199. Buty van Gogha.

Zapisuję czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

ogniowi – myśł
niech kwitnie ogień

ziemi którą kochałem za bardzo
ciało moje jałowe ziarno

a powietrzu słowa i ręce
i tęsknoty to jest rzeczy zbędne

to co zostanie
kropla wody
niech krąży między
ziemią niebem

niech będzie deszczem przezroczystym
paprocią mrozu płatkiem śniegu

niech nie doszedłszy nigdy nieba
ku łez dolinie mojej ziemi

powraca wiernie czystą, rosą,
cierpliwie krusząc twardą glebę

wkrótce zwrócę czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

– nie powrócę do źródła spokoju

[Testament, Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok].

Testament, jaki zostawimy, my ludzie opuszczający początek wieku? Jakże stary wydaje nam się początek XIX stulecia, a to zaledwie sto lat, cóż to wedle wieczności…?Zastanawiam się, zresztą, i bez reszty jak się okazało, nie tylko ja (gdzieżbym śmiała uzurpować sobie prawo?),  jak to jest z nastrojami pożytku publicznego ego początku wieku dwudziestego pierwszego.

Jeden: mówi mi, że nie jest nieszczęśliwy, ale nie czuje by było szczęśliwie.  Drugi: odzywa się tylko wtedy gdy potrzebuje wypłakać się na ramieniu… Obrazki z wystaw(y). W mediach modny temat w czarnym dziewiętnastowiecznym płaszczu, chociaż nie, z jednej strony smutek z drugiej pigułka  Krzysztof Rutkowski pisze o tym tak:

Od dawna zastanawiam się, czym różni się obecny fin de siecle od dziewiętnastowiecznego, bo różni się poważnie. Doszedłem do wniosku, że przede wszystkim wiekiem morderców. Pod koniec obecnego stulecia najzupełniej bezinteresownie zabijają się dzieci. (…) Dziewiętnastowieczna dekadencja bardziej zdawała się optymistyczna, więcej w niej było nadziei. Teraźniejszość smutniejsza jakaś, chociaż na pierwszy rzut oka powinno być odwrotnie (…)

[Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12].

Myślę, że jednym z powodów może  być taki nie potrafimy dotrzymać kroku postępowi. Umożliwiliśmy dłuższe życie pojawiła się starość, a została ość. Rodzą się dzieci, które niegdyś umierały, albo były poddane ostracyzmowi społecznemu, ekstremalny przykład w starożytnej Sparcie. Obecnie mamy osoby z niepełnosprawnościami, ale nie potrafimy, czy też nie chcemy zbudować mechanizmów społecznych, które były by ze swojej istoty inkluzywne. Od czasów rewolucji technicznej dysponujemy czasem wolnym, to także wynalazek, produkt, kultury, ale nie potrafimy, i co najważniejsze nie chcemy się nauczyć jak spędzać czas ku pożytkowi i przyjemności. Spędzać czas. Cóż to za wyrażenie, pędzi to się bimber. Pędzi się na złamanie karku (a o to, dzisiaj nie trudno). Od spędzania blisko już do przepędzania. Depresja, melancholia? Bezkresność. Ość, której ni przełknąć, ni wypluć.

[Melnancholija, Grzegorz Turnau, album 11:11 Pomaton Emi 2006, wersja zremasterowana 2011].

Jak ciężkich przeżyć trzeba być świadkinią by cieszył samodzielny krok, zapach malin, słońce, wiatr, korek w drodze do pracy, deszcz, bieg… Albo jak ciężko musi być na duszy by tę przyjemności komuś odebrać, komuś, albo samemu/ samej sobie?

Jest jeden czas. Ułamek ledwie gdy smutek jest usankcjonowany, wpisany, oczekiwany. Ale nie zapominajmy, że mówimy to z naszego, europocentrycznego punktu widzenia, czucia, słyszenia i dotykania. Przeżywania. To nie jeden obrządek ma prawo do chowania zmarłych.

Czytając Dziady Mickiewicza można wyznaczyć tropy i tripy. Zaduszki były powszechnie obchodzone przed nastaniem chrześcijaństwa wśród Słowian, tak jak i w innych kulturach grzebaniom zmarłych towarzyszą obrzędy. To  nic innego jak rodzaj polisy na życie przede wszystkim doczesne. Palenie ognia czy też zniczy ma wskazywać drogę duszom, drogę do nieba, wiedzieli o tym celtyccy druidzi, którzy oświetlali drogi blaskiem ognia w czasie święta Samhain.

Odprawienie obrzędów miało gwarantować obfite plony i spokojne życie doczesne. Gdy ludność zamieszkała w Irlandii zaczęła emigrować np do Stanów jak najbardziej Zjednoczonych to pojawiło się święto, które dziś możemy obserwować jako Halloween.  Co ważne święto to obchodzone było nie tylko jesienią, jak ówcześnie, ale kilka razy w roku stosowano różne obrzędy, śmierć nie była odsuwana w niebyt, w cień, ale można powiedzieć, że była towarzyszką życia, bliżej jej do wizerunku jaki przedstawił Jacek Malczewski: kobiety o pełnych biodrach niż kościotrupa z kosą.Jakże łatwo zdyskredytować to, czego się nie rozumie, albo czego się człowiek boi. Strach, podobno lubimy się bać. Śmiem wątpić. Lubimy się bać na niby. Na żarty. Na teraz- zaraz, albo na zaraz-potem. Pstryk. Przełączyć kanał w telewizorni. Humor to nic innego jak mechanizm obronny. Tak jak rytuały.

Rytuały. Drzewiej w naszej kulturze równie ważny był początek maja gdy wszystko się rodziło, pachniało i rozwijało, jak początek listopada. Zostawiano wtedy pieczywo z wypieczonym znakiem krzyża, wyśpiewywano pieśni, w nekropoliach specjalnie wypiekane dla zmarłych. O tymże chlebie już zapomniano, tak jak o innych stosowanych zabiegach, innych się w ogóle dziś nie kojarzy ze świętem zmarłych.

Tak jak pustego talerza zostawianego podczas wieczerzy wigilijnej. Dzisiaj mówi się, że to dla osoby wędrującej, albo zagubionej, drzewiej była to jedna i ta sama osoba, niezależnie po jakim ze światów się błąkała, mogła zasiąść z nami przy wspólnym stole. Taki ślad widnieje też w słowie dziady, dlatego też drugiego listopada baczniej, czy przychylniej patrzono na wagabundów, i żebraczki. Może tych, których spotkamy w ten właśnie dzień, to nasi bliscy, zagubieni w rzeczywistości, [nie]dawno zmarli? Dlatego mogli oni nie tylko liczyć na posiłek w domach, ale i przed kościołami wystawiano suto zastawiane stoły. Zwyczaj ucztowania przetrwał w tradycji prawosławnej, tam uczty wyprawia się na cmentarzach.

Światło i dynia. Ta ostatnia była materiałem bardzo tanim, można było zrobić lampion, i światło będzie się tliło. Pomimo deszczu. Deszczu jesiennego. Tak jak opada liść, tak opada kropla, jedna, druga, trzecia, pięćdziesiąta.  Światło siła życiodajna i niszcząca zasługuje na oddzielny wpis. Można postrzegać je z wielu perspektyw, mówi się o duszach, że gasną, że gaśnie życie w człowieku, że rozbłyska, że trwa, albo, że się tli. Rytuały związane z ogniem są ważną częścią kultury człowieka. Niezależnie w której epoce przyszło mu żyć. Żyć i umrzeć. Kościół jak każda władza chciał zapanować nad duszami i ciałami tych, co pozostali na Ziemi. I jak każda instytucja przejmująca wierzenia i budująca uniwersum przejmowała dawne wierzenia.

W roku 998 św. Odilon, ustanowił  dzień na obchodzenie Dnia Zmarłych. Przypadał on uroczystościach Wszystkich Świętych, podówczas obchodzono święta w maju. Papież Bonifacy IV w 610 roku  nakazał by czcić relikwie męczenników za wiarę. Sto dwadzieścia jeden lat później papież Grzegorz III postanowił, że  święto obchodzone będzie w listopadzie. Są takie dni w roku, dni zadumy, refleksji, ale tak naprawdę chcemy zapomnieć, unieważnić, albo zemścić się ręką śmiertelną – jak pisała Szymborska.  Wymazać śmierć. Nie przemawiają już do nas liczby. Te krzyczą z dzienników, filmów, są jak najmniej przekonywujące…

W dużych miastach umiera po kilkuset ludzi w tygodniu. Zdarza się, że ponad pięćset. W Warszawie umiera ponad dwa tysiące ludzi miesięcznie. Niezależnie od pory roku, obranych zamierzeń, planów i marzeń. Każde ciało kiedyś chciało, pragnęło, zazdrościło,kochało.Plany miało,pragnęło denerwowało się, złościło, spieszyło do pracy, na randkę, czekało na autobus…

Do utraty tchu, przeklinało, cieszyło się, smuciło, czytało, czekało, piło, śniło, spóźniało się. Nie tak rzadko nie zdążyło pragnąć, kochać, znać, marzyć, oddawać się miłości, zazdrości, biegać, czuć wiatr we włosach, stąpać po trawie. Ich stopy nie były łechtane źdźbłem trawy.

Ani jednym.

Ktosia była córką, może zdążyła być matką, córką, siostrą…Ktoś synem, ojcem, bratem, na pewno są dziećmi, byli… Ktoś wyszedł tylko do kiosku, do kina, ktoś w ogóle nie ruszył się z domu. Zjadł kromkę z masłem, sałatą, popił/a czarną herbatą. Ostatnia wieczerza, albo nie, poszedł spać z pustym żołądkiem, żeby nie przytyć, bo zapominał/a kupić chleba, czarnego, był tylko taki, biały, pszenica —biała śmierć, cukier: biała śmierć. Herbata łypiąca na nas swym czarnym, gorzkim okiem. Nie, nie będzie się przecież  truć. Już nie ważne, a sen? Wieczny.

Niebezpieczny jest sen wieczny.

Bez ostrzyżenia i   bez ostrzeżenia, bez fanfar, bez światełka w tunelu, by wiedzieć skąd spieprzać. Ktoś modli się o śmierć. O to, by spokojnie odejść, by już nie cierpieć. By choć raz bez trzeszczenia w stawach, bólu głowy, żołądka, skóry móc wyprężyć ciało, zjeść, zasnąć, zejść. Żyje. Tak, jeszcze żyje, w zdrętwiałym ciele, ciele, które zdradza.

Oddycha, może niezbyt miarowo.

Ale skutecznie zaciąga się powietrzem, rwie je.  Łapczywie połyka. Mówi cicho. Nie zapomina. Pamięta zapachy lata, szkoły powszechnej, może prewentorium z dzieciństwa? Tużurek, tarcza, najpiękniejszy wykrochmalony wrzask mody, granat z bielą. Wykrochmalona koszula. Kant spodni.

A dzisiaj… Dzisiaj pierzchnie.

Kurczy się do niewygodnego łóżka, wymiętoszonego prześcieradła, umęczonych wspomnień, tęsknot za czułością, bliskich już dalekich. Spieszących się. Gdzie? Byle dalej. Do Nie wiadomo Gdzie. Ale to nie musi być reguła, i często nie jest. Chorują młodzi, dzieci, nastolatki, nastolatkowie, z marzeniami i makijażami na twarzach, przestrachem, grozą, może ulgą, bez nadziei na zmianę. Teraz. Albo za chwilę.

Stwierdzenie zgonu. Dwie godziny.Transport ciała do specjalistycznego pomieszczenia nazwanego post mortem czeka się na wystąpienie oznak śmierci — plam opadowych, sztywności trupiej, czy mętnienia rogówki…

Po wyciągnięciu ciała z chłodni ciało ma dwa do trzech stopni Celsjusza. Stężenie pośmiertne trzeba przełamać, tak jak sztywność w stawach. Można to zrobić łagodnie i profesjonalnie.Tak by można było ubrać w ulubioną koszulę, spodnie, spodenki sukienkę, do wyruszenia w ostatnią drogę. Do zapamiętania.

Owszem czasami, to znaczy, gdy niezbędne jest wykonanie sekcji,  trzeba rozciąć czaszkę, jeśli tak — to piłą elektryczną. Narzędzia tak jak wszystko w tym fachu, musi być specjalistyczne. Umiejętności- wielorakie.

Wykonując sekcje wyciąga się mózg, który jak wiadomo jest płynny. Potem wkłada się wraz z po sekcjonowanymi narządami. Do czaszki wkłada się ligninę.

Od śmierci do pogrzebu powinny minąć trzy dni.  Do tego czasu, czyli wystawienia trumny, ciało powinno przeleżeć w chłodni. Ciało zmienia się, różnie. Zależnie od tego, w jakich warunkach jest pozostawione: albo się zeszkieetuje, albo zmumifikuje, albo się rozpadnie. Siedem lat, tyle potrzeba czasu, by zatarł go czas. Można oczywiście wykonać ekshumację. Można w tym samym czasie pogrzebać inne ciało.

Można  spopielić, albo wyschnąć. Jeśli ciało jest zabalsamowane nie zjedzą go robaki, ale tylko wtedy. Tylko wtedy.

Twarz śmierci traci mimikę, mięśnie wiotczeją. skóra zaczyna zwisać, zanikają kontury ust. Oczy się zapadają, kurczą się koniuszki palców, tak jak przy zażywaniu zbyt długich, gorących kąpieli. Tyle, że zwiększone teraz umiejętności chwytne, nie będą już potrzebne. Następuje strupieszenie, następuje zapadanie się tkanek miękkich. Po  śmierci puszczają zwieracze, wycieka mocz. Siła mięśniowa waży tonus, obniża się po śmierci o dwadzieścia jeden gramów. Tak, można wyliczyć dzisiaj magiczne dwadzieścia jeden gramów.

By oczy się nie otwierały, drzewiej kładziono na nie monety, niektóre osoby wierzyły, że to myto, przepustka do lepszego świata, ale tak naprawdę to sposób by oczy się nie otwierały.  Nie zawsze to działało, zależy czy stężenie pośmiertne już nastąpiło, jeśli monety położone były natychmiast to oczy już się nie otworzą. Można je (stężenie pośmiertne)  przełamać. Przeciera się powieki, lekko się je naciągając, stosuje się specjalne silikonowe wkładki, tak samo modeluje się za pomocą silikonu twarz.

W ciele zachodzą takie procesy biochemiczne, o których już dzisiaj wiemy skutkujące ubytkiem wagi. Drzewiej mówiło się o uchodzeniu duszy. Nadal analizuje się tę kwestię.

Bez znieczulenia, bez czekania, bez zwłoki ale w zwłokach następuje rozkład. Na początku pełza, by potem szturmem wziąć organizm. Zaczyna się na poziomie komórkowym. Płyny ustrojowe uchodzą z ciała. To co może, wiotczeje, kurczy się. Człowiek, każdy, nie wiadomo jak stary, jak nie sprawny (w mniejszym, albo większym stopniu), młody, stary, średni, giętki, gruby, chudy, profesor(ka), czy żebrak/ żebraczka nie wiadomo albo wręcz wiadomo jak wymuskany przez Życie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody.Po śmierci ciało zaczyna parować.

Wystarczy dzień by w martwym już ciele zagnieździły się robaki. Wyjmuje się je długą pęsetą. By uchronić żywych, którzy przyszli się pożegnać od kłopotów, chorób, by nie tylko zatrzymać rozkład, zniszczyć bakterie, wirusy, grzyby, pleśnie, gazy gnilne, zdezynfekować, zniszczyć brzydkie zapachy, by przywrócić osobie zmarłej wygląd zażyciowy, by skóra znów się zaróżowiła, można zamówić balsamację. Nie, nie jest to ta, którą serwowano faraonom w starożytnym Egipcie.

Wciera się balsamy w ciało. Zanim jednak to nastanie trzeba zabezpieczyć wszystkie  jego otwory, by zapewnić bezpieczeństwo osobom, które dokonują takich zabiegów. Przygotowują osoby zmarłe w ostatnią podróż.

Przecież płyn może prysnąć na przykład do oka, albo w inne wrażliwe miejsce, a w nim mogą znajdować się wirusy. Niekoniecznie chodzi  wirus HIV, ale także, wirus  żółtaczki typu C, albo prątki gruźlicy,a te ostatnie nie umierają wraz ze śmiercią osoby, te ostatnie są aktywne przez jeszcze k i l k a   t y g o d n i.

Potem można przystąpić do  toalety pośmiertnej, konserwacji, zatrzymania procesu gnilnego. Zatrzymania bo jeśli już się zaczął, nie można cofnąć, można go jedynie zatrzymać. Rozkładające się ciało wydziela trujące substancje, siarkowodory  i metany (gazy ciężkie), bakterie gnilne,  beztlenowe, laseczki zgorzeli gazowej, pałeczki odmieńca pospolitego, laseczki sienne…  Można by wymieniać długo i wytrwale,… Po śmierci cały organizm jest zakażony, oddany we władanie wroginiom i wrogom, został skolonizowany. Nic w przyrodzie nie ginie.

Także to przede wszystkim względy sanitarne powinny być przyczynkiem do tego by poddać zwłoki takiemu zabiegowi. Balsamacja, którą można porównać do przetaczania krwi,  wspomagana jest masażem. Najpierw nakłada się krem na skórę, dzięki któremu nie zdziera się  jej wierzchniej warstwy— naskórka. Po co masuje się zwłoki? Po to by ze wszystkich jam ciała wyprowadzić krew, która nie tylko bardzo ciemnieje po śmierci, ale przede wszystkim to za jej przyczyną ciało gnije.

Po wtóre wprowadza się za pomocą kaniul do żył i tętnic, a rozprowadza za pomocą pompy mechanicznej specjalne płyny balsamujące, to wtedy wykonanie masażu pozwala na rozprzestrzenianie się go w żyłach. (Bazą takich płynów są formaldehydy, które konserwują, zabezpieczają i dezynfekują, ale to nie wszystko,  zawiera także lanolinę, która czyni skórę bardziej miękką, zawiera składniki koloryzujące, dlatego taki balsam, jeden z sześciu, dobiera się indywidualnie, zależnie od tonacji cery). Tak, jest coś takiego jak tanatokosmentyka. Kosmetyka pośmiertna, można wyszczuplić, poprawić, wygładzić,zrobić makijaż, zwykle stosuje się zerowy, jak najbardziej neutralny i naturalny,  ale to na końcu…

Nie tyko do żył wprowadzany jest wspomniany balsam, do tętnic również jest on  wstrzykiwany  wypycha płyny fizjologiczne. Za pomocą drugiej wprowadzonej tym razem do  żył wpompowuje się z organizmu krew. Skrzepy jeśli są zostają rozpuszczone, udrożniony cały układ, ciało zakonserwowane, przywraca się naturalny kształt ciała, koloryt skóry, ciało pachnie łagodnie, malinami.

W innym porządku balsamuje się ciała, które są  przywiezione są z dróg, po wypadkach komunikacyjnych, po samobójstwach. Kiedy tętnice i żyły ulegają zniszczeniu, są poszczerbione, przerwane, zmasakrowane zwłoki. Po pierwsze w takich sytuacjach niezbędna jest sekcja, po drugie ciało jest zmasakrowane trzeba pozszywać, narządy, tętnice, żyły…

Cały proces balsamacji u osoby, która nie uległa wypadkowi trwa półtorej godziny. Gdy potrzebne było przeprowadzenie sekcji zwłok, także jest możliwe przeprowadzenie takiego zabiegu, z tą różnicą, że narządy wewnętrzne zalewane są specjalnym płynem i wkładane do czerwonego worka (kolor ma tu znaczenie, czerwony przeznaczony jest do odpadów biologicznych) później worek wkłada się do ciała, które się zaszywa. Narządy tak jak i ciało- wysychają. Jeśli ciało nie zostało poddane sekcji, to narządy obszczykuje się do jamy brzusznej.

Można oczywiście skremować ciało.

Piece, podobne jak te, w którym przygotowuje się pizzę, z tym, że te osiągają większą temperaturę (od ośmiuset do trzech tysięcy stopni). Po kremacji zostaje proch. Przed dokonaniem tejże wypytuje się  o wszystko. O znaki poszczególne znaki szczególne, blizny, tatuaże, choć oswojone ciała najbardziej obce. Przebyte operacje wszelakiego autoramentu choroby… Ciało zostaje umieszczone  w drewniej trumnie. Bez zdobień, bez lakierowania.  Ciało i jego narządy wewnętrzne mniejsze kości spalają się całkowicie. Kawałki większych, tak jak jest to w przypadku kości udowych trzeba zmielić w elektrycznym młynku specjalnie przeznaczonym do tego celu. To taki większy bęben można porównać do tego, który znajduje się w pralce. W środku znajduje się dziesięć ołowianych kul. Do młynka wkłada się kości wraz z prochem. Proces w nim zachodzi przez czterdzieści minut.  I w tymże czasie już zmielone na proch  ulega wystudzeniu.  Proces trwa dwie i pół godziny.  Z dorosłego człowieka pozostają dwa lub trzy litry szarego prochu.

.

 [Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].
[Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].

Lubimy jako ludzie być zajęci, ale nie efektywni, to ostatnie wymaga wysiłku, takiego jaki jest konieczny do wytworzenia nawyku, to pierwsze jedynie pozoru. Nasza zajętość, zwłaszcza zauważalna jest w dużych miastach, to ona ma być wyznacznikiem statusu, ważności, modnie jest się spieszyć, dokąd(ś) dążyć i obowiązkowo się spóźniać. Mieć zaduszoną czcionkę gdzieś w plecaku, w podręcznej nie za grubej książce.

A mnie się przypominają Buty  Vincenta. Vincenta van Gogha nie Czaszka z palącym się papierosem, ale właśnie buty, te buty. W nich jest wszystko. Wszystko co powinno, od sznurówek, po języki i sznurówki. Wszystko. Co powinno być. Nic ponadto. To po nas zostanie, buty, koszulki, zeszyty, płyty, biurka, może rozmowy, zdjęcia, może wspomnienia, może ulubione powiedzenia, Może… Ile trwa ludzka pamięć? Co wiemy o swoich pra, pra,pra babkach i dziadkach? Czy wiemy co ich cieszyło, smuciło, ulubione zdania, książki… Nie, nasza pamięć sięga tylko do dziadków, może i pradziadków, babci, prababci. Czy wiemy jak wyglądali, jakie mieli nadzieje, plany, marzenia, żale, czym chronili się przed zimnem, czy lubili gruszki, czy raczej jabłka? A przecież to pradziadkowie prababcie, a dalej? Co wiemy o przeszłych pokoleniach, nie obcych nam ludzi, ale tych, co krew z krwi i kość z kości… Może mamy nos po praprababci? To samo spojrzenie jak się złościła… Może… Takie wielkie może i morze niepamięci, tak mało czasu. Ledwie garstka by nie zostać zapamiętanym, by zostać zapomnianą.

—-

Literatura:

  • Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok;
  • Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12
  • Bez strachu. Jak umiera człowiek, Magdalena Rigamonti, Adam Ragiel, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2015r.

17 myśli na temat “199. Buty van Gogha.

  1. Ja właśnie kupiłam swojej Mamie kalendarz na przyszły rok z prośbą, by zapisywała w nim swoje dni. Bo to będzie dla mnie pamiątka, gdy Jej już nie będzie.
    Nie czczę zwłok i nagrobków. Ciało było i minęło. Zostają wspomnienia i pamiatki. Dlatego optuję za kremacją. Choć Mama zwróciła mi też uwagę, że ona nie należy tylko do mnie i może ktoś inny (Jej syn, wnuczka, przyjaciółki, znajomi) mieliby potrzebę podumać nad Jej grobem… I mnie przekonała. Bo rozmawiamy na takie tematy, czemu nie? Pół serio, pół żartem. Wiem, że kiedyś mogę stanąć wobec takiej rzeczywistości więc muszę wiedzieć. Chyba, że się potoczy inaczej. Różnie może być, co nie;-)

    1. Kalendarz to świetny pomysł, ja mojej nie mogę namówić. Iwaszkiewicz pisał całe życie do córek zresztą powstała książka zbierająca korespondencję (PIW,2010). Co do argumentu Twojej Mamy, bardzo celny przekonywujący.

  2. Słowem bawiąc się można rzec, że dla nas jest umieranie, a śmierć już jest poza nami. Nagrobki i obrzędy są dla tych, którzy pozostali. Odeszłym zaś na nic one, nawet jeśli znaleźli swą drogę do świata innego lub odwiedził ich WIELKIMI LITERAMI mówiący ktoś.

    1. No można powiedzieć, że jest to słowem zabawa, ale można też powiedzieć, że Epikur byłby ukontentowany. „Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas …” Nie wiem co jest Po Drugiej (albo kolejnej stronie). Nie wiem też, czy dla Wszystkich nas jest ona jedna(ka). Śmierć jej wizerunki, portrety, to temat rzeka (kolejny!) również dlatego, że jest on także świadectwem, nie tylko nas samych- jako ludzi, ale i kultur, marzeń, snów, lęków, nadziei… Wystarczy przyjrzeć się podaniom, które ocalały do naszych czasów…

      1. Ciekaw jestem, jakie świadectwo wystawiamy sobie samym w obecnych czasach. Z jednej strony mam wrażenie, że śmierć jednocześnie się upowszechniła oraz zniknęła. Medialny zalew dotyczący katastrof, strzelanin i innych tragedii kontrastuje z oddelegowaniem umierania do szpitali, hospicjów i nie-domów. Śmierć dotyczy innych, lecz nie nas.

        1. O to temat rzeka! Co nie znaczy, żeby nie dyskutować nań (wręcz przeciwnie).
          Pierwsze z pytań, które się nasuwa, to oczywiście, kto sobie wystawia? Komu wystawia? My, to wiadome, ale co się za tym kryje. My jako społeczeństwo: kobiety/ mężczyźni? My, jako Europejki i Europejczycy? Jako osoby o różnym statusie społecznoekonomicznym? Jako osoby żyjące na początku XXI wieku? Jako… U tu można mnożyć przykłady tożsamości. By uniknąć banału. Bo pod nim tak się składa,że układa się całkiem skomplikowana kwestia…Czy my- jako osoby [po]szczególne, które mają imię, nazwisko, pracę, zestaw kompetencji, kompleksów i zainteresowań…?
          2. Śmierć spowszedniała, i stała się wygodnie niewidoczna- mam takie wrażenie.
          Zachęcam do lektury tekstu (wierzę, że prędzej czy później byś do niego dotarł) ale wpasowuje się w dyskusję
          http://wp.me/p59KuC-rL
          i drugi:
          http://wp.me/p59KuC-vi
          Podaję w kolejności czytania.

          1. Celna uwaga w temacie mego uproszczenia. My odnosiło się tu raczej do Polski, Polek i Polaków, a może i nieco szerzej do ogółu wielkiego Zachodu. Zachód ten zróżnicowany jest licznie narodowo i obyczajowo, lecz nie aż tak bardzo jakościowo. Różnic jest wiele, ale nazbyt głębokie nie są, a przynajmniej nie w porównaniu z podziałem na Europę, a Indie przykładem służące.

            Właśnie w kontekście punktu 2, w którym zawarte wrażenia podzielam.

            1. Ja też byłam kiedyś zdania, że w Europie nie są różnice duże, tak przywykłam do tego rodzaju myślenia, tak utrwaliła mi się owa optyka, że dopiero jak zaczęłam się przyglądać, zeskrobywać, zrozumiałam, że to zależy w jaki sposób spojrzeć..
              No bo tak, owszem, można wyjść z założenia, że różnice nie są duże. Ale znów: jaki, które z i dlaczego właśnie te kryteria przyjmiemy? Co to o nas samych mówi (jeśli chodzi o wiedzę). Czy będziemy rozpatrywać kwestie dotyczące etniczności, statusu społecznoekonomicznego danych grup, wiary (jeśli tak do jakiej) wpływu zmian społecznych natury np obyczajowej/ technologicznej.Owszem, ludzie są opisywani i postrzegani przez pryzmat tych tożsamości, które się wyróżniają, np w Polsce (obecnie) nie widać naszego tj. Białego koloru skóry, ale jeśli tylko wyjedziemy do dużego miasta (Kraków/ Warszawa) albo lepiej do innego państwa (bardziej zróżnicowanego etnicznie) to „nagle” nasz kolor skóry staje się widoczny, tak samo z wiarą/ niewiarą, stanem zdrowia, wiekiem, płcią i innymi tożsamościami… Polska (II Rzeczpospolita) była bardziej zróżnicowana etnicznie, niż obecnie, inne zachodziły przemiany (albo/ i ich dynamika była różna, i bardziej zauważalna przez to)….

            2. Ze wszystkim się zgadzam, ale mam zastrzeżenia poboczne. Wszystko tu zależy od tego o czym dokładnie i na jakim poziomie szczegółowości chcemy się poruszać. Do potrzeb ogólne dyskusji na temat traktowania śmierci we współczesności poczynić warto pewne uogólnienia. Jeśli zaś chcemy pochylać się nad szczegółem i dokonywać drobiazgowych porównań, to uogólnienia porzucić trzeba. Wtedy jednak trzeba albo wybrać bardzo wąski wycinek, albo zacząć pisać książkę. Zbytnie uszczegółowienie może być takim samym katem dysputy, jak i generalizacje.

            3. Z mojej perspektywy i tak- i nie.
              Bo to zależy. ;-/ (Jak na to zagadnienie spojrzeć, to znaczy, którą perspektywę uznać za wiodącą/ nie, że jedyną, ale taką za którą w tym momencie podążymy w dyskusji).
              Oczywiście, że Europejczycy mają pewien arsenał wspólnych doświadczeń.
              „Mniej”, „bardziej” bardzo nieostre to pojęcia w sensie nieuchwytne znaczeniowo.Nie chcę się czepiać, tylko trudno mi dyskutować, ale rozumiem czuję/ widzę Twój tok myślenia. 🙂
              Tyle, że jeśli przyjrzeć się mu (wejść głębiej) jest on baardziej złudny niż nam, w tym mnie, piszę o własnym doświadczeniu edukacyjnym, się wydawało na początku. (Mojej drogi). Bo zostańmy proszę przy jak piszesz Zachodzie. Takim jakim jest on nam znany. (Albo prędzej opatrzony). W socjologii jest taki dział,który zajmuje się nauką o tożsamościach. I tak. Mamy te, które odnoszą się zarówno do osoby, jak i do grupy, (a raczej grup), Mamy te, które są pierwotne, i te, które są wtórne. I im dalej wejdziemy w las, tym więcej drzew.
              Tak: bo oczywiście, że porównując Indie z Polską dzisiejszą oczywiście, równice są innej natury, ale to nie znaczy, przy głębszym poznaniu, że są one jeszcze bardziej inne do tychże klas rodzajów, podziałów tożsamości wchodzą jeszcze różnice kulturowe.
              Dalej, sięgając do czasów II Rzeczpospolitej społeczeństwo było bardziej zróżnicowane, chociażby (ale nie tylko!) etnicznie.A więc argument o wspólnych doświadczeniach przestaje być jeśli nie adekwatny, to staje się asymetryczny. To, jakim się stanie zależy od tego, kogo (społecznie) uznamy za „swoich”, a kogo za „obcych”.
              Oczywiście słyszę w Twojej wypowiedzi aspekt różnic kulturowych (chociażby). Pisząc powyższe zdania, chciałam pokazać, że sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż nam się to wydaje nawet na tak zwanym swojskim Zachodzie. Tyle, że z tego punktu gdzie jesteśmy, jeśli się nie ruszymy to pewnych kwestii nie widać, pewne inaczej doświadczamy, będąc w kraju pochodzenia.

            4. Wydaje mi się, że napisałaś to samo, co wcześniej, ale wchodząc w więcej szczegółów, a ja mógłbym odpisać tak samo, jak poprzednio. Dodam tylko, że ta droga od generalizacji do szczegółów wiąże się z tą otwartością, ciekawością i drążeniem, o którym piszemy. Warto po prostu mieć nawyk kwestionowania pewnych stwierdzeń i zważania na uogólnienia właśnie.

  3. Otóż i zagnieżdżone komentarze się skończyły, otwieram więc nowe drzewko.
    Otóż nie napisałam tego co wcześniej, ale poszłam w głąb, a to czyni różnicę. Metaforycznie można przyrównać sytuację do obserwowania tafli wody, gdy pod spodem jest cała rafa koralowa, jeśli nie zanurkujemy, nie dowiemy się, nie doświadczymy i nie zobaczymy, a to – już czyni -nie dużą, ale wielką różnicę.

  4. Bardzo dobre porównanie. Ciągnąc je dalej – gdy będziemy obserwować tę rafę z odległości pięciu centymetrów, uroku jej całego nie dostrzeżemy. A czasem z kolei woda niebezpieczną być może i zagłębić się nie ma jak.

    1. Nie chodzi o to, by rafę obserwować z odległości centymetra, czy pięciu. (Nie chodzi też o żonglowanie metaforami i przewracanie ich do góry dnem. Nie chciałam pisać o górze lodowej (takie trenerskie porównanie) wiele widać dopiero pod wodą. Jak zwał, tak zwał. Chodzi o to, że wcale się nie powtórzyłam.
      Poznanie jest niebezpieczne z reguły, bo człowiek wychodzi ze swojej strefy komfortu (to raz) nie mylić ze Stefą Bezpieczeństwa, ale w perspektywie chodzi o zmianę. Czyli zburzenie czegoś, by zbudować.

      1. Cóż, metafory mają to do siebie, że lubię spod kontroli się wymsknąć. Albo zostać wymskniętymi. Kwestia powtórzenia była kwestia mego wrażenia, a nie faktu ustalonego. Wierzę Ci na słowa.

        Porzucając rafy, spytam o coś zupełnie innego – czy zmiana zawsze musi burzyć?

        1. Metafory nie zawsze wymykają się spod kontroli, no ale możesz mieć inne doświadczenia, albo mówić np o nieuzgodnieniu metafory.
          Odpowiadając należało by najpierw dopytać się, co rozumiemy i Ty i Ja, pod pojęciem burzyć. Bo jako słowo samo jest nacechowane negatywnie.
          Ale gdyby się oderwać, zeskrobać to znaczenie, można powiedzieć, że zmiana jest sposobem przeorganizowania. (Tworzy różnicę). To jest tak, z sytuacją gdy mamy zestaw klocków, potem zdarza się (albo intencjonalnie, albo nie, albo za naszą sprawą, albo wbrew przeciwnie) następuje zburzenie/ rozłożenie klocków, a trzecim etapem, jest powtórne ułożenie, ale już w inny zbiór. A więc odpowiadając na Twoje pytanie. Tak przeorganizowanie („zburzenie”) jest konieczne, ale jest tylko częścią dobrze tzn, w znaczeniu odpowiedzialnie przeprowadzonej/ wprowadzonej zmiany.

          1. Chyba rzeczywiście w pierwszym interpretacyjnym odczuciu za bardzo negatywnemu aspektowi burzenia dałem się ponieść. Burza mózgów zmiany też nieść może, ale piorun nikogo porazić nie musi. Wystarczy, że oświeci.

            Swego czasu czytałem powieść „Przypowieść o talentach” Octavii E. Butler, w której zmiana stała się centralnym punktem religii, bóstwem na pewien sposób. Ciekawy był to koncept i przekonywająco przedstawiony.

Odpowiedz na 5000lib Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s