197. Obieranie cebul(i).

Natasza-Czarminska
[Natasza Czermińska, okładka albumu, źródło zdjęcia].
Noc zgęstniała werniksem mroku. Dyszy dusza.

Susza.

Próba oblizywania spierzchniętych wag. Susza. Nocy Nieumiarkowanie.

Chłodem pewności faluje, chłodem pewności porusza , że jeśli żeglować,

jeśli żeglować to tylko bez wioseł.

Susza. Bez  snu. Bez nadziei.

Nadzieje się Bezkres na rozciągniętą melorecytację ech.Ech!

Bez spełnienia, z wiecznym i wietrznym pragnieniem wdech.

Bez walki,wy[_]ech.

Bez kiełkującej naiwności.

Wydech!

Ledwie pierdnięcie, zmarszczka.

Igły otrzeźwienia wlatują do puc, bez znieczulenia świat zmóc.

Mech,wilgotnych miejsc.

Ruch. Letnio. Jeszcze. Tli się, jeśli ucho przyłożyć. Drga. Tętno. Klatka piersiowa unosi się nieznacznie i szybko zbyt szybko opada.

Da? Dam, dam, padam, padam,pa da, padam, dam, dam…Pa,pa…

[Natasza Czermińska, Natasza Czermińska, Dalmafon 2004].

Pamiętam kiedy po raz pierwszy usłyszałam Nataszę Czermińską. Noc.Hipnotyzująca piosenka, głos. Prowadzenie. Potem apel prowadzącego, że trzeba się więcej niż spieszyć, z nagraniem pierwszej płyty. Ze świadomością, że będzie ona też tą ostatnią. Nieodwołalnie. Jeśli w ogóle będzie. Jeśli zdąży być. I, przede wszystkim, zdąży zostać.

Artystka wymyka się śmierci, jeszcze przez c h w i l ę. Nie będzie ona —wbrew błagań Goethego — trwać wiecznie. Niepewność, muzyka, oddech, krótki i coś co wymyka się, co stawia mnie na baczność i głaszcze. I koi. I zadaje pytania nie ciosy. Daje, na krótko. Z pewnością odebrania, brania. Zasypiania. Zasypania. Terminu ważności uważności.

Zniechęcenie i zmęczenie. Wiatr zamiata z czułością eklezjasty Pustkę.

Pytania zadawane  Sobie.Zadają Dają. Za wykonaną pracę. Wyostrzają kontury, tury i koloratury wpuszczają ba barwy  do wyblakłej mapy żył i tętnic. Smaki zapachów. I odwrotnie.  Album ów przynosi na myśl skojarzenia z Leśmianem, Schulzem, Kantorem.  Ich sum uniwersum.

Żyją, goszczą się w czasownikach, nickach i znikaniach deklinacjach, deko, deko(-) racjach. Akcjach  zmysły, dotyki, smaki, wzroki, czucia i słuchy miary, mary. Zegary. Dary i balasty. I czary. I dreszcze. I jeszcze.Czasownik zużyty, rzeczownik za ciasny. Kontr_as_Ty. Piąty as z rękawa. Jawa

 

Dlaczego więc obieranie cebuli?

Nie,nie  dlatego, że Człowiek (z wysokiego C) obiera ból-(e). Nie tylko dlatego. To na końcu. Na samym końcu. Na samym końcu czcionki, w jej ostatniej kropce. Być w kropce. Kropka nadaje oddech. Wpuszcza powietrze. Nadaje rytm. I pewność. Nieodwołalność.

Cebula ma war,

warstwy.

(T)wy.

Wgryzanie się. Moszczenie w tożsamościach.  Wielu. Rozprostowywanie myśli, rozciąganie czynów. Na wymiar miar. Na za- miar na real i za c(j)ię..

Ze świadomością drogi.

Ze świadomością celu.

Jest w tych piosenkach coś, co wymyka się nazwom, co trwa. Co zmienia. Co porusza. Struny właściwe. Co zezwala na powrót.I na podróż. Niezmiennie.Do Siebie.

Zanim opadnie dopadając listopad. Liść opadł. Pamięci Tych, co  szli, szli. Odę. Szli, odchodząc nieodwołalnie zostali i przemienili nas Śladem.

 

 

 

—–

[(O)głoszenie okolicznościowe. Nowe. Listopady mnie dopadły. Wpis pojawia się automatycznie, ja leżę w łóżku i romansuje z grypą. Byle był to czas krótki. Na wszelkie komentarze, uwagi odpowiem gdy ogarnę sytuację.

 

Reklamy

196. Pójdę (za) Bosso. Boso przez świat.

Komu się ckni do czasów orkiestr wielkich,i mniejszych, kawiarni, kolacji pachnących dwudziestoleciem międzywojennym, w stylu np. warszawskiej Adrii , niech czym prędzej zaparzy sobie kubek ciepłego kakao, albo kawy, albo naleje szkarłatnego płynu szczypty smaku do pękatego kieliszka i niech odnajdą uszy jej/jego dźwięki podane przez Fabrizio Bosso i jego muzyków.

Nie potrzeba peanów,nie potrzeba zdań pęczniejących od kolorowych przymiotników,zapracowanych czasowników i wskazujących rzeczowników. Wystarczy włączyć płytę, by od pierwszego dźwięku przekonać się, że Duke, któremu jest poświęcona, jest ciągle żywy,i co najważniejsze— ma się dobrze. Ba,lepiej niż lepiej się ma. Orkiestracje napisał Silvestri, i —co trzeba napisać zrobił to świetnie.  Bez wątpienia i wahania jest to jeden z tych krążków na słotę, błoto i brak ochotto oto trąbka i orkiestra z domieszką zmierzchania, smakowania i to tu, to tam bywania. Konfitury z kontur[ów jesieni koloratur] i partytur tych i par tych i innych tur. Taką fakturę ma i smutność, i radość… I szarość.

Może kogoś dźwięki te doprowadzą do melancholii zadumań, do radości wdzięczności, do świętowania dnia zwykłego, bez pyłu zbędnych słów. I kruszenia czcionki. A może do sięgnięcia do tego co stworzył i zostawił Duke? I tylko pytanie tłucze się zziębnięte i zadumane sumiennie i smutnie: Co po nas, co po nas zostanie?

[Duke,Fabrizo Bosso,VERVE/UNIVERSAL 2015].

 

195.Jeszcze posłucha[j]my.

    Piosenka bez rozwiązku i bez związku z treścią niniejszego wpisu. Ale czy aby na pewno?

[Jeszcze pożyjemy,podobno, przynajmniej śpiewa Marek Grechuta, album wydany w 2012 roku].

[***]

Podobnie jak Prus walczył o prawo do ciszy. Co nie powinno zdumiewać ani u kompozytora (pierwsze utwory napisał w wieku dziewięciu lat) ani u pianisty, ani u skrzypka, ani u dyrygenta. Studiował matematykę na Uniwersytecie Warszawskim, co słychać w jego muzyce, studiował, studiował, ale mgr z nauk ścisłych nie wycisnął. Pobierał także nauki w konserwatorium w klasie kompozycji i fortepianu. Tu wtrąciła się historia i partytury musiał zamienić na sprzęt telegrafisty. Podczas chmurnoburzliwych dni  II Wojny Światowej miał grać, do kiedy było to możliwe, w warszawskich kawiarniach:Sztuka i Moda czyli w SiMie (nie ma to nic wspólnego z kartą pamięci, chyba, że ze wspomnieniami zapisanymi drobnym maczkiem na kartach pamięci). Występował także w kafejce  U Aktorek  w duecie z Andrzejem Panufnikiem. (Dlaczego u nas twórczość tego artysty jest tak mało znana?) Wspomnieniem tego czasu, ocalałym od zapomnienia są Wariacje na temat Paganiniego utwór  na dwa fortepiany (1941rok).

Swój debiut za pulpitem odbył  w 1952 roku.(Biorąc na warsztat i na występ Symfonię Oksfordzką Haydna wraz ze utworami napisanymi przez siebie :Piosenkami dziecinnymi i Wariacjami symfonicznymi). Wymieniany jest jako jeden z najwybitniejszych kompozytorów, który wpisał się na stałe do światowej partytury. I ten najbardziej trudny. [(Siostro tlen!)]Ten, którego twórczość znać wypada, ale tak się składa, że wypada droga przez mąkę, znaczy mękę, zachwyca, choć nie zachwyca. Choć sławnym kompozytorem był! Ot, twórczość Witolda Lutosławskiego uważana jest za trudną, niezrozumianą i rozharmonizowaną. I ogólnie, cóż…Nieznaną.Obcą bardzo, ziemią obiecaną, ale nie obmacaną. Nie znaną.

Podobno,jednym z zagranicznych koncertów Krystiana Zimermana, tak, dokładnie tego samego Zimermana, zbieżność imienia i nazwiska nie jest przypadkowa, podszedł doń Lutosławski i powiedział:

Ja chciałbym napisać dla pana koncert, czy pan by go grał?

Na to pianista miał upaść na kolana, (walka z grawitacją została przegrana?) i odpowiedział:

To oczywiste, żebym grał, studiowałem pana muzykę, rzuciłbym wszystko i to byłby mój priorytet.

[Lutosławski piano concerto symphony no 2. Simon Rattle oraz oczywiście Krystian Zimerman. Okładka płyty Deutsche Grammophon muzyka Witolda Lutosławskiego. Źródło zdjęcia]

No i na tym skończyła się [roz]mowa. Rozmowa, jakich już było kilka.Pianista znał ten ton obietnic,ot,  wizja mglista.Znał, to ten, to ów z wielkich miał napisać. Miał. I z deklaracji pozostał miał. (Jak w tuwimowskim wierszyku dla dzieci: Miauczy kotek: miau!/- Coś ty, kotku, miał?/- Miałem ja miseczkę mleczka, /Teraz pusta jest miseczka, /A jeszcze bym chciał.) Tyle, że nie było miseczki… Ani mleczka. Ani kropli, ani „deczka”. Komplement miły, ale, ale (podobno zawsze jest jakieś ale) w tym przypadku na komplementach się nie skończyło. Żona Lutosławskiego miała nadmieniać podczas spotkań z  Zimermanem, że: Wiesz, Witek pisze dla Ciebie koncert… No ale  to także Pianista nauczony doświadczeniem, przyjmował z dystansem. Aż do czasu… Gdy zadryndał telefon, a po drugiej stronie zabrzmiało zdanie: Wiesz, koncert jest gotowy. No, i tak oto słowo stało się ciałem, a w zasadzie partyturą. Nut turą. Koncert fortepianowy miał powstać już w latach 30. ubiegłego wieku, ale… (i to już drugie) kompozytor czekał na w ł a ś c i w e g o pianistę. Czekał, czekał i doczekał się. Ten miał odetchnąć kilka razy głęboko i przyjechać do Lutosławskiego. Do Londynu. Zaczęli śpiewać partyturę gdyż nie dysponowali fortepianem. Trudno, nie każdy właściciel hotelu miał na składzie ów sprzęt, nawet gdy jest to  czarny oligarcha muzyki (nie tylko) klasycznej- gdzieś posród na składzie pośród szaf, półek, łóżek i stolików. Uff. I oto, tak na kanapie tak(t) (o) takcie Witold odpowiadał Krystianowi, razem analizując, pochłaniając i smakując tak to to takt po takcie spędzili dziesięć godzin.Podobno Lutosławski był skąpy w dawkowaniu uwag, których raczej trzeba było się domyślać, ale Zimerman za to zasypywał go pytaniami, na co- w momencie pewnym kompozytor miał się przeciwstawić, oddając pole pianiście: Ja tylko napisałem ten koncert, Ty, go interpretuj.

Po partu tygodniach kompozytor poprosił o próbne wersje pianistę gdyż musiał się tego koncertu nauczyć. I tak oto Zimerman pracował w nocy, by rano między godziną piątą a szóstą nagrać fragmenty, które następnie dawał Żonie, ona oddawała pilotowi, który miał lot na trasie Bazylea — Warszawa,a na stołecznym lotnisku czekała Żona, tym razem  Lutosławskiego– i ona oddawała Kompozytorowi, by Ten o dziesiątej rano mógł dać feedback, pianiście. Kółko zatacza się piękniście.  Pianiście, który przez długi czas nie odważył się zwracać po imieniu (Witold Lutosławski miał zwyczaj proponowania przechodzenia per ty solist(k)om, z którymi występował).

Jak to przy takich okazjach bywa, odbywały się spotkania na dwa głosy: kompozytora i pianisty i opowieści jak to było podczas pracy nad dziełem. Ostatecznie okazało się, że nie dane będzie stanąć Lutosławskiemu tak jak do tej pory to czynił, za pulpitem podczas tego ostatniego koncertu, koncertu wieńczącego trasę..Przerwa.Przerwana została trasa koncertowa. Wtedy to  za pulpitem stanął Antoni Witt  Gdy Zimerman wrócił. I już było wiadomo co się stało. W skrzynce spokojnie, jak gdyby nigdy nic leżał prostokąt białej koperty. List. Zza światów.

A tak się zaczyna album wydany czternastego sierpnia tego roku z udziałem Filharmoników Berlińskich, pod batutą sir Simona Rattle ‚a. 

Jakże inne są wykonania tychże. Zimerman powrócił do dzieła po dwóch dekadach. Spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem tak w Stanach Zjednoczonych jak i w Japonii.  Utwór skomponowany w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym i wykonany po raz pierwszy w tym samym roku (w Salzburgu) cały czas żyje. Nie wszystek umrę, chciało by się napisać, ale to nie wszystek prawda.

Koncert ów, Żyje, oddycha, w niby ten sam, o czym mówi pianista, a jakże inny. Opowieść nie ta, i to nie kwestia innego rozłożenia akcentów, a koloratury i głębokości doświadczeń, zmarszczek czasu. Bardzo cz[g]ęsto w takich okolicznościach przyrody mówi/ pisze się o dojrzałości Artysty. Sam Lutosławski wspomniał o tym, że utwór będzie dalej żył. W jego żyłach, nutach, będzie krążył czas… Kompozytor był  ciekawy jak jego dzieło będzie  brzmiało za lat dwadzieścia pięć… Obrośnięte zdarzeniami, wyrośnięte, samodzielne i podzielne, złączone one z ambicjami, smakami i geometriami, konfiturami z gęstości. Wrażliwości, wrażliwości… Znakomitości.

Po raz pierwszy utwór ukazał się także w wytwórni Deutsche Grammophon tyle, że wtedy z towarzyszeniem BBC Symphony Orchestra pod batutą ,a jakże inaczej, samego Witolda Lutosławskiego. Po dwudziestu pięciu latach możemy usłyszeć na nowo.  II Symfonia została wykonana po raz pierwszy w Katowicach, dziewiątego czerwca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym, z Wielką Orkiestrą Symfoniczna Polskiego Radia pod batutą …Kompozytora (który lubił dyrygować własnymi utworami).

Odwracam nieco chronologię zdarzeń. Zimerman powrócił z repertuarem… Którego nigdy nie porzucił.Ot, para-dokcs.  Rocznice, które pojawiły się (stulecie urodzin Witolda Lutosławskiego i dwudziestopięciolecie prawykonania koncertu) sprzyjają nie tyle wydawaniu albumów (bo przecież wszyscy biorący w tym przedsięwzięciu udział mają ugruntowaną pozycję) co uważności publiczności.

Znajdziemy tu gęste granie, godzenie tradycji (Prokofiew czy Brahms, ale przecież nie tylko) z własnym wyrazem i spostrzegawczością, zmianą, której tak wypatrywał kompozytor, a która ku zdziwieniu pianisty stała się faktem. Ograniczeniem z mojej strony było by przywołanie tylko dwóch bohaterów tej płyty. Wiadomo, że sir Rattle jest znawcą, apologetą twórczości Lutosławskiego. A i pierwsze co przyjdzie nam usłyszeć to nie tylko faktura grania, ale i dialog pianisty i orkiestry. Jest to fantastycznie prowadzona rozmowa, której warto nie tylko przy ale i słuchać. I nawet. Może wziąć udział w niej. Nie dajmy się ponieść stereotypowym opiniom. Wystarczy się zasłuchać. Tak po prostu. Zwyczajnie. A okaże się, że dyskurs ów nie jest prowadzony w obcym nam, a bliskim języku. Języku znaczeń.

194. Zagraj to jeszcze raz, John!

Dziś, dla odmiany— będzie o muzyce.

I zupełnie nie spodziewanie, o jazzie.

Po serii wpisów lekkich, łatwych i przyjemnych, para w świst, wróć, pora (pora na dobranoc, bo już księżyc świeci, a nie, ja jeszcze przed kolacją)a więc jeszcze jest jedna pora (chociaż Vivaldi twierdzi, że jest ich cztery) pora wkroczyć na dawne ścieżki mylenia, myślenia. (Oto kilka przykładów: pierwszy, drugi, i niech będzie… Trzeci).

Mam serię zaległych tematów, tematów, nie tylko muzycznych (kto(sia) by się podziewał/a? które jeszcze nie ostygły, nie rozprostowały czcionki, ale wszystko po woli i powoli. Jeśli macie pytania to zapraszam.

Stało się, wracam.

Wracam do klasyki, gatunku. Ra_tu_n_ku_, nie:ratunku, nie, raczej: ku,czyli: na spotkanie. A nie, na rozstanie. Na rozgoszczenie się, a nie na zaprzeczenie. I najważniejsze, nie na gombrowiczowskie: jak zachwyca jeśli nie zachwyca!? Sytuacja przypomina trochę tą, z układaniem puzzli bez obrazka, nagle wszystko się składa. Można spokojnie odetchnąć. I słuchać. Jak już wielokrotnie pisałam, nie rozumiem, tego pędu do kanonu.Do zaznajomienia, do konieczności, znajomości. Musisz,musisz, musisz, znać kanon, (zresztą nazwa tej inaczej się pisze) i nie chodzi tu o firmę, takie dawanie glejtu, mówienie o tym kto(sia): tak n a p r a w d ę, a kto(sia) tak na kłamstwo.  Oczywiście, kontekstualne to stwierdzenie, trudno by ktoś kto wykłada na uczelni wyższej nie znał podstaw, ba, powiązań, oddziaływań etc.

Lubię dzieła Wilhelma Sasnala (dzisiaj bardziej znany za granicą naszego kraju, niż w Polsce). Tak, kto(sia) może zakrzyknąć, to może było by novum dekadę temu, albo i wcześniej, ale dziś, dziś to przecież klasyka, ręce same składają się do oklasków. A oczy do spoglądania tego co mieści się między geograficznymi kształtami. Oglądam jego dzieła, widzę, nie tylko jak, ale i co maluje, kadruje, bel, szarość, czerń, balans, wyrwane z kontekst_tu. Spostrzegam rys opowieści, z jednej strony,z drugiej- architektoniczność (wszak to  biograficzna logiczność). Palimpsestość. Akademia Sztuk Pięknych nie była jego pierwszym, macierzystym kierunkiem, w tym właśnie upatruje się niezwykłość spojrzenia tego Artysty.

 Kubek mocnej czarnej z kropka spienionego mleka, i dobra muzyka. Albo bardzo dobra. Wsiądźmy zatem do pociągu nie byle jakiego, ale do niebieskiego ale najbardziej doczesnego. Oto nie kolej na kolej, ojej kolej na  kol… ej kolej na cool Coltraniea, a pociąg do jazzu, przez Wielkie radosne Dż.

[John Coltranie i jego Blue train. Blue Note, 1957, oryginalne nagranie, to jest późniejsze, bo sprzed dwunastu lat].

Płyta ukazała się w czasie gdy Louis Armstrong, oświadczył, że nie będzie uczestniczył w zorganizowanym przez rząd USA tournée po ZSRR. Powodem tego oświadczenia były rasistowskie wydarzenia w Little Rock, a austriacka wyprawa weszła po raz pierwszy na wierzchołek ośmiotysięcznika Broad Peak w Karakorum. W Polsce zaczęto wydawać Filipinkę. W Kościół Mariacki znów przywitał ołtarz stworzony przez Wita Stwosza, wywieziony do Niemiec w czasie II Wojny Światowej.

[***]

Świat już zna Johna, tego najzdolniejszego ze zdolnych saksofonistę. Oto on, grał i z Dizzy (i) Gillespiem, a potem z Milesem (i) Davisem. Zestawienie imion i nazwisk nieprzypadkowe.  By wymienić tyko tych dwóch Ów. Uff. Gigantów Jazzu. Gigant steps chciało by się napisać… Gdy jest się wśród utalentowanych i oddycha się tym samym powietrzem i tą samą frazą, nie trudno jest czynić kroki siedmiomilowe kroki. Takie życia uroki. Na przyszłość przepiękne widoki.

Młody (jeszcze wtedy), zdolny (jak zawsze), do  tego: ambitny, z werwą, nutą nonszalancji i bez pretensji do świata wyrosły z ubóstwa stał się bóstwem. Umarł by zmartwychwstać. Z objęć nałogu do zwrócenia się ku Bogu.

A wszystko z muzyką na planie pierwszym.

Trzydziestojednoletni saksofonista, mógłby powiedzieć,że Był już wtedy rozpoznawalny w muzycznym świecie,  grywał z innymi Wielkimi. Zwłaszcza jeśli Kto(sia) zna punkt startu muzyka.

To jednak, co pozwoliło mu się zapisać złotymi zgłoskami w świecie (nie tylko jazzu) miało dopiero nastąpić. Miało, i nastąpiło (nie jednej osobie na odcisk- też).

  To co zaproponował ten muzyk i jemu podobni patrzyło dalej, wyciągało ucho, poza horyzont zdarzeń. Dziś to oczywista, oczywistość, ale wtedy to były Znaki Objawione. Niezgoda na Nudę, zanucić znaczyło zanudzić. Śmiało można powiedzieć, że to co proponowali Koledzy Coltranie’a  to głos przemiany pokoleń. Idzie i brzmi nowe. Pstryk! Zmiana, przemiana.  To już nie swing, do kolacji dla owych i tych bogatych państwa, ale nowa mieszanka wybuchowa. Jazz miał się stać tym, z czym dziś jest nie tyle kojarzony, co więcej- utożsamiany.

Mało kto pamięta początki jazzu, taneczne, wieczory, przy dużych składach, czy orkiestrach, ach, (patrz proszę na przełomie lat 20. i 30 ub. wieku polska Adria -no mniej więcej, bo wtedy Polacy i Polki uczyli się jazzu, zaczynali pojmować, że coś takiego w ogóle- i szczególe- istnieje…) Oczywiście, że są imiona i nazwiska (zestawione razem), które każda entuzjastka, i entuzjasta jazzu pamięta np Miller, Glen Miller, ale to John gra tu pierwsze skrzypce, pierwszy saksofon. Można powiedzieć, że Miles uratował trąbkę (od skojarzeń militarnych i tych związanych z władzą), a John Coltranie saksofon (od tych samych).

Niesamowitość tego albumu nie polega tylko na tym, że i fanka rocka i rock and roll ‚a i jazzu, gry rozbudowanych składów,  odnajdzie coś dla siebie. Zazwyczaj twórcy twórczynie, którzy/które ujarzmili/ujarzmiły historię uchwycili kilka ważnych czynników, poza własnymi niezaprzeczalnymi umiejętnościami pojawili się w TYM momencie historii świata, czyli w szerszym- najszerszym kontekście sojospołecznym, to wszystko razem wymieszane i podane daje efekt urodzenia bestsellera.

[John Coltranie 1963 rok, źródło zdjęcia]
[John ColTranie 1963 rok, źródło zdjęcia].

To takim personom jak Parker, czy Davis, i w końcu John Coltranie przyjdzie nadawać ton. Bon ton. „Dziwnym trafem”, wszyscy troje ze sobą koncertowali, nagrywali, więc pisanie o wzajemnych inspiracjach było by truizmem.

To wtedy zrodził się bebop,i  cool jazz, i pomiędzy tymi dwoma podgatunkami znalazł się młody saksofonista, który dołożył swoje kilka nut  w wersji hard i kilka kluczy i zaproponował to, co dziś zaliczamy do klasyki gatunku kurs niebieskiego pociągu. Nie jedna osoba za tą sprawą poczuła pociąg do jazzu, ale powiedzieć/ napisać, tylko,że John C dołożył kilka akordów, to było y zbyt mało. Mało zbyt.

Tak więc można powiedzieć, albo w tych okolicznościach przyrody napisać, że kanon zaczyna się od zaprzeczenia zaistniałym regułom, istny oksymoron przyłapany na wrzącym uczynku a więc tworząc nowe, rodzi się z niezgody, albo buntu. Ot, wewnętrzna sprzeczność.

No bo jednak nie jest to nowy gatunek, ale chociażby bebop w wersji dla tych, tych, zaawansowanych i  modalne postrzeganie jazzu, czyli takie konstruowanie improwizacji gdzie podstawę tworzy poszczególny akord i jego pochodna, Coltranie to jedynie cząstka całości, jedna, fascynująca, ale takich (na szczęście) jest wiele. I to stanowi o różnorodności, i pięknie (nie tylko) muzyki.

Trzymając analogową, albo cyfrową wersję tego albumu, mamy w ręku kawał historii. Momentu, w którym rodziła się nie tylko kultura różnych grup społecznych, ale owa, przeklinana do dziś popkultura  której nie chciał dożyć Witkacy, upatrując w niej przekleństwo, klątwę największą. I unicestwienie. I koniec Wolności. Koniec Sztuki. Taki kierunek jak free, musiał więc nadejść.

Można powiedzieć, że rodziło się wszystko, ale to by było nadużycie, po pierwsze, nie wszystko, po wtóre, tylko obszerna część tego co dziś poczytujemy, przyjmujemy za oczywistą oczywistość.Pewnie dlatego tak łatwo nam sądzić, że dziś już nie ma nic do odkrycia (a może to i owo do zasłonięcia

Oto wyrosły w biedzie, Czarny chłopak, który zapragnął grać jazz, oczywiście sława, która go oblepiła swoimi pięknymi wiotkimi makami również zapachniała narkotycznym transem, tym, w który skoczył Parker, i tak jak wielu jemu podobnych, tak i dla niego była to droga bez powrotu. Tego losu uniknął zanurzony i wykąpany w naroktyczno- alkoholowej kąpieli Tranie, który po wielu wyboistych wycieczkach osobistych zdecydował się zwrócić ku Bogu.

Dlaczego ten album odniósł sukces?

Poza czynnikami wymienionymi wyżej,  nagrali go ludzie, którzy doskonale się rozumieli, i wiedzieli co chcą osiągnąć, i czemu zaprzeczyć, co przyjąć, zaproponować, a co odrzucić. Czy mogło być inaczej skoro zjedli razem nie jedną partyturę? Znalazło się tu wszystko. Czy mogło być inaczej jeśli funkcje lidera pełnił po raz pierwszy (choć to także jest dyskusyjne) John, mógł zatem zaprosić takich muzyków jakich chciał? Balans między improwizacją i tematem. Płynna podróż bez przesiadek. Raczej nie pendolino, ale kolej transsyberyjską. A może szybka, gibka przejażdżka na diabelskim młynie?

Na tej płycie nie słychać szwów, ale wsiadając do niebieskiego pociągu możemy podziwiać widoki. Mówi się, i wiele czcionki wylewa na temat tego jak(i) jazz jest trudny, ale gdy posłuchać nam przyjdzie bez uprzedzeń i etykietek możemy zobaczyć i usłyszeć i poczuć, jaki on jest piękny. Chociaż czasy grania free, dopiero nadejdą, wraz z natężeniem kultury masowej rośnie –pęcznieje– także kontra:smakowanie free jazzu, płyta ta jest doskonałą forpocztą tegoż.

Wiadomo, muzyka także podlega modom [patrz proszę, a może poczytaj: minimalizm] i to co dziś nazywamy free, jest bardziej, bardziej, bardziej drapieżne, wyrwane z kontekstu, czyli na przód, czyli to co uczynił z bopem niegdyś John, czynią z free entuzjastki i entuzjaści jazzu. Blue train, choć sam zaprzeczał klasyce, sam też się nią stał. Uproszczeniem jest sprowadzenie dwóch słów (John Coltranie) do dwóch słów (Blue train). I choć dodane dwa do dwóch zawsze daje cztery to warto zauważyć, że John dokąd tworzył zawsze był w awangardzie. Wyznaczał szlak. Widział więcej. I słyszał. I czuł. I na szczęście, zostały albumy, do których można sięgnąć. Tak wiem, prawie każda osoba zestawi jego nazwisko, z tymi wspomnianymi powyżej. Tak wiem, wiele osób powie: to geniusz jazzu. Tak wiem, i ja przywołałam imiona i nazwiska nie przypadkowe, znajome i nie nowe, ale samego Coltranie’a dla siebie odkryłam późno, Później, niż później. Co nie zmienia faktu, że pawie pięćdziesiąt dziewięć lat od premiery albumu John ma dalej coś do zaproponowania, coś do przypomnienia, i coś do pożyczenia (Szymborska powiedziała, że wszystko na tym świecie jest pożyczone) Życzę Wam więc dobrego słuchania.

Aaaaaaaa  a Sasnal?

Dlaczego zaczęłam od niego? A dlaczego nie? Wolność skojarzeń. Po prostu.  On czy to w filmie, czy malarstwie zaprzecza kanonom, i to nie jest novum, jeśli patrzymy na Artyst[k]ę, jak również to, że ma COŚ do Przekazania, i nie jest to czek, albo spadek. Dziwi mnie jedynie fakt, że jest tak mało znany w naszym kraju. Tak, zwłaszcza ten ostatni argument.

—-

W zamieszaniu, tj. w podróży niebieskim pociągiem udział wzięli:

John Coltranie- saksofon, Kenny Drew – fortepian
Paul Chambers – kontrabas, Curtis Fuller – puzon
Philly Joe Jonnes – perkusja ,Lee Morgan – trąbka

193. Kładanka, po[d]kładanka, układanka. Puzzle.

Puzzel pierwszy:

Jeżeli jak twierdził Heidegger życie jest procesem stałego podsumowywania i uzewnętrzniania doświadczeń, to każde kolejne podsumowanie przez jednostkę swojego życia dokonuje się w innych okolicznościach i w obrębie innych ram poznawczych, nie można minionego życia  całości podsumować, ani  go w całości uwewnętrzniać, w każdym razie nie jest to możliwe bez g ł ę b o k i e j  z m i a n y   formy, w jakiej czynność ta ma się dokonać.

[O pożytkach z wątpliwości. Rozmowy z Zygmuntem Baumanem, Sic! Warszawa 2003,  Zygmunt Bauman, Keith Tester s. 51.Przekład Ewa Krasińska, wyróżnienie własne].

Dokąd się śpiewa jeszcze się żyje i trwa. Melorecytował Nohawica. Nie chodzi o to by trwać przetrwać, ale o to by żyć. Przez wielkie ŻY. Choć niejednokrotnie wychodzi tylko ćććć trw.aaa[u]ćccc ciii. Jest wielość kolorów, smaków ten i ów, faktur (nie, nie chodzi o pozdrowienia z gazowni, elektrowni i telewizornii, albo innej telefonii). Chodzi o różnice, o podobieństwa, błogosławieństwa i przekleństwa. O przyprawy i przeprawy. O świto- i światopodgląd. W ramach ostatniego próbuję od dłuższej chwili zmóc esej  Viginii Woolf O chorowaniu. I mogę napisać, że ratują tylko wstęp Hermione Lee,  nie ma się czym zachwycać, nie ma się czym uwznioślać. Nie, nie chodzi o nagą i niepotrzebną egzaltację, ani rację, Nie chodzi także o to, co ujął Witold Gombrowicz w pierwszych zdaniach swojego dziennika. Poniedziałek/Ja/Wtorek/Ja/Środa./Ja. Czwartek/ Ja./Piątek/Ja. Bo megalomanię Woolf w niniejszym eseju jeszcze zniosę, można ją upchnąć gdzieś piwnicy, zamknę, niech leży, a co, ale przekonania wypowiedziane w Ramach Jedynej Niepowtarzalnej i Objawionej Prawdy.Szukam nici porozumienia, niteczki, nie nie żeby Ariadna od razu pospieszyła z m[ł]otkiem. Jak to zwykle jest, kto sztuka, stuka, tfu, szuka prawdziwie,  temu otworzą. Rozmnożą i ułożą. To jedno:

Człowiek musi sam tworzyć słowa, brać w jedną rękę własny ból, a w drugą baryłkę czystego dźwięku (czymś takim przypuszczalnie zajmowali się z początku budowniczowie wieży Babel) zgnieść je w jedną masę by w efekcie uzyskać całkiem nowy wyraz.

[O chorowaniu, ze wstępem Hermione Lee, Virginia Woolf, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s.32].

Punktów stycznych jest o wiele, wiele, więcej niż by się mogło wydawać. Do tezy o ograniczoności języka też jestem w stanie się zgodzić, ale to  dlatego, że osoby z niepełnosprawnościami mają trudniej by uczestniczyć w życiu społecznym, w sposób wielowymiarowy, i pełny,ot, z różnych względów. Wróćmy do Woolf, jej samej, i tego co mówi na temat procesu choroby. Drugie to, oczywiście jej własna, przydziałowa biografia, towarzyszący ból, i świadomość braku ratunku, i ciągła nadzieja, strach i drżenie. Milan Kundera przeciwny jest odczytywaniu losów pisarza, albo pisarki poprzez biograficzne okulary, nagminnie się to praktykuje, moim zdaniem zbyt często. Nazbyt i niepotrzebnie. Wtedy zawęża się perspektywę. Z trzeciej strony warto wiedzieć w jaki sposób (makabryczny i nieskuteczny) była leczona Woolf. W jakich ramach p o z w o l o n o jej funkcjonować. Tyle, że wymyślenie nowego języka wiąże się ze zmianą stosunków społecznych. (Odsyłam do jednego z wpisów o języku). I w taki sposób czytam i rozumiem przywoływany cytat, nie tyle podsumowania i uzewnętrzniania, co sensu largo tworzenia życia. Do tego należy sprzecznie i bezsprzecznie dodać perspektywę momentu historycznego w jakim znajduje się jednostka. Uwarunkowania, te widoczne, ale przede wszystkim, te z nich, których nie widać. Ukryte normy etc.  Z czwartej strony- ból odbiera godność funkcjonowania, z godn zostają tylko ości, i to takie, którymi można się udławić. Skuteczne. Nic nie łagodzi obyczajów, żaden szeplest pomiędzy ciszami. Nie ma równoległych przestrzeni. Są podle poległe krzywo. Czy za wieków sześć znajdzie się taki cień człowieka, który pamiętać będzie o ciągłościach dzisiejszej rozmowy. Konteksty pogalopowały w wykrzykniki. Otóż wyjątki wyjątku. Brak spójności w tej zasady. Dla chaosu nie ma (roz)głosu. Jest milczenie. Impresja. Byle nie in_presja, może in_progressia, albo progress_i_ja. Proces. Czyli perspektywa.

Pardon, Peron 1 i ¾

Puzzel drugi:

Na przesłuchaniach  Konkursu Dimitria Szyszkina to muzyk, który łączy niebywałą biegłość z techniką, i finezją. Następna para rąk należy do Arsena Tarasewicza– Nikolajeva aliści obstawiam, że są to finaliści. Jeśli chodzi o naszych uczestników to zwrócił moją uwagę Michał Szymanowski. Ma za sobą oczywiście uczestnictwo w klasie fortepianu, kształcenie w Polsce i za granicą, ukończył także dyrygenturę, koncertuje u boku najlepszych.

  Chop!in.

[The 17th International Fryderyk Chopin Piano Competition – Preliminary round – Day 9 – First session Michał Szymanowski (Polska / Poland)].

Jeśli zatem nie muzyka klasyczna, to co? Czerpanie zen zeń jest praktyką powszechnie znaną, ze względu na model edukacji formalnej muzyczek i muzyków. Jak i na osobę Fryderyka, ktosia kiedyś mi napisała, że nie wie o muzyce naszego kompozytora umoczonej w jazzie. No, tak, takich albumów jest zatrzęsienie partytur upłynnienie. Takie postępowanie ma swoich zwolenników/zwolennicki, apologetów, apologetki i wręcz przeciwnie zapiekłych wrogów i wrogine, ale przy okazji przesłuchań i samego koncertu polecę kilka albumów na które Ta i Ów może zwrócić uwagę i ucho. Szkiełko i oko. Oto niektóre z nich.

Andrzej Jagodziński ze swoją zatytułowaną po prostu: Chopin. Czy pogodził dwa odmienne światy w koncercie fortepianowym, mam wrażenie, że to kompozytor i aranżer, który całe życie gra to co napisał (Jagodziński wydał m.in. ze swoim trio, pięć lat po Chopinie,  Sonatę b-moll (2009) i  Chopin ‚Les brillantes’ (2010)). Potem czas przyszedł na herdzinowy sznyt i smak. (Album zatytułowany–jakżeby inaczej— Chopin z 1996 roku). Cztery lata później Włodzimierz Nahorny nagrał Fantazję Polską. Nie wspominając już o zaangażowaniu Adama Makowicza, [Ignacy Jan Paderewski – Brillante – The Adam Makowicz Chopin Project z 2000 roku] również Leszek Możdżer ma na koncie kilka płyt nagranych z Fryderykiem (nie nie chodzi o wyróżnienie przemysłu muzycznego w Polsce, a właśnie kolejna nazwa angażująca skojarzenia z Kompozytorem). Płyty nagrane w studio, na żywo, tu i ówdzie, wystarczy wymienić,  Chopin, Chopin na żywo,Leszek Możdżer, Tymon Tymański, Polish Brass Ensemble ‎– Chopin Etiudy – Przystanek Woodstock (2012), swoje pięć nut wpisała również Urszula Dudziak ze swoimi improwizacjami. Artur Dudkiewicz wziął na warsztat i partyturę Mazurki. Gdyby poszukać, poszperać, ucho przyłożyć okazało by się, że płyt unurzanych w jazzie jest o wiele, wiele więcej. Nie dziwi to zwłaszcza, że każda osoba parająca się muzyką, wychowana jest na tym co stworzył, popełnił i uzupełnił Fryderyk. Oczywiście nie tylko gra się chopinowskie etiudy i wycina mazurki, ale Chopinem w Polsce się oddycha (i czasami zionie ognistą wodą).

 

[Leszek Możdżer, Tymon Tymański, Polish Brass Ensemble ‎– Chopin Etiudy – Przystanek Woodstock 2010, (wydani płyty 2012)].

Puzzel trzeci:

Pardon, Peron 1 i ¾ (wtórnie powtórnie).

Kto wyznacza linie papilarne świat[ł]a, kto bawi się brwiami zdziwienia barwami smaku? Ku horyzontowi zdarzeń pięknieje mi zmarszczka wzroku biegnie. Od tekstu do tekstu. Pal pali palimpsestu. Zrzuca gorzkie prawdy i spruchniałe śmiałe zdrowie. Czcionkę uryw w opo wieś wieś wieś Ci i Ci i Tobie. Ciii. Kołysanka dla sennych koszmarów komarów sumienia i mienia. I nie mienia. Przypadkowe wypadkowe przydawki i inne dawki:  książki, dźwięki, pary do partytury, wiedza o życiu Kompozytorów wielkich i Kompozytorek zapomnianych, tych i tych. Blaknie mi czcionka, wrażenie pozostaje jak kurz na liniach papilarnych smak lapidarny. Nieco przypadkiem niezdarności do prawdy doprawiony. Zdarny, zdarty i niezdarny.

Niebo ciągle nade mną. Ziemia pod stopami, krokami, krokami, szu, szu, szura mi, myśli szurają, szurają, dotyki z kształtami, kolorami i fakturami się zmagają… Znają je bądź nie znają. Bądź. Choćby powtórnie. Ale nie wtórnie. Nie pot_wornie. Wonie świata świt daje podgląd mgnieniom. Istnieniom.Om, om, om...

[***]

Mykam, mykam, mykam za. Za. Zamykam oczy. Przed. Skojarzeń. Kwadratura partytury. Tury kwadratury. Po wieki. Powieki. Dat wieki makiem czarnym. Suwają, suwają się prze(-)suwają dania ze zdań, przyimki z wyimków, ów cytat, ze zderzeń zdarzeń. Obrazy, niesnaski, Snaki, nicki i maski i znaki, Obrazy, malarstwo to. Kadr. Z ciszy katedr.Kadr. Szukam słowa, stukam gestem. Jestem. Ciagiem Fibonacciego. Ego? Ergo sum. Jakich sum.

Czy Kompozytor Mszy (Wielka Msza h-moll) mógł przewidzieć jaki kalejdoskop dźwięków stworzy z nich Gould? Bach, ach czy się przewrócił/o jeśli tak, to kto? Co? W jakich groBach? Ach, czy nie ach? Glen postawił mnogość pytań swoim sposobem podejścia i tworzeniem muzyki, ale to na całkiem inną opowieść. Wieść… [A w zasadzie przynajmniej dwie. Chcecie?]

 

192.[Notatki na marginesie]. Jeśli nie słuchasz Elli, nie słuchasz jazzu. Nic o nim nie wiesz. O wysyłaniu listów w butelk[!]Ach.

Modliła się do Boga,
modliła gorąco,
żeby z niej zrobił
białą szczęśliwą dziewczynę.
A jeśli już za późno na takie przemiany,
to chociaż, Panie Boże, spójrz ile ja ważę
i odejmij mi z tego przynajmniej połowę.
Ale łaskawy Bóg powiedział Nie.
Położył tylko rękę na jej sercu,
zajrzał do gardła, pogłaskał po głowie.
A kiedy będzie już po wszystkim – dodał –
sprawisz mi radość przybywając do mnie,
pociecho moja czarna, rozśpiewana kłodo.

[Ella w niebie, Wisława Szymborska].

Czyli kilka uwag na ten sam temat (niekoniecznie muzyczny, niekoniecznie cny).

[Sielanka o domu, Wolna Grupa Bukowina].

Jeśli miałabym dom, to taki właśnie wycięty, wyjęty z piosenki. Bukowy koniecznie, pachnący i słoneczny.Pachnący, nieco skrzypiący,czy o takim myśleli André Tempel, Annette Paul, Christoph Roßner? Twórczyni i twórcy Hof der Elemente  —drezdeńskiego budynku grającego. W czasie deszczu, na bank i na inne rodzaje pomieszczeń użuteczności publicznej, w takim to domu, w czasie deszczu dzieci by się nie nudziły! A nawet, może by się nie brudziły ?Słuchania mi trzeba, można zakrzyknąć. A właśnie! Dzisiaj, nieco z innej perspektywy, dzisiaj nieco luźniej. Refleksyjnej nieco. Wspomnieniowo

Gdy zaczynałam swoją przygodę z jazzem, przed laty, tak całkowicie na poważnie,  usłyszałam zdanie:  „Jeśli nie słuchasz Elli, nie słuchasz jazzu. Nic o nim nie wiesz”. Czytaj proszę: „Jeśli nie słuchasz Elli, nie masz prawa go słuchać”. Było to o tyle zdumiewające, że usłyszałam od kobiety, która zachęcała mnie do tegoż… W jakiś sposób utkwiło mi ono w głowie, gdzieś na marginesie myśli, nie dlatego by personalnie przywiązywać wagę do interlokutorki, albo do tego co powiedziała, ale jak najbardziej wiem, w jaki sposób nie zachęcać ludzi do słuchania i kupowania płyt. Tak jak przykłady nauczycielek i nauczycieli pokazują na postępowaniu kogo warto się wzorować, a na jakim wprost przeciwnie. Wpis dzisiejszy można uznać za rozwinięcie dyskusji pod uprzednim postem.

Przywołany wiersz nie jest peanem na cześć posiadaczki głosu o rozpiętości trzech oktaw, i perlistej dykcji. Przywodzi na myśl książkę Toni Morison Najbardziej niebieskie oko. Polecam uwadze.

Ella chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z  poszukiwaniami, miejscami i zapachami, sytuacyjnie. Czyli, tradycyjnie. Kontekstualnie. Tak jak każda muzyka przywołuje geometrię wspomnień, zamkniętą już, choć jeszcze drążącą jeszcze przeszłość. Czasami bez prze, a czasami bez przeszł-… Zapachy, smaki  zdań i zdarzeń, słowa, szelesty, gesty, znaki, po i inne gody

Jak pisałam wcześniej, w komentarzu pod wpisem, mój sposób słuchania muzyki ulegał zmianom i przeobrażeniom, ewolucjom, ale nie rewolucjom. Chociaż, od kiedy pamiętam, czyli od dosyć dawna, miałam inklinacje do piosenki literackiej, muzyki klasycznej,i jazzu. W mniej więcej takiej kolejności, chociaż dwie ostatnie kategorie często ze sobą rywalizowały o uwagę moich uszu. I tychże [dwóch ostaniach] mogłam nie zrozumieć. Zwłaszcza opery.

Przez lata nie zmieniło się jedno. Podejście do promowania muzyki. Ponieważ, owo pytanie zaczyna wracać, powtarzać się i napraszać. Nakreślę na marginesie kilka uwag.

1.Nie sądzę, by istniała jedna właściwa droga. Jeden przetarty szlak, szlag by to trafił takie podejście. Tak słuchania, a może inaczej- doświadczania muzyki, jak jej polecania.

2.Co więcej nie sądzę, by właściwym sposobem na zapoznanie, i nie zrażenie się było zaczęcie od klasyki gatunku, czy będzie owo dotyczyło muzyki uważanej za poważną, czy jazzu, czy  jakiejkolwiek innej. Sądzę, że proponowanie tejże na wejściu może zniechęcić. I to tak skutecznie, że nie sięgnie się już nigdy, albo przez lat wiele, do danego gatunku. Ale nie tylko dlatego, wszak kanon, albo nazwiska przypisane do niego, wiele osób potrafi podać. Nie, żeby od razu słuchać. (Albo broń, zachwycać się), ale zwyczajnie wymieniać. Bo jak zachwyca jeśli nie zachwyca? Bo np nie zapoznało się personalnie, organoleptycznie, praktycznie. Poza tym, mam wrażenie, że tak jak literaturę, tak muzykę, wpisaną, zawartą w kanonie, czyta się zupełnie inaczej- tj. przez znajomość kontekstów, które są bardziej zrozumiałe, uwidocznione, z perspektywy czasu. I to wcale nie dlatego, by były wtedy bardziej widoczne, ale przez efekt uczenia/ postrzegania literatury w szkole. Gdy omawia się dokładnie epoki minione, zarysowuje prądy, oddziaływania sensu largo tło, ale nie uczy się dostrzegania przesłanek o tym samym charakterze w czasie obecnym…A przecież sztuka nie powstaje w próżni, z próżnego i Salomon nie wyleje…

3.Warto indywidualnie podejść do polecania albumów, wykonawczyń i wykonawców, są na to różne tropy np ulubiony instrument, fuzję stylów, podobni wykonawcy, wykonawczynie, albo barwa głosu. Pytania typu: Co lubisz? Czego poszukujesz? Kiedy najczęściej słuchasz? Inną wybierzemy gdy jedziemy autem (jako pasażer/ka, albo kierowczyni/kierowca), inną na randkę (i jej rodzaj) inną do biegania, albo ćwiczenia, inną gdy szukamy inspiracji, albo chcemy komuś zaimponować (oj tu się można przejechać…). Ale można też zyskać.

4.Nie ma płyt/wykonawczyń, czy wykonawców „trudnych” podobnie jak nie ma uczennic, uczniów,uczestniczek/uczestników/  szkoleń, warsztatów „trudnych”. Może być w tak, że są wykonawcy i wykonawczynie idący na łatwiznę, promujący niechlujstwo i nie szanujący tego kogoś, kto uczestniczy w koncercie, czy zakupuje albumy. To zupełnie inna strona kaloszy i inna para medalu, albo odwrot_nie?

5.Można słuchać przez latach[!] nagrań tych samych i nie chcieć więcej, bardziej. I można szukać, (po) wiązać, poszerzać, to tak jak z chodzeniem do restauracji, albo do kawiarni, można mieć swoje ulubione smaki, rytuały, zapachy. Nie każda osoba m u s i (niewiele rzeczy musimy, tak naprawdę, to co musimy to niezależne jest od nas)  być poszukiwaczką i poszukiwaczem nowego. A jeśli już, to przecież dajmy sobie czas na zagnieżdżenie się, na umiejscowienie, na doznawanie i doświadczanie, muzyki. Niezrozumiany i niepotrzebny pęd. Zbyteczny. To, że od lat potrafię odnaleźć się w tym co proponuje DiMeola nie znaczy, od razu, że mam wąskie horyzonty. (Nie, nie jest to uwaga personalna, ale doskonała okazja do przypomnienia sobie albumu). Jeśli po latach poszukiwań płyta spełnia moje standardy uważam, że jest ona dobra (tak, tak słowo dobra, to także ocena).

6. Uważałam, i uważam, nadal, że nawet gdy obecnie nie jestem w stanie sięgnąć, bo mi się nie podoba, nie rezonuje, nie przekonuje wykonawca/wykonawczyni (poza argumentem, że słyszę, że to humbug czystego dźwięku) to nie znaczy, że w [nie]dalekiej przyszłości po ten rodzaj muzyki nie wyciągnę ucha. Warto dać sobie szansę. I dać sobie czas. Zanotować nazwisko, tytuł gdzieś tam na marginesie myśli.

7. Warto by muzyka, której zdarza mi się słuchać, nie tylko była przyjemna dla ucha, ale i by wykonawca, czy wykonawczyni byli mądrze wymagający. Przynajmniej od czasu, do czasu. To zdanie nie wymaga dygresji, czy wyjaśnienia, nakreślania krajobrazu, czy partytury. Trochę edukacji, łyk inspiracji. Humoru i zabawy. Konwencji, formy, (wy)dźwięku. Wędrówką jedną życie jest człowieka, jak pisał Stachura, Hura, hura.

8. Muzyka to przede wszystkim otaczający nas ludzie. I nie chodzi o twórców i twórczynie, (pisałam gdzieś tam, że to my tworzymy muzykę niezależnie od przyjętej roli wykonaw-czyni/-y kompozytor/ki, słuchacz-ki/a). Warto nie tylko pytać, warto szukać, a nie raz i nie dwa zdać się na los. Jeśli nie słuchasz Elli, to nie słuchasz Elli, możesz coś stracić, ewentualnie. I banalnie. Muzyka to procesy, tak cenzurka, czasów zamierzchłych, wynik oddziaływań, pływań i odpływań, perspektyw, tchnienie czasu. List w butelce. Niekoniecznie pisany z perspektywy wysokiego C. Chyba, że mamy do czynienia/ do słuchania z temperaturą wysokich Celsiuszy (czyli: cel i uszy).

Tak i naszych osobistych poszukiwań i znajdywań, poddań, próśb i poddań. Z czułością patrzę na niektóre z albumów, na niektóre książki, niektórych zakupu nie rozumiem, i dotyczy to wydawnictw ciągłych, nie płyt. Ale świadczy to o pewnej drodze, która za mną, która przede mną i która we mnie. I mam zgodę na tę drogę. I widzę jak rośnie i wzmaga we mnie. Równie ciekawym procesem jak szukanie i znajdowanie jest sprawdzanie po latach, czy się znalazło, i czy to to samo, czy może jednak coś innego, a jeśli to drugie to co? To tak jak oglądanie czarno białych zdjęć, dostrzeganie kadrów, póz, min… Czy spoglądając na fotografie wiemy co za słowa z niej uleciały? Jakie gesty były jej świadkiem tuż przed brzdękiem migawki… Dźwięki z nami zostaną, ale czy będą takie same? To już i pytanie i opowieść, którą wieść przyjdzie w wpisie nowym. Jeśli och!otę tę macie, oczy[-]wiście, oczywiście uszy słuchajcie!

Smakowitego tego weekendu. Jeszcze week choć nieubłaganie end. (Mam nadzieję, że chociaż happy end)…

I jeszcze jedno (wspomnienie muzyczne) z czasów, słusznie bo nie zaprzeczanie, przez bieg [d]lat zamierzchłe:

[ Nie brookliński most, Satanowski, album Na błękicie jest polana, różni wykonawcy].

191. [Trzy szybkie].(5).

Znam i takich znawców i znawczynie jazzu, którzy (które) wiedza kończy i zaczyna się na tym co nagrał Leszek Możdżer,a i to wiele. Uważają, że wiedzą wszystko, ale gdy przychodzi do podania ulubionego wykonawcy, czy wykonawczyni, podają tego, który jest stricte popowym, ale kojarzą, znaczenie i zbieżność słów Leszek i Możdżer, i wiedzą, że to nie jest przypadek, ale na pytanie o ulubiony album, albo propozycję tytułu — mówią: Nie wiem, nie słuchałam/em. Tak, tak nagrał wiele, to prawda, ale nie chodzi o ilość, nawet o jakość nie chodzi. Tylko o dozoru pozór. Gdy podaje te, najbardziej znane, także echoooo. Ooooo. Nie będę się roztkliwiać i rozwodzić nad tymi znawczyniami i znawcami, bo ślubu z nimi nie brałam.

Dlaczego więc o nich wspominam,i to w zdaniu pierwszym? Otóż, dlatego, że odrzucając pierwszą warstwę, która się nasuwa sama, nachalnie i banalnie. Pytanie brzmi, co można zaproponować tym, które i którzy chcą zaprzyjaźnić się z jazzem? A zdarzyło im się wiedzieć o istnieniu Leszka Możdżera. Co można zaproponować, tym, które i którzy chcą zacząć przygodę z jazzem? I się zarazić, a nie zrazić, i być może zanucić, a nie zanudzić. Oto kolejny wpis, z cyklu: Trzy szybkie.

O przyjemnych niezobowiązujących i popowych (a może tylko przystępnych?) wokalach jazzujących pisałam wcześniej, tak więc idąc tropem tury klawia. Mogę spokojnie zarekomendować rześki, energiczny, kipiący ekspresją,(presja stała się eks? Nie, nie presji nigdy tu nie było)  jazz  w wykonaniu Michaela Wollnego, tak tak panowie się znają. Zdarzyło się im razem występować (np w Berlińskiej Filharmonii). Łączy ich (Wollnego i Możdżera) także wspólna wytwórnia. Pierwszy jest zdecydowanie osobą poszukująca w sposób ciekawy. Jeśli ktoś/ia zapragnie sięgnąć to spokojnie po dwie ostatnie płyty można sięgnąć śmiało. Michael znany jest ze współpracy z Heinzem Sauerem, ale także z innymi muzykami, można spokojnie podrążyć ten temat i sięgnąć po albumy osób z którymi współpracował.

Muzyk potrafi śmiało i sprawnie żonglować motywami muzycznymi nie ma w tym ani półnuty pozerstwa, czy wywyższania się, w trio na równych prawach słyszymy i basistę i perkusistę. Nad biegłość i żonglowanie gatunkami wybija się na plan pierwszy radość muzykowania. [O Wollnym wspominałam również przy okazji pewnego pudełka, i harmonii). Weltentraum to śmiała opowieść, tak, tytuł może być dla nas znajomy, a i na ową ekspresję nie pozostaniemy obojętne i obojętni. Ciekawe w jakim momencie swojej biografii muzycznej będzie za lat dziesięć, albo dwadzieśćia?

Kolejnym pianistą jest Marcin Masecki ze swoimi Mazurkami. Można powiedzieć, że spokojnie wpisuje się w nurt muzyki minimalistycznej, grając na strukturze, z drugiej, nie traktuje muzyki klasycznej jako odrębnego, zakurzonego bytu. Mam wrażenie, że od tego postrzegania muzycy młodego pokolenia odchodzą. Bardzo częstą by nie napisać nagminną praktyką jest sięgnięcie po klasykę i przeszarżowanie jej. Którą z dróg podąży Masecki,czas pokaże, a ucho usłyszy. Wykształcenie i nagrody to jedno, muzyka drugie. Chociaż bywa, że idą w parze, a para nie idzie w gwizdek. Tak, grody i na,  niewątpliwie mogą przyciągnąć naszą uwagę, a człowiekowi, który pracuje na rozpoznawalność swojego nazwiska jest łatwiej zostać zauważonym. Niewątpliwie Mazurki są ciekawą propozycją.  Warto się w nie wsłuchać. Pójść za propozycją pianisty, przyjrzeć się co jeszcze znajduję się w muzycznym spektrum wrażliwo[ln]ści i uwagi. Z utytułowanymi artystami jest taki kłopot, że warto przyglądać/ przysłuchiwać i dotykać tego co i w jaki sposób robią odsuwając wiedzę na temat nagród (nie dlatego, by były one niesłuszne, ale dlatego by móc czerpać z danej perspektywy najbardziej i najpełniej, nie dekoncentrować się).  Bez przymusu, ale z możliwością tylko wtedy możemy dotknąć przyjemności słuchania.

Trzecim albumem jest Moments, przedostatni album wspomnianego już Sławka Jaskułke, uczcił w ten sposób narodziny córki. Chwytał momenty zanurzał  w barwach kontekstua[ktua]lnych dźwięku. Mimo tego, że koncertować mu przyszło na chyba wszystkich kontynentach z czołowymi przedstawicielami gatunku, nadal w Polsce jest mało znany. Oczywiście, dla tych co zanurzeni są w jazzie, nazwisko Jaskułke, łatwo można umieścić na partyturze. Pięćdziesiąt pięć minut entuzjazmu i kojącego ciepła. Tak w skrócie można określić album. Piszę o nim gdyż łatwo go przegapić, a szkoda…

Niewątpliwie wrócimy, i to całkiem niebawem, do dokonań pianistów. Może już teraz macie swojego faworyta, albo tego- o którym chcielibyście wiedzieć więcej?

Oczywiście, w słuchaniu tego co proponuje Leszek Możdżer nie ma nic złego.Więcej, na albumy czekam z uważnością i radością. Pierwszy muzyczny wpis na blogu, właśnie dotyczył jednego z nich. Oczywiście, że znajdą się krytyczki i krytycy tego co, w jaki sposób, w jakim stylu robi Leszek Możdżer… Cóż… Można wzruszyć ramionami i słuchać.

I można na tym poprzestać. I się tym cieszyć. I każdej osobie wedle potrzeb. I wiedzy. Właśnie o nią tu chodzi. Biega. Warto wiedzieć, że warto [po]słuchać, i nie jest prawdą, że w muzyce posłucha, i że wszystko już było. Trzej panowie, zostali obsypani nagrodami, nie jest tak, że grają sobie gdzieś tam daleko… Daleeeko. Warto zanurzyć uszy. I zmrużyć oczy. By dać się ponieść i zaskoczyć. Wspólny mianownik trzech zaproponowanych płyt? Każda osoba znajdzie swój, to niewątpliwe.
Z jednej strony są aktualne, rymorytmiczne, z drugiej, widać, słychać i czuć tę radość muzykowania, z trzeciej może będą rodzajem forpoczty do zanurzenia się w jazzie, albo i poszperania w klasyce gatunku? PSI.Spokojnie, można sprezentować na okazję wszelaką.

PSII. Dobrego, wollnego, może nieco leniwo-uważnego weekendu…

190.[Jazz jest]. Sztuka łączenia (wielo)kropek.

Jazz is not dead, it just smells funny.

[Frank Zappa].

Olga Tokarczuk obwołana AntySienkiewiczem została wyróżniona nagrodą Nike 2015 roku. Co ciekawe, i Henryk i Olga piszą na przełomie wieków. I on, i ona zupełnie inaczej rozumieją historię. On kobiety upycha w tradycyjnychrolach niewidocznych, miłych,uległych, kochanek, druga przywołuje kobiety z Zapomnienia i Mgły. Nie czytałam. Jeszcze. Recenzji nie będzie. Zostawiam na zimę, tylko nie wiem, którą. Tomasz Mann, w Czarodziejskiej Górze, pięknie pisze o muzyce. Bezczelnie go podczytuje. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wstyd jest nie czytać grubych książek, zwłaszcza tych uznanych. Zupełnie nie wstyd zaś nie znać historii muzyki, albo malarstwa. Tak, oczywiście, nie nawołuje do rzeczy niemożliwych, Znania się Na Wszystkim. To jest nieszczęście, drugim jest to, gdy jesteśmy o tym przekonani. Tak więc zostawmy owe. Jak zacząć? Już trochę pisałam o tym. Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy, ciekawość rozumiana różnie i różnie powodowana. Nie od razu, nie zawsze,”trzeba” zacząć od Bacha (chociaż są i tacy którzy polecają :)). Choć aha jest bardzo pomocne.

Jazz jest nieodwracalnie podszyty buntem, dlatego też,  niebezpieczny jest dla dyktatur. Różne kwestie mogą przywodzić do jazzu, moda, wiadomo, liryzm tak w słowach jak w partyturze im głębiej wchodzimy w filozofię i świadomość dźwięku mamy okazję zobaczyć i doświadczyć więcej, bardziej. Dziś, zostawiam tylko tę uwagę, a album, lekki, liryczny. Nośny. Bez opasłych ksiąg.

Przeglądając, podpatrując i nasłuchując ten blog, można się przekonać, jeśli by ktos/ia tego potrzebował/a, iż zdecydowanie jazz nie umarł, i czasami śmieje się do nas zabawnie. Jak to wieszczą niektórzy ani jedno, ani drugie nie umarło, choć wieszczono to już i muzyce klasycznej i jazzowi, co więcej wspomniane dwa gatunki bardzo często idą w parze, i ta para nie idzie w gwizdek, a jak już się zdarzy to jest to To! (Bo tak się składa co dla jednych jest gwizdkiem, dla drugich jest gwizdkiem…) Jazz, dwa, trzy,  jazz, dwa, trzy  jazz wraca tutaj, gdzie już zdążył się zadomowić.  I nie jest to partaczenie czytatur**, wróć czytanie partytur, bynajmniej, albo by [jak] najmniej, albo przyjemniej przy(_)najmniej , czyli nie tylko.

Przecież skłonność improwizacyjna wpisana w jazz przypisuje się temu, że pierwsze wykonawczynie i wykonawcy nie znali nut! Zatem pytanie jest, czy podbudowa teoretyczna i praktyka szkoły muzycznej, szkodzi, czy pomaga? Nie rozstrzygniemy tego sporu, przypatrując się muzyczkom i muzykom bardzo wielu z nich korzysta z  doświadczeń klasycznych, jest na to zapotrzebowanie na rynku. Przy czym rozgraniczam dwie kwestie: uczestniczenia w szkole muzycznej i czerpania zeń, oczywiście, pewne nawyki zostają, czy tego chcemy, czy nie. Chociażby umiejętność frazowania, czy wspomniana, czytania pary z tur, party tu, znaczy partytur.

Jeśli jesteś osobą, która wiernie (nie mydlić z biernie, albo binarnie) czyta zawartość blogu, to wiesz, że ja chromatycznie i chronicznie nie lubię, nie uznaję, i nie widzę sensu w dzieleniu muzyki na gatunki jeśli się jej słucha. Oczywiście takie postępowanie ma sens, i bywa pomocne np w dostrzeganiu pewnych prawidłowości, wynikowości, w pewnej wnikliwości badaczki dostrzeganiu prądów i mód. Co się tyczy słuchania, tu najważniejsza jest prawdziwość muzyki i szacunek dla osób ją tworzących, czyli do nas wszystkich.

Wiele pytań i odpowiedzi daje nam Jazz. I to tu, to tam, będą nam one wyłazić spod Kantów i rogów i obojów. Oboje, właśnie. Obój to najstarszy instrument w drzewie, to on podaje orkiestrze dźwięk, by mogła „się nastroić”, ale  żeby nie zanudzić, bo zanucić jest tu trudno, to przystąpmy po tej przydługiej introdukcji do prezentacji płyty.  Zastawiałam się, czy aby nie zaproponować coś z kanonu, albo czegoś z nowości, albo jeszcze coś z innego klucza (wiolinowego lub basowego), ale w końcu odłożyłam dywagacje wszelkie na bok i proponuje album Ten. Dlaczego właśnie Ten, a nie inny…

Po części dlatego, że jest to nawiązanie do tego co już się zdarzyło, po części dlatego, że go słucham z przyjemnością- co jest oczywiste, po części dlatego, że nie wahałabym się sprezentować go osobie, która nie słucha jazzu, ale ceni jak to się często mówi: dobrą muzykę i po części zważywszy na konstrukcję albumu. Ten, tego, tej płyty znaczy się. Słucha się…

[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok, źródło okładki].
[Ten,Jason Moran, Blue Note 2010 rok].

Jason Moran. I jego zespół. Obchodzą dziesięciolecie, a że nie mijają go z daleka, i manierycznie, ale szanując to co za i przed nimi to wydali płytę. Wszak okazje czynią naszą płyto_tekę bogatszą. Gdyby sądzić ją tylko po okładce, jest niepozorna. Dziesięć czarnych kropek, nie przywodzą na myśl żadnych skojarzeń, bo ani to układ stresyjny sesyjny zespołu, ani pianista przy swym parapecie, próżno nawet szukać nazwy zespołu, albo tytułu albumu. Nic. Nic. Nic. Po powierzchni, wszystko dzieje się w środku.

Chociaż jej treść można śmiało odnieść (byle nie od_nieść) do oszczędnego charakteru okładki zaprojektowanej przez Adama Pendeltona. Zwięzłość i skromność bardzo mi gra. I pasuje i nie psuje. Jest lekkość i radość. I zwarty styl. I rytm. I zabawa. Ludzie, zwłaszcza nie słuchający jazzu na co dzień szukają w nim właśnie cech wymienionych powyżej, które stanowią o jego przystępności. Gdy jednak przysłuchamy się uważniej mrużąc uszy usłyszymy nie tylko nawiązania do tych, którzy już byli, i ode_grali (sic!)ważną rolę w biografii muzycznej Morana. Może ktoś/ia sięgnie po klasykę? Wtedy Monk nie będzie kojarzył się li tylko z detektywem, który ma nie tylko antytalent do rozwiązywania zagadek, ale także wiele fobii, a z pewnym muzykiem (Crepuscule With Nellie),a Holiday z wakacjami,  dyle (i innymi) matami: SPA-ć, czy nie SPA-ć?—-Oto jest pytanie…Ale z Billie Holliday (Pas De DeuxLines Ballet utwór napisany do stawienia, strawienia, przedstawienia baletowego), w Feedback Pt. 2 czuć posmak Hendrixa, w  Gangsterism Over 10 Years — Davisa. W To Bob Vatel Of Paris —Byarda. A w nagraniu wcześniej odnajdziemy tropy: Mala Waldrona i Andrew Hilla (tego ostatniego był uczniem). Jest jeszcze co najmniej jeden ukryty dowód na to, że muzyka  nie jedno ma Imię to pamięć, także Morana o  Conlonie Nancarrowie. Są też tu od(-)nośniki do klasyki…

Ale i bez odnajdywania tych tropów i tripów album jest skondensowany. Stanowi całość (dobrze, że nie całą ość). Opowieść, czyli to co następuje po wieści. Mnie przekonał. Nawet nie musiał, gdyż wystarczy, że dałam się prowadzić dźwiękom zaproponowanym przez Morana,   Waitsa i Mateena.Wystraszy, znaczy wystarczy grać, i nie jest to gra na zwłokę.

W gruncie rzeczy i rzeczy lotnej płynności jazz bywa łączeniem kropek, ale liczy się wszystko to co dzieje się w międzyczasie. Taka to rozgrywka! Bez popisów, ale nie znaczy, że bez [po]lot_ów. Dobry, album na zaprzyjaźnienie, a nie na zadrażnienie się z jazzem. Osoby, których doświadczeniem życiowym, długo trwającym i niemijającym (ani rozmijającym) jest słuchanie zzzuja właśnie także znajdą tu wiele dla siebie, bo to po prostu dobry album jest. Do tego co tworzy Jason Moran na pewno wrócimy.

A może słuchaliście, jakie są Wasze wrażenia?

*można poszukać w treści spisie, tam wszystko jest uporządkowane.

**partaczenie czytatur, zwrot często używany w szkołach muzycznych odnoszący się do sposobu czytania partytur… Tak więc określenie nie jest mojego autorstwa.

[189].[Pierwsza].

[Big time, Peter Gabriel].

***

   Dojrzewa światłem, szumem, chłodnym powietrzem, i jesienią piątek. Jeszcze ludzie mają pośpiech na podeszwach, w uszach i bałagan w oczach. Ciepło. Pomiędzy pierwszą kawą a przerwach w zawiązkach i rozwiązkach obowiązków zastanawiam się c z y   p o p e ł n i ć    ó w    w  p i s.    A    j e ś l i    t a k, to   w j a k i     s p o s ó b ? Jeśli w ogóle, to jak w szczególe? I w którym? Na początku było owo, wiadomo: jakie, wiadomo: które, wiadomo: że cały wpis.

A dziś?

Dziś już jest okrzepły i pęczniejący treści spis. Kusi opowieść o dziurach czarnych, ale kusi też strzyżenie się gwiazd, i starzenie fryzjera, stężeniu frajera (ewentualnie odwrotnie- do góry dnem)i… Pomysłów, słów, słów, słów na wpisy mult[ł]um, Ummm.Ommm.Hmm.Ehem, dobrze bardziej tłum niż tu niż tam tumult.Obrastam w życie i nie życie. Wzdłużam się jak to pisał Miron.

Zmarszczkuje. Starzeję. Schylam, ale nie uchylam.

Nie wiem.

Logo0bTwierdzę, dzisiaj, że to słowo  z szansą na Początek. Po szczątki, (byle nie szczątki) zakątki i przylądki. Na wywrócenie czcionką do góry. Na wywiercenie znaczeń.

***

Powiastka o mistrzyni/mistrzu Zen, która prosi by opróżnić filiżanki przed napełnieniem ich naparem… Jeśli zatem towarzyszy temu słowo, to brzmi ono nie wiem, takie, które oznacza gotowość na wiedzę i nauczenie się umiejętności. Na porządkowanie świata. Na me_blogowanie, meblowanie go inaczej, lepiej, sprawniej i z frajdą. I kropkiem. I myśliczką.

Nie wiem.

[Jak sportretować blog?]
[Jak sportretować blog?]

Nie wiem, to słowo oznaczające nadzieje, z jej cieniem łagodnym na obrzeżach liter.  Nie wiem, t e r a z,       j e s z c z e   nie wiem, ale już za raz, za dwa, zaraz (i nie chodzi tu o wielką bakterię). Już za momencik (nie mętlik) rzeczy stan, rzeczy rzeczywistość, namacalność zawiesistość, świetlistość i cieniość, obłość, nagość, i ubran. Oś radości i znaczenia i smaki pojawią się w nieporządku i trwaniu. Nie wiem, ale się do_wiem. Jak? po co? Dlaczego? Kto? Co? W jakiej kolejności? Czym to się je? Jak międli? Co powoduje? Gdzie skutek? Związek? Implikacja i przenikanie. Znikanie i pojawianie.Powstawanie. Wstawanie i pokładanie. Przecież wiem. Bardzo dobrze wiem. Znam tą układankę. Wiem gdzie, które i w jaki sposób puzzle włożyć, wyłożyć i ułożyć. Nie, nie zawsze jest to wiedza wygodna, ale bez wątpienia warto odrzucić owo nie wiem, właśnie wtedy. I właśnie dlatego. Dla tego, dla tej, dla tego i dla samej Siebie.

Tak więc wiadomo, że są dwa rodzaje: nie wiem. To które otwiera, czyni możliwym, i to, które trzeba odsunąć, nawet pomimo braku odwagi, gotowości, które bywa usprawiedliwieniem, dezercją, ucieczką. Dostrzeganie bardziej niż przestrzeganie, Doświadczanie niż nadstrzeganie, nadgryzanie niż podgryzanie. Ostrzenie niż tępienie apetytów, słów, przecinków. Czasowniki niż rzeczy_ogniki, rzecznowniki, rzeczowniki. Starania i owych starań wyniki. Ogół i szczegół. Pełnia i droga. Przyczyna i cel. Nie starczy, bo jeszcze młody, nie straszy. Znaczy się nie starczy czcionki by wymieniać, nie mówiąc o pod_nad_za_ mienianiu. Mieniu. Zużywaniu. Istnieniu. Światłu, Świata i cieniu. Akcje implikacje, komplikacje, kontrakcje, ekwinokcjum. Mgła, ląd i dum, dum, dum…

Pierwsza rocznica Listów i innych Brewerii, przypada w niedzielę czwartego października. Tak jakby nie przekartkować kalendarza to d z i ś .

A zaczęło się właśnie tak.

Dziękuję tym z Was, którzy zasilają szeregi Tajemniczych Zaglądaczy i Zaglądaczek, Czytaczy i Czytaczek, czy tu, czy tam, po kryjomu, nieśmiało, ale konsekwentnie. Dziękuję tym z Was, którzy komentują, pytają i dyskutują.

Życzę Wszystkim nam Inspiracji,  mniej rad i mniej ości, ale radości, pozytywnego zdziwienia i poznawania świata. I humoru.Po i czyn ku i od i  po  po czyn(ie) i ku przy_czynie. Przyczynku. By ułożyło się to co rozproszone, by zagościło to co upragnione, by Każdej Osobie wedle potrzeb i marzeń, przed i po –myślnych tych i tamtych wiatrów i zdarzeń i wiedzy w jaki sposób ustawić żagle. Niech nam czcionka lekką będzie. Ahoj i w góry! Do góry. Drogą pełniejszą, choć —wydawało by się— mniej pewniejszą bo bardziej wymagającą i mniej uczęszczaną.

Zamiast cukierków, ale można się częstować trochę pobuszować (a przy tym poczytać i czcionką nie zgrzytać). 😀

Zamiast „stu lat”, ale można śpiewać:

[Peter Gabriel z albumu So].

188.Trzy szybkie.

Nie trzeba się trudzić, i brudzić i nudzić by znaleźć tu lekkie treści, ten blog także i je pomieści! Ten wpis także nie będzie wyjątkiem. Zaproponuje garść dźwięków i wydźwięków przychylnych. Przytulnych. Gdzieś pomiędzy popem, a lekkim jazzikiem. Jeśli zdarza Ci się sympatyzować z popjazzem to z pewnością znajomość pierwszych taktów powitasz z zadowoleniem i przyjemnym rozleniwieniem znakomicie korespondującym z popołudniową jesienną kawą. Wracamy do liczb nieparzystych, praktycznych i zapomnianych. Może gdzieś tam na najbardziej z zakurzonych półek tuła się dźwięk… Dziś z przyprószeniem zmęczenia, ale bez jęczenia i z przymrożeniem ucha, a nie, nie przepraszam (o tym było w ostatnim wpisie września) przymrużeniem ucha. Ucha cha-cha. Nie, wróć, nie cha-cha.

Co proponuję?

[Diana Krall, Diana Krall - When I look in your eyes, źródło zdjęcia].
[Diana Krall, Diana Krall – When I look in your eyes, źródło zdjęcia].

Dianę Krall– Złośliwi piszą o niej, że to jazz dla klasy średniej, która to klasa, uważa, się za słuchającą jazzu. Ale co tam, gdyby pop w Polsce miał głos i umiejętności jakimi dysponuje Kanadyjka to ja, osobiście byłabym ukontentowana…  Jeśli ktoś/ia chcę się zaprzyjaźnić z tymi dźwiękami właśnie, to album When I look in your eyes jest znakomitym początkiem podróży… Doskonała dykcja, kompozycja albumu nieprzegadana. Także dlatego, że można znaleźć na niej piosenki: George‚a Gershwina, Irvinga Berlina, Michaela Franksa, czy Cole‚a Portera w aranżacji Johna Mandela. Dokonały album na jesienny wieczór przyprószony swingiem, i symkami, dobrą sekcją rytmiczną i głosem Diany, który nie do końca decyduje się na zachrypnięcie…[Wspomninałam o jej album_ach! także tutaj].

[Gabriela Anders Waiting źródło zdjęcia].
[Gabriela Anders Waiting źródło zdjęcia].

Gabrielę Anders Waiting wciąż czeka na odkrycie w naszym kraju. Co dziwi gdyż Polacy i Polki ukochali sobie kołyszące rytmy oscylujące wokół bossanowy. No dobrze, nie przepadam za bossą i nową, ale to dobry przykład w jaki sposób można łączyć jazzik z rytmami latynoamerykańskimi i nawet wykorzystać w sposób brzmienie komputerowe. Ciepły nie tylko jest głos Gabrieli, ale także wybijający się saksofon. Nie razi – i nawet się podoba, kolejna wersja Dziewczyny z Ipanemy, a to  bardzo dużo, jeśli weźmiemy pod wzgląd  liczbę przeróbek, wersji niby nowych, kontr (o)_wersji… Całość przyjemnie spójna, radosna jesiennie i smutna wiosennie. Nic, tylko się pozwolić kręcić płycie w odtwarzaczu.

[Norah Jones, Come away with me źródło zdjęcia].
[Norah Jones, Come away with me źródło zdjęcia].

Norah Jones, teraz jest już znana, tak w Polsce jak i poza nią. Gdy po raz pierwszy trzymałam ten krążek w dłoniach niewiele osób wiedziało o jej istnieniu, śpiewaniu i wydawaniu albumów. Dziś, sprawa uległa zmianie. Come Away With Me  to pierwszy album artystki, wcześniej była tylko EPka, z nagraniami z pierwszej sesji. Nie polecam tego albumu dlatego, że rozszedł się w fantasyczno-przerażającym nakładzie i zdobył aż 5 nagród amerykańskiego przemysłu muzycznego (proszę zwrócić uwagę na osoby, które podjęły się produkcji albumu jak również towarzyszących pianistce instrumentalistów), i wcale nie dlatego, że wpisuje się w konwencję trzech szybkich, albo pasuje do nastroju. Subtelność prostoty.Nie tylko na coraz dłuższe czernią jesienne wieczory.

Z życzeniami kojącego zasłuchania i owocnego: tak poszukiwania — jak znajdowania, a może i wspominania 5000Lib. Smacznego wieczoru, dobrego nadchodzącego końca tygodnia.