202.Blogostan? Iwasiów 2.0.

176962-352x500
Blogotony, Inga Iwasiów, Wielka Litera, Warszawa, 2013 [źródło zdjęcia].

Czasami zdarza mi się dostać książkę, i wtedy, albo czytam ją od razu, albo niespiesznie odkładam, wiedząc,że cierpliwie poczeka. Innej możliwości nie ma, znaczy jest, ale nie dla mnie. Nie oddaję, nawet jeśli jest ona dla mnie najdalsza ideowo, staram się, nie, wgryzam się w nią, zapytuję i dyskutuję z osobą obdarowującą. Przecież to doskonały przyczynek do dysputy, wymiany zdań chociaż najmniejszej. Tym razem też odłożyłam, i to na bardzo długi czas, podchodziłam do niej w czerwcu, ze spokojem, znajomością, bo przecież Autorka nie jest mi obca. Nie jest mi obca, to bardzo eufemistyczne stwierdzenie. I oto czytam, czy tu, czy tam, podczytuję Blogotony i mam mocno ambiwalentne odczucia. Z jednej strony mam odczucie, że takie książki są potrzebne w dwójnasób. Po pierwsze chodzi o język bliski użytkowniczce/ użytkownikowi, a nie jak wycięte z konferencji, z drugiej — jeśli chodzi o temat. Ale im dłużej czytam, przyglądam się i wertuje, to jestem zawiedziona, srodze. Dysputa chociażby o feminizmach bo jest ich wiele wymaga (jak i one same) dekonstrukcji i ponownego skonstruowania. Jeśli ktoś/ia szuka czegoś takiego, wielce się zawiedzie, jeśli szuka lekkiej i przyjemnej propedeutyki może tokowa być, jeśli zaś szuka lekkiej, łatwej i przyjemnej lektury, to z pewnością taką będzie.  Można się nie zgadzać, można dyskutować (a jakże!) ale do popołudniowej, albo porannej kawy, w sam raz. Nie chodzi o to by dyskredytować pozycję, czy dokonania Autorki, wysuwać argumenty, podskrobywać, zeskrobywać i zasypywać.

Oto dwa cytaty na teraz:

W telewizji świętują młodość seniorek, tymczasem ja w ostatnich latach, pobieram lekcje starości, która każdemu się przyda, bo przecież nie podążamy niepowstrzymanie ku jeździe na hulajnodze, lecz ku zanikowi sprawności, czasem wymykaniu się mowy, odcinaniu partii mózgu, spowolnieniu, przejściu na drugą stronę.

♠♠ ♠♠ ♠♠

(…) mówię przyjaciółce, ze będę pisała narcystyczną odmianę dziennika, czyli bloga. Pisząc dziennik jako taki można udawać niewinność, zrobić zapis, że niby za lat-tam-ileś po śmierci, ze spadkobiercy, że dobra osobiste. Z blogiem nie da rady, udawanie nie wchodzi w grę —pisanie w nadziei  na natychmiastowy odbiór, żenujący nieco. A (…) przyjaciółka mnie dobija mówiąc: „Ty? Bloga? Przypomnę ci, że jesteś przeciwniczką kultury masowej”. O rany, jestem, rzeczywiście. Nadzieja tylko taka, że o masowym obiegu nie może być mowy, bo jednak zamierzam pisać niszowo, czyli o tym, co interesuje pisarkę w średnim wieku, literaturoznawczynię i feministkę. Ile osób w naszym pięknym kraju ma ochotę dowiedzieć się co interesuję kogoś takiego?

♠♠ ♠♠ ♠♠

A Ty, tak, Ty,czego szukasz, i co znajdujesz na blog_ach? Co (czyli jakie k o n k r e t n e zachowania rozwiązania) wspierają odbiór i sprzyjają dyskusji? A co (jakie konkretne zachowania/ rozwiązania) go utrudniają, uniemożliwiają?

♠♠ ♠♠ ♠♠

PS. Przez moje niedopatrzenie, nie napisałam (a od tego powinnam była zacząć, że chętnie podyskutowałabym z Autorką na temat feminizmów.

Reklamy

[131+1].Ballady i niuanse(II): o czytaniu.

Nie o to chodzi by czytać.Pisałam nie raz, nie dwa, nawet nie trzy. Nie o to chodzi, żeby czytać wiele, zarzucać się opasłymi wydaniami ciągłymi. Chodzi o to by c z y  tu, c z y  t am , ta(ć) świadomie. Nie naburmuszoną czcionkę, czasami sięgnąć po coś lekkiego, chociaż niektórzy mówią, że życie to nieznośna lekkość bytu. 🙂

Jak to zrobić? Zwłaszcza, gdy nie mamy środków finansowych by inwestować je w książki? W jaki sposób czytać? Mogę podzielić się moją receptą na czy to tu, czy tam, częstowanie się czcionkami. Tych sposobów było kilka, i one ewoluowały zwłaszcza gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać.

Po pierwsze, napiszę coś oczywistego, nie musisz  z niego korzystać. Możesz weń powątpiewać. U mnie się sprawdził.

[Adam Strug. Tam na rzece. Strug,Leśmian,Soyka, Universal Polska,2015].

  • Po pierwsze: odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego tak naprawdę czytasz? Jaki jest Twój cel. Może to być na przykład chęć zażycia rozrywki , może to być kwestia zasięgnięcia informacji, pogłębienia wiedzy, czy próba podjęcia polemiki.
  • Po wtóre: o czym się często zapomina przyjrzyj się w jaki sposób spędzasz czas, nie, nie tylko ten, uważany za wolny,ale ogólnie, zarówno w pracy jak i poza nią. Inaczej będzie wyglądała praktyka czytania osoby młodej, inaczej osoby starszej, ale nie tylko ze względu na stan zdrowia, które to skojarzenie/a raczej stereotyp/ może się nasuwać, inaczej będzie wyglądało czytanie osób, które żyją w rodzinie, (wielodzietnej albo modelu 2+1, inaczej gdy dzieci są już dorosłe, a odmiennie gdy są małe, permutacji jest wiele). Uwzględnij charakter swojej pracy zarobkowej, jeśli  np pracujesz za pomocą komputera,i wiele czytasz, spędzanie dodatkowego czasu z papierową książką, może być nużące.
  • Po trzecie: Biorąc pod wzgląd dane uzyskane z odpowiedzi na dwa uprzednie pytania możemy sprofilować sposób czytania, a to ważne. Sposobów jest wiele. Tak jak i modeli życia.
  • Po czwarte: mniej znaczy więcej. Nie chodzi, by zarzucić się książkami, brać udział w szczytnych wyzwaniach, i czytać dużo, ale o to by dobierać sobie lektury. Nigdy nie gustowałam w kryminałach, wyjątkiem było  Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej przeczytane za czasów letnich nastoletnich, i któryś z kryminałów Agaty Christie by dotknąć jej fenomenu, puntem wyjścia była wiedza biograficzna i jej podróże z mężem (archeologiem).
  • Po piąte:pisałam już, spróbuj skorzystać z nowych technologii. Wersji elektronicznych, czy wersji audio. To, że nie sprawdziły się gdy czytasz np książkę specjalistyczną, nie znaczy, że należy je odrzucić. Zastanów się proszę może to kwestia np lektora, pory dnia, albo prezentowanych treści?
  • Po szóste: Ciesz się czytaniem,to nie obowiązek,a przynajmniej nie tylko, to przede wszystkim ma być przyjemność.Niby oczywiste,ale warto przypomnieć.
  • Po siódme: Jeśli masz okazję przekartkuj książkę,zobacz jaki ma układ treści,na co chcesz,na co możesz,a na co „musisz” zwrócić uwagę. Zobacz ją w szerszym kontekście.
  • Po ósme:czytaj blogi, wiele osób nie zalicza tej aktywności jako czytania, z mojej perspektywy, wiele mediów się tabloidyzacje,wiele jest też protagonistów,ale cóż,warto poświęcić czas na szukanie i czytanie.I przy tej zasadzie jak przy wielu, zastosowanie ma selektywny wybór, to znaczy, lepiej czytać mniej blogów,a bardziej dokładnie (można się zapisać na listę mailingową/albo obserwować blog). Skorzystaj z możliwości podyskutowania z autorką/autorem, moim zdaniem to atut,z którego warto skorzystać. Wpis może być wyjściem do ciekawej dyskusji,może się także okazać,że autor/ka może polecić coś więcej,niźli jest napisane,a niejednokrotnie okazuje się, że jeśli jest pasjonatką/pasjonatem tematu wie, o wiele więcej.Nie należy także lekceważyć efektu synergii,który powstaje w momencie wymiany poglądów. To proces. I  przebiega, w różnych kierunkach i na różnych płaszczyznach.
  • Po dziewiąte: Powtarzam,i będę powtarzać. Zadbaj o przestrzeń i czas bez książek. Doskonale wiem, że obecnie panuje moda na czytanie, recenzowanie i gotowanie. To olbrzymi rynek,moda przeminie, pojawi się inny jej wrzask. Z przykrością obserwuje pauperyzowanie się procesu czytania,czytać wiele, ale po wierzchu. Nie chodzi o to, by czytać dużo. Choć to niesłychanie modne.
  • Po dziesiąte: dziel się książkami. Na różne sposoby, polecaj,podpowiadaj, użyczaj (z tym jednakże jestem ostrożna, bo wiele książek nie zostało mi zwróconych). Jeśli Cię na to stać, to warto kupić więcej niż jeden egzemplarz, i podarować Bliskiej Osobie. Jeśli nie chcesz użyczać, nie użyczaj, możesz się dzielić tytułami.
  • Po jedenaste: jeśli masz możliwość korzystaj z bibliotek(i). To nie tylko ekonomiczny sposób,ale jeśli pracowniczki i pracownicy tej instytucji poznają Twój gust, możesz poprosić o informację zwrotną, albo rekomendację podobnych książek. Bądź otwart_y/a, eksploruj, odkrywaj, sięgaj, nawet za cenę rozczarowania.
  • Po dwunaste: otaczaj się pięknym językiem, dotyczy to nie tylko sposobu wysławiania się,ale także szukania innych sposobów,np słuchania piosenki literackiej, autorskiej. Szukaj pasji,jak ją znajdziesz na pewno opisana jest w literaturze, jeśli nie jesteś prekursorką/prekursorem nowej dziedziny. Możesz też szukać dziedzin pokrewnych literaturze.
  • Po trzynaste:Kupuj z głową i portfelem: nie od razu gdy książka ukaże się na rynku,z biegiem lat staje się coraz bardziej wymagająca. I odsuwam zakupy w czasie, tak ze względów ekonomicznych, ale to także sposób by uniknąć humbugów. Najpierw czytaj to, co masz w domu, nie kupuj na zapas, prędzej skoczy Ci się miejsce w domu, albo na czytniku, niż zdążysz przeczytać. Jest jeden wyjątek, od tej zasady, korzystanie z promocji.
  • Po czternaste: Właśnie, korzystaj z promocji, rób listy, i liczba mnoga jest tu nie bez znaczenia.Przykłady? Listy prezentowe:by wiedzieć co odpowiedzieć,jeśli ktoś proponuje nam zrobienie prezentu,a nie poznał nas na tyle, by proponować (samej) samemu. [Wielka szkoda,ale się zdarza]. Róbmy także takie takie, które dotyczą Bliskich Osób,to pozwoli nie tylko mieć je w zanadrzu, czy przewidzieć wydatki, ale także umiejętne skorzystanie z proponowanych promocji.  Przykłady innych to np: książki,które warto przeczytać, książki które warto mieć, i tu mogą być jeszcze bardziej sprofilowane (ze względu np na format, albo gabaryty, albo…Przykładów jest wiele).
  • Po piętnaste: jeśli nie korzystasz z książek posiadanych rozdaj je, ale ludziom,którzy naprawdę się z nich ucieszą.Nie muszę wspominać,że poza wyjątkami, książki muszą wyglądać,nie mówię o zakreślaniu,malowaniu,czy zalewaniu…
  • Po szesnaste: Utrzymuj f u n k c j o n a l n y porządek w swojej biblioteczce. Chyba punkt nie wymagający rozwinięcia. To np doskonała część feedback , ja przeglądając swoją, wiem, jak zmienia(ł) mi się gust, światopodgląd, zainteresowania…
  • Po siedemnaste: Humor! Nie zapominaj o nim, nawet gdy jest przykurzony, znaczy czarny, ale z tym to uważaj…
  • Po osiemnaste: mając w pamięci punkt jedenasty zapytuję: A jaka jest Twoja propozycja?

Niech Ci czcionka lekką będzie (nie zawsze) ale jednak! Dobrego czytania, smacznego!

PS. Niby się, w niektórych podpunktach powtórzyłam, ale uważam, że warto.

[198+1]… (II).

[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].
[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].

Dopijam kawę i kończę książkę. Niespiesznie. Niezaprzeczalnie. To ta o życiu, nie tylko w cieniu tragedii i oparów atomowych, o tym co zostało zapomniane i niezrobione, zakopane, zaprzepaszczone, i zniszczone, niezaprzeczalnie. Nie, nie jest wytłumaczeniem jestem zbyt wraźliw_y/a, nie to nie dla mnie książka. Im usilniej szukasz wytłumaczeń, tym bardziej książka jest właśnie dla Ciebie. Wiedziałam,że Swietłana jak już pisze, to trzyma za trzewia i nie zamierza puścić. Przeczuwałam, że nie będzie to łatwa książka. No i tak jest. Jeśli spodziewasz się peanów na temat prozy Swietłany Aleksijewicz, to tu, ich nie znajdziesz. Nie o to przecież chodzi.

Co najcenniejszego jest dla mnie w Czarnobylskiej modlitwie? Wielowarstwowość. Wielogłos. Za nim warto iść. Po woli, i po woli, chociaż chciało by się przebiec. Dotykając tego co boli, co wierci, co nie daje spokoju, co zdumiewa. Czego na co dzień nie chcemy dotykać. Poczuć fakturę. A przecież to książka, czego się (wybrane słowo)? Że jesteśmy podobni/podobne? Że też nie wszyłyśmy/weszliśmy za próg? Że życie nadal trwa… Że…  Nie sposób wypisać za[pytań].

Zastanawiam się. Powracają i te, o tożsamości,i te  o bliskie i dalekie spotkania, o to, co zostaje, co niedotknięte , kto i w jaki sposób będzie pamiętał, jak wzrastał w istnieniu, w jaki sposób zużywać życie. Otóż pamięć to proces. Pamięć to niejednokrotnie wysiłek, nic, albo prawie nic nie mówi się o tym w jaki sposób pamiętać. Otóż, ta także może być stronnicza, wygodna, wybiórcza. Co zrobić by tak nie było. Nie miało racji być. Czy czytanie książek wystarczy? Oczywiście, że nie. Zawsze da się coś zrobić. Trzeba chcieć, wiedzieć, jak i wytrwać.  Tyle, że bezpieczniej jest zachowywać dystans. Przekroczyć strefę. Komfortu.

Dys?

on

ans?

[Janusz Gajos i Magda Umer z najnowszej płyty Duety].

A jeśli ktoś/ia nie ma możliwości powrotu do Siebie?

I jeszcze tylko jedno ostrzyżenie, ostrzeżenie czcionki warto odrzucić, choć się naprasza, czytanie książki z perspektywy pocieszania siebie. Masz wybór, czy i w ogóle, a przede wszystkim w szczególe, zrobisz. Warto nie iść najłatwiejszą drogą. Jeszcze jedno, co z tym z r o b i s z ?

Mam teraz utrudniony dostęp do komputera. Proszę o garść wyrozumiałości.

199. Buty van Gogha.

Zapisuję czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

ogniowi – myśł
niech kwitnie ogień

ziemi którą kochałem za bardzo
ciało moje jałowe ziarno

a powietrzu słowa i ręce
i tęsknoty to jest rzeczy zbędne

to co zostanie
kropla wody
niech krąży między
ziemią niebem

niech będzie deszczem przezroczystym
paprocią mrozu płatkiem śniegu

niech nie doszedłszy nigdy nieba
ku łez dolinie mojej ziemi

powraca wiernie czystą, rosą,
cierpliwie krusząc twardą glebę

wkrótce zwrócę czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie

– nie powrócę do źródła spokoju

[Testament, Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok].

Testament, jaki zostawimy, my ludzie opuszczający początek wieku? Jakże stary wydaje nam się początek XIX stulecia, a to zaledwie sto lat, cóż to wedle wieczności…?Zastanawiam się, zresztą, i bez reszty jak się okazało, nie tylko ja (gdzieżbym śmiała uzurpować sobie prawo?),  jak to jest z nastrojami pożytku publicznego ego początku wieku dwudziestego pierwszego.

Jeden: mówi mi, że nie jest nieszczęśliwy, ale nie czuje by było szczęśliwie.  Drugi: odzywa się tylko wtedy gdy potrzebuje wypłakać się na ramieniu… Obrazki z wystaw(y). W mediach modny temat w czarnym dziewiętnastowiecznym płaszczu, chociaż nie, z jednej strony smutek z drugiej pigułka  Krzysztof Rutkowski pisze o tym tak:

Od dawna zastanawiam się, czym różni się obecny fin de siecle od dziewiętnastowiecznego, bo różni się poważnie. Doszedłem do wniosku, że przede wszystkim wiekiem morderców. Pod koniec obecnego stulecia najzupełniej bezinteresownie zabijają się dzieci. (…) Dziewiętnastowieczna dekadencja bardziej zdawała się optymistyczna, więcej w niej było nadziei. Teraźniejszość smutniejsza jakaś, chociaż na pierwszy rzut oka powinno być odwrotnie (…)

[Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12].

Myślę, że jednym z powodów może  być taki nie potrafimy dotrzymać kroku postępowi. Umożliwiliśmy dłuższe życie pojawiła się starość, a została ość. Rodzą się dzieci, które niegdyś umierały, albo były poddane ostracyzmowi społecznemu, ekstremalny przykład w starożytnej Sparcie. Obecnie mamy osoby z niepełnosprawnościami, ale nie potrafimy, czy też nie chcemy zbudować mechanizmów społecznych, które były by ze swojej istoty inkluzywne. Od czasów rewolucji technicznej dysponujemy czasem wolnym, to także wynalazek, produkt, kultury, ale nie potrafimy, i co najważniejsze nie chcemy się nauczyć jak spędzać czas ku pożytkowi i przyjemności. Spędzać czas. Cóż to za wyrażenie, pędzi to się bimber. Pędzi się na złamanie karku (a o to, dzisiaj nie trudno). Od spędzania blisko już do przepędzania. Depresja, melancholia? Bezkresność. Ość, której ni przełknąć, ni wypluć.

[Melnancholija, Grzegorz Turnau, album 11:11 Pomaton Emi 2006, wersja zremasterowana 2011].

Jak ciężkich przeżyć trzeba być świadkinią by cieszył samodzielny krok, zapach malin, słońce, wiatr, korek w drodze do pracy, deszcz, bieg… Albo jak ciężko musi być na duszy by tę przyjemności komuś odebrać, komuś, albo samemu/ samej sobie?

Jest jeden czas. Ułamek ledwie gdy smutek jest usankcjonowany, wpisany, oczekiwany. Ale nie zapominajmy, że mówimy to z naszego, europocentrycznego punktu widzenia, czucia, słyszenia i dotykania. Przeżywania. To nie jeden obrządek ma prawo do chowania zmarłych.

Czytając Dziady Mickiewicza można wyznaczyć tropy i tripy. Zaduszki były powszechnie obchodzone przed nastaniem chrześcijaństwa wśród Słowian, tak jak i w innych kulturach grzebaniom zmarłych towarzyszą obrzędy. To  nic innego jak rodzaj polisy na życie przede wszystkim doczesne. Palenie ognia czy też zniczy ma wskazywać drogę duszom, drogę do nieba, wiedzieli o tym celtyccy druidzi, którzy oświetlali drogi blaskiem ognia w czasie święta Samhain.

Odprawienie obrzędów miało gwarantować obfite plony i spokojne życie doczesne. Gdy ludność zamieszkała w Irlandii zaczęła emigrować np do Stanów jak najbardziej Zjednoczonych to pojawiło się święto, które dziś możemy obserwować jako Halloween.  Co ważne święto to obchodzone było nie tylko jesienią, jak ówcześnie, ale kilka razy w roku stosowano różne obrzędy, śmierć nie była odsuwana w niebyt, w cień, ale można powiedzieć, że była towarzyszką życia, bliżej jej do wizerunku jaki przedstawił Jacek Malczewski: kobiety o pełnych biodrach niż kościotrupa z kosą.Jakże łatwo zdyskredytować to, czego się nie rozumie, albo czego się człowiek boi. Strach, podobno lubimy się bać. Śmiem wątpić. Lubimy się bać na niby. Na żarty. Na teraz- zaraz, albo na zaraz-potem. Pstryk. Przełączyć kanał w telewizorni. Humor to nic innego jak mechanizm obronny. Tak jak rytuały.

Rytuały. Drzewiej w naszej kulturze równie ważny był początek maja gdy wszystko się rodziło, pachniało i rozwijało, jak początek listopada. Zostawiano wtedy pieczywo z wypieczonym znakiem krzyża, wyśpiewywano pieśni, w nekropoliach specjalnie wypiekane dla zmarłych. O tymże chlebie już zapomniano, tak jak o innych stosowanych zabiegach, innych się w ogóle dziś nie kojarzy ze świętem zmarłych.

Tak jak pustego talerza zostawianego podczas wieczerzy wigilijnej. Dzisiaj mówi się, że to dla osoby wędrującej, albo zagubionej, drzewiej była to jedna i ta sama osoba, niezależnie po jakim ze światów się błąkała, mogła zasiąść z nami przy wspólnym stole. Taki ślad widnieje też w słowie dziady, dlatego też drugiego listopada baczniej, czy przychylniej patrzono na wagabundów, i żebraczki. Może tych, których spotkamy w ten właśnie dzień, to nasi bliscy, zagubieni w rzeczywistości, [nie]dawno zmarli? Dlatego mogli oni nie tylko liczyć na posiłek w domach, ale i przed kościołami wystawiano suto zastawiane stoły. Zwyczaj ucztowania przetrwał w tradycji prawosławnej, tam uczty wyprawia się na cmentarzach.

Światło i dynia. Ta ostatnia była materiałem bardzo tanim, można było zrobić lampion, i światło będzie się tliło. Pomimo deszczu. Deszczu jesiennego. Tak jak opada liść, tak opada kropla, jedna, druga, trzecia, pięćdziesiąta.  Światło siła życiodajna i niszcząca zasługuje na oddzielny wpis. Można postrzegać je z wielu perspektyw, mówi się o duszach, że gasną, że gaśnie życie w człowieku, że rozbłyska, że trwa, albo, że się tli. Rytuały związane z ogniem są ważną częścią kultury człowieka. Niezależnie w której epoce przyszło mu żyć. Żyć i umrzeć. Kościół jak każda władza chciał zapanować nad duszami i ciałami tych, co pozostali na Ziemi. I jak każda instytucja przejmująca wierzenia i budująca uniwersum przejmowała dawne wierzenia.

W roku 998 św. Odilon, ustanowił  dzień na obchodzenie Dnia Zmarłych. Przypadał on uroczystościach Wszystkich Świętych, podówczas obchodzono święta w maju. Papież Bonifacy IV w 610 roku  nakazał by czcić relikwie męczenników za wiarę. Sto dwadzieścia jeden lat później papież Grzegorz III postanowił, że  święto obchodzone będzie w listopadzie. Są takie dni w roku, dni zadumy, refleksji, ale tak naprawdę chcemy zapomnieć, unieważnić, albo zemścić się ręką śmiertelną – jak pisała Szymborska.  Wymazać śmierć. Nie przemawiają już do nas liczby. Te krzyczą z dzienników, filmów, są jak najmniej przekonywujące…

W dużych miastach umiera po kilkuset ludzi w tygodniu. Zdarza się, że ponad pięćset. W Warszawie umiera ponad dwa tysiące ludzi miesięcznie. Niezależnie od pory roku, obranych zamierzeń, planów i marzeń. Każde ciało kiedyś chciało, pragnęło, zazdrościło,kochało.Plany miało,pragnęło denerwowało się, złościło, spieszyło do pracy, na randkę, czekało na autobus…

Do utraty tchu, przeklinało, cieszyło się, smuciło, czytało, czekało, piło, śniło, spóźniało się. Nie tak rzadko nie zdążyło pragnąć, kochać, znać, marzyć, oddawać się miłości, zazdrości, biegać, czuć wiatr we włosach, stąpać po trawie. Ich stopy nie były łechtane źdźbłem trawy.

Ani jednym.

Ktosia była córką, może zdążyła być matką, córką, siostrą…Ktoś synem, ojcem, bratem, na pewno są dziećmi, byli… Ktoś wyszedł tylko do kiosku, do kina, ktoś w ogóle nie ruszył się z domu. Zjadł kromkę z masłem, sałatą, popił/a czarną herbatą. Ostatnia wieczerza, albo nie, poszedł spać z pustym żołądkiem, żeby nie przytyć, bo zapominał/a kupić chleba, czarnego, był tylko taki, biały, pszenica —biała śmierć, cukier: biała śmierć. Herbata łypiąca na nas swym czarnym, gorzkim okiem. Nie, nie będzie się przecież  truć. Już nie ważne, a sen? Wieczny.

Niebezpieczny jest sen wieczny.

Bez ostrzyżenia i   bez ostrzeżenia, bez fanfar, bez światełka w tunelu, by wiedzieć skąd spieprzać. Ktoś modli się o śmierć. O to, by spokojnie odejść, by już nie cierpieć. By choć raz bez trzeszczenia w stawach, bólu głowy, żołądka, skóry móc wyprężyć ciało, zjeść, zasnąć, zejść. Żyje. Tak, jeszcze żyje, w zdrętwiałym ciele, ciele, które zdradza.

Oddycha, może niezbyt miarowo.

Ale skutecznie zaciąga się powietrzem, rwie je.  Łapczywie połyka. Mówi cicho. Nie zapomina. Pamięta zapachy lata, szkoły powszechnej, może prewentorium z dzieciństwa? Tużurek, tarcza, najpiękniejszy wykrochmalony wrzask mody, granat z bielą. Wykrochmalona koszula. Kant spodni.

A dzisiaj… Dzisiaj pierzchnie.

Kurczy się do niewygodnego łóżka, wymiętoszonego prześcieradła, umęczonych wspomnień, tęsknot za czułością, bliskich już dalekich. Spieszących się. Gdzie? Byle dalej. Do Nie wiadomo Gdzie. Ale to nie musi być reguła, i często nie jest. Chorują młodzi, dzieci, nastolatki, nastolatkowie, z marzeniami i makijażami na twarzach, przestrachem, grozą, może ulgą, bez nadziei na zmianę. Teraz. Albo za chwilę.

Stwierdzenie zgonu. Dwie godziny.Transport ciała do specjalistycznego pomieszczenia nazwanego post mortem czeka się na wystąpienie oznak śmierci — plam opadowych, sztywności trupiej, czy mętnienia rogówki…

Po wyciągnięciu ciała z chłodni ciało ma dwa do trzech stopni Celsjusza. Stężenie pośmiertne trzeba przełamać, tak jak sztywność w stawach. Można to zrobić łagodnie i profesjonalnie.Tak by można było ubrać w ulubioną koszulę, spodnie, spodenki sukienkę, do wyruszenia w ostatnią drogę. Do zapamiętania.

Owszem czasami, to znaczy, gdy niezbędne jest wykonanie sekcji,  trzeba rozciąć czaszkę, jeśli tak — to piłą elektryczną. Narzędzia tak jak wszystko w tym fachu, musi być specjalistyczne. Umiejętności- wielorakie.

Wykonując sekcje wyciąga się mózg, który jak wiadomo jest płynny. Potem wkłada się wraz z po sekcjonowanymi narządami. Do czaszki wkłada się ligninę.

Od śmierci do pogrzebu powinny minąć trzy dni.  Do tego czasu, czyli wystawienia trumny, ciało powinno przeleżeć w chłodni. Ciało zmienia się, różnie. Zależnie od tego, w jakich warunkach jest pozostawione: albo się zeszkieetuje, albo zmumifikuje, albo się rozpadnie. Siedem lat, tyle potrzeba czasu, by zatarł go czas. Można oczywiście wykonać ekshumację. Można w tym samym czasie pogrzebać inne ciało.

Można  spopielić, albo wyschnąć. Jeśli ciało jest zabalsamowane nie zjedzą go robaki, ale tylko wtedy. Tylko wtedy.

Twarz śmierci traci mimikę, mięśnie wiotczeją. skóra zaczyna zwisać, zanikają kontury ust. Oczy się zapadają, kurczą się koniuszki palców, tak jak przy zażywaniu zbyt długich, gorących kąpieli. Tyle, że zwiększone teraz umiejętności chwytne, nie będą już potrzebne. Następuje strupieszenie, następuje zapadanie się tkanek miękkich. Po  śmierci puszczają zwieracze, wycieka mocz. Siła mięśniowa waży tonus, obniża się po śmierci o dwadzieścia jeden gramów. Tak, można wyliczyć dzisiaj magiczne dwadzieścia jeden gramów.

By oczy się nie otwierały, drzewiej kładziono na nie monety, niektóre osoby wierzyły, że to myto, przepustka do lepszego świata, ale tak naprawdę to sposób by oczy się nie otwierały.  Nie zawsze to działało, zależy czy stężenie pośmiertne już nastąpiło, jeśli monety położone były natychmiast to oczy już się nie otworzą. Można je (stężenie pośmiertne)  przełamać. Przeciera się powieki, lekko się je naciągając, stosuje się specjalne silikonowe wkładki, tak samo modeluje się za pomocą silikonu twarz.

W ciele zachodzą takie procesy biochemiczne, o których już dzisiaj wiemy skutkujące ubytkiem wagi. Drzewiej mówiło się o uchodzeniu duszy. Nadal analizuje się tę kwestię.

Bez znieczulenia, bez czekania, bez zwłoki ale w zwłokach następuje rozkład. Na początku pełza, by potem szturmem wziąć organizm. Zaczyna się na poziomie komórkowym. Płyny ustrojowe uchodzą z ciała. To co może, wiotczeje, kurczy się. Człowiek, każdy, nie wiadomo jak stary, jak nie sprawny (w mniejszym, albo większym stopniu), młody, stary, średni, giętki, gruby, chudy, profesor(ka), czy żebrak/ żebraczka nie wiadomo albo wręcz wiadomo jak wymuskany przez Życie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody.Po śmierci ciało zaczyna parować.

Wystarczy dzień by w martwym już ciele zagnieździły się robaki. Wyjmuje się je długą pęsetą. By uchronić żywych, którzy przyszli się pożegnać od kłopotów, chorób, by nie tylko zatrzymać rozkład, zniszczyć bakterie, wirusy, grzyby, pleśnie, gazy gnilne, zdezynfekować, zniszczyć brzydkie zapachy, by przywrócić osobie zmarłej wygląd zażyciowy, by skóra znów się zaróżowiła, można zamówić balsamację. Nie, nie jest to ta, którą serwowano faraonom w starożytnym Egipcie.

Wciera się balsamy w ciało. Zanim jednak to nastanie trzeba zabezpieczyć wszystkie  jego otwory, by zapewnić bezpieczeństwo osobom, które dokonują takich zabiegów. Przygotowują osoby zmarłe w ostatnią podróż.

Przecież płyn może prysnąć na przykład do oka, albo w inne wrażliwe miejsce, a w nim mogą znajdować się wirusy. Niekoniecznie chodzi  wirus HIV, ale także, wirus  żółtaczki typu C, albo prątki gruźlicy,a te ostatnie nie umierają wraz ze śmiercią osoby, te ostatnie są aktywne przez jeszcze k i l k a   t y g o d n i.

Potem można przystąpić do  toalety pośmiertnej, konserwacji, zatrzymania procesu gnilnego. Zatrzymania bo jeśli już się zaczął, nie można cofnąć, można go jedynie zatrzymać. Rozkładające się ciało wydziela trujące substancje, siarkowodory  i metany (gazy ciężkie), bakterie gnilne,  beztlenowe, laseczki zgorzeli gazowej, pałeczki odmieńca pospolitego, laseczki sienne…  Można by wymieniać długo i wytrwale,… Po śmierci cały organizm jest zakażony, oddany we władanie wroginiom i wrogom, został skolonizowany. Nic w przyrodzie nie ginie.

Także to przede wszystkim względy sanitarne powinny być przyczynkiem do tego by poddać zwłoki takiemu zabiegowi. Balsamacja, którą można porównać do przetaczania krwi,  wspomagana jest masażem. Najpierw nakłada się krem na skórę, dzięki któremu nie zdziera się  jej wierzchniej warstwy— naskórka. Po co masuje się zwłoki? Po to by ze wszystkich jam ciała wyprowadzić krew, która nie tylko bardzo ciemnieje po śmierci, ale przede wszystkim to za jej przyczyną ciało gnije.

Po wtóre wprowadza się za pomocą kaniul do żył i tętnic, a rozprowadza za pomocą pompy mechanicznej specjalne płyny balsamujące, to wtedy wykonanie masażu pozwala na rozprzestrzenianie się go w żyłach. (Bazą takich płynów są formaldehydy, które konserwują, zabezpieczają i dezynfekują, ale to nie wszystko,  zawiera także lanolinę, która czyni skórę bardziej miękką, zawiera składniki koloryzujące, dlatego taki balsam, jeden z sześciu, dobiera się indywidualnie, zależnie od tonacji cery). Tak, jest coś takiego jak tanatokosmentyka. Kosmetyka pośmiertna, można wyszczuplić, poprawić, wygładzić,zrobić makijaż, zwykle stosuje się zerowy, jak najbardziej neutralny i naturalny,  ale to na końcu…

Nie tyko do żył wprowadzany jest wspomniany balsam, do tętnic również jest on  wstrzykiwany  wypycha płyny fizjologiczne. Za pomocą drugiej wprowadzonej tym razem do  żył wpompowuje się z organizmu krew. Skrzepy jeśli są zostają rozpuszczone, udrożniony cały układ, ciało zakonserwowane, przywraca się naturalny kształt ciała, koloryt skóry, ciało pachnie łagodnie, malinami.

W innym porządku balsamuje się ciała, które są  przywiezione są z dróg, po wypadkach komunikacyjnych, po samobójstwach. Kiedy tętnice i żyły ulegają zniszczeniu, są poszczerbione, przerwane, zmasakrowane zwłoki. Po pierwsze w takich sytuacjach niezbędna jest sekcja, po drugie ciało jest zmasakrowane trzeba pozszywać, narządy, tętnice, żyły…

Cały proces balsamacji u osoby, która nie uległa wypadkowi trwa półtorej godziny. Gdy potrzebne było przeprowadzenie sekcji zwłok, także jest możliwe przeprowadzenie takiego zabiegu, z tą różnicą, że narządy wewnętrzne zalewane są specjalnym płynem i wkładane do czerwonego worka (kolor ma tu znaczenie, czerwony przeznaczony jest do odpadów biologicznych) później worek wkłada się do ciała, które się zaszywa. Narządy tak jak i ciało- wysychają. Jeśli ciało nie zostało poddane sekcji, to narządy obszczykuje się do jamy brzusznej.

Można oczywiście skremować ciało.

Piece, podobne jak te, w którym przygotowuje się pizzę, z tym, że te osiągają większą temperaturę (od ośmiuset do trzech tysięcy stopni). Po kremacji zostaje proch. Przed dokonaniem tejże wypytuje się  o wszystko. O znaki poszczególne znaki szczególne, blizny, tatuaże, choć oswojone ciała najbardziej obce. Przebyte operacje wszelakiego autoramentu choroby… Ciało zostaje umieszczone  w drewniej trumnie. Bez zdobień, bez lakierowania.  Ciało i jego narządy wewnętrzne mniejsze kości spalają się całkowicie. Kawałki większych, tak jak jest to w przypadku kości udowych trzeba zmielić w elektrycznym młynku specjalnie przeznaczonym do tego celu. To taki większy bęben można porównać do tego, który znajduje się w pralce. W środku znajduje się dziesięć ołowianych kul. Do młynka wkłada się kości wraz z prochem. Proces w nim zachodzi przez czterdzieści minut.  I w tymże czasie już zmielone na proch  ulega wystudzeniu.  Proces trwa dwie i pół godziny.  Z dorosłego człowieka pozostają dwa lub trzy litry szarego prochu.

.

 [Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].
[Czaszka z palącym się papierosem Vincent Van Gogh źródło zdjęcia].

Lubimy jako ludzie być zajęci, ale nie efektywni, to ostatnie wymaga wysiłku, takiego jaki jest konieczny do wytworzenia nawyku, to pierwsze jedynie pozoru. Nasza zajętość, zwłaszcza zauważalna jest w dużych miastach, to ona ma być wyznacznikiem statusu, ważności, modnie jest się spieszyć, dokąd(ś) dążyć i obowiązkowo się spóźniać. Mieć zaduszoną czcionkę gdzieś w plecaku, w podręcznej nie za grubej książce.

A mnie się przypominają Buty  Vincenta. Vincenta van Gogha nie Czaszka z palącym się papierosem, ale właśnie buty, te buty. W nich jest wszystko. Wszystko co powinno, od sznurówek, po języki i sznurówki. Wszystko. Co powinno być. Nic ponadto. To po nas zostanie, buty, koszulki, zeszyty, płyty, biurka, może rozmowy, zdjęcia, może wspomnienia, może ulubione powiedzenia, Może… Ile trwa ludzka pamięć? Co wiemy o swoich pra, pra,pra babkach i dziadkach? Czy wiemy co ich cieszyło, smuciło, ulubione zdania, książki… Nie, nasza pamięć sięga tylko do dziadków, może i pradziadków, babci, prababci. Czy wiemy jak wyglądali, jakie mieli nadzieje, plany, marzenia, żale, czym chronili się przed zimnem, czy lubili gruszki, czy raczej jabłka? A przecież to pradziadkowie prababcie, a dalej? Co wiemy o przeszłych pokoleniach, nie obcych nam ludzi, ale tych, co krew z krwi i kość z kości… Może mamy nos po praprababci? To samo spojrzenie jak się złościła… Może… Takie wielkie może i morze niepamięci, tak mało czasu. Ledwie garstka by nie zostać zapamiętanym, by zostać zapomnianą.

—-

Literatura:

  • Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, wyd. a5, wydanie I,2011 rok;
  • Raptularz końca wieku, Krzysztof Rutkowski, Wyd. Słowo Obraz Terytoria, Gdańsk 1997r. s.11-12
  • Bez strachu. Jak umiera człowiek, Magdalena Rigamonti, Adam Ragiel, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2015r.

198. Pora siać.

Przeczytałam trzy zdania, a może pół strony? Nie pamiętam. Zdania mnie zatrzymały, ze wszystkim co miałam i czego nie miałam. Stopklatka. Kadr. Nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy, że one zamknięte w czarnym kroju czcionki mogą mieć moc. Taką. Odłożyłam

książkę,

nie na święte nigdy.

Na podróż.

Na pobyt Tam,

na gdziekolwiek

  Ale

nie dzisiaj.

Nie teraz.

Nie jutro.

Może wczoraj?

Wczoraj dobry adres.

Najwłaściwszy.

I nie potem.

Książka na podróż.Choćby krótką. Najkrótszą.

Na mijające krajobrazy za oknem. Przemykające cienie, drzewa, nitki dróg, szumiące trawy i granatowe niebo.

Nawet Literacka Nagroda Nobla przyznana w tym roku mnie nie przekonuje. To znaczy, nie jest wystarczającym powodem, żeby nagle, żeby z tego właśnie powodu otworzyć książkę, tę książkę. I najświeższy i najgłośniejszy wrzask mody. Reportaże. Wszędzie. Gdzie nie położysz wzroku—ot,za kilka lat będzie inna. Gdy sięgniesz pamięcią sto lat wstecz, także reportaże cieszyły się uznaniem. Krąg. Może pocieszenie dla uboższych? Nie wiem. Świadectwo? Glejt? Graffiti? Tu byłe/a/m? A może tatuaż?

[***]

 

[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].
[Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksiejewicz, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 rok źródło okładki].

Zdania sączą się powoli i powoli. Łagodnie. Skraplają się znaczeniem.Czyta Krystyna Czubówna. Łagodność niespokojna. I to jest siła, przestrach, trwoga. Słabość.Ość. Jestem obok, jakbym wzbraniała się przed tym by wejść do wewnątrz. Jestem stara. Pomarszczona, zwinięta usychaniem. Słuchaniem. Przyglądam się świałtu, znaczeniom, przypadkom. Jak to jest, że ten właśnie Człowiek wrasta w rechot Historii i szyderczą ironię histerii. Słucham. I jestem. Na brzegu. Przecież Ci Ludzie, mieli marzenia, młodość, czasami i miłość. Albo i tego nie zdążyli. Nie mogli tego zasmakować. Ich wspomnienia nie tylko nie urosną, one się nie narodzą. Nie mają prawa. Dlaczego? Z jakiego powodu?

Mówią, że jest to cenny dokument z czasu kata(_)strofy. Co za kat piszę ten wiersz, poemat śmierci? Pochwalną odę zwycięstwa. Tej, która przychodzi ostatnia. Głowno prawda. To nie dokument z czasu katastrofy, choć to najbezpieczniejsza perspektywa. To granice słowa.Obumarłe, a jednak żywe.Niemrawe, a jednak świadczące o czasie. Kto opowiada te historie? Z jakiej perspektyw(y)? Kto pozwala mówić? A kto słuchać? Kto układa tę mozaikę? Nie ma przypadków? Jest konieczność? Konieczność, dziwne słowo, deformacja czcionki? Czy jednak tylko ość? Dość. Kto wyznacza granicę? Wyznacza, że wystarczy. Starczy. Postarzony przedwcześnie. Umieranie na raty. [Od]chłodzenie. Co pozostanie? Co pozostaje? Bo coś musi. Nie musi. Może. Może. Jak historia się nami bawi, jak układa? Jak spogląda? Łapczywie. Nieznośnie. Niezaprzeczalnie. Bierze. W nawias. Zagarnia. Umieranie. Na raty i życie na kredyt. Komu potrzebni są Ci Ludzie, komu potrzebni są inaczej, niż świadkinie i świadkowie, bezwzględnie szyderczej Historii. Tej, o twarzy niewidzialnej. Zaprzeczonej, niewidocznej. z grubą warstwą pudru. Tak łatwo ześlizgnąć się w banał. W banał horroru — pisze Aleksiejewicz. I dla tego, choćby jednego, wywiadu autorki z samą sobą —warto przeczytać tę książkę.

Jak przywrócić zwykłość tam gdzie nakładane są metafory i fory i mety apokalipsy? Nie zapomnieć. Pamiętać. To o wiele za mało. Za mało. Pozostaje pytanie: dlaczego czytamy takie książki? Niech drąży. Niech krąży. Niech zdumiewa. Niech pomaga szukać,nie zrozumienia- lecz odpowiedzi. Nie pierwszej, drugiej, siódmej, ale ostatniej. I dokąd ona pro czy wadzi?