213.O szwach, podeszwach, podszeptach, i podpatrywaniach, gubieniach i trwaniach. Chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piecho[tą].

      Zazwyczaj po kolacji najpierw zmywam naczynia, a dopiero potem siadam, by napić się ze wszystkimi herbaty. Pewnego wieczoru Jim chciał mnie wyręczyć, więc powiedziałem: „Dobrze, ale jeśli chcesz zmywać, musisz wiedzieć jak to się robi”. Jim się obruszył. „Nie żartuj! Myślisz, że nie wiem, jak zmywa się naczynia?”Odparłem: ” Są dwa sposoby zmywania. Pierwszy  —to zmywanie naczyń, po to by je umyć i drugi sposób: zmywanie dla zmywania.

[Cud uważności. Zen w sztuce codziennego życia prosty podręcznik medytacji, Thich Nnat Hanh, przełożyła  Grażyna Draheim, Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa, 2008,   s.17-18].

      W  języku hebrajskim istneje litera, na temat, której powstają traktaty historiozoficzne,  filozoficzne, legendy dudnią poprzez wieki przetartymi głoskami i głosami, łuszczy się czcionka w niejednej tonacji atramentu i argumentu (tudzież piksel łaskawie zaświeci). Liter tura, to nie zawsze, i nie często (nawet) literatura. Nie będziemy jednej, jak i drugiej- kłopotać. Nadgryzać i kosztować. Nie będzie nas to nic kosztować.  Nie będziemy ich zużywać i nadużywać by przedstawiać (o zgrozo), i przestawiać choćby w zarysie jej historii. 

Litera, o której wspomniałam to  alef.

Nikt już nie pamięta jej dźwięku,  nie potrafi wymówić, a jednak skrzy się w meta pamięci. 

Problem istnieje, nie ze względu na skomplikowaną artykulację, jak można by przypuszczać, ale: z jednej strony: problem ten tkwi (jak zwykle) w szczególe:   a ten we skazaniu   na dźwięk,   z drugiej strony:  nie wiadomo jak nadgryźć kwestię ze względu na swą Prostotę, tę przez wiekie Pro.  I jeszcze, to Alef nie jest znakiem, albo przedstawieniem dźwięku, tak jak zwykło się to rozumieć. To rodzaj niemego wsparcia dla samogłosek, które współwystępują w jej towarzystwie.

Paradoks. Para i doks. (doks =doc). Para– wspomnienie kropli wody, dok[s]- fonetyczne zapożyczenie z angielskiego, plus chwilowa słowotwórczość?(*skojarzenie z dokumentem). A więc wspomnienie tego, co było… Zestawienie kilku rzeczywistości nadgryzających się wzajemnie. Albo para jako dwoistość, po_mnożenie, albo nadmnożenie… Przemożne żonglowanie znaczeniem. Znamieniem słowa, sumieniem rozumienia, mienia, mania, posiadania. Znania, kosztowania, używania. Bycia, tycia, doznawania. Pssssyt. Iskierka  g a s ł a, gusła,  gasła,  gusta…. zgasła.

Jednocześnie można powiedzieć, a nawet napisać (sic!) wcale nie minąwszy się z prawdą, że to najważniejsza z liter w hebrajskim alfabecie. Ostrość nieobecności, nieobecność niedogodności…

A stroniąc od metafor i neologizmów można powiedzieć, że to raczej takie przyłapanie go na gorącym, ba, wrzącym uczynku, dźwięku gdy  ten zaczyna dziać się w gardle. Spinoza wspominał o otwarciu się dźwięku w gardle.  Dlaczego wspominam o alef, dając jednocześnie na początek wpisu cytat o [nie] zmywaniu naczyń? Z kilku względów. Wglądów i wyglądów, też.

Po pierwsze, chcę zwrócić uwagę na ciekawą i wielowątkową historię tej litery.

Po wtóre- chcę musnąć nie oczywistości, i delikatności.  I podszewki zastanowienia. Niezależnie od tematu, przewodniego, i podwodnego, znaczy,zmywanego, zmywalnego, doświadczanego, czy tylko dotkniętego, muśniętego, tego i tamtego. Niezależnie czy jesteśmy w „tu” i „teraz”, czy „tam” i w  „potem”.

[***]

   To zastanowienie, prowadzi nas, albo prowadzimy siebie przez świat zastanowieniem ku kwestiom, które stawały pewnością w prze(-)ł y k u i oku. A po podejrzeniu i przejrzeniu, i przyjrzeniu się, już takie nie są. Jeśli zaś gra idzie o delikatnć to piszę się o niej w kontekście zwrócenia (nie tak jak się zwraca resztę, ale tak jak się daje i przyjmuje, ale nie tak jak się przejmuje, (czyli albo zanadto, albo bez namysłu. Jakiegokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek, czyli równowaga).

Podejmuję więc temat delikatności także w kontekście zwrócenia :  s z c z e g ó l n e j  uwagi na kwestie, te, lub inne. Kto postuluje bycie delikatnym na co dzień? Wobec kogo? No i koniecznie m u s i  istnieć p o w ó d (nie chodzi o stronę procesową, ale o bycie w procesie [psychologiczny]).  Nie chodzi też o stapianie po wodzie, po wód kres. I nie chodzi o koniec rautu…

A delikatność b e z  okazji?

Co wzmacnia alef? Niewidoczna, a jednak pierwsza? Nie, nie taka znów niedostrzegalna,nie przeźroczysta, i -bynajmniej, nie stojąca na uboczu. 

K w e s t i a    d e l i k a t n o ś c i , nie w aspekcie s e n s u a l n o ś c i. Tylko głębiej, nie po wierzchu, nawet nie po wierzchołku. I nie (tylko) wobec osób, które postrzegane są (ogólnie- lub w danej sytuacji) jako wrażliwsze, słabsze? I — pytania nadprogramowe- gdzie znajduje się źródło siły? Czy okazywanie komuś delikatności może być środkiem do ustalenia hierarchii, narzędziem nacisku (ucisku)? Czy, wtedy (jeśli to nadal możliwe) jest to nadal delikatność? Czy z niej pozostają tylko ości, które stają w gardle? Czy wszystko można złapać, doświadczyć, przeżyć, dotknąć… Chociażby najnajnajdelikatniej? Czy potrafisz wziąć  w opuszki palców parę, jaki ma ona wtedy kształt? Czy alef nadal istnieje? I czym jest zmywanie naczyń?

[***]

       Jest jednym z tych Artystów, którzy umeblowali moją wrażliwość, dodawał swoje komentarze, wobec wymagań, które należy stawiać wykonawczyniom i wykonawcom, ale przecież nie tylko im, ogólnie uczestniczkom i uczestnikom kultur(y) niezależnie w jakiej roli występują i z jakich perspektyw doświadczają oglądu rzeczywistości. Jego twórczością pod i na_siąkałam po woli i powoli. Stopniowo.  Niespieszną konsekwencją. Dziwnie (czyli jak? Nieprzystająco, czy niekonsekwentnie? Czy może mętnie?)  to z a b r z m i, (sic!) ale co tam, (i tu też) pewności delikatności z jaką wszedł  ze swoimi propozycjami momentami była wstrząsająca, zabawna i  kojąca. Przykład zatem jak najbardziej na miejscu, swoim. Przecież to nie rozchwiane, niezdecydowane wibrato ale wsłuchanie się i Odkrycie tego co i w j a k i  sposób robi pozwoliło mi sięgnąć myślą, uczynkiem i (za)słuchaniem Dalej.I było mi bliżej. I ciężej i lżej. Jak w tyciu. Jak w życiu. Nie chodzi o efekt jojo, tylko o pewną gramatykę i gramaturę gramatyki rzeczywistości.

[Popołudnie, Michał Bajor, z trzeciego albumu].

}***{

     Myślę,  że to co mnie przekonuje  to kwestia smaku, inteligencji, i humoru, tego szukam również w sztuce,kul_turze  i w wśród innych tur i tam i nie tylko par_(czworokątów)[t]y_  (i innych tur) tur. Na umór? W mol, czy w dur? I bez i ze zwątpieniem, to mi zostało. Stało i leżało i gimnastykowało się przez lata. Gimnastykowało bo ruch, jak wiadomo — to zdrowie. Podobno.

Usprawiedliwienie (by nie podejmować trudu dyskusji) jest jedno, niepodzielne i zużyte do granic niemożliwości i nasuwa i zsuwa się samo (w skutek wy_tartych krawędzi czcionki): de gustibus non est disputandum. A pytam: dlaczego?  Nie, nie przepraszam,  i nie przepraszam, ale wciąż pytam. Pytam: dlaczego nie? Chodzi o dysku[r]sję a nie dyskredytowanie. Chodzi o pokazanie, by ktoś/ia mógł (lub mogła) dostrzec, zapoznać, posmakować. Przychodzi mi na myśl, przekład i przykład (nie bez związku, a ze związkiem, takie to o to ro-związki, podwiązki…). Ad rem! W odmianie ram, dam,  na razie.

Wiem, że nasiąknęliśmy wespół zespół  gramatyką, grawitacją i dydaktyką Bagnetu na broń, ale to zwodnicze i zasadniczo ugruntowane. Władeczek oprócz tego, że  rósł jadł rosół w niedzielne i inne dzielne popołudnia, chował się pod wielkim czarnym fortepianem by uniknąć żmudnie smędzonych, spędzanych godzin które miał spożytkować na  ćwiczenie gam, by kiedyś tam, czyli w odległej przyszłości mógł powiedzieć: „gram”. I nie było by to granie na nerwach, ani na strefach erogennych… Wizje występów solowych (mono_gram, ale nie dramatycznych: mono_dram) miała Babka, ale mieć przestała. Z czasem.

      Władeczek, pełen młodzieńczej egzaltacji, mężniał konsekwentnie, raz wyraźniej, a raz mętniej. Rósł i wzrastał środowisku kobiet, przez nie wychowywany (antenaci linii męskiej bardzo szybko zmarli). Biografowie i biografki pewnie napiszą jeszcze jak środowisko w którym został wychowany wpłynęło na jego przyszłość, ale dziś nie o tym.

Gdy powstały Legiony Władysław Broniewski, bo o nim mowa, uciekł walczyć, co ważne przebył drogę z Płocka (zabór rosyjski) obrzucany prawie że kamieniami, wcześniej pisał egzaltowane wiersze, wydawał gazetkę szkolną do której pod różnymi pseudonimami tworzył by zapełnić szpalty (Młodzi idą) nie dorósł jeszcze do wojny (jeśli kto/sia może kiedykolwiek dorosnąć), a już HISteoria i historia krzyknęła: „Baczność” i Władeczek z gorącym sercem nie bacząc na niesprawiedliwość i inne ości, pognał na pole nie jednej bitwy, i nie jednej wojny.   Brał udział w  Polsko- Bolszewickiej (tak, tak) — cóż niewygodny i nie godny był to fakt dla władz przyszłych, będą taić ten fakt, ale on od taje, tak jak i nastaną inne rzeczywistości by ukazać, choć przez mgnienie, rzeczy oczywistości, w innym świetle, i na odmiennym tle.

Tym, a raczej tamtym czasem, to on Broniewski (wy)rzuca rzeczywistość żakowską po trzech miesiącach, i rusza w bój. Dostaje Virtuti Militari i cztery Krzyże Walecznych, prawie dwudziestopięcioletni kapitan doskonały w walce, nie sprawdza się wśród raportów za biurkiem, ubrudzony, utrudzony i przestraszony wojenną rzeczywistością wychodzi do zewnętrznego świata, ale nie światła,  poeta z pokolenia Skamandrytów, wskutek tego co przeżył, nie przystaje do perspektywy jaką włada Książę Poezji . Jego ówczesne wiersze naznacza wojskowy dryl i rym i rytm. To w wojsku próbował zabić, a raczej zapić ból, to  zaczyna się jego choroba alkoholowa.

Zrzuca mundur, wraca na studia. Kocha na akord. Ba, uwodzi na akord. I czerpie garściami ze zmysłowych doświadczeń. W swoim diariuszu opisuje zarówno kochanki, kontakty z kobietami świadczącymi usługi seksualne, i choroby STD i STI, na które cierpiał. Wszystko z aptekarską dokładnością, nie przepisywał co prawda, jak Iwaszkiewicz swojego dziennika, lecz notował co do joty.

Gdy był w związku narzeczeńskim z pierwszą (liczebnik wskazuje, więc, że nie ostatnią) żoną pochwalił się, czy też podzielił się wiadomością, że będzie miał dziecko, z inną, i że ona ta przypadkowo poznana, kobieta, nie chce tego dziecka usunąć, a on, przecież ma się żenić, przecież nie wie co zrobić, i jak rozwiązać ów konflikt…

Broniewski zaczytuje się też tym, co pisał Majakowski, (mieli okazję się poznać później, jego fascynacja ostygła). Jego stosunek do władz był niejednoznaczny, i przekłamywany niejednokrotnie. Jak widać skutecznie. Cierpiał w więzieniach sowieckich, o czym się nie mówiło, nie wspomniawszy o pisaniu.Znana i powtarzana do bólu jest anegdota, o tym, jak odmówił napisania nowego hymnu Polski, o tym co wyśpiewywał będąc na rautach (i na rauszu) znane są jego rozmowy z Ireną Krzywicką, chociaż – tak, to prawda, znane od niedawna. Gdyż był to,  w powszechnej świadomości, poeta jednoznaczny, jakże krzywdząca to opinia.

Nie chodzi o to, żeby wspomnieć, iż  pomagał ludziom, a czynił to  bez względu na przekonania polityczne, społeczne, czy jakiekolwiek inne, chodzi o to, że zawładnęła pamięcią o nim władza PRLu,  a to człowiek o, jakże się mówi brzydko- wyższościowo, fascynującej biografii. Człowiek zagmatwany… Czy spełniony? Nie wiem, czy doceniony? Z pewnością nie. I jako człowiek, i jako Artysta. Nie we wszystkim można się z nim zgadzać lecz poprzestając na tym, co zwykło się nam mówić, lat temu kilkanaście, pozostaje — przede wszystkim- ze szkodą dla nas. In presja? In pasja? Nie, już nie. Każda osoba, czytająca ten blog, albo wręcz przeciwnie, głaszcząca tylko litery wzrokiem, albo jeszcze  bardziej przeciwnie, nie czytająca go wcale, czy też z niezgody, czy z niewiedzy, że istnieje (i ma się dobrze) potrafi się uczyć i potrafi się nauczyć. I gromadzić i zużywać i dzielić nie tylko skórę na niedźwiedziu, ale i się wiedzą.

Impresja— ledwie wspominam, o tym i owym, o pożegnaniach, opłakiwaniach, powrotach, zmartwychwstaniach (chociażby jego drugiej miłości, miłości Wielkiej, o której myślał, że  zmarła, wydana na porzarcie Historii, w najczarniejszej i najbardziej okrutnej wersji — w obozie zagłady, to dla niej porzucił emigrację, to ją już opłakał i z nią się pożegnał gdy schorowana śmiertelnie wróciła do kraju, to on płacił rachunki za jej pobyty w szwajcarskich prewentoriach, to jemu historia wystawiła słony rachunek, zacierając przydziałową biografię, przycinając ją do czasu przeszłego). Nie wspominam o tragicznej śmierci Córki Bzdurki, wtedy to utracił sens życia (miał epizod ubezwłasnowolnienia, i odosobnienia, co pozwoliło mu na przeżycie jeszcze kilku miesięcy). Zmarł na raka krtani. Straszna to śmierć.

Gdy o tym piszę, przypomina mi się fakt, jak Kafka, cierpiący z tego samego powodu błagał by lekarz wstrzykiwał mu morfinę prosto w tchawice (tchawica to rodzaj umięśnionej rurki), by pozwolił mu odejść, że jest w takim stanie,że zazdrości roślinom deszczu, samodzielności i samaku wody… Straszna śmierć. Głodowa. Gdy nie można wymówić, wyszeptać, wypowiedzieć słowa, gdy z tych słów utkane było życie, a nawet gdyby nie to przecież, żadna różnica,  umysł pozostaje jasny i świadomy, ciało odchodzi, ukazując swoją władzę i niewładność.  Ość. Dość.

Władysław (władca sław[y]?) Broniewski zawłaszczony przez jedną z narracji, jest bardzo skrzywdzonym, gdy w kontekście biograficznym  odczytamy wiersz Bar pod zdechłym psem,  w sugestywnym wykonaniu Michała Bajora staje się nie tylko  fantastycznie opowiedzianym momentem, sceną rodzajową, ale i wstrząsającą hist[e]orią. Dlatego, ten przykład i przekład jest na miejscu, w kontekście wpisu uzasadnionym. Kto(sia) by podejrzewał(a) Broniewskiego o taki wiersz, słysząc po raz pierwszy to wykonanie nie wdając się    w   s  z c z e g ó ł y?

[Bar pod zdechłym psem, Michał Bajor, muzyka: Włodzimierz Korcz, słowa: Władysław Broniewski].

Podobnie jak ma to się z autorem Ulissesa, w Dublinie. Gdyby przyjrzeć się trójce: Broniewski, Kafka, Joyce punktów, jeśli nie wspólnych to stycznych, jest więcej, niźli statystycznych (tych wynikających ze wspólnej profesji) chociaż jednej, ale zatrzymajmy się chwilę przy kawce (dużej, czarnej, mocnej, ciepłej w zmrożonej filiżance), wróć, Kafce. I będzie to  chwila dłuższa...

 W Pradze jest ponoć wiele produktów, sygnowanych jego imieniem i nazwiskiem. Chociaż on, chadzał utartymi szlakami, podróż z miejsca pracy do domu, albo na odwrót zajmowała mu nie więcej niż kwadrans. Czy mamy szansę dziś zrozumieć Franciszka? Dla niego to już nic nie zmieni, a dla nas? Urzędniczo podporządkowana rzeczywistość? Tak, bez wątpienia. Ale to: „tak, bez wątpienia” to takie szkolne przyklepane, ugłaskane i uformowane rozumienie, nie podważone niczym wcześniej, nietchem,  i innym tchem o Nietzschem innym razem, co nie znaczy, że dziś jest o niczym...

Ad rem! Franciszek Kafka nie był urzędnikiem niespełnionym, poranionym i piszącym w czasie pracy, marznącym (być może) marzącym (czasami) ale nie karmiącym się mrzonkami i snami. Sprzedano nam nieszczęśliwy, niespełniony obraz urzędnika, który zapragnął być pisarzem, a my, bez mrugnięcia okiem, czy też szkiełkiem i okiem, czując i wierząc kupiliśmy to bez dwóch zdań (zwątpienia)[* zwątp + pienie – pienie ros. śpiewanie. Zwątpienie- wykonywanie pieśni na część zwątpienia 🙂 )]. A jak to zwykle bywa, sprawa ma się inaczej, niż jesteśmy do tegoż przyzwyczajone i przyzwyczajeni. I przyczajeni nie w tej rzeczy oczywistości. Po tej długiej introdukcji, zmierzam do celu. Spróbujmy ten obraz uzupełnić, przynajmniej jego fragment. (Bez smętku i sentymentu, tam, czy tu).

Anegdota, podczas gdy Franz czytał swoim przyjaciołom swoją najgłośniejszą powieść (a ściślej rzecz ujmując, to co miało nią się stać) autentycznie płakał ze śmiechu, i nie był to płacz rzewny.  Nie tylko sugestywnie pisał, ale mógłby, w przyszłym życiu, zostać aktorem. Gęstość mroku, jego intensywność zdumiewa jeśli spojrzymy na to, co rzeczywiście było. (Tak jak w przypadku Broniewskiego).

Człowiek,pochodzący z bogatego domu, w którym mówiło się po niemiecku. Człowiek, który ubóstwiał towarzystwo, potrafił się nie tylko w nim odnaleźć, ale przewodzić, bywał w najlepszych klubach, uwielbiał teatr, sztukę, kawiarnie, ciekawy był koncertów, potrafił ponoć grać na fortepianie. Bon vivant? Z ciekawością poszukiwał swoich tożsamości. Nie zupełnie. Wychowywany przez surowego, ba despotycznego ojca (patrz, charakter starszego Witkiewicza) w otoczeniu trzech starszych sióstr, które go kochały ponad życie (zginęły w obozach koncentracyjnych). Zwłaszcza najmłodsza z tegoż grona. Wspominając o dzieciństwie pisarza, należy nadmienić, o dosyć bolesnym fakcie, który nie usprawiedliwia, bynajmniej, postępowania Hermanna, dwóch jego  synów, którzy wcześniej przyszli na świat, rozstali się z nim zbyt młodo, nie poznawszy Franza. Zmarli we wczesnym dzieciństwie. Franz Kafka doświadczył zimnego chowu, nie mógł się poskarżyć, że coś go boli, albo, że czegoś się boi- raz, w takiej sytuacji, ojciec zamknął go na balkonie, w nocy, z kategorycznym nakazem, uspokojenia swoich emocji, miał go wpuścić ponownie do domu, jeśli ten się uspokoi. Gdy Franz dorośnie napisze list do ojca, który będzie dla niego swoistą formą autoterapii, psychoterapii, jeszcze przed nastaniem Freuda*. Ojciec nie rozumiał nie tylko świata, który należał wyłącznie do Franza, ale ubliżał i konfratrom, i stosował opresyjne nakazy i zakazy. Max Brod(przyjaciel, wykonawca testamentu pisarza, który się sprzeniewierzył jego woli, nie spalił jego dzieł, nie tylko je wydał, nadając tytuły, ale także niektórych z nich próbował— na szczęście bez powodzenia- zmienić treść) ten oto Max, napominał rodziców, że ich postępowanie, pcha Franza w ramiona śmierci. A zważywszy na fakt, że dom rodzinny, opuścił przeżywszy niespełna cztery dekady. I to z  powodu wielkiej miłości, wcześniej utrzymywał znajomości korespondencyjne, przynajmniej z kobietami, a poza Felicją, z którą był zaręczony— otaczał się kobietami o silnym charakterze. Znane są jego listy, a raczej ich część- te, których nie zdążył spalić, albo których nie skonfiskowało Gestapo. (Związki z nimi to temat fascynujący, wystarczy nadmienić z imienia i nazwiska: Milena Jesenská, Felicja Bauer, Dora Diamant.Nietuzinkowe postaci). A może to jest tak, że nie bez znaczenia, była postępująca (w tempie galopującym) choroba, i przeczucie skończoności? Owa skończoność towarzyszyła mu od dzieciństwa, nie (tylko) dlatego, że zmarło dwóch braci, ale także dlatego, że sam był słabego zdrowia, i zmuszony był korzystać z usług prewentoriów. 

Tego nie wiemy, przynajmniej, na pewno. Człowiek, który miał przepowiedzieć holokaust, ale go — na szczęście— nie doświadczył, i tak jego twórczość i osoba, kojarzona jest ze smolistym, nieprzeniknionym i nieuniknionym mrokiem. Krok za krokiem. Szukanie i znalezienie pod podszewką, pod poduszką, i pod powieką.

  

          Bo chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piechotą, tą by się zetrzeć i radośnie zestarzeć. Problem w tym, że w patrzeniu i spostrzeganiu nie rzadko nie dostrzegamy szwów. I by to, w końcu, móc uczynić, potrzebny jest trening. A to wiążę się z mozołem, z poświęceniem czasu, i z błądzeniem, czyli nie rzadko z kwestiami niewygodnymi, których chcemy uniknąć.  Podeszwy się zdzierają, mokną, może i buty uciskają, podszeptom, nie zawsze można (za) i przed- wierzyć, tym z nich, które dotrą do naszych uszu(i nie zetrą się w szum).  Czasami przyjdzie nam się zgubić (wiedzę- tak jak nie potrafimy złożyć w całość tej dotyczącej alef, nie potrafimy rozróżnić, co legendą, mitem, a co podaniem naukowym, czasami przyjdzie nam zgubić Siebie) zatracić, zmarszczyć, zniesmaczyć, zadowolić fast foodem pewności, i nim sycić. A zmywanie naczyń, cóż, coraz częściej używa się jednorazówek, tak jak coraz to częściej nie naprawia się rzeczy(-), tylko [oczy]()wistością jest nabywanie nowych, czystych, nietłukących…

Jest jeszcze trwanie, lecz by nie było to fałszywie rozumiane, by nie pruło się, nie zacierało i nie przechodziło gładko, i niezauważalnie w wegetowanie, ale to już zależy  w równej mierze i od Ciebie i ode mnie. Tutaj nie potrzeba wielkich snów i słów.  A tam, gdzie są niezbędne Wielkie Kwantyfikatory, jeszcze bardziej konieczne są czyny. Działanie. Byle nie korozja, nie rdza i zaniechanie chęci, gdy inspiruje, a nie tylko nęci.

[W lesie, Michał Bajor, album: Twarze w lustrach, 2002, tutaj z albumu koncertowego :Michał Bajor 30/30 Największe przeboje,Agencja Artystyczna MTJ,2005].

i się nie stało… Nic? Czy aby: na pewno? A jeśli już to czy potrafisz je wziąć  w opuszki palców, jak wspomnianą parę?

*Freud i kobiety to także temat, na kozetkę, tak samo jak jego traumy z dzieciństwa, gdy był szykanowany ze względu na pochodzenie, jak i zasobność (a raczej) nie zasobność portfela. Innym tematem były jego eksperymenty ze środkami zmieniającymi świadomość, i to przez całe życie. Austriak zmarł na nowotwór jamy ustnej.

6 myśli na temat “213.O szwach, podeszwach, podszeptach, i podpatrywaniach, gubieniach i trwaniach. Chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piecho[tą].

  1. Dzięki literaturze alef kojarzy mi się z opowieściami o golemie. Symbol Boga i nieskończoności, nawet w matematyce pewne zbiory nieskończone oznacza się alefami. Literowo zwracam też uwagę na bliskość do alfy.

    Uwaga o kupowaniu nowych rzeczy naprowadziła mnie jeszcze na jedną myśl – dziś starość jest marginalizowana, wypychana poza marginesy nawet niejako podwójnie – tak w wymiarze ludzkim, jak i fizycznym. Co stare i kto stary znika z pola widzenia masy.

    1. Tak, jeszcze zastanawiałam się, czy przytaczać tą opowieść, tą i jeszcze inne, ale po tym jak wpis zaczął się rozrastać, zrezygnowałam. Oczywiście, wierzę i w Czytelniczki i Czytelników, które/ którzy tu zaglądają. Dlatego nie przeraża mnie myśl pisania długich postów, ale alef jest tylko punktem wyjścia. I niebawem do tegoż powrócę, może w przyszłym poście? Dzisiaj jest Światowy Dzień Języka Ojczystego (o języku u mnie można przeczytać trzy poświęcone mu posty: Spis treści- eseje o- o języku)
      Starość jest marginalizowana, to prawda,uwaga na marginesie: jest też taki rodzaj dyskryminacji, gdzie przesłanką jest wiek (albo osoba jest zbyt młoda, żeby… albo zbyt stara).

        1. Tak dokładnie, nie ma polskiego odpowiednika, adekwatnego, dlatego posługuje się nazwą zaczerpniętą z języka angielskiego.
          PS. O tą podwójność mi chodziło. 🙂

    2. Alef, alif – to pierwsza litera alfabetu arabskiego – to w pewnym sensie wyjątki. W tych alfabetach nie ma samogłosek gdyż człowiek i tak zmuszony jest je z siebie wydobyć bo samych spółgłosek niesposób wymówić. Wyjasnia to dość obszernie T. Mann w minipowieści Prawo.

      1. Postrzeganie alef/ alif przez wieki ulegały zmianie, pewne kwestie się zacierały, pewne wracały, tak, czy wyjątki, z pewnością można także i tak patrzeć. Jest to obszar zagospodarowany przez lingwistów/ lingwistki, historyczki/historyków, filozofki/ filozofów i oczywiście osoby zajmujące się literaturą- i każda z nich wnosi swoiste perspektywy. Dziękuję za wspomnienie Tomasza Manna. 🙂

Odpowiedz na 5000lib Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s