[212+1].[IKD +1].Nuuudze się? Nudzę Cię? Aaaa zanucisz coś?

Mini wykłady o maxi sprawach. Leszek Kołakowski, wydawnictwo Znak, źródło
[Mini wykłady o maxi sprawach. Trzy serie.Leszek Kołakowski, wydawnictwo Znak,Kraków, 2003,  źródło].

Słowo się rzekło i to nie jedno. I nawet napisało.(Się samo – istnie) I to co zostało zamknięte w ciągu znaków graficznych zostało. Pora więc wcielić w czyn ich porządek i gramatykę powinności. Oto pierwsza propozycja dla Internetowego Klubu Dyskusyjnego, wraz z pytaniami. Esej profesora Leszka Kołakowskiego: O nudzie. Myślę, że książka nie wymaga wprowadzenia, więc przejdę od razu do pytań.

  1. Nuda jest Kobietą? Jest jedna? Czy wiele? Czy wiele za wiele? Nud, nie kobiet.:)
  2. Czy nudność, to to samo co nuda?
  3. Czy doświadczenie nudy wynika z nieumiejętnego korzystania z czasu?
  4. Czy jeśli człowiek, który doświadcza nudy, albo ją stwarza czyniąc coś nudnym daje tym samym wyraz swojej  nieudolności/ ignorancji?Jeśli tak to w jakich obszarach?
  5. W myśl przekonania, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Mądrość to to samo co inteligencja?
  6. Czy ponosimy odpowiedzialność za doświadczanie nud(y)? Jeśli tak to w jakim zakresie?
  7. Czy nuda może być/ jest  obiektywnym zjawiskiem?
  8. Bycie „w niedoczasie” jako Twarz Nudy, tylko bardziej marketingowo modna, i społecznie atrakcyjna? I także aprobowana?
  9. Czy rzeczywiście, tak jak pisze Kołakowski nuda to cena jaką płacimy za to,że umiemy być ciekawi; nic nie było by ciekawe, gdyby nic nie było nudne. Innymi słowy,: nuda jest nieodzowną częścią naszego społeczeństwa; albo: fakt, że jesteśmy zdolni do uczucia nudy, ludźmi nas czyni*? A może to zbyt powierzchowne wyjaśnienie? Może niezupełne
  10. Czy można być atrakcyjnie nudnym? W jaki sposób?
  11. Czy istnieje niepisany dyktat, przymus bycia inspirującą osobą?
  12. Twoje pytania:

Rozpoczęcie Dyskusji: 11 lutego 2016 roku. Pytania do dyskusji można przesłać wczęśniej, albo postawić je w trakcie. Do tejże można dołączyć w każdej chwili.

*źródło cytatu str. 99.

Reklamy

215. Więcej pytań.

[Zwiastun filmu: Moje córki Krowy, scenariusz i reżyseria: Kinga Dębska,Kino Świat 2016 źródło].

Moje córki krowy. Zobaczyłam. Nie zamierzam ukrywać, że szłam z dużymi… Nadziejami na zachowanie (a nie zaoszczędzenie) zadowolenia po seansie. Wiem, wiem,malkontentki i malkontenci mówią, że dobry polski film (współczesny) to oksymoron, albo wyrażenie przypisane: tylko i wyłącznie do sfery fiction. Poza tym, dobry film o odchodzeniu (i nie jest to odchodzenie od zmysłów) to trudny temat, rozpisany na wiele ról.  No cóż. Niemniej  i nie więcej poszłam, i zaszłam.  Do kina. Na seans, a nie na randkę.

Zaczynając od mocnych stron filmu to wyśmienita gra aktorek i aktorów pierwszoplanowych: Agaty Kuleszy, która jest zjawiskowa, Gabrieli Muskały dawno niewidzianej przeze mnie na dużym ekranie, niedocenianego i nierozpieszczanego rolami na dużym ekranie  Mariana Dzindziela,w nowym dla niego emploi,  również nowa odsłona żuchwała, znaczy żuchwa (ooo!_pada) znaczy,  Marcina Dorocińskiego. To oni trzymają ten film. Doskonale obsadzeni/ obsadzone. To warte podkreślenia.  

Opowieść o (nie)radzeniu sobie z odejściem, definitywnym, nieodwołalnym, i nieuniknionym — Rodziców. Czy aby na pewno? Nie. Jest to film z dużym potencjałem, niestety, niezrealizowanym. Zaprzepaszczonym.

Moim zdaniem scenariusz jest cukierkowy, nierealistyczny (np sytuacje szpitalne, no wskażcie mi sytuację, kiedy to lekarz pociesza pacjentkę na kozetce w taki sposób, albo medyka, który ma tyle czasu dla swoich pacjentów, i żadnej biurokracji, do tego potrafi w sposób przekazać trudne wieści Rodzinie? Takich sytuacji jest wiele, nie będę ich wymieniać, bo nie o to chodzi, a z drugiej strony, nie chcę psuć oglądania- jeśli ktoś/ia się zdecyduje jednak wybrać na seans). Role są napisane schematycznie, by nie wyrazić się[że]: w sposób do bólu stereotypowy. Szkoda.

Zostajemy zaproszone i zaproszeni by towarzyszyć rodzinie, zamożnej. Małżeństwu z długoletnim stażem, z dwoma córkami. Siostry, różne charakterologicznie:. Starsza (można napisać śmiało: alter ego młodszej) aktorka, rozpoznawalna szamanka polskiego showbisnesu, mieszkająca w Warszawie, trzymająca emocje na uwięzi, pod skórą,grubą. Nie radzi sobie z życiem: w uczuciowym jego aspekcie (wskutek symbiotycznej relacji z ojcem. Ojcem, despotycznym, kontrolującym wszystko, który teraz traci równowagę rzeczy_oczywistości wskutek zapadnięcia na glejaka w IV stadium– czyli w najcięższej odmianie) ale finansowym za to bardzo dobrze, racjonalistka, w wiecznym niedoczasie i zajętności, wychowuje, a raczej już nie wychowuje już córki, która jest w wieku wczesnostudenckim i jest u progu przydziałowego, własnego dorosłego życia.

Młodsza (z sióstr)  to zaprzeczenie starszej, łącznie z posiadaniem młodego potomka, i  męża nieudacznika, i ledwo wiążąca koniec z początkiem ze swej nauczycielskiej pensji. Za to pożycie seksualne ma udane. Romantyczka, wierząca w Boga. Czucie i wiara jest dla niej ważniejsza niż szkiełko i oko.Wraz ze wspomnianym już mężem, wiecznie poszukującym pracy, poszukującym skutecznie, tak by jej nie znaleźć– i dorastającym synem,który w wolnej chwili trudni się rozprowdzaniem narkotyków – żyje w któreś z tych małych miejscowości, gdzie piekarnie otwierają zbyt wcześnie, i nikt nie spieszy się z pracy. Gdzieś na skraju mapy. Dokładnie nie musimy wiedzieć gdzie. (Ważne, że zdąży być na czas podczas niedzielnego rodzinnego obiadu). Wyżyć pomagają  im Rodzice (o przeszłości zawodowej matki nie dowiadujemy się nic, ojciec to wzięty architekt, szkoda, że jej figura jest niewidzialna).

Przełożenie  różnic: jeden do jednego.  Starsza z sióstr ma na imię Marta. Młodsza, posługuje się przez cały film zdrobnieniem: Kasia. Szczegół? Wątpię.

Sytuacja odchodzenia Rodziców, jest moim zdaniem, sztucznie wyabstrahowana z rzeczywistości, sztucznie izolowana, aż do bólu, tego intelektualnego. 

Do tego ukazane w taki sposób, by widz lub widzka nie czuł/a się niewygodnie, nie komfortowo w swoim kinowym fotelu. Myślę, że problem z polskim kinem, jego kształtem i kondycją, nie tkwi w braku utalentowanych aktorek, aktorów.Problem ciężkości i spotkania z grafit_akcją, grawitacją, leży gdzieś indziej. Przewróciło się niech leży? Cały luksus polega na tym… Jak śpiewa klasyk. Tylko polega, czy już poległ? Film, czy luksus?

Nie, nie chodzi o to by iść w ekstremum, by wybebeszać wszystko. Delikatność i czułość potrafi wyostrzyć zmysły. Niuans. Szczegół. Pamiętam opis kolacji w książce pt. Rok magicznego myślenia, albo temat przewodni relacji Profesorowej i Profesora w Tataraku.

Nie ma co prawda radosnego i oczekiwanego uzdrowienia, ale jest cudowne uzdrowienie relacji, i starsza z sióstr znajduje pocieszenie i miłość w ramionach przystojnego neurochirurga, siostry ostatecznie znajdują porozumienie.

Tak, było kilka dobrych momentów sytuacyjnych. Tylko nie wiem, czy one równoważą niedoskonałości tegoż obrazu, czy to czyni już film tragikomedią? Moim zdaniem problem jest usytuowany na  głębszym poziomie. W wymaganiu od widzki i widza, i stawianiu wymagań przez tychże. W przemianach społecznych, które jeszcze nie zaszły w naszym kraju nad Wisłą. To po pierwsze. Nie, nie jest to tłumaczenie, jesteśmy młodą demokracją, musimy się wiele nauczyć...

Kinga Dębska mówi o tym, że to obraz autobiograficzny, przepracowanie żałoby, ale jednocześnie nie przełożony w sposób stuprocentowy? Jak przeżywać żałobę? W tym kontekście znaczy śmiech?  Ile musi być autobiograficznego portretu? Czy szycia życia  sterczy, czy [wy]starczy do stworzenia arcydzieła, albo chociaż filmu, który się zapamięta? W jaki sposób, artykułować swoje wymagania wobec kultury popularnej, albo kultury wyższej? I wreszcie, czy sobie sami/ same potrafimy postawić wysoko poprzeczkę,  tak by cel był postrzegany jako realistyczny i atrakcyjny, czyli rozwojowy? W jaki sposób postrzegamy własny progres w kulturze? Czy unikamy trudnych tematów, albo tematów, które mamy szansę postrzegać z innej, nieznanej perspektywy? Czy uczymy się w sposób chętny? Jednym zdaniem. Czy potrafimy, i chcemy, od siebie w sposób mądry wymagać, tak by to służyło naszemu rozwojowi?? A może wcale tego nie potrzebujemy?

—–

Agata Kulesza jako Marta Makowska, aktorka, siostra Kasi
Gabriela Muskała jako Katarzyna Makowska, siostra Marty
Marian Dziędziel jako Tadeusz Makowski, ojciec Marty i Kasi
Małgorzata Niemirska jako Elżbieta Makowska, matka Marty i Kasi
Marcin Dorociński jako Grzegorz, maż Kasi
Jeremi Protas jako Filip, syn Kasi
Maria Dębska jako Zuzia, córka Marty
Maciej Domagalski jako Rafał, chłopak Zuzi
Krzysztof Kiersznowski jako brat ojca
Grzegorz Kwiecień jako asystent ojca

PS. W jakiś sposób przypomina mi to sytuację po obejrzeniu Sesji.

214. Idą zmiany.

Tytuł wprowadza w błąd,wielbłąd, oczywiście czyni to sam. Wujek Sam, dobra rada. Zmiany.  Wcale nie idą. I nie biegną. Stoją. W miejscu. Zmiany przyszły,rozglądają się i niechybnie łypią oczami. Patrzą cierpliwie. I pytają: No i co? Co z nami zrobisz? Albo i nie? Zaniechasz, czy wprowadzisz, wadzisz, czy przychylasz, przychylasz, czy pochylasz… ? Pytań jest wiele, strzępić czcionki nie wypada, bo jak tu taką obgryzioną, przeżutą, i zużytą wstawić do blogu? Niby można. Niby się robi z Wielkimi i Małymi Kwantyfikatorami, sypiąc komunałami…

Już wspominałam, że będę pisać tutaj mniej, po czym na ukazanie się wpisów tych, albo owych dostaje feedback, że: przecież to takie długie, że przecież miało być inaczej, że jest tu tyle tego dobra, że nie wiadomo co ze szwedzkiego stołu wziąć, dlaczego właśnie to, i człowiek nie zajrzy, nie nadgryzie, a już kolejne, pcha się przed oczy. I słowa na język, i myśli do mylenia… Oczy, oczywiście. Z narządami wzrokowymi to ciekawa sprawa jest. Badaczki i badacze zliczyli, i opublikowali, że w takcie trwania ewolucji, rozwinęło się nie mniej niż czterdzieści różnych form oczu, a są i takie osoby, które twierdzą, że jest ich sześćdziesiąt. Zmiany te, zaistniały równolegle i zachowdzą niezależnie od siebie, mamy do czynienia z wolnością procesów.  Daniel Nilsson mówi że trzy należące do różnych grup ryby rozwinęły niezależnie od siebie, cztery oczy. Bathylychops exilis, posiada parę oczu, która skierowana jest na zewnątrz, w ten sposób może patrzeć przed siebie od dołu. Rozwój embriologiczny drugiej pary, w jaką jest wyposażona ta ryba, to nie kopia, pierwszej pary oczu, możemy zaobserwować tu odmiennie przebiegający proces ewolucyjny. Anatomia ludzkiego oka, też jest skomplikowana, owa rzecz się zaciera, i nie spostrzegamy jej w pełnej ostrości gdyż oswoiliśmy tę fascynującą wiedzę. Wiemy już, że Oko zostało zbudowane niejako na odwrót, do „góry nogami” (malowniczo-karkołomna (sic!)metafora), można powiedzieć, tyłem na przód, fotony muszą odbyć drogę zaczynając ją od rogówki,   poprzez soczewkę, sieć wodnistą, płyn surowiczy, naczynia krwionośne, komórki zwojów nerwowych zwane pięknie ganglionami, komórki amakrynowe, komórki poziome i bipolarne, i pręciki, czopki, tam zostaną przekształcone z sygnału świetlnego w nerwowe impulsy. Owe zostaną przesłane do płatu kory mózgowej sterującej zmysłem wzroku. Tam właśnie, w tylnej części mózgu, następuje proces przeształcenia sygnałów w obraz.   To tak piechotką i w skrócie, wielkim. A co tam, będziemy sobie żałować? 🙂 Oswojona (czy też przyswojona wiedza jest niemniej fascynująca od obszaru niewiedzy, ale kryje w sobie o wiele więcej pułapek). 

Wracając do meritum wpisu, będę jestem tutaj niemniej często. Wpisy będą ukazywały się w pełnej krasie. Pisane wyraźną czcionką. To przecież istota blogu, nie jak drzewiej bywało pięć, albo siedem razy w tygodniu, ale ze stałą liczbą. Nie, nie odchodzę, ani od siebie, ani od zmysłów, zmysł ów mówi mi, że jestem. Tak, jestem. W zastanowieniu, w zadawaniu trudnych pytań, we wsłuchiwaniu się w odpowiedzi, w odwiedzinach i bywaniach, w zastanowieniach, przytakiwaniach i przeczekiwaniach, w zaprzeczeniach, w konfiturach ze słów i znaczeń.

— Składam się, z przeinaczejń, rzekła czcionka.

Chociaż jestem w stanie skupienia, u_wagi, nie jestem w stanie określić, nie przekreślić z jaką częstotliwością będą ukazywały się wpisy, czy będzie to raz, czy dwa razy w tygodniu, czy raz na trzy, czy będą one, krótsze, czy dłuższe. To co nie ulegnie zmianie to rzetelność i wymagania stawiane sobie (nie nie na półce, by sycić wzrok). Myślę sobie, czasami mi się to zdarza, że tak będzie z korzyścią dla nas, może zachęci to nie jedną osobę do poszperania w archiwach? Do zabrania czcionki i głosu w dyskusjach? Do niespiesznego przesłuchiwania albumów?

Nihil novi, ta osoba, która by to powiedziała, miałaby rację,w tym znaczeniu, że określiłaby to, co już ma miejsce od pewnego czasu. Blog szuka swojego rytmu, tak by móc konsekwentnie obrastać treścią, po cichu po wielkiemu cichu. Myślę, że jest to w y r a z (lubię je smakować) dojrzałości. Nie porzucam, nie zawieszam, nie sumituje (się). Daję czas, Sobie, Nam na wędrówkę po często nie łatwych treściach, tak by nie spocić czcionki, (albo robić to tylko czasami, i to nie będą czasy przeszłe, ani przyszłe niedokonane)… Nie ma w tym cienia paternalistycznego myślenia (rym niezamierzony, acz uskuteczniony). Daje znać. Jestem, posiadam moc władania czcionką i nie zawaham się jej użyć :). Regularnie uskuteczniając ćwiczenia z myślenia. Dziękuję Tobie, że zaglądasz, czytasz, komentujesz, albo zamierzasz komentować. Take your time 🙂

Noty w jakiś sposób związane (przynajmniej) skojarzeniami, można przeczytać przy innej okazji:

  1. pierwsza: to tu;
  2. druga: tam ;
  3. trzecia: jeszcze gdzie indziej;
  4. czwarta: wiadomo gdzie
  5. piąta: domaga się kontynuacji;
  6. szósta: cóż, droga.
  7. A siódma?

213.O szwach, podeszwach, podszeptach, i podpatrywaniach, gubieniach i trwaniach. Chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piecho[tą].

      Zazwyczaj po kolacji najpierw zmywam naczynia, a dopiero potem siadam, by napić się ze wszystkimi herbaty. Pewnego wieczoru Jim chciał mnie wyręczyć, więc powiedziałem: „Dobrze, ale jeśli chcesz zmywać, musisz wiedzieć jak to się robi”. Jim się obruszył. „Nie żartuj! Myślisz, że nie wiem, jak zmywa się naczynia?”Odparłem: ” Są dwa sposoby zmywania. Pierwszy  —to zmywanie naczyń, po to by je umyć i drugi sposób: zmywanie dla zmywania.

[Cud uważności. Zen w sztuce codziennego życia prosty podręcznik medytacji, Thich Nnat Hanh, przełożyła  Grażyna Draheim, Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa, 2008,   s.17-18].

      W  języku hebrajskim istneje litera, na temat, której powstają traktaty historiozoficzne,  filozoficzne, legendy dudnią poprzez wieki przetartymi głoskami i głosami, łuszczy się czcionka w niejednej tonacji atramentu i argumentu (tudzież piksel łaskawie zaświeci). Liter tura, to nie zawsze, i nie często (nawet) literatura. Nie będziemy jednej, jak i drugiej- kłopotać. Nadgryzać i kosztować. Nie będzie nas to nic kosztować.  Nie będziemy ich zużywać i nadużywać by przedstawiać (o zgrozo), i przestawiać choćby w zarysie jej historii. 

Litera, o której wspomniałam to  alef.

Nikt już nie pamięta jej dźwięku,  nie potrafi wymówić, a jednak skrzy się w meta pamięci. 

Problem istnieje, nie ze względu na skomplikowaną artykulację, jak można by przypuszczać, ale: z jednej strony: problem ten tkwi (jak zwykle) w szczególe:   a ten we skazaniu   na dźwięk,   z drugiej strony:  nie wiadomo jak nadgryźć kwestię ze względu na swą Prostotę, tę przez wiekie Pro.  I jeszcze, to Alef nie jest znakiem, albo przedstawieniem dźwięku, tak jak zwykło się to rozumieć. To rodzaj niemego wsparcia dla samogłosek, które współwystępują w jej towarzystwie.

Paradoks. Para i doks. (doks =doc). Para– wspomnienie kropli wody, dok[s]- fonetyczne zapożyczenie z angielskiego, plus chwilowa słowotwórczość?(*skojarzenie z dokumentem). A więc wspomnienie tego, co było… Zestawienie kilku rzeczywistości nadgryzających się wzajemnie. Albo para jako dwoistość, po_mnożenie, albo nadmnożenie… Przemożne żonglowanie znaczeniem. Znamieniem słowa, sumieniem rozumienia, mienia, mania, posiadania. Znania, kosztowania, używania. Bycia, tycia, doznawania. Pssssyt. Iskierka  g a s ł a, gusła,  gasła,  gusta…. zgasła.

Jednocześnie można powiedzieć, a nawet napisać (sic!) wcale nie minąwszy się z prawdą, że to najważniejsza z liter w hebrajskim alfabecie. Ostrość nieobecności, nieobecność niedogodności…

A stroniąc od metafor i neologizmów można powiedzieć, że to raczej takie przyłapanie go na gorącym, ba, wrzącym uczynku, dźwięku gdy  ten zaczyna dziać się w gardle. Spinoza wspominał o otwarciu się dźwięku w gardle.  Dlaczego wspominam o alef, dając jednocześnie na początek wpisu cytat o [nie] zmywaniu naczyń? Z kilku względów. Wglądów i wyglądów, też.

Po pierwsze, chcę zwrócić uwagę na ciekawą i wielowątkową historię tej litery.

Po wtóre- chcę musnąć nie oczywistości, i delikatności.  I podszewki zastanowienia. Niezależnie od tematu, przewodniego, i podwodnego, znaczy,zmywanego, zmywalnego, doświadczanego, czy tylko dotkniętego, muśniętego, tego i tamtego. Niezależnie czy jesteśmy w „tu” i „teraz”, czy „tam” i w  „potem”.

[***]

   To zastanowienie, prowadzi nas, albo prowadzimy siebie przez świat zastanowieniem ku kwestiom, które stawały pewnością w prze(-)ł y k u i oku. A po podejrzeniu i przejrzeniu, i przyjrzeniu się, już takie nie są. Jeśli zaś gra idzie o delikatnć to piszę się o niej w kontekście zwrócenia (nie tak jak się zwraca resztę, ale tak jak się daje i przyjmuje, ale nie tak jak się przejmuje, (czyli albo zanadto, albo bez namysłu. Jakiegokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek, czyli równowaga).

Podejmuję więc temat delikatności także w kontekście zwrócenia :  s z c z e g ó l n e j  uwagi na kwestie, te, lub inne. Kto postuluje bycie delikatnym na co dzień? Wobec kogo? No i koniecznie m u s i  istnieć p o w ó d (nie chodzi o stronę procesową, ale o bycie w procesie [psychologiczny]).  Nie chodzi też o stapianie po wodzie, po wód kres. I nie chodzi o koniec rautu…

A delikatność b e z  okazji?

Co wzmacnia alef? Niewidoczna, a jednak pierwsza? Nie, nie taka znów niedostrzegalna,nie przeźroczysta, i -bynajmniej, nie stojąca na uboczu. 

K w e s t i a    d e l i k a t n o ś c i , nie w aspekcie s e n s u a l n o ś c i. Tylko głębiej, nie po wierzchu, nawet nie po wierzchołku. I nie (tylko) wobec osób, które postrzegane są (ogólnie- lub w danej sytuacji) jako wrażliwsze, słabsze? I — pytania nadprogramowe- gdzie znajduje się źródło siły? Czy okazywanie komuś delikatności może być środkiem do ustalenia hierarchii, narzędziem nacisku (ucisku)? Czy, wtedy (jeśli to nadal możliwe) jest to nadal delikatność? Czy z niej pozostają tylko ości, które stają w gardle? Czy wszystko można złapać, doświadczyć, przeżyć, dotknąć… Chociażby najnajnajdelikatniej? Czy potrafisz wziąć  w opuszki palców parę, jaki ma ona wtedy kształt? Czy alef nadal istnieje? I czym jest zmywanie naczyń?

[***]

       Jest jednym z tych Artystów, którzy umeblowali moją wrażliwość, dodawał swoje komentarze, wobec wymagań, które należy stawiać wykonawczyniom i wykonawcom, ale przecież nie tylko im, ogólnie uczestniczkom i uczestnikom kultur(y) niezależnie w jakiej roli występują i z jakich perspektyw doświadczają oglądu rzeczywistości. Jego twórczością pod i na_siąkałam po woli i powoli. Stopniowo.  Niespieszną konsekwencją. Dziwnie (czyli jak? Nieprzystająco, czy niekonsekwentnie? Czy może mętnie?)  to z a b r z m i, (sic!) ale co tam, (i tu też) pewności delikatności z jaką wszedł  ze swoimi propozycjami momentami była wstrząsająca, zabawna i  kojąca. Przykład zatem jak najbardziej na miejscu, swoim. Przecież to nie rozchwiane, niezdecydowane wibrato ale wsłuchanie się i Odkrycie tego co i w j a k i  sposób robi pozwoliło mi sięgnąć myślą, uczynkiem i (za)słuchaniem Dalej.I było mi bliżej. I ciężej i lżej. Jak w tyciu. Jak w życiu. Nie chodzi o efekt jojo, tylko o pewną gramatykę i gramaturę gramatyki rzeczywistości.

[Popołudnie, Michał Bajor, z trzeciego albumu].

}***{

     Myślę,  że to co mnie przekonuje  to kwestia smaku, inteligencji, i humoru, tego szukam również w sztuce,kul_turze  i w wśród innych tur i tam i nie tylko par_(czworokątów)[t]y_  (i innych tur) tur. Na umór? W mol, czy w dur? I bez i ze zwątpieniem, to mi zostało. Stało i leżało i gimnastykowało się przez lata. Gimnastykowało bo ruch, jak wiadomo — to zdrowie. Podobno.

Usprawiedliwienie (by nie podejmować trudu dyskusji) jest jedno, niepodzielne i zużyte do granic niemożliwości i nasuwa i zsuwa się samo (w skutek wy_tartych krawędzi czcionki): de gustibus non est disputandum. A pytam: dlaczego?  Nie, nie przepraszam,  i nie przepraszam, ale wciąż pytam. Pytam: dlaczego nie? Chodzi o dysku[r]sję a nie dyskredytowanie. Chodzi o pokazanie, by ktoś/ia mógł (lub mogła) dostrzec, zapoznać, posmakować. Przychodzi mi na myśl, przekład i przykład (nie bez związku, a ze związkiem, takie to o to ro-związki, podwiązki…). Ad rem! W odmianie ram, dam,  na razie.

Wiem, że nasiąknęliśmy wespół zespół  gramatyką, grawitacją i dydaktyką Bagnetu na broń, ale to zwodnicze i zasadniczo ugruntowane. Władeczek oprócz tego, że  rósł jadł rosół w niedzielne i inne dzielne popołudnia, chował się pod wielkim czarnym fortepianem by uniknąć żmudnie smędzonych, spędzanych godzin które miał spożytkować na  ćwiczenie gam, by kiedyś tam, czyli w odległej przyszłości mógł powiedzieć: „gram”. I nie było by to granie na nerwach, ani na strefach erogennych… Wizje występów solowych (mono_gram, ale nie dramatycznych: mono_dram) miała Babka, ale mieć przestała. Z czasem.

      Władeczek, pełen młodzieńczej egzaltacji, mężniał konsekwentnie, raz wyraźniej, a raz mętniej. Rósł i wzrastał środowisku kobiet, przez nie wychowywany (antenaci linii męskiej bardzo szybko zmarli). Biografowie i biografki pewnie napiszą jeszcze jak środowisko w którym został wychowany wpłynęło na jego przyszłość, ale dziś nie o tym.

Gdy powstały Legiony Władysław Broniewski, bo o nim mowa, uciekł walczyć, co ważne przebył drogę z Płocka (zabór rosyjski) obrzucany prawie że kamieniami, wcześniej pisał egzaltowane wiersze, wydawał gazetkę szkolną do której pod różnymi pseudonimami tworzył by zapełnić szpalty (Młodzi idą) nie dorósł jeszcze do wojny (jeśli kto/sia może kiedykolwiek dorosnąć), a już HISteoria i historia krzyknęła: „Baczność” i Władeczek z gorącym sercem nie bacząc na niesprawiedliwość i inne ości, pognał na pole nie jednej bitwy, i nie jednej wojny.   Brał udział w  Polsko- Bolszewickiej (tak, tak) — cóż niewygodny i nie godny był to fakt dla władz przyszłych, będą taić ten fakt, ale on od taje, tak jak i nastaną inne rzeczywistości by ukazać, choć przez mgnienie, rzeczy oczywistości, w innym świetle, i na odmiennym tle.

Tym, a raczej tamtym czasem, to on Broniewski (wy)rzuca rzeczywistość żakowską po trzech miesiącach, i rusza w bój. Dostaje Virtuti Militari i cztery Krzyże Walecznych, prawie dwudziestopięcioletni kapitan doskonały w walce, nie sprawdza się wśród raportów za biurkiem, ubrudzony, utrudzony i przestraszony wojenną rzeczywistością wychodzi do zewnętrznego świata, ale nie światła,  poeta z pokolenia Skamandrytów, wskutek tego co przeżył, nie przystaje do perspektywy jaką włada Książę Poezji . Jego ówczesne wiersze naznacza wojskowy dryl i rym i rytm. To w wojsku próbował zabić, a raczej zapić ból, to  zaczyna się jego choroba alkoholowa.

Zrzuca mundur, wraca na studia. Kocha na akord. Ba, uwodzi na akord. I czerpie garściami ze zmysłowych doświadczeń. W swoim diariuszu opisuje zarówno kochanki, kontakty z kobietami świadczącymi usługi seksualne, i choroby STD i STI, na które cierpiał. Wszystko z aptekarską dokładnością, nie przepisywał co prawda, jak Iwaszkiewicz swojego dziennika, lecz notował co do joty.

Gdy był w związku narzeczeńskim z pierwszą (liczebnik wskazuje, więc, że nie ostatnią) żoną pochwalił się, czy też podzielił się wiadomością, że będzie miał dziecko, z inną, i że ona ta przypadkowo poznana, kobieta, nie chce tego dziecka usunąć, a on, przecież ma się żenić, przecież nie wie co zrobić, i jak rozwiązać ów konflikt…

Broniewski zaczytuje się też tym, co pisał Majakowski, (mieli okazję się poznać później, jego fascynacja ostygła). Jego stosunek do władz był niejednoznaczny, i przekłamywany niejednokrotnie. Jak widać skutecznie. Cierpiał w więzieniach sowieckich, o czym się nie mówiło, nie wspomniawszy o pisaniu.Znana i powtarzana do bólu jest anegdota, o tym, jak odmówił napisania nowego hymnu Polski, o tym co wyśpiewywał będąc na rautach (i na rauszu) znane są jego rozmowy z Ireną Krzywicką, chociaż – tak, to prawda, znane od niedawna. Gdyż był to,  w powszechnej świadomości, poeta jednoznaczny, jakże krzywdząca to opinia.

Nie chodzi o to, żeby wspomnieć, iż  pomagał ludziom, a czynił to  bez względu na przekonania polityczne, społeczne, czy jakiekolwiek inne, chodzi o to, że zawładnęła pamięcią o nim władza PRLu,  a to człowiek o, jakże się mówi brzydko- wyższościowo, fascynującej biografii. Człowiek zagmatwany… Czy spełniony? Nie wiem, czy doceniony? Z pewnością nie. I jako człowiek, i jako Artysta. Nie we wszystkim można się z nim zgadzać lecz poprzestając na tym, co zwykło się nam mówić, lat temu kilkanaście, pozostaje — przede wszystkim- ze szkodą dla nas. In presja? In pasja? Nie, już nie. Każda osoba, czytająca ten blog, albo wręcz przeciwnie, głaszcząca tylko litery wzrokiem, albo jeszcze  bardziej przeciwnie, nie czytająca go wcale, czy też z niezgody, czy z niewiedzy, że istnieje (i ma się dobrze) potrafi się uczyć i potrafi się nauczyć. I gromadzić i zużywać i dzielić nie tylko skórę na niedźwiedziu, ale i się wiedzą.

Impresja— ledwie wspominam, o tym i owym, o pożegnaniach, opłakiwaniach, powrotach, zmartwychwstaniach (chociażby jego drugiej miłości, miłości Wielkiej, o której myślał, że  zmarła, wydana na porzarcie Historii, w najczarniejszej i najbardziej okrutnej wersji — w obozie zagłady, to dla niej porzucił emigrację, to ją już opłakał i z nią się pożegnał gdy schorowana śmiertelnie wróciła do kraju, to on płacił rachunki za jej pobyty w szwajcarskich prewentoriach, to jemu historia wystawiła słony rachunek, zacierając przydziałową biografię, przycinając ją do czasu przeszłego). Nie wspominam o tragicznej śmierci Córki Bzdurki, wtedy to utracił sens życia (miał epizod ubezwłasnowolnienia, i odosobnienia, co pozwoliło mu na przeżycie jeszcze kilku miesięcy). Zmarł na raka krtani. Straszna to śmierć.

Gdy o tym piszę, przypomina mi się fakt, jak Kafka, cierpiący z tego samego powodu błagał by lekarz wstrzykiwał mu morfinę prosto w tchawice (tchawica to rodzaj umięśnionej rurki), by pozwolił mu odejść, że jest w takim stanie,że zazdrości roślinom deszczu, samodzielności i samaku wody… Straszna śmierć. Głodowa. Gdy nie można wymówić, wyszeptać, wypowiedzieć słowa, gdy z tych słów utkane było życie, a nawet gdyby nie to przecież, żadna różnica,  umysł pozostaje jasny i świadomy, ciało odchodzi, ukazując swoją władzę i niewładność.  Ość. Dość.

Władysław (władca sław[y]?) Broniewski zawłaszczony przez jedną z narracji, jest bardzo skrzywdzonym, gdy w kontekście biograficznym  odczytamy wiersz Bar pod zdechłym psem,  w sugestywnym wykonaniu Michała Bajora staje się nie tylko  fantastycznie opowiedzianym momentem, sceną rodzajową, ale i wstrząsającą hist[e]orią. Dlatego, ten przykład i przekład jest na miejscu, w kontekście wpisu uzasadnionym. Kto(sia) by podejrzewał(a) Broniewskiego o taki wiersz, słysząc po raz pierwszy to wykonanie nie wdając się    w   s  z c z e g ó ł y?

[Bar pod zdechłym psem, Michał Bajor, muzyka: Włodzimierz Korcz, słowa: Władysław Broniewski].

Podobnie jak ma to się z autorem Ulissesa, w Dublinie. Gdyby przyjrzeć się trójce: Broniewski, Kafka, Joyce punktów, jeśli nie wspólnych to stycznych, jest więcej, niźli statystycznych (tych wynikających ze wspólnej profesji) chociaż jednej, ale zatrzymajmy się chwilę przy kawce (dużej, czarnej, mocnej, ciepłej w zmrożonej filiżance), wróć, Kafce. I będzie to  chwila dłuższa...

 W Pradze jest ponoć wiele produktów, sygnowanych jego imieniem i nazwiskiem. Chociaż on, chadzał utartymi szlakami, podróż z miejsca pracy do domu, albo na odwrót zajmowała mu nie więcej niż kwadrans. Czy mamy szansę dziś zrozumieć Franciszka? Dla niego to już nic nie zmieni, a dla nas? Urzędniczo podporządkowana rzeczywistość? Tak, bez wątpienia. Ale to: „tak, bez wątpienia” to takie szkolne przyklepane, ugłaskane i uformowane rozumienie, nie podważone niczym wcześniej, nietchem,  i innym tchem o Nietzschem innym razem, co nie znaczy, że dziś jest o niczym...

Ad rem! Franciszek Kafka nie był urzędnikiem niespełnionym, poranionym i piszącym w czasie pracy, marznącym (być może) marzącym (czasami) ale nie karmiącym się mrzonkami i snami. Sprzedano nam nieszczęśliwy, niespełniony obraz urzędnika, który zapragnął być pisarzem, a my, bez mrugnięcia okiem, czy też szkiełkiem i okiem, czując i wierząc kupiliśmy to bez dwóch zdań (zwątpienia)[* zwątp + pienie – pienie ros. śpiewanie. Zwątpienie- wykonywanie pieśni na część zwątpienia 🙂 )]. A jak to zwykle bywa, sprawa ma się inaczej, niż jesteśmy do tegoż przyzwyczajone i przyzwyczajeni. I przyczajeni nie w tej rzeczy oczywistości. Po tej długiej introdukcji, zmierzam do celu. Spróbujmy ten obraz uzupełnić, przynajmniej jego fragment. (Bez smętku i sentymentu, tam, czy tu).

Anegdota, podczas gdy Franz czytał swoim przyjaciołom swoją najgłośniejszą powieść (a ściślej rzecz ujmując, to co miało nią się stać) autentycznie płakał ze śmiechu, i nie był to płacz rzewny.  Nie tylko sugestywnie pisał, ale mógłby, w przyszłym życiu, zostać aktorem. Gęstość mroku, jego intensywność zdumiewa jeśli spojrzymy na to, co rzeczywiście było. (Tak jak w przypadku Broniewskiego).

Człowiek,pochodzący z bogatego domu, w którym mówiło się po niemiecku. Człowiek, który ubóstwiał towarzystwo, potrafił się nie tylko w nim odnaleźć, ale przewodzić, bywał w najlepszych klubach, uwielbiał teatr, sztukę, kawiarnie, ciekawy był koncertów, potrafił ponoć grać na fortepianie. Bon vivant? Z ciekawością poszukiwał swoich tożsamości. Nie zupełnie. Wychowywany przez surowego, ba despotycznego ojca (patrz, charakter starszego Witkiewicza) w otoczeniu trzech starszych sióstr, które go kochały ponad życie (zginęły w obozach koncentracyjnych). Zwłaszcza najmłodsza z tegoż grona. Wspominając o dzieciństwie pisarza, należy nadmienić, o dosyć bolesnym fakcie, który nie usprawiedliwia, bynajmniej, postępowania Hermanna, dwóch jego  synów, którzy wcześniej przyszli na świat, rozstali się z nim zbyt młodo, nie poznawszy Franza. Zmarli we wczesnym dzieciństwie. Franz Kafka doświadczył zimnego chowu, nie mógł się poskarżyć, że coś go boli, albo, że czegoś się boi- raz, w takiej sytuacji, ojciec zamknął go na balkonie, w nocy, z kategorycznym nakazem, uspokojenia swoich emocji, miał go wpuścić ponownie do domu, jeśli ten się uspokoi. Gdy Franz dorośnie napisze list do ojca, który będzie dla niego swoistą formą autoterapii, psychoterapii, jeszcze przed nastaniem Freuda*. Ojciec nie rozumiał nie tylko świata, który należał wyłącznie do Franza, ale ubliżał i konfratrom, i stosował opresyjne nakazy i zakazy. Max Brod(przyjaciel, wykonawca testamentu pisarza, który się sprzeniewierzył jego woli, nie spalił jego dzieł, nie tylko je wydał, nadając tytuły, ale także niektórych z nich próbował— na szczęście bez powodzenia- zmienić treść) ten oto Max, napominał rodziców, że ich postępowanie, pcha Franza w ramiona śmierci. A zważywszy na fakt, że dom rodzinny, opuścił przeżywszy niespełna cztery dekady. I to z  powodu wielkiej miłości, wcześniej utrzymywał znajomości korespondencyjne, przynajmniej z kobietami, a poza Felicją, z którą był zaręczony— otaczał się kobietami o silnym charakterze. Znane są jego listy, a raczej ich część- te, których nie zdążył spalić, albo których nie skonfiskowało Gestapo. (Związki z nimi to temat fascynujący, wystarczy nadmienić z imienia i nazwiska: Milena Jesenská, Felicja Bauer, Dora Diamant.Nietuzinkowe postaci). A może to jest tak, że nie bez znaczenia, była postępująca (w tempie galopującym) choroba, i przeczucie skończoności? Owa skończoność towarzyszyła mu od dzieciństwa, nie (tylko) dlatego, że zmarło dwóch braci, ale także dlatego, że sam był słabego zdrowia, i zmuszony był korzystać z usług prewentoriów. 

Tego nie wiemy, przynajmniej, na pewno. Człowiek, który miał przepowiedzieć holokaust, ale go — na szczęście— nie doświadczył, i tak jego twórczość i osoba, kojarzona jest ze smolistym, nieprzeniknionym i nieuniknionym mrokiem. Krok za krokiem. Szukanie i znalezienie pod podszewką, pod poduszką, i pod powieką.

  

          Bo chodzi o to, by na Brzeg Świata dotrzeć piechotą, tą by się zetrzeć i radośnie zestarzeć. Problem w tym, że w patrzeniu i spostrzeganiu nie rzadko nie dostrzegamy szwów. I by to, w końcu, móc uczynić, potrzebny jest trening. A to wiążę się z mozołem, z poświęceniem czasu, i z błądzeniem, czyli nie rzadko z kwestiami niewygodnymi, których chcemy uniknąć.  Podeszwy się zdzierają, mokną, może i buty uciskają, podszeptom, nie zawsze można (za) i przed- wierzyć, tym z nich, które dotrą do naszych uszu(i nie zetrą się w szum).  Czasami przyjdzie nam się zgubić (wiedzę- tak jak nie potrafimy złożyć w całość tej dotyczącej alef, nie potrafimy rozróżnić, co legendą, mitem, a co podaniem naukowym, czasami przyjdzie nam zgubić Siebie) zatracić, zmarszczyć, zniesmaczyć, zadowolić fast foodem pewności, i nim sycić. A zmywanie naczyń, cóż, coraz częściej używa się jednorazówek, tak jak coraz to częściej nie naprawia się rzeczy(-), tylko [oczy]()wistością jest nabywanie nowych, czystych, nietłukących…

Jest jeszcze trwanie, lecz by nie było to fałszywie rozumiane, by nie pruło się, nie zacierało i nie przechodziło gładko, i niezauważalnie w wegetowanie, ale to już zależy  w równej mierze i od Ciebie i ode mnie. Tutaj nie potrzeba wielkich snów i słów.  A tam, gdzie są niezbędne Wielkie Kwantyfikatory, jeszcze bardziej konieczne są czyny. Działanie. Byle nie korozja, nie rdza i zaniechanie chęci, gdy inspiruje, a nie tylko nęci.

[W lesie, Michał Bajor, album: Twarze w lustrach, 2002, tutaj z albumu koncertowego :Michał Bajor 30/30 Największe przeboje,Agencja Artystyczna MTJ,2005].

i się nie stało… Nic? Czy aby: na pewno? A jeśli już to czy potrafisz je wziąć  w opuszki palców, jak wspomnianą parę?

*Freud i kobiety to także temat, na kozetkę, tak samo jak jego traumy z dzieciństwa, gdy był szykanowany ze względu na pochodzenie, jak i zasobność (a raczej) nie zasobność portfela. Innym tematem były jego eksperymenty ze środkami zmieniającymi świadomość, i to przez całe życie. Austriak zmarł na nowotwór jamy ustnej.

212.[IKD]. Internetowy Klub Dyskusyjny.

logo miniCzy kiedykolwiek ogarnęła Cię przemożna chęć podyskutowania o (książce/ obrazie/ malarstwie/ płycie)? Czy kiedykolwiek chciałeś/ chciałaś dalszej dyskusji, ale albo nie było czasu, albo towarzystwa, za to na podorędziu znajdowały się inne wytłumaczenia ? Czy kiedykolwiek  zastanawiałeś/ łaś się nad tym po co [nie] warto sięgać: co zobaczyć, przeczytać, czego posłuchać? Nie tylko czy, ale i Czym można było się zainspirować?

Pamiętasz może ten błysk w oku i ciepło rozlewające się w okolicy serca, gdy dowiadujesz się, że nieznany Ci dotąd człowiek czyta to samo, co Ty, słucha podobnej muzyki, albo inspiruje Was podobny sposób patrzenia na Świat? Czy jesteś ciekaw[a] spojrzenia na daną kwestię z innej, może nie dostrzeżonej wcześniej perspektywy? Nużą Cię opowieści o najnowszych wrzaskach mody? Szukasz czegoś i n n e g o Wiesz, że nie każda wymiana zdań jest dyskusją, ale często pierwsza jest mylona z drugą?

Jeśli tak jak ja, przynajmniej na jedno z pytań odpowiedziałeś/ odpowiedziałaś: „tak” zapraszam Cię do uczestniczenia w Internetowym Klubie Dyskusyjnym.

Wiem, że miejsc gdzie można podyskutować o książkach jest wiele, czynienie  tematu przewodniego z impresji po odbytej lekturze stało się treścią niejednego blogu i jest to podejście dość popularne. Mnie zaś brakuje d y s k u s j i  (na tematy wszelakie, ale nie na czcze dyskusje o niczym). Najczęściej poruszanym tematem, i kwestią wymiany poglądów jest dany tytuł, pozycja, nie rzadko bestseler (albo inna najlepsza-oczywiście- marketingowa włoszczyzna).

Proponuję odejść od  trendu. Jestem zdania, że doskonałym przyczynkiem do rozmowy nie musi być tylko i wyłącznie beletrystyka, ale także książka naukowa, czy artykuł o takim charakterze, jeśli nie  zawartość książki, to np. problem poruszony w którymś z rozdziałów. Gorąco wierzę w to, że nie tylko literatura, ale i inne dziedziny takie jak album płytowy, czy idea/ problem, kwestia w sztuce,  są ciekawe, warto o nich porozmawiać.

Zasady (bez kwasów):

  1. Dyskusja będzie odbywała się raz w miesiącu (albo: raz na dwa miesiące) data rozpoczęcia będzie podana wcześniej.
  2. Problem i źródło które będzie clou dyskusji również podam z wyprzedzeniem kilkutygodniowym, tak by osoby zainteresowane miały czas zdobyć (np. wypożyczyć z biblioteki) i zapoznać się z nim.
  3. Zawsze będzie tzw. nota wstępna (Podanie  tematu i pytań, krótkie wprowadzenie: jeśli uważam za niezbędne).
  4. Temat, zakres, i materiały wybieram samodzielnie, ale otwarta jetem na propozycje.
  5. Dyskusja będzie prowadzona na blogu 5000lib.wordpress.com  za pomocą komentarzy. Odbywać się ona będzie, jak zwykle pod danym wpisem oznaczonym: skrótem [IKD+ nr dyskusji].
  6. Do dyskusji można dołączyć  w każdej chwili. Wystarczy tylko zapoznać się z materiałem, który należy zdobyć we własnym zakresie.
  7.  Jak zwykle na blogu obowiązuje netykieta.
  8. Nie trzeba prowadzić własnego bloga, by uczestniczyć w dyskusji, konieczne jest podanie takich danych jak przy zamieszczeniu „zwykłego komentarza”.
  9. Autorka nie odpowiada za opinie wygłaszane przez innych uczestników i uczestniczki.
  10.  Dyskutując oddzielamy „problem od osoby” tj. nie dopuszcza się argumentów ad personam, dyskutujemy o meritum.
  11. ..

 Lista dyskusji:

211. Ups, za, za, „za” i „po”. No nic. Trudno. Zapomniałam… (Jaki był tytuł wpisu?)… Ktos(ia) pamięta? Nie?

Czy to konieczne? – pyta Eurydyka. Hermes uśmiecha się i milczy. Idą. A ciemność rozstępuje się przed nimi. i zaraz na powrót zamyka. Tak kroczą przez niezliczone bramy.

— Czy to naprawdę konieczne? – pyta Eurydyka — Orfeusz jest stary – mówi- więc niedługo będę z nim żyła.

Z a p o m i n a m zupełnie z jakich ziół robi się napar, który leczy jego obolałe od śpiewu gardło. Co znaczy wstawanie o świcie, i czego chce mężczyzna, kiedy dotyka mego brzucha.

— Wszystko sobie p r z y p o m n i s z – mówi łagodnie i bez przekonania Hermes.

[Król mrówek. Prywatna mitologia. Zrekonstruować próbował, i przypisami opatrzył Ryszard Krynicki, Kraków, Wydawnictwo a5, s.8- wyróżnienie własne].

Są.Smaki, zapachy, przebłyski, które (za)mieszkują  przeszłość(i). I   t y l k o   tam wyznaczają wektor swojej obecności. A może tylko w takowym s t ę ż e n i u wytężenia proporcji przez nią zawłaszczane?

Gdy się wzdłużamy, a już na pewno gdy wyrastamy z młodzieńczych fascynacji, marzeń, i złudzeń (o! Zwłaszcza tych ostatnich) one wychyną na powierzchnie naszych rzeczywistości coraz rzadziej, a się mylę? Może dzieje się  tak samo, tylko mniej śmielej? Nie rychlej? Trzeba je wypchnąć, leciutko pociągnąć za  paluch u nogi, by przekroczyły ledwie widoczną, przykurzoną kreskę, tą, która wyznacza granicę, pogmerać, rozprostować myśli, pogimnastykować słowa, pogłaskać zastanowienia, spojrzeć inaczej, uczyć się wymagać od siebie...

Tego nie wiem.

J e s  z c z e. [To słowo: albo daje nadzieje, albo… odwleka (nawleka?) nieuchronne wypadki].

     Przychodzi do mnie w różnych okolicznościach przyrody i takowych dekoracjach. Chyba, od zawsze traktowałam go jako opis procesu zakochania, czy/i trwania miłości,  uczucia większego, trwałego, choć zmiennego w swej naturze.  Próbę,  i to udaną, uchwycenia na gorącym, ba na wrzącym uczynku procesu, d z i a n i a   s i ę.    A teraz p r z y c h o d z i (nie powiem, że nie ma nikogo w domu, skoro przyszedł, to go wpuszczę, a zatem) przchodzi czas, gdy okazuje się, że nie wszystkie piosenki są o miłości. [Wiersz Ewy Lipskiej pt. Krótka bajka, bo o nim piszę, został  opatrzony muzyką i wyśpiewany]. 

Bardzo Dobrą twórczość poznawałam po tym, że można było ją odczytywać z wielu perspektyw, patrzeć nań z wielu płaszczyzn, a ona tylko zyskiwała, choć czas, robił to co jedynie potrafi i to najlepiej,  upływał. Ale i dodawał znaczeń, wystawiał na próby, i postarzał rysy twarzy.  

Okazało (ukazało:) się, że jest to wiersz o naturze, a przede wszystkim o procesie (procesach):  widzenia, patrzenia i spostrzegania.

Są takie wiersze Ewy Lipskiej, które zatrzymywały mnie od razu. W mgnieniu. 

Gdy go usłyszałam  powrócił ten i tamten smak, zapach, u c z u c i e. Jakie? A no,  nie wszystko możemy zdefiniować od razu. Przyciąć, wyciąć, ująć, uformować,  w słowa, które mają swoją gramaturę, gramnaturę, znaczy gramatykę. 

To trochę jak z atomem.  

Nie wiadomo jak wygląda, ale już Człowiek go rozbił, rozebrał na czynniki pierwsze, drugie i kolej – (na inne) -ne. Aby uzyskać obraz atomu naukowcznie i naukowcy używają najnowszych mikroskopów, za pomocą których można [w y] c z u ć, ale nie zobaczyć. [(Prędzej można baczyć, czyli: mieć na uwadze, ale można też zboczyć- chociażby z wytyczonej drogi. Nie nie, idźmy tą drogą)]. To tak jakbyś zbliżył/a dłoń do ekranu telewizora na minimalną odległość, tak by jednak go nie dotknąć.  C z u c i e. Przeczucie.  Mgnienie. Przypominanie pamięci. Podróż na obrzeża map.

T a  m,    c z y l i    D a l e j. 

[Przykład]:Zanim dziecko nauczy się mówić, długo przed tym faktem, odbywa tak niebywałą podróż, o której jeszcze nie wiele wiemy. Zanim wyda odgłosy chociażby przypominające ludzką mowę. Gdy już, już, zbliża się do momentu w którym zaczyna tworzyć rozpoznawalne słowa, ma w asortymencie swoich zachowań takie możliwości artykulacji, o którym fizjologom, filozofom, a zwłaszcza lingwistkom  się nie śliniło,  śniło, a nawet gdyby, to no cóż — aliści ten sen nigdy się nie ziści.

Badał i opisał tę kwestię Roman Jacobson, zauważył on bardzo ,że dziecko które już gaworzy może zgromadzić takie możliwości artykulacyjne, których nigdy nie znajdziemy w jednym, ani w grupie języków. I taką sytuację umiejscowioną w czasie określił rozkwitem gaworzenia. W tym  momencie możliwości językowe człowieka są n i e o g r a n i c z o n e.

Między gaworzeniem, a pierwszymi słowami u dziecka nie nie istnieje wyraźne przejście, dla laiczki, czy laika sytuacja jest płynna. Gdy dziecko przechodzi do fazy przedjęzkowej do pojawienia się pierwszych słów traci niemal całą zdolność tworzenia dźwięków. Gdyby przyjrzeć się sytuacji bliżej wygląda to (w wielkim skrócie) tak Człowiek jest zanurzony w danej kulturze (także językowej), zatem zaczyna posługiwać się konkretnym językiem. Nie potrzebuje wszystkich spółgłosek, samogłosek. Zatem dziecko zostaje ukierunkowane. To co niepotrzebne, zaczyna zanikać. Człowiek pewnych dźwięków nie będzie w stanie wymówić już nigdy. (Zatem argument stosowany przez osoby namawiające nas do nauki języków, które są dla nas obce, że to tak dziecinnie proste, że nawet szkrab nauczy się płynnie władać gramatyką, słownictwem, że przecież każda osoba uczyła się swojego macierzystego języka kiedyś… Jest nietrafiony, ale marketingowo skuteczny. Chociaż, oczywiście, autorka jest za tym by zacieśniać znajomości lingwistyczne. I nabywać zdolność posługiwania się językami już nie obcymi. Granice naszego świata, są granicami języka jak mawiał austriacki filozof— Ludwig Wittgenstein). Wiele dźwięków wspólnych dla gaworzenia i mowy, którą posługują się dorośli ludzie również zanika, i dopiero w t e d y  to zaczyna się faza nabywania języka. Dlaczego o tym wspominam?

Z dwóch powodów:

Pierwszy: już nadmieniłam, kwestia nabywania i posługiwania się czymś tak oczywistym jak język rodzimy, jest bardziej skomplikowany (i piękny) niż nam się próbuje to przedstawiać chociażby przy okazji namawiania do różnego rodzaju działań w kontekście naszych zdolności lingwistycznych, a w zasadzie ich rozwinięcia— nie czas by to opisać (ale można wspomnieć). Niejako przy okazji. Philip Zimbardo mówi o tym, że nauka ta ma charakter stricte kontekstualny. Innymi słowy, dziecko zwraca uwagę na kontrasty (fonemy– to najmniejsze jednostki znaczeniowe języka) między dźwiękami. I tu, napiszę o czymś o czym, często zapominamy (sic!) jako osoby słyszące. W przypadku języków migowych —tak, tak istnieje wiele języków migowych* — dziecko zwraca uwagę na kontrasty w pozycji rąk.

[Zapominam, Michał Bajor, Michał Bajor 30/30 Największe przeboje,Agencja Artystyczna MTJ,2005].

Drugim powodem jest kwestia zapominania, by wydobyć coś z indywidualnej, czy zbiorowej,  pamięci najpierw trzeba puścić to w n i e p a m i ę ć  Nabywanie języka, o czym piał Jacobson, jest możliwe dzięki (niedocenianemu) akcie zapominania, swoistej dziecięcej amnezji, o której pisze, dotyczy ona nie języka sensu stricte, ale nieograniczonej zdolności artykulacji.

Oczywiście sam akt przypominania sobie, nie wieloaspektowy. W psychologii znany jest chociażby problem fałszywych wspomnieńZaczynając pisać ów  tekst, przywołałam kwestię zapominania (przypominania)  w innym (nomen omen- lub odwrotnie 🙂 )kontekście. Obie sytuacje  n i e są w swej naturze symetryczne: Zapominanie i przypominanie, lecz istnieje  pewien obszar wspólny.

By coś wyciągnąć, trzeba włożyć. By mieć przeszłość, trzeba zużywać życie, ale tak, by czynić to w sposób świadomy  (Tu jest haczyk, nie jeden czy to z  resz, czy bez reszT[y]).  By mieć wspomnienia należy gimnastykować teraźniejszość. (Wiąże się to także [ale nie tylko] z wychodzeniem ze strefy komfortu, ale: nie strefy bezpieczeństwa). I z szeregiem innych konieczności. Kolokwializm? Być może? (Czy: może być? różnicuje, bo oba pytania odnoszą się do dwóch różnych kwestii) A co, jeśli zapomnimy? Albo nigdy nie pamiętaliśmy?Albo nie zdążyliśmy się nauczyć? Albo nie wiemy j a k? Albo nie możemy? Niezależnie od wątpliwci i pytań: łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

[***]

Już Henry Murray przed II Wojną Światową, 1938 roku, pisał o potrzebie osiągnięć.  Nasilenie jej u każdej osoby ma odmienny poziom. Kolejnym badaczem, który zdecydował się kontynuować temat był David McClelland to on, wraz ze swoimi współ- pracownikami (i) -pracowniczkami piętnaście lat później opracował narzędzie, które pozwoliło na określenie natężenia tej potrzeby, a następnie zbadano związki pomiędzy siłą motywacji do osiągnięć w różnych społeczeństwach i warunkami, które wspierały tę motywację, co prowadziło do rezultatów (w kontekście osiągnięć w środowisku pracy). Co ciekawe,  osoby o wysokim współczynniku [n Ach] n i e k o n i e c z n i e (albo nie zawsze) są chętne by ciężej pracować,  gdy oceniają zadanie jako trudne  szybko rezygnują. Akcent, czy też różnica,  leży w innym obszarze, osoby te charakteryzują się wysokim poziomem potrzeby wydajności. Ot!

Porzucając kwestie uwarunkowań i oddziaływań psychologicznych, wspomniałam również o tym, że ważna jest zarówno umiejętność: widzenia, patrzenia,  i spostrzegania. Specjalnie je rozgraniczyłam. Nie, nie będę pisała o różnicach i zakresach pojęciowych, nie nadmienię też o związkach i oddziaływaniach jakie zachodzą pomiędzy tymi trzema aspektami. Posłużę się przykładem.  Obraz, który mam na myśli kiedy trafił do Kolekcji Królewskiej, a stało się tak dwieście pięćdziesiąt cztery lat temu,  został przypisany innemu malarzowi, co dziwne bo Frans van Mieris the Elder (Starszy) nie żył w tym samym czasie co Johannes…

Lekcja Muzyki (Dama przy wirginale w towarzystwie mężczyzny), 1662-1664 olej/płótno Londyn, Buckingham Palace, Royal Collection, Jan Vermeer van Delft
[Lekcja Muzyki (Dama przy wirginale w towarzystwie mężczyzny), 1662-1664 olej/płótno Londyn, Buckingham Palace, Royal Collection, Jan Vermeer van Delft [źródło zdjęcia].

Vermeer. Nim spostrzeżono omyłkę minęło sto lat (Cóż to względem wieczności?). Tak, tak, wiem obrazy łączy tytuł. I tylko on. Narracje przedstawione są zupełnie innymi historiami.

Patrząc na pracownię malarską, to w niej scena się rozgrywa (choć na początku możemy nie zdawać sobie z tego spawy) nie sposób nie znaleźć punktów wspólnych, wystarczy położyć wzrok na oknach i podłodze, by wiedzieć, że to sprawka Vermeera… Pomijając  wspomnienie sytuacji przypisania autorstwa, z jednoczesnym jego pozbawieniem, obraz jest ciekawy z jeszcze co najmniej jednego powodu. Cóż widzimy w lustrze? Krawędzie sztalugi, czyli obserwator jest obecny również t e r a z, nie jest nim osoba stojąca przed płótnem (ba nie tylko ona- czy to będziesz, Ty, czy ja, czy ktoś jeszcze inny), pierwszeństwo ma malarz. To j e g o spojrzenie, jego perspektywa.(O czym zdajemy się nazbyt chętnie zapominać). Napomnienie znajdujemy (gdzieżby indziej?): w lustrze. To tam, ujawnia  się niedyskrecja, czy też: ambicja (lepiej brzmi?) fragment sztalugi. Ślad zaledwie, ale to wystarczy.

Po trzecie: pokrywa klawesynu przesunięta lekko ku stronie prawej, po lewej nie sięga krawędzi klawiatury (co ma znaczenie: kompozycyjnej matematyki, wiwat prawo optyki). Po czwarte: zwróć proszę uwagę na usytuowanie postaci kobiecej, z punktu mechaniki, (wspomnianej zaledwie przed chwilą) optyki, po prostu jest niemożliwe by jednocześnie  mieć głowę skierowaną ku rzędzie klawiszy i przechyloną ku towarzyszowi, pierwsza wersja obrazu była zgoda z tym, co ukazuje lustro. Czy malarz z a p o m n i a ł  o tym co przedstawione, a w konsekwencji, przestawione  lustrze?

 

 

PS. O czym j e s t powyższy tekst?

Nie, nie jest to pytanie, z cyklu „ulubionych”, szkolnych:. co autorka miała na myśli. Gdy autorka się na myśli, (co nastąpi, byle nie na odcisk- chociażby czcionki) to autorka  powie… A raczej, biorąc pod wzgląd dekoracje, i inne inne gramy okoliczności przyrody: napisze. Słowo daje. Jak zawsze (i zresztą, i bez reszty). Słowo (i znaczenie).

210.

Dzień (a może noc) ważne, że dobry! Smaczny. 

Już (lepsze już, od jeszcze) jestem! Znaczy jestem nawet gdy mnie nie ma…Cnień się wzdłuża i wydłuża. Smuża. Mróz. Chwyta za opuszki palców, i czcionkę. Noce czernią się oczekiwaniem na świt.   Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze, za życzenia, za obecność. Witam Was w Nowym (albo już nie nowym… Ale, ale(sic!), ale jeszcze nie starym) lekko nadgryzionym 2016 roku.

Warto wracać. Dobrze zawracać. Rozmasować czcionkę i myśli.  Rozłożyć mapy, książki, myśli, konfitury z czasu, cytaty [z] rzeczywistości, grama(_)tykę znaczeń i  symetrię zdążeń… I tę i tamtą tęsknoty jotę.

[***]

[Light in the Darknes, album: 10 Pieces to Save the World, Kroke, 2012,źródło].