187.Dukaj, dukaj, czyli czytanie na zimnie: albo coś niebieskiego,coś (po)_życzonego,coś przeczytanego.

Coś lekkiego.

(no chyba,że mamy okazje/ zwyczaj czytać jeśli się przemieszamy, przemieszczamy).

Ciało,  to potęga(…), ale umysł, jest jedyną rzeczą za którą człowiek w pełni odpowiada na tym świecie.

[Lód, Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie, 2007].

Lód Jacek Dukaj Wydawnictwo Literackie 2007 [źródło okładki].
[Lód Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie 2007 źródło okładki].

    Wiem, wiem, co prawdopodobnie można usłyszeć na temat tej książki, że ambitna, ale za trudna, że fantastyczn[k]a, ale gruba, że historia alternatywna, że wyróżniona w tych, albo owych rankingach, że nagradzana, że irytująca, że…Tysiąc pięćdziesiąt cztery strony to nie nowelka, ale nie hiperbolizujmy… Nie jest to chociażby Heidegger, albo inn_y/a filozof(k)a. Czy nie zanadto przyzwyczailiśmy się do podziału grube ale błahe, albo cienkie i zwięzłe…? Nie wiem. Kiedyś było tak, że zwykło się drukować powieści w prasie codziennej np Lalkę. A dzisiaj? Aj, aj, jajaj…Po co strzępić czcionkę w konwenanse pchać? Wtrącać…

Dzisiaj można sięgnąć po lód, miód, i orzeszki.

Jest to lektura, do której podchodziłam razy trzy. No bo do nich sztuka. Podchodziłam, chodziłam. Nadgryzałam.Mijałam tak, jak i czas mijał, obchodził się ze mną różnie. Acz konsekwentnie. Się (także to czytające) Starzeję.

Choć jest to książka drogi, (i droga) to zdecydowanie poleca się do [s]trawienia stacjonarnego.

Po pierwsze: język. Fantastyczny, mięsisty rytm i rym,cielesność i kolor słowa, ale i kon_tekst.Pre_tekst. Nie należę do grona osób, które nie gustują w XIX wiecznych powieściach, (raczej po_ wieści_ach). Tak, używam archaizmów, ale tu nie tylko o nie chodzi. Dlatego dziwię się, że tak łatwo wsiąknęłam, do tego nie lubię rusycyzmów w polszczyźnie, a tu są jako przyprawa, i nie czynią, że tura liter to przeprawa, tem ciężejsza, że zimowa. Język Dukaja w tej powieści zasługuje na oddzielny wpis. Nie dlatego, że kreacja lingwistyczna przyszła autorowi  nadzwyczaj snadnie, przynajmniej takie odnosiłam wrażenie (odniosłam nienaruszone, nie poruszone na miejsce). Zderzenia naznaczeń język_ owych. Smaczne. Znaczne i znaczące. Dlatego tak łatwo wchodzi się w tę rzeczywistość i wieloznaczeniowość.

Po wtóre: mapy. Książka, którą można odczytywać z przyjmując wielość perspektyw. Świat[ł]a przedstawionego, nowej kreacji, oczywiście, to przecież wpisane jest w nurt „seans sfikszyn”, ale przede wszystkim filozofii (i to różnych). Tak sprytnie wplecione fastrygi niewątpliwie wzbogacają książkę. „Pod lodem” zatem toczy się życie (nie chodzi o niedawne potwierdzenie intuicji dotyczących Marsa). N i c, dosłownie, nic nie jest takie, jakim się wydaje, bo i nie może takim się stać. Niezależnie od tego jak uważni i uważne jesteśmy. I jak mocno i jak mroźnie jesteśmy przeświadczeni i przeświadczone o tym, co jest, co być może, a co się właśnie wykluczyło, zakluczyło, (nie)zdarzyło nie zdążyło Stać, to nie statyczny stan. Żyło, czy umarło.  To praktyczne stawanie się usta(-)wiczne. Tylko pozornie akcja się wlecze, toczy się, toczy po różnych szyn_ach,  powoli ale nie po woli,po intuicjach osoby czytającej. 

Na szczęście, są różne przestrzenie,  można czytać tę książkę przyjmując różne punkty widzenia i wie_dzenia,  by zebrać wszystkie punkty myślenia i kwestie mylenia pomocna jest owa przestrzeń akcji.

Po trzecie: uniwersa(lia) i realia inne, bo jest ich wiele. Mieszanie się światów, wykreowanego, tak w języku, tak w alternatywnej historii Polski, tak jak w prawach fizyki. Przemieszczanie się stworzonych postaci, tych co tylko na kartach książki, jak i znanych z imienia i nazwiska, i innych faktów, zamieszczonych w podręcznikach histerii, historii.  Mam wrażenie, że Nikola Tesla jest niesłusznie, ale jednak zapomnianym wizjonerem, może ktoś/ia sięgnie do biografii tego oszukanego przez Los, genialnego człowieka? Emigranta w nieprzychylnym świecie. Im więcej się jednak wie, tym bardziej krytyczną czytelniczką/ czytelnikiem się staje, ale – z drugiej strony- można więcej wziąć dla siebie, z danej tury liter.(Można dukać, a można czytać płynnie). Przy czym warto zaznaczyć, że książka napisana jest w sposób b a r d z o    p r z y s t ę p n y, autor w sprytny sposób ujmuje tłumaczenia dla tych osób, które nie zetknęły się z omawianym aspektem. Gładko przechodzi między narracjami, tak, że nie widać fastryg.

Po czwarte: warstwa socjologiczna. Niezwykle ciekawa. Tak więc pytania, które się zdarzają, czy zderzają, nie dotyczą tylko natury ontologicznej. Co jest, a czego nie ma, jakie są (jeśli są) wzajemne powiązania i oddziaływania. I tu dochodzimy do kolejnej warstwy władzy na różnych poziomach, w różnych strukturach. O performatywności gestów, o znaczeniu rytu i rytuałów, widzeń, o tym jak rodzą się przekonania.Nieco,bo  deko_racji w różniąco i różnorakich dekoracjach.

Po piąte: znaczenie dobra i zła, i ważne pytania np rozważania min.: o biedzie, o nauce, ekonomii, religii, rozstaniach i staniach na różnych poziom(ach)-  ze sobą, z innymi.Mam nadzieję, że lektura nie da ostatecznych odpowiedzi, ale będzie przyczynkiem do samodzielnego poszukiwania i znajdowania. Myślenia.

Po szóste:meta_for/y. Przykład? Ot, pierwszy z brzegu (prawie):Podróż koleją transsyberyjską także można odczytać metaforycznie.  Choć wszystko co najważniejsze dzieje się w środku. I to nie jednym, racje deko się zmieniają, choć nie tylko trochę- dekoracje również. To tylko sprzyja lekturze.Książka jest niczym cebula, warstwy, znaczenia, pytania, dekoracje, deklaracje i akcje, re-i-akcje. Tak więc ruch i znaczenie.

Jednym słowem: Zagadki.

Nie, że za_gadki, nikt tu nas nie próbuje przegadać,  zresztą też nie. To naprawdę świetna,lekka powieść.

Się napisało się, się zrecenzowało się, się zaprasza się do czytania…

PS.I.Moje trzykrotne podchodzenie do tejże należy upatrywać w tym, że chciałam przeczytać ją a) w czasie gdy żadnej książki nie przeczytałabym, b) w permanentnym przemieszczaniu się.

PS.II. Dlaczego coś pożyczonego? Oto, pytanie (bonusowe, owe nowe, tak, tak, tak): czy nasze przekonania nie są pożyczone— i co zrobić, by mieć własne? Czy życie, uszyte dla nas (przez nas?) jest tym, jakie sobie życzymy, albo pożyczymy, a nade wszystko, co w powieści jest życzone a co pożyczone?

186. Nie literalnie i nie litrami, a literami.Ustami.

Nie orientujesz się może co łączy...Kapelusznika, Alicję w Krainie Ciarów, Czarów, Harrego Pottera, Rona Wesleya, Herminę Granger Hagrida,  i Holmesa? No i oczywiście, gawrona i sekretarzyk! Nie, to się nie przejmuj, tylko zanuć za Agnieszką Osiecką słowa te:

Mały czajnik pękaty
nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.

Albo jeśli chcesz i wolisz, to polecają się Starsi Panowie Dwaj! Ze swoją filiżaneczką Herbatki. Ale zaraz, zaraz, i nie chodzi o jakiegoś wirusa, lub „dużą bakterię”… Stop. Stop, nie ten trop (wiem, jaka różnica jest między wirusem i baterią, a nawet wiem jaka jest między wirusem, a bakterią). I nie chodzi o kawowy szlak, nie owy smak, że kofeina, a nie teina, to niczyja wina! Wina, wina też nie będzie. Gdzieś tu, oczywiście c z a i   się (sic!) tura_liter. I to nie jedna! Litry. Stop. Tu obecne jest drugie, a może i trzecie dno. Niektórzy śpiewają, że Reklamowane są różne napoje/ Szczególnie orzeźwia herbatka we dwoje, ale to nie tak, to nie to- gdzieś tu musi być trzecie dno. Oho. To, to jest to! Choć bez gazzzzu, psyt! Pstryk. Nie tak szybko, nie tak gibko, nie tak prędtko, pokręćmy się jeszcze nad nakrętką, po to, ma dnugie rno, drugie dno. Otóż…

[Anglosaski smak literatury, źródło zdjęcia tutaj, a o kolekcji można przeczytać tu].
[Anglosaski smak literatury, źródło zdjęcia, a o kolekcji można przeczytać tu].

Bywają różne. Okrągłe i próżne. Rozwarte. Otwarte. Zamknięte. I źle po[d]stawione też.  Pytania. Egzemplifikacją tego ostatniego może być: Czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta? Nie,nie chodzi o rodzaj naczynia, czy szklanka jest. Pękata, cienka, czy choć odrobinę tłusta filiżanka! Zbyszek Kiliszek Koleżanka Szklanka?;/Ale, ale… Najpierw wypadało by spytać: Czy szklanka jest? A dopiero potem, co znajduje się w niej? A jeszcze później ile czego w czym i dlaczego?

Czytaj Dalej „186. Nie literalnie i nie litrami, a literami.Ustami.”

[83+2]. [A_]varia.

Jest  czas gdy wszystko się butwieje, wybrzusza,nabiera wiz[n] i krzy się niemiłosiernie i nie jest to bynajmniej Picasso.

Nie wyrabiam na krętach i  zakrętach. Przepraszam, tych którzy i które czekają na nowy wpis z nie nowego cyklu.

Oczywiście mogłabym machnąć recenzję, pożonglować kropką i kreską i  z (nie) uporządkowaną czcionką, ale to nie było by fair. Tak czuję. Jakoś. Oczywiście można raz na jakiś czas popełnić wpis lekki, łatwy i przyziemny… I jest tu takich trochę.Hę. Książki prezentowane tu są także takie „prezentowe”. Oczywiście można sięgnąć także po te poważniejsze wypisy z rzeczy_oczywistości i światopodglądu. Przyjemniejsze, a na pewno dłuższe. Bo tych także dostatek.

Wspominałam, kiedyś,że będę pisać rzadziej, i to właśnie się dzieje, i to można zauważyć, ale nadal lubię to i to także lubię.

Osoby niecierpliwie zapraszam do lektury tekstów, które się już ukazały drzewiej… Im dalej w las tym czcionki więcej, i więcej, wiem że nie pozwalacie się jej zakurzyć… Zapraszam do treści spisu! Choć przecież nie muszę. A może Ktosia lub Ktoś pogłowi się nad kursem konia, tfu, nie idźmy tą czcionką drogą,  rozwiązaniem konkursu? Przy podaniu trzech odpowiedzi prawidłowych  grawitacja (nie mylić z gratyfikacją) satysfakcja gwarantowana.:) Nie mam wątpliwości, że na komentarze odpowiadać będę na bieżąco, może nawet na wrząco? 🙂

Pozdrawiam, niech Wam czcionka lekką będzie (czasami) i pobudzającą do myślenia!

W sam raz do porannej, wieczornej, albo o zgrozo!- popołudniowej –kawy!

5000Lib!

[kompozytor:Zbigniew Preisner , partie wokalne: Elżbieta Towarnicka].

184… Zmrużyć uszy i zanurzyć myśli.

Obejdzie się

bez słów wielkich napuszonych znaczeniem czarnej czcionki, tonem głosu, i czym bądź jeszcze. Właśnie, j e s z c  z e    b ą d ź.  Wiel(e)b(ł)ądź. To jest tajemnica tego co nas u_rzeka. Nie chodzi o to, by nabożnie milczeć, nie ma jednej odpowiedzi, za to tysiące po-d-szewkopowiedzi pchają się pod palce, albo pod pięciolinie papilarne.Nie dajmy się uwieść.A jeśli tak to z rozmysłem! Usiąść na brzegu i zmrużyć usz_y/u i zanurzyć myśli.

Pazdziernikuje nam się czas powoli, nabiera jesieni w zapach wiatru i chłodu melancholii. Krople czasu spadają niezauważalnie niezaprzeczalnością istniejących zmarszczek tego co było. Echo fatygi fastrygi. [Przyszyj to sam/a jak śpiewał niegdyś polski zespół na L…]

Podobno to najlepszy smak i miejsce na taką właśnie nutę. Nuta za nutą. Noga za nogą. Waga Uwagi. Prowadzenie, ale bez wadzenia. Tak, że chcę poddać się temu co jest. I temu czego nie będzie. Bez pewności i bez ości, że się stanie. Stanie na nie. Tak. Tik tak. Tik tak Tik. Czasu tik. Czasu trik. Czasu nick. Nikł. Nikł. Znikł.

***

Dziwi mnie niepomiernie, że Adam Hurst jest tak mało znany w naszym kraju. Nie nie będę wycierała krawędzi słów i tak już zbyt często spożywanych. Nie nie będzie analizy znaków, przystankowych. Nie ma tu nagłości [?]

Jest czas, choć nie wie nikt jak się nazywa.

[źródło nagrania].

 

Artysta: Adam Hurst
Tytuł albumu: Obscura
Czas realizacji Marzec 2012 roku
Wytwórnia: Ash Records
Rodzaj Klasyczna/ Jazz
Czas: 45:54

1. Hidden Door 04:01
2. Smoke and Ash 03:51
3. The Innocent 04:19
4. Four Winds 04:55
5. Meridiem 03:17
6. Unveiling 03:55
7. Obscura 02:25
8. Specter 04:18
9. Incantation 05:00
10. Oracle 03:34
11. Waning Hours 06:19

183.Świętosława i jazz. Wędrówka ku geometrii [s]maku.

    Urządzamy nasz świat. Wy i godnie. Szlifuj (i j)emy krawędzie miejsc i języków. Nadajemy audycje, pocztę, znaczenie i zna- i i_miona.

Świętosława. [Źródło zdjęcia].
Świętosława. [Źródło zdjęcia].

Wdech

i wydech.

Wdech

i wydech. Falowanie, unoszenie i zapadanie klatki piersiowej. Owej. Wdech i wydech. Wdech, wydech. Dech,dech…ech, ech..Mijamy.Mija, mija, mijamy.

My, ech,ech, proch, och, och i mech,ech, ech. Niepozornie obracając w palcach minu_tu. Jedną minutu i drugą minutu Minut tu. I tu, i jeszcze tam. Tam. Dalej. Dalej. Jeszcze dal…

Ej, ej, ej.Zapominamy. Za i po, po mijamy. Wdech i wydech ech.

[***]

Dat_ta urodzin niepewna, ginąca w mrokach dziejów. W legendach, ach i mitach, ach. Z pieśni dumnych słów utkana i w snach leśmianowskich spotykana. Tykana Tykana. Tyk tik czasu łyk. Tik Tak. Tak. I tak, i jeszcze tak. Kto to tak, to kto by tam przywiązywał uwagę do kobiet, nawet tych ze znamienitych rodów. Ów może ten, kto panicza pragnie wżenić w ród znamienity… Ta, To nie tylko żona królów, i matka takowych. Zdają się milczeć o niej języki współczesne, ale echa pozostają, tają, tają jak śniegi w ostrym norweskim słońcu. Przeglądając pożółkłą już Kronikę Theitmara, pisma Adama Bremensis, można natrafić na jej ślad. Nęci mnie nęci wędrówka pamięci, smak lodu, miecza i rtęci. Podążmy zatem za tą herstorią.

]*[

Przyszła na świat, ten najlepszy ze światów, najbardziej przyobiecany i obmacany, po chrzcie Polski. Wiemy, że była córką  Dobrawy i Mieszka I  Niewiele wiadomo o jej latach dziecięcych, tych które spędziła w Gnieźnie.

Po śmierci pierwszej z żon, polityk, Król miasta Polan poślubił rychło drugą Odę Dytrykównę, z tego małżeństwa urodziło się chłopców trzech. To Bolesław zwany Chrobrym, który okaże się  bratem zacnym, roztropnym i dobrym… I często na dworze nieobecnym. On -lub co bardziej prawdopodobne ojciec, Mieszko I, przyobiecał rękę i (wszystkie członki- wraz z jakże się później okażę- bardzo cenną głową. I to nie dlatego, że nosiła ona koronę) przyobiecał on rękę Świętosławy królowi szwedzkiemu, Erykowi.Był to, jak to drzewiej bywało, mariaż o charakterze politycznym. Słowianie bowiem szukali sprzymierzeńców w toczonych siebie wojnach zasileń szeregów.

Wydana za pięćdziesięcioletniego króla, osiemnastoletnia cudzoziemka miała (i z pewnością to zrobiła) nakłonić do stoczenia najgorzej w swoim życiu bitwy. Tej Dzięki której zapisze się w historii jako Eryk Zwycięski.

Wraz ze zmianą adresu zameldowania Świętosławy zyskała ona imię nowe: Sygryda (albo: Gunhilda, to w Danii). Nie dane jej było cieszyć się zbyt długo słodkim pożyciem małżeńskim dekada ledwie zostanie im dana,  gdyż po [po]życiu dla króla zostaną tylko o_kruszynki. Świętosława została sama z dwójką dzieci: Holmfridę, jak to drzewiej bywało wydała za mąż, bardzo korzystnie, a w imieniu Olafa, jako regentka (nie mylić z rene_gagatką, albo rozmową z Rene  albo suro[wą]gatką!*) dzieliła i rządziła. Udaremniła zamachy na swojego pierworodnego i to w iście fantasmagorycznofantastycznym stylu.

Uczta w Upsali.

Upici Uspali się w Upsali. A no, uspali…Snem wiecznym i jako takim nieodwołalnym i niebezpiecznym. Wieść gminna niesie, że chcąc uniknąć tańca śmierci, i wyroku na syna jak i stania się marionetką złotą, acz tyko monetką w rękach przyszłego króla, a kandydatów było wielu i jeszcze ciut więcej.  Świętosława musiała dać do zrozumienia panom Wikingom, że nie życzy sobie męża. Nie będzie grała drugorzędnych rólek. I nie jest li tylko kwiatkiem, do może i wystawnego,szytego złotymi nićmi, ale jednak kożucha.   Cóż było robić. Wyprawić ucztę, znamienitą, pachnącą, sycącą, a przede wszystkim pojącą, pojącą. Zaprosiła więc nań tyc mężczyzn, którzy zagrażali jej pozycji. Nakazała nakarmić, napoić, nie żałowała napitku, kazała do nieprzytomności. Cóż załować alkoholu gdy płoną dworki, a zwłaszcza jeden… 

Po czym opuściła zgromadzenie i nakazała spalić miejsce… Podpalić. Usmażyli się panowie zacni. Żywcem (i nie chodzi o podlanie piwem). Gdy wieść się rozniosła o przyczynie i skutku  Świętosława dostała imię Storråda. Upici uspali się panowie w Upsali, a jak się zjarali, oj, jak się zjarali…Jakiego ognia posmakowali. Oj posmakowali.Nie przetrwali imprezy, nie przetrwali. Chyba, że w odmiennym stanie skupienia, ciała i mienia. Imienia.

Nie wszyscy byli chętni do ożenku z kobietą, mocną*, nie tylko w słowach, a(ch) czy nie w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało na raz? Olaf Tryggvason, książę Zachodniej Norwegii, nie chciał. Olafa Tryggvasonia spotkała kara, oj nie mała, nie mała. Spotkała i nie minęła… Po bólach i bojach ach zwycięskich, no dobrze, pieniążki ( i statki) pochodziły z okupu jaki zdecydowała się zapłacić Anglia za to by darowano jej spokój. Nie wieczny, choć przyjemny i bezpieczny.

Gdy przegnany wcześniej przez braci książę wrócił w glorii sławy do mroźnej krainy, odzyskał stanowisko ogłoszono w 997 roku, że poślubi on Sygrydę. Jednak że życie to nie bajka, nawet jeśli pochodzi się ze znamienitego rodu, ma się głowę na karku i potrafi się kręcić nie tylko nosem czy biodrami…Okazało się, że pewnego dnia, ukochany  O_lałf nie sprawę, ale publicznie uderzył Świętosławę w twarz, albo zepchnął do wody… Tak czy owak, nie tylko fizycznie, nie tylko publicznie znieważył. Miłość zgasła, za to pojawiła się nienawiść. Ta zniewaga nie tylko krwi wymaga. Cóż… Słowo ciałem się stało, a ciało [Olafa] struchlało.Cicho wszędzie, głucho wszędzie będzie się działo, oj będzie się działo. Wszak to cisza przed burzą, i to nie nie z obrazu Giorgionea malowaną.  Świętosława potrafiła rządzić i rządlić. Dzielić zdzielić sprzymierzać i władać. Czego nie zamierzano jej dać brała sama. A najlepiej potrafiła wziąć we własne ręce… Los. I to nie ten, wygrany na loterii, to ona mówiła jak mają tańczyć, ona dyktowała nuty i warunki (Czasami jak wiemy podając trunki).

Zemsta najlepiej smakuje na zimno, a w Skandynawii klimat po temu jest by dania (w Norwegii i  Danii) na zimno podawać. Zemsta przyszła szybko.Zbyt szybko. Przynajmniej dla Olafa. Wróć, ona nie przyszła, lecz przybiegła, choć trafniej można by było napisać przypłynęła. Bo chodzi o Bitwę morką „Trzech królów” czas ów trudny, chmurny i śmiertelny. Ale zanim dni te nastały Świętosława zawarła małżeństwo z Swenem Widłobrodym, królem Danii, któremu (i sobie oczywiście też) urodziła czworo dzieci. Mówi się (i pisze), że małżeństwo miało charakter… Polityczny, środek do celu, swoista introdukcja do tego co nastąpiło potem. Pot, i Krew i Łzy lały się strumieniem wielkim. Przeciwko jedenastu norweskim okrętom pod wodzą Olafa stanęło siedemdziesiąt sprzymierzonych sił słowiańskich szwedzkich i duńskich, oczywiście. Można powiedzieć, że Po_rzucona kobieta zjednoczyła wszystkie siły, które miała do dyspozycji. Bitwa, która rozegrała się na Bałtyku przeszła do historii, a Olaf przeniósł się był w Niebyt.

Gdy po bitwie opadł kurz, zgiełk, a morze nakarmiło się krwią, która tu i ówdzie pochłonął piasek. Kiedy to mąż zorientował się był, że został członkiem, pionkiem zaplanowanej gry. I to przez kobietę, przegnał królową, która musiała opuścić ukochany kraj. Przybyła tu, nie mając jeszcze lat osiemnastu. Udała się do syna z pierwszego małżeństwa Olafa, czy na dwór Bolesława Chrobrego.

Po śmierci synowie sprowadzili Matkę do kraju. Nie, nie toczono jak to było w zwyczaju walk o władze, ta, jak to już miała w zwyczaju i krwi potrafiła tak pokierować losami dzieci by te wspierały się wzajemnie by kraj rósł w siłę, ludzie żyli dostatnio. W Anglii była doradczynią swojego syna, sprawiła, że jego rządy były mądre i mniej krwawe, tam podobno miała także zostać pochowana. Podobnie jak data urodzin tak i data śmierci nie jest znana. Można się jedynie jej domyślać. Niewiele o niej wiadomo. Jednakże nie można pominąć milczeniem Władczyni Świata, bo jak nazwać Królową Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii? Nie, nie była pierwszą smutna Królowa Wiktoria, co podpowiadała by wyobraźnia. I nie była smutną. Choć zazdrosną, i to o własne dzieci, już tak…

[***]

Wcale nie zamierzałam pisać o Świętosławie.  (Niech Was nie zmyli ton), ale właśnie o tonach i nutach. Ach. I o tym… Dlaczego lubię słuchać muzyki [filmowej]. A wspomnienie Świętosławy i rzucenie zdania, że to ta, która władała kawałem świata, i ta, o której się tak często zapomina, i ta, którą się chętnie miesza z błotem, mitem. Ot, taka wędrówka pamięci. O zapamiętywaniu zapominania. I zapominaniu pamiętania. Skoro nie potrafimy ocalić takich postaci jak Świętosława, co pozostanie po nas? Skoro oglądając ruchome obrazki w ciemności,potem ciężko się nam uwolnić od tego sięgając po płytę, jak jest z naszym pamiętaniem. Nie pisząc już o z socjalizowanej performatywności gestów, zachowań. Kulturze przez wielkie Q…

Dlaczego jako przykład podaję muzykę filmową? Bo to i najbliższy, i przez to, najbardziej czytelny przykład. Słuchać w oderwaniu od jej przeznaczenia? Dziś już zapomina się po woli i powli o tym, że obrazy tworzone przez wielkie osoby z tego świata nie były przeznaczone dla szerokiej publiczności, tylko dla możnych, czyli bogatych i wpływowych. Tych i owych.

Jak to jest słuchać bez uwypuklania nasączaniu znaczeniem, nastrojem, kolorem obrazu. Odpowiedź- prosta nadaję jej własną historię, bieg, fastrygi znaczenia, miejsca wilgotne. Prowadzona  znaczeniem i architekturą dźwięku. Własne przestrzenie, nie narzucone przez kadry historie. Nie pisząc o histeriach. Muzyka jest opowieścią literacką. Bierzesz na język próbujesz, nadgryzasz, smak słów, i ciszy s[k]ok. Jazz jest architekturą, przestrzenią i geometrią. Zapomina się o jego historii rodowodach i wywodach. I wpływie na kulturę, i to, że był nośnikiem buntu, niezgody, głodem i głosem niewygody, określeniem tożsamości i szukaniem, i znalezieniem samości.

Muzyka to podróż, z własnymi horyzontami fotonów, smakami, doznaniami nie oczywistości, spotkaniami, ze zmianą, z perspektywą… To wszystko ociera się o patos. Tym i innym czasem sprawa prosta jest. Tak się przynajmniej wydaje. Wystarczy słuchać i słyszeć i czerpać radość z tego, co się robi. I  stwarza. Teraz. Nie co za chwilę nastanie, za następną nutą, nie. Wdech. Wydech. Wdech i… Prosto ta. Znak i Znaczenie. Zmęczenie po  sytym dniu. Nju. Pojednawczość pojedyńczości, niepowtarzalności. Te_raz. Raz.Muzyka to paradoks, oksymoron, to przestrzeń, w której mają szansę zderzyć się choć na chwilę, wszystkie ze znanych nam czasów: przeszły,  teraźniejszy i przyszły, wszystkie tryby: gramatyczne i mechaniczne. Można różnorakie dyskursy przyjmować perspektywę archeologiczną,dyskutować np. o formach chociażby o barokowych powstałych na przełomie wieków siedemnastego i osiemnastego, recytatywach  i ariach. Te ostatnie kojarzymy jako integralne części opery, czy oratoriów, ale nie zawsze tak było. U swego początku to forma s a m od z i e l n a -ot utwór solowy, jak najbardziej wokalny.  Recytatyw to inaczej swobodna deklamacja tekstu, melorecytacja, spotkać możemy go śledząc chorały gregoriańskie, choć jako taki ma swój rodowód w czasach antycznych. Jeśli zaś odwołać się do chorału to mamy niczym o sznurku, po pięciolinii śpiew acentus.

Wróćmy jednak ze spacerologii stosowanej,nazwywanej czasami dygresyjnością.  Można przyjąć, różne perspektywy, opowiadając o muzyce, to truizm. Nie wiem czy będziemy pamiętać o płytach, albo inaczej, o tej jednej, którą dzisiaj chcę zaproponować. Nie wiem czy będziemy pamiętać o tym jak zaczynał dziewiętnastoletni Andy, choć niewątpliwie potrafił on cieszyć się życiem i podejmować wyzwania, jak wtedy gdy usłyszał Coltranie rzucił wszystko, sprzedał to co miał, zostawiając sobie cień, sprawne ręce, buty pamiętające wczorajsze wędrówki angielskimi ulicami i wilgotny chodnik, gorącą głowę. Pełną pomysłów, a w zasadzie jedna idee fixe kołatała się między neuronami. Być jak John, nie nie Malkovich. Choć niewątpliwie lubimy takie opowieści,  wieści i wieści  nieść znieść, znaczyć, lubimy taką treść. Jak ta, gdy za ostatnie grosze trzy kupuję saxofon, sam uczy się grać, zajmuje mu to dwadzieścia jeden dni, a potem szybko wybija się na szczyt, i prowadzi innych ku wiedzy, radości i nutom. Nastrojom. Omm Omm… Szybkim zmianom. Omm Omm Zacnym geometriom Omm Omm…

Na sławę nie musiał szybko czekać Zawinul, który przewodniczył jednemu z konkursów to właśnie jego wybrał, zauważył i nagrodził. Potem droga była od kontraktu i kontr_ aktu. Entuzjastki i entuzjaści jazzu znają go z zespołów chociażby Carli Bley, czy  George’a Russella. Płyta Movements in Colour jest fantastyczna. Niebywałe są elipsy nastrojów i geometria smaku. Mogłabym rzucić kawałek na zachętę na przynętę tę lub(i) inną ale to było by nieadekwatne, tego albumu słucha się w ciemności, słucha się w całości. I radości, i melancholii. Jeśli mała bym wskazać płytę, która była by tak różna od tego co zwykle proponuje Manfred Eicher, która miałaby zachęcić do sięgnięcia po n i e t u z i n k o w e brzmienie saksofonu to bez wątpienia, bez krztyny zastanowienia, bez mieszania znaczeń i z radością podsunęłabym właśnie ten.Oczywiście mogłabym napisać o Bachu, czy innym Chop!inie albo i nie… Ale dzisiaj wybieram Andyego Shepparda album z  2009  roku, jego poezję i kolor ruchu [Movements In Colour].

Być może nie zapyta nikt. Skąd w tytule wpisu smak. Ów czerwony kwiat. Nie nie, dlatego, że w Biblii  się pojawia jako znak przemijania. Chociaż muzyka to sposób na zemstę ręki śmiertelnej jak pisała Poetka, nad anatomią czasu  (i) rozpaczy. Nie dlatego, że w starożytnym Egipcie zdobiono mumie faraonów w ostatniej z ziemskich wędrówek, ale dlatego, że kojarzy mi się niezmienne z wierszem Czesława Miłosza (zwłaszcza z melancholinią  nut):

Na ziarnku maku stoi mały dom,
Psy szczekają na księżyc makowy
I nigdy jeszcze tym makowym psom,
Że jest świat większy-nie przyszło do głowy.

Ziemia to ziarnko, naprawdę nie więcej,
a inne ziarnka – planety i gwiazdy.
A choć ich będzie chyba sto tysięcy,
domek z ogrodem może stać na każdej.
Wszystko w makówce. Mak rośnie w ogrodzie,
Dzieci biegają i mak się kołysze.
A wieczorami, o księżyca wschodzie
Psy gdzieś szczekają, to głośniej, to ciszej

[Czesław Miłosz. Przypowieść o maku].

Ruch, wszędzie, bo mak nie tylko się kołyszę, ale i rośnie, i domów wielokrotność można spostrzec tylko z oddalenia,od dalenia się, czyli wędrówki,   i psy szczekają to głośniej, to ciszej. Głos, to także ruch. tak jak w nagraniu otwierającym słychać gwizd lokomotywy i kół stukot stu. Znamy motyw przewodni płyty. Wędrówki pamięci, zapominania wymówki, ruchu, ruchu wy[roz]mówki...

*chociaż do surowego słowa nawiązuje [na]dane jej imię.

[162+4]. Refleks [i] ja: O tym jak czytamy, albo o slogan_ach! A już na pewno o władzy.

 

The Lady with an Ermine Leonardo da Vinci [źródło zdjęcia].
The Lady with an Ermine, Dama z Gronostajem, Leonardo da Vinci  [źródło zdjęcia] Olej na desce. Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie.

Dziecięciem będąc nie potrafiłam zrozumieć jaki sens jest wydawania płyt klasycznych.

I nie chodzi o to,

że były to melodię bez słów, lecz o to, że na jednym czarnym krążku zupełnie koło siebie sadza się różnych kompozytorów, albo dzieła jednego jednej ale jakże z odległych „epok”. Potem gdy nabrałam biegłości i w mol i w dur sytuacja nabrała nie tylko kolorów, ale i kształtów, nie wspominając o rumieńcach…

Nie jestem z tych, którzy chmurnie i dumnie wołają Horowitz największym pianistą był! [To ten facet, który napisał muzykę do kreskówki Tom i Jerry]. 😦 / 🙂 Albo pouczają, że każdy wykształcony Polak i Polka powinni znać kanon, poruszać się na przestrzeni epok w SZtuCE. Znaleźć swoje ulubione, wilgotne, zmechacone, nie przetrącone mięsiste miejsca.  Miejsca krytyczne i miejsca styczne. Obszary i inne kolory. Znaki, stwory.

Nie chodzi o to, że mało czytamy, tak ktoś kiedyś gdzieś, np tacy włodarze Biblioteki Narodowej raportują, że mało czytamy. Owszem. Tylko problem analfabetyzmu wtórnego leży zupełnie gdzie indziej, a my jak mantrę powtarzamy, że mało, że jeszcze mniej, czy tu, czy tam, czy ta  czy tamta czytasz.  Oczywiście, że nie wrócimy do czasów, gdy na XIX dworach zapraszano gości i mieszkańców, służbę i wszyscy jak jedna żona lub mąż słuchali czytanej książki. Chociaż, niestety, nie wiadomo, czy tak się nie stanie…

Skupmy się na tych osobach, które nie wstydzą się czcionki i wiedzą jak jej używać, albo tych, dla których owa lekką jest i basta.

Problem polega na tym, że nie nabywa się umiejętności transponowania wiedzy między dziedzinami SZTUKI. Brak synergii, ale nie to jest najgorsze. Nie traktuje  się sztuki w sposób holistyczny. Nie chodzi o to, by żywić się tylko Gérardem Genettem, względnie tym co napisał Michael Foucault... Chodzi o to by móc nie tylko zmóc, ale spacerować z pełną mocą spacerować między dziedzinami sztuki, czytać obrazy, uczestniczyć w kulturze wizualnej, czy ikonalnej, muzycznej… I każdej innej.

Co nam da wiedza, że Bitwa pod Grunwaldem namalowana przez Matejkę nie jest obrazem historycznym, a odnosi się do historiozofii? Co nam  da wiedza o tym co i jak malował  nie boski Bosch? Dlaczego Dama występuje z łasicogronostajem, nie tylko dlatego, by podkreślić jej ciążę, ale wpisać w portret jej curriculum vitae, opowiedzieć jej historie, w taki sposób by urzekła i poprowadziła, ale tylko tych, którzy na to zasługują.  Na początku gdy Czartoryscy nabywali obraz nie była znana tożsamość modelki, a zwierzątko choć nie kanapowe, uważano za element dekoracyjny, naturalny dopiero w wiekach późniejszych sięgając do ksiąg mądrych i zasuszonych dowiedziono, że to zwierzę, choć nie wiadomo, czy to fretka, czy gronostaj, czy łasica w języku greckim  nosi nazwę galée a więc koresponduję z  nazwiskiem Gallerani, można więc odnieść je do personaliów kobiety uwiecznionej na obrazie, ale nie tylko. również przypisać je Ludovicowi Sforzy, którego nazywano nie inaczej jak  Ermellino, czy w końcu zaznaczyć, że był kawalerem  Orderu Gronostaja, nie pisząc już o godle. Taką historię miłosną możemy zdekodować, ze względu, na fakt, że młoda Cecylia, poetka,  była przeznaczona innemu mężczyźnie, a i Lodovic miał poślubić  Beatrice d’Este. Tak więc możemy wyczytać z obrazu nie tylko mariaż, ale przede wszystkim historie. Nie tak rzadko zdarza się, jak we wspomnianej Bitwie pod Grunwaldem, że są zawarte elementy, albo postaci, których na obrazie być nie mogło, nie są to błędy, ale świadoma decyzja malarza. Spacer na orientacje w sztuce pozwala nie tylko złapać dystans, ale dowiedzieć się więcej o świcie i świecie, oczywiście bardziej go komplikuje, implikuje i wzbogaca. Utrudnia.  Nie tylko w naszym postrzeganiu zmienia się świat, można by powiedzieć, a i śmiało napisać, że zachodzi efekt motyla szczególnie na przestrzeni świata.

Nie tylko dlatego, że potrafimy dostrzegać obowiązki sztuki wobec świata. Zedrzeć politurę i partyturę i inną turę oddzielić pewne kwestie, by ujrzeć inne, ważniejsze, dla przykładu: Cecylia, tak, ta uwieczniona ze zwierzątkiem, prowadziła dysputy z uczonymi, znała biegle łacinę,  podobnież sama pisywała wiersze były one niezrównane, ale w tym czasie nie ceniono sztuki tworzonej przez kobiety, takoż nie zadbano o to, by utwory się zachowały, pytanie: dlaczego? Czy jest jaka(ś) sztuka ukryta?  Czy sztuka objaśnia świat? Jeśli tak, to czyj?I na jakie aspekty rzucony jest rekfleks światła?

Jeśli uczymy się w jaki sposób czytać, ale przede wszystkim uczestniczyć w sztuce, nie tylko w dydaktyce, nie jesteśmy skazane i skazani na to, by patrzeć tylko w kierunku, w którym nam każą. Jako odbiorczynie i odbiorcy sztuki nie tylko jesteśmy po tej drugiej stronie, ale aktywny sposób uczestniczenia w tym procesie stawia nas równocześnie po stronie twórczyń i twórców.

Nie zadowalamy się pierwszymi asocjacjami. To jest tak jak z obłaskawianiem obcego języka, nie tylko nie zdajemy się na osobę tłumaczki, czy tłumacza, ale same i sami potrafimy tworzyć, dostrzegać, [de]konstruować zależności, spostrzegać je i zyskujemy moc wpływania, wyboru. Oczywiście, że myślenie boli. Jest niewygodne, dostrzegamy, że świat nie jest sprawiedliwy, nie zawsze przyjaznym miejscem do życia, dzięki temu możemy, jeśli tylko chcemy, wiemy w jaki sposób, czynić go lepszym, znośniejszym, i bardziej przyjaznym, ale też bardziej, pełniej, namiętniej się cieszyć tym, co jest nam dane, tym co musimy niejednokrotnie wziąć. W czasie gdy powstawała Dama, Leonardo tworzył Wieczerzę, (ta Ostatnia wieczerza…) zajmowała go gra światła cienia, tła, a umieszczenie weń postaci, konwencji, jak elementy współpracują i wpływają na siebie. Lekki skręt tułowia i głowy, ku prawej stronie, w wąskim kadrze, z prawej strony pada też więcej światła. Nagłe poruszenie. W zamierzeniu kochanka miała być umieszczona na innym tle, które zostało zamalowane. Tyle, że uczyniono to dokładnie, można dostrzec luki, prześwitują to grafit, to błękit.  Stracił więc na tym obraz, koncepcja też stała się niejasna,dziewczyna uwięziona,  by wydobyć go poprawiono detale. Gronostaj albo łasica, albo… ? No właśnie, nie wiadomo, raz szala przechyla się na jedną, raz na drugą stronę. Wiadomo, że zwierzę było symbolem macierzyńskiej miłości, ale także fakt, że nie cierpiało brudu, tak więc takie cechy można przypisać kochankom, pierwszą młodej Cecylii, drugą Ludovicowi.

Nasza kultura opiera się na nadmiarze, nadprodukcji, w związku z czym nasze doświadczenie zmysłowe stopniowo coraz bardziej traci na wyrazistości. Warunki współczesnego życia (…) osłabiają naszą zdolność odczuwania.

Tak pisała w 1964 roku w  jednym  w swoich esejach Susan Sontag, pisała również o tym, że jedna sprawa to widzieć więcej, i wiedzieć więcej ,a druga całkiem odmienna, to odsunąć tę wiedzę i zobaczyć dzieło w postaci czystej. Nie wiem, jednak czy takowa forma istnieje, może istnieć gdyż Sztuka nie istnieje w próżni, a jej wytorom nadawane są a priori powinności, które musi, może, nie powinna, nie może spełnić. O tym w jakim przyszło nam żyć świecie, na co wyrażamy zgodę, a na co nie możemy takiej udzielić, kto jest dopuszczany do tworzenia sztuki, i jakie wizerunki grup społecznych są utrwalane i przekazywane. Dlaczego została powołana do życia, (sic!) funkcja mecenatu? Dlatego by wpływać, kształtować gust, przekazywać treści, zarządzać strachem i wiedzą. Utrzymywać status quo. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o… Władzę. O dyskursy, o mechanizmy, o znaczenia… I tak będzie, niezależnie od tego, co postanowimy i jak czytać, oglądać, słuchać. Wybór należy do nas. Nie, nie jest łatwy, nie jest przyjemny, choć bywa. Wiedza nie oznacza wszakże obdarcie z piękna, ale może oznaczać, ni mniej ni więcej, że to co uważaliśmy za piękne (wzniosłe, prawdziwe) takim  już nie będzie. Taka jest cena wiedzy i władzy. Wysoka.

Susan Sontag, Przeciw interpretacji [w]: Przeciw interpretacji i inne eseje,  Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 25.

181.A tak, [po]_prostu.

Są takie przekonania,które mają podnieść coś do rangi Sztuki, koniecznie tej, pisanej, tworzonej, rozumianej i degustowanej przez Wielkie SZTU. Nie tyle uczynić ją większą, wspanialszą, i określaną przez Wielkie Kwantyfikatory ile same odbiorczynie i odbiorców też naznaczyć. Włączyć do grona osób Wtajemniczonych. Na przykład skomplikowanie. Komplikowanie, gmatwanie. To jest piękne, ba nie tylko piękne, pożądane, takie heideggerowskie. Na przykład Majewski! Tfu, na przykład — jazz. Takim przykładem jest.

Modnie jest słuchać ościzawił,  im bardziej tam bardziej tym bardziej im zagmatwanie ważniejszym, taki Fibonacci w muzyce to zabawa dla przedszkolaków! Widzieć i wiedzieć, więcej choćby nic tam nie było, nic nie smakowało to jednak ważne i  ważkie.

W muzyce, z mojej perspektywy, chodzi przede wszystkim o to by w niej uczestniczyć. Bez wielkich słów, niezależnie od tego po której ze stron, którą perspektywę słuchaczki, czy twórczyni wybierzemy. Zwłaszcza, że zawsze łączymy te dwie perspektywy, niezależnie czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.

Ludzie, czyli my.  Lubimy nowe. Nowe i stare. Łączenie i tworzenie porządków. Zdań i za[_]dań. Daty, którym przypisujemy szczególną moc, tą, która każe nam zacząć od nowa. Odnowa. I to, co już znamy. Z tym, czego nie zdążyliśmy i nie zdążyłyśmy obłaskawić. Pogłaskać, poznać, a często i nazwać.

Miało być o muzyce. I będzie.

I jest.

Co środnik. Tfu, co środek, Hmmm, co środę. Uff! Począwszy od 23 września.

Bez podziału  i przedziału na style i gatunki. Nie tylko o albumach. Gdzie się podziała tamta muzyka, można by zapytać? A no… To tu, to tam. Niezależnie gdzie zalega…  Na pewno podziała, oj podziała i na zmysły i na wymysły. I na to, na tamto i na owo.

Zresztą,

i bez reszty.

Można przeczytać już pojutrze,

do ostatniej kropki.

Czy potrzeba wstępów, forpoczt, pierwszych zdań okrągłych, obłych, mięsistych, najlepiej erudycyjnych? Nie. Nie potrzeba. Wstępniaki już były, czy te dotyczące jazzu, czy klasyki.

W oczekiwaniu na wpis niekoniecznie muzyczny, niekoniecznie jak z nut pisany, albo/i [prze]czytany gładko. chatko można zagłębić się w treści spis. Dla osób chętnych i (nie)odważnych. Niezmiennie ważnych. I dysponujących czasem. Można pod wpisem np dawać sugestie, o czym, w jakiej kolejności i dla_czego, warto podyskutować. 🙂 A co! A czas…

Kroke i Time [źródło].

180.Zeszyt w krat(k)ę.

    W jego oczach czai się spojrzenie, które nie widzi. Nie widzi nic poza rozpaczą. Tą, która nie ma dna. Kształty mają krawędzie. Obłe. Nie można się chwycić. Nawet brzytwy. Starość nadeszła, ale najstraszniejsza jest ta, z niewykorzystaną młodością pod zwiędłą już skórą. Martwe. Punkty. Ty. Mijasz. Drzewa, które mają dla Ciebie zieleń i smak i cień. Chłodnokojący. Nie dla wszystkich. Chociaż, niektórym się udaje. Niektórym.

***

     Bękart niepiśmiennej posługaczki i rekruta armii austro-węgierskiej, wychowanek praczki. Anegdota mówi, że obronił swój doktorat podczas popołudniowej kawy, wyciągnięty nań przez grono kolegów, poproszony przezeń by rozwikłał kilka ważnych problemów— z którymi, oni rzekomo, nie mogą sobie dać rady.Post factum został poinformowany,że tym właśnie sposobem obronił doktorat. Zaliczył cztery semestry studiów wyższych. Więcej zapału niż do rozpraw miał do tego by śledzić rozgrywki ligowe, pewnie byłby  wniebowzięty gdyby mógł uczestniczyć w Euro 2012 na Narodowym, chociaż wziąwszy pod uwagę kondycję „naszych chłopców”… Bezapelacyjnie uwielbiał procenty, te, okraszone dymem papierosów namiętnie palonych w barach. Niektórzy szeptali, że cierpiał na chorobę alkoholową. Upodobał sobie stolik kawiarniany w Szkockiej, we Lwowie. Wiem, pewnie z chęcią porozmawiałby z Jerzym Pilchem. Kto mógłby nadpuszczać i przypuszczać, to i tamto, i to,i jeszcze, że to on wraz z kolegami założy ów zeszyt, w którym zapisywać będą kwestie_nie_do_rozwiązania_przynajmniej_na_razie, że będzie tym, kim się stał. Tak wiem, iście amerykańska opowieść, o chłopcu, który przeżył i osiągnął wszystko. Wszystko wśród  nad i powidoków.Łudzimy się, że ręka śmiertelna przezwycięży to, co niezwyciężone, pismem, farbą, liczbą. Zamknie to co otwarte, i otworzy i odtworzy i Tworzy to,czego nie było. I Nie przeminie. Z nazwiskiem i imieniem niepodzielnym.  W swoim dzienniku frazeologicznym. Jakże spotkania mogą być przemienne w nieprzypadki wie chociażby Hugo Steinhaus. Od szereg twierdzeń, nie, nie chodzi o Szereg Fouriera,ani o wizualny moralitet śmierci, jej tańców, ilustracja szycia życia.

Marszczy się marność Nad i po cieszenia żywi tańczą z umarłymi, dawno i tymi, teraz. Na raty. Marszcząc się starzeniem.  Manieryzm flamandzki i jego epitafia i ciała toczone robakami. Ba![-]rock. Sarmacka pompa funebris. I portret trumienny łączący życie ze śmiercią, świat realny uśmierca podobieństwo. Mehoffer, Munk,Malczewski marze i piewcy śmierci. Błądzenie bladzeniem, co oznacza brak cienia…

[Po]chłód zmarłych. Ód.

W poezji. Nie tylko Szymborskiej. Malował po woli i powoli.Koncentrował się na barwach podstawowych. Wszystko robił sam, nie tak jak Rembrandt, który miał swoich uczniów, i wiele swoich dzieł tylko wykańczał, nie, że unicestwiał… Co jak wiemy nie było rzadkością.

Co i jakim za_kresie, raczej zakresce,  robił — zależne było od ceny zamówienia. Ot, najbardziej przebadana twórczość malarza. Światło płynie z okna,które nie jest tym, czym się zdaje,  a dzieją się obroty rzeczy niebywałe. We wnętrzu zastyga życie, pozór nic nie robienia. Żar  i rygor  domysłu dygot. Kobiety Rubensa mięsność i obłość. Dostojność dogodność nadwaga smaku.

***

Rosną,

rosną obrazy. Maleją, maleją

przestrzenie. Wydłużają,

wydłużają się cienie.

Cię nie ma. Melancholija  du_dni. Trę. Patrzę jak spojrzenie topnieje. Taj, tak jak jego możliwości. Zapodział się zeszyt w kratkę, w którym pisali Banach i spółka z nieograniczoną możliwością za liczb porządek. roz_związywali to, co było węzłem gordyjskim…Szczęścia.Tyle. A może  dojrzałość. Ość. /Po/zbycia, Po i zbycia się złudzień. Dzień. Dzień. Po. Gorzki smak na końcu języka. Nie takim szarym.

Jeszcze nie.

179.symetria A.

Pamięci Witkacego.

Nie zaważając na kształt i formę. Nieszczęścia sprzedam.

     Imię odziedziczyłem po bracie,który nie zdążył mi być starszym, odszedł jak i ja odejdę, nie wynurzając swego cienia zanadto. Jakoby innych imion nie było, znoszona klątwa jakże uskuteczniana przeze mnie, Theo. Ani marszand ze mnie choć władałem językami ludzi, ani kaznodziejstwo, anieli także mnie nie chcieli, nie chcieli spoglądać na nędzę, smród i brud. Cóż mogłem powiedzieć tym górnikom ich fedrującym dzieciom, żonom o zeschłej zrogowaciałej ze strachu skórze? Co chodzili by nigdy nie powrócić, albo też przytępić oddech pylicą, i umierać na raty, streszczając swoje życie do ciemnej,czerstwej kromki chleba. Mogę dać tylko mit…Odchodząc w kropkę.

/Twój Vincent/.

]*[

Jacek Bończyk wykonuje Autoportret Witkacego [źródło].

Bę­dę miał do Cie­bie proś­bę (…) ja­ko mój przy­ja­ciel praw­dzi­wy nie od­mó­wisz mi (…) Ch­cę mieć cy­ja­nek (…)  że­by w każ­dej chwi­li być pa­nem swe­go ży­cia. (…) Ła­skę mi wiel­ką zro­bisz, je­śli mnie choć tro­chę ko­chasz.

[Kon­tek­sty. An­tro­po­lo­gia kul­tu­ry, et­no­gra­fia, sztu­ka. Ma­li­now­ski – Wit­ka­cy, Kra­ków 2000].

Od regularnych nawyków biografii stronię, nadświatlona wielka tajemnica różnych narracji mieszają się w onirycznych bezkształtach i ostrych widzeniach rzeczy nieprzemijalności. Spal moje listy, wszystkie co do jednego. A te obrazy macie? Jeśli tak to dobrze, one kiedyś będą wiele warte.

Oto ja naznaczony niezwykłymi dekoracjami, umierałem na raty, znieczulałem się czasami porządkiem białego proszku. Choć kochałem kobiece ciała i umysły,wielokrotnie w tym samym czasie. Naznaczając go wspomnieniami brwerycznych imprez. Jako chłopiec

zacząłem ujarzmiać Pismo.

Ojciec mój Autorytet Moralny bez pokrycia w rzeczy oczywistości, nie nie chodzi o romanse, nie nie tylko o nie. O Matce Czas zapomniał, ślady zatarł. Tylko rys jej zaborczego charakteru gdzieś jeszcze się unosi, a to, że  uczyła mnie grać na fortepianie, wiadomo, wcześniej kształciła się u Żeleńskiego, później Ojciec mój zamknął Ją w żelaznym uścisku powinności i oczekiwań. Nie tolerowała innych kobiet w życiu syna swego jedynego. W domu z drewna o wysokich,dużych oknach, z których bezpiecznie jest wyskoczyć, w razie nagłego pożaru — gościła Persony  Sienkiewicza, Matejkę Żeromskiego…

Cienie Wielkich.

Wolność to niezbywalna cecha człowieka, warunek sin  qua non, ale jak nie zrobię tak jak On, źle skończę, a nawet gorzej. Najgorzej.  Głosy w mojej głowie. Wie[m].

Nie chodziłem do szkoły, zakazano mi tych brewerii i dezynwoltur. Otulono mnie Wszystkimi Książkami Świata,które sprowadzano na jego skraj, i oparami, które unosiło się z mojego laboratorium chemicznego. Tak też je też miałem, podobnież jak pierwszy aparat i ciemnię.

Cienie widzę cienie, głowy gadające, mielące ozorem między słowami.  Dyskutowałem z niezliczę Malinowskim, Ingardenem Fistkiem. Nie zliczę ich wszystkiem. Zgłosek w nazwiskach, tych złotych i srebrnych, tych zapamiętałych i zmiętych tych. Zacnych i mniej. Ej, nie zmaterializowałem się ze światem. Zostałem pomiędzy. Życiem, a śmiercią. Niecierpliwość i zachłanność świata spowodowały, że musiałem odebrać Światu Witkacego. Tego z Istnieniem Poszczególnym zjednoczonym, tego, którego najwygodniej się opuszcza, któremu się nie odpuszcza, którego się nie dopuszcza.

Potem odgoniła Śmierć ode mnie światło, barwy, zapachy i smaki. Obrano mi świat jak cebulę.

Nic nie zostało.

Prócz rozpaczy.

Rozpatrzy Mój świat mnie. Ten, co nie ma regularnej biografii. Narko_[lep]_tyczny taniec chronologii.

Sceny z życia rodzinnego nie uwiodły mnie, ale zmiażdżyły skarleniem hiperboli. Świat mnie boli. Zostały mi dane nazwy, wykresy, zakresy, daty, właściwości. I wątpliwości. Coraz mniej.

Presja życia melancholia holi a presji de. Nurzam się w niej, taplam. Tam, tam. Umrzeć, że w 1914 roku zaznaczam, że chciałbym widzieć siebie, gdy odchodzę. Chłodzę. Chodzę, chodzę od życia. Samobójstwo Narzeczonej mej pięknej, jedynej, niespełnionej onej. Czy Szymanowski nurzał swe cienie i cało w niej? Obłęd. Błędu. Wyruszam, ruszam, ruszam do Australii z Malinowskim. Ferie barw. Zapachów orgie. GIEnialne niebalalne. Oralny Kształtów Smak i ów krawędzi znak.  Wojna. A ja na przekór, na opór, na smak, w radzieckim wojsku tak. To tak, to to to tak. Nie jak ojciec po stronie rodzinnej prawdy. Podporucznikiem został -em w morzu alkoholowych oparów. Ocieram się o śmierć. Czuję jej oddech, żem nie zdechł, ech. Rewolucja Październikowa i Kijowskie czasy.Dziura i drżenie i przestrach i pot, i uryna i Order św. Anny. I tok, tok, tok. Ludzie, którzy jedzą ciemność, ość, ość,ość. Dość.

[Witkacy do kraju wraca. Jacek Kaczmarski źródło].

Umarłem, choć wróciłem. Ciałem. Choć więcej chciałem. Chciałem. Tłem zostałem.Żwirem. Miałem. Miałem  dziennik z czasów Rewolucji, spalon on w czasie późniejszej trwogi, którą przewidział. Widział. Znał, i nie chciałem smakować. Auć.

Zakotwiczam się w życiu w latach dwudziestych, tych, tych latach dwudziestych. Małżeństwo piękna, trwała fikcja. Ona mnie nie kocha. Dlaczego jest. Nie wiem.  Wiesz. Smakuje kochanek ciała.  Maluję, piszę, znam, błądzę. Trącę, i przetracam, tam, tam. I tu. Leje, leje czcionkę leje. Ocaleje połowa dramatów, trzy i pół powieści. W treści. Strofa kata. Koniec, czyli Katastrofa. I seks jest. I rozmowy,i mowy. I grafiafoto. Oto foto. Też jest. Filozofia. Cztery języki nie obce. Lektury, tury, tury liter. Zdania, zdania, dania.

Po

pod

ej

rzyj

świata

pod

szew

kę.

Żyj.Żyj, smakuj, jedź i tyj.

[29+2]. Na mar[gin]esie, banalne refleksje.

To zresztą  Zygmunt Konieczny sprawił, że student historii Zbigniew Preisner, wtedy noszący inne nazwisko, powrócił do muzyki.

— Był rok 1975, szedłem rynkiem i usłyszałem z księgarni muzycznej śpiewane przez Ewę Demarczyk wiersze Baczyńskiego z muzyką Koniecznego. Przypomniałem sobie, ze w liceum też pisałem muzykę do wierszy, może zatem nie warto odcinać się od muzyki, a należy zacząć uczyć  i zostać kompozytorem… Z perspektywy czasu widać, że nie była to myśl pozbawiona racji.

[Głowy piwniczne, Wacław Krupiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2007, s.163].

Szymona Zychowicza tak jak Janusza Radka do Piwnicy przyprowadził Grzegorz Turnau. Ten pierwszy jest oszczędny  w wydawaniu albumów autorskich.I bardzo dobrze. Aż trudno uwierzyć, w tych czasach, że ktoś może (a może być tak oszczędny w wydawaniu płyt).  I tak jestem zdania, że muzyki, o ile to oczywiście możliwe słuchać na żywo. Bo koncert, to nie tylko, choć przede wszystkim, muzyka.

Warto,

warto, zanurzyć uszy, i zmrużyć oczy (wersja dla odważnych: postąpić odwrotnie). I po(d)_ i nad_słuchać.

[Anna od cokołów, Szymon Zychowicz sł. S.Zychowicz, muz D.Kabaciński{źródło}].

     Niejednokrotnie mówi się o tym, że dzisiaj nie ma czego szukać i co znaleźć, nie ma czego słuchać. O kulturze (nie)słuchania było, a jakże, można odświeżyć sobie czcionkę. Oczywiście, teraz prawie każda osoba zajmująca się muzyką jest pewna tego, że potrafi ujarzmić harmonię (wszak ta najważniejsza jest w życiu) i nie chodzi tylko o władanie świnią, wróć, akordeonem. Choć i to można. I nie ma prawideł, ani wytycznych.

        Częstokroć owej pewności towarzyszy przekonanie, że po_trafią napisać słowa, no bo przecież, każdy i każda nimi włada. Wiele mówi się o miałkości dzisiejszej kultury popularnej. Pora zadać sobie pytanie: czego tak naprawdę szukamy, i co potrafimy znaleźć i czym się zadowolić jako osoby piszące, czytające, bywające i chłonące. Nie chodzi o to by być zawsze po_ważną osobą, można być przed_ważną, też ujdzie, w tłumie rozszalałych imadeł. Teraz jeśli piosenka niezbicie, niezaprzeczalnie posiada tekst, frazę zaopatrzoną w sens, cóż od razu staje się literacką, szkoda, że w takim oto dwudziestoleciu nie było piosenek, ani aktorskich, ani o zgrozo! Literackich…Oczywiście zgodzę się, że czasy owe są mitologizowane, jako złote naszej świeżo odzyskanej wolności. Takie prawidła czasu? Niepowrotnie utraconego…. To taki antykwariat istnienia.

Świat Literacki w 1996 roku wydał wiersze Michała Zabłockiego: Natężenie świadomości, ale o współpracy obu panów,nie będziemy tutaj rozprawiać, choć ich echa wybrzmiewają na rogach czcionki, w podkreśleniach i uzupełnieniach. Wystarczy nadmienić, że otwieramy książkę na przypadkowej stronie i okazuje się, że znamy to ten, to ów wiersz, zwłaszcza jeśli przyszło nam słuchać twórczyń i twórców  Piwnicy pod Baranami za czasów Joanny Gareckiej i Piotra Skrzyneckiego.

[Natężenie świadomości, muz. G. Turnau, słowa. M. Zabłocki].

 

Ale są też takie, które nie były nam znane, jak chociażby ten:

Żelazne stopy

Wchodzimy w wielki, puszysty krajobraz,

a w krajobrazie—- malutkie uszczelki,

trybiki tycie, nie do rozpoznania.

niewygaszone chronometry trwania.

Oczy omdleją, nim dojdziemy do kresu

w ignorowaniu wystających sprężyn

i coraz większych, coraz większych dźwigni,

kółek, przekładni, plastikowych wieży.

Przed nami leżą złomowiska stali,

ohydne trupy naszych pięknych marzeń.

Miękcy, puszyści, tuśmy zatrzymali

żelazne stopy— naszych dusz stelaże.

[Żelazne stopy, Michał Zabłocki,Świat Literacki, Izabelin 1996 s.68].

... Dlaczego z utęsknieniem właściwym nostalgii wracamy do Kabaretu Starszych Panów? Wgryzamy się mimowolnie w Słowo i Znaczenie? Przecież tyle tu żartów dowcipów, scenek wyciętych z kabaret_tonów.Może to uderzenie w czułą nutę na Ssss? Nie, nie sentymentalizm, ale snobizm? Może po prostu, i po krzywemu, piosenka jest…Czasami, słuchając takich, jak powyżej czuje się staro, czuję się wycięta z innej bajki, nieprzystająca jakoś dobrze mi z tym, że nie poradnie gubię dzisiejszych czasów rym. Nie kryję się z tym. Nie chodzi o to, że czas bezpowrotnie miniony, stał się przeszłym, a przez to znajomym i zgubionym, za tym, za którym można tęsknić.

Piosenka jest …Dobra na wszystko?

[Piosenka jest dobra na wszystko, Kabaret Starszych Panów].

Nie chcę utyskiwać, kruszyć czcionki, i łuszczyć minut na stwierdzenia okrągłe, że za moich czasów było… Nie ma to najmniejszego sensu. Jedno chcę powiedzieć.

Zapraszam do poszukiwań.  Do antykwariatów, do księgarń i bibliotek, płytotek, do zadawania pytań, co warto, co można… Pewnie i tak wszystkiego nie zdążymy zasmakować, ale warto czegoś  spróbować.  Choćby otworzyć nie własną bajkę, nie swoich opowieści zasmakować. Zdań nie pierwszych, nie drugich czynników, nadgryzionych już czasowników…

Takie oto banalne refleksje (nik_om[u] niepotrzebne prawdy) , naszły mnie gdy wyjmowałam z półki wiersze Michała Zabłockiego.  Trochę jak znalezienie zeschłego liścia w książkach już od dawna zaśniętych, tych i tamtych zamkniętych.

A dla tych osób, które ucieszyły się narodowym czytaniem Lalki, do lektury— o tutaj!— ogólnie zachęcam do buszowania po treści spisie! Z poziomu wygodnego fotela i znad kubka niedzielnej,  i nie dzielnej, może trwożnej, może nie podzielnej, ale zawsze pysznej, czarnej kawy.

177.Lekcje nieobecności, czyli o tym jak mała różnica— tworzy wielką.

[Sonety Szekspira, Stanisław Soyka,Pomaton EMI,1995, źródło].

Literatura powinna podpowiadać jak żyć. Wielkie dzieła tworzone były zazwyczaj przez pisarzy, którzy sięgali po po dzieła filozoficzne, zatem w ich książkach widza ta znajduję wyraz. Było by absurdem oczekiwać aby każdy człowiek czytał dzieła filozoficzne, ponieważ filozofia wymaga przygotowania. D0 czytania powieści natomiast w dostatecznym stopniu przygotowuje szkoła. Wielcy pisarze nie tylko czerpią z filozofii,ale także uprawiają eden z jej działów. Historiozofia, czyli filozofia dziejów bywa tworzona niemal wyłącznie przez pisarzy. Zajmowanie się nią wymaga dużej intuicji i wyobraźni, a tymi własnościami w naturalny sposób są obdarzeni wielcy pisarze. (…) Poznając przez literaturę panoramę możliwych poglądów zyskujemy możliwość dokonywania wyborów.

[W poszukiwaniu własnej drogi. Maria Szyszkowska w rozmowie z Gabrielem Michalikiem. Rozmowy o polityce, religii i szczęściu. Dom wYdawniczy tChu, Warszawa 2007, s. 178-179].

   Milan Kundera napisał kiedyś, w swojej Bardzo Znanej Książce, takie zdanie, które  przyszło mi do głowy. Przyszło, i zostało. dlatego zdecydowałam zacytować:

    Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego. Przy jej pomocy Nietzsche wprowadził w zakłopotanie większość filozofów: pomyśleć, że wszystko, cośmy raz przeżyli, miałoby się kiedyś powtórzyć i to powtórzenie powtarzałoby się w nieskończoność!

[Nieznośna lekkość bytu, Milan Kundera, tłumaczenie: Agnieszka Holland].

    Nie sądzę by transfer wiedzy i umiejętności był tak łatwy, jak maluje to Maria Szyszkowska. Książka może być zaledwie zapalnikiem, malutką iskierką, jeśli oczywiście w głowie istnieją już jakieś konstrukcje i nawyk (do) myślenia, poszukiwania i chęć do spróbowania czegoś ponadto.

Ponad to, co się ma, posiada, wie, rozumie… O tym również wspominałam. Mam takie przeczucie, że Milan właśnie odpowiedział Marii, choć nie jest to odpowiedź symetryczna. Nad tym aspektem nie będę się wodziła, a rozwodzić się nie zamierzam.

    Nie wiem też czy literatura powinna podpowiadać, albo jak cienka jest granica, której przekroczenie skutkuje nad(o)powiadaniem, nadpisaniem, czy postponowaniem w jaki sposób żyć, a jeśli tak, to jakiego rodzaju to powinna być sugestia i jak głośno podpowiedziana.  Natychmiast włącza się czerwono bordowe światełko, i to nie jedno, nie żebym widziała podwójnie, potrójnie, czy w mój życiorys wpisana była inna wada wzroku… Chociaż… Takie na przykład jasnowidztwo, czarno (to) widzę.Przekłady przykładów stoją  w rządku i (nie) w porządku.

Dickens Karol,oczywiście, którego imieniem i nazwiskiem nazywane są ulice nie tylko w Anglii, najpierw wżenił się do bogatej rodziny, potem zniszczył życie żony oskarżając ją (niesłusznie) o niegospodarność (co w tamtym czasie równało się z wytoczeniem najcięższych dział skutkujących ostracyzmem społecznym, zwłaszcza, że Karol był już wtedy Wielkim Pisarzem, a nie początkującym dziennikarzem, praktykującym u przyszłego teścia, Autorytet Moralny Posiadającym), którego nie chciał nadszarpnąć w żadnej mierze, dlatego gdy podróżował pociągiem, który nieszczęśliwie zderzył się i byli ranni, nie pozwolił opatrzyć ran kochanki, byle by tylko nie wyszło na jaw, że ów Wielki Pisarz podróżuje z metresą. Młodą, giętką o alabastrowej cerze, która potrafi rozłożyć to i owo przed Największym Władcom* Ortografii, Gramatyki i Interpunkcji. Można no(-)żyć i mnożyć przykłady, postulaty, zobowiązania i odwoływać się do faktów. I czcionki by zabrakło. I  dna dnia nie starczyło.

Szekspir, pan (nie tylko) od Sonetów, ten sam od władania angielszczyzną i losem nie tylko literackich postaci, nie tylko znał się doskonale na medycynie, ale też był oskarżony o handel zbożem w czasie wielkiej klęski urodzaju. Nie chodzi o to, by szukać rys na wizerunkach wielkich tego i tamtego kontynentu. By z komplementu uczynić bajorko mentu, smentu i jak to dzisiaj piszę się hejtu. I nie ma to nic wspólnego z powitaniem hej tam. Hej tu, za morzem, może pomożem(y). Ahoj, ale zaprzestańmy na tychże figurach, każda osoba znajdzie własne przykłady… Nie brnijmy w banał wiadomo, że nie jedna mądra księga jest podszyta niecnymi intencjami, to z jednej strony, z drugiej, oczywiście, że porządki życia prywatnego mają wpływ na słowo (na)pisane i wydane, choć wydawać by się mogło, że tak nie jest.

Kundera optował za nałożeniem na osoby piszące konieczność tworzenia pod pseudonimami, by odczytywanie biograficzne dzieł nie było możliwe, by granice się zatarły. Nie chodzi o to, czy literatura da nam odpowiedzi, i czego będą one dotyczyły. Chodzi o to, że wiele programów, książek, audycji, i co tam jeszcze uzurpuje sobie do dawania dobrych rad, i niezbędnych.

Wiem, znam to przysłowie o tym w jaki sposób brukuje się piekło. Nieskutecznie, ale i syzyfowo. I cholernie, cholernie płytko. I zachodnio. I modnie.

[***]

     Jak to możliwe, że wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę, choć przeczuwał trwogę drżenia. I długiej linii życia upatrywał ubezpieczenie na przyszłość, tą, która z definicji nadchodzi,  która miała go uchronić przed rychłą, niespodziewaną śmiercią.Pracował w radio, był tłumaczem literatury, organizował  czwartki literackie, tworzył słuchowiska, pisał również dla dzieci, korespondował z tymi, których świat uznał za Wielkich. Nie uświadczył światopodglądu, on go niósł, zniósł w kieszeniach, dłoniach, smutnościach. Zginął w pierwszych bombardowaniach Lublina przysypany gruzem zakładu fryzjerskiego. Nie zmarszczył życia, nie skruszył, nie wyssał go, choć prze_rzucał na klisze. Zmarł w dziewiątym dniu Wojny…Zaklinał lecz nie klął prędzej przykląkł i co mu przyszło?

monotonnie koń głowę unosi

grzywa spada raz po raz rytmem

koła koła

zioła

terkocze senne półżycie

drożyną leśną łąkową

dołem dołem

polem

nad wieczorem o rżyska zawadza

księżyc ciemny czerwony

wołam

złoty kołacz

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp

mgława noc jawa rozlewna

wołam kołacz złoty

wołam koła dołem polem kołacz złoty

[Józef Czechowicz, Przez Kresy źródło tekstu].

 

     Dźwigał melancholię, która po śmierci Matki napęczniała, i stworzyła go bardziej samotnym, obcym dla światła świata. Nieporadny życiowo namiętnie naiwny. Stąpał cicho,miękko, szedł lekko pochylony. Swoje wiersze czytał jednostajnym tonem, wolał gdy recytują je inni, niźli on sam. Żył krótko, umarł wrześniem, w trzydziestym szóstym roku życia. Zginął przysypany gruzem, wcześniej mieścił się tam zakład fryzjerski. Czas się nie zdążył wypełnić, nie mówiąc o złapaniu zadyszki. Józef Czechowicz, brat Krzysztofa Kamila. Przewróciły się nadzieje, które już nie wstały pijane nieszczęściem absurdu.

  Zacznijmy od początku…[Na początku był Ha!Os i… Tak już zostało]. Stało (samodzielnie) tak, że…

[Źródło zdjęcia].
[Źródło zdjęcia] O Fiołkach było. Tutaj.

 . . . Nie jestem zwolenniczką pozytywnego myślenia, choć złapana zostałam,  i stałam i stałam i sta… Ba, dałam się złowić i w tą pułapkę w niecnej i niedojrzałej a nadgryzionej młodości w taki wzór układania i rozumienia świata, tyle, że pod spodem czasami coś od niechcenia się łuszczyło… To czasy nie tyle zamierzchłe, co nieco perspektywą oddalenia skurczone i skruszone. Bliżej mi do pozytywnego mylenia (się), albo błądzenia. (Nie mylić proszę z bredzeniem bliżej do brodzenia). Nie jestem zwolenniczką tego by przyklejać plasterek na rankę, która krwawi, w ten sposób także nie zatamuje się krwotoku,tok toku jeśli on rzeczywiście ma miejsce. Nie zamykać się na tematy trudne,brudne, nie mudne wolę te(-) maty, które nie są cekinowo nowe,pachnące, rosnące, niż tam(_)te maty prowadzone nudnie, płytko i marudnie gdzieś przy dnie byle nakleić uśmiech wraz z rachuneczkiem i cukiereczkiem na osłodę.

Nie jestem zwolenniczką odprawiana czarów. Ba odprawiania w długą drogę, także nie. Ów czar należy dostrzec i rozebrać na czynniki trzecie, drugie, pierwsze, przy założeniu, że warto nie wypełniać życia watą. Nie chodzi o to by zdjąć urok magii (sic!), ale o to by dostrzec prawidłowość, sposób działania, mechanizm. Może anachronizm? Trans(_)autentyk (nie tylko tyk- ale je też można zobaczyć [się]).

Zobaczyć i widzieć i się nie przestraszyć, nie struchleć.

     Chowanie trupów w szafie, też na dłuższą metę pozbawione jest sensu (ale nie smrodu od U uciekać nie należy). O ile bardziej twarzowo wyglądają one na obrazach, w dziennym świetle, w pełnej krasie (można przekonać się czytając posty (1,2). Żarty na blok. (Blok operacyjny wiadomo, że śmiech jest mechanizmem obronnym jednym z wielu u osób dorosłych). W ramach nagrody ( przed i po_cieszenia), można sobie wybrać dowolny.

      Ucieczka jest jakimś sposobem wyjścia,wejścia awaryjnego z sytuacji. (Nie) podjęcie działania wyposaża nas w wiedzę, która mało kiedy, a w sytuacjach, które w danym momencie uważamy za trudne, jest mało przyjemna. Otwiera w nas nowe pokłady nie zawsze znanego, i… Następuję konieczność zmierzenia z tym— czego właśnie się nauczyłyśmy i nauczyliśmy.  Tu, jeśli uprawiamy biegi (krótko)dystansowe, brak nam tchu. I wychodzi z tego chu. Humoreska raczej gorzka. Do przełknięcia, ale dobra do potknięcia.

Nie można zmienić przeszłości, ale masz wpływ na przyszłość.

Nie stój u ciemnych świata wód

gdzie sny mozolne kłębią się i dławią

kiedy nad nimi czerwone korabie

smoki ogniste i obłoków łódź.

[Nie stój u ciemnych świata wód, Krzysztof Kamil Baczyński, Najpiękniejsze wiersze, Wydawnictwo bis, Warszawa 2000, s. 48].

     Nie, nie możesz zmienić przeszłości, możesz zmienić wektor, nadawania temu co się zdarzyło sensu. Nie, możesz zobaczyć ile jest tych wektorów, bo są różne, w różnych kierunkach.  Nasz wpływ na przyszłość, też też jest przeceniany. Nie biega, nawet nie chodzi, o to by odbierać człowiekowi rodzącą się w nim siłę, motywację i radość, że może coś zmienić, poprzestawiać by nie poprzestawał, iść, siedzieć, patrzeć, stwarzać czasowniki na własny prywatny użytek i pożytek. Nie chodzi o to ukazać mu jego małość i miejsce w szeregu. Świat nie jest sprawiedliwy, i można się starać i chcieć i działać i… Jest jeszcze gorzej. Chodzi o to by dostrzec szklankę do połowy pustą i do połowy pełną. Nie szukać tłumaczeń, że nasz wpływ na naszą przyszłość jest ograniczony. Tak, jest ograniczony, dlatego, ważne jest go świadomie wykorzystać. Tylko szklanka do połowy pełna i do połowy pusta jest szklanką. Dlaczego nikt nie zastanawia się nad tym, gdzie ta woda się znajduję, a tylko na jej poziomach, deliberacja jest uskuteczniania. Próbował ktoś pić z rozbitej literatki? Trudne i ryzykowne i… Pozbawione sensu (smaku chyba też— ale nie desperacji) acz możliwe. Czy to szklanka? Inaczej, co warunkuje nasze patrzenie, widzenie i postrzeganie. Dążność do kultury dobrobytu nie prowadzi przez modne frazesów fastrygi. Oczywiście, jest to jedna ze ścieżek, i to bardzo często uczęszczanych. Często zawierzamy takim zdaniom, powtarzanym bezwiednie, a w sytuacjach niekoniecznie granicznych, co w y m a g a j ą c y ch  okazuje się, że puszczają szwy, zdania rozlatują się w niewyraźny krój czcionki…  Nie umiemy być. Z tego deklinuje melancholia, ta  z którą doskonale wychodziło się na zdjęciu (niekonieczne rentgenowskim) tylko w wieku nie tyle dojrzałym, czy werterowskim co… XIX.

     Co więcej stawiam… Tezę,nie nie kolejkę,tezę, stawiam, że nie nawykliśmy się spotkać  nie tyle z opowieścią, wieści noszone przez czułość soczewek podszewek, zaszewek i innych rzeczy. Rzeczy oczywistością. Niby nie chcemy ulegać modzie, a wkraczamy w nią z całą rozpiętością tego co mamy, i chcielibyśmy mieć. Bez przegotowania przygotowania. Korespondencja. Ciekawe słowo, zużynane z rzadka, w odniesieniu do diariuszy osób, które zapisały (sic!) się w kulturze, bo dziś tylko wysyła się maile… Wróćmy zatem do owego słowa korespondować, wiemy co znaczy(ło) nasunęło mi się jeszcze jedno tym razem ukryte, schowane, znaczenie: Korespondować. Kore, to nie tylko posąg dziewczyny, czy określenie jej samej w języku greckim, ale też źrenica. Greccy filozofowie wierzyli w to, że można wejrzeć w dusze ludzkie właśnie patrząc w źrenice oka, tam kryje się mała dziewczynka. Dzisiaj wiemy, że wyposażone i wyposażeni w narzędzia możemy zobaczyć mózg ludzki jego wzrokowe nerwy, wkroczyć w niepoznany, tajemniczy świt i świat. Czy gotowe i gotowi jesteśmy na taką właśnie soczewkę spojrzenia? Wątpię.

Często [z](_)byt [z]byt[ki]  się znieczulamy, albo w rozchełstaniu popadamy w mesjanistyczne wygodne, ukonstytuowane histerią historii frazesy, cierpienia za miliony, (nie, nie dolarów, czy euro). Chociaż tak, na cierpieniu także się zarabia (tak jak na produkowaniu nie_szczęścia). Zostawmy tę nić opowieści.

     Paul Celan uważał, że wiersz to miejsce spotkania, a i on sam ciąży ku innemu, w jego naturze jest dążenie do innego, czyli do przekroczenia siebie samego. Obliczono, że w twórczości poety zwrot ty czytasz pojawia się ponad tysiąc trzysta razy. Poezja to dar wyjątkowości języka, jak sam mówił dar dla uważnych. Aby ona zaistniała musi być spełnionych kilka niezbywalnych warunków, ale uważność to także luksus, dwudziestopierwszowiecznych ludzi, jeszcze wymuskanych i radosnych w dobro_bycie i osnutych w dobre obycie bon nadaje ton.  Jak wytłumaczyć zastaną rzeczy oczywistość drącą rwącą Tadeusza Różewicza po Wojnach zastanych. Jak stanąć po stronie Słowa i jego cierpkości cierpliwości. Odrzućmy brawurki laurki szkolne w dyktando obrócone. Tego Różewicza, którego nie zniszczyła edukacja i powszechny frazes.

Nie jest prawdą, że jakiekolwiek Twoje życie było obdarowało Cię doświadczeniami.

     Wiedza to nie doświadczenie. Sama, wyabstrachowana, czysta. Staje się nim wtedy gdy jest użyteczna, czyli dostępna w działaniu. Wiedza, a działanie oparte na wiedzy, to dwie różne — i odległe —kwestie. Szyderczo brzmi w cierpieniach, ach czy to pojedynczych wyodrębnionych w niepokojach szpitalnej pościeli, albo podczas bombardowań, uciekamy we frazes. Przygniatamy się maltretując kłopocikami, wymyślamy śniące śliniące się problemy, a gdy świat wali się w gruzy rzeczy wistość i rzeczy wizję obracając spazmatycznie w ość nic, czyli nicość nagle stwierdzamy, ze zdumieniem trwogi, że brak nam słów. Proszę nie mów mi, że na pewne daty, zdarzenia zderzeń nie ma słów.Może nie być stów, może nie być snów, ale słów… Pomyśl proszę inaczej, choć na chwilę. Może  ów deficyt bierze się stąd, że sytuacje zwykłe nie tylko zgadujemy zbyt często, ale przede wszystkim zagadujemy one są nadużywane bez konieczności, nadganiana rzeczywistość sprzeczności nie powinna być [z]noszona ona przez głaskanie śmiechu. Odwracamy się banałem od tego co jest tłumacząc, że zbyt wrażliwi/ zbyt wrażliwe jesteśmy na cierpienie. Może jest tak,że nie ćwiczymy się w tym by być zarówno ze swoim, jak i przede wszystkim cudzym, osobnym, smutkiem, czy bliskim, czy dalekim.

Wiem, że to co jest najgłośniej oferowane przez wrzask mody za tym się idzie. Kołkołkołczing, doświadczing, piękning minimalizing leasing, życie bierzemy w leasing,nic darowane, wszystko pożyczone mówiła Poetka. Pożyczone, bo nie mamy wyjścia.  Po życzone. Czego zatem i za tamten Tobie życzę?

Znaczy ono,owo wejście,  jest, ale niekoniecznie abstrakcyjne, akcyjne, znaczy się a_trakcyjne, a już na pewno nie atrakcyjne. Epikur mówił, że szczęście to brak cierpienia, a my co robimy? Gdzie go szukamy i jak nazywamy. I czym znieczulamy, wygładzamy i czego wyglądamy. Życie nie obdarowuje nas doświadczeniami. Ja, osobiście nie znajduję w sobie tej odwagi, którą daje Prawda, Praw da, z której wypływa by powiedzieć Ludziom, którzy doświadczyli Wojen, głodu, cierpienia Hiobowego, sytuacji granicznych, że oto Życie obdarowuje ich, tylko trzeba umieć ten podarek przyjąć. Nie trzeba Burzy jak z obrazów Gorgona, albo sytuacji, którą maluje Tadeusz Różewicz w wierszu pt Drzewo by podważyć prawdziwość kolejnej tezy, która brzmi:

Doświadczenie, jest czymś, co dostajesz, kiedy nie dostajesz tego, czego chcesz.

    Jakiż wytarty! A wygodny! Jak stare buty. W naszym kręgu kulturowym nauczyłyśmy i nauczyliśmy się czerpać wiedzę z porażek, tak na gruncie osobistym, jak i kulturowym. Przykład? Ile wiemy o Powstaniu Wielkopolskim? Jedynym zwycięskim w naszej historii, a ile o Warszawskim? Doświadczenie jest nim wtedy, kiedy zwracamy uwagę na to co nam niesie, i co możemy z tą wiedzą zrobić, w jakich sytuacjach sięgnąć i skorzystać, niezależnie czy dotyczy porażki, czy sukcesu. W jaki sposób się uczymy? Do czego przywiązujemy wagę i uwagę. Powiedź to osobie głodnej, osobie, która wydała swoją ostatnią wychudzoną nadzieję, rzuć jej tym właśnie zdaniem. Co robił Van Gogh gdy nauczał jako ksiądz w dzielnicach nędzy, w czarnej rozpaczy tych, co nie wiadomo czy dzisiaj powrócą, a nie czy się nawrócą. Nasze słowa często są wygodne, wyhodowane w cieplarnianych warunkach.  Co to znaczy przeżyć? Nie przewegetować, albo przeegotować. Bardzo prosto jest nauczać zarzucać gdy ma się tyle dobrego, że się przywyka do luksusu, który nam zwietrzał i spowszedniał. Nie chodzi o to, by rozłożyć na czynniki pierwsze, drugie i kolejne zdanie w ten sposób, by znaleźć antytezę, by nie tylko rozwodnić, ale i udowodnić, albo by uderzyć w dumne tony dzielności i podzielności.

     Mówi się, że:

nie ma błędów, są tylko lekcje, które trzeba można odrobić,

by iść dalej. Nie prawda, można iść dalej nie odrobiwszy niczego. Zwłaszcza, że czasy szkolne już dawno za nami. Jesteśmy zobligowane i zobligowani uczyć się do osiemnastego roku życia- dalej, to nasz wybór i przywilej,nie rzadko okazja, ale także wymagania i radość, frajda i używanie, zużywanie nie tylko Wielkich i nie tylko słów. To obecność.

Twoje życie staje się lepszym gdy Ty stajesz się lepszą osobą.

      Zaraz, zaraz. I nie chodzi o wirusy, czy bakterię. Tylko o moment zatrzymania się. Lepszym dla kogo? Wobec kogo, czego? A może staje się bardziej skomplikowanym? Patrz punkt pierwszy. Nie neguję miłych zmian. Nie mylmy zmian wnoszących, z miłymi doświadczeniami. Powtarzam jak mantrę nawet pożądana zmiana, niesie ze sobą różne spektrum emocji i tych dobrych, i tych dobrych, bo nie ma złych emocji, tylko są te, które nie są akceptowane społecznie,albo zależnie od płci, są albo wzmacniane, albo wypierane. (Sławetne nie marz się jak Baba). Chodzi o byciu ku sytuacji. Nie zatopionym albo utopionym w sytuacji, ale byciu ku sytuacji.  Nie stosowaniu zaklęć, nalepek, czy zbędnych etykiet, zaklinaniu obniżonym nastrojem rozstrojem i innym rojem. Nie zawsze, nie wszędzie ma się siłę na działanie. Nie usprawiedliwiaj się bakiem czasu, natarczywością powinności, albo natłokiem słów. Zamiast Powiedzieć Nie będzie dobrze, albo Będzie dobrze. Powiedz proszę niech będzie dobrze. Zamiast udawać i wmawiać sobie, że wiesz, jeśli rzeczywiście nie wiesz. Powiedz to. Zadaj sobie pytanie, czy chcesz uczestniczyć w tej sytuacji, jaką by ona nie była. Jeśli tak. To Bądź, choć byś miała błądzić. Bądź najlepiej jak potrafisz. Nie chodzi też o to by uczyć się czyimś kosztem, chodzi o to by uczyć się w tej sytuacji. Tak takie przewartościowanie Bycia i Uczestniczenia i stanięcia wobec Siebie w Prawdzie jest kosztowne, i wymagające, ale kiedy do cholery jasnej, ciemnej i tej w cętki poszarpanej mamy się tego nauczyć, jeśli przyjmujemy proste, atrakcyjnie opakowane frazesy? Przywleczone gdzieś z Zachodu. Jeśli przyjrzymy się biografiom „wielkich myślicieli i myślicielek, którzy i które krzewiły tzw. pozytywne myślenie, zauważymy, że nadzwyczaj nie rzadko osoby te rozstawały się z życiem wybierając samobójczą śmierć, albo gdzieś w zapomnieniu na ósmym dnie nędzy. Nie chodzi o to, by zdyskredytować wszelkie nauki. Chodzi o stanięciu , albo leżeniu (ale nie pławieniu) w Prawdzie.

Nie musisz być wielkim/ wielką by zacząć, musisz zacząć by być wielkim.

    Zazwyczaj obarczone jesteśmy taką wiedzą, przekonaniami, możliwościami, niemożliwościami, że trudno jest zacząć, albo wytrwać w sposób mądry, wnoszący. I okazuje się, że nie zaczynamy od początku, to było by blogosławieństwo. Nie wystarczy dziesięć tysięcy powtórzeń, trzeba je potroić, by wyzbyć się tego— co nie wspierające, utrudniające, czy uniemożliwiające. Na nie wszystko mamy też wpływ. Pierwsze dziesięć tysięcy powtórzeń by zobaczyć i poczuć nową funkcję, drugie dziesięć tysięcy powtórzeń, by wymazać stary nawyk, trzecie by zachowanie wypracowane stało się nawykiem. Dobrym nawykiem. Nigdy nie jest tak, że wobec świata, w którym żyjemy jesteśmy równi i równe. Wypracowanie i wdrażanie takich mechanizmów jak Prawa Człowieka ma za zadanie tą równość wprowadzić w czyn, na poziomie konkretnych, mierzalnych działań. Nikt jednak nie podarował nikomu takich rozwiązań zostały one nie wypracowane, ale nie bójmy się tego określenia wywalczone.

Sukces nigdy nie przyjdzie sam. Nie osiągamy go też samotnie.

    Możemy go sobie przypisać, bo któż nam zabroni! Ale nie będzie to prawda. Tak jak nie jest nią bezwiednie powtarzane przysłowie:

Co nas nie zabije — to nas wymaże wzmocni.

     Co nas nie zabije, możne nas zmienić, w taki sposób, w jaki byś my nie chcieli, albo zabijać na raty, ale skutecznie. I czy musimy w imię przysłów jako rzekomej mądrości owego wszystkiego próbować? Tonąca osoba brzytwy się chwyta, brzytwy języka tyka, tyka nasz zegarek, tyka, czas ucieka, wieczność nie zwleka, nawleka nas na zmarszczki czasu,przychyli do ziemi i w proch obróci, wieczność się nie nie waha i nie smuci. 

Pod(_)róże kształcą.

    Dają więcej różnorodnych okazji, stawiają nas w na pozór nowych, albo rzeczywiście nowych warunkach, tak, ale kształcą tylko te osoby, które chcą, mogą i potrafią uzupełniać swe luki kompetencyjne. Uczone i uczeni jesteśmy tego, by zaklinać rzeczywistość i rzeczy oczywistość. Mówimy, będzie dobrze! Będzie dobrze, jak mantrę, lepiej to znaczy bardziej prawdziwie, jest powiedzieć: niech będzie dobrze! I pobyć, potowarzyszyć, po prostu być z drugą osobą.

 Nie bądźmy dodatkiem  w kraju rzeczy dostatnich. Nie przepisujmy w pogoni za szczęściem szczelin pustych słów. Paul Auster w Dzienniku Zimowym pisze, że pisanie zaczyna się w ciele, także tam się toczy, choć nie kończy, lecz zasypia, ale nie sypie. Psychosomatyka  głosu głodu. Pismo ciała, do którego Auster powraca po latach…

To co nie zginęło,

póki my żyjemy.

Jeszcze.

Długo.

Wnioski, szybciej nioski. Znosić wnioski? Roznosić roznioski. Jeden jest, niemiły i gorzki.

Niech będzie dobrze, czyli nie udzielajmy lekcji (z) nieobecności.

Nie zadowólmy się humbugiem, choćby nie wiem jak atrakcyjnym, nie nurzajmy się w niewygodach, ale nie wmawiajmy sobie, że jesteśmy aż tak delikatni i wrażliwi by nie mogło nam niewygodnie, by było nam to usprawiedliwione, ale nie obnośmy się z cierpiętnictwem, jak z orzecznictwem Istnienia. Szukajmy i znajdujmy sytuacje, które nas no właśnie… Co…

*Pisownia zamierzona. :-).

176. 39:43.

     Młody człowieku, niech pan nigdy nie prosi matematyków o pomoc w rozwiązywaniu równań. My tego nie umiemy robić, i tak prawdę mówiąc nas to nie interesuje. To co potrafimy to dowieść, że rozwiązanie w ogóle istnieje albo, że jest tylko jedno.  Resztę chętnie pozostawiamy wam, fizykom.

[Diabelski młyn. Andrzej Krzywicki, Czytelnik, Warszawa, 2oo5, s.51].

      Wyrosłam już z zestawień, najgłośniej przemawia do mnie liczba pojedyncza, jest bardziej złożona, niźli te po przecinku, ale czasami rzucę co zanucę (mam nadzieję, że nie zanudzę). Ilekroć jednak nachodzi mnie, a od czasu do czasu dzieję się takoż,żeby napisać coś o muzyce, a ściślej zrobić zestawienie płyt, które niezmiernie warto, na szczęście już coraz mniej wyposażona jestem w takie myśli. Myśli do słów. (Nie mylić proszę ze stówami). Oczywiście zdarzają się takie sytuację (bo stówy zdarzają się rzadziej), że rzucę by ocalić od zapomnienia trochę dźwięków i towarzyszących im wydźwięków (nie mylić pod i nad nieceniem i gnieceniem). Czy jest to ziemia obiecana? Raczej, dobrze znana,  ziemia obmacana.

    Ale punkt wyjścia miał być inny (nie mylić z tym [nie]dobrze znanym), a ja tu za_wodzę i się roz_wodzę. Ilekroć nachodzi mnie ochota och ta (1) i tamta (2) i jeszcze inna (3)—przez delikatność nie wspominając o jeszcze innej (4) pytam siebie, czy ktoś za lat kilkadziesiąt będzie o tych albumach pamiętał? Tak jak pamięta np o Mikołaju z Radomia? Tak, tak, był taki ktoś. I to, kolokwializując nie taki byle jaki. Choć o jego życiu całkowicie prywatnym wiele nie wiemy, o Boże, a nawet mniej niż o Boschem, można je streścić na jednej srebrnej czterdziestosiedmiominutowej płycie, a jednak. Warto znać. Choćby wiedzieć. Ocalić od zapomnienia. Przygnać do zapamiętania.

Jak już wiemy, a [w] nas ochota nas nie mija, skutecznie nacierają ciekawością skronie (a wiadomo do czego ona prowadzi… Można zgrzeszyć, zawieruszyć, zbłądzić. I tak doszłyśmy i doszliśmy do sedna. Dzisiejszego wpisu. Długo trawiło, trwało, ale się udało.

Zatem (i za tamten). Proponuję sobie odświeżyć album cóż tu będę ukrywać pieprzny! I to jaki, z pomydloną okładką. Najpierw bowiem przygotowano ją by stanowiła tandem z drugą płytą, a potem okazało się, że cóż, trzynaście piosenek zmieści się na zupełnie pojedynczej. Zresztą, co tam, bez reszty ona to okazała się kontrowersyjna, nie wiadomo, czy lepiej na niej być, czy uskuteczniać nieistnienie. Choć nie sądzi się albumu po okładce, to niewątpliwie, ona to zdobi album ten! Wywołała wiele kontrowersji (choć nie zamieszczono na niej wizerunku ani Hitlera ani Jezusa Chrystusa, choć pierwotnie zamierzano to uczynić).

 The Beatles i ich"Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" [źródło okładki].
The Beatles i ich”Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” [źródło okładki].

Wielokrotnie było już o muzyce koncepcyjnej, będzie i teraz.  Bo z takim albumem mamy do czynienia, i do słuchania. I do powrotów, że to album znakomity nikogo nie trzeba przekonywać. Chociaż gdyby rozebrać Orkiestrę Sierżanta Pieprza to wiadomo, że owa (zarówno koncepcja jak i orkiestra wymyka nam się nieco spod opusów palców). Ni to sonatowa forma owa, ni to domknięcie cody, ni to koncepcyjny całkiem dobór tekstów ów. Uff. Czwórka z miasta na L, postanowiła zawiesić, działalność koncertową by móc koncentrować się na nagraniu materiału na nowy, ó s m y* już krążek, pod wodzą producenta George‚a Martina, czy on i Chłopcy mieli poczucie, przeczucie, mędrców szkiełko i oko, że siedemset godzin spędzonych w studiu nagraniowym da t a k i  efekt. Nikt przed nimi tyle nie wysiadywał płyty, bo i technika rejestracji dźwięku była (eufemistycznie rzecz ujmując) inna. Koncepcja albumu nie tkwiła w doborze treści (mówiono, że niektóre z nagrań odnoszą się do narkotyków) zresztą, czego o tej płycie nie mówiono, nie pisano, czego nie przemilczano. Treści które już zdążyły obrosnąć nie jedną legendą, podaniem, mitem, plotką, ale tym, że nie zdecydowano się rozdrabniać treści na single, tak, w taki sposób konsumowano wtedy muzykę. Zbyt rzadko wspomina się o możliwościach technicznych rejestracji dźwięku pisząc o płytach, nie chodzi explicite  o postęp (czy jak chcą niektóre/ niektórzy: podstęp) ale np. o fizyczną długość ścieżki. Album ten jest sztandarowym argumentem dla tych osób, które twierdzą, że obecność producenta jest niezbędna, by płyta mogła odnieść (odtrąbić) sukces, ale czy tak jest na pewno? W muzyce choć są równania (Fibonacci się kłania) to nie ma jednego pewnego rozwiązania. I to jest właśnie piękne. W jakiś sposób pociągające. I wymagające. Czy album trafił w swój czas, czas Miłości, Muzyki i Wolności, zdecydowanie tak. Okoliczności zbieg nie był bynajmniej łagodzący, a jeśli tak, to już zdecydowanie niechcący  raczej podsycająco wznoszący. Gdy odsuniemy na bok dysputę o warstwie tekstowej i skupimy się tylko na muzyce, to usłyszymy jej wielowarstwową nośność. Mięsistość. Przy jednoczesnym skondensowaniu. Dobrze, Chłopcy z Miasta na L. byli feromonem, fenomenem, tworzyli swoją legendę i nie zawahali się jej użyć w jedności czasu miejsca i reakcji. Płyta palimpsest, album mit, a lubimy uczestniczyć w mitach. Czy było łatwiej niż dziś, zaszkować, publiczność? Pewnie tak, wystarczyło powiedzieć w tak jak uczynił to w 1966 roku John Lennon  The Beatles są popularniejsi od Jezusa. Umówmy się, machanie marynarami też nie było popularne przed nastaniem ery zespołu na the literę B. I to był jeden z ich znaków rozpoznawczych. Czy jest to album epokowy, najlepszy, najwłaściwszy. Szczerze napisawszy nie wiem. I dobrze mi z tą niewiedzą.

 

Muzyka to w jakiś sposób rodzaj synergicznego równania,  (i równania w górę).  Oczywiście, znajdą się i takie osoby, które napiszą, że to rodzaj dyskursu, pewnie. Nie ma zatem jednej (naj)właściwej(szej) odpowidzi. Jest za to narracja, czy też ich mnogość. To nie tylko podkład do stów, słów. I rozmowa między miejscami. Brubeck mówił, że jazz to swoisty bunt. Muzyka, która nie może zostać zaakceptowana przez władze. Oczywiście,że strukturalnie jest on inny niż muzyka the Beatlesów (przynajmniej w powszechnym odbiorze). Zastanawiam się czasami, przeciwko czemu mogą zbuntować się osoby wyjęte z dzisiejszych czasów, których rzeczywistość uwiera, boli i dotyka do żywego, nie mają prawa głosu, lub nie wiedzą, że mogą (albo— że powinny się) zbuntować, ci co mogą nie chcą, nie czują potrzeby. Generalizacja? Nie sądzę. Nie jestem też za jednym modelem życia. Nie każdy/każda osoba jest zobligowana do czytania tego co napisał Pieere Bordieu, albo Rusella… Nie musi szukać i słuchać jazzu, nie musi wiedzieć kim był (i że był, i że tworzył) Mikołaj z Radomia, i…  wszelkich innych powinności są wyzbyte, również od buntu, wiedzy i… Puent.

End.

The end.