176. 39:43.

     Młody człowieku, niech pan nigdy nie prosi matematyków o pomoc w rozwiązywaniu równań. My tego nie umiemy robić, i tak prawdę mówiąc nas to nie interesuje. To co potrafimy to dowieść, że rozwiązanie w ogóle istnieje albo, że jest tylko jedno.  Resztę chętnie pozostawiamy wam, fizykom.

[Diabelski młyn. Andrzej Krzywicki, Czytelnik, Warszawa, 2oo5, s.51].

      Wyrosłam już z zestawień, najgłośniej przemawia do mnie liczba pojedyncza, jest bardziej złożona, niźli te po przecinku, ale czasami rzucę co zanucę (mam nadzieję, że nie zanudzę). Ilekroć jednak nachodzi mnie, a od czasu do czasu dzieję się takoż,żeby napisać coś o muzyce, a ściślej zrobić zestawienie płyt, które niezmiernie warto, na szczęście już coraz mniej wyposażona jestem w takie myśli. Myśli do słów. (Nie mylić proszę ze stówami). Oczywiście zdarzają się takie sytuację (bo stówy zdarzają się rzadziej), że rzucę by ocalić od zapomnienia trochę dźwięków i towarzyszących im wydźwięków (nie mylić pod i nad nieceniem i gnieceniem). Czy jest to ziemia obiecana? Raczej, dobrze znana,  ziemia obmacana.

    Ale punkt wyjścia miał być inny (nie mylić z tym [nie]dobrze znanym), a ja tu za_wodzę i się roz_wodzę. Ilekroć nachodzi mnie ochota och ta (1) i tamta (2) i jeszcze inna (3)—przez delikatność nie wspominając o jeszcze innej (4) pytam siebie, czy ktoś za lat kilkadziesiąt będzie o tych albumach pamiętał? Tak jak pamięta np o Mikołaju z Radomia? Tak, tak, był taki ktoś. I to, kolokwializując nie taki byle jaki. Choć o jego życiu całkowicie prywatnym wiele nie wiemy, o Boże, a nawet mniej niż o Boschem, można je streścić na jednej srebrnej czterdziestosiedmiominutowej płycie, a jednak. Warto znać. Choćby wiedzieć. Ocalić od zapomnienia. Przygnać do zapamiętania.

Jak już wiemy, a [w] nas ochota nas nie mija, skutecznie nacierają ciekawością skronie (a wiadomo do czego ona prowadzi… Można zgrzeszyć, zawieruszyć, zbłądzić. I tak doszłyśmy i doszliśmy do sedna. Dzisiejszego wpisu. Długo trawiło, trwało, ale się udało.

Zatem (i za tamten). Proponuję sobie odświeżyć album cóż tu będę ukrywać pieprzny! I to jaki, z pomydloną okładką. Najpierw bowiem przygotowano ją by stanowiła tandem z drugą płytą, a potem okazało się, że cóż, trzynaście piosenek zmieści się na zupełnie pojedynczej. Zresztą, co tam, bez reszty ona to okazała się kontrowersyjna, nie wiadomo, czy lepiej na niej być, czy uskuteczniać nieistnienie. Choć nie sądzi się albumu po okładce, to niewątpliwie, ona to zdobi album ten! Wywołała wiele kontrowersji (choć nie zamieszczono na niej wizerunku ani Hitlera ani Jezusa Chrystusa, choć pierwotnie zamierzano to uczynić).

 The Beatles i ich"Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" [źródło okładki].
The Beatles i ich”Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” [źródło okładki].

Wielokrotnie było już o muzyce koncepcyjnej, będzie i teraz.  Bo z takim albumem mamy do czynienia, i do słuchania. I do powrotów, że to album znakomity nikogo nie trzeba przekonywać. Chociaż gdyby rozebrać Orkiestrę Sierżanta Pieprza to wiadomo, że owa (zarówno koncepcja jak i orkiestra wymyka nam się nieco spod opusów palców). Ni to sonatowa forma owa, ni to domknięcie cody, ni to koncepcyjny całkiem dobór tekstów ów. Uff. Czwórka z miasta na L, postanowiła zawiesić, działalność koncertową by móc koncentrować się na nagraniu materiału na nowy, ó s m y* już krążek, pod wodzą producenta George‚a Martina, czy on i Chłopcy mieli poczucie, przeczucie, mędrców szkiełko i oko, że siedemset godzin spędzonych w studiu nagraniowym da t a k i  efekt. Nikt przed nimi tyle nie wysiadywał płyty, bo i technika rejestracji dźwięku była (eufemistycznie rzecz ujmując) inna. Koncepcja albumu nie tkwiła w doborze treści (mówiono, że niektóre z nagrań odnoszą się do narkotyków) zresztą, czego o tej płycie nie mówiono, nie pisano, czego nie przemilczano. Treści które już zdążyły obrosnąć nie jedną legendą, podaniem, mitem, plotką, ale tym, że nie zdecydowano się rozdrabniać treści na single, tak, w taki sposób konsumowano wtedy muzykę. Zbyt rzadko wspomina się o możliwościach technicznych rejestracji dźwięku pisząc o płytach, nie chodzi explicite  o postęp (czy jak chcą niektóre/ niektórzy: podstęp) ale np. o fizyczną długość ścieżki. Album ten jest sztandarowym argumentem dla tych osób, które twierdzą, że obecność producenta jest niezbędna, by płyta mogła odnieść (odtrąbić) sukces, ale czy tak jest na pewno? W muzyce choć są równania (Fibonacci się kłania) to nie ma jednego pewnego rozwiązania. I to jest właśnie piękne. W jakiś sposób pociągające. I wymagające. Czy album trafił w swój czas, czas Miłości, Muzyki i Wolności, zdecydowanie tak. Okoliczności zbieg nie był bynajmniej łagodzący, a jeśli tak, to już zdecydowanie niechcący  raczej podsycająco wznoszący. Gdy odsuniemy na bok dysputę o warstwie tekstowej i skupimy się tylko na muzyce, to usłyszymy jej wielowarstwową nośność. Mięsistość. Przy jednoczesnym skondensowaniu. Dobrze, Chłopcy z Miasta na L. byli feromonem, fenomenem, tworzyli swoją legendę i nie zawahali się jej użyć w jedności czasu miejsca i reakcji. Płyta palimpsest, album mit, a lubimy uczestniczyć w mitach. Czy było łatwiej niż dziś, zaszkować, publiczność? Pewnie tak, wystarczyło powiedzieć w tak jak uczynił to w 1966 roku John Lennon  The Beatles są popularniejsi od Jezusa. Umówmy się, machanie marynarami też nie było popularne przed nastaniem ery zespołu na the literę B. I to był jeden z ich znaków rozpoznawczych. Czy jest to album epokowy, najlepszy, najwłaściwszy. Szczerze napisawszy nie wiem. I dobrze mi z tą niewiedzą.

 

Muzyka to w jakiś sposób rodzaj synergicznego równania,  (i równania w górę).  Oczywiście, znajdą się i takie osoby, które napiszą, że to rodzaj dyskursu, pewnie. Nie ma zatem jednej (naj)właściwej(szej) odpowidzi. Jest za to narracja, czy też ich mnogość. To nie tylko podkład do stów, słów. I rozmowa między miejscami. Brubeck mówił, że jazz to swoisty bunt. Muzyka, która nie może zostać zaakceptowana przez władze. Oczywiście,że strukturalnie jest on inny niż muzyka the Beatlesów (przynajmniej w powszechnym odbiorze). Zastanawiam się czasami, przeciwko czemu mogą zbuntować się osoby wyjęte z dzisiejszych czasów, których rzeczywistość uwiera, boli i dotyka do żywego, nie mają prawa głosu, lub nie wiedzą, że mogą (albo— że powinny się) zbuntować, ci co mogą nie chcą, nie czują potrzeby. Generalizacja? Nie sądzę. Nie jestem też za jednym modelem życia. Nie każdy/każda osoba jest zobligowana do czytania tego co napisał Pieere Bordieu, albo Rusella… Nie musi szukać i słuchać jazzu, nie musi wiedzieć kim był (i że był, i że tworzył) Mikołaj z Radomia, i…  wszelkich innych powinności są wyzbyte, również od buntu, wiedzy i… Puent.

End.

The end.

 

23 myśli na temat “176. 39:43.

  1. Aż strach eksplorować i ucho nadstawiać , bo a nuż , okaże się , że trzeba się zatrzymać i słuchać bardziej analitycznie …? Albo i syntetycznie , mniejsza z tym . Zazdroszczę ( chyba ) osobnikom , którzy deklarują upodobanie do wykonawcy/nurtu/gatunku i nic innego się nie liczy . Jacyś spokojniejsi , zdrowsi są . Bo ja to i to , i to , i tamto , bo sytuacja , bo pogoda , bo nastrój , bo cokolwiek dyktuje wybór . I czasem pochwalić się można głośno i przyszpanować wysublimowaniem , a czasem lepiej słuchać tylko wsobnie i raczej się nie chwalić , bo sprawa dyskusyjna , co najmniej , dla samej słuchającej jest… Cóż . Uwielbiam dźwięki . I litery . I parę innych rzeczy 🙂

    1. Nic nie trzeba, albo prawie nic. Spokojnie, to co trzeba, nie odnosi się ani do muzyki,ani do literatury, ani do sztuki. Tak mi się wydaje.
      Kiedyś sądziłam, że jeden nurt, którego słuchałam, i z którym przyszłam w świat mnie uwiera, a potem stwierdziłam, że słuchanie jednego gatunku muzyki, przy moim sposobie istnienia w świecie, nie jest możliwe.
      Nie wiem też, czy osoby, które zanurzają się w jednym nurcie są zdrowsi, spokojniejsi, ale z chęcią się dowiem, jak Ty na to patrzysz.:)

  2. PS Jeśli kilka razy wskoczył mój komentarz, to przepraszam, ale coś mi stronka znika przy wysyłaniu treści i nie wiem, czy pooooszło, czy tylko tylko miało pójść (ha! może za dużo tu ostatnio pisuję i przekroczyłam limit).

    1. Nic się nie powtórzyło, tylko do spamu wpadło, ale odratowałam!
      I nie ma limitu bycia, przydatności do spożycia i komentowania.
      Pozdrawiam 🙂

            1. Duecie, albo trio, zależy jak patrzeć.
              Adam Strug, interesuje się min. Leśmianem i zaprosił do nagrania własnej płyty z interpretacjami Leśmiana, właśnie. Soykę. Sprawa jest taka, że po jednym z koncertów, Stanisław miał podejść do A.S. i zaproponować, że gdyby coś gdzieś nagrywał, to on służy pomocą. Na blogu wspominam o tym duecie, nawet zalinkowałam piosenkę (nie mogę teraz znaleźć- wyszukiwarka działa jak chce, i jak nie chce). Adam dysponuje fantastycznym białym głosem.
              Wart jest posłuchania, nie tylko płyta leśmianowska, sam poeta także wraca do łask.
              PS. Interpretację „We śnie” wolę jednak Turnaua…

              W komentarzu, który mógłby Ci umknąć, Świętosława i jazz, zadałam Ci pytanie…

            2. Jak Ty masz fajnie, że możesz w komentarzach wstawiać linki i filmy, blogger tego nie ma (tzn. można okrężną html-ową drogą, ale czaschłonne trochę).

              Tak, trochę mam trudniej w poruszaniu się po wordpressie, bo mi coś powiadomień o komentarzach nie wysyła, choć już kilka razy zatwierdzałam i potem muszę szukać wpisów, pod którymi coś pisałam. Ale jakoś sobie radzę, choć często z opóźnieniem.
              Ale przy okazji Świętosławy masz na myśli pytanie, które już widziałam i odpowiedziałam, tak? Chyba minęłyśmy się pisząc.

              1. Nie wiem co jest z tymi komentarzami, i jak to rozwiązać, i czy można? Jeśli ktoś wie… To proszę podzielić się wiedzą.
                Tak dokładnie to pytanie mam na myśli, pod wpisem dot. Świętosławy.
                Dobrze, że piszesz o trudnościach bo może ktoś coś wie.
                Myślałam, że wiadomości przychodzą na maila? A może trzeba by się zapisać na newsletter/ obserwować bloga? 🙂
                Dobrego czytania! 🙂
                I komentowania oczywiście.
                Chociaż oczy lepiej niech nie wiszą… 😀

            3. Twoje nowe wpisy widzę, bo dodałam ten blog do swojej listy czytelniczej. Tylko muszę szukać wpisów, pod którymi coś wystukałam (wiem, że odpowiadasz, więc ich szukam, a nie zawsze mogę od razu, więc potem krążę i błądzę ;-)).
              PS Dziś próbowałam włączyć powiadamianie o nowych komentarzach, ale dotychczas żaden nie dotarł.

              1. A spróbuj zaobserwować blog przez maila, wiem, że czasami to pomaga, przyjrzę się temu w weekend. I postaram zaradzić. 🙂

  3. Tak właśnie takich zdeklarowanych i mocno wybiórczych odbieram . Takich paru znam . A oni znają mnie i mówią , że to niemożliwe , żeby w takim rozrzucie , rozkroku funkcjonować i jeszcze się rozglądać na trzecią nóżkę . A ja tak właśnie funkcjonuję , dobrze mi z tym i dobrze mi tak . Łatwiej mi powiedzieć , czego nie lubię , niż wyliczać obdarzane zainteresowaniem i upodobaniem . Myślę , że u Ciebie podobnie 🙂

    1. Ciekawe zestawienie słów,znaczeń zdeklarowany i wybiórczy.
      Myślę,że społecznie bardzo często jesteśmy sprowadzani do tożsamości, która wydaje się, jest postrzegana jako wiodąca. To z jednej strony.
      Z drugiej i tak sprowadzą nas, do mianownika niekoniecznie wspólnego.
      Z trzeciej ciekawy wywód można by było wysnuć o niekonkretności zachowań, to jest, o takim właśnie spojrzeniu.
      Nie zastanawiałam się nad kwestią bycia niekonkretną, w takim aspekcie jak piszesz…
      🙂

  4. Uwielbiam ten album. To jeden z najlepszych. Też staram się zapoznawać moje dzieci z muzyką która jest ze mną od lat. Cudowne wspomnienie, niezapomniane. The Beatles zawsze ze mną bedą, aż po grobową deskę.

    1. Dzień dobry Kasiu, miłego czytania i komentowania na blogu.:)
      Tak, to historia muzyki na srebrnym krążku, bez wątpienia na sukces płyty i muzyków złożyło się kilka czynników, ale to album, który wypada znać. 🙂 Pozdrawiam,

  5. Ach, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band była jedną z płyt mocno obecnych w moim domu. Za wstydliwo-dziecięcych czasów strasznie popowych miłostek muzycznych miałem to szczęście, że nie odrzucałem rodzicielskich płyt ulubionych. Etap szaleństwa młodzieńczego minął, a Vangelis, Deep Purple czy Beatles zostali.

      1. U mnie to była składanka przebojów przeróżnych – od Memories of Green po utwory ze ścieżki dźwiękowej do Łowyc androidów. Przez pewne dwa miesiące pewnych wakacji słuchałem celowo tylko i wyłącznie tej płyty, jednocześnie czytając wiele bardzo.

          1. Tak, czasem mi się zdarza. Muzyka albo też przeróżne podcasty mądre bardziej lub mnie towarzyszą mi też przy pracy, pisaniu i tym podobnym. Czasem jest to po prostu szum w tle, ale i tak towarzyszy.

            Swego czasu korzystałem też intensywnie ze strony rainymood.com

Odpowiedz na 5000lib Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s