209. A jednak!

A jednak się wzrusza czcionka, śniegiem przyprósza (albo i nie) i pojawia wpis nowy. Świeży, nie śmigany, nie czytany, wróć nie komentowany, wróć… Znaczy zostań. I przeczytaj. Aj. Znaczy, że mróz? Jednak, nie.

Niby mnie nie ma, uskuteczniam nieobecność, wróć… Niby odpoczywam od blogu, ale przecież kto choć raz w życiu zdecydował/a się na prowadzenie, czy lepiej, udzielanie [się] w takim miejscu, regularnie i konsekwentnie, wie, że nie ma tak łatwo. Pewnie teraz (teraz -zaraz, albo zaraz -potem) wyruszacie na bal/ domówkę/wędrówkę/ posiadówkę tudzież zabawę inną…Gdziekolwiek jesteście…

Dziękuję Wam: to jest Każdej i Każdemu z osobna,  za wspólnie spędzony rok (słowo spędzić nie ma nic wspólnego z przeganianiem, wypędzaniem i [wy]ganianiem). Ten wyczytany i skomentowany, ten- ocieplony Dobrymi Słowami, spostrzeżeniami, radościami, [za]dumami.

♠♠ ♠♠ ♠♠

 

Jeśli tu jesteś, a jesteś niezaprzeczalnie (Trawestując powiedzenie: Czytam więc jestem), nie zależnie czy tu, czy tam, czytasz. To z dużym prawdopodobieństwem zamierzasz albo blogujesz, blogowałaś/ blogowałeś, albo będziesz blogować. Życzę Ci więc Inspiracji, rozmówczyń i rozmówców zaangażowanych, przyjaznych i dyskutujących, niekoniecznie wyrażających to samo zdanie, ale potrafiących spojrzeć w tym samym kierunku. Jeśli krytyki to wnoszącej i wspierającej, na zasadzie prawidłowo udzielonej informacji zwrotnej. (Uff). Niech Ci tematów nigdy nie zabraknie i czcionka lekką będzie. No i oczywiście poczucia [c]humoru (humor nie ma nic wspólnego ze średniowiecznymi płynami… Zestrojonymi, wystrojonymi wróć!  Ustrojowymi).  No i świetniej muzyki! Niech Twój krok wyznacza rytm wewnętrznego bębna.

Życzę Ci Czasu. Tak tego Ci życzę Czasu spędzonego (spędzenie nie ma nic wspólnego z przegnaniem, wygnaniem) przeżytego z Bliskimi i Dalekimi (ale ważnymi) Bliźnimi.  A co!

Życzę Ci Miłości, Wiary i Nadziei (niezależnie od tego  w jaki sposób rozłożysz akcenty). Nie tylko mów, ale rozmów (nie chodzi o rozmówienie się z Kimkolwiek).

Życzę Ci spokoju, który panuje w górskich samotniach, byś mógł i mogła usłyszeć Siebie i Świat. I odwagi, możliwości i uwagi podążania za tym Głosem, który szepce Ci do serca opowieści o wspaniałym życiu. Twoim.

Życzę Ci by każda pogoda była dobra, zwłaszcza pogoda ducha (i ciała).

I na koniec, a w zasadzie na Początek (nie tylko Nowego Roku) nie tylko szukania, ale znajdowania odpowiedzi na pytania...

[Marek Grechuta, Dni, których jeszcze nie znamy].

 

Do przeczytania, skomentowania, dyskutowania w  nie Nowym  już wtedy Roku, ale nadgryzionym jeśli nie zębem czasu, to żuchwą czcionki, takie oto żuchwałe [po/przed/ w trackie, takcie]równanie mi się urodziło,a co.Nie nowym, ale nie przeżutym, znaczy, jeszcze nie przeżytym, znaczy, w całości. Znaczy, mam na myśli brak ości i cało 🙂 O o o oooo.  Zwał(a) jak zwał(a), czyli już za chwileczkę, już za momencik! Blog z wpisami znacznie się kręcić.. Do przeczytania.

PS. , znaczy, ten, tego, tym, sknicie? 🙂

 

 

 

Reklamy

208. Apus apus (albo hator, hator, hator). Inaczej: Za chwilę dalszy ciąg pro i gram [u]…

[Jerzyk zwyczajny (Apus apus) źródło zdjęcia].
[Jerzyk zwyczajny (Apus apus) źródło zdjęcia].

Oto nastał ten dzień. Powierzę Ci, wsadzę sęk_w_kręt znaczy, sekret. Może się zdziwisz. Otóż: Nie jestem  językiem, znaczy jerzykiem (jerzyczką nawet nie). To znaczy nie potrafię wszystkiego robić w locie. Bo je, dobra, boje też zostawmy, rzyki znaczy jerzyki (nie, że ktoś[ia) je „rzyki”.

Jerzyki gdyby tak wziąć je na języki to robią rzeczy niezwykłe, chociaż dla nich to oczywista oczywistość. Spędzanie całego dnia w locie  to nic (i nie chodzi o nieudolność polskiego przewodnika, przewoźnika).

Tak, tak to ten ptak, co go często myli się  go z jaskółką, czarny(m) sztylet(em), baaardzo często, ale bliżej mu do najlżejszego ptaka świata (skrzyżowania coli z misiem- jasne, nawet gdy ciemne, że z kolibrem).

Otóż zwierzę się, choć pewnie o tym wiecie, że zwierzę to (o wdzięcznej i echolokacyjnej nazwie: Apus, apus)  może nie siadać przez wiele miesięcy. Śpi, rozmnaża się, je w powietrzu (Czyli nie przy_siada bo np je. Nie toczmy bojów o jedzenie/ nie marnotrawmy czasu na trawienie.  Jerzyk zwyczajny potrafi nie tylko najeść się podczas lotu, ale i młode nakarmić (zbiera małe owady, gromadzi w podgardlu i je transportuje).  Zanim mi się czcionka rozpędzi w tematy  logiczne [inaczej] i ornitologiczne to logiczne, or bi znaczy be or not to be? Logiczne że  pozwolę sobie napisać, [a co!(albo) a co? (z zaciekawieniem) albo: a co? (zalotnie)], że ogłaszam przerwę  (nie, nie żadna lwa  coolszowa, znaczy: rwa kulszowa owa). O!głaszczę, znaczy ogłaszam prze-rwę w dostawie świeżych wpisów.

Co ma tę dobrą stronę,strunę, stronę (czynną) że można czytać, czy tu, czy tam, spokojnie, bez łapczywego połykania czcionki (nie grozi zakrztuszeniem) komentować (nie mylić proszę z lamentowaniem, ani laminowaniem) do woli (komentarze ukazują się po zatwierdzeniu- czyli jak za_wszę, zawsze nie mylić proszę z zatwardzeniem, albo zardzewieniem).

Aaaaaa! Jerzyk zwyczajny, ma jeszcze jedną cechę osobniczą — wraca po wielokroć wraca, wra ca ca do tego samego gnia zzz da da da, tak, może nawet zasiedlać piętnaście wiosen to samo, bez przeprowadzki. Tao, znaczy, takoż i ja wrócę. Mam nadzieję, (miejcie nadzieje choć tą lichą marną) choć wiadomo, jak to z nią jest, i z kim jest skoligacona… Że będziecie, w dobrym zdrowiu i wyraźnej czcionce.

Jeśli ktos/ia ma zaległości i inne przyległości to może czytać/komentować/ i bywać, nadrabiać (nie tyle miną – bez podkładania mi tu takich) co komentarzem… Dobrą myślą (śląc) i [za]niedbaniem.

A że zgłaszano mi wielokrotnie, że za gęsto, że za często publikuję posty (nie nie będę wskazywać palcem, ba dłonią nie będę, kursorem nawet) to teraz czas na czytanie… 🙂 A dla mnie czas na odpoczywanie.  Zapraszam, jak zawsze serdecznie.

207. Tylko ssać.

[Człowiek, Ballady i romanse źródło nagrania].

Wlewa jej się do każdego neuronu niewys[y]p[y]anie.I (inne [-]anie) Obrazy, zapachy i dźwięki jakby z alternatywnej rzeczy oczywistości, snują się i [z]dumią, czasami może nawet durnią. Dudnią. Stygną.Fikną. Od czasu do czasu dygną. Szyk przestawny. Czarny kwadrat na białym tle Malewicza nadal kipi filozofią, ale na wpół śniącą. Podróż w rekonesansowy renesansowy sen. Wieszczki. Gdzie oko ma prymat nad szkiełkiem. A dno nad denkiem. A dźwięk nad wydźwiękiem. Czucie i niewiara. Wara. Para buch! A to ruch. Uch… Duszn o ś ć. Mara, duch. Uch…

Mgła. Mgła. Mgła.

}***{

Jedyne co dotykalne. Biała, duża,  lekko chropowata filiżanka umieszczona na spodeczku. Gdyby przypatrzeć się bliżej można dostrzec stróżkę pary, uparcie unoszącej się ku górze. Jak nić. Jak nic, lepiej objąć ją palcami, delikatnie, by się nie sparzyć, w razie potrzeby, szybko cofnąć dłonie,ale one przyzwyczajają się, oplatają naczynie lekko,  i chłoną ciepło. Lekko, rozluźniają się mięśnie karku i z barków jakby spadł ciężar całego tygodnia z pierwszym łykiem gęstej, gorzkiej, czekolady. Usta lekko umoczone, chwila zastanowienia: oblizać, czy jednak wytrzeć w chusteczkę? Kropla smolista przemyka przez przełyk. Siedem sióstr snu budzi się, nie to nieprawda. Ich już nie ma, nie dla wszystkich. Ona nie uzależnia. 

Przyjemność głaszcze faktury neuronów. Prawdziwą czekoladę robi się z czystego kakao— jego ziarna rosną na drzewach z gatunku Theobroma cacao**, odrobiny masła kakaowego,  i krztyny cukru. Przepis na szczęście? Możliwe. Na przyjemność ? — Na pewno.  Czekolada topi się w temperaturze zbliżonej do tej jakie wykazuje ciało człowieka. Uwalnia swój smak stopniowo. Bez pośpiechu. Rozpływając się na języku. Dlatego nie zaleca się jej żucia, ale picie . Abo ssanie. Nie przegryzać. Nie przygryzać. Nie żuć. By poczuć.

[Maszyna do produkcji czekolady, źródło zdjęcia].
[Maszyna do produkcji czekolady, źródło zdjęcia].

Zmysłową fakturę i koloraturę smaku. Rodolphe Lindt gdy wiek XIX uparcie w oparach dekadencji i melancholii i pary lokomotyw dążył ku swemu końcowi opracował technologię, którą dzisiaj nazywamy konszowaniem***.  To dlatego czekolada miała szansę stać się siostrą zmysłowej przyjemności. Somatycznej do głębi. Z każdą dawką kofeiny i teobrominy. Magnes nagiej tajemnicy. Dotyk. Tyk. Tak. Tik, tak. Magnez także znajdziemy w czerni kostek. Masażu zmysłów, ucieczki błahostek…Czekolada zawiera także śladowe ilości andamidu to jeden z neuroprzekaźników, których w ludzkim ciele bez liku.

Jednak bardziej tajemniczą kwestią nie jest jej skład, czy pochodzenie (to Olmekowie sadzili drzewa kakaowca jako pierwsi spożywali gorzki, grudkowaty mający dodać siły napój),  ale jej  nazwa. Otóż jedyne co można stwierdzić z pewnością, to to, że przywędrowała ona z dżungli, ale ustalenie konkretnego miejsca już jest bardzo kłopotliwe, żeby nie napisać —niemożliwe.  (język plemienia Nahuatl, wedle innej historii mówiącej o wodzie kakaowej i Hiszpanach, którzy z racji tego by nazwa i konsystencja nie kojarzyła się z kupą— śmierdząca spawa, i jaka „nieporęczna” marketingowo!— zmienili jej nazwę na choco). Podobnie jak kawa, której ziarna się spożywało z solą, tak czekolada, zmieniała swoją konsystencję na przestrzeni wieków.  A że istniała już około 1500 wieku (p.n.e), to czasu było pod dostatkiem, tego który pozwala uszlachetniać (np wino) i tego, co pozwala eksperymentować. Jedna z hipotez, którą się obecnie przedstawia jest taka, że czekolada jest niczym innym jak wynikiem nie występku, a drogą ku pomyłce, niczym innym jak  sutkiem skutkiem ubocznym, wypadkiem przy pracy, chciano uzyskać alkohol… A nie wyszło jak zawsze. (Wiadomo zawsze co.. la- taka śnięta, znaczy świąteczna reklama… ).

Dopiero Majowie rozpowszechnili czekoladę, pili ją, spożywali w daniach wszelakich. Dodawano nie tylko wanilię, czy miód, ale mieszanie z chili to nie był wymysł marketingowy cukierników (i cukierniczek) wyciętych, wyjętych z XX wieku.

To, o czym się zapomina (by nie napisać: chciano zapomnieć), to to, że Aztekowie wykorzystywali czekoladę w obrzędach religijnych. Dzisiaj kojarzymy czekoladę jako symbol sensualny, albo seksualny, tak, oczywiście, ale były także inne, bardzo ważne znaczenia, zatarte wraz z nastaniem, przejęciem znaczeń przez inną religię. Poza tym [czekolada], nie religia, była tak jak niegdyś sól, walutą. Podobnie jak inne przyprawy, drogie i luksusowe np sól.

To, że Europejki i Europejczycy, no dobrze, hiperbolizuję, bo nie wszyscy, i nawet nie powszechnie, ale niektórzy poznali czym jest ów napój bogów, dopiero w XVI wieku, nie znaczy,że jego historia zaczyna się w tym momencie. Hernando Cortes był jej admiratorem, okraszał tonami opowieści, i robił sobie niezły PR przy tym. I tak, to co dawało ciału krzepę, oparcie i siłę, stało się, w Europie źródłem przyjemności zmysłowej. A ta, wiadomo prowadziła ku złemu, rozpustnemu i pustemu sposobowi  tycia życia… Jedynym, argumentem za tym, by nie zsyłać jej w piekielny ogień było czerpanie zysków finansowych, a to były niebagatelne sumy (bagatelnymi sądzę by też się zadowolono, a sumy, zostawmy w spokoju, przecież to nie karpie,kary też). Możemy sobie sięgać po kosteczkę, i następną, i mówić, że trzeba dbać o linię, ale w zasadzie to… (W zasadzie to linia powinna być gruba i wyrazista) ale burza jaka rozpętała się za sprawą Pinelo długo nie ucichła.

Dopiero w XIX wieku sytuacja uległa zmianie, i aż trudno uwierzyć, biorąc pod wzgląd dzieje czekolady, że obecnie produkuje się kalendarze adwentowe, czy jajeczka, króliczki wielkanocne, a nawet… Chichot losu…

Dlaczego tak późno nastąpiła wolta, pewnie nie bez znaczenia, był fakt, że monopol na napój szczęścia przez naprawdę dłuuuugi czas mieli Hiszpanie. W angielskich kawiarniach, do których zawitała dopiero w połowie XVII wieku i to też na początek, tylko w Londynie. Dodawano anyż, imbir i pieprz, chociaż  romans z wanilią też zdarzał się często. Pieprz i wanilia

I pewnie nie jednej osobie pomogła rozstać się z ciałem, i duchem, nie za sprawą wizji, ale raczej rewizji, a prościej rzecz ujmując, ze względu na fakturę napoju i jego intensywność dosypywano tam tajemniczego składnika, jakiego, Los raczy wiedzieć (ten zgubny los. Jak ktoś/ia grała w zapałki i wyciągnęła najkrótszą…) Do czekolad w stanie płynnym dodawano bardzo często substancje trujące. Tak, chciano komuś pomóc rozstać się z życiem doczesnym. Albo/i nakłonić do poszukiwania tego pozagrobowego.Nie wszyscy. Nie zawsze. To wiadomo

Taki Casanova, raczej nie tyle sam pijał co częstował pełną ręką… Także, a może przede wszystkim swoje kochanki. (Śmiało można napisać, że jadły mu z ręki). Nie on jeden, zresztą i bez reszty oddawał się niecnym przyjemnościom…Ale o tym m o ż e innym razem(?)

—-

*Książka opublikowana w 1869 roku przez Mordeaia Cubitta, pod tym właśnie tytułem, uważa się, że to właśnie tą pozycją zainspirował się Lewis, tak ten sam, autor Alicji w Krainie Czarów.

** Theobroma z języka greckiego znaczy nic innego jak napój bogów. Theos– bóg i broma- jedzenie.

*** Dobra czekolada wymaga mieszania przez kilka dni, użycie podczas tego procesu powietrza pozwala pozbyć się nie tylko szkodliwych substancji, ale sprawia, że czekolada nie jest gorzka, nie zawiera grudek, ale aksamitna, a jej smak ma głęboką fakturę, który z każdą minutą się zmienia.  Kubek kakao zawiera trzy razy więcej kofeiny niż ten, napełniony kawą rozpuszczalną, no pewnie, nie piszę tu o kakao, które można dostać w sklepach w Kraju nad Wisłą.

por:  Paul R. Martin: Seks, narkotyki i czekolada, wyd. Muza Warszawa 2010.

[22+1].[122+3][146+2]. Wpis do przeczytania noc[n]ą [porą].

Noc zapada miękką czernią w widzialną rzeczyoczywistość. Skrapla się świat w odcienie czarnego inkaustu.

Rozlewa

konfiturą z czasu

Geometria [wy]dźwięku zawładnęła przestrzenią: Kroków nikt nie wymiótł ze schodów, krzyków nie ugłaskał, myśli nie ukołysał, czynów nie obłaskawił. Śmiechów  nie rozplątał.

I zapach zostawił.

  Ale to wszystko  gdzieś

Dalej.

Głębiej.

Ciszej…

Czcionka poupychana w zdania złożone równo zamknięta w książkach oddycha.Miarowo znaczeniem na[d]danym. Koszule schną na sznurze. Łysa żarówka podgrzewa tlące się wspomnienia podtrzymując w nich usychające życie. Kształty przedmiotów rozprostowują krawędzie znaczeń. Noc dyszy ciężko, czasami snów nadgryzana po woli. Powoli…  

♣♣ ♣♣ ♣♣

Gdybym miała polecać muzykę na rozpoczęty właśnie grudzień, to z pewnością nie omieszkałabym wrócić do znanego nam już Jeroena van Veena. Dwupłytowy album wydany trzy lata temu doskonale nadaje się do słuchania wieczornego. Estoński muzyk Arvo Part  jest doskonale znany polskiej publiczności. Zaprzecza tezie, że muzyk klasyczny to ten, który żył :”od_” „do_”, miał: „okresy”, i oczywiście- już dawno rozstał się z życiem. Bo takie niestety panują powszechne przekonania. Abstrahując od tychże, możemy zmrużyć uszy i  zanurzyć się niespiesznie w fakturze dźwięku. Wypić go do wybrzmienia nuty ostatniej. Jeroen van Ven znany jest z geometrycznego grania.  Przecież to nic innego jak minimalizm, ale jakże inny, niż ten do którego nas przyzwyczaił.

To tak jakby przyłapać świat na wrzącym uczynku, zwalniając kadry. Tu opada liść, tam zarzucają się czerwienią korony drzew, jeszcze dalej pająk czyha w swojej sieci, światło obłaskawia kształt, a cień oddycha miarowo po drugiej stronie ulicy. A może, wszystko to sen? I tylko pozostają kręgi na wodzie?

♣♣ ♣♣ ♣♣

Oddychaj

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wyyyy de  chhhh

♣♣ ♣♣ ♣♣

Jeroen Van Veen, Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music (2 CD). [źródło zdjęcia].
Jeroen Van Veen, Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music (2 CD). [źródło okładki].

Artysta: Jeroen Van Veen
Album: Pärt: Für Anna Maria, Complete Piano Music
Kompozytor: Arvo Pärt

Data wydania: 1 listopada, 2013 roku
Wytwórnia: Brillant Classics
Rodzaj: Muzyka klasyczna
Czas łączny: 1:59:12

Spis utworów:

CD I
1 Für Alina No.1 (1976) 20’18
2 Variationen zur Gesundung von Arinuschka (1977) 5’56
3 Ukuaru valss (1973, rev. 2010) 2’54
4 Für Anna Maria No.1 (2006) 1’21
5 Für Alina No.2 (1976) 2’42
6 Spiegel im Spiegel for Two Pianos* (1978) 8’25
7 Pari intervallo for Two Pianos* (1976, rev. 2008) 5’28
8 Hymn to a Great City for Two Pianos* (1984, rev. 2004) 5’14
9 Fratres* (1977, rev. 1980) 11’26
10 Für Anna Maria No. 2  (2006) 1’09
11 Für Alina No.3 (1976) 3’15

Czas albumu 68’15

CD II
1–4 Vier leichte Tanzstücke ‚Musik für Kindertheater’ (1956–57) 7’39
I. Der gestiefelte Kater
II. Rotkäppchen und der Wolf
III. Schmetterlinge
IV. Tanz der Entenküken
5–7 Sonatina No.1 (1959) 7’16
I. Allegro
II. Larghetto
III. Allegro
8–10 Sonatina No.2 (1959) 5’42
I. Allegro energico
II. Largo
III. Allegro
11–14 Partita Op.2 (1958) 7’19
I. Toccatina
II. Fughetta
III. Larghetto
IV. Ostinato
15 Für Alina No.4 (1976) 23’07

Czas albumu: 51’11

Jeroen van Veen, fortepian
*duet na dwa fortepiany z Sandrą van Veen

Nagrano w marcu 2013 roku.

[203+1]. Zapomniałam.

Pamiętam, że gdy byłem mały, podczas jednej z moich częstych wycieczek do miejscowej biblioteki spędziłem kilka godzin, przeglądając książkę za książką, i na próżno szukając takiej,   która była by podpisana moim imieniem i nazwiskiem. W bibliotece było tyle książek i widniało na nich tyle różnych imion i nazwisk, więc założyłem, że jedna z nich– gdzieś– musi być moja. Nie rozumiałem wtedy, że czyjeś imię i nazwisko, widnieje na książce, gdy jest on jej autorem. Dziś gdy mam dwadzieścia sześć lat, już to wiem. Jeśli pewnego dnia mam znaleźć swoją książkę, to najpierw muszę ją napisać.

[Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera. Daniel Tammet, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010 s 27-28].

Czytanie to nie tylko najpiękniejsza zabawa jaką sobie ludzkość wymyśliła — jak zwykła mawiać Noblistka to podróż, której nigdy nie było. Książki wybierają ludzi, jeśli się im na to pozwoli, powoli i po woli. Tylko co to znaczy? Pozwolić? Czy jeśli pójdziemy za tą intuicją to (nie) przypadkiem zdejmujemy z siebie i obowiązek, i przyjemność, i przywilej kształcenia, zdobywania (wiedzy) to tak jak nauka języka, tyle,że niby własnego. A co z tym związane- zawiązane na kokardkę- złudnie znajomego, nie obcego. Nic bardziej bladego błędnego. 

Warto zapomnieć wspomnieć o tym, że dziecko zanim zacznie mówić, i to wcale nie używając zdań złożonych wielokrotnie, może posiąść dowolny język, „choćbyniewiemjakskomplikowany” (dlatego też rady lingwistów /lingwistek, że opanowałyśmy /opanowaliśmy pierwszy język jak byliśmy szkrabami to nie jest argument trafiony). Już Jacobson zauważył, że język dziecięcy jest przebogaty, należą też do niego takie dźwięki, które nie są częścią żadnego ze znanych języków. W momencie, który jest nazywany rozkwitem gaworzenia możliwości foniczne nie mają granic. Chociaż laiczki i laicy nie zauważają różnicy między gaworzeniem a pierwszymi słowami (oczywiście prócz zachwytów mam, ojców, ciotek, wujków, babek i dziadków, i kogo tam jeszcze) to można powiedzieć (a nawet, biorąc pod wzgląd okoliczności przyrody, napisać), że w tym oto czasie następuje coś jeszcze, coś bardzo ważnego. Mianowicie owe godne pozazdroszczenia możliwości fonetyczne, o których się nie śniło nawet fizjologom, filozofom, ulegają atrofii. Można przyrównać to do znaczenia terenu, oto człowiek będzie uczestniczył w kulturze języka— konkretnego, tak więc jest to znak, że dziecko będzie mówić. Tak więc to, co staje się zbędne, zanika, bezpowrotnie. Ad rem! kończąc tę przydługą dygresję. Aby nauczyć się, nie wystarczy ukierunkować swoich działań, chociaż w przypadku niemowlęcia trudno mówić o jego świadomym działaniu- przynajmniej w takim pojęciu w jakim pojmuje to osoba dorosła. Historia uczenia i kształtowania zdolności i umiejętności jest także historią zapominania. To dokładnie tak jak w tej metaforze: przychodzi uczeń do mistrzyni Zen, a ta, zanim czegokolwiek go nauczy mówi, by opróżnił swoją filiżankę. Czym innym jest oczywiście różnica między uczeniem się dzieci a uczeniem dorosłych (ci drudzy muszą znać cel  działań edukacyjnych). Zapominanie. Proszę wróćmy teraz do początku, czyli momentu  kiedy  wspominałam o oczywistościach. Przyzwyczailiśmy się do wielu kwestii. Do rzeczy_oczywistości, bierzemy ją za taką, jaką nie jest. I uogólniamy doświadczenia. Oczywiście, czym innym jest zachowanie się na światłach i rozumienie na jakich zasadach działa sygnalizacja świetlna, albo prowadzenie samochodu, a czym innym chociażby istnienie w języku (o czym już pisałam – i dyskutowaliśmy/ dyskutowałyśmy już dawno) a czym innym przyzwyczajenia (czyli według Arystotelesa, nasze drugie natury) przyzwyczajenie jest na płaszczyznach innego rodzaju. Używamy zdań, wytartych, wytrychów, bierzemy przywilej za regułę, nie dostrzegamy powiązań, zależności, norm… Trudno je bowiem unaocznić. Trudno zobaczyć niesprawiedliwość, nierówne traktowanie, to czego wolelibyśmy/ wolałybyśmy nie widzieć, nie doświadczać, nie znać, ale też takie, które nas sytuują wyżej (celowo unikam słowa dobre), te z cech, reguł, norm które są wznoszące. Do tego niejednokrotnie potrzebna jest… Nie nie odwaga, nie hiperbolizujmy (nie stosujmy uników w stylu: jestem tak wrażliw_y/a, że nie będę dyskutować, o kwestiach trudnych np. śmierci, ubóstwie, biedzie— chociaż tak, są to trudne tematy, zwłaszcza jeśli ktos/ia chce iść do głębi, a nie tylko liznąć po wierzchu, zlizując i tak wyblakłą, czy wytartą czcionkę)… Do tego potrzebna jest i otwartość, i ciekawość i dopiero potem ta cecha na O(dwaga), swoistej natury, to znaczy, zakwestionowanie tego, o czym wiem, jestem przekonany/ przekonana, a to niejednokrotnie, na głębszym poziomie oznacza voltę. Nie ewolucję, ale rewolucję.

Nie książki same nas nie wybiorą, nie kolekcjonują sobie ludzi, dopasowując do kroju czcionki, i zszycia grzbietu, nie nucą: przyszyj to sam/a, wróć, przeszyj to sam/a, wróć (albo nie) przeżyj to sam/a.  Nie będę pisać o (auto- albo lepiej: czyto)grafii osobistej. Niech ujrzę swoje książki, a dowiem się kim jestem.

Ale o przyzwyczajeniu*. O zapominaniu, o niedostrzeganiu.

Jak często używasz (grzebienia/ szczotki)? Jeśli nie pielęgnujesz łysiny (a nie masz np zarostu) zakładam, że [przynajmniej] raz dziennie (no chyba, że się bardzo spieszysz). Wiadomo, że małpy iskają się wzajemnie w ten sposób budując  komunikację wewnątrzgrupową, ale i umacnia więzi. Tak naprawdę nie będę dowodzić, że niewiele się od małp różnimy, oj nie jestem zwolenniczką biologizmu, ale i uczę się, by nie wierzyć w oczywistość. Grzebień od czasów pradawnych niewiele się zmienił swój kształt, choć gros, tych, które są dziś znajdowane przez archeolożki i  archeologów na terenach Środkowej Europy pochodzi z czasów średniowiecznych, to nasza kultura zmieniła się bardzo. Warto przyjrzeć się kulturowemu znaczeniu owłosienia męskiego i kobiecego. Sposobów dbania o nie, eksponowania, ale przecież nie tylko. To, że włos jest nośnikiem informacji genetycznej to doskonale wiemy, można z niego wyczytać bardzo wiele, ale kto sięgając po niego rano (o zgrozo: jeszcze budząc się o 5:30) rozmyśla o tym, że w trakcie okupacji golono kobietom głowy, w ten sposób naznaczając je- dając znak, że ta obywatelka współpracowała z wrogiem, a w czasach średniowiecznych postępowano tak samo, z kobietami, które podejrzane były o czary. W Egipcie faraonowie nosili peruki, dla odróżnienia, od niewolników, którzy to zmuszeni byli nosić włosy własne. Tak więc włosy, nie tylko ich forma, (lśniące, puszyste, mocne, gęste) są wyznacznikiem statusu (i zdrowia). Na temat owłosienia (także łonowego) napisano wiele, i to całkiem poważnych publikacji, ale kto/sia o tym rozmyśla, albo chociażby komu przemknie po porannej kawie myśl, że oto Wiking zawsze miał przy sobie grzebień, albo o tym jakie skojarzenia kulturowe wiążą (sic!) włosy z przekonaniem o mocy, wszak to byłoby dzielenie włosa na czworo! Chociaż, w niektórych podaniach celtyckich możemy znaleźć informacje, że czesanie jako zabieg pielęgnacyjny nie był stosowany gdyż wiązało się to z przekonaniem o rychłej zgubie, czesały się syreny, które swoim śpiewem sprowadzały statki na mielizny, a żeglarzy wysyłały w wieczny rejs. A słowiański kołtun, w którym miała gnieździć się choroba? A wraz z jego spaleniem mieliśmy się od niej uwolnić? A dredy w różnych kulturach i ruchach? A znaczenie owłosienia w różnych religiach? Nakaz nakrywania głowy przez kobiety? A sztuka? Co ze sztuką? Zawód fryzjera był znany już w starożytnym Egipcie, więc nie jest to wrzask mody. Chociaż zupełnie odmiennie jest traktowanie łysiny u kobiet, a inaczej u mężczyzn. Ci ostatni nie tracą atrakcyjności wraz z pojawieniem się łysiny, kulturowo, można powiedzieć, że jest to sposób na „dodanie sobie męskości”.  Kobiety jeśli stracą włosy, to nie w wyniku celowego działania, często znak choroby, naznaczenia, nieszczęścia, i utrata jednego z atrybutów kobiecości. Czy o tym myślimy sięgając po grzebień, albo szczotkę? Śmiem wątpić. Ale pewności nie mam. To co zobaczymy, i czy damy się poprowadzi zależy od nas. Od tego czy będziemy drążyć, szukać, i — przede wszystkim— czy chcemy znaleźć.

♠♠ ♠♠ ♠♠

Daniel Tammet, to człowiek niezwykły, wcale nie dlatego, że jego doświadczeniem jest życie z zespołem Aspergera, wcale nie dlatego, że jego stadium choroby jest unikalne (sam przestrzega przed takim postrzeganiem: człowiek z aspergerem = geniusz/ka). To człowiek, który daje prowadzić się ciekawości, a nie jest to łatwe.  Dzisiaj znalazłby swoją książkę na jednej z półek. A Ty, co chciałbyś/ chciałabyś dzisiaj znaleźć zeskrobując swoje(przyczajone i ukryte) przyzwyczajenia? Czy nie warto się zapomnieć?

————

*przyzwyczajeniu, przyczajeniu, zwyczaj, czaj… Oto co można zrobić ze słowem. Eee tam!

203. Porządek niegramatyczny.

Światło, które dostrzegam… jest dużo jaśniejsze od chmury noszącej w sobie słońce. …Gdy podziwiam widowisko, jakim jest owo światło, wszelki smutek i żal znikają z mej pamięci.

[Hildegarda z Bingen]

Jerzy Stempowski pisał, że prasy ambicje informowania uległy atrofii już dawna, kontentuje się (tak dokładnie takiego zwrotu użył) dostarczeniem czytelnikowi rozrywki dla osłodzenia codziennej sieczki informacji oficjalnych. Jakież te słowa piołunowe i piorunująco aktualne, a przecież tak dawno napisane. Jeszcze w epoce kamiennej, kiedy zażywało się rozrywki w takich niecnych przybytkach, a dziś pachnących antykwarycznym wyobrażeniem, jak biblioteki.  Z przykrością patrzę, i czytam, a raczej przeglądam i klikam, klikam. I nie wierzę, a może wierzyć nie chcę, że jeszcze parę lat wstecz zaglądałam do tych i tamtych  dzienników z ciekawością,mogłam się czegoś dowiedzieć, nauczyć, podyskutować, a teraz mogę co najwyżej dowiedzieć się kto z kim, w jakich pozycjach i grawitacjach,ale już nie negacjach, czy narracjach. A Inga Iwasiów w jednym ze swoich feletonowpisów wspomina (choć komentuje inne zjawisko cytatów ów jak najbardziej adekwatny):

U młodych bezradność potęguje brak wiedzy matematycznej, ale dodam, że także humanistycznej, nieczytanie symboli, nie interpretowanie przekazu, brak nawyku krytycznego. Jeśli zgadzamy się zastąpić wiedzę dyplomami, a kulturę rozrywką, czego się spodziewamy?

[Blogotony, Inga Iwasiów, Wielka Litera, Warszawa 2013, s.333].

Myliłby się ten i ta, która sądził/a by, że będę utyskiwać na rzeczywistość, rzeczy oczywistość i ich obrót. Choć pytanie które zadał Antoni Buchner  studentom nader aktualne, a brzmiało ono tak: „Czy ktoś z państwa mógłby mi powiedzieć, kiedy ostatnio myślał?” I nie było to zdanie podszyte ironią, albo sarkazmem. Pytania, które się następnie nasuwają, niemal automatycznie (auto tematycznie?) Czy można myśleć, po prostu? Jeśli tak, to czy mówimy o procesach poznawczych, tych zachodzących w mózgu, czy o tych zanurzonych w socjalizacjach, kulturach? Jeśli ktoś(ia) powinien/powinna uczyć myślenia (a już na pewno myślenia krytycznego) to kto to by był/a? Jakim wachlarzem kompetencji, umiejętności i powinności się wykazywać? Jeśli zatem scedujemy odpowiedzialność na samych siebie, to od jakiego wieku? Gdzie i którędy przebiega cezura? I cenzura? Co z osobami wykluczonymi (technologicznie, poprzez niski status socjoekonomiczny?) Czy możemy złapać akt myślenia i akt mylenia (drugie wpisane w pierwsze) w stanie czystym nie zmieszanym? Czy już przez długi czas pytania o wspomniane akty, będą zamiennie pytaniami o światopogląd a nie o światopodgląd? A może rozłożenie akcentów jest zgoła (przez delikatność o warstwach wierzchnich nie wypominając) inne? Inne, czyli jakie? Może warto zapytać: Kiedy i jak nie myślimy? Nie postuluję błogiej bezmyślności, bo ta ma coś w sobie z lapidarnie zażywanego lenistwa, dawkowanego z aptekarską precyzją. Urlopowania się od życia. Bez wakacji, bez zwolnienia, bez znieczulenia pytam, o sposoby niemyślenia. Na różnych poziomach. W różnych aspektach, przez wiel[k]i [niemy] ślenia *temat. Przewodnim niech się stanie. Albo niemy-ślnienia, czyżby oksymoron przyłapany na wrzącym uczynku.

Kto zgasił światło?

Jeśli pisać o głupocie, to tylko przywołując wielkie dzieła Myśli Ludzkiej. (No a jakiej innej?) Jeśli pisać o Głupocie to przeciwstawiać ją innym pojęciom. Ale to pułapka jest. Jeśli mówić o  Głupocie, to w jakich topologiach? Którędy przebiegają granice? Doliny, góry, morza, oceany, mielizny, lądy? Jeśli mówić o Głupocie to przemyśleć czy przemilczeć temat wartości, to uderzać w apologię rozkładając akcent  i ciach na ach wartościach, czy jednak na ości pisząc o skutkach i bliznach mielizn? A może złapaliśmy się w tą samą pułapkę? Może niemyślenie nie jest głupotą? Może uparte przeciwstawianie światła i cemności jest zgoła zgubne, bo nie trafione, niepełne i nieadekwatne? Jak mówić i pisać o niemyśleniu by nie uderzyć w Banał? By dorwać się do trzewi i móc zmóc temat, nie dla samego zużywania czcionki, lecz by coś wnieść. Beethoven to potrafił. Wystarczy nastawić ucho i zobaczyć, tak zobaczyć w jaki różnorodny sposób potrafił doświadczyć  radości i przekazać to doświadczenie. Z jednej strony mamy II Symfonię D dur, a z drugiej Odę do radości... Takich przeciwstawień jest wiele, umyka nam to co najważniejsze. Ale to nie znaczy,że nie powinniśmy szukać dalej, głębiej i bardziej dokładnie, ale nie dla samego szukania, zajęcia i strzępienia słów, nadgryzania czcionki, chodzi o uczciwość, względem Siebie i Świata. Chodzi o przekucie tego co znajdujemy w czyn, a nie szarpanie czy przerzucanie się choćby zacnymi cytatami. Myślę, więc jestem. Tak często i uparcie do nich powracamy, tak wdrukowane mamy w świadomość i byty nasze szkolne, że, śmiem napisać i twierdzić, że  utraciłyśmy i utraciliśmy to pierwotne znaczenie. Tak, i nie potrafimy do niego wrócić, a jeśli nie potrafimy odnaleźć go w topografii naszych tożsamości i rzeczywistości, to skąd wiemy, że jest ono [znaczenie] tylko jedno? że się nie zmienia? A jeśli ulega zmianom to sprawa się komplikuje. Tak przyzwyczailiśmy się, do rzeczyoczywistości, do świata, który nas otacza, choć chcemy (bo przecież tak wypada) mieć w ł a s n e zdanie, i to najlepiej złożone wielokrotnie, w porządku gramatycznym (właściwym) i na dodatek z jednym lub dwoma trudnymi słowami, tak dla podkreślenia erudycji (podkreślenie owo musi być nieznaczne by nie zaprzeczać skromności, albo… Wręcz przeciwnie- zależnie od okoliczności, oko patrzy oko [z]liczy ości i okoliczności i postąpi [się] adekwatnie)… 

Tylko, że posiadanie własnego zdania to proces myślenia, o ono wbrew pozorom, boli. Nie zawsze, bo są wyjątki, ale przeważnie.

[Uno momento mortis, sł: Michał Zabłocki, muz. Grzegorz Turnau, Och Teatr- Och Turnau, Mystic Production 2011, wersja „niestuningowana”: Pomaton EMI 1995].

[161+1].Liebster raz! Raz, dwa!

Mam kilka wpisów, grudniowo listopadowych (albo odwrotnie) sążnistych, piękniście zimowych,(ćwiczę afirmację) ale aktualnie się piszą. Mam też zaleglości, i szkoda, by zostały tylko ości, to co zalega, jest z dwudziestego pierwszego października, wiem, sprawdziłam. Ostatnio na blogu zrobiło się luźniej, to znaczy, wpisy, są krótkie, łatwe i przyjemne. Dagmaro, spieszę odpowiedzieć na Twoje pytania, aż mi się czcionka sepleni, albo kruszy pod palcami. (Przez delikatność nie wspominając o turze_klawia (znaczy od_wr__ot_nie, nie nie, to nie. Uwaga tonie) Ot, tak.

Znak Liebster award [źródło zdjęcia].
Znak Liebster award [źródło zdjęcia].

Kto(sia) nie słyszał(a) o Liebster Award. Internetowy łańcuszek, który wędruje do osób, które mają małą liczbę wyświetleń, a dobrze wykonują swoją pracę. Odpytuję się delikwentkę, (deklinacja, jakież podobnie brzmiące słowo!) albo delikwenta na okoliczność jedenastu pytań, i poleca podać dalej. Uwaga, odpowiadam:

1.Ranny ptaszek czy nocny marek?

Oj skomplikow, plik,plik, kurczę (nawet kurczę się tu zaplątało). Klik, klik. Chciałam napisać (więc napisałam), że sprawa skomplikowana, to jest. Ot, co. A no właśnie.Droga Dagmaro (mogę tak się zwrocić do Ciebie?) Bo ja nie wiem nic o rannych ptaszkach, może poza tym faktem, że jak skakałam z dywanu na podłogę na spadochronie w czasach dziecinnych, to z Tatą (bardziej Tato niż ja) opiekowaliśmy się rannymi ptaszkami, przywracając im najpierw zdrowie, a potem wolność. Z markami jest sprawa bardziej skomplikowana (i nie chodzi o strefę euro, ani o inną bardziej przyziemną, przyjemną) bo tak, tak tak. Właśnie tak. Mamy tego (Marka) co tłucze po piekle, zapiekle, znaczy zapamiętale. I mamy mocnego, wróć nocnego marka.I tao, tak nie chodzi o żadnego Marka,ani tym bardziej, Arka nie chodzi, nie biega, nie przystaje. Tylko  zbłąkaną [za]_dyszkę, duszyczkę, która odwiedza, nawiedza takie, a nie inne miejsca, albo miejsce. Poza tym, (i tamtym i jeszcze tam_tym, ten tego), niektóre (pokażcie które) osoby wiedzą, wierzą, że zmarłych duszę odwiedzają tych, co jeszcze nie rozstali się z życiem (na dobre i złe) po zmroku, stąd odkreślenie nocny marek. Uff… Od nocnego marka, do mary, nie tak daleko, rzekłabym (ale ponieważ to blog to napiszę) że całkiem blisko.  Ale sprawa też nie jest zupełnie jasna, to znaczy jednoznaczna z jednej strony to dusza, która sie porusza i tłucze i wzrusza, z drugiej: to coś, czego nie ma, co się zdaje, co jest zaledwie snem, ułudą, od mary, mamy marzenie, ale od tej samej mary mamy przymiotnik… Marny, [znaczy, nie, że sam przymiotnik jest jakości wątpliwej i niepozornej ości]. Można nie rozstrzygać (o rozstrzygać też ciekawe słowo- strzygi, upiory wampierze, słwo daję! Słowo mnie bierze) i się dla homeostazy zdrzemnąć nie zasypywać gruszek w popiele, wróć, nie nie, tak. Nie zasypiać gruszek w popiele. Nawet to brzmi obco (co innego budzik- czyli jak wiadomo przestraszenie dzika- przy_rząd tortur (pod_rząd? Rozrząd?] i innych tur nie obcy. Budzikom (om) śmie[r]ć albo budzik to śmierć). Rząd rzeczy. Właśnie do rzeczy, znaczy, ad rem. REM to faza snu…Ale nie o tym.  Ale będzie o zasypianiu, otoż, nasi przodkowie i przodkinie zasypiali i zasypiali inaczej, po pierwsze, dzielili sobie sen, np na Wawelu spali w pozycji siedzącej, bo przekonani byli, że Śmierć przychodzi w nocy… Po wtóre, wynalezienie światła sztucznego uwolniło i zmodyfikowało rytm dobowy… I sprawiło, że jeśli o rzeczach mowa, wielu z nich nie używamy już do rytuałów i rytmów towarzyszących zasypianiu.  Co nie znaczy, że zniknęły one po wsze czasy, zniknęły, a i owszem, ale pozostały w języku, a ściśle(j) rzecz (sic!) ujmując w związkach (ehm)… Frazeologicznych (oczy_wiście, wiście i nie spadajcie, wszak co ma wi_[fi]_sieć nie utonie…)No dobrze, wróćmy do rzeczy, nie pieczemy na starodawnych piecach potraw (i innych roślin) dlatego zdziwienie może budzić (sic!) fakt, że mówi się (i pisze) o niezasypianiu gruszek w popiele. Drzewiej w popielniku przygotowano potrawy, (oczy_wiście nie tylko tam- znaczy, nie tylko tam trzeba było mieć oczy dookoła głowy) np pieczono gruszki, a jeśli o nich się zapomniało to cóż, pozostał argument o dbaniu o linię (cicho sza o tym, że dbać, a i owszem, należy- ale musi być ona gruba i wyrazista) gruchy spiekły się, zwęgliły, ktoś lub ktosia musiał(a) mieć pieczę (pieczeń to mogła mieć na palniku) nad tym by tak się nie stało, by w proch nie obracało to co mogło by smakować, a że piec ciepłem nęcił i zwodził, i sen przywoływał nie jednokroć… To, cóż, ostrzegano taką osobę Nie zasypiaj gruszek w popiele! Dzisiaj, związek ten stracił pierwotne znaczenie, zyskał nowe, ale nadal jest obecny (i nie śpi).

A co do odpowiedzi na pytanie, już tak zupełnie poważnie, to zależy, od tego co należy wykonać, jakie mam zadania, i ile czasu wolnego. Obecnie umiem się przestawić (i stanąć ob[ł]ok).Ale i tak wiadomo, że w życiu najważniejsza jest harmonia (czyli jak zwał tak, zwał świnia) no dooobra, on akord_eeee_On[? mójcion].

2.Czym jest dla Ciebie jedzenie?

To zależy. Od  jak bardzo jestem głodna. Poważnie. O kultowym, kulturowym znaczeniu jedzenia nie potrzeba się rozwodzić, a lać wody bynajmnej, nawet tej ognistej (nie daj Bóg onej święconej). Ważni są ludzie, miejsca, czas, smaki, zapachy, dotyki. Chociaż tyki zostawmy w spokoju, nie śniętym, znaczy nie świętym. Chociaż z głodu można i tykę i tak[_]tykę (i inaczej) połknąć, przełknąć, nie zakrztusić, ale i nie tam najeść…

3.Ważne miejsce na turystycznej mapie Polski.

To wymagające pytanie. I intymne. I po trosze filozoficzne, i po trosze prozaiczne, i niespełnione one. I nie doprecyzowane. Chyba nie jestem gotowa by na nie odpowiedzieć, w tej chwili. Ale nie zakluczone, znaczy, wykluczone, że do tego pytania jeszcze wrócę… O zakluczeniu niżej…

4. Bez jakich kosmetyków nie możesz się obejść?

Czy pasta do zębów to kosmetyk? Są kosmetyki i kosztymentyki, kosmetyki zależne są od metry_ki. Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda, tak się zaczyna pierwsza przygoda… Poza tym tonik micelarny, antyperspirant i perfum. Więcej grzechów nie pamiętam. Tam i tu. I jeszcze tam nie pamiętam.

5. Twój wymarzony kawałek podłogi to…

Patrz pytanie trzecie, z ta różnicą, że na pewno wrócę do tego pytania, i do udzielenia odpowiedzi, tyle, że w innymi wpisie.

6. Gdy nie ma nikogo w domu…

(Nic z tych rzeczy, bardziej z tam_tych)To jest on pusty, i na pewno  zakluczony, wróć (wróć, i sprawdź- przyznać się, kto nie szarpał za klamkę i nie sprawdzał, czy  na pewno), zamknięty.

[Pustka w domu, Halina Wyrodek, Piwnica pod Baranami, sł: Bolesław Leśmian, muz: Zygmunt Konieczny].

7. Największa przygoda z czasów szkolnych.

Czy ja mam amnezję szkolną? Bo czasy ciekawe były…

8. Ulubiona pora roku.

Ciepłoułudna i ciepłolubna jestem, ale z wiekiem, i to nie XXI, mniej wybredna…

[Zimy żal, Jarema Stępowski iStarsi Panowie: źródło]

9. Unikam jak ognia…

Przedżaru i Pożaru, ale nie żaru, choć po żarze, zostaje popiół… Prochu nie wymyśliłam, z prochu powstałeś (aś) to wstań i się otrzep… Znaczy ten proch z gruszek…

10.Najbardziej nie lubię…

Oj wielu kwestii, ale nie warte są wspominania…Choćby cieniem czcionki.

11. Ostatnio przeczytana książka.

Raczej ostatnio rozgrzebuje. Za -i prze-glądam, tu czy tam [od]kła-czasami-dam. Kończę właśnie tą, o której pisałam tu(aj). Chociaż nie o wszystkich książkach  przeczytanych, po[d]rzucanych, przypomnianych i wartych tych i tamtych piszę na blogu.

Ufff, kto(sia) przebrnęła to boomba, kto(sia) nie przebrnęła to… Oszczędziła wzrok, chociaż sięgać należy tam gdzie się należy, (zapraszam wszystkich gości kończy mi się termin ważności) nie, no oczy_wiście (i wiszą rzeczywiście, choć widzę to mgliście, by nie napisać marnie…) Sięgać o krok, o wzrok oooo trzeba pytania „wymyśleć„, i lecieć słać, a wiadomo, kto sobie jak pościeli to się i tak wyśpi (patrz proszę punkt pierwszy).

To może ja zadam na pytania a tematy te i tamte maty brzmią tak (do wyboru jeden: by nie poszedł w bór, a ni w las… Jak ogary, by ogarnąć) :

  1. Czy możliwy  jest obiektywny sąd etyczny(Jeśli tak, to dlaczego, jeśli nie to z jakich powodów) I w czym owa niezbędność ma uzasadnienie?
  2. Prymat wzruszenia, czy poruszenia? Albo o  stopniowaniu nieważności i [u]ważności.
  3. Temat wolny, szybki i niedowolny: o rytuałach ponowoczesności w życiu prywatnym i publicznym.
  4. Prawa Człowieka w moim życiu.
  5. Rola literatury dziecięcej w życiu jak najbardziej dorosłych osób.

Osoby, które proszę o wzięcie udziału prowadzą blogi:

Dagmaro, miło by było gdybyś Ty też zechciała, chociaż regulamin zabrania, nominowania osoby, od której się dostało pytania…

Kolejność przypadkowa  Zasady takie same dla wszystkich. Nie będę zasypywać Was jedenastoma pytaniami… Wypowiadasz się na jeden z wymienionych wyżej tematów. Podając jak to zwykle bywa w takich przypadkach, kto jest sprawczynią zamieszania. Potem przekazujesz pałeczkę, znaczy czcionkę, intencję dalej, już z własnymi zadnimi. Dobrej zabawy. 🙂 Niech Wam Czcionka lekką będzie!

 

PS. Tytuł kłamie, ani raz, (bo już było) ani raz, dwa (bo nie szybko).
Uwaga, tytuł nie kłamie bo to LA po raz drugi…