się pochylić, to zetrzeć. Niemniej, jego życie prywatne całkiem dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Daleka jestem od tego by odbierać i upubliczniać wszystko…

[Kroke, Rusian Sher, źródło nagrania].

Drugi z nich. Show must go on, czyli mężczyzna w kamizelce.

Wychowywał się w rodzinie dysfunkcyjnej, takiej, w której zarządzanie budżetem domowym (i każdym innym) było pojęciem jak z kosmosu. Ba, dość powiedzieć, a w tych okolicznościach przyrody: napisać, że wraz z ojcem widział świat w kratkę, bo zamknęli obydwu za długi, to znaczy, ojca przyskrzynili, a młody, dwunastoletni syn mu towarzyszył w niedoli. W tamtych czasach,  to nic nowego, ani nietypowego. Wszak badania nad pojęciem dzieciństwa zaczęły się dopiero od roku 1900. Wcześniej stwierdzono, że człowiek mały, to taki dorosły w miniaturze.

Gdyby dzisiaj żył, z pewnością byłby youtuberem, menadżerem, chociaż, nie wiem, czy nie było by to dla niego za mało, za płytko. Pewnie tak, skoro był (co zarzucała mu najstarsza córka uzależniony od swej publiczności). Jako dziecko musiał porzucić naukę.Pracował fizycznie w fabryce obuwia… Senior rodu, nie radził sobie z życiem, podobnie jak matka. Był podróżnikiem,a co! (Skoro Gałczyński mógł fantazjować o swoim ojcu…) Wszak zwiedzał gospody w celu degustacji trunków— i w międzyczasie, popisywał się dzieckiem, zdolniachą. A raczej, tym,że mały potrafił zapamiętywać i deklamować.

Chciał wżenić się w rodzinę bankierów (pomysł nie nowy, patrz wyżej) ale dostał kosza, przyszły teść nie godził się na ów ślub. Sytuacja się powtórzy, ale: Karol, człowiek który zostanie pisarzem, wyciąga wnioski i uczy się na wielbłądach, wielkich i małych. Przynajmniej tak wygląda. Żył w czasach, gdy pisarz mógł zrobić karierę, pisarz, nie pisarka, ale to pieść przyszłości. Pięść dlatego, że z jego zawodem i pochodzeniem (syn służby, ojciec bez stałego źródła utrzymania) bliżej mu było do bijatyk i pijatyk ulicznych niż do snucia pieśni. Porzucił prace dorywcze zajął się dziennikarską,(zatrudnił go (na razie) przyszły (a potem były) teść). W tym czasie Karol  zaczął nosić kamizelki, tak ubierał się fikuśnie. Wszędzie go było pełno, gestykulował wiele, nie wiedział gdzie położyć ręce (co mu się i w przyszłości będzie zdarzało) i oczy (i nie chodzi to o wadę, bynajmniej, nie wzroku).  Zakochał się od pierwszego wejrzenia (sic!) ze wzajemnością, i świata poza Catherine nie widział. Nie widział też… prze i szkód. A szkoda miała stać się wielka. (No…Ale, nie tylko Polak mądry po szkodzie). Przeszkody: przecież i takowe były, powracająca melodia ze zdartej płyty pt. nie zgadzamy się na to małżeństwo.  Wykonanie na głos męski i żeński, ale wytrwał, wytrwał. Pisali do siebie listy, płomienne, podobnież erudycyjne, szczególnie jeśli chodzi o wybrankę . Przyszłą żonę. Jak to się mówi — do dwóch razy sz[t]uka. Sztuka życia im nie wyszła, albo raczej bokiem. Choć to on skakał to na lewo to na prawo, ale nie uprzedzajmy przyimków, wyimków znaczy, wy imków? Inków. In ów? Wypadków Uff…

Pobrali się i żyli, jak to w bajkach bywa, krótko i nieszczęśliwie. To znaczy ona taki żywot prowadziła. A warto i o niej wspomnieć. Kobieta posiadająca imię, nazwisko, pochodząca z inteligenckiej rodziny, zaradna, oczytana, błyskotliwa. I śmiertelnie zakochana. [Znacie zapewne przebój na wesołą nutę, zaraz zaraz….(i nie chodzi o bakcyl, chociaż…, jak to leciało?) Miłość ci wszystko wypatrzy?,Miłość ci wszystko wypaczy? Aaaa Miłość ci wszystko wybaczy!]. Kochali się, to nie ulega wątp!liw[ości].  To ona organizowała mu wszystko od posiłków po spotkania literackie, te i inne owe, spotkania biznesowe, to ona była jego muzą. Z tym, że bardzo krótko, póki nie porzucił jej dla kochanki (gdy miał wypadek kolejowy z  młodszą od siebie kobietą,aktorką: Nelly Ternan, której ciało uległo poważnym uszkodzeniom, zabronił jej wychodzić z przedziału, bo co by się stało gdyby, Opinia Publiczna, dla której już stał się Bogiem, i to pielęgnował pieczołowicie, domyślała się, z kim,i dlaczego podróżuje? — No, ale nie uprzedzajmy wypadków (sic!)).

Catharine. To ona na łożu śmierci, przekaże córce, która ją opuściła listy (córka została z ojcem,bo Karol zachowywał się w sposób mściwy i oskarżył ją, wyrzucił z domu i pozbawił pozycji i dobrego imienia zabierając dzieci, a wcześniej szykanował ją, ubliżając z powodu tuszy, głupoty (którą miała przekazać dzieciom)  listy. Te, które miały być przekazane do British Museum, i te, które miały być świadectwem niegasnącego uczucia. Kto dziś pamięta o Catherine Dickens? O Catherine Dickens  z domu Hogarth? Czy wiemy, że wydała (pod pseudonimem oczywiście) książkę kucharską, której nakład rozszedł się jak buty w sklepie obuwniczym, albo: jak ciepłe bułeczki (to określenie, chyba pasuje lepiej) ? Wiemy, że była dwadzieścia razy w ciąży. W ciągu lat szesnastu urodziła dziesięcioro dzieci, doświadczyła też śmierci kilkuletniej już córeczki.

Częste zachodzenie w ciąże potem wyrzucał jej Charles (winiąc j e j  g e n y). Niesłusznie zresztą. Biorąc pod wzgląd wysoką umieralność noworodków i standardy, a raczej wymagania epoki wobec kobiet, posiadanie licznego potomstwa, nie było wyjątkiem, a i udziałem tak Catharine jak i Charlesa, sami pochodzili z wielodzietnych rodzin. Gdy urodziła pierworodnego, który odziedziczył po ojcu imię, miała pierwsze objawy (jakbyśmy to dzisiaj określiły i określili) depresji po porodowej, co zauważyła młodsza siostra Cathy, która przybyła do ich domu mając za zadanie udzielenie pomocy przy wychowywaniu dziecka.

Mąż pisał. Zaciekle, Klub Pickwicka, który napisał w czasie dni miodowych małżeństwa. Osiągnął wielki sukces. Pierwszy. Jak wiemy, nie ostatni. Gdy niespodziewanie Mary zmarła (atak serca, choć podawane są też inne przyczyny) najwięcej żałobę przeżył… Charles, który do końca życia w sakiewce nosił pukiel jej włosów,  wziął sobie  go  na wieczną pamiątkę. Potem, zamieszkała z nimi druga siostra żony: Catherine Georgina. No i można było by dalej wędrować, teraz nie po pubach, ale odkrywając dzieje życia Catharine i Charlesa. Osoba zajmująca się literaturą mogła by powiedzieć śmiało, że życie Dickensa było fascynujące. Inna rzecz, i to rzecz wątpliwa, czy dla kobiet, którymi się skwapliwie otaczał, w tym dla byłej żony, którą wygnał z domu, także… Był uważany za moralny autorytet, co przełknął bez popijania wodą (nie ważne, czy pisaną przez o, czy przez ó),ale z zauważalnym apetytem i za_chwytem. Dzieła pisarza, jak to  bywało w tamtej epoce, czytano zbierając się w pokoikach, salonach, dworach. Mówi się, że dzięki temu Anglia szybko pozbyła się analfabetyzmu, mówi się też, że pogrzeb pisarza, można bez mała przyrównać, do tego co działo się jedenaście lat temu, gdy świat obiegła wiadomość o śmierci papieża Jana Pawła II. Charles, to człowiek, który potrafił porwać tłumy (i nie chodzi o strzępki), wiedział jak to się robi,chciał i robił to sukcesywnie.Po raz wtóry życie rozmija się z wizerunkiem, która wiecznie trwa…

 Trzeci: Mężczyzna z odDali…

Tylko  patrząc na niego, z tej perspektywy można go (po)lubić. Wielbiciel Marksa, Freuda, i Picassa, z dwoma ostatnimi się zetknął. Tworzył własną energię legendę, mitoman piroman, ojciec surrealizmu śnienia istnienia. Człowiek, który kryje codzienność i wrażliwość po kieszeniach surdutów, których (z resztą) i bez reszty nie nosił. Prędzej zakładał dzwoneczek na ulicy, by ktoś mijając go patrzył nań. Na wykładach potrafił z towarzyszącymi mu psami, w stroju nurka, i innymi atrybutami się pojawił. Cóż. Zwyczajny strój. Nieco utrudnił mu oddychanie, by się udusił, ale cóż, prawdziwa sztuka poświęceń się nie boi! Ale czy przeżywa. Tak żywa też. I trzeźwa. No, Dali też wymagał otrzeźwienia. Tlen, siostro tlen! (Aaa to nie ta melodia) Czy to przestawienie, przedstawienie, czy zamierzone posunięcie. Nie wiadomo. Konserwa konserwatyzmu, ekstrakt sławy: Salvador z bliska, choć nadal Dali (diabli nadali) Salvador który chciał być: (chronologicznie) kucharzem, Napoleonem III, Salvadorem Dalim. Mówił o sobie w trzeciej osobie. Zawsze. Wszędzie. Egocentryk, megaloman,erudyta… Nie pomagały mu w życiu wady, które przemieniał w zalety, ale za to można było go wyrzucić dwukrotnie ze studiów. Buntownik z wyboru, więziony za poglądy polityczne.Z czego był dumny niezmiernie. Fircyk, elegancik (w swoim pojęciu oczywiście). Salvador i… Helena Diakonova, żona poety Paula Éluarda, i kochanka wielu innych, i żona osDalego, na co wskazuje jej nazwisko.

Na szczęście, po pierwszym spotkaniu z Galą, nie podszedł (jak zamierzał) do niej ubrany oryginalnie wymazany łajnem kozła z wygolonymi do krwi pachami. Cóż… To zaniechanie i jego prace pozwalały na spotkanie się w pół drogi. To Gala stworzyła marketingowo Dalego. To dzięki jej zabiegom nie tyle przetrwał, co ona właśnie go stworzyła. Miała świadomość, że na jego wizerunku można zarobić, i to nie mało. A vida Dolar, to tak nazywali go przyjaciele. Słusznie. Zaprzysiągł sobie, że nigdy, przenigdy nie umrze w nędzy. Tak o Gali (w przeciwieńswie do pozostałych dwóch bohaterów) mówiło się wiele, chociaż tylko komentując to, w jaki sposób  żyli (w bardzo otwartych związkach. Zawiązkach. Geometriach).

[Tamara, Simple Acoustic Trio, Marcin Wasilewski, z albumu Habanera, źródło nagrania].

O żonach, partnerkach, towarzyszkach, pisarzy, artystów, mówi się niewiele, no chyba, że są kochankami…Pozostają w cieniu. Nierzadko na wieczność, i na nieoddanie. A przecież, gdy przyjrzymy się bliżej, i bardziej dokładnie, to one stwarzają ikonę. Oczywiście nie tylko. Ale w znaczniej mierze. Zarówno dla Freuda jak i Dickensa małżeństwo stanowiło awans społeczny. Nie, nie o tym zamierzałam pisać. Nie Wiedzieć czemu wyimki z biografii Dalego, Dickensa i Freuda kojarzą mi się z Tratwą Meduzy, o historii obrazu już pisałam. Gdy poznamy jego historię, przestaje być piękny, a zaczyna budzić przerażenie.  I pozostaje pytanie: dokąd doprowadza nas wiedza? Jakie [nie]możliwości daje? A co odbiera?

Refleksja druga. Pragnienie sławy. Nie przemija nigdy. Trwa wiecznie.

Refleksja trzecia: kobiet historia, nadal trwa niepoznana.

Można się bawić w wyłuskiwanie wniosków, na przykładzie wyimków, skojarzeń i przykładów. A jakie są Wasze?


*mit, może być pozytywny, stereotyp zawsze jest negatywny.

*piszę ułomne, by podkreślić bardzo negatywny stosunek Freuda do osób, których doświadczeniem jest również niepełnosprawność intelektualna, jest to bardzo negatywne i krzywdzące określenie.

*oczywiście tekst, można by było zilustrować przykładami innymi, ale skoro już się napisał (jakby to określił Dali)…

Od (niś) ni[c]k  skrócony do tekstu: http://wp.me/p59KuC-Lo

Inne postaci męskie, które mogą Cię zainteresować, opisane/ wspomniane  na blogu, to:

Introwertyk i domator Bolesław Prus.

Prawnicy, którzy naukowo analizowali baśnie, a potem, zaczęli je zbierać, nie pisać: Bracia Grimm.

Syn urzędnika galicyjskiego, który wymyślił szatana.

Malarz wizji strasznych, o którym nie wiadomo nic (prawie nic). Hironimus Bosch.

Wspomnienie Stanisława Barańczaka.

  Życie to wędrowanie, czyli Marek Grechuta i jego motorek.

Zielone zeszyty Marcela (Prousta).

Tragiczny los wynalazcy, czyli skąd się wziął saksofon?

Mieszkaniec ulicy Brackiej. Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Reklamy

[247+1][212+2].[IKD3]. Internetowy Klub Dyskusyjny[IKD3]. Przestawienie, przedstawienie: O Stanisławie Lemie.

1.

Scena z filmu.

Śpiew ptaków. Dom oddycha winoroślą. Stanisław mówi o śmierci.

.3

W pewnym momencie przestał pisać, ponieważ stwierdził, że świat przekroczył granice… Absurdu. Uważał, że każda osoba ma prawo zmienić zawód, chociażby dla innych decyzja była by przyczyną zawod, albo zawodzenia.

5.

Kraków miasto słów i azylu. Lwów, miasto fatamorgana, wyludniona blizna.


O Stanisławie Lemie można wiele, można dużo, można. Nie trzeba. Samo się składa. Człowiek składa się z wody, z pamięci, z języka.


Spotkanie ze Stanisławem Lemem. Pierwsze.

[Opowieści o Pilocie Prixie, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa, 2008, źródło zdjęcia].
[Opowieści o Pilocie Prixie, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa, 2008, źródło zdjęcia].

W czerwcowym Internetowym Klubie Dyskusyjnym proponuję Stanisława Lema: Opowieści o pilocie Pirxie. start dyskusji 15 czerwca 2016 roku.

[231+1]. Misternie [u]tkane nostalgią. (Już nie) Młody Człowiek i [Ziemio]mo(r)że. /O kręgach na wodzie/ (2)

Jeśli nie Czytałaś/ Czytałeś pierwszej część recenzji to zapraszam:wystarczy kliknąć.

Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie-
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła.

[Pieśń o stworzeniu Ea, cykl Ziemiomorze, Ursula K Le Guin,  Pruszyński i S-ka, Warszawa 2015].

[muzyka z filmu pt. Pina, źródło nagrania] Ot, takie skojarzenie. Taniec jako uwolnienie pierwotnej energii…

Jeśli nie pamiętasz, albo nie miałeś/ miałaś okazji przeczytać wpisu nr 231,albo nie pamiętasz go, to zanim omieciesz wzrokiem i uchem (wewnętrznym) potok czarnych pikseli składających się na zdań szyk, zajrzyj i przeczytaj. Jak można się domyślić, a dzięki znakowaniu [231+1]… (2) mieć pewność, ten wpis odnosi się do/ stanowi ciąg dalszy wpisu nr 231.

Bardzo cieszy mnie fakt, że  wydawnictwo Pruszyński i S-ka zdecydowało się przypomnieć twórczość Ursuli K  Le Guin, w całkowicie nowej odsłonie, tak zbierając wszystkie tomy sagi (1-6) w jednej książce księdze, audiobooku, czy jego elektronicznym odpowiedniku. Dzięki temu mamy całkowitą dowolność w sięganiu po tę formę, która nam najbardziej odpowiada, czy stosownie do okoliczności. Aaaale przechodząc — wolnym krokiem— do treści… Ile się w tym wpisie zmieści.

To, że Le Guin pisała sagę przez ponad trzy dekady z jednej strony pozwoliło jej na uchwycenie zmian społecznych i namysłu nad tymi, co dla niektórych jest argumentem krytyki wysuwanej pod adresem autorki, z drugiej zaś, mamy w ręku (albo uszach: jeśli chodzi o książkę mówioną) dzieło niesamowite. Niechybnie pod pretekstem snucia baśni mamy studium stosunków społecznych. W tej opowieści tak jak już wcześniej pisałam,  nie jest najważniejsza akcja, potyczki, czy batalistyczne fantasmagorie. Mamy sporą dawkę antropologii,  dyskusji o feminizmie, statusie kobiet, i mężczyzn, studium władzy, dostępie do niej,  rodzajów  tak władzy jak i wiedzy (np tej dotyczącej ziemi, albo tej, którą posiadają magowie, Jest tu wiele odwołań tak do pradawnych rytuałów jak i do pradawnej mocy natury), ale także podjęcie niepopularnych rozważań  o celowości zachowania celibatu, i oczywiście o miłości, czy sztuce dokonywania wyborów, konstruowania praw, dyskryminacji etc. Niebagatelny wachlarz tematów i to, misternie utkanych medytacyjnymi zdaniami. Nie dziwi więc fakt przyjęcia takiego właśnie sposobu narracji.

Nie od dzisiaj powieści fantasy konstytuowane są przez badaczki i badaczy, niezależnie czy będzie to konserwatywna w swoim wydźwięku Trylogia Tolkiena, czy z drugiego kontinuum uniwersum Świata Dysku. Nawet realizm magiczny Mistrza i Małgorzaty  nie oprze się  ich szkiełku i oku.  Ale nie ma tu moralizatorstwa, może to po prostu — bez wielkich słów — piosenka o stosunkach społecznych, tylko tyle.

Dla mnie osobiście jest to bardzo ważna książka (pisząc książka, mam na myśli sześć tomów) z której treścią „powinny”* się zaznajomić osoby, dla których ważny jest rozwój osobisty, a nie są miłośniczkami fantasy (albo: jeszcze o tym nie wiedzą, ha!). To z jednej strony, i to tej dobrej. Osobiście nie przekonuje mnie argument o tym, że to przecież k l a s y k a  gatunku. Bo przecież Ursula K Le Guin stworzyła zręby gatunku, czy to się komuś podoba, czy nie, tak właśnie jest, ale nie jestem przekonana do tego by to kogoś zachęciło do sięgnięcia po tę właśnie książkę.

Mapa Ziemiomorza [źródło zdjęcia].
Mapa Ziemiomorza [źródło zdjęcia].

Jak często dajemy się uwieść fakturom słów, albo wartkiej akcji? Zbyt często, to co jedni podkreślają jako wadę, ja uważam, za zaletę, akcja toczy się leniwie i jest pretekstem do medytacji, albo dialogu z tekstem. Co z tego, że uraduję się batalistycznym teatrem i szczękiem oręża, jeśli po prostu będzie to zręczny chwyt (a jeśli marketingowy – to w szczególe). Z opowieści, którą sączy autorka można wyłuskać wiele, jeśli tylko interesujemy się socjologią i antropologią kulturową, tym bardziej. Tekst staje się dla nas tym bardziej atrakcyjny. Wszak nie zapominajmy, że czarownica to jest ta, która wie, a niewiasta nie wie nic. I nie jest to zwykły zabieg lingwistyczny, ale wiedza zaczerpnięta chociażby z wcześniej wymienionych dziedzin. Nie, nie znajdziemy wytłumaczenia tego, dlaczego tak właśnie jest, ale rozważania o naturze ludzkiej już tak, o naturze harmonii i równowadze, ale żeby to dostrzec, warto spojrzeć poza warstwę słowną, chociażby w rytm sączących się słów, sposobie narracji, czy dostrzeżeniu odbicia lustrzanego. Nie jest to więc efekt starzenia się lecz celowy zabieg, i jakże trafny. Rozbudowane sceny wojny, czy intryg niepotrzebnie by odciągały  moją uwagę, a jeśli odwoływać się do Lao Tzu, to (autorka tłumaczyła przecież jego dzieło) to właśnie w ten sposób. Nie oznacza, więc że nie ma tu smaczków językowych, tyle, że są one inaczej niż zwykle wyrażone. Osobom tłumaczącym także warto oddać chwałę (niezastąpiony Stanisław Barańczak, do tego Piotr W. Cholewa, Paulina Braiter). Zastanawia mnie tytuł dlaczego nie zostawić angielskiego odpowiednika? Może dlatego, że kojarzyłby się za bardzo z tolkienowskim uniwersum? Zostawiając to pytanie, warto docenić kunszt, zważywszy, że nie widać szwów, a dzieło pisane było przez przeszło trzydzieści lat, co wymusiło pracę w grupie, nie muszę przekonywać jak to wymagające.

Bohater/ka — warto zaznaczyć, że Le Guin po wydaniu trzech pierwszych tomów (które nie są  obszerne) zreflektowała się, że bardzo mało miejsca poświęciła w swej twórczości postaciom kobiecym, co zaowocowało następnymi trzema książkami, i dzięki temu mamy nie tyle dwoje bohaterów (Geda i Tenar), co możemy obserwować ich rozwój. Z drugiej strony można spojrzeć na kwestię inaczej, mianowicie tak, że naprawdę jedn-ą jedn-ego gdyż tylko razem (łącząc w sobie męską i kobiecą stronę napisałby Jung) tworzymy całość. Ukazane jest nie tylko dojrzewanie bohaterów, stosunki społeczne, aspiracje, sztuki: dokonywania wyborów, i pójścia własną [?] drogą — i konsekwencje tegoż ostatniego, ale tu, opisana jest także starość — to ważne, i jakże rzadkie, nakreślenie kontinuum życia ludzkiego od młodości do starości (włącznie). Co ważne, możemy zaobserwować tworzenie się pełni, i to na wielu poziomach, temu właśnie służą środki lingwistyczne, narracja,historie, perspektywy, dylematy…

[Ursula K LeGuin Opowieści z Ziemiomorza , Pruszyński i S-ka, Warszawa, 2015, czyta Andrzej Ferenc, źródło zdjęcia].
[Opowieści z Ziemiomorza, cykl: Ziemiomorze, tom 6, Ursula K Le Guin, Pruszyński i S-ka, Warszawa, 2015,tłumaczenie: Stanisław Barańczak, Piotr W. Cholewa, Paulina Braiter czyta Andrzej Ferenc, źródło zdjęcia].

Opowieści z Ziemiomorza — naprawdę nie tylko warto, ale jeśli już się zdecydujemy sięgnąć po Ziemiomorze, to po cały cykl włącznie z Opowieściami, znajomość ich pozawala celnie spojrzeć na całość, to tak jak znajomość idiomów danego języka. To cement, wiążący sagę. Wiele wyjaśnia, ale i domyka. Medytacyjny sposób prowadzenia myśli i tkania rzeczy oczywistości jest majstersztykiem. Nie jest to zwykłe nakreślenie legendy, Opowieści rzeczywiście trzeba czytać po pięcioksięgu, mając świeżo w pamięci bohaterki i bohaterów, o czym wspominałeś Kruku, albo zatrzymać się na trylogii. Wydanie  w jednym tomie, choć w druku nie jest to poręczne, jest strzałem w dwunastkę, albo w ósemkę*.  Zostawiając w tyle (zabawę w)liczę (b)w ni[c]ki czytanie w tej kolejności ma tę zaletę, że podążamy od ogółu, do szczegółu, tak jak oglądamy obrazy,dzieła sztuki, w muzeum. Możemy przyjrzeć się elementów znaczeniu poszczególnych. Mogłabym zakreślić zawartość czy Ziemiomorza, czy też Opowieści z Uniwersum, ale tak jak i wcześniej, teraz też tego nie zrobię. Wszak nie o to chodzi żeby napisać bryk, jeśli ktoś/ia jest zainteresowan-y/a to takich stron jest zapewne wiele.

Chyba najbardziej w fantasy lubię —obok warstwy językowej — odkrywanie zależności i znaczeń, odwołań, źródeł. Można pisać książki różne, jednakże gdy te z gatunku fantasy uznajemy za wartościowe, to do ich stworzenia potrzebne jest połączenie fantazji i erudycji. Jednakże sztuką jest stworzenie światów i zależności między nimi w taki sposób by niepotrzebnie nie żonglować trudnymi słowami, a porozrzucanie ich jakoby od niechcenia, albo nie natarczywego chcenia. Nie dlatego, by zachować (fałszywą) skromność, ale dlatego by książkę można było odczytywać na różnych poziomach, odklejając kolejne warstwy i/albo wielokrotnie. Tylko przyjemność pozostaje ta sama.

Gdy spotykam się z opiniami na temat Ziemiomorza, to różne osoby nadmieniają, że warto przeczytać po raz wtóry całą sagę, wtedy to odkrywa się to, co zostało przysłonięte za pierwszym razem. I tak, nie jest to novum, zwłaszcza jeśli naszą uwagę odciąga wykreowanie nowego (dla nas) Universum. Tak dzieje się z i z tą pozycją. A więc nie potrzebnie napisałam o doborze języka jego (medytacyjnej) melodii ? W moim odczuciu nie. Dlatego, że z jednej strony powieści fantasy, dla człowieka niezorientowanego, albo takiego, który dopiero zyskuje biegłość, są wielotomowe, co potęguje poczucie niezorientowania w gąszczu ksiąg tajemnych, która pierwsza, a która kolejna, a potem…? Od początku? 🙂 Można i tak, a ktoś/ia broni?

Bez mała można powiedzieć, a nawet napisać (!), że proza Le Guin należy do kanonu, i osoby, które uważają, że obcowanie z książką im nie groźne  Ziemiomorze bez wątpienia są im znane, a jak nie są? No cóż… Nie nie jestem apologetką twórczości Ursuli, niemniej mam takowe intuicje, że nie tylko jak mówiła Szymborska, że żyjemy krótszymi zdaniami, to na pewno** miała na myśli również to, że czytamy coraz mniej uważnie, a Ziemniomorze (nie mówiąc o innych utworach) są niedostatecznie znane.

Andrzej Ferenc jest lektorem wszystkich sześciu części, jednak zdumiewa, że saga nie zyskała  obszernej oprawy dźwiękowej, może jeśli trzymać się koncepcji jednego lektora, to może efekty dźwiękowe? W końcu przywiązuje się znaczenie i wydaje książki w postaci mówionej. W Polsce od lat wielu (na potrzeby osób z niepełnosprawnością wzroku, ale wtedy w o wiele uboższej oprawie, niestety, chociaż warto dodać, że obecnie dysponujemy nieporównywalnie lepszą techniką utrwalania dźwięku).

—-

* nie lubię słowa powinny, dlatego używam cudzysłowu.

** na pewno? Takiej pewności mieć nie mogę. Nie mogę i nie uzurpuję sobie takiego podejścia.

Skrócony (od)noś(ni[c]k) do tekstu: http://wp.me/p59KuC-QW

249.Instant? A może wszystko (w) płynie? Twierdzenie Ta, tam, tam, Talesa…a…A najpewniej o [w]laniu wody

Można by zacząć tak:

– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(…)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.

[Mistrz i Małgorzata, Michaił Afanasjewicz Bułhakow].

albo tak:

Szukam wieczystej wody,/żadnej krynicy nie minę:/nie ma takiego źródła,/gdzie bym swą zmyła winę…

[ Hymny, Jan Kasprowicz, Hymn Marii Egipcjanki],

O nie tak, tak to nie. Raz, dwa, trzy. Do trzech razy sztuka. Stuka sztuka, dwie sztuki, sztuka stuka, ech. I nie chodzi ani o wpływy na rachunek, i o równowagę płynów, tak popularną w średniowiecznych wizjach życia i choroby, chociaż ta wizja już bliższa jest prawdy

Chociaż Liczebniki mają znaczenie, dziś nie o nich. Jest różnica między tym, czy określimy coś  mianem pierwszej wody, czy dziesiątej  (wtedy to woda po kisielu — i nie chodzi o koligacje rodzinne kompozytora, i krytyka w jednej osobie). Poza tym deko- mają znaczenie –racje, czyli kon_teksty bo przecież: i potrafi wzburzyć się w szklance, i utopić kogoś można w jej łyżce. Nie, nie leje już jej więcej. Chociaż lepiej ją lać, niż w niej mącić. Mam nadzieję, chociaż niektórzy wołają (daremnie) by ją porzucić, że nie piszę na wodzie. Woda. Ha!2! Dwa ha, ha- ha, OoooO. Można lać ją na szable, chociaż z pustego i Salamandra nie naleje, jak mawiali starożytni Eskimosi, ale przyrzekać można, ba! To wszakże przyjaźni dowód. Może o liczebnikach i innych nickach nie będzie, ale o sztuce, a i owszem.

Oprócz kolońskiej (której przepis miał stworzyć Włoch Giovanni Paola de Feminis, to on około roku 1690 osiadł był w Kolonii, gdzie parał się produkcją wespół w zespół z krewnym Johannem Marią Fariną mikstury złożonej z olejków wonnych, balsamów, żywic, ambry, piżma, cybetu i alkoholowego roztworu) jest i woda: anielska, i gregoriańska, i [prze] święcona,i żywa (chociażby ta,  której poszukiwał Jasio, z ballady Jacka Kaczmarskiego) woda, i Woda Tofany, i woda zazdrości,  a i ta nad którą siadywał Mickiewicz (Nad wodą wielką i czystą). I tam gdzie raki zimują (skorupiaki jak wiadomo zamieszkują tylko nieskazitelnie czyste akweny).

[Głupi Jasio, Jacek Kaczmarski, źródło nagrania].

Niech treść tej notki nie spłynie niczym woda po gęsi, niech połechce niech ponęci… Letejska woda, może nie z kranu, ale cóż…Może i  cicha woda brzegi rwie!Nawet jeśli to brzegi kartki, a czcionka stworzy potop.  Jest wszakże i próba wody (tak gorącej i ciepłej, jeszcze nie bieżącej), i Końce w wodę można wsadzać, ale zanim będziem wiązać i rozwiązywać i gmatwać i gramatyzować, i dramatyzować, jak miała powiedzieć księżna Radziwiłłównapo smacznym kąsku  i wody napić się nie wadzi! Ale nie będziem mówić tu ani o kochankach, ani o wodnicach, czyli stworach,które miały (wedle wierzeń ludowych)zamieszkiwać obszary Europy. Zaludniać? Zaduszniać? Zamieszkiwać miały zarówno jeziora jak i bagna, stawy i rzeki, to postać większa niźli uwieczniona przez Wieszcza Adama Rusałka! Czasami utożsamiane z duszami pokutującymi, duszami odmieńców, wisielców, samobójców, dusz pokutujących, niebezpiecznych dla żywych przed nastaniem nocy 24 czerwca.  Anton Dworak podjął temat wierzeń ludowych (w 1896 roku tworząc poemat symfoniczny,  pt. Wodnik). Odwołanie się do tego żywiołu, i jego znaczenia w sztuce i filozofii nie jest niczym nowym. Eric Zener uczynił właśnie z tego płynu temat przewodni swojej twórczości. Igor Mitoraj bardzo lubił deszcz, a swoje rzeźby najchętniej wystawiałby pod wodą.

[Bo wcale nie trawa, Anna Maria Jopek,  Nienasycenie,Universal Music Group, 2002, źródło nagrania].

Tsunami_by_hokusai_19th_century
[Hokusai Katsushika – Wielka fala w Kanagawa (1829-1832), źródło zdjęcia].

Potop(y) uwieczniali na swoich płótnach między innymi: Michał Anioł, Leonardo da Vinci (komplet rysunków widział wszak jak rzeka Arno wielokrotnie występuje z brzegów), holenderski malarz, nie znamy jego ani imienia ani nazwiska, namalował  także, znamy tytuł obrazu: Powódź świętej Elżbiety 1421 roku, Francis Danby także malował, (Potop rok 1840), Claude Monet – (Powódź 1896), albo: [kończąc już tę wyliczankę, wszak nie dobrniemy, nie wypłyniemy do końca, lecz możemy wypłynąć na głębię]   Wielka fala, w Kanagawa (1829-1832) autorstwa Hokusai Katsushiki. Od wody do wódki nie tylko rozum krótki, ale i droga nie długa, (nie długa, nie krótka lecz na raz!). A tylko jeden, apostrof nad o. O.Można by pisać o nadzwyczajnym napoju, którego właściwości wychwalał Jean de Roquetaille, mnich z Aurillac.  Ten napój miał mieć właściwości odmładzające, no ale nie o tym. No nic nie chodzi by przedstawić, ani przestawić zasadę świata, wyliczyć wszystkie dzieła… Bo uschnęlibyśmy nie tyle z tęsknoty, nie tyle byś my się mogli odwodnić (dlatego nie warto płakać). Co do przyczyny. Przyczyn nie warto rozpatrywać. Różni filozofowie upatrywali różnorakie. Tak dla przykładu: (no ład ma tu wiele do rzeczy, i ich obrotu): Pitagoras z Samos mówił o wędrówce dusz,o liczbach (no i znów te cholerne liczebnicki!) jako substancjach, z których bierze się świat, świat się stwarza, Anaksymanes, powietrze jest zasadą świata, a drugi facet też na A (aaale nie chodzi o Alcesta) Anaksymander zasadą świata jest bezkres. Dajmy kres tejże wyliczance! To Tales z Miletu, określany jako pierwszy  badacz  przybrody, nie nie chodzi o golibrodów, przyrody  upatrywał substancji nad substancjami wodę. Ten potrafił ją lać! I nie chodzi o bitwy wodne. (Czy ktoś/ia słyszała o filetach z zzznaczy się Twierdzeniu (z) Talesa?) Od wody do trójkątów całkiem niedaleko. I nie chodzi o delty rzek. Rzekłabym, że Tales jest jako pierwszy badacz przyrody (o laur pierwszeństwa walczył z Teofrastem), co więcej miał być podróżnikiem (piramidy, twierdzenia i pręty) ale również miał przewidzieć zaćmienie Słońca, które miało miejsce w 585 r. p.n.e. Twierdził, że Świat powstał z wody, ale mówił też że Ziemia jest płaska i unoszona przez tę ciecz… Wróćmy jednak do Acqua Tofana... Magnetyczno magiczne buteleczki z wizerunkiem świętego Mikołaja. O kobiecie, której przypisuje się, że „pomogła” rozstać się z życiem od sześciuset do tysiąca osób. Bułhakow uwiecznił ją w swoim (najbardziej popularnym) dziele. Teofana jest jedną z gościń balu u Wolanda. Michaił sportretował ją już nie tylko po pracy, zawodowe trucicielstwo, ale i po śmierci (własnej), o czym może świadczyć hiszpański sabot. Pantofelek, tylko jeden, czy drugi — jak u Kopciuszka zgubiony? :/

Kulejąc zbliżała się do Małgorzaty dama w dziwnym drewnianym sabocie na lewej nodze. Oczy miała spuszczone jak mniszka, była chudziutka, niepokaźna, a na szyi, nie wiedzieć czemu, miała szeroką zieloną przepaskę.

—Kto to jest, ta… Zielona? – machinalnie spytała Małgorzata.

— Nader czarująca i ogromnie solidna dama – szeptał Korowiow – polecam ją twojej uwadze. To signora Tofana. Była niezmiernie popularna wśród młodych, uroczych neapolitanek, a także mieszkanek Palermo, zwłaszcza tych, którym znudzili się ich mężowie. Przecież zdarza się tak, królowo, że żona ma dość męża…

Sabot to hiszpański but, czyli przyrząd do zadawania cierpień, przyrząd tortur. Co do egzekucji, jej daty, krążą różnego rodzaju podania, ale jedno co jest pewne, to to, że manna św. Mikołaja z Bari jak nazywano truciznę, sam dźwięk tej nazwy, budził dziki strach. Strach, co nie spał pod miedzą,  nie tylko o wielkich oczach, ale zupełnie namacalny. Niczym śmierć, która rychło nadchodziła po zażyciu wody. Co było tak groźne? Fakt, iż  trucizna ta, była wówczas nie do wykrycia.  Wlewało się kapkę do wody, czy wina i (niestety) gotowe… Ale o tym, też nie miało być.

[Woda Sodowa, Kabaret OT.TO, Faux-Pas, Pomaton 1992, źródło nagrania].

Aaaale temat mi się rozlał, a miałam pisać o tym, że ludzkie ciało w okresie tuż po narodzeniu składa się w ponad 80% z wody, gdy jesteśmy dziećmi, to tylko 75%, zaś gdy cień, numer buta, i kołnierzyka się zwiększa, tak, że ubrania nabywamy już w dziale dla dorosłych zawartość wody w organizmie waha się od 70 do 60%, u osób starszych zaledwie 50%, ale nie to jest najważniejsze. Zachłysnąwszy się procentami, nie nie chodzi o promile, zapominamy, że mózg, tak Twój, mój przydziałowy składa się w 4/5 z h20. No a mięśnie to już 70% płynu. Można przerzucać się statystykami i wyliczeniami, ale nie o to chodzi, by zaparło dech w piersiach. Wdech i wydech, a no właśnie, jeśli już przy tym jesteśmy to codziennie wydychamy około pół litra, wydalamy dodatkowo: — z moczem średnio: 1,2 litra, z kałem: 0,5. No a jeśli dodamy do tego pocenie się (600 mililitrów) no chyba, że jest upał, wtedy można pozbyć się z organizmu dwóch litrów. Wszystko płynie!  Nie martw się potem, martw się przedtem! Nie płacz Ewka, bo się odwodnisz! O ile bez jedzenia można podobno przeżyć około miesiąc bez wody podobno ledwie od trzech do pięciu dni. Także odwodnienie to nie przelewki. Czarne polewki. Chciałam napisać o wodzie, o tym, jak ważne jest racjonalne odżywianie się, i picie, czystej, i często, ale nie, nie nie chodzi o procenty i promile, o daty. Zupełnie bez żartów, po prostu picie wody i regularne uzupełnianie jej poziomu w organizmie. Zwłaszcza, że gdy jej potrzebujemy, nie musimy wcale odczuwać pragnienia. Racjonalnie, małymi łykami. Pić wodę. Mieć przy sobie zawsze małą butelkę. By nie mnożyć ilości plastiku można mieć termos, albo butelkę wielokrotnego użytku.

O wodzie i jej stężeniu na metr kwadratowy, było także tu, a zwłaszcza tam. Tu nie było, ale płytę polecam uwadze). Można powiedzieć, a raczej napisać, w tych okolicznościach przyrody, i czcionki, że  to właśnie woda symbolizuje życie, nie bez kozery szuka się wody na innych planetach, poza Układem Słonecznym, al i płodność i oczyszczenie, nie bez znaczenia jest także spotkanie młodzieńców i dziewczyn przy ujściach wody, strumieniach, czy studniach, ach. Woda jest częstym elementem mitów kosmogonicznych. Dawniej uważano, że jest także  medium, swoistym środkiem transportu między światami… W wielu religiach zanurzenie w wodzie symbolizuje oczyszczenie i odrodzenie, katharsis. I jak tu umiejętnie lać wodę? My tu gadu -gadu, piszu, piszu i myślu, a przyznać trzeba, że toczono bitwy o wodę, także o tą ciężką (HDO lub D2O ), ale to temat na całkiem inną dyskusję… Nie czerpmy wodę przetakiem, rozmowa o ciężkiej wodzie, to temat innego kalibru, to tak jakby przy okazji gdy mówić wodzie mówić o Wodanie, no niby podobne, i niby też z kręgu wojny, ale jednak nie to samo….Od zasady świata, o której mówił Tales,  do boga wojny, śmierci i zwycięstwa, całkiem długa droga. Mam nadzieję. Pozostaje wychylić szklanicę czystej, perlistej, i pić dwa litry dziennie…. Codziennie. I na tym poprzestańmy, bo zupełnie popłyniemy w dygresje, depresje, i inne mielizny.

 

Ni(c)k do tekstu: http://wp.me/p59KuC-R9

[Pijcie wodę,Svět podle Nohavici (Świat wg Nohavicy)  písní Jarka Nohavici śpiewają polskie artystki i artyści, źródło nagrania].

[Cytaty z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa pochodzą z wydania audio, Agora, wydanie: 12 października 2012, lektor: Zbigniew Zborowski].

[103+1]. Zmarszczki czasu, czyli medytacje Tomasza Stańki.

Free jazz podobno zaczął się od Stańki, to znaczy, Tomasz i jego trąbka, zaczarowana niewątpliwie utopili się w fantasmagorii dźwięku i wydźwięku nastroju i wystroju muzyki. Niestosowne bawić się tu słowami, obracać (nie mylić z obrazami, znaczy: z ubliżaniem, nie przybliżaniem, bo obrazy: krajobrazy pojawiają się jakby same, nienachalnie)  Pojawili się. I nie utonęli. I nie tyle trwają, (skąd już blisko do egzystencji) Co namacalnie są.

Zdumiewa mnie kariera słowa: projekt, i ich (projektów) krótka żywotność, albumy się teraz nabywa, nie kupuje, by je mieć, a nie by się nimi delektować, smakować, albo po prostu świetnie bawić.A już Broń Boże wracać, zatrzymać się i zapamiętać, wielokrotnie odtwarzać, to już absolutnie, wszak trzeba nabywać, nabywać, nabywać, przerzucać się tytułami. Bardzo szybko się o nich zapomina, rzadziej wspomina, a jeszcze rzadziej pamięta. Nie tylko dlatego chcę przypomnieć album Leosia, który liczy bez mała dziewiętnaście lat. Gdybym miała polecić komuś płytę Stańki, i to taką, która zburzyła by stereotyp Stańko trudnym artystą jest, to z razu usprawiedliwienie (do niesłuchania) i komplement, polecić płytę ale wysmakowaną, inteligentnie nagraną. I nie trudnonudną. Taką na której można uczyć się słuchać jazzu, jednocześnie się tym nie czerpiąc z tego przyjemność. Niewątpliwie była by to właśnie Leosia. Nie ma tu ekwibrystyczno- fantasmagorycznych popisów, nie ma tu wytężania smaku, ani pochwały lenistwa.

Jest po prostu muzyka.

I to jaka. Siła tkwi w spokoju, pewności, zrównoważeniu. Można by było kolekcjonować różne słowa, wyważać, smakować fakturę i znaczenie, ale po co? Wystarczy posłuchać. I dać się prowadzić. Przestrzeni w muzyce. Architekturze dźwięku. Tylko tyle.

Gdy słucham tej płyty przychodzi mi na myśl przyjemność patrzenia, widzenia i spostrzegania, czyli tego procesu z jakim mamy do czynienia gdy idziemy do muzeum „oglądać” obrazy. Sen kawalera. To pierwsze skojarzenie, które mi przychodzi do głowy, pewnie automatycznie. To bardzo znane, wielokrotnie analizowane malowidło,ponieważ  był kanwą podobnych (wystarczy wspomnieć: Wędrowca być może autorstwa Boscha, Juan de Nisa namalował  Alegorię Śmierci, no i kończąc wyliczankę także autorstwa Peredy y Salgado, Alegoria vanitas ok. 1634). Drugi ciąg skojarzeń to Michaiła Bułhakowa Mistrz i Małgorzata nie ze względu na treść, a na surrealizm, rytm, trudny do uchwycenia, ale łatwy do smakowania.

[Chłopiec z koszem owoców, Michelangelo Merisi da Caravaggio,olej na płótnie, Galeria Borghese, źródło zdjęcia].
[Chłopiec z koszem owoców, Michelangelo Merisi da Caravaggio,olej na płótnie, Galeria Borghese, źródło zdjęcia].

Powieści, efemeryczność, albo po wieściach (zapisanych) efemetyczność, alegoryczność, goryczności smak. Trzecie skojarzenie to: Chłopiec z koszem owoców. Bardzo wczesny, nie religijny obraz autorstwa Michelangelo Merisi da Caravaggia. To jest tylko pozornie obraz pełen światła, radości. Chociaż tutaj pasował by może bardziej autoportret Chorego Bachusa? ( na co wskazuje odbicie lustrzane), ale pozostańmy przy roznosicielu owoców. Iluzja i piękno. Zaburzenie granicy obrazu. Kosz z owocami, to tylko pretekst by popisać się umiejętnościami, koloratura, i faktura. Niby przy okazji. W starożytności gości i gościnie obdarowano owocami i kwiatami, więc może to i nawiązanie do tegoż zwyczaju? Pliniusz w Historii naturalnej wspomina o malowaniu martwych jak najbardziej natur. A więc to nawiązanie, a może nawet bardziej rywalizowanie z mistrzami?A może alegoria smaku życia, alegoria smutku i zamsz przemijania. Zmarszczki czasu: zestawienie frenetycznej młodości, z przemijaniem, a może po prostu sprawne utrwalenie postaci kochanka? A może po prostu to tradycja neoplatońska (materia więzi duszę, ale jedyne co może ją wyzwolić to Miłość ziemska, która wznosi ku wyższej).

To co interesujące dla mnie to światło, które się pląta, jak napisał Baczyński w Hymnie wieczorów miejskich: gładzi zwilgłe srebrem ściany/płynnych łysków miękki natłok/i na stole rozślizganym/ czarny piesek gryzie światło. Bez wątpienia i z wątpieniem można przerzucać i przesiewać, i przekładać i przewlekać skojarzenia, nadać znaczenia. Ale to, niewątpliwie, drugo-, a może i trzeciorzędny zabieg. Myśl o prostocie, o jej spostrzeganiu. Utrwalaniu i słuchaniu.

Skojarzenie następne: Jeszcze przed tym gdy Ludwik Pasteur nie opublikował swoich prac, mówiono o sile życiowej, która ze swej natury jest nieodgadniona i nieuchwytna, ani szkiełkiem, ani okiem. Mówiono, że vis vitalis, po prostu jest. Albo nie, w pierwszym przypadku istnieje życie, w drugim: nie. Albo inaczej: w pierwszym życie trwa, w drugim: uchodzi. Nie było mowy o biokatalizatorach, enzymach, czy reakcjach biochemicznych. A przecież w nich jest siła, moc i wytłumaczenie. Nie chodzi o to, by uciekać w mistykę i Wielkie Kwantyfikatory. Nie tłumaczmy, a przeżywajmy, zakrzyknie posadacz/ka drugiego głosu. Nie, nie chodzi o to, by iść, spacerować w skrajności, s skrajność. Chodzi jedynie o to, by sztuka nawet gdy wytłumaczymy, dostrzeżemy połączymy, przyczynę ze skutkiem, obecność z jej brakiem, dekoracje z kontekstem, przyczynę z wynikaniem, nie tyle się obroniła, co dalej zachwycała swą wnoszącą siłą. Ale nic to bez pamięci.  A może jest to album utkany z miłości do Matki, wszak jej został dedykowany? A czy istnieje tylko jedna, prawidłowa, odpowiedź?

Leosia
[Leosia, Tomasz Stańko, ECM, 1997, źródło zdjęcia zaczerpnięte ze strony Artysty].

Dla mnie jest to piękna medytacyjna płyta. Warta zasłuchania.

Zmarszczki czasu, medytacje Tomasza Stańki. Konfitury z emocji, partytury. Pary i tury tu. Ci…

Tomasz Stanko — trąbka
Bobo Stenson — piano
Anders Jormin — kontrabas
Tony Oxley — perkusja

Leosia, Tomasz Stańko, ECM, 1997.

O zmarszczkach i ich niezbywalnej ważności, jeszcze będzie, ale już w odrębnym tekście.

Skrócony [od]noś[ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-R0

247. Lemoniada, czyli Lem Ci da. Odrobinę (słów) (p)o poLEMizowaniu…

[Kongres futurologiczny, Stanisław Lem, Agora S.A,2008, tutaj wydanie papierowe, korzystałam z audiobooka lektor Adam Ferency źródło zdjęcia, Agora 2012].
[Kongres futurologiczny, Stanisław Lem, Agora S.A,2008, tutaj wydanie papierowe, źródło zdjęcia, Agora 2012, audiobook został wydany przez Agore w 2008, lektor: Adam Ferency].

Przegląd niemożliwości w stanie czystym i brudnym i butnym, ale nie nudnym.I nie trudnym.

Spotkanie drugie. Pierwszego stopnia. Przy temperaturze (ciała) trzydzieści sześć i sześć, na zewnątrz jakieś marne siedemnaście. Tyle meldunkowych prognoz przed i po_ pogody. Za a nawet przeciw? Ci i tamci? Że co…

Najpierwiej były Bajki robotów. Wiem, wiem, powinnambyła zacząć, na początku był chaos. Ale nie! Potem nabyłam Listy Lema i Mrożka. Nabyłam, no bo nie przeczytałam, nieopatrznie, użyczyłam (nad czym cholernie ubolewam, a już nie chce wspomnieć, że z jakieś bardzo wiele krążek do mnie nie wróciło i ponad dziesięć wydań kalendarzowych… ) i wygląda na to i na tamto, że na wietrzne i bezwietrzne, ale i bezkres owe i bezczasowe nieoddanie. Już nie użyczam książek. Chociaż daje. Czasami. Bardzo: czasami. I nie chodzi o to, że się pozbywam. Nie cierpię jak ktoś/ia pod płaszczykiem prezentu utylizuje rzeczy.  Co to, to nie. Trotyle i Tyle dygresji.

Ale,  ad rem!

Chociaż nie namawiam do spania…A właśnie. Wiem, że pisałam tu i  ówgdziepopadnie, że nie czytam bele_tele_trystyki ekwilibrystyki, ale czy tu, czy tam, pod_czy_tu_je(m). Jem, ale nie pochłaniam. A co, rzadko, ale jednak. Zdarza się. I to nie ma być środek stylistyczno_magnetyczny_podkreślający, ważkość i ważność, nawet nie oś, ani ość. Po prostu i po krzywu zauważyłam, zanim zważyłam, że charakter beletrystki po którą sięgam się zmienił. Chociaż lubię (tako to mi się ostało) gdy treść mieni się różnymi znaczeniami.  Dla i tego częściej po fantasy niż po fantastykę. Bo tam, i odrobina archeopsychologii, bez uszczerbku dla światów [nie]dawnych, drugich, pierwszych i kolejnych, histerii, herstorii i hi[s]teorii. Z gramem wyobraźni i gamą wyobrażeń, przeobrażeń i nut.Do tego warstwa językowa i znaczeniowa, wiedza unurzana w nauce. I sztuce, i filozofii. Zabawa autorki/ autora i osoby czytającej, takie rozwiązanie i wiązanie zagadek.W fantasy nie ma technologii, oka wiedzącego technicznego, znanego z XX i XXI wieku. I to dla mnie blogosławieństwo błogo i sławie (ństwo).

Nie jeśli Ktoś lub Ktosia spodziewa się, że będę apologetką twórczości Lema…

…To się cienko mydli myli. Nie chodzi o to, że dobra (a nawet: lepsza) sztuka broni się sama. Bo i w to nie wierzę. To co mnie przekonuje to warstwicowość frazy Lema.  Gdy już się zagniezdziłam w akcji, i nauczyłam  czego mogę się spodziewać, jest nowe! No, piękniście! I ten język. I satyra, która nie tyra, ale delikatnie tyka, do_tyka prze_tykana miedzy wierszami. I swojskość. I ość i krem. I wybory. I rewizory. I katastrofa. Jakaż ona piękna. FAN_ta (i tamta) smagoria. Kategoria ekwilibrystyki. Tej i tamtej tyki.

A skoro słuchałam. To warto wspomnieć o lek to torze. A i owszem, bo interpretacja Adama Ferencego to lek podany prosto, po torze, znaczy, po nitce, do kłębka, do Lema. Oczy_wiście. Oczy może i powieszone, ale wzrok jest. I sięga dalej. Jak to postulował tu i tam (zwłaszcza tam) inny A_dam… A Lem? Oczywiście, Lem zwłaszcza, choć nie zawłaszcza. Oczy_wiście że daje. Zawiesza by sięgnąć. Gnąc, mnąc zużywać, zażywać, zużywać, bywać, czasowni[c]kować, i ować nikować. Przenicować.

Zdaje (się, że) Lem daje. Oka_zje do mylenia i myślenia. I chociaż oko niczego nie zje, to po polemizowaniu, człek, czyli na ten (i na tamten przykład i przekład) ja, czuje, że się najadł, nie wstydu, ale wiedzy, dysonansu i dystansu, smakowitego seansu i sensu, neo, nieco groteski.

Czy  wartko warto czytać Lema? Warto. Czy nadal jest aktualny? Pytania reoterytoryczne. A i owszem. Wszem i wobec. Nie chce napisać, że osoba uważająca się za czytającą i myślącą (w tym samym czasie, i nie chodzi o przyszły niedokonany, niedoszły i niesprawdzony) powinna. Przedwinna. I w ogóle i w szczególe. No, właśnie. Szczególnie w szczelinach szczegółu powinna się polemić, polenić przy Lemie, a zwłaszcza. W płaszczyznach jego tekstów, tekst ów może być  doskonałym przyczynkiem by zacząć przyniewygodę . Dobrego smaczenia, lepszego znaczenia.

PS. No i był ktoś kto żył całkiem niedawno, i używał (świadomie) słowa humbug! To ok(o)(k)reślenie i uchosłyszenie nie od_nosi się do Kongresu, bynajmniej. Treść pieści uwodzi, ale nie szkodzi. Jest o tym, a zwłaszcza, o tamtym tym, tam, pod tym, i przed tym. A poza tym… I przede wszystkim: Bierzcie i czytajcie, czy tu, czy tam, to wszyscy… Bo warto myśleć wartko.

Skrócony od_noś[ ni(c)k] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-QC

[3+1]. Trop pro_ (i) wadzący na ulicę Słowiczą.

Gen porażki w sobie miał, albo: wpis okoliczn_ość i_owy:

Szli tędy ludzie biedni, prości
(widziałem ich)
bez przeznaczenia, bez przyszłości
(widziałem ich, słyszałem ich)
Szli niepotrzebni, nieprzytomni,
kto ich zobaczy, ten zapomni
(widziałem ich, słyszałem ich)
Szli ubogiego brzegiem cienia
i nikt nie stwierdził ich istnienia
(widziałem ich, słyszałem ich)
Oni o nas, a my o nich
nic nie wiemy – tylko tyle
że bywają nagłe zmierzchy
i przychodzą pewne chwile
Oni o nas…
Szli tędy ludzie biedni, prości
(widziałem ich)
bez przeznaczenia, bez przyszłości
(widziałem ich, słyszałem ich)
Śpiewali skargę byle jaką
i umierali jako tako
( widziałem ich, słyszałem ich )
Już ich nie widzę i nie słyszę
Lubię trwającą po nich cisze
(widziałem ja, słyszałem ja)

[Szli tędy ludzie, Bolesław Leśmian].

Był świadkiem na ślubie Żeromskiego, tak samo jak i on umarł na serce. I tak samo jak wielbiciel szklanych domów był pisarzem. Bolesławowi, czy Aleksandrowi poświeciłam jeden z pierwszych wpisów, na tym blogu. Dlatego nie zamierzam się powtarzać, mogę jedynie odesłać doń. Nie wiem co obaj panowie sądzili by o Warszawie, takiej, jaką jest dzisiaj, czy byli by za utrzymaniem przy życiu Pałacu Kultury i Nauki, czy optowali by za  jego zburzeniem. Tak, wiem, znam odrobinę historii, ale szybka w sądach nie jestem, tak też wyroków nie feruję.

Czytaj Dalej „[3+1]. Trop pro_ (i) wadzący na ulicę Słowiczą.”

Mleczarka lub Nalewająca mleko, ok. 1660, Jan Vermeer, Rijksmuseum, Amsterdam, [źródło zdjęcia]

[5+1].[49+1][97+2]. Raz. Jeszcze raz.

[Gdzieś w nas, Marek Grechuta, źródło nagrania].

Nie ważne ile razy upadniesz. Ważne, ile razy się podniesiesz.♣ Nie ważne ile razy zwątpisz, ale ile razy uwierzysz. Nie ważne ile razy się odwrócisz, ale ile razy spojrzysz. Nie jest ważne ile razy zaniechasz, ale ile razy  zrobisz to co dzisiaj może być zrobione. krok. ♣Kolejny. I jeszcze jeden. ♣Przeżyć dzień, od świtu do nocy. Tyle wystarczy.♣ Jeszcze tylko jeden dzień. .

PS. A może Ariadna nie zostawiła nici? A nasze moszczenie się w życiu to nie tyle dochodzenie po nitce do kłębka (byle nie nerwów), ale taniec na linie? Byle pięciolinie nie były pod wysokim napięciem, a jeśli pod pietą, to grunt tylko. Grunt to działanie.

 

Bezpośredni [od]noś[nick] do tekstu: http://wp.me/p59KuC-Qf

 

243. Na każdy temat. Albo: O przemianach. W kraju, którego nie ma?

[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III, źródło zdjęcia].
[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III, źródło zdjęcia]. Wszystkie cytaty zaczerpnięte z tego wydania, format ebook].

[Skrócony [od]noś(ni[c]k) do tekstu:  http://wp.me/p59KuC-Qa ].

Nie będę pisać o tym, że książka napisana przez Mariusza Szczygła to obowiązkowa lektura, nie tylko ze względu na treść, ale i formę. Nie będę o tym pisać nie dlatego, że to  nie jest stwierdzenie zachęcające, by po książkę jednak sięgnąć, a jak i sięgnąć to i przeczytać. Rozumiem, że nie każdą osobę interesują przemiany, które zachodziły w  kraju, który już nie istnieje. Proszę także  zwrócić uwagę na to, że pomijam bardzo ważny fakt, taki, mianowicie, że nie trzeba się (nie) zgadzać z Autorem, co do wysnutych twierdzeń, by ową pozycje, która już dawno uzyskała miano kultowej (o tym też nie wspominam) jednak sięgnąć. Gdy mamy już wyjaśnione o czym nie będę wspominała, pozostaje tylko jedno. To, o czym tekst, będzie, a w zasadzie (bo nie w kwasie), o czym jest.

Jestem osobą, która nie specjalnie interesuje się Czechami, (albo: Czechosłowacją) a jednak, to co mnie zdziwiło, to  fakt, że tak wiele — jak na laiczkę — wiem. Ile się ostało faktów, skojarzeń, nabytych „gdzieś, przy okazji”. To niewątpliwie sprawiło mi satysfakcję, niemniej, będąc świeżo po lekturze Gottlandu, utkwiły mi w pamięci cytaty:

„Szanowny Panie Bata, jak żyć?”

„Trzeba porządnie się uczyć — odpowiada Tomik. — Spoglądać wokół siebie otwartymi oczyma. Błędów nie powtarzać i wyciągać z nich wnioski. Uczciwie pracować i widzieć nie tylko swój własny zysk.”

[Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec, 2011, Wydanie III,s.32]

Przyzwyczailiśmy się patrzeć na cmentarz jako miejsce, gdzie trzeba przychodzić, by lamentować. A przecież cmentarz ma, jak wszystko w świecie, służyć życiu,. Dlatego powinien tak wyglądać, by nie straszył, aby żywi mogli go odwiedzać, w spokoju i radości. Należało by tam chodzić jak do parku. Pobawić się, pograć, wspomnieć dobrze zmarłych (…)

[s.43]

Jedna z najciekawszych myśli, zawarta w bestsellerze — jaki Ivana T. napisze na własny temat za pięćdziesiąt lat — będzie brzmiała: „Kobieta jest jak torebka z herbatą. Żeby wiedzieć, jaka jest naprawdę, musisz ją wrzucić do wrzącej wody”

[s.75]

 

Mistrzowsko napisana książka, nie jest ta, która przypnie się do każdego tematu, ale jest polifoniczna w swej wymowie. Truizm? Być może, ale nie: może być. Czytanie to ćwiczenia z patrzenia. I dostrzegania. Okazać się może, że życie to sztuka słuchania, a nie tylko patrzenia. Smacznych cytatów, o sztuce, wyboru, i [wy]trwania w nim jest tu wiele, ale niech każda osoba poszuka i znajdzie swoje, może okazać się, że (nie) całkiem przy okazji zna[jdzie] te, które dotyczą o budowania na różnicach, dziedzictwa kulturowego, czy patrzenia, dostrzegania, i… I jeszcze wielu innych czas_o_wnicków. Kto/sia by się spodziewał/a, że Mariusz Szczygieł napisał książkę dotyczącą rozwoju osobistego? 🙂

***

[Antonín Dvořák: Slavonic Dance in G minor, Op. 46 No. 8 / Sir Simon Rattle, conductor · Berliner Philharmoniker źródł0].