194. Zagraj to jeszcze raz, John!

Dziś, dla odmiany— będzie o muzyce.

I zupełnie nie spodziewanie, o jazzie.

Po serii wpisów lekkich, łatwych i przyjemnych, para w świst, wróć, pora (pora na dobranoc, bo już księżyc świeci, a nie, ja jeszcze przed kolacją)a więc jeszcze jest jedna pora (chociaż Vivaldi twierdzi, że jest ich cztery) pora wkroczyć na dawne ścieżki mylenia, myślenia. (Oto kilka przykładów: pierwszy, drugi, i niech będzie… Trzeci).

Mam serię zaległych tematów, tematów, nie tylko muzycznych (kto(sia) by się podziewał/a? które jeszcze nie ostygły, nie rozprostowały czcionki, ale wszystko po woli i powoli. Jeśli macie pytania to zapraszam.

Stało się, wracam.

Wracam do klasyki, gatunku. Ra_tu_n_ku_, nie:ratunku, nie, raczej: ku,czyli: na spotkanie. A nie, na rozstanie. Na rozgoszczenie się, a nie na zaprzeczenie. I najważniejsze, nie na gombrowiczowskie: jak zachwyca jeśli nie zachwyca!? Sytuacja przypomina trochę tą, z układaniem puzzli bez obrazka, nagle wszystko się składa. Można spokojnie odetchnąć. I słuchać. Jak już wielokrotnie pisałam, nie rozumiem, tego pędu do kanonu.Do zaznajomienia, do konieczności, znajomości. Musisz,musisz, musisz, znać kanon, (zresztą nazwa tej inaczej się pisze) i nie chodzi tu o firmę, takie dawanie glejtu, mówienie o tym kto(sia): tak n a p r a w d ę, a kto(sia) tak na kłamstwo.  Oczywiście, kontekstualne to stwierdzenie, trudno by ktoś kto wykłada na uczelni wyższej nie znał podstaw, ba, powiązań, oddziaływań etc.

Lubię dzieła Wilhelma Sasnala (dzisiaj bardziej znany za granicą naszego kraju, niż w Polsce). Tak, kto(sia) może zakrzyknąć, to może było by novum dekadę temu, albo i wcześniej, ale dziś, dziś to przecież klasyka, ręce same składają się do oklasków. A oczy do spoglądania tego co mieści się między geograficznymi kształtami. Oglądam jego dzieła, widzę, nie tylko jak, ale i co maluje, kadruje, bel, szarość, czerń, balans, wyrwane z kontekst_tu. Spostrzegam rys opowieści, z jednej strony,z drugiej- architektoniczność (wszak to  biograficzna logiczność). Palimpsestość. Akademia Sztuk Pięknych nie była jego pierwszym, macierzystym kierunkiem, w tym właśnie upatruje się niezwykłość spojrzenia tego Artysty.

 Kubek mocnej czarnej z kropka spienionego mleka, i dobra muzyka. Albo bardzo dobra. Wsiądźmy zatem do pociągu nie byle jakiego, ale do niebieskiego ale najbardziej doczesnego. Oto nie kolej na kolej, ojej kolej na  kol… ej kolej na cool Coltraniea, a pociąg do jazzu, przez Wielkie radosne Dż.

[John Coltranie i jego Blue train. Blue Note, 1957, oryginalne nagranie, to jest późniejsze, bo sprzed dwunastu lat].

Płyta ukazała się w czasie gdy Louis Armstrong, oświadczył, że nie będzie uczestniczył w zorganizowanym przez rząd USA tournée po ZSRR. Powodem tego oświadczenia były rasistowskie wydarzenia w Little Rock, a austriacka wyprawa weszła po raz pierwszy na wierzchołek ośmiotysięcznika Broad Peak w Karakorum. W Polsce zaczęto wydawać Filipinkę. W Kościół Mariacki znów przywitał ołtarz stworzony przez Wita Stwosza, wywieziony do Niemiec w czasie II Wojny Światowej.

[***]

Świat już zna Johna, tego najzdolniejszego ze zdolnych saksofonistę. Oto on, grał i z Dizzy (i) Gillespiem, a potem z Milesem (i) Davisem. Zestawienie imion i nazwisk nieprzypadkowe.  By wymienić tyko tych dwóch Ów. Uff. Gigantów Jazzu. Gigant steps chciało by się napisać… Gdy jest się wśród utalentowanych i oddycha się tym samym powietrzem i tą samą frazą, nie trudno jest czynić kroki siedmiomilowe kroki. Takie życia uroki. Na przyszłość przepiękne widoki.

Młody (jeszcze wtedy), zdolny (jak zawsze), do  tego: ambitny, z werwą, nutą nonszalancji i bez pretensji do świata wyrosły z ubóstwa stał się bóstwem. Umarł by zmartwychwstać. Z objęć nałogu do zwrócenia się ku Bogu.

A wszystko z muzyką na planie pierwszym.

Trzydziestojednoletni saksofonista, mógłby powiedzieć,że Był już wtedy rozpoznawalny w muzycznym świecie,  grywał z innymi Wielkimi. Zwłaszcza jeśli Kto(sia) zna punkt startu muzyka.

To jednak, co pozwoliło mu się zapisać złotymi zgłoskami w świecie (nie tylko jazzu) miało dopiero nastąpić. Miało, i nastąpiło (nie jednej osobie na odcisk- też).

  To co zaproponował ten muzyk i jemu podobni patrzyło dalej, wyciągało ucho, poza horyzont zdarzeń. Dziś to oczywista, oczywistość, ale wtedy to były Znaki Objawione. Niezgoda na Nudę, zanucić znaczyło zanudzić. Śmiało można powiedzieć, że to co proponowali Koledzy Coltranie’a  to głos przemiany pokoleń. Idzie i brzmi nowe. Pstryk! Zmiana, przemiana.  To już nie swing, do kolacji dla owych i tych bogatych państwa, ale nowa mieszanka wybuchowa. Jazz miał się stać tym, z czym dziś jest nie tyle kojarzony, co więcej- utożsamiany.

Mało kto pamięta początki jazzu, taneczne, wieczory, przy dużych składach, czy orkiestrach, ach, (patrz proszę na przełomie lat 20. i 30 ub. wieku polska Adria -no mniej więcej, bo wtedy Polacy i Polki uczyli się jazzu, zaczynali pojmować, że coś takiego w ogóle- i szczególe- istnieje…) Oczywiście, że są imiona i nazwiska (zestawione razem), które każda entuzjastka, i entuzjasta jazzu pamięta np Miller, Glen Miller, ale to John gra tu pierwsze skrzypce, pierwszy saksofon. Można powiedzieć, że Miles uratował trąbkę (od skojarzeń militarnych i tych związanych z władzą), a John Coltranie saksofon (od tych samych).

Niesamowitość tego albumu nie polega tylko na tym, że i fanka rocka i rock and roll ‚a i jazzu, gry rozbudowanych składów,  odnajdzie coś dla siebie. Zazwyczaj twórcy twórczynie, którzy/które ujarzmili/ujarzmiły historię uchwycili kilka ważnych czynników, poza własnymi niezaprzeczalnymi umiejętnościami pojawili się w TYM momencie historii świata, czyli w szerszym- najszerszym kontekście sojospołecznym, to wszystko razem wymieszane i podane daje efekt urodzenia bestsellera.

[John Coltranie 1963 rok, źródło zdjęcia]
[John ColTranie 1963 rok, źródło zdjęcia].

To takim personom jak Parker, czy Davis, i w końcu John Coltranie przyjdzie nadawać ton. Bon ton. „Dziwnym trafem”, wszyscy troje ze sobą koncertowali, nagrywali, więc pisanie o wzajemnych inspiracjach było by truizmem.

To wtedy zrodził się bebop,i  cool jazz, i pomiędzy tymi dwoma podgatunkami znalazł się młody saksofonista, który dołożył swoje kilka nut  w wersji hard i kilka kluczy i zaproponował to, co dziś zaliczamy do klasyki gatunku kurs niebieskiego pociągu. Nie jedna osoba za tą sprawą poczuła pociąg do jazzu, ale powiedzieć/ napisać, tylko,że John C dołożył kilka akordów, to było y zbyt mało. Mało zbyt.

Tak więc można powiedzieć, albo w tych okolicznościach przyrody napisać, że kanon zaczyna się od zaprzeczenia zaistniałym regułom, istny oksymoron przyłapany na wrzącym uczynku a więc tworząc nowe, rodzi się z niezgody, albo buntu. Ot, wewnętrzna sprzeczność.

No bo jednak nie jest to nowy gatunek, ale chociażby bebop w wersji dla tych, tych, zaawansowanych i  modalne postrzeganie jazzu, czyli takie konstruowanie improwizacji gdzie podstawę tworzy poszczególny akord i jego pochodna, Coltranie to jedynie cząstka całości, jedna, fascynująca, ale takich (na szczęście) jest wiele. I to stanowi o różnorodności, i pięknie (nie tylko) muzyki.

Trzymając analogową, albo cyfrową wersję tego albumu, mamy w ręku kawał historii. Momentu, w którym rodziła się nie tylko kultura różnych grup społecznych, ale owa, przeklinana do dziś popkultura  której nie chciał dożyć Witkacy, upatrując w niej przekleństwo, klątwę największą. I unicestwienie. I koniec Wolności. Koniec Sztuki. Taki kierunek jak free, musiał więc nadejść.

Można powiedzieć, że rodziło się wszystko, ale to by było nadużycie, po pierwsze, nie wszystko, po wtóre, tylko obszerna część tego co dziś poczytujemy, przyjmujemy za oczywistą oczywistość.Pewnie dlatego tak łatwo nam sądzić, że dziś już nie ma nic do odkrycia (a może to i owo do zasłonięcia

Oto wyrosły w biedzie, Czarny chłopak, który zapragnął grać jazz, oczywiście sława, która go oblepiła swoimi pięknymi wiotkimi makami również zapachniała narkotycznym transem, tym, w który skoczył Parker, i tak jak wielu jemu podobnych, tak i dla niego była to droga bez powrotu. Tego losu uniknął zanurzony i wykąpany w naroktyczno- alkoholowej kąpieli Tranie, który po wielu wyboistych wycieczkach osobistych zdecydował się zwrócić ku Bogu.

Dlaczego ten album odniósł sukces?

Poza czynnikami wymienionymi wyżej,  nagrali go ludzie, którzy doskonale się rozumieli, i wiedzieli co chcą osiągnąć, i czemu zaprzeczyć, co przyjąć, zaproponować, a co odrzucić. Czy mogło być inaczej skoro zjedli razem nie jedną partyturę? Znalazło się tu wszystko. Czy mogło być inaczej jeśli funkcje lidera pełnił po raz pierwszy (choć to także jest dyskusyjne) John, mógł zatem zaprosić takich muzyków jakich chciał? Balans między improwizacją i tematem. Płynna podróż bez przesiadek. Raczej nie pendolino, ale kolej transsyberyjską. A może szybka, gibka przejażdżka na diabelskim młynie?

Na tej płycie nie słychać szwów, ale wsiadając do niebieskiego pociągu możemy podziwiać widoki. Mówi się, i wiele czcionki wylewa na temat tego jak(i) jazz jest trudny, ale gdy posłuchać nam przyjdzie bez uprzedzeń i etykietek możemy zobaczyć i usłyszeć i poczuć, jaki on jest piękny. Chociaż czasy grania free, dopiero nadejdą, wraz z natężeniem kultury masowej rośnie –pęcznieje– także kontra:smakowanie free jazzu, płyta ta jest doskonałą forpocztą tegoż.

Wiadomo, muzyka także podlega modom [patrz proszę, a może poczytaj: minimalizm] i to co dziś nazywamy free, jest bardziej, bardziej, bardziej drapieżne, wyrwane z kontekstu, czyli na przód, czyli to co uczynił z bopem niegdyś John, czynią z free entuzjastki i entuzjaści jazzu. Blue train, choć sam zaprzeczał klasyce, sam też się nią stał. Uproszczeniem jest sprowadzenie dwóch słów (John Coltranie) do dwóch słów (Blue train). I choć dodane dwa do dwóch zawsze daje cztery to warto zauważyć, że John dokąd tworzył zawsze był w awangardzie. Wyznaczał szlak. Widział więcej. I słyszał. I czuł. I na szczęście, zostały albumy, do których można sięgnąć. Tak wiem, prawie każda osoba zestawi jego nazwisko, z tymi wspomnianymi powyżej. Tak wiem, wiele osób powie: to geniusz jazzu. Tak wiem, i ja przywołałam imiona i nazwiska nie przypadkowe, znajome i nie nowe, ale samego Coltranie’a dla siebie odkryłam późno, Później, niż później. Co nie zmienia faktu, że pawie pięćdziesiąt dziewięć lat od premiery albumu John ma dalej coś do zaproponowania, coś do przypomnienia, i coś do pożyczenia (Szymborska powiedziała, że wszystko na tym świecie jest pożyczone) Życzę Wam więc dobrego słuchania.

Aaaaaaaa  a Sasnal?

Dlaczego zaczęłam od niego? A dlaczego nie? Wolność skojarzeń. Po prostu.  On czy to w filmie, czy malarstwie zaprzecza kanonom, i to nie jest novum, jeśli patrzymy na Artyst[k]ę, jak również to, że ma COŚ do Przekazania, i nie jest to czek, albo spadek. Dziwi mnie jedynie fakt, że jest tak mało znany w naszym kraju. Tak, zwłaszcza ten ostatni argument.

—-

W zamieszaniu, tj. w podróży niebieskim pociągiem udział wzięli:

John Coltranie- saksofon, Kenny Drew – fortepian
Paul Chambers – kontrabas, Curtis Fuller – puzon
Philly Joe Jonnes – perkusja ,Lee Morgan – trąbka

24 myśli na temat “194. Zagraj to jeszcze raz, John!

  1. Zaprzeczam jakoby Sasnal nie był znany , względnie mało znany , choć z pewnością moje obserwacje i kategoryczne zaprzeczenie ograniczone jest do pewnej ograniczonej grupy ludzkości . Ograniczonej ? Nieistotne . Wycinkowej . Oważ grupa wręcz snobuje się na Sasnala . Najlepiej jest go mieć , albo czynić starania w tym kierunku , co im dłużej trwa , tym większą siłę napędową dyskusji i spotkań towarzyskich czyni . Poza tym , coś tam się o nim wie i to jest niezaprzeczalny plus .
    Coltrane’m wywołałaś wilka z lasu . Będę typową babą ze wszystkimi typowymi babimi słabostkami i ułomnościami , ale przyznam się , że zgłębiłam temat – onegdaj – dokumentnie , aby zaimponować pierwszemu narzeczonemu , który był owładnięty rzeczonym i pozostałymi wymienionymi . Ale najbardziej Coltrane’m . Nie jest to moja muzyka , którą drążę i za którą podążam , ale motyle w brzuchu zostały .

    1. Dzięki za komentarz.
      Tak, teraz modnym jest dyskutować o Sasnalu. W pewnych kręgach, oczywiście. W t y c h kręgach, ach. Dlatego napisałam, że dziesięć lat temu… Ale oczywiście masz rację, Sasnal jest już znany, Chociaż wydaje mi się, że gdzieś obok trąciłaś temat dostępności sztuki.I świadomości.
      Co do J.C.
      Ja także nie przepadałam za nim, ale „Blue train” jakoś pozostawał mi bliski. Może ze względu na uniwersalność? Nie wiem, za to zauważyłam, i to nie jest uwaga osobista pod Twoim adresem, że osoby chcące słuchać jazzu (albo jakiegokolwiek innego gatunku, sięgają do klasyki- natychmiast, a ja osobiście sądzę, że nie zawsze jest to fortunne posunięcie. Nie dlatego, żeby ubliżać inteligencji.Spostrzegam jak w latach zmienia się mój stosunek do muzyki i jej klasycznego rytu.

      To ciekawe jak bardzo jesteśmy zanurzone/ni we wspomnieniach, a jednocześnie niezauważalnie (i zauważalnie) je tworzymy, jesteśmy w rozmowach, smakach, gestach, gustach…
      Czego lubisz słuchać? I co oglądać? Prócz Sasnala.
      PS. Sasnal trochę przypomina mi Rafała Olbińskiego…

  2. Brewerio , toż to temat na książkę 🙂 O ile pamiętam , gdzieś tam w komentarzach u Ciebie zgodziłyśmy się , że słuchamy dużo i rozmaicie , i tego się będę trzymać . Niemniej , jeśli miałabym wybrać moje , naprawdę moje ulubione dźwięki , takie , których słucham, gdy jestem sama w domu i nikt mi nie zakłóca odbioru , takie które nie przelatują przeze mnie , jak woda przez sito , to byłaby to muzyka Luz Casal , w której jest cudowny jazzik , taki akurat dla mnie , i tango , i flamenco – powalająca mieszanka . Podobnie u Cibelle – miękki jazzik osnuty bossa novą , poza tym jeszcze Yasmin Levy ze swą charakterystyczną i rozpoznawalną muzyką sefardyjską na podszewce z flamenco… No i nie mogę zapomnieć o Nouvelle Vague – zmysłowa , wręcz namacalna bossa nova… Tak że moje klimaty masz tu z grubsza określone
    Co do wizualnie ulubionych – pewnie nie zaskoczę Cię tu żadną ekstrawagancją , ani szczególnym wyrafinowaniem . Mam nabożny stosunek do Nowosielskiego i Czapskiego , doceniam Teresę Pągowską , kontempluję Tamarę Łempicką , która jest dla mnie pograniczem sztuki i kiczu , ale przemawiają do mnie te falistości kontrapunktowane ostrymi kątami , no i ta zmysłowość … 😉 I na koniec oklepany i banalny , a raczej sprowadzony do banału , Modigliani .
    Łącząc zaś wizualną stronę z muzyczną , przepadam za gapieniem się na występy JSO z Andre Rieu – maestria , urok , wdzięk , lekkość i jeszcze raz maestria . I do tego , rzeczony Rieu pięknie się komponujący z powyższymi ocenami i osobistym poczuciem estetyki :))
    To wszystko tak na pierwszy ogień , no bo książki się nie da , sama wiesz , ale dość reprezentatywnie .
    P.S. A Sasnal nie jest z mojej bajki :))

    1. Lubię czytać i rozmawiać, i mogę być nawet Brewerią. ;p. Dopytuję bo można się zajemnie zainspirować, wszystkie wymienione są mi znane, ale niektóre warto by sobie odświeżyć… Sole Gimenez znasz?


      Czapskiego wspominał Zagajewski
      w swoich esejach…
      I jakoś od tego momentu to moje pierwsze skojarzenie. Nie graficzne, a czytelnicze.
      Książkę jak najbardziej polecam.

      Rodrigo y Gabriela
      to nie flamenco, ale polecam, może przypadkiem przypadnie Ci do gustu? A może znasz? To bardzo znany ich kawałek (tu z koncertu francuskiego)

      Jeśli chodzi o klasykę jazzu (koherentne z wpisem powyżej), to polecam dłuższą wersję Take five.
      Usiłuję przesłuchać nową płytę Macieja Fortuny ale mi coś nie wychodzi, ot, plany, ale mogę polecić Ibrahima Morana to z tego co jest opisane na blogu. Do pisania o klasyce zbieram się i zbieram… Ostatnio podsłuchuję Arvo Parta… Mało treści na blogu, ale jestem ustawicznie w niedoczasie…
      Z pozdrowieniami…

      Skoro to był pierwszy ogień jak piszesz, to jestem ciekawa drugiego…;)
      PS. Sasnala smakuje powoli, ale lubię też inne bajki, z chęcią pooglądam, posłucham, zapoznam się z Twoją. Dobrego wieczoru.

  3. Moje miasto (Siedlce) jakoś lubuje się w jazzie. Jesienią odbywa się tu kilka imprez jazzowych, przyjeżdża wielu artystów. Osobiście lubię jazz w małych dawkach, wtedy potrafi mnie zachwycić. Nie umiem go jednak słuchać długo, bo wówczas zaczyna mnie męczyć… To już dla koneserów gatunku… 😉
    Pozdrawiam i dzięki za wizytę u nas! :*
    Sol

    1. Witaj Sol (po latach niewidzenia, i nieczytania) dzień dobry na blogu! Dobrego czytania i komentowania. Jak kto woli, każdej osobie podług potrzeb, jazz zmienny jest – ale i dla mnie liczy się różnorodność. 🙂

  4. Fascynuje mnie swoista jednorazowość i niepowtarzalność jazzu. Widać to np. w tym jak Miles Davis nagrywał płyty. Większość utworów nagrywana była za pierwszym podejściem, a Davis miał w głowie tylko ogólny zamysł i parę akordów.

    1. Uwielbiam jazz (nie żeby ne było widać tego po zawartości blogu) Czy pisząc o jednorazowości jazzu masz na myśli wpisaną w jazz improwizację? Jeśli tak, to np biorąc pod wzgląd polskie początki jazzu (lata 20 i 30 ub, wieku) hotować osoby zajmujące się jazzem nie umiały. Dużo dobrego zrobiło udźwiękowienie filmów i ekspansja tych amerykańskich. No Davis to jeden z Wielkich (dla niektórych największy)… A ci, wiele potrafią. Urszula Dudziak (w swojej książce: http://wp.me/p59KuC-9T) wspomina jak to supportowała Davisa, i jak to podobało się jej granie, tak, że aż kazał podobno majstrować przy nagłośnieniu… Ale miało być o muzyce.
      Jeśli poszukasz to znajdziesz tu cykl o pianist[k]ach jazzowych….
      Nie mogłabym w takich okolicznościach przyrody nie zapytać o:
      —ulubioną wykonawczynię/ wykonawcę
      —płytę
      —instrument.

      🙂

    1. No poniekąd tak. Jeśli improwizację uznamy „graniem na gorąco” to masz rację 🙂 Idziesz dobrym tropem. W uproszczeniu hotowanie, to właśnie umiejętność improwizacji, których osoby grające tzw. jazz w międzywojniu nie mieli oczywiście, nie było tak, że byliśmy zaściankiem Europy, bo muzycy Polscy bardzo często mieli zagraniczne kontrakty (np Petersburski koncertował chociażby we Francji, ale przecież nie tylko).
      Może tak, to nie tylko udźwiękowienie filmów jako takich. Bo to teraz ja poszłam na skróty, ale sytuacja w Stanach Zjednoczonych (przemiany społeczno, gospodarcze, chociażby zażegnanie kryzysu) ale i koniec I Wojny Światowej, kiedy to żołnierki i żołnierze amerykańscy wraz z udziałem w walce prezentowali swoje gusta muzyczne, po prostu się nimi dzieląc. Chociaż w tamtym czasie była to muzyka lekko jazzująca, raczej taneczna niż jazz w stanie czystym, czyli takim jak go dzisiaj postrzegamy. To wtedy narodzić się miało swingowanie, i improwizacja. Często zapominamy,że muzyka także ulega rozwojowi, znaczy, ludzie ją rozwijają,tworzą, dziś już —zdawało by się zastane w rzeczywistości elementy.
      Rozwijało się radio, a to z kolei pociągało za sobą konieczność oprawy muzycznej programu. Muzyka uwolniła się od sal koncertowych (pojawienie się gramofonu).
      I wreszcie piszę, o udźwiękowieniu filmu jako integralnej części obrazu.
      Poza tym,nie należy zapominać, że słuchanie jazzu (czy muzyki jazzującej, a potem jazzu) stało się nie tyle modne (w Polsce na początku miało więcej przeciwniczek i przeciwników niż apologetek i apologetów) było wyrazem buntu przeciw zastanej kulturze stosunkom społecznym etc. Czego pogłos mogliśmy odnaleźć nie tak dawno jeszcze w naszych czasach, bo jazz znajdował się w podziemiu akademii muzycznych, grano go po kryjomu. Teraz oczywiście mamy wydział jazzu i muzyki rozrywkowej (dziwne usytuowanie jazzu przy muzyce rozrywkowej), ale przecież wraz z jego pojawieniem się zaczął konkurować z muzyką klasyczną, podkopywać jej proweniencje…

      Nie za dużo pytań względem mnie? Czy ja Ci zadałam za dużo pytań?

      Tak, pytałam o jazz, bo o nim rozmawialiśmy, ale jeśli masz ochotę, to nie tylko o jazz. 🙂 To zależy tylko od Ciebie, od tego, chcesz się podzielić.

      1. Za dużo pytań względem Ciebie, gdyż serią pytań komentarz zacząłem.

        Jeśli chodzi o instrument to ogólnie jest to pianino, ale akurat w jazzie chyba ważniejsza dla mnie jest synergia wszystkich instrumentów, ta improwizacyjna pasja. Z płytą i zespołem jest o tyle gorzej, że moja ograniczona znajomość sprawia, że i wybór mały, i bardzo rozrzucony. Geograficznie i koligacyjnie mam słabość do Contemporary Noise Quintet/Sextet, innymi drogami dochodząc lubię albumy Jazzmatazz, swego czasu mocno bardzo wsiąknąłem w Bitches Brew (wbrew nazwie), oczarował mnie Bill Evans, a kiedyś odsłuchiwałem niezliczonych wykonań My Funny Valentine.

        1. E tam, jak widać sobie poradziłam z pytaniami (i mam nadzieję, że mi nic nie umknęło). Za niedługo szykuje się przerwa w blogowaniu, więc będzie można spokojnie komentować i czytać.
          Ja też wolę fortepian jeśli chodzi o instrument.
          Evans to jeden z gigantów jazzu.
          A jeśli chodzi o nie- jazz?

            1. No takie w[y]pływy są nieuniknione.
              Murakamiego nie czytałam, jest to dla mnie zbyt europejski pisarz, ale może kiedyś (patrz wątek o beleteletrystyce).
              Przerwa dwutygodniowa z malusieńkim układzikiem, przepraszam, okładzikiem. Okład przyda się na czcionkę, by nie stygła (ale nie za ciepły, by się nie roztopiła).

  5. Nowe drzewko wyrasta.

    Co masz na myśli pod „europejskością” pisarza? I dlaczego jest to odsuwa?

    Może to nieco na wyrost po dniach kilku tylko, chwilach zaledwie, lecz szczerze: tęskno będzie. Postaram się jednak czas spożytkować wędrując wpisami w czas przeszły.

    1. Nie wiem, czy potrafię adekwatnie ubrać w słowa, to o co mi chodzi… Nie jest to wada, w rozumieniu powszechnym… Wpisał się w trendy jego pisarstwo jest tak zmiksowane, ni to azjatyckie (azjatyckie w pojęciu dla Europejki, Europejczyka) ale nie za bardzo. Trochę tak, nie ubliżając z pisarzowi, jak z kuchnią azjatycką w Polsce…
      Dlaczego jest co?
      Nie no, jeszcze jestem i wrócę. A poza tym, nie wiem, czy obchodzisz, czy raczej obchodzisz szerokim łukiem, ale Święta będą. ALE będzie mi miło jak będziesz zaglądał, czytał i komentował. 🙂

      1. Po pierwsze errata – pytanie brzmieć miało – „dlaczego to odsuwa”? W sensie – dlaczego ta europejskość jest wadą?

        Ja zaś za słabo znam azjatycką literaturę (czy też kulturę w ogóle), by to oceniać. Mnie przyciągnął słowami, słowami, słowami niejako ponad granicami.

        Komentarza część końcowa czysto egoistyczna, gdyż to MI będzie tęskno, a JA sam rozumiem zniknięcia i doceniam. Czasem aż za bardzo. Zresztą sam znikam co weekend. Na Święta też zniknę, ale na czas krótszy.

        1. A to teraz rozumiem.
          Rozumiem właściwie.
          To jest, zgodnie z intencją (Twoją).
          Nie wiem, czy to jest wada.
          Dla mnie raczej tak.
          Chociaż na teraz, tak to widzę, co nie znaczy, że przecież dla kogoś może znaczyć zupełnie co innego. Może nie tego szukam w literaturze, albo/ i wiem, że czas mam ograniczony i wszystkich książek w życiu nie przyjdzie mi przeczytać, płyt wysłuchać, ludzi spotkać, życia podotykać… I ta książka, ten pisarz, odchodzi. Chciałam napisać, że Murakami to krzyk mody, więc to budzi też moją nieufność.
          (Bywa na listach najlepszych selerów).
          A jeszcze trza czytać książki, z którymi niekoniecznie mnie po drodze. :-)…Że o innych faktach nie wspomnę.
          Może jakieś wspólne (tj. na głos czytanie by mnie mogło przekonać) furtka zawsze jest uchylona…

          1. Nie ma sensu płakać nad rozlanym autorem. Przypadek ten osobniczy może i dotyka mnie osobiści i osobowo, bo za prozą Murakamiego przepadam, ale przepaść niejedna między mną a autorem danym wytworzyła się z przyczyn nieznanych lub nieuświadomionych. Murakamiego poznałem zaś przed modą, dzięki serdecznemu poleceniu.

            Ach, czułą strunę dwukrotnież trąciłaś:
            a. nie znoszę wspominania o niewspominaniu;
            b. na głos wspólne czytanie dla mnie zahacza już o strefy erogenne wręcz.

            1. I cóż ja mam napisać… Dobrze, że czcionka się nie spoci, albo nie zaczerwieni, ba! Ona nawet się nie skrzywi, no chyba, że… Użyjemy kursywy, ale wtedy zrobi to sympatycznie (nie chodzi o nie widzialność) symetrycznie…Mniejsza o szczegół. (Chociaż tam podobnież diabeł…Lucyfer to ten co niesie świato… „Światło: nosisz je w sobie”).Ot, takie żarty, ad rem!
              Czy przed modą, czy w trakcie, nie ważne, ważne, że trafia, w sedno.
              A możesz rozwinąć podpunkt a)?
              No śmiało może zahaczać…
              Czytanie jako gra wstępna…
              [PS.]Przecież jest akcja, albo była: „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka”. Coś w tym jest, i nie chodzi o czcionkę.

  6. Co do punktu „a” – subiektywne me niechęci wiążą się ze wspomnieniem o czymś i natychmiastowym stwierdzeniu, że nic się nie powie. Nie w reakcji, a z inicjatywy własne. To zarzucenie wędki konwersacyjnej, lecz bez przynęty, i trafienie haczykiem w miejsce czułe.

    Twoje stwierdzenie było od tego dalekie, ale jakiś pogłos wywołało.

    Dobrze? A może szkoda. Czcionka z rumieńcem pokusy to byłby widok ciekawy. W tę grę wstępną wchodzę z pełnym przekonaniem.

        1. Też prawda, i nie chodzi tylko (ale również) o skład tekstu, ale i ta sztuka w naszym kraju leży i kwiczy… Pokaż mi swoją czcionkę, a powiem Ci…

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s