[198+1]… (II).

[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].
[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].

Dopijam kawę i kończę książkę. Niespiesznie. Niezaprzeczalnie. To ta o życiu, nie tylko w cieniu tragedii i oparów atomowych, o tym co zostało zapomniane i niezrobione, zakopane, zaprzepaszczone, i zniszczone, niezaprzeczalnie. Nie, nie jest wytłumaczeniem jestem zbyt wraźliw_y/a, nie to nie dla mnie książka. Im usilniej szukasz wytłumaczeń, tym bardziej książka jest właśnie dla Ciebie. Wiedziałam,że Swietłana jak już pisze, to trzyma za trzewia i nie zamierza puścić. Przeczuwałam, że nie będzie to łatwa książka. No i tak jest. Jeśli spodziewasz się peanów na temat prozy Swietłany Aleksijewicz, to tu, ich nie znajdziesz. Nie o to przecież chodzi.

Co najcenniejszego jest dla mnie w Czarnobylskiej modlitwie? Wielowarstwowość. Wielogłos. Za nim warto iść. Po woli, i po woli, chociaż chciało by się przebiec. Dotykając tego co boli, co wierci, co nie daje spokoju, co zdumiewa. Czego na co dzień nie chcemy dotykać. Poczuć fakturę. A przecież to książka, czego się (wybrane słowo)? Że jesteśmy podobni/podobne? Że też nie wszyłyśmy/weszliśmy za próg? Że życie nadal trwa… Że…  Nie sposób wypisać za[pytań].

Zastanawiam się. Powracają i te, o tożsamości,i te  o bliskie i dalekie spotkania, o to, co zostaje, co niedotknięte , kto i w jaki sposób będzie pamiętał, jak wzrastał w istnieniu, w jaki sposób zużywać życie. Otóż pamięć to proces. Pamięć to niejednokrotnie wysiłek, nic, albo prawie nic nie mówi się o tym w jaki sposób pamiętać. Otóż, ta także może być stronnicza, wygodna, wybiórcza. Co zrobić by tak nie było. Nie miało racji być. Czy czytanie książek wystarczy? Oczywiście, że nie. Zawsze da się coś zrobić. Trzeba chcieć, wiedzieć, jak i wytrwać.  Tyle, że bezpieczniej jest zachowywać dystans. Przekroczyć strefę. Komfortu.

Dys?

on

ans?

[Janusz Gajos i Magda Umer z najnowszej płyty Duety].

A jeśli ktoś/ia nie ma możliwości powrotu do Siebie?

I jeszcze tylko jedno ostrzyżenie, ostrzeżenie czcionki warto odrzucić, choć się naprasza, czytanie książki z perspektywy pocieszania siebie. Masz wybór, czy i w ogóle, a przede wszystkim w szczególe, zrobisz. Warto nie iść najłatwiejszą drogą. Jeszcze jedno, co z tym z r o b i s z ?

Mam teraz utrudniony dostęp do komputera. Proszę o garść wyrozumiałości.

20 myśli na temat “[198+1]… (II).

    1. To prawda, czarne zazwyczaj trzyma poziom, chociaż, zresztą tak jak wszędzie— zdarzają się słabsze książki. Teraz panuje moda na reportaże, ja jestem ostrożna, ale niewątpliwie „Czarnobylską modlitwę” warto przeczytać. A Ty, co polecasz?

  1. Tej Autorki jeszcze nie czytałam. Ale z Wydawnictwa Czarne polecam „Miedziankę” Filipa Springera, to literatura faktu, a czyta się ją jak powieść. Wciąż jestem nią zauroczona.

    1. Żono, zdecydowanie warto! Choć nie jest to książka „na raz”, przypomina to długą, mozolną wędrówkę, a i ta metafora nie oddaje specyfiki, ale warto. „Miedziankę” mam na półce. Zauroczył mnie podtytuł,bardzo dziękuję za propozycję 🙂 Pewnie dzięki temu sięgnę szybciej. Co jeszcze polecasz?

      1. Polecam jeszcze „Farby wodne” Ostałowskiej. To już nie taka cudna lektura jak „Miedzianka”, trudniejsza i straszniejsza. Chociaż „Miedzianka” też przecież wesoła nie jest. Ja też uwielbiam ten podtytuł! Z książek przyjemniejszych polecam „88:1 Opowieści z Wysp Owczych”. Oczywiście skupiłam się na wydawnictwie tym razem 🙂

        1. Kiedyś zwróciłam uwagę na „Farby wodne” ale na tym się skończyło. Najpierw chcę przeczytać Cygan to cygan, którą to książkę Ostałowskiej posiadam. O Romach. „88:1 Opowieści z Wysp Owczych” nie znałam zupełnie, dziękuję. Czytałaś może Irak. Piekło w raju? (O książce tutaj: http://wp.me/p59KuC-9i ).

    1. Nie uległam modzie na reportaże w stopniu wysokim, śmiem twierdzić, przeczytałam zaledwie kilka ( można wymienić/ przypomnieć: Pawła Smoleńskiego i jego Irak. Piekło w raju. Wojciecha Tochana i Eli, Eli. No i wspomnianą „Czarnobylską…”, ale tą obiecywałam sobie przeczytać długo, długo, tylko nie mogłam/ nie chciałam się za nią zabrać. Jak dobrze, że wyszedł audiobook, bo pewnie nadal czekałaby na półce.
      Drażni mnie (jeśli już jesteśmy przy tym temacie) moda na przeprowadzenie, wydawanie książek z serii wywiady- rzeki. Traf chciał, że wydaje się coraz częściej mniej starannie. O wyrobach książkopodobnych wszelkiej maści celebrytek i celebrytów nie wspomnę).
      Beleteletrystyki czytam bardzo mało, i to najczęściej z polecenia (albo z dostania). Cenię sobie jeśli książka (po którą bym w innych okolicznościach przyrody) nie sięgnęła wędruje jednak pod mój dach, bo dzieje się tak w przypadku ludzi, których już trochę znam, i którzy znają moje upodobania czytelnicze, albo chcą mnie czegoś nauczyć, coś pokazać. To tak jak z chodzeniem do restauracji, można zamawiać ciągle to samo, co się sprawdziło i co pieści kubki smakowe, ale życie staje się nużące— i mniej kreatywne. Dlatego nie bawią mnie (a raczej nie pasują mi) wszelkie zestawy na koniec roku pod tytułem: co kupić na prezent dla________ ale sama chętnie dzielę się wiedzą. Uważam, że najważniejsza jest realna obecność. A jeśli już dajemy molce, albo molowi książkowemu coś z papieru i czcionki i myśli to jest to doskonały miernik naszej relacji. Chociaż oczywiście nie sprowadzałabym do tylko do tego. Wszelkie wrzaski mody, kończąc już mój wywód, przemijają.

      1. A z czego wynika niewielość czytanej beletrystyki?

        Porównanie kulinarne mimo, że zgrane, jest tu bardzo adekwatne. Ja lubię próbować kuchni z innych świata stron. Można się przy tym czasem sparzyć czymś nazbyt pikantnym lub zupełnie nie w smak, lecz można zaznać podniebiennej rozkoszy.

        A poszerzenie horyzontów zaprawionego mola to już wyższa szkoła czytelniczej jazdy.

        1. Nie-wielość czytania beleterystyki w ilościach bardzo śladowych wnika z kilku kwestii:
          Świadomości marności wielu dzieł(ek), zwłaszcza dzisiejsze marketingowe podejście do czytania/ książki. Ja nie piszę, żeby traktować książkę jako towar iście luksusowy i umieszczać w dekoracjach XIX wieku. Wspominałam o tym bodaj w tekście: http://wp.me/p59KuC-1e
          ale przecież nie tylko, taki sąd byłby skrajnie niesprawiedliwy/ nieadekwatny i krzywdzący* (niepotrzebne skreślić*).
          Jest jeszcze kwestia potrzeb osobistoczytelniczych. (To czego szukam w życiu i literaturze)
          Jest też świadomość ograniczonego czasu…
          Nie, nie mówię, a tym bardziej nie piszę, że beletrystyka nie jest warta czytania.
          Jest też jeszcze jedna kwestia- od której chyba/ może warto było by zacząć: co uważamy za beletrystykę?

  2. Według mnie słownikowa definicja pasuje nieźle: utwory narracyjno-fabularne pisane prozą.

    Zgadzam się jednak, że alians współczesnego niedoczasu i żerującego na nim marketingu, to jedna z większych zgryzot i dla mnie. Na niedoczas nie mam wielkiego wpływu, ale marketing staram się świadomie ignorować. Redakcja oraz tłumaczenie tekstów marketingowych przyprawiło mnie o alergię.

      1. Wymagające pytania w cenie są. Niedoczas to stan, który sami sobie czynimy i od wpływu nie będę rąk umywał. Można sobie wmawiać, że koniecznie trzeba pracować z nadgodzinami, trzeba dorabiać jak tylko się da i pędzić za nowym telefonem, autem, maratonem, wynikiem, itp., itd. Ale są to tylko własne pożeracze czas, które sami sobie ustanawiamy z duża pomocą dzisiejszego konsumpcjonizmu. To tak w ramach uwag ogólnych.

        U mnie niedoczas jest dwojaki. Część niedoczasu powodowana jest pracę etatową i nieetatową. Pierwsza większość dnia zjada, a druga czasem wieczory. Ale niedoczas pozostały to niedoczas mi miły – czyli rodzinny, książkowy, spacerowy. Mało czasu pozostaje do zupełnie swobodnego rozdysponowania, a jak się pojawia to czasem zostaje społecznie pożarty – rodziny dalsze, odwiedziny, wypady.

        Brak mi nieco czasu na zniknięcie, wyjście, bezcelowość choć chwilową.

          1. Gdybologię uprawiając stosowaną, wydaje mi się, że tak. Różnym presjom jesteśmy poddawani przez innych i przez siebie, ale często jest opcja rezygnacji. Z części pędu można się wypisać. Tylko chyba część ludzi po prostu nie chce. Może nie ma do czego wracać? Może gdzieś pod tym pędem kryje się pustka?

            Pomijam tu oczywiste przypadki skrajne – tak jak osoby biedne, które muszą wypruwać sobie żyły, by zachować choćby minimalny standard życia.

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s