190.[Jazz jest]. Sztuka łączenia (wielo)kropek.

Jazz is not dead, it just smells funny.

[Frank Zappa].

Olga Tokarczuk obwołana AntySienkiewiczem została wyróżniona nagrodą Nike 2015 roku. Co ciekawe, i Henryk i Olga piszą na przełomie wieków. I on, i ona zupełnie inaczej rozumieją historię. On kobiety upycha w tradycyjnychrolach niewidocznych, miłych,uległych, kochanek, druga przywołuje kobiety z Zapomnienia i Mgły. Nie czytałam. Jeszcze. Recenzji nie będzie. Zostawiam na zimę, tylko nie wiem, którą. Tomasz Mann, w Czarodziejskiej Górze, pięknie pisze o muzyce. Bezczelnie go podczytuje. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wstyd jest nie czytać grubych książek, zwłaszcza tych uznanych. Zupełnie nie wstyd zaś nie znać historii muzyki, albo malarstwa. Tak, oczywiście, nie nawołuje do rzeczy niemożliwych, Znania się Na Wszystkim. To jest nieszczęście, drugim jest to, gdy jesteśmy o tym przekonani. Tak więc zostawmy owe. Jak zacząć? Już trochę pisałam o tym. Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy, ciekawość rozumiana różnie i różnie powodowana. Nie od razu, nie zawsze,”trzeba” zacząć od Bacha (chociaż są i tacy którzy polecają :)). Choć aha jest bardzo pomocne.

Jazz jest nieodwracalnie podszyty buntem, dlatego też,  niebezpieczny jest dla dyktatur. Różne kwestie mogą przywodzić do jazzu, moda, wiadomo, liryzm tak w słowach jak w partyturze im głębiej wchodzimy w filozofię i świadomość dźwięku mamy okazję zobaczyć i doświadczyć więcej, bardziej. Dziś, zostawiam tylko tę uwagę, a album, lekki, liryczny. Nośny. Bez opasłych ksiąg.

Przeglądając, podpatrując i nasłuchując ten blog, można się przekonać, jeśli by ktos/ia tego potrzebował/a, iż zdecydowanie jazz nie umarł, i czasami śmieje się do nas zabawnie. Jak to wieszczą niektórzy ani jedno, ani drugie nie umarło, choć wieszczono to już i muzyce klasycznej i jazzowi, co więcej wspomniane dwa gatunki bardzo często idą w parze, i ta para nie idzie w gwizdek, a jak już się zdarzy to jest to To! (Bo tak się składa co dla jednych jest gwizdkiem, dla drugich jest gwizdkiem…) Jazz, dwa, trzy,  jazz, dwa, trzy  jazz wraca tutaj, gdzie już zdążył się zadomowić.  I nie jest to partaczenie czytatur**, wróć czytanie partytur, bynajmniej, albo by [jak] najmniej, albo przyjemniej przy(_)najmniej , czyli nie tylko.

Przecież skłonność improwizacyjna wpisana w jazz przypisuje się temu, że pierwsze wykonawczynie i wykonawcy nie znali nut! Zatem pytanie jest, czy podbudowa teoretyczna i praktyka szkoły muzycznej, szkodzi, czy pomaga? Nie rozstrzygniemy tego sporu, przypatrując się muzyczkom i muzykom bardzo wielu z nich korzysta z  doświadczeń klasycznych, jest na to zapotrzebowanie na rynku. Przy czym rozgraniczam dwie kwestie: uczestniczenia w szkole muzycznej i czerpania zeń, oczywiście, pewne nawyki zostają, czy tego chcemy, czy nie. Chociażby umiejętność frazowania, czy wspomniana, czytania pary z tur, party tu, znaczy partytur.

Jeśli jesteś osobą, która wiernie (nie mydlić z biernie, albo binarnie) czyta zawartość blogu, to wiesz, że ja chromatycznie i chronicznie nie lubię, nie uznaję, i nie widzę sensu w dzieleniu muzyki na gatunki jeśli się jej słucha. Oczywiście takie postępowanie ma sens, i bywa pomocne np w dostrzeganiu pewnych prawidłowości, wynikowości, w pewnej wnikliwości badaczki dostrzeganiu prądów i mód. Co się tyczy słuchania, tu najważniejsza jest prawdziwość muzyki i szacunek dla osób ją tworzących, czyli do nas wszystkich.

Wiele pytań i odpowiedzi daje nam Jazz. I to tu, to tam, będą nam one wyłazić spod Kantów i rogów i obojów. Oboje, właśnie. Obój to najstarszy instrument w drzewie, to on podaje orkiestrze dźwięk, by mogła „się nastroić”, ale  żeby nie zanudzić, bo zanucić jest tu trudno, to przystąpmy po tej przydługiej introdukcji do prezentacji płyty.  Zastawiałam się, czy aby nie zaproponować coś z kanonu, albo czegoś z nowości, albo jeszcze coś z innego klucza (wiolinowego lub basowego), ale w końcu odłożyłam dywagacje wszelkie na bok i proponuje album Ten. Dlaczego właśnie Ten, a nie inny…

Po części dlatego, że jest to nawiązanie do tego co już się zdarzyło, po części dlatego, że go słucham z przyjemnością- co jest oczywiste, po części dlatego, że nie wahałabym się sprezentować go osobie, która nie słucha jazzu, ale ceni jak to się często mówi: dobrą muzykę i po części zważywszy na konstrukcję albumu. Ten, tego, tej płyty znaczy się. Słucha się…

[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok, źródło okładki].
[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok].

Jason Moran. I jego zespół. Obchodzą dziesięciolecie, a że nie mijają go z daleka, i manierycznie, ale szanując to co za i przed nimi to wydali płytę. Wszak okazje czynią naszą płyto_tekę bogatszą. Gdyby sądzić ją tylko po okładce, jest niepozorna. Dziesięć czarnych kropek, nie przywodzą na myśl żadnych skojarzeń, bo ani to układ stresyjny sesyjny zespołu, ani pianista przy swym parapecie, próżno nawet szukać nazwy zespołu, albo tytułu albumu. Nic. Nic. Nic. Po powierzchni, wszystko dzieje się w środku.

Chociaż jej treść można śmiało odnieść (byle nie od_nieść) do oszczędnego charakteru okładki zaprojektowanej przez Adama Pendeltona. Zwięzłość i skromność bardzo mi gra. I pasuje i nie psuje. Jest lekkość i radość. I zwarty styl. I rytm. I zabawa. Ludzie, zwłaszcza nie słuchający jazzu na co dzień szukają w nim właśnie cech wymienionych powyżej, które stanowią o jego przystępności. Gdy jednak przysłuchamy się uważniej mrużąc uszy usłyszymy nie tylko nawiązania do tych, którzy już byli, i ode_grali (sic!)ważną rolę w biografii muzycznej Morana. Może ktoś/ia sięgnie po klasykę? Wtedy Monk nie będzie kojarzył się li tylko z detektywem, który ma nie tylko antytalent do rozwiązywania zagadek, ale także wiele fobii, a z pewnym muzykiem (Crepuscule With Nellie),a Holiday z wakacjami,  dyle (i innymi) matami: SPA-ć, czy nie SPA-ć?—-Oto jest pytanie…Ale z Billie Holliday (Pas De DeuxLines Ballet utwór napisany do stawienia, strawienia, przedstawienia baletowego), w Feedback Pt. 2 czuć posmak Hendrixa, w  Gangsterism Over 10 Years — Davisa. W To Bob Vatel Of Paris —Byarda. A w nagraniu wcześniej odnajdziemy tropy: Mala Waldrona i Andrew Hilla (tego ostatniego był uczniem). Jest jeszcze co najmniej jeden ukryty dowód na to, że muzyka  nie jedno ma Imię to pamięć, także Morana o  Conlonie Nancarrowie. Są też tu od(-)nośniki do klasyki…

Ale i bez odnajdywania tych tropów i tripów album jest skondensowany. Stanowi całość (dobrze, że nie całą ość). Opowieść, czyli to co następuje po wieści. Mnie przekonał. Nawet nie musiał, gdyż wystarczy, że dałam się prowadzić dźwiękom zaproponowanym przez Morana,   Waitsa i Mateena.Wystraszy, znaczy wystarczy grać, i nie jest to gra na zwłokę.

W gruncie rzeczy i rzeczy lotnej płynności jazz bywa łączeniem kropek, ale liczy się wszystko to co dzieje się w międzyczasie. Taka to rozgrywka! Bez popisów, ale nie znaczy, że bez [po]lot_ów. Dobry, album na zaprzyjaźnienie, a nie na zadrażnienie się z jazzem. Osoby, których doświadczeniem życiowym, długo trwającym i niemijającym (ani rozmijającym) jest słuchanie zzzuja właśnie także znajdą tu wiele dla siebie, bo to po prostu dobry album jest. Do tego co tworzy Jason Moran na pewno wrócimy.

A może słuchaliście, jakie są Wasze wrażenia?

*można poszukać w treści spisie, tam wszystko jest uporządkowane.

**partaczenie czytatur, zwrot często używany w szkołach muzycznych odnoszący się do sposobu czytania partytur… Tak więc określenie nie jest mojego autorstwa.

26 myśli na temat “190.[Jazz jest]. Sztuka łączenia (wielo)kropek.

  1. Sienkierwicz upycha kobiety w tradycyjnych rolach niewidocznych, miłych, uległych…
    Hmmm, Basia Wołodyjowska – uległa? Albo Oleńka Billewiczówna? A choćby i Nel – toż ona owija sobie Stasia wokół palca. A choćny i Ligia – niewidoczna? na grzbiecie byka na samym środku areny?

    1. Myślisz, że niezależność to cytuję „owijanie sobie mężczyzny wokół palca”? Chyba jednak w inny sposób postrzegam niezależność… No i ten nieszczęsny Piętaszek…

  2. 1. Śmierć wieszczono i literaturze, i autorom. I jedno, i drugi trzyma się dobrze. I dobrze. I.

    2. Bardzo podoba mi się zdanie o bezsensie dzielenia muzyki na gatunki, gdy się jej słucha. Podpisuję się wszystkimi kończynami swemi i użyczonymi. Czasem zresztą nie tylko nie ma w tym sensu, ale i możności.

    1. Aaaaa może literatura umarła? Rzucam taką tezę, w imię dyskusji.
      Bo przecież jeśli gąsiennica się przeobraża albo jest po przemianie w motyla, ta pierwsza ulega unicestwieniu… Co z tym związane, ciekawe, jak zareagowałyby osoby żyjące w średniowieczu, albo renesansie, czy powiedzieliby, czytając współczesną (albo inacej jakąkolwiek- czyli później powstałą) literaturę, że jest ona nią właśnie.
      I dalej jak zmiany technologiczne wpływają na percepcje i tworzenie tejże?
      Niektórzy krytycy (używam rodzaju męskiego bo spotkałam tylko mężczyzn) uważają ten światopogląd o niedzieleniu muzyki— jako tani, i co gorsza nieprawdziwy, albo mający przykryć braki w wiedzy, chwyt marketingowy.

      1. Jeśli umarła, to i ja w zaświatach przebywam, gdyż przy mej bliskości do literatury inaczej by być nie mogło. Teraz śmierci literatury zaś związana była z przekonaniem Rolanda Barthesa o tym, że nic nowego w tym t(h)emacie powiedzieć nie można. Sam ten autor potem pisał, że jednak plotki o śmierci tej przesadzonymi są.

        Pytanie o wsteczne postrzeganie ciekawe i trudne. Myślę, że byłaby to kwestia indywidualna. I dziś sobie zadać można pytanie o własną reakcję na gatunek zupełnie sobie nieznany.

        Zmiany technologiczne zaś na razie nie zaowocowały niczym więcej. Meritum pisarstwa pozostaje takie samo. Wykonawstwo jest prostsze może, ale materia się nie zmieniła. Powieści hipertekstowe żadne jeszcze do powszechnej świadomości się nie przebiły.

        A co do krytyków – na pohybel im. O.

        1. 1.Nie tylko Roland Barthes odegrał tu rolę. Zresztą, i bez reszty, wielokrotnie wieszczono śmierć sztuki, tylko my, nie zwykliśmy patrzeć w sposób holistyczny (ach, polska edukacja…) Oczywiście nie jest to regułą. A jeśli nawet, to bywają wyjątki. Wycie „jątków” jest dokuczliwe, tj słyszalne… I przez to zauważalne.
          Nie zadaję (z reguły) pytań łatwych. I nie oczekuje (sic!) odpowiedzi z gatunku tych natychmiastowych, i innych miast. Owych. 🙂

          2. Piszesz: „Pytanie o wsteczne postrzeganie ciekawe i trudne. Myślę, że byłaby to kwestia indywidualna. I dziś sobie zadać można pytanie o własną reakcję na gatunek zupełnie sobie nieznany. ”
          Myślę, że jednak nie była by to/ nie jest kwestia indywidualna, bo przecież człowiek jest zanużony w kulturze, w realiach, np nasza dyskusja o jazzie, udźwiękowieniu filmów, wojnach, to wszystko ma znaczenie. Nie chodzi tylko o stwierdzenie Aronsona, że człowiek istotą społeczną. A co np z osobami, które są wykluczone technologicznie, albo ekonomicznie? Albo tymi, które nie mogą skorzystać z dóbr kultury, nie czytają kodu kulturowego. Ruch nie odbywa się tylko i wyłącznie na przód, albo ku przeszłości (nie wiem, czy to co piszę jest dostatecznie czytelne).
          3, Moim zdaniem zmiany technologiczne wpływały/ wpływają np na język, na dostępność lub niedostępność kultury,,, To tak na bardzo szybko.

          1. 1. Mocno zgadzam się z brakiem holizmu. Ostatnio nawet zastanawiałem się, czemu w liceum nie ma przedmiotu „historia sztuki”. Bardzo chciałbym zyskać taki spójny obraz, bo o ile w zakresie literatury stan mej wiedzy nie budzi trwogi, to w pozostałych wiele, wiele wielce do nadrobienie mam.

            2. Pogłębienie głębokiego spojrzenia. Jeśli chodzi o osoby wykluczone, bez klucza do kulturowego kodu, to ich reakcja na wszelkie formy literatury byłaby ciekawą rzeczą do zaobserwowania – nie tylko na ten z przyszłości pochodzące. Mi na myśl przychodziło jednak studium porównawcze, które wymagałoby znajomości literatury czasów tamtych.

            3. Nie/dostępność rzeczywiście jest kształtowana przez technologię – tu skokiem pierwszym był papier, a drugim (najważniejszych chyba) maszyna drukarska. Chciałem napisać, że sama treść nie ulega przez to zmianie, ale od razu zdałem sobie sprawę z tego, że to nieprawda. Większa dostępność, więcej głosów, diametralnie różne treści.

            1. 1. Uwielbiam historię sztuki! Na przykład malarstwo, jest tak synkretyczne, nie chodzi tylko o zmysłowość, czy przestrach (O Boschu pisałam w jednym z pierwszych wpisów na blogu) słyszałeś może o neurologicznej architekturze? Wiem,wiem, historia wspomnianego malarstwa, rzeźby, i te sprawy, to wiadomo. (Fantastyczne jest czytanie obrazów). Uwielbiam Vermeera, ale przecież nie tylko. (Znajdziesz tutaj echa historii sztuki, wspomnienia/ wzmianki o obrazach). Chociażby pierwszy wpis
              Historia malarstwa jest w dużej mierze historią mężczyzn, niestety, ale to temat na dysputę osobną. (Dostęp kobiet do samodzielnej pozycji społecznej był trudny/ niemożliwy). A np też było tak,że kobietom nie można było pracować ze zwłokami (malować) tak jak czynił to np Caravaggio a powstanie Tratwy meduzy? Uczestnictwo kobiet w sztuce jest tematem fascynującym.Jak i ona sama, tyle co niewidoczna. Zresztą… Tak samo dzieje się z historią (Polski/ świata), no dobrze, można czepiać się (w ostateczności, ale i to chybiony argument), że nie znamy losów Świętosławy ale cóż, o wiele bardziej wiadome jest co robił Bolesław Chrobry (jej brat) a wychowanie, czy też szerzej socjalizacja dziewczynek i chłopców… Ok, ok poszukajmy bliżej, o wiele bliżej. Co wiemy o Orzeszkowej? Hmmm… No właśnie…
              3. Zmienia się zmienia, sam język, sposób komunikacji… Ale przecież nie tylko. [I/ II O języku to dłuższa historia… Ale wraz z nim zmienia się wszystko. Wiele jest skoków, o których piszesz, tyle, że im bliższe nam, tym bardziej niewidoczne. A technologia to tylko jeden aspekt…
              2. Nie chodzi o obserwację, ta zawęża. Ustawia hierarchiczną relację i szkodzi.

  3. 1. Z kobietami w historii to sprawa smutna. Ciekawe gdzie i kiedy doszło do tak drastycznej zmiany, bo w czasach zaprzeszłych były przecież i społeczności matriarchalne. Bardzo ciekawe jest na przykład obserwowanie traktowania kobiet (a zwłaszcza Marii Magdaleny) przez Kościół Katolicki. Tam też było dużo zmian, zawirowań i polityki. Ale historii takich jest pewnie niezliczona ilość.

    Swego czasu na zajęciach jednych oglądałem arcyciekawy program BBC o nazwie „Ways of seeing”. Drugi odcinek (do obejrzenia na YT) dotyczył portretów, aktów kobiecych i tego jak bardzo uprzedmiotowione były. Wychodziło w zasadzie na to, że mimo tego, że na obrazie jest kobieta, to i tak wszystko obracało się wokół patrzącego.

    3. Z tą bliskością utrudniającą dostrzeganie to ciekawa uwaga. Pewne rzeczy rzeczywiście iście z perspektywy jedynie dobrze się dostrzec da. A od siebie oddalić jest trudno.

    2. Jak nie obserwacja to co? Czy obserwacja nie może być hierarchicznie neutralna?

    1. Z kobietami to sprawa i smutna i krzywdząca i polityczna (choć niechętnie dyskutuję tutaj o polityce, nie chodzi mi przy tym o konkretne stronnictwo- ale szerzej o przemiany społecznopolityczne). Zauważ proszę, też które z kobiet przebiły się przez mur niedostępności i milczenia. Czy były to kobiety z niepełnosprawnością?
      Kobiety doświadczające ubóstwa? Imigrantki/emigrantki? No tych zaliczanych do trzeciej grupy, by się trochę znalazło, ale do pierwszych dwóch…
      No hmm… Jakiś czas temu ukazała się na polskim rynku ciekawa pozycja [Barnesa i Mercera Niepełnosprawność]. Taka socjologiczna książeczka, możesz do niej zajrzeć, jak będziesz tęsknił, gdy mnie nie będzie. [A może mnie nie być od dwóch tygodni, w porywie do prawie miesiąca, ale jeszcze nie wiem, może coś ukaże się na blogu „w międzyczasie”]. Ad rem! Temat ciekawy, i na pewno nie na jeden wpis, i na jeden komentarz, ale bardzo chętnie z Tobą o tym podyskutuję, jeśli wyrazisz chęć i gotowość (i niestety- zważywszy na okoliczności, cierpliwość).
      Maria Magdalena jest ciekawą postacią. Zważ, że kobiety (poza nielicznymi wyjątkami. Naprawdę nielicznymi jeśli wziąć pod uwagę rozmiary księgi) nie mają imion, a są określane przez mężczyznę (konia z rzędem temu kto mi powie jak na imię miała córka Jeftego i nie będzie to koń Trojański). Historia Magdy Magdaleny i innych Marii jest fascynująca i… Mało znana (jeśli w ogóle).

      Dziękuję za wiadomość o dokumencie.
      Kobiety i malarstwo (jakiż fascynujący wątek poruszyłeś. I pozowanie, nawet Dama z gronostajem (o której wspominałam na blogu, przepraszam, nie pomnę linka) jest fascynująca. Przez wieki malowano kobiety trudniące się nierządem. Dlatego gdy zaczęto portretować te, które nie miały z tą dziedziną nic wspólnego, wybuchały skandale.

      A przecież wspomniana Dama to nic, jak tylko zawoalowany portret romansu, romansu zakazanego, oczywiście. Wyrugowno kobiety ze świata artystycznego (twórczyń) przeznaczono im piękne i piękne podrzędne role.
      Niestety.
      Więc problemem nie jest, ani oko patrzącej osoby (niezależnie od płci), chociaż -oczywiście- ono też odgrywa niebagatelną rolę, ani kobieta na obrazie, ale problem natury społecznej.
      3. Z dostrzeganiem jest jak z układaniem puzzli bez obrazka, pewne rzeczy widać dopiero z dystansu. Ale ów dystans nie musi być duży (może być natury fizycznej– dwa kroki w tył, albo psychicznej- holistyczne, inkluzywne myślenie). Piszesz od siebie oddalić się trudno. I tak, i nie. Tak bo tu mamy całą naukę o zmianie, stereotypach, uprzedzeniach, grupach społecznych, nawykach, i nie: bo wiele kwestii można zmienić np poprzez uczenie się i nauczenie się. ALE to kawał pracy, zmian, montowania i rozmontowania, i nie oszukujmy się, trudu i bólu, ale też przyjemności.
      Tak obserwacja nie może/ nie jest ze swojej natury neutralna hierarchicznie, jeśli chodzi o ludzi, oczywiście.

      1. Od polityki uciec chyba się nie da. Ale zawsze można pisać o polityce miast politycznie. Choć polityczność wypowiedzi zawsze może ktoś nam zarzucić.

        Od tego muru milczenia były chyba różne stopnie oddalenia. Najbliżej do niego, a więc i do jego przebicia, miały kobiety ze sfer wyższych, uprzywilejowane w swym zdyskryminowaniu. Stratyfikacja dotykała płci obojga, ale kobiety niejako podwójnie. Z zajęć krytyczno-literackich na studiach utrwalił mi się mocno obraz tzw. „angel of the house”, czyli kobiety obecnej, ale niewidocznej. Kobieta miała być dobrym duchem domostwa, ale niczym duch pozostać niewidoczna. Opieram się tu na kręgach anglosaskich (filo ma logia się kłania), ale w listach z wieków poprzednich często wybrzmiewała skarga na takie traktowanie.

        Chęć i gotowość wyrażam. Cierpliwości mi nie brakuje. Zwłaszcza, gdy cel tak intelektualnie kuszący. Zresztą czas akurat tu może sprzyjać przemyśleniom, dociekaniom. A i niejako epistolarna forma komunikacji także dyskursowi pomaga (a przynajmniej tak mi się zdaje). Kobiety nie tylko nie mają imion, ale często nie mają i tożsamość, czy w ogóle bytu. Niby oczywistym jest, że było ich mnóstwo. Niby oczywistym jest, że oddziaływały na świat, ale jakby ich nie było.

        Większość przyjemności wymaga trudu, intelektualnych tym bardziej. Czasem trzeba zaś nie tylko od siebie się oddalić, ale siebie przemienić, przekroczyć.

        1. Czy ja zgodnie z intencją czytam, to, że studiujesz anglistykę?
          Zarówno Francja jak i Anglia bardzo wiele wniosły do kultury światowej.
          Znasz powiedzenie to co „prywatne jest polityczne”. O niewidzialności kobiet możemy długo i namiętnie rozmawiać.
          Tak, oczywiście, że ludzie mają wiele tożsamości, niektóre z nich są wnoszące, a niektóre sytuują w dole drabiny postrzegania społecznego.
          Malarkami bardzo często /albo tylko- w czasach dawnych/ zostawały kobiety, które miały malarza /ojca,brata w rodzie.
          Nie mogły studiować formalnie, co więcej, nie mogły malować aktów, uczyć się anatomii ludzkiego ciała.
          Rodzaje dyskryminacji są różne, są też krzyżowe (jeśli występuje dyskryminacja ze względu na więcej niż jeden czynnik np kobieta (płeć jak wiadomo) i kolor skóry) i tak dalej.
          Niewidzialność kobiet jest to temat (rzeka,ocean) stare powiedzenie/ przyporządkowanie, stygmat z czasów dawnych (który i dzisiaj ma swe konsekwencje) kobieta przyporządkowana naturze, a mężczyzna sferze kultury, pierwsza odnosi się, do „ogniska domowego” druga- do wszystkiego poza nim.
          Mówi się, że za każdym sukcesem mężczyzn(y) stoi jakaś kobieta.
          Skracam niektóre wątki, a raczej je zaznaczam.
          Oczywiście, że kobiety mają tożsamość, tyle, że nie jest ona tak społecznie ceniona jak męska, (por. proszę tekst o języku). Także są podwójne, albo i potrójne standardy w socjalizacji mężczyzn i kobiet, nawet, niestety dzisiaj.
          Tak, oczywiście, że próbowano uczynić kobiety niewidzialnymi, (HIStorie pisali mężczyźni) i to (niestety) w zadziwiającym stopniu się udało.

          Oczywiście, (nadużywam w tym komentarzu tego słowa) pisać możesz o każdej porze. Po prostu będę potrzebowała więcej czasu…
          A dyskusję, jak zawsze, chętnie podejmę.

          1. Skutecznie odczytana akcja, ale nie czas. Studiowałem lat temu kilka.

            Wiele z tego co piszesz o niewidzialności i kształceniu to kwestie oczywiste, gdy tylko przyłożyć do tego rozsądek. Niestety, mało komu się chce. Większość chyba uznaje prosto wyłożoną Historię za coś niepodważalnego i nie podejmuje wysiłku spytania „Dlaczego?”. A czasem to jedno słowo potrafi wywrócić niejedną (pół)prawdę. Zwłaszcza, że to, czego naucza się w szkołach pełne jest uproszczeń, czegoś co Pratchett w „Nauce Świata Dysku” nazwał „lies to children”.

            Z przeszłości w teraźniejszość – standardy rzeczywiście są różne i niesprawiedliwe. Szklane sufity, stygmatyzacje, zamykanie w społecznych kliszach. Zaprzeczanie temu jest dla zaklinaniem rzeczywistości. Krzywdzącym myśleniem życzeniowym. Smutne jest też to, że większość osób nie dostrzega w ogóle, że wszystkie te klisze i stereotypy krzywdy wiele mężczyznom wyrządzają. Kwestia „prawdziwego mężczyzny” to cierń w mym boku od lat wielu.

            1. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że studiujesz. [Jeszcze]
              Cóż ja mogę napisać… Poza tym, że też jestem tego zdania. (Albo zdań). I że kwestia jest skomplikowana 🙂 Oczywiście, ze równonieuprawnienie jest krzywdzące i dla kobiet i dla mężczyzn. Rozumiem, że można odebrać różne, w tym bardzo konserwatywne wychowanie, to implikuje różne trudności, rozumiem, trudność owej zmiany, (nie usprawiedliwiam mowy nienawiści) że istnieją różne/ inne uwarunkowania… Kłopot jest daleko głęboki niż pytanie Dlaczego, choć, od tego pytnia (albo podobnego) podróż się zaczyna…
              A mnie się tak marzy:
              To o czym śpiewał Lenon…

  4. Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się, by ktoś mnie odmłodził. Zazwyczaj, nie, zawsze (wirtualnie oraz osobiście) zawsze jest postarzany percepcyjnie. Co prawda studiowanie nie jest tożsame z wiekiem, ale i tak niesiesz palmę pierwszeństwa.

    Wychowanie to kwestia rzeczywiście ważna, ale jest (jak sama doskonale wiesz) całe morze innych uwarunkowań, wpływów i tym podobnych. I tu znów dochodzimy do pytania/kwestii zasadniczej – ile woli w nas rzeczywiście wolnej, a ile biologii, instynktu i odruchu?

    A co do marzenia… We mnie zbyt dużo mizantropii, by nawet o tym marzyć. Ale jako idea, pięknie.

    1. Tak, studiowanie nie jest tożsame z wiekiem.
      Ad vocem palmy, ktos(ia) „musi” być pierwsza… Byle nie do odbicia palmy…
      Oczywiście jest morze uwarunkowań, ale dla mnie osobiście argument biologiczny jest bardzo mocno, i wszechstronnie, i często nadużywany.
      Warto robić to co możemy by coś zmienić, nawet jeśli to kropla w morzu…

      1. Palmy odbicie? Co prawda geniusz wymaga szaleństwa, ale jeśli chodzi o palmy, to wolę jednak kokosy. Choć, gdy taki na głowę spadnie, to od palmy można się odbić.

        Z tym argumentem biologiczny to chyba jest tak, że jest albo nadużywany, albo negowany. Rzadko złotą drogę ku środkowi się obiera.

        Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo.

        1. Możemy sobie cytować Owidiusza, i zabawiać się (pod) palmą.
          Możemy też powtórzyć za Cyceronem: „Historia magistra vitae : ale tu kryje się niebezpieczeństwo. Klasyk (inny) powiedział bowiem, że Historia jest jednym z największych kłamstw (nie pomnę imienia, o nazwisku nie wspominając), i tak jest z argumentacją biologiczną, podważana — długo przez pewne środowiska— a teraz przeceniana, bardzo mocno, bardzo często, rzekłabym— nagminnie.

          1. Przyganiał klasyk klasykowi. Mi się podobało zawsze rozszerzenie nauczycielskiej sentencji o informację o tym, że uczniów ma niekompetentnych. Historia życia uczy, lubi się powtarzać, a ludzie chyba traktują ją za bardzo jak przedmiot szkolny i korzystają z zasady ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć).

            A igraszki pod palmą to z Owidiuszem czy jednak w oczy cztery?

            1. No ba, myślisz, że Tylko Ty możesz sypać łacińskimi sentencjami…Errare humanum est… 🙂
              Historia nie jest nauczycielką życia, ot, taką tezę stawiam (i liczę, że nie straci ona równowagi fizycznej- czytaj proszę nie zostanie obalona).

              A o czym pomyślałeś?
              I czy perspektywy się wykluczają?

  5. Est, est, a ja omylnym często jest. Jak pokazuje ma pierwsza próba konkursowa. Historia może być podręcznikiem, a uczyć musimy się samodzielnie.

    Zabawianie się pod palmą ma konotacje zmysłów pełne, a i Owidiusza sztuka tu myśli sprowadza.

    1. 1.Tylko czy podręcznik jest merytorycznie dobrze napisany?
      2. Znaczy, że kropla drąży palmę? Nie łapie aluzji.I może zdarzyć się tak, że upadła (na niepodatny grunt)…

      1. 1. Merytorycznie? Chyba nie. Ale zapewne autentycznie.

        2. Inne Owidiuszowe dokonania na myśl przyszły, ale skoro grunt niepodatny, to nie pójdę w ślady kropli i drążyć nie będę. Natręctwa swego nie zniósłbym.

        1. Nie widzę różnicy między autentycznie, a merytorycznie (z zastrzeżeniem, że merytorycznie równa się w tym znaczeniu zgodnie z prawdą, czyli tak, jak się rzeczywiście zdarzyło).

Zapraszam do dyskusji :):

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s